Tryb wiązania: soft

Pokazujemy wszystkie trafienia.

fot. Dorota Awiorko

 

Rozmowa tłumaczona na polski język migowy Tłumaczenie na polski język migowy

 

Wstęp za okazaniem bezpłatnej wejściówki. 

Wejściówki można rezerwować i odbierać w kasie Teatru Starego. Jedna osoba może pobrać maksymalnie 4 wejściówki na każde spotkanie. Większe grupy (uczniowie, studenci i inne grupy zorganizowane) proszone są o bezpośredni kontakt z kasą Teatru w celu rezerwacji miejsc.

Wydarzenie transmitowane online na stronie (zakładka „Na żywo” oraz na profilu fb Teatru Starego).

Każda osoba, która nabyła bilet na wydarzenie podlega obowiązkowi dostosowania się do wymogów i regulacji związanych z epidemią COVID-19, obowiązujących w dniu wydarzenia.

 

Czytanie najnowszego tomu wierszy Jarosława Mikołajewskiego, wydanego kilka tygodni temu przez Wydawnictwo Literackie. Opowieść o własnej drodze poetyckiej powiązana z gawędą o fascynacji poezją włoską.

 

#opisujemy

Czarno-białe zdjęcie portretowe krótkowłosego mężczyzny w dżinsowej koszuli. Tło ciemne z plamą światła u dołu po lewej stronie.

wideo

[pokaż transkrypt] [ukryj transkrypt]
[00:01.43 → 59:53.74] A: Dobry wieczór, jestem zostawiony i powinienem sobie sam poprowadzić to spotkanie, ale chyba tak wolałem. Bo nie wiem, może mówienie o poezji własnej związanej ze zbiorem wierszy po prostu jest pewną opowieścią i ta opowieść zakłada nie tylko mówienie o tym tomie, ale mówienie w ogóle o poezji. Bo oczywiście my przeżywamy, my poeci, I my czytelnicy przeżywamy poezję na różne sposoby, więc każdy ma swoją opowieść o tym, jak ją przeżywa, jak ona się urodziła. Ja spróbuję też o tym opowiedzieć i zilustrować to wszystko, co mam do powiedzenia na ten temat, co jest moim przemyśleniem. Próbuję to zilustrować fragmentami czy też wierszami, które chciałbym powiedzieć. Strasznie się boję mówić wtedy, kiedy jest tłumacz, bo sam byłem tłumaczem kabinowym. Nie wiem, czy państwo pamiętają takie czasy, no wszyscy pamiętamy, kiedy przyjeżdżał Jan Paweł II na przykład, albo kiedy przemawiał Wałęsa. No i tłumaczyć w kabinie Lecha Wałęsę było jedną z rzeczy najtrudniejszych, naprawdę muszę powiedzieć, że nigdy nie miałem tak trudnej pracy jak przekładanie Lecha Wałęsy, zmieniał podmioty, przeskakiwał z poziomu na poziom i na przykład mówił tak... Nie, bo ja zawsze mówiłem... No nie, to mi się wydaje zupełnie niemożliwe, ale ja zawsze mówiłem, że... I pamiętam taką sytuację, kiedy on przyszedł mówić o Jerzym Popiełuszce, księdzu i nie wymienił nawet nazwiska Popiełuszko, tylko mówił bez przerwy o sobie. Pamiętam, że to była trudna próba, albo pamiętam na przykład dziennikarzy telewizji polskiej, kiedy papież przyjechał do Polski, to mówił, ojciec święty wita się z egzotycznymi gośćmi. Egzotyczni goście, przetłumaczony na jakikolwiek język brzmi dość obraźliwie, choć przy tym dość śmiesznie jednak, także egzotyczni goście. Z pisaniem wierszy jest podobnie, jest to jakaś tam wiedza, można powiedzieć. Na początku bierzemy pióro do ręki albo klawiaturę do ręki i coś tam piszemy, bo nam się wydaje, że takie jest pisanie wierszy. To jest pisanie wierszy, oczywiście i uprawnione, ponieważ to każdy, kto przychodzi na świat, Ma prawo wymyślić sobie, jak tę wierszę będzie pisał, według jakiego założenia, jakiej poetyki, jakich nadziei, jakich oczekiwań. Ale potem nagle się dowiadujemy czegoś też o sobie i kiedy dojrzewamy, kiedy wzrastamy, wydaje nam się, że wiersze, że poezja to jest już coś zupełnie innego. Czy to jest córka Pawła? Cześć, córko Pawła, mojego przyjaciela. No dajże spokój, mamy wieczór perypatetyczny dzięki temu. I każdy z nas sobie wymyśla sposób pisania. I to oczywiście jest wszystko intuicyjne, bo poezja jest rzeczą intuicyjną, to znaczy jest taką rzeczą, której przypisujemy pewne cechy. My wiemy dobrze, co to jest poezja tak naprawdę. Kiedy się rodzimy, to wiemy doskonale czym jest poezja. a potem się dowiadujemy, że niczego z tego nie wiedzieliśmy. Przypomnę takie słynne zdanie Rilkego, który napisał słynny list czy słynne listy do młodego poety, ale akurat nie w tym dziele, tylko w innym, które jest zatytułowane Pamiętniki Malte Lauritza, takie małe arcydziełko. w którym on pisał, mam 28 lat, mam jakieś rzeczy, które są nic nie warte, to jest jakiś wątpliwy dramat o małżeństwie itd. Bo nie wiedziałem do tej pory, że wiersze to nie są uczucia, tylko to są doświadczenia. I on wtedy wymienia te wszystkie stany doświadczenia, które trzeba przeżyć. I mówi, trzeba przeżyć 100 nocy miłosnych, 100 nocy przy łóżku umierającego. i wymienia te stany, które są stanami z gatunku skrajnych, można powiedzieć. Czyli uzmysławia, że to są przeżycia, że to są doświadczenia, bo to nie jest piękno duchostwo. To jest poznawanie, to jest mierzenie się, to jest taka próba własnego doświadczenia z wyrażalnością poprzez słowa, poprzez to, co ma kształt poezji. I wydaje mi się, że możemy sobie szermować oczywiście i kpić sobie, że poezja to jest coś, co się tam równo zaczyna od lewej, a nie regularnie po prawej. Ale to oczywiście są żarty, rzecz jasna. Natomiast my tak naprawdę żyjemy z poezją i żyjemy poezją. To znaczy, żyjemy w takim poczuciu, że to co jest nazywane, bieżący język, którym jesteśmy otoczeni, jest językiem nieprawdziwym, a poezja jest językiem prawdziwym. W tym żyjemy od samego początku. I to odkrywamy słuchając piosenek albo słuchając wierszy. Jedną rzeczą jest, ja myślę, że ten kontekst szkolny bardzo tutaj szkodzi. Płynie, wije się rzeczka, jak błyszcząca wstążeczka. Nie traktujemy tej wypowiedzi bardzo poważnie. Dlatego, że jesteśmy w szkole, a w szkole wszystko jest na niby. W szkole nic nie jest prawdziwe. Ale wtedy, kiedy odkryjemy jakąś muzykę, jakąś melodię, która nam... rozbrzmiewa w uszach i w duszy, no to wtedy traktujemy to poważnie, bo czujemy, że się dokonuje jakieś przeżycie. I to przeżycie dotyczy muzyki, dotyczy w ogóle sztuki, dotyczy tańca. I wtedy bardzo chętnie, jeżeli nie mamy żadnego pojęcia pod ręką, to mówimy, że dzieje się poezja. To jest poezja. Jedziemy w góry na przykład, widzimy niezwykły zupełnie pejzaż, czyli jakieś góry, szczyty. zanurzona w chmurach, to mówimy, że to jest poezja. Boże, jaka poezja, tak? Albo czasami wulgarne słowo, prawda? O kurwa, ale jar, na przykład, coś takiego. No i to jest rodzaj takich skrót, pójście na skróty w imię zniewolonego umysłu. Znaczy jest tak pięknie, że aż nie wiemy, co z tym zrobić. Przypomnę państwu, że wtedy, kiedy Witold Gombrowicz spotkał Zuzannę Ginczankę, to wziął ją za włosy i wsadził jej głowę do kubła z pomyjami. To jest tak, krótko mówiąc, jeżeli spotkamy się z czymś tak pięknym, że nie wiemy co z tym zrobić, to spróbujemy to zniewolić i spróbujemy to sprugawić. Tymczasem wytrzymać to napięcie, wytrzymać w tej poezji, która się wytwarza wtedy, to jest zupełnie już inna historia i wtedy chyba zaczyna się taka droga poetycka. Wytrzymać mimo wszystko, uznać, że poezja to jest maraton, że to nie są pospieszne wypowiedzi, tylko uznać, że jest to jakaś droga życiowa, która musi wytrzymać wszystkie napięcia i wszystkie negacje z zewnątrz, z innego świata. I tak się pisze wiersze. Ja myślę, że pierwsze wiersze moje to były takie wiersze, które były pisane z potrzeby bycia poetą. Ja bardzo chciałem być poetą, nie wiedziałem, co to znaczy. To nie jest tak, że miałem coś, co chciałem wyrazić, tylko czułem, że moje odczuwanie kompletnie nie należy do tego języka, który ja słyszę. Ja jestem z 60. roku, więc ten mój język, którym byłem otoczony, to był język oficjalny, oficjalnych mediów, mediów PZPR-owskich, polityki Włodzimierza Sokorskiego itd. Janusza Wilhelmiego. Natomiast ja... I czułem, że to nie jest ten język, ale co więcej w domu też czułem, że posługują się ludzie nie tym językiem, bo to jest język taki, który karci, albo język, który dość łatwo potępia, albo snuje jakieś zachęty, które brzmią dość retorycznie. Ja czułem, że taka prawda jest kompletnie gdzie indziej. I tak naprawdę chyba, moje kochanie, Poezji wiersza zaczęło się od mojej mamy, która śpiewała kołysanki. Mama śpiewała takie dziwne kołysanki, to znaczy mama dziwne rzeczy w ogóle mówiła. Moja mama jest z 1934 roku, ma 88 lat, prawie 89 i na szczęście żyje jeszcze i przeżyła powstanie itd. No i mama mówiła dziwne rzeczy, na przykład Ja czasami chciałem być takim harcerzykiem domowym i chciałem wynosić śmieci. A moja mama mówi, nie wynoś śmieci, jest już zmierzch, o zmierzchu pokutują duszę, na śmietnikach pokutują duszę czyśćcą. To jest taka dawka jakiejś tajemnicy, że ja po prostu z trudem to przeżyłem taką informację. I to było dla mnie istotne w tworzeniu, Moja mama opowiadała mi o strzygach, że to były takie wiejskie kobiety z podwójnym rzędem zębów i że one coś tam robiły. I to był taki świat tajemniczy, zupełnie inny. Moja mama opowiadała mi o sprawach wojennych. Opowiadała mi o tym, jak jej babcia, która się nią opiekowała podczas wojny, wychodziła z zamku ujazdowskiego, bo w zamku ujazdowskim one w piwnicach mieszkały, i zbierała lebiody na przykład, albo zbierała jakieś zioła, z których gotowała zupę. No więc to było to. Ale też opowiedziała mi taką historię, pamiętam, że ta babcia umarła i kiedy ta babcia umarła, to nie mieli jej w czym pochować i pochowali ją, założyli, ubrali ją przed pogrzebem w koszulę nocną mojej mamy. Potem weszła sąsiadka, zobaczyła to wszystko i powiedziała, jak to, grzebiecie ją w koszuli nocnej z Joli, moja mama, przecież ona ją wciągnie do grobu niedługo. I moja mama opowiadała, że jako maleńka dziewczynka, dziesięcioletnia, wzięła nożyczki i rozcinała tę koszulę nocną na ciele martwym swojej babci i zdejmowała te rzeczy. I to mnie wprowadziło w taki stan troszkę, że wszystko jest realne, nierealne. Ja nie mogłem tak łatwo uwierzyć, że to są prawdziwe historie czy prawdziwe zdarzenia. To nie było takie proste. I śpiewała Mikołaj Sanki, nie wiem, czy może państwo znają. Han w ciemnym boże mieszkał, nieboże, cygan, staruszek od wielu już lat. Czy ktoś zna tę piosenkę? albo o panie kochane grocho rzucaj o ścianę, czyli o niewdzięcznym synu, albo o motylku, który bują wśród drzew i nagle się rozkrwawił. Ja pamiętam, że ciągle moja mama bez przerwy wyciągała takie motywy, od których po prostu krwawiło mi serce. Od tego się zaczęła poezja. Potem w sukurs przyszły piosenki, jak sądzę. Czyli te piosenki, których nie doceniamy z lat 60., dawne piosenki, Wielu autorów się na to złożyło, myślę, że Agnieszka Osiecka, która była wybitną poetką, to znaczy naprawdę była wybitną poetką i ona miała tylko talent nazywania prostego, prostopiosenkarskiego, jak to Włośni mówią, nacjonale popolare, czyli narodowo-ludowy sposób nazywania bardzo skomplikowanych rzeczy. Ale kryły się tam tajemnice. Potem były oczywiście odkrycia innych, Wojciech Młynarski, ona pierwsza, i tak dalej, i ta słynna piosenka jego o matce. Wydawało mi się takie olśnienie takiej piosenki. Potem była Budka Suflera na przykład, która przyszła. Góry wysokie, co nam z wami walczyć każe. I te piosenki towarzyszyły mojemu rozwojowi. Po prostu zawsze na każdym etapie był ktoś. Był mój brat, bo postać starszego brata, to jest postać zupełnie niebywała. Mój brat jest kompletnie zaprzeczeniem poezji. On był prezesem kilku firm i zawsze się zajmował tym, a jego radością było kupowanie sobie kolejnych motocykli oraz furgonetek, którymi przewoził te motocykle w lepsze miejsca, na przykład do Gruzji, żeby w Gruzji pojeździć sobie tamtymi motocyklami czy coś takiego. Ale nie zapomnę mu, że on mnie nauczył czytać. On rozwijał namiot, koc, kładł na krzesłach, brał latareczki ze szkiełkami różnokolorowymi, rozświetlał i stawał się takim magiem. I to wtedy była ta poezja. I mi się wydawało, że to jest mój świat. Ja po prostu nie miałem żadnych wątpliwości, że moim światem nie jest świat polityki, ekonomii, że to jest świat takiego ględzenia, bezwartościowego być może, bo oczywiście świat mówi rzeczy zawstydzające, bo jak ktoś mnie widział, ja byłem naturalny taki, tak mi się wydaje, że ja niczego nie budowałem wokół siebie, a nagle słyszałem od cioci na przykład, bo Jarek jest humanistą. Pamiętają państwo to słowo, które właściwie nie bardzo było wiadomo, co z tym zrobić, to było słowo zawstydzające, humanista. Mówiłeś humanistą, a ty chciałeś nagle stać się astronomem, żeby temu zaprzeczyć po prostu. Bo to była jakaś taka straszna, straszny stereotyp, banał i chodziło głównie o to prawdopodobnie, że się chodziło do klasy humanistycznej w liceum ogólnokształcącym. Myślę, że o to chodziło. Natomiast tak naprawdę ktoś nie bardzo miał słowo chyba na ten typ człowieczeństwa czy bycia człowiekiem. No i nie bardzo wiadomo, co z nim zrobić. Niby mama była dumna, a z drugiej strony wszystkim mówiła, bo Jarek taki jest, że na przykład w ogóle mu nie zależy na tym, żeby chodzić do fryzjera. Z jednej strony zadowolona, z drugiej strony zawstydzona. Nie bardzo wiadomo, czy to jest pochwalone przez środowisko, czy to jest ganione przez środowisko, więc wybierała zawsze taki środek. Ganiła, chwaliła, ja już nie wiedziałem. Byłem rozchwiany całkowicie. Ale w każdym razie byłem zawsze taki troszkę... dla ludzi rozszczepionych. Nie wiem, myślę, że to jest tak jak z Brodskim. Kim pan jest poetą, skąd pan wie, myślę, że to od Boga, coś takiego. I tak, że to nagle widzimy, że to się po prostu ma, ale to nie jest wcale do końca... Ludzie mówią, że to jest wzniosłe, a to jest naturalne. I wtedy świat komentuje bardzo często, a, bo ty chcesz być oryginalny. Błagam, na Boga jedynego, nie mówcie mi, że ja chcę być oryginalny, ja po prostu jestem, jaki jestem. I tak wychodzi, że mi... że nie mieszczę się w tej waszej codziennej krzątaninie. Po prostu tak jest. I poezja nagle się rodzi jako taka tęsknota za tą mową prawdziwą. To znaczy, mową prawdziwą nie jest to, co mówią w telewizji na pewno, czy nie są deklaracje, jak ktoś mówi, o czym myślisz. To jest problem oczywiście, rzecz jasna, bo człowiek nie myśli o niczym. Ja nie myślę o niczym. Ciekawe, czy dzisiaj przyjdzie na mój wieczór autorski sporo osób. Nie zadaję sobie tego typu zwerbalizowanych pytań. Mam jakieś drżenie, tremę, taką nadzieję, że będą ludzie, ale ja tego nie opowiadam. Ja tego nie nazywam, to nie jest moje myślenie. Moje myślenie to jest jakaś taka wiązka, jakaś taka spójnia pomiędzy myśleniem a czuciem i nie bardzo wiem, co to jest. I wtedy rodzi się taka potrzeba, żeby wymyślić sobie jakiś język, którym się można porozumieć z ludźmi. I ja wtedy jakoś dotarłem do poezji, nie wiem przez kogo. Oczywiście mówimy o latach takich, poezja to jest doświadczenie wieku wczesnego, późniejszego, dla różnych ludzi to pada zupełnie inaczej. Wyraźny mój moment pamiętam, To był ten 1974 rok, kiedy ja miałem 14 lat i kiedy przeczytałem Cezarego Pavese książkę, że miała zło życia. Wcześniej czytałem wiersze. Moja mama czytała mi, rozdziubią nas kruk i wrony na przykład. To była taka dobra lektura jej dla małego dziecka, pamiętam. Była znakomita. Wierna rzeka, Boże drogi. Potem się okazało, że poszedłem do liceum, byłem jedyny, który w ogóle wiedział, że coś takiego istnieje jak wierna rzeka. Ja płakałem nad losem Erna Nemeczka, ale to wszyscyśmy płakali nad jego losem. Albo pisarczyka z Florencji w sercu de Amicisa na przykład. To były te lektury, które nam wyciskały z oczu. Krwawe łzy, ale też był Pinokio. Mnie wzruszał zawsze Pinokio, bo mi się wydawało, że jest dziwnym chłopakiem. I była ta wróżka o niebieskich włosach, która raz do niego przychodziła jako niebieska koza, albo jako żona, albo jako kochanka, siostra, Bóg wie co. I potem nagle odkrywałem, Jezus Maria, jaka ona jest uniwersalna. Ta wróżka o niebieskich włosach, my mamy zawsze taką wróżkę, która jest specjalnie bez ciała na ogół. Ona jest nieorganiczna kompletnie, niematerialna, ale nagle się wciela i to jest kura czasem. Jak on płynie, to świruje, ale to jest genialna książka. To jest książka absolutnie genialna. I to jest książka zdumiewająca, wtedy kiedy on różne rzeczy nam opowiada. Między innymi ta wróżka, która wychodzi mu na spotkanie zawsze i jest taka dobra dla niego i mówi to, już nigdy nie pójdziesz na wagary. Nigdy. A potem idzie na wagary oczywiście. Pierwsza rzecz, którą robi, to idzie na wagary. Dlaczego poszedłeś na wagary? Bo ja, który obiecywałem ci, to nie jestem tym samym, który teraz poszedł na wagary. Boże, jak to jest prawdziwe. Boże, jak to się mieści w refleksji świętego Pawła, żeby nie obiecywać niczego, bo ta obietnica złożona może się skierować przeciwko tobie po prostu. Że nie jesteśmy ludźmi, którzy są w stanie tę tajemnicę utrzymać. I mówi, Boże, bo jestem z marnego materiału nagle ogłaszał. Pinokio, bo przecież mnie zrobiliście z drewna czereśniowego. Wiśniowe byłoby lepsze i dlatego w przekładzie zmieniłem na czereśniowe to drewno. Wiśniowe, bo wiśniowe jest mocne, a czereśniowe to jest to podłe drewno. Po prostu jesteśmy zrobieni ze złej materii. Jako Ponedatodi, autor Stabat Mater, mówi, Duman seme sei concetto, putulente sto soggetto. Jesteś zrobiony z nasienia ludzkiego strasznie śmierdzący i podły przedmiot, podła materia po prostu. W tej włoskiej kulturze to mnie zdumiewa, że taki Jacopone w roku 1280 pisze to samo, co potem pisze Carlo Collodi. To jest ta ciągłość nieprawdopodobna, która z jednej strony mówi, że to jest taka kultura w ciągłym rozwoju, ale potem rozumiem, że jest w ciągłej komunikacji, w ciągłej rozmowie wzajemnej. bo ciągle mówi to samo. I właściwie, że kultura to jest ciągłe odkrywanie właściwie tego samego. Wszędzie jest postęp, w każdej dziedzinie. Jeżeli powiemy sobie na przykład w fizyce, że odkrywamy prawo względności, to już nie możemy się cofnąć z tego. Ale w humanistyce tak. Ciągle ten papież powtarza, że nagle mi mówi papież, w roku, nie pamiętam w którym, ale to było około 2000, mówi mi, że nie powinniśmy potem mieć Galileusza. Jezus Maria, to widziałem w podstawówce, jak Boga kocham. To znaczy po prostu, to nie jest coś takiego, to nie jest nowe odkrycie. To jest coś takiego, że ta humanistyka ledwo drepce, ledwo nie nadąża, że te intuicje dzieciństwa są ważniejsze od innych intuicji. I zawsze potrzebowałem takiego języka, który mówi i nie mówi. który jest do nazywania rzeczy sierocych i kiedy mnie się pyta, co to jest poezja, to ja mówię sobie, że to jest mowa sieroca. To jest taka mowa, której nie może zastąpić nikt żadnym innym językiem. Po prostu ona musi paść w tym języku, bo gdyby mogła paść moja wypowiedź w języku bardziej konkretnym, no to na pewno by padła w nim, ale nie może być tak wyrażona. Bo ja jestem złożony z rzeczy niewyrażalnych kompletnie. Z rzeczy kompletnie nieprzystających do odczuwania innych ludzi, ale jednocześnie wszystko jest spojone jedną prawdą bardzo pocieszającą w tej wspólnocie, w której jesteśmy. Że jesteśmy identyczni po prostu. To znaczy, każdy z nas jest indywidualnością, ale jesteśmy dokładnie wspólni. I kiedy ja sobie myślę, pisze Adam Mickiewicz do pani Marii Putkamerowej, czyli Maryli. I pisze do niej, musisz mi Marylo wybaczyć, ponieważ ja się strasznie wygłupiłem. Ja się strasznie wygłupiłem. Zachował się po prostu w jakiś głupi sposób w stosunku do pani, którą kochał. W jaki sposób się zachował? Nie wiemy, ale proponowałbym przemyśleć te sytuacje, w których myśmy się wygłupili. Na pewno zachował się na jeden z tych sposobów. Tak jak mówi mi doktor z Lampedusy, doktor Bartolo, wszystkie dzieci, które się rodzą, są białe, wszystkie. Mają czerwoną krew i tak dalej. Jest jakiś ten rdzeń, nie do zaprzeczenia, ten rdzeń wspólnoty. I ta cudowna, wspaniała zasada, która mówi, jak chcesz poznać innego człowieka, to pomyśl o sobie. Znaczy napełnij swojej, wypróżnij, nie w fizjologicznym sensie, swoje ciało i napełnij je cudzym doświadczeniem po prostu, nagle napełnij je. Weź sobie cudzą relację z życia i powiedz tę relację z całego serca, odnosząc to do swoich bliskich. Zrobiła to kiedyś Ania Konik, taka wielka artystka, która działa głównie w Berlinie i wzięła ludzi urodzonych, w wielkich stolicach europejskich kobiety, które miały szczęśliwe życie i które dostały teksty ludzi czy kobiet, bo tylko kobiet, urodzonych w innych warunkach. To znaczy na przykład Ugandyjki, które zatrzymały się w Brukseli albo... Syryjki, które zamieszkały w Rzymie i one opisały swoje życie. I dochodziły na przykład do takiego passusu i wtedy zgwałcono moją dwunastoletnią córkę. I te Europejki czytały to coś, czytały jeden do jednego te relacje i nie umiały tego przeczytać. Dochodziły do punktu, kiedy nie były w stanie tego przeczytać po prostu. I to był genialny, najbardziej odważny moim zdaniem projekt takiego utożsamienia się z ludźmi, przeżywającymi tragedię, to znaczy wypełnić własne ciało cudzym doświadczeniem po prostu i własną duszę cudzym doświadczeniem. Tego wszystkiego się w życiu jakoś tam dowiadywałem i dowiadywałem się również z tego, że z tych wszystkich zdarzeń, że po prostu życie jest przełamane zawsze. Życie jest tym, co powiedział Dante i co powtórzył wielki, wielki Pierpaolo Pazzolini, poeta, reżyser. To znaczy trasumanar. że ciągle to życie przełamuje się przez człowieczeństwo, przez jakiekolwiek założenie. Cokolwiek sobie założymy, natychmiast zostaje zdradzone. To znaczy, natychmiast życie wytwarza zaprzeczenie naszej deklaracji. Czyli doświadczenie przeczy zawsze wszystkim naszym życiowym założeniom. I to jako poeta poznawałem na swojej drodze. A już tak czysto formalnie, to oczywiście były różne wierszyki, które znajdowałem w swoim pamiętniku. Kupa mięci, mięci kupa, wpisał ci się Antek zupa. Piąte piętro pod schodami, mieszka razem ze szczurami. To jest wiersz. Tak czy inaczej, jakkolwiek byśmy się starali, żeby uczynić go nie wierszem, to jest to jednak wiersz. To były te wiersze, które też starałem się... Pamiętam, że miałem napisać jakiś wiersz To jest chyba mój pierwszy wiersz. Stoi Sylena na cokole, patrzy na Pragę, patrzy na wolę, pamiętam. Srebrzysty miecz trzyma w dłoni, przed strasznym wrogiem nas obroni. To było dla mnie pisanie wierszy, byłem nawet dość zadowolony z tego wierszu, muszę powiedzieć. Też szybko zyskałem sławę i na przykład pisałem jakieś zaproszenia na różne urodziny. że zapraszam coś tam, coś tam, na godzinę osiemnastą, może będzie także ciasto. No i to był oczywiście efekt poetycki mojego mówienia. Zresztą strasznie śmieszny, bo kiedy zajmowałem się z Żaną Ginczanką, zadzwoniła do mnie pewna pań, która nazywała się Anna Pilch i która powiedziała, że ona ma jeszcze w domu pierwszy wierszyk z Żany Ginczanki. Coś tam Andzie znacie, na pewno znacie i kochacie. I pierwszy wiersz Zanny Ginczanki, tragicznej, wspaniałej, zmysłowej, to był właśnie taki dziecięcy wierszyk. I nikt nie mówi tak naprawdę, co to jest wiersz i może dobrze, bo na początku rozpuszczamy nasz język, który brzmi wspaniale. I ta droga do poezji oczywiście była też taka, to znaczy ja zakładałem, że te wiersze muszą być właśnie takie pisane, W ten sposób muszą być zrymowane, muszą mieć jakąś taką energię, nieoczywistość w sobie, ale nie tylko oczywistość treściową, ale też nieoczywistość językową. Trudno mieć nieoczywistość pojęciową. Znowu przychodzi mi do głowy Cesare Pavese, który był chyba największym rewolucjonistą mojego patrzenia na świat. Pier Paolo Pazzolini. Dlatego też przetłumaczyłem w 1998 roku jego tom wierszy, Bluźnierstwo. Bo nagle on zadawał pewne pytania, które były takimi nieoczywistościami. I ta nieoczywistość była już faktem poetyckim. W ogóle myślę, że efekt poetycki to jest to, co znalazłem wcześniej w liceum, czytając Apollinera, czyli zestawienie, juxtapozycje tak zwane. Ja jem loda, a ty jesz loda, a ja umieram w miłości. Coś takiego. Ale u Pazoliniego był taki silny intelektualny szok po prostu. Na przykład pytano go, czy będzie jako człowiek lewicy, jako taka flaga lewicy, czy będzie za przerywaniem ciąży, czy może wesprzeć kobiety za przerywaniem ciąży. Może nie powinienem tego mówić, bo to zostanie wykorzystane. Ja jestem za pełną wolnością decydowania o sobie kobiet, ale chyba nie ma tam aż takiej subtelności, inteligencji, żeby podjąć Pazzoliniego. Mam nadzieję przynajmniej. Więc pytają, co sądzi o przerwaniu ciążą. Ja jestem przeciw, nie podpiszę tego listu, ponieważ najdawniejsze doświadczenia, najdawniejsza pamięć, która mnie dotyczy, jest chlup od wód płodowych w łonie mojej matki. Nie ma jak dyskutować z czymś takim. A to jest jednocześnie potworny argument, bo on jest lirycznym argumentem. Ja nagle rozumiałem, dojrzewając jako poeta, że dokładnie do tego, co mówi Wilke, to znaczy doświadczenie, że to nie jest tak, że poezja to są myśli same. Poezja to są myśli splecione z doświadczeniami. i z odczuwaniem, to jest wszystko naraz po prostu. To jest ten splot ogromny doświadczenia, emocji, wszystkiego. Pytano go, czy jest za nowoczesnością. Nie, nie bardzo, dlatego że na kościele, w którym była chrzczona moja matka, w kazarsie zobaczyłem napis Jezus Jeans, nowej marki jeansów, wymyślonej przez Oliwiero Toscaniego, zresztą tego od Benettona. Nie będziesz miał innych jeansów przede mną. To już jest takie pogaństwo, że nie zdaję sobie sprawy z tego, że kiedykolwiek istniał Bóg. I to są tego typu wielkie takie proroctwa, albo Kościół. Mówi Kościołowi, słuchajcie, żal mi was, żal mi was, mi się chce płakać, jak na was patrzę. Walczycie z komunistami. Oni są tego samego, co wy. Wy sobie nie zdajecie sprawy, że będziecie musieli zmierzyć się z rynkiem. Ten dopiero was zeżre, cholera. I to są takie jego intuicje, studenci 1968 roku. Przyłącz się do nas, powiedz, że jesteś po naszej stronie, bo to był wielki autorytet. A on mówi, nie, ja jestem po stronie policjantów, którzy was biją. Dlaczego? Dlatego, że kiedy wy studenci, rzemscy, wydziału architektury, kiedy wy zostaniecie wyrzuceni z uczelni, to tylko po to, żeby zostać dyrektorami w fabrykach waszych ojców. A kiedy policjanci z południa, sprowadzeni z Sycylii, z Apuli, z Calabrii zostaną wyrzuceni z policji, to wrócą do tych swoich matek kruchych jak wróbeli. I sobie pomyślałem, to jest poezja w jakości. To jest takie mówienie na przekrój wszystkiego. Zresztą z tego wysnułem pomysł na poetykę przekładu boskiej komedii, z takiej surowości, z takiej uczciwości słownej, pojęciowej. Będziemy zresztą o tym rozmawiali, jeżeli państwo przyjdą, 8. Bo będę o boskiej komedii opowiadał. I to zupełnie niezwykłe doświadczenie, że ta poezja nie musi być taką poezją polską. To znaczy, nie musi być poezją taką jak u nas, czyli taką można powiedzieć pełną idei, pełną komunikatów takich oczywistych, tylko że właściwie poezja to jest zupełnie inny sposób poznawania i komunikowania rzeczywistości i komunikowania się ze światem. To jest coś zupełnie innego. To jest dla mnie było właśnie wielkie odkrycie, ta poezja włoska, która weszła, wtargnęła w moje życie. I tak sobie pomyślałem o tych wszystkich obszarach, które w języku polskim czy w polszczyźnie, w mojej wyobraźni nie istnieją, dlatego że po prostu nie zostały powiedziane, nazwane powołany do życia poprzez słowo. Więc nagle widzę, że Sandro Penna, poeta, mówi coś takiego, że on widzi słodkie pagórki. Słodkie pagórki to jest oczywiście pojęcie paratalne, słodkie, ale akurat pagórki nie smakują. Tylko mają zbocza, bardzo łagodne. Albo słodkie jest przebudzenie u boku chłopca. On napisał takie kanconierę, można powiedzieć, homoseksualnym. I nagle zobaczyłem, że tłumaczenie to jest odkrywanie różnych stanów i różnych rzeczywistości, których się nie zna ze względu na to, że po prostu nie zostały powołane do życia przez słowo. Nie zostały nigdy nazwane. I dlatego też tłumaczę tych poetów często, czasami, teraz ostatnio coraz mniej. Dlatego, że mi się wydaje, że mówią, że słuchajcie, istnieje jeszcze taka rzeczywistość. A dowodem na to jest takie słowo, którego nie ma w waszym języku, więc ty je przetłumacz. No i to są tego typu doświadczenia, których dostąpiłem. To pisanie wierszy było zawsze radosne. Było w tym sensie, że to było bardzo bolesne czasami, dlatego że przywodziło mnie do pisania jakieś bolesne doświadczenia, ale zawsze było aktem radosnym. To znaczy, to było trochę tak właśnie jak w filmach Pazzoliniego. Pazzolini robi te filmy swoje i mówi, Boże, o czym to jest film? O radości seksualnej ludu wsi włoskiej na przykład. No dobrze, to jest coś takiego, czyli o radości. O wyrażeniu, o wysłowieniu, o tym, żeby się wypowiedzieć. O takiej radości wysławiania, komunikowania się z innymi ludźmi. Teraz coraz bardziej, myślę, że w tym tomiku i w poprzednich dwóch, Najbardziej zacząłem postrzegać poezję, czy przeżywać raczej poezję i uprawiać poezję jako taki akt pełnego porozumienia z innymi ludźmi. Ja coraz bardziej jestem po stronie ludzi i coraz bardziej ludzi lubię. Ja po prostu lubię ludzi. To jest przeżycie autentyczne, nieudawane i nawet, nie wiem, nie cierpię Gowina i Kaczyńskiego, ale autentycznie, najgłębiej to jest mi też ich żal. Wystarczy, że któryś z nich zrobi minę z bitej kozy, to ja po prostu płaczę nad nimi, naprawdę. Jak ja widzę tego Gowina, bidnego, który schodzi z krzeseł z rzędów sejmowych, i przechodzi obok Kaczyńskiego i tak strasznie patrzy, czy ten się do niego zwróci twarzą, czy się nie zwróci, tak czeka. Jest mi go tak strasznie po ludzku po prostu żal, koszmarnie. Ja po prostu lubię ludzi, no mój Boże, co ja mam zrobić. Więc pisze też wiersze coraz bardziej takie, jak gdybym ja przechodził, brał człowieka za rękę i powiedział, chodź, dać coś powiem. Mój brat kiedyś w szkole podstawowej, starszy ode mnie o pięć lat, sprowadził tranzystor, żeby słuchać wyścigu pokoju. I poedaną mi o tym. Też miał taki tornister ze świńskiej skóry, z taką klapą zamykaną, taki paseczek na klamerkę i nauczycielka do niego usłyszał ten tranzystor i mówi, zgaś to radio. Jakie radio? Przecież masz radio, widzę. I wskazała tę torbę ze świńskiej skóry. i mówi, chodź do dyrektora. I mój brat wziął ją za rękę i powiedział, no to chodź. I pamiętam, to mnie zaimponowało strasznie, no to chodź. I to, no to chodź, to pójdźcie ze mną. I ja mam takie, no to chodź, mam takie czasami przebłyski, w metrze najczęściej, ostatnio, bo tam w metrze jest to oszołomienie bliskością innego człowieka. Ktoś trzyma rękę na poręczy, w metrze i ja patrzę na tę rękę, jest cała bliskość, ja widzę, że ma obrączkę, albo że ma ślad po obrączce podwójnej, czyli jest wdowcę, wdową. To wszystko jest, metro jest nieprawdopodobnie bliskie, zbliża ludzi po prostu aż do stanu kompletnie niemożliwego. No więc ja z tego sobie zdaję sprawę i z tego robię sobie taką właśnie ideologię, która się nazywa właśnie miłość bliźniego. Ja myślę, że dochodzę tak naprawdę, Alfredzie, do miłości bliźniego, do takiego odczuwania, że ja jestem wprowadzony w taką rzeczywistość tego człowieka. Czytam te ślady i tak mi jest. I jak w poprzednim tomie, czy jeszcze dwa tomy temu, napisałem o moim spotkaniu z zakonnicą w metrze. Zakonica wzięła tam telefon, coś dzwoniła, tak, tak, siostro, coś tam, kocham Chrystusa. Ja to usłyszałem, ona zgasiła, ja podchodzę do niej, siadam obok niej i mówię, siostra powiedziała, że kocha Chrystusa, tak, tak. Ale mówię, ale tak jak ja dziecko, czy tak jak ja kochałem kiedyś dziewczynę w podstawówce, byłem zakochany? Ona w ogóle nie wiedziała, o czym ja mówię. Ja mówię, ale no, bo kochałem, kocham Chrystusa. Znaczy co, na przykład kocham czasami, Ktoś jak moja ukochana się poci na przykład, ma skronie spocone. Czy siostra tak kocha Chrystusa czy coś takiego? Ona przyjmowała to z taką cierpliwością, jak gdyby była szczęśliwa, że ktoś z nią podjął rozmowę o miłości, ale nie odpowiadała. I mam taką, nie wiem, potrzebę, ale radość takiej rozmowy właśnie z ludźmi i chyba stąd się rodzą te moje wiersze najnowsze, miłości bliźniego, tak bym to powiedział, aczkolwiek to słowo jest troszkę uwikłane w pewne wyznanie, że tak powiem. Natomiast i oczywiście to jest to. I nagle zauważyłem, że to moje uprawianie poezji to jest takie dojrzewanie wewnętrzne. To jest rejestrowanie wszystkich moich zmian. Myśmy kiedyś z Piotrkiem Matywieckim na ten temat rozmawiali, wspaniałym poetą, przyjacielem, że to jest takie rejestrowanie każdej tą wierszy, to nie jest jakaś inna forma eksperymentu. To jest rejestrowanie siebie na miarę momentu, w którym się żyje, na miarę uczuć, które mamy i na miarę przeżyć, które mamy w tym momencie naszego życia. Takie wierne zapisywanie naszego życia po prostu. bez względu na to, czy uważamy je za jakieś dobre, niedobre, wzniosłe, szczęśliwe, radosne, smutne, ponure. I to jest takie zapisywanie. I nagle się okazuje, że się odtwarza ta linia rozwoju, to znaczy ta linia naszego dojrzewania, a może po prostu, nie wiem, naszej redukcji, bo czasami tak bywa, że się człowiek redukuje bardzo. I takie powierzenie się poezji jako najwyższemu aktowi komunikacji, taka wiara, I takie mówienie na co dzień tak samo językiem poezji. Jeżeli nie wiem, czy wśród państwa są słuchacze na przykład audycji w radiu Nowy Świat, gdzie prowadzę o 21.00 takie... Muszą państwo zdołać. Dobra, przestaję gadać. Nie, nagrałem wczoraj. No nie mogę, nie mam jak. Także mówię tak, jak gdyby to nie jest tak, jak taki radiowiec, który ma swój program do powiedzenia, tylko tak siadam i coś przeżyłem, mówię o tym. I coś mi przychodzi do głowy, puszczam muzykę. W tym dzisiejszym jest coś takiego, co mnie spotkało. Zaskoczyło o piosenkach, które powstają dzięki czy na podstawie moich wierszy publikowanych na Facebooku. Jest taka pani, która się nazywa Ola Pukowiec, która skomponowała i właśnie zaśpiewała wczoraj po raz pierwszy. Dzisiaj jest taką pieśń, czyli takie moje pożegnanie z przyjacielem, taki wiersz pożegnanie z przyjacielem. I dzisiaj będzie premiera na przykład. I o tym też mówię. Natomiast chodzi o takie prywatne mówienie i nagle się okazuje, że wcale nie jesteśmy my prywatni, tylko jesteśmy po prostu kompletnie tacy sami. i że potrzebujemy takiego drugiego człowieka, który to nazwie, co jest w nas. To znaczy, który być może przez jakieś tam swoje kompetencje językowe, czy kompetencje podglądania świata, nagle potrafi to nazwać. No bo tak naprawdę, to co robi poeta, kim jest poeta? Poeta to jest ten, co podgląda świat, to znaczy my bez przerwy patrzymy. To jest takie patrzenie, jak gdyby ten świat miał przetrwać, ten świat przez nas oglądany miał przetrwać tylko przez naszą obserwację. My sobie deponujemy to wszystko, zbieramy to wszystko, o czym żeśmy powiedzieli i potem wychodzimy i zaczynamy o tym mówić po prostu. I nagle jesteśmy jedynymi, którzy ten świat jeszcze pamiętają tak naprawdę. Jak Mickiewicz z panem Tadeuszem i z Soplicowem tak naprawdę, był już jedynym, który mógł je zapamiętać i zapisać. No właśnie i to jest to. A teraz może dość względzenia i przeczytam parę wierszy. I bardzo dziękuję panią, które przetłumaczą to na język migowy. Ja wybrałem kilka wierszy, może za mało, może za dużo, Bóg wie. Natomiast jeżeli mi się coś przypomni, to ja sobie pozwolę przypomnieć, co nie zaznaczyłem, co nie podałem do tłumaczenia. Tylko jakoś mi przyjdzie do głowy w ostatniej chwili, to ja zasygnalizuję I poproszę panie, żeby nie tłumaczyły, bo jednak to wymaga dużego przygotowania. Mam tu w każdym razie wypisane wiersze, które podałem i teraz przeczytam tych kilka wierszy. Ta zakres tematyczny tego tomu jest bardzo różnoraki, bo to jest zakres, na przykład w tym ostatnim roku, to są takie zapisy z ostatniego roku, a więc są to zapisy uniwersalne mojego życia i świata. Jest tam dużo o umieraniu, o rodzinności, ale też wiele rzeczy, które wynika z naszej historii. Z tej historii, która jest historią tragedii granicznych, pomiędzy Polską a Białorusią, jest o tragedii w Ukrainie. Więc znajdą państwo te różne rzeczy. Pierwszy wiersz. Każdej z córek. To jest wiersz, który jest Eksperymentem uczuciowym to był chyba w całej mojej historii najtrudniejszy wiersz do napisania. Bo to jest wiersz oparty na pewnej myśli, to znaczy krótki wiersz. O tym, że ja bardzo często myślę o mojej mamie. Pamiętaj o tym, że nie chcę dożyć momentu, gdybyś ty umarł przede mną. A ja mówię tak. A ja z jednej strony tak, a z drugiej strony jednak. Nie wiem, czy ja się nie boję bardziej tego, że moje córki umrą w samotności i że ja umrę, a one zostaną same w chwili śmierci. Więc ja może życzę im śmierci wcześniejszej niż moja. Jest to myśl taka, która mnie przeszłyła, można powiedzieć. Każdy jest córek. Mam trzy córek. Przy twojej śmierci ja dzisiaj już jestem, nie młodszy, nie starszy, lecz jaki dziś jestem. I tylko w tej chwili mogę tobie umilić, to co z tobą będzie w tamtej małej chwili. Trzymam cię za rękę nie później niż teraz, jak się trzyma za życie kogoś, kto umiera. Twoją śmierć już przeżywam, bo gdy ona będzie, Mnie w tej chwili na pewno przy tobie nie będzie. A nie chcę, żebyś wtedy została samotna, więc każda chwila będzie nam stokrotna. Kolejny wiersz z tych wybranych, chociaż mogłem też równie dobrze wybrać inne, ale... Dekonstrukcja raju. Rano galeria sztuki nowoczesnej. Drzew połamanych, rozbitych pachołków, latarni i haków z założenia najprostszych. Mówią, że w nocy była tu wichura. Musiałem przespać, bardzo mocno spałem. Mocno i dobrze, bo śniła się łąka i ktoś na łące, kto pachniał i kochał. Mam wielką nadzieję, że sen o łące wróci, Więc chciałbym zasnąć, żeby dać nam szansę. Marzeniu i sobie, ale muszę czuwać. Boję się przespać nocny wybuch wojny i zobaczyć rano galerię szkieletów, sztuki jeszcze bardziej nowoczesnej i świeżej. Buty. No tak. Byłem na Lampedusie i zaraz po katastrofie, przed katastrofą i zaraz po katastrofie 3 października 2013 roku. Wtedy, kiedy doszło do tej największej katastrofy w historii Morza Śródziemnego, czyli kiedy zginęło 368 osób, utonęło w tej łódce przy najpiękniejszej plaży świata. I pamiętam, że wszyscy ratowali, a Giacomo, taki młody chłopak, artysta, machnął ręką i powiedział, że nie mam czego ratować, oni na pewno zginęli. Ja muszę ratować ich buty. I wypłynął i ratował ich buty, zbierał ich buty. I zrobił z tego galerii sztuki po prostu, z tych rzeczy zebranych. Tam były stare edycje koranu, które zbierał, ale głównie buty, buty, buty. Przypomniałem sobie wiersz i piosenkę, balladę Błata Okudżawę i też takie różne powiedzenia o butach i buty mojego ojca. No i skleciłem z tego wierszu. Kiedy przy Lampedusie utonęli ludzie, Giacomo wsiadł do łódki, żeby pozbierać ich buty. Kiedy w buczy pozbierano ciała, reporter powiedział, wszędzie leżą ich buty. Kiedy ktoś ginie w wypadku, w chwili śmierci z nóg lecą mu buty, powiedział policjant. Kiedy umiera ojciec, Schodzone buty są tym, co najtrudniej wyrzucić i najtrudniej zachować. Kiedy stygną wargi, przemawiają stopy i wierne świadectwo ich drogi. Powykrzywiany ich śmiertelny portret, cały z trudu, wybrzuszeń i brudu. Szczęśliwa pamięć tych, co widzieli, jak prężą się w słońcu. Był taki dzień, bo te doniesienia z Ukrainy dotyczą różnych terenów, różnych obszarów. Był taki dzień, kiedy dokładnie dotknięto wszystkie miejsca ukraińskie, te, w których mieszkała Zezanna Ginczanka. Napisałem książkę, napisałem taki wiersz. Zezanna Ginczanka wraca do ojczyzny. To jest Kijów. To miasto, które otworzyło mi dwubarwne oczy. To jest Równe, gdzie z miłością dotknęłam skóry i potrzewki świata. To jest Klewań, gdzie przedwczesna młodość powołała mnie do krótkiego życia. To jest Warszawa, gdzie z kreolską dumą obnosiłam nieoczywisty mój obraz. To jest Lwów, gdzie nienawiść wezwała mnie do śmierci. To Kraków, gdzie nienapróżno czekałam na Może nie wiecie z jakim smutkiem patrzę, jak niknął ślady. Przytulenie. Po tysiącach wierszy i miłosnych nocy, po przekładzie boskiej i po lampeduzie, po słów milionach wypuszczanych na zwiady, Wiem za Whitmanem, lecz także z Whitmanem, że źródłem i celem jest objąć człowieka. Przytulić go myślą, ramionami i wszystkim, czym można wrócić do pierwszego stanu, kiedy wszyscy byli, tak jak są jednością. Gdy wszyscy byli, tak jak są miłością. bez względu na to, czy to jest kobieta, czy to mężczyzna, czy ktoś, kto się szuka między ich złudnym, chwilowym pozorem, czy jest to naród własny, czy sąsiedzki. Czy na antypodach śmiałej wyobraźni nie byłoby Buddy, Jezusa, Allaha, nie byłoby Jachwy ani świętej nicości, gdyby nie było tej założycielskiej chęci i woli przytulenia bliźnich. Myślą, mową, uczynkiem i wzrokiem. Słuchem przez mowę albo przez muzykę. Węchem wyobraźni i węchem wąchania. Smakiem smakowania i smakiem pragnienia. Przyrodą dotyku i snem przyrodzenia. Kiedy ją odczuwam, nie myślę o winie, lecz o rozdzielonych ludziach w Ukrainie. Jak już mówiłem, moja mama ma 50, przepraszam, 50, ja mam 50, ja mam 60. To było dopiero, gdy mama była młodsza ode mnie. Więc mama ma 89 lat prawie. Mama wyzbywa się domowych rzeczy. Mama wyzbywa się domowych rzeczy. Robi to z namysłem, żeby było trafnie i nikt w przyszłości nie spierał się o rzeczy, które ją przeżyją. Mama wyzbywa się domowych rzeczy. Broszka dla Julki, dla Marysi zastawa, dla Zosi srebrny kubek. Obrusik dla Zosi, barometr dla Marysi, filiżanka dla Julki. Może ty weźmiesz moździerz? Bronię przed mamą domowych przedmiotów, żeby nie runął jej ostatni szaniec, kiedy rozda wszystko i odejdzie sama. Moja maleńka mama. Moja maleńka mama ma tak wielkie serce, że jej ciało to dla niego za mało. Moja maleńka mama ma tak wielką i kolczastą przeszłość, że jej nogi coraz ledwiej ją niosą, coraz mniej pewne celu i sensu wędrówki. Moja maleńka mama ma tak wielką samotność, że jej chore ręce z trudem obejmują ten bezbarwny balon. Moja maleńka ma tak wielką wiarę, że żaden kościół nie mieści jej ufnej wyobraźni. A taksówki niebieskie pękają już od tych, których pragnie zabrać na drugą stronę. Moja maleńka mama ma tyle miłości, że ja sam ledwo stoję na nogach i czuję jak kolana pękają mi pod każdą kolejną wiązką. pod Narewką, nie wiem, czy państwo pamiętają epizod pod Narewką z granicy polsko-białoruskiej. Kiedy znaleziono człowieka tam zamarzniętego, już nie w lesie, tylko na takiej polanie, jak gdyby przeszedł przez ten las, ten groźny las, który jednocześnie dawał mu schronienie i nagle wyszedł na taki płaskowyż i tam zmarł po prostu, tam zamarł w zeszłym roku. Pod narewką. Nie kobiety, nie dziecka, tylko zwłoki mężczyzny. Tylko. Znaleziono w lesie, w rejonie Olchówki. Tylko. Był z nim tylko nigeryjski paszport i plecak. Tylko. Kiedy kiedyś w Alpach znaleziono słonia, według więźnia Auschwitz o nazwisku Lewi, Miał ryczeć, że to bez sensu, bez sensu. W lesie pod Nalewką znaleziono zwłoki. Nie kobiety, nie dziecka, tylko zwłoki mężczyzny. A z nim tylko paszport nigeryjski i plecak. Lewi już dawno rzucił się ze schodów. Nie miał kto usłyszeć, co krzyczał mężczyzna. Ze zdjęć z lotu Ikara widać starą trawę i młody śnieg. Ocierpliwość. Miłość czasu przyszłego. Kiedyś moja miłość będzie tak dorosła, że nie spyta czy kochasz, kochasz, ani nawet jak bardzo. I czemu tak mało, że aż da się wyrazić. Nie będzie czepiała się gestów, że chłodne, ani słów, że z wiatru, co za szybko wieje. Nie będzie drążyła, dlaczego nie dzwonisz już od krótszej chwili. Czemu nie wysyłasz pustych SMS-ów, jeśli nie masz czasu wystukać nawet słowa. Kiedyś moja miłość będzie doskonale nieprzygniatająca, bezbarwna i czysta. Kiedyś moja miłość będzie zapewniona i tak przezroczysta, że mucha nie siada. A będzie to miłość do samego Boga, kogoś, kto się zdrzemnął w pomylonym łóżku. lub miłość do ciebie, której kochał nie będę, zlany kwaśnym potem samoobrzydzenia. Kiedyś mnie nie będzie, to wielka pociecha dla kogoś, kto kocha, jakby był w nadmiarze. I ostatni wiersz z tych przewidzianych na dzisiaj, wiersz na rocznicę powstania. Wiersz na rocznicę powstania. Dopóki żyjesz moja piękna mamo, moja dziewczynko na dzień przed powstaniem, twój syn zasługuje na chłopięcą miłość. Przez całe życie nie może być wnukiem, który znajduje skrywane cukielki. Także na niego w końcu musi runąć godzina w. Kiedy ruszy do walki, dostanie kulę miłosną i zginie w walce o siebie i o wszystkich innych. Walka o naszą i o własną wolność musi być krwawa, więc wybacz żebroczą". Dziękuję i dziękuję paniom tłumaczkom. Jeżeli są jakieś pytania, odpowiedzi może jakieś są, to bardzo proszę. Jak nie ma, to się proszę nie martwić, bo zawsze tak jest. Nikt nie chce zadawać pytań, tylko nagle potem czuje taki przypływ przyzwoitości i nagle, o, muszę zapytać o coś. Ale nie trzeba, pytania potem się wyzwalają, tak jak na schodach, jak się wychodzi, jak się jest w domu, to oj, zapytałbym, ale nie mam numeru telefonu. No takie różne historie, także to wszystko znamy, znamy, znamy. Mama nie ma problemów z chodzeniem, ja mam problemy z chodzeniem. Ja wędruję, bo piszę reportaże czasami, ale to jest właściwie od 15 lat zmagam się z wielkim bólem nóg, z którym sobie nie daję rady po prostu kompletnie. Więc to jest o mnie tak naprawdę ten wiersz. Naprawdę. A mama, mój Boże, mój Boże. Jak pojechałem, pamiętam kiedyś do przyjaciółki z Żany Ginczanki, czyli do Lucy Stauber słynnej, miała 99 lat. Przyszła na spotkanie, przepraszam strasznie, ale byłam na pływalni. Niestety musiałem zrobić te cztery baseny, ponieważ on miał 99 lat. No nic takiego, w tym pokoleniu tak jest.
[59:54.58 → 01:01:43.99] B: Czy jest jakaś tradycja, w którą Ty byś sam siebie wpisał? w tej polskiej poezji, czy właśnie Ginczanka? Mi się wydaje, że nie. Ja jakoś czuję bliżej Szyborskiej, te wiersze, które dzisiaj czytałem. Wiadomo, że to nigdy nie jest tak, że jakiś poeta należy do innego poety. Zawsze jest odrębnym zjawiskiem samodzielnym. Im bardziej jest odrębny, tym bardziej jest. ale trudno znaleźć związki między Białoszewskim a Szymborską, trudno znaleźć związki między Miłoszem a Szulcem, a można znaleźć między Szulcem a Leśmianem. Czyli siebie gdzieś wpisujesz w tę tradycję czy w ogóle poza. w nią się odnajduje, bardziej przez włoską, bo to jest bardzo etyczna ta poezja, bardzo racjonalna, stawiająca takie dylematy, powiedziałbym, filozoficzne. Ona jest daleka od takiego szukania szulcowskich matek, znaczeń, jakichś ukrytych fabuł pod maskami pojęć, to jest raczej taka poezja, która dosyć jasno, w świetle formułuje zagadnienia i wyzwania etyczne. Też jak opowiadałeś o tych wierszach, to wstawiałeś za każdym razem tezę, bardzo zresztą ciekawą i przewrotną, jak z tymi córkami. Jak wiem, Miłosz pochował swojego jednego syna i też napisał na temat tego doświadczenia tekst. To są takie właśnie... Jakby etyczne, ty oczywiście nie chcesz prowadzić tego, bo to nie jest filozofia do tezy, ale jakby tą formułą określasz obszar i w ramach tego rysujesz różnego rodzaju kręgi znaczeniowe i zostawiasz nas z tymi dilmatami, bo to nie jest poezja pedagogiczna, pouczająca czy instruująca, ale stawiająca zagadnienia etyczne.
[01:01:44.89 → 01:09:34.87] A: Dziękuję bardzo. To jest tak, że w ogóle to jest... Ja mam 62 lata, więc ja w tym... Pisania wierszy właściwie, zacząłem pisać wiersze wcześniej, ale mój tom powstał pierwszy, miał być opublikowany w 1981 roku. Wtedy, nie wiem czy państwo pamiętają, ale wydarzył się stan wojenny, więc żeśmy sobie obiecali, że nie będziemy publikowali. Ja pamiętam, że wszystkie swoje wiersze zebrałem, podarłem, stanąłem na moście Poniatowskiego, który nazywał się kiedyś Mostem Mikołajewskim. i wywaliłem do Wisły. I na szczęście dzięki temu nie mam teraz tych rozpaczliwych wierszy młodości, które właśnie nie były doświadczeniami, może nie były wspierane przez doświadczenie. Ale po co to mówię? Po to, że są wiersze z wcześniejszego okresu, z późniejszego. Ja nie trzymam się jednej formuły, nie uważam, że trzeba mieć jedną poetykę. Ludzie wymagają od siebie na ogół ciągłości. A ja jestem nieciągły, co ja mam z tym zrobić? Mówię, jestem nieciągły po prostu, jestem różny, jestem sam w sobie różny, zaprzeczający się ciągle, więc różnie jest tutaj ze mną. Ja mam wrażenie, że wzrosłem poza wszystkim, natomiast miałem takich poetów, których nie wiem, czy państwo pamiętają, stan wojenny, to było takie szukanie poetów w księgarniach. Ja nie miałem domu rozczytanego w poezji, to nie było tak. Więc ja chodziłem po księgarniach, patrzyłem, zaglądałem, wydawało mi się, że jakiś tom jest fascynujący, to kupowałem, potem inne kupowałem. Pamiętam taki tom, który uważam za najwybitniejszy tom lat 80., to jest tom Anny Janko, która jest znaną autorką w końcu teraz, ale w ogóle wtedy był niedostrzeżony, to się nazywało Koronki na rany. To był tom takiej dziewczyny, która wyszła za mąż, spodziewała się wielkiej miłości, fascynującej, pięknej i nagle trafiła, Znalazła się w sytuacji rozpaczy z dzieckiem, z mężem, którego już nie chciała. Pamiętam, że to był taki rozpaczliwy, straszny ten wiersz. Ryszard Kapuściński, Notes. To były wiersze Kapuścińskiego napisane po tym, jak go wyrzucono z redakcji Kultury. Ileś tam wierszy takich. Tomasz Gluziński, wspaniały poeta, Zakopiańczyk urodzony we Lwowie. Tam pamiętam, że wtedy powstał słynny numer literatury na świecie, Ocharystyczno-Ażberowski, który w ogóle na mnie nie zrobił wrażenia, bo ja znałem Ocharystę przed Ocharą, to znaczy Gluźnicki był tym Ocharystą. Więc ja trafiłem na taki dziki moment, który był takim odkrywaniem poezji, takiej, która mi się podobała, bez żadnych uprzedzeń, ale też bez żadnego nabożeństwa. Andrzej Schmidt, nie wiem czy państwo pamiętają, jest taki wiersz, który posłużył za inspirację wielką dla Ewy Demarczyk, Czarny pejzaż. I to jest taki pejzaż, czarny pejzaż. To był cudowny poeta. Potem były oczywiście do tego inne rzeczy. Ja poznałem bardzo dobrze Miłosza, to było wielkie szczęście. Poznałem bardzo dobrze Herberta, który napisał do mnie listy i to było... Wisławę znałem najlepiej pewnie z tej gromady, którą poznałeś, Julię Hartwig, z tych poetów. Miałem takie szczęście rzeczywiście, że stałem się takim rozmówcą tych wielkich. Myślę, że brałem ich wszystkich i niespecjalnie zważałem na to, co oni mają do powiedzenia do mnie. Czytałem ich wiersze, które mnie zachwycały bardzo często. Wisława prowadziła mój wieczór poetycki, taki słynny, z gołotem. co tam wstawiła tego Gomota. I to było w Nowej Prowincji w Krakowie. Ja ich wszystkich wielbiłem, ale też Twojego Leśmiana rzecz jasna. I on był dla mnie współczesnym poetą. Poznałem poezję takich dziwnych rzeczy niewłochów, bo mówię o niewłochach. Poznałem poezję Bialika. wielkiego poeta języka hebrajskiego, który był takim leśmianem hebrajskim. Bardzo wielu tych poetów. Potem nagle wziąłem Wittmana, który mną owładnął zdecydowanie bardziej niż Eliot. To były takie przyjaźni. Na tym to polega ta poezja, że nagle ja mam nerwice natręctw. Pamiętam kiedyś do Wicełki na Sycylii. Mówię, przepraszam cię bardzo, muszę cofnąć ciebie 50 metrów, bo kopnąłem prawą nogą w drzewo i muszę teraz kopnąć lewą, bo inaczej zwariuję. A ona jest sucha, ja to samo miałem. To jest takie szukanie przyjaźni, które się dzieją na różnym poziomie, na bardzo różnym poziomie. To są intelektualne czasami wymiany, Z Miłoszem też mnie bardzo wiele połączyło, Miłosz bardzo mnie fascynował. Napisałem płomienną recenzję z tego tomu, który uważam za najbardziej przemawiający do mnie, Orfeus i Eurydyka. Po śmierci żony, tak napisał on ten poemat, o tym człowieku, o tym Orfeuszu, który wie, że się nie może odwrócić, ale nagle słyszy bzyczenie chrabąszczy na zewnątrz i czuje zapach traw. I odwraca się celowo, żeby stracić tę aurydykę, bo on woli leżeć na ziemi, na świeżo spruchnionej ziemi. Taka gwałtowa, zmysłowa reinterpretacja mitu. Ja myślę, że ja jakoś starałem się łączyć to wszystko z wydarzeniami życiowymi. I to był taki zapis właśnie mojej codzienności. Wszystkich ich brałem pod uwagę. Są jeszcze inni oczywiście poeci. Rysiek Kapuściński nauczył mnie kochać Kazimierza Hoffmana, takiego poeta z Bydgoszczy. Oczywiście też miałem w sobie element kobiecy. Ja nie jestem, proszę państwa, mężczyzną, tylko jak państwo widzą, ale jestem również kobietą. Tak odczuwam, odczuwam bardzo kobieco, bardzo często. I to jest poświatowska, świrszczyńska, której poezja się wymyka wszystkim regułą. Myślę, że to nie jest inna droga. To jest taka droga, moim zdaniem, człowieka, który poznał bardzo wiele poetyk i idzie własną. To znaczy, czuje, że musi pójść własną i tam sobie wziąć tę siekierę czy maczetę i rąbać swoją drogę przed siebie. I to jest taka droga, można powiedzieć, trochę baśniowa, trochę jest, to się oczywiście zmienia z tomu na tom, też taka przejęta. Ja uważam, że mamy swoje, nie mówię swój obowiązek, ale ja mam taką, moja specyfika bez wątpienia to jest, to jest takie zranienie przez rzeczy materialne, które widzę. Jak ja widzę drzewo, które na przykład ma jakieś przecięcie kory czy coś takiego, to mi się chce płakać po prostu. I tak jest i nic na to nie poradzę. To są takie momenty, kiedy ja coś odczuwam, jakiś rodzaj współczucia. I tak mam i donoszę, a kiedy to trafi na człowieka, to już w ogóle. No więc piszę o tej Białorusi, dużo tu jest wierszy, już nie chciałbym, panią tutaj dodawać trudu tłumaczenia tych akurat wierszy. Ale tu jest dużo o granicy białoruskiej.
[01:09:35.05 → 01:09:36.61] B: A tu próbowałeś pisać po włosku?
[01:09:37.63 → 01:26:12.76] A: Nie. Wiesz, jednak wyznaję tę zasadę, że jeżeli pisać albo tłumaczyć, to na język, w którym człowiek się wychował, w którym słuchał kołysanki. Ja tylko wtedy się czuję sprawnie. Tylko wtedy, kiedy ja słuchałem kołysanek w tym języku, I to zawsze wychodzi sztucznie, tłumaczę owszem, znam włoski, ale to nie jest to samo. To takie naiwne czasami są pytania, dlaczego się sam nie tłumaczysz na włoski? Bo ja wtedy wcale nie powiedziałem, że ja chcę być przetłumaczony na włoski, mnie to nie interesuje jako praca. A dwa, w ogóle to jest coś takiego, że ja uważam, że tak się nie powinno robić. I chyba jestem bardziej poetą jednak niż tłumaczem, bardziej poetą niż reporterem. a jednocześnie też jestem tymi innymi, przynajmniej staram się też być poetą w reportażu, tak jak pisze reportaż, więc to wszystko nie wiem. Myślę, że nie jest mi nikt bardzo... Są na przykład tacy poeci, którzy zanikają. Wiecie, kto jest takim poetą, który zanika i boli mnie całe serce? To jest Jerzy Górzański. To był poeta. Jego tomik wierszy, Święty Brud, Zmarł i boi się, że zostanie skazany na zapomnienie. Jerzy Górzański, taki poeta ze szmulek warszawskich. Trochę krnąbrne, takiej czystej zupełnie inteligencji. Jarosław Markiewicz, nie wiem, czy państwo pamiętają kogoś takiego, autor wielkich erotyków. To jeśli chodzi o poezję erotyczną, to największy po prostu, absolutnie. To są tacy poeci. Niestety jesteśmy rozproszeni jako poeci, to znaczy mamy swoich czytelników. Mam tylko taką nadzieję, którą właśnie Piotrek Matywiecki mi uzmysłowił. Mówi, że on uważał, że z jego doświadczenia wynika, że jeżeli jest jakiś poeta, o którego się troszczymy, to zawsze jest jakaś grupa młodych, która zadba o jego torobek. I taki jest na przykład z Witoldem Wirbszą i środowiskiem Krzysiek Melecki itd. Pismo katastroficzne Arkadia, które zajmuje się właśnie wirbszą. Myślę, że właśnie nie mam czegoś takiego. Pamiętam zawsze o Norwidzie pisząc. Mam takie wrażenie, że on jest. Zawsze tego typu zmysłowe odczuwanie, ale jednocześnie bardzo duchowe i taka metafizyka. Metafizyka bez Boga, coś takiego, co jest mi bardzo bliskie. No i taki przymus pisania, zapisywania, teraz jadę i to jest znowu. Napisałem kolejny wiersz dzisiaj, zapisałem gdzieś tam na Facebooku, ale to szkic do wiersza. Tak naprawdę, ale on jest, nie wiem skąd on właśnie powstał, z jakiego rodzaju wzruszenia, ale powstał. Nawet teraz nie pamiętam, o czym on był, ale on jest. I tak sobie pomyślałem, że jeżeli go natychmiast nie zapiszę, to on gdzieś tam zniknie. Mam wrażenie, że się jest poetą w sposób taki przekraczający jakieś granice powinności, czy też deklaracji. Bo poezja to jest patrzenie. Słucham? Zdjęcie w metrze. Tak, dzisiaj, dziękuję pani bardzo. Że jestem po prostu w tym metrze I chciałbym sfotografować ludzi, ale mi ciągle córki mówią, nie fotografuj nikogo w tym metrze, bo ludzie mają to za złe. Dobra, ale są czasami takie sytuacje, w tym metrze się dzieją. Jezus Maria, jakby to były najbardziej ciekawe przypadki całego świata. No i taka żarłoczność, taka wielka żarłoczność, łapczywość świata, chciałoby się w tym być. Jak ja państwu bym pokazał z mojego telefonu zdjęcie, Zakonnicy, to jest coś nieprawdopodobnego po prostu. Taka świętość, takiego piękna, zmysłowego, przekraczającego wszelką duchowość, nieprawdopodobne. Potem Ci Janusz pokaże po prostu, niesłychanie zupełnie. Takie po prostu życie, żeby to było wszystko nieobojętne, żeby to było takie wszystko, prowadzące dalej. Trochę jestem włoski w tym wszystkim, to znaczy po prostu, Nie cierpię życia uspokojonego zwyczajnie, bardzo nie cierpię i tak piszę na tym nieuspokojeniu, na tym takim, prowokuję zdarzenia trochę, żeby one były, żeby to życie nie było takie właśnie sflaczałe. Pisał Parzolini, że najważniejsze, żeby rosła dusza i pisał też Mickiewicz, że do swojej córki Marysi, Pamiętaj Marysiu, że każda dusza musi być czymś poruszona, bo inaczej flaczeje. Więc taka, żeby ta dusza nie była splaczała po prostu. Nie wiem, kogo bym wybrał, ale myślę, że wszyscy naraz jakoś się łączą. Białoszewski nie, on mnie nigdy nie... Sven Czachorowski. Zamiast Białoszewskiego. On bardziej jako z tych linijistów, tak? On mnie bardziej interesował. Ale to na odrębną sprawę. Tak, Alfredzie. Myślę, że jesteś bardzo głosny, bardzo głosny po polsku. Jak słucham Ciebie, to widzę dwie obsesje, dwa natęsknienia. Sensualność i sakralność. Mam nadzieję, że to położenie jest raczej obce, ale chciałem Cię zupełnie o co innego zapytać. Czy malarstwo włoskie ma dla ciebie jakieś, ma, miało znaczenia? Jeśli to kto i co? Bardzo dziękuję, zgodzę się z tym. Czasami to się inaczej też nazywa, czyli to takie rozdwojenie, a więc na przykład Julia Hartwig napisała i Julian Kornhauser podobnie bardzo, to znaczy o tym takim, że z jednej strony drapieżność, a z drugiej strony łagodność, to znaczy to są takie... Jest rzeczy, które staram się łączyć, bo nie mogę się żadnego z nich wyrzec. Jeśli chodzi o malarstwo włoskie, w ogóle o sztukę włoską, niedużo o tym pisałem, w rzymskiej komedii chociażby, ale też później, po prostu ono mnie pociąga. Pociąga mnie pisanie, pociąga mnie to wyzwanie jakim jest, Pisanie o rzeczach przedstawionych, analizowanie pewnych wydarzeń. Taki esej, nad którym się pociłem, ale bardzo potem byłem w niego zadowolony, że go napisałem, to był o Piero della Francesca na przykład, o zmartwychwstaniu. O tym chłopskim wyjściu z grobu, na takich nogach atlety po prostu, takiego zesztywniałego mniej więcej. Mnóstwo mi rzeczy frapuje. Jeżeli miałbym wskazać takiego ukochanego, mojego malarza. To się oczywiście też zmienia. To jest Andréa del Sarto. To jest tzw. pomniejszy, renesansowy malarz, ale malarz takiej anielskości zacienionej. To znaczy te twarze, Madonna na ogół, Andréa del Sarto, są takimi anielskimi, ale wszędzie jest ten cień. I nie wiem, czym jest ten cień u Andréa del Sarto. Czy on jest jakąś zapowiedzią smutku szybkiego? Bardzo dobrze, oczywiście. Cieszę się tym ogromnie, muszę ci powiedzieć. Uwielbiam czytać dobre eseje o sztuce, na przykład Zbigniew Herbert oczywiście był tym pierwszym, którego czytałem i tam się potem czepialiśmy, czy czepiał się ktoś go, bo nie ja, na szczęście, że on dużo rzeczy skopiował. Ale wyobraźmy sobie, że w latach 60. ktoś zwiedza Włochy i najpierw, żeby dojść do tego sedna, do tego jądra pięknego języka, to najpierw musi po prostu opisać ten obraz. To bierze jakiś przewodnik i czasami z niego spisuje. Nie wiem, czy on to robił, ale w każdym razie taką mam odpowiedź dla jego krytyku. Natomiast nagle, jak dojdzie do takiego zdania i mówi na przykład, że u Jotta w pocałunku Judasza, i rządło zdradę. Albo w apostołach, którym Chrystus myje nogi, najbardziej podoba mi się niepokój sandałów. To są takie rzeczy, które bardzo sobie u niego cenię. To jest taka próba widzenia rzeczywistości na jeden sposób. To, że Herbert mówi, że największą próbą jest to, Co byś ukradł z muzeum, które właśnie staje w płomieniach? I on by zabrał Ambroggio Lorenzetti'ego miasto nad morzem, czy tam miasto nad jeziorem czasami nazywane. To wszystko są takie. Ja na przykład lubię tych peryferyjnych troszkę, kosmetura, takie zrobione z całych włókien, ten święty Jerzy, który jest w Ferrarze na przykład. Ale też jest taki szalony malarz. Jeżeli państwo pójdą do domu i chcą zobaczyć, to niech państwo zobaczą. Zdjęcie z krzyża Rosso Fiorentino, które znajduje się w Wolterze. To jest kupa chłopów, roboli, weszła na górę po wypiciu sambuki jakiejś i zdejmują tego Chrystusa Świętego, najświętszego z tego krzyża po prostu i odpinają i dosłownie zadają sobie takie pytania, którymi obcęgami i coś takiego. To są takie fenomenalne rzeczy. Sztuka włoska zadaje sobie takie pytania. Jest jedyna w tym wszystkim. To jest to coś, ta iskla, którą odnajdziemy również u Pazzoliniego. Element plebejski w świętości. Jeżeli sobie przypomnimy, tak samo Dario Fo w swoim teatrze to samo stosował. Pier Paolo Pazzolini właśnie, kiedy nakręcił Ewangelię według Mateusza i też dał tych bezzębnych naturszczyków jako aktorów. Zresztą zgodnie z prawdą, bo ten święty Piotr, będąc rybakiem, pewnie pełnego uzębienia nie miał, więc był pewnie bliższy prawdy niż cukierkowy Zeffirelli na przykład. Tak mi się wydaje. Tak, tak i kocham bardzo to malarstwo włoskie. I teraz Lorenzo Lotto, te portrety depresji. Jak patrzysz na chłopców Lorenzo Lotto, to mają te powieki takie spuszczone, są zdepresjonowani, po prostu mają taki wyraz twarzy ludzi, którzy rezygnują z życia w ogóle. To jest nieprawdopodobne. Taka prawda psychologiczna, która tam się znajduje. Piękna, piękna po prostu. Pochodzimy jeszcze po Rzymie razem, co Alfredzie? Słucham? Dziękuję państwu bardzo. Bardzo jest mi miło i do ósmego grudnia mam nadzieję, że wtedy pogadamy o boskiej komedii sobie, a jest oczy, także dziękuję serdecznie. Smutno? Smutne wiersze. Znajdę krzepę w przyszłości, taką nową krzepę. Poezja nowej krzepy duchowej czy coś takiego. Ach, ten to dopiero Alfred pisze smutne wiersze. Wisława Szymborska opowiadała, że gdybyśmy mieli, że wszyscy piszą takie smutne wiersze, rzeczywiście bez przerwy, ale zgadzamy się do tego, że świat jest beznadziejny. Właściwie poezja prawdziwa zaczyna się od momentu, kiedy chcemy powiedzieć, dlaczego mimo to wszystko nie popełniliśmy samobójstwa. Od tego momentu powinniśmy zacząć pisać. Ma pani rację. Radość pisania i wbrew temu, co się sądzi, radość pisarza samego. Pisarz, autor smutnych wierszy może być sam radosny i wesoły. To jest też dziwne. Ale tak jest po prostu, tak? Być takim, bo taki jest po prostu, tak? Dziękujemy, tak? Takie ostatnie, które zwracają uwagę. Chciałem zapytać, jeżeli dusza zostanie tutaj przyjęta jako łódka, jako ładna, sferenyska i wiem, żeby nie znaczała, to musi być sferenyska, to właśnie, czy ta ciągła, piękna, krótka, młodzież, którą robię, Ja tego nie wiem, ale to jest bardzo piękne pytanie. To jest pytanie o to, czy inni nam są potrzebni i do czego są potrzebni. inni ludzie tak naprawdę. Jeżeli zaczniemy pisać wiersze radosne, czy radosne, wiersze afirmatywne, czy wiersze, które zawierają w sobie taki zaczątek jakiegoś życia świeżego, dobrego, nie wiem, opartego na braterstwie na przykład, bo to mi się wydaje w tym momencie taka największa radość. Oczywiście powinienem powiedzieć o siostrzeństwie też, ale nie chcę przedłużać. no to to jest dla mnie największa wartość teraz, w tym momencie, akurat w tym czasie, w tych czasach. No to jaką mamy odpowiedź od świata? I oczywiście, jeżeli świat ma nas w nosie, poetę, który takie rzeczy pisze i który ma taką nadzieję, to oczywiście jest szansa na to wielka i jest niebezpieczeństwo, że pozbędziemy się takiej właśnie energii. Natomiast jeżeli ktoś przyjdzie i powie, panie Jarosławie, dziękuję za ten wiersz, bo on jest ważny, Wystarczy to dziękuję, jeżeli dla kogoś jest ważne. To jest kwestia przemilczenia albo uczestnictwa. To staje się wszystko ważne. Mi się zmienić potrafi świat. Jeżeli ktoś podejdzie do mnie i powie dziękuję, bo pan napisał w swoim wierszu coś. Jakąś na przykład opisał pan swoją matkę, do której pan dzwoni, i toleruje pan jej nieodpowiadanie do trzeciego dźwięku, bo potem to już pan się na nią gniewa. Ja mam to samo ze swoją starą matką na przykład. To już jest, ja mówię, Boże jedyny, to jest to po coś komuś potrzebne. Ta potrzebność chyba czasami nas zżera. Potrzebność w sensie takim, czy to coś daje innym ludziom, czy nie daje innym ludziom. Jeżeli daje, to jest w porządku. Kolejna rzecz, czy ta poezja wystarczy w kontaktach też interwencyjnych takich. Czyli jest na przykład na granicy polsko-białoruskiej w Puszczy Knyszyńskiej umierają ludzie. Co ta poezja w takiej sytuacji robi? Do czego jest potrzebna? Do czego ona się przydaje? Wydaje mi się, że to jest to właśnie do przenoszenia współczucia. To znaczy my przenosimy to współczucie jako uczucie, bo to wcale nie jest takie oczywiste, że jeżeli nie możemy nic praktycznego, nie stać nas na to albo po prostu jesteśmy zmęczeni, chorzy, to to przenoszenie współczucia jest rzeczą ważną. Bo to jest taka postawa, która bardzo łatwo się gubi, współczucie. To niewspółczucie wtedy się staje ważniejsze od współczucia, to disamore, czyli brak miłości, niemiłość od miłości. Wydaje mi się, że tak. I to nie tyle chodzi o pielęgnację, bo to nie jest tak, że ja wstaję z zadaniem, że muszę pielęgnować. Tylko tak wiedzieć o tym, że jeżeli jestem stworzony do mówienia o pewnej formie dobra, to ja to muszę cholera powtarzać, to znaczy ja nie mogę rezygnować z tego po prostu. To znaczy ja nie mogę uznać, mając, to jest bardziej techniczna może kwestia, mając pociąg do pisania wierszy, nie mogę zrezygnować z tego, co jest dla mojego pisania wierszy najważniejsze i najbardziej humanistyczne. Coś takiego bym powiedział.
[01:26:14.66 → 01:26:17.66] B: Tak,
[01:26:23.31 → 01:28:27.94] A: był bardzo ważny. On mnie ośmielił do takich rozluźnienia związków frazeologicznych, można powiedzieć, tej syntaksy. To był bardzo ważny poeta wyobraźni, ale też takiego ukrytego, przeżycia ludzkiego, ukrytego współczucia. Bardzo ważna postać. Ja zresztą za każdym razem, kiedy tu przyjeżdżam, to idę tam do jego dawnego domu i zawsze wspominam Julię Hartwig, która mi powiedziała, słuchaj, siedzieliśmy na obiedzie, nagle wchodzi Edward, czyli jej najstarszy brat, wielki fotograf, fotografik. I mówi, wiesz co, chyba zabiło Józka, bo ja byłem w zakładzie fryzjerskim, wychodziłem, minąłem się z Józkiem, podaliśmy sobie ręce, on wszedł i za moimi plecami wybuchła bomba. No i to było to. I oni jak bardzo przeżywali. Każdym razem o tym myślę. Myślę też o wierszu Julii Hartwig, o tym jak Józef Czechowicz był wychowawcą w Instytucie Głuchoniemych na Placu Trzech Krzyży. Jak Julia widzi, jak tych jego podopiecznych wyciągają z wapna i mają usta, które zostały onimiałe, czy zostały wyciszone właśnie przez to wapno. To jest bardzo piękny wiersz Julii Hartwig, pisany zresztą od 1946 do 1986 roku, na przestrzeni tych wszystkich lat. Mój Boże, i to jest tak, on dla mnie był takim poetą rozluźnionej, właśnie w wyobraźni. Był kimś takim jak we Francji Jules Superville. Taki człowiek, który niczego nie musi w poezji. A jednocześnie jest tam ogromna prawda w tych jego wierszach. Taka prawda przeczuć, prawda tej zmienionej konstrukcji zdania i świata. Bardzo, bardzo jest mi bliski.

Zobacz także

w Mediatece