Tryb wiązania: soft

Pokazujemy wszystkie trafienia.

fot. Wojciech Nieśpiałowski

Z Danielem Wyszogrodzkim o jego najnowszej powieści autobiograficznej „Plac Leńskiego” rozmawiać będzie Grażyna Lutosławska.

Rozmowa tłumaczona na polski język migowy Tłumaczenie na polski język migowy

Wstęp za okazaniem bezpłatnej wejściówki. Wejściówki można rezerwować i odbierać w kasie Teatru Starego od 15 stycznia 2022 r.
Jedna osoba może pobrać maksymalnie 4 wejściówki na każde spotkanie. Większe grupy (uczniowie, studenci i inne grupy zorganizowane) proszone są o bezpośredni kontakt z kasą Teatru w celu rezerwacji miejsc.
Wydarzenie transmitowane online na stronie (zakładka „Na żywo”) oraz Facebooku Teatru Starego

Gość: Daniel Wyszogrodzki
Prowadzenie: Grażyna Lutosławska

Czy widok z okna może zdecydować o naszym życiu? Gdzie zaczyna się miasto, a gdzie reszta świata? Jak pracuje pamięć? Czego Danek się nauczył, tego Daniel nie zapomniał? Jak daleko jest z warszawskiego Placu Leńskiego na Marsa? 
Grażyna Lutosławska

Daniel Wyszogrodzki, tłumacz i autor, także dziennikarz muzyczny. Doktor nauk humanistycznych, wykładowca Akademii Teatralnej w Warszawie (historia musicalu). Autor popularnej książki biograficznej „Satysfakcja – The Rolling Stones” (sześć wydań) oraz leksykonu „Ale musicale!” (2018), opisującego sto lat gatunku. W latach 90. korespondent prasowy i radiowy w Nowym Jorku, obecnie prowadzi audycję „Godziny satysfakcji” w Radio 357. Przygotował wiele edycji płytowych z polską muzyką popularną, m.in. serię „Świecie nasz – wszystkie nagrania Marka Grechuty” (15 CD). Jego piosenka „Mój przyjacielu” z płyty Krawczyk/Bregovič była hitem numer jeden w 2001 roku. Współpracował z wieloma czasopismami muzycznymi i kulturalnymi, m.in. „Machiną” (oryginalna), „Zwierciadłem” (2003–13), „Muzą” (redaktor naczelny w latach 2002–04), „Jazz Forum” (nadal stała współpraca). Autor poetyckich przekładów książek Leonarda Cohena: „Księga tęsknoty” (2006), „Księga miłosierdzia” (2017) i „Płomień” (2018). Teatr Muzyczny Roma w Warszawie wystawił w jego przekładach m.in. musicale: „Koty” (2004), „Upiór w operze” (2008), „Les Misérables” (2010), „Deszczowa piosenka” (2012) i „Mamma Mia!” (2015). Dla Teatru Rozrywki w Chorzowie przygotował przekłady musicali „Oliver!” i „Producenci” (2009) oraz dwóch dramatów muzycznych Stephena Sondheima „Sweeney Todd” (2012) i „Niedziela w parku z Georgem” (2014). Dla Opery i Filharmonii Podlaskiej w Białymstoku stworzył polską wersję musicalu Lucy Simon „Doktor Żywago” (2017) i nowy przekład musicalu „West Side Story” (2022), dla Teatru Muzycznego w Gdyni przełożył libretta musicali „Gorączka sobotniej nocy” (2018) i „Something Rotten” (2022), dla Teatru Muzycznego w Łodzi „Pretty Woman” (2021). Napisał piosenki do musicalu „Pora jeziora” stworzonego dla Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej według libretta Ałbeny Grabowskiej z muzyką Tomasza Szymusia (2021).  Najnowszą pozycją w jego dorobku jest powieść autobiograficzna „Plac Leńskiego” (Wydawnictwo Marginesy, 2021) opowiadająca o dorastaniu w czasach PRL, pierwszych fascynacjach literackich, muzycznych i erotycznych. 

 

[Zbliżenie na twarz zielonookiego mężczyzny w okularach z czarnymi, prostokątnymi oprawkami. Mężczyzna ma jasnosiwy, krótki zarost. Tło ciemne.]

wideo

[pokaż transkrypt] [ukryj transkrypt]
[00:02.29 → 04:12.05] A: Panie, panowie, dobry wieczór. Bardzo państwa przepraszam za ewentualną zadyszkę. Chyba pierwszy raz, jak spotykam się tu z państwem od 10 lat, wychodzę na scenę z zadyszką właśnie, ale to wszystko dzięki Dorocie Awiorko. Dzień dobry, Dorota. Znakomitej fotografce, której bardzo dawno nie widziałam i która po prostu wpadła do teatru Starego Jagburza. i przegoniła nas po teatrze razem z dzisiejszym gościem. To pierwsza osoba, którą chciałam państwu przedstawić. Przedstawiam kolejne. Pani Marta Stępniak i Ewelina Lachowska będą tłumaczyć dzisiejsze spotkanie na polski język migowy. Jan Tuźnik bierze udział w spotkaniu. Aktor będzie czytał fragmenty książki, która jest znakomitym pretekstem do dzisiejszego wieczoru. Spotykamy się we wtorek, a więc jest to bitwa. Bitwa o literaturę. Od 10 lat spotykamy się we wtorkowe wieczory po to, żeby się bić. Oczywiście nie z przeciwnikiem, tylko w imię sprawy, imię kultury, w imię literatury. Chociaż muszę państwu powiedzieć, że nasz dzisiejszy gość Zna też doświadczenie bitwy z innej strony, z tej bardzo dosłownej, fizycznej. O tym m.in. pisze w tej książce i o tym m.in. będziemy dziś wieczorem rozmawiać. Powiedzą państwo, ale zaraz, chwileczkę. Literatura, kultura. Gość, który napisał nie jedną książkę, gość, który znany jest z tego, że jest autorem, że jest tłumaczem, że tak jak teraz jeszcze przez chwilę prowadzi życie także zakulisowe, czekając na przykład, aż skończą się premiery jego spektakli. Mówię jego, bo nasz gość jest znakomitym tłumaczem przez lata, był zresztą kierownikiem literackim teatru Roma i te musicale, których tytułów nawet teraz nie będę wymieniać, są musicale, które zaistniały w Polsce dzięki niemu, to są jego tłumaczenia. Wprawdzie z Teatrem Roma nie jest już związany, ale wciąż jeszcze, a może nawet jeszcze intensywniej, przygotowuje musicale w rozmaitych teatrach w Polsce. Można go usłyszeć w Radiu 357, można go czytać w Jazz Forum i bić. człowiek kultury i bójka? A no tak, jakie mają konsekwencje te bitwy z dzieciństwa? O co wtedy szło? W imię czego się odbywały? O tym i nie tylko. Rozmawiać będę z naszym dzisiejszym gościem, którego witam z wielką radością, żeby nie powiedzieć z satysfakcją, bo to zdaje się jedno z ulubionych jego słów, Daniel Wyszogrodzki. Dzień dobry Danielu. Dzień dobry. Nie muszę dodawać, pewnie część z państwa o tym wie. Bardzo ci proszę, zajmij swój tron. Daniel jest u siebie. Tak naprawdę za tymi kulisami to się trochę czujesz jak w domu. Daniel Wyszogrodzki jest kuratorem muzycznym Teatru Starego. Dwa spektakle, które tutaj mają państwo okazję oglądać, to są spektakle, które przetłumaczyłeś, dzięki tobie funkcjonują. Mój ulubiony oczywiście to Boogie Street, to na podstawie księgi tęsknoty Cohena. Co z tą satysfakcją, Danielu? Lubisz bardzo to słowo. Najpierw sześć wydań biografii Stonesów z satysfakcją w tytule programu radiowego. Dużo będziemy dziś mówić o słowach, to zacznijmy od tego pierwszego. Satysfakcja, to ważne dla ciebie słowo?
[04:12.21 → 06:37.99] B: Tak, ja przede wszystkim bardzo lubię krótkie tytuły, więc kiedy pisałem swoją pierwszą książkę dawno temu, a była to właśnie biografia Rolling Stonesów, to pomyślałem, że taki tytuł by mi się bardzo pasował do tej książki, takie słowo, jedno słowo, jedno mocne słowo. Lubię takie tytuły, proste. Jako przeciwwagę wtedy spojrzałem na książkę mojego kolegi Wiesława Weissa, z którym byliśmy razem w tylko roku, On napisał książce o grupie Pink Floyd i ona miała tytuł Szyderczy śmiech i krzyk rozpaczy. Bardzo trudny i taki nawet do wymówienia dla aktora trudny tytuł. A ja sobie wymyśliłem jedno słowo satysfakcja. Z tym się wiąże pewna krótka anegdota, którą przytoczę. W tamtym czasie, czyli kiedy kończyłem studia, pisałem dyplom z psychologii społecznej na UW i mój promotor, razem z moim promotorem badaliśmy stopień satysfakcji u różnych grup społecznych wyrażanych na skalach analogowych, cyfrowych i tak dalej. Nie będę wchodził w szczegóły. Jak ja mu potem powiedziałem przez telefon, że właśnie wydaję książkę i będzie miał tytuł Satysfakcja, to on tam mało nie zemdla, bo widocznie uznał, że jakiś doktorat zrobiłem, że niechabilitację za jego plecami i się bardzo zdenerwował, bo była to książka o Rolling Stonesach. To był pomysł na trzy książki wtedy, czyli lat 80., końcówka. Ja chciałem napisać o Beatlesach i o Dylanie i miałem trzy tytuły wymyślone. Satysfakcja to miała być o Rolling Stonesach, O Beatlesach miała być rewolucja, zgodnie też z tytułem piosenki, a na koniec, jako wiśnienka na torycie miał być Dylan i tytuł był arcydzieło. Jest taka piosenka When I Paint My Masterpiece, czyli kiedy będę malował swoje arcydzieło. Z tego nic nie wyszło, ale została satysfakcja. Radio 357 mnie troszeczkę pozycjonuje właśnie jako takiego psychofana Rolling Stonesu, którym de facto nie jestem, ale też tak, żeby jakieś były konotacje związane z tą moją audycją, to ta satysfakcja jest w tle. Godzina teraz, dwie godziny satysfakcji. I jeszcze tutaj się przyznam, że odkąd nie jestem, jak już wspomniałaś, kierownikiem Wydrawskim Teatru Roma, czyli już zupełnie pracuję jako freelancer, założyłem tak zwaną działalność i trzeba było wymyślić nazwę, więc poszedłem za ciosem. I moja agencja autorska nazywa się Satysfakcja Daniel Wyszogrodzki. I tutaj taki też żart jakby mi się nasunął, bo miałem taką wizytówkę czarną, kolega mi jeszcze w Romie zaprojektował grafik. Ja powiedziałem, że jakby nic mi nie wyjdzie z tej działalności autorskiej, to po prostu przerobimy tło na różowe i będę zatykał za wycieraczki jako satysfakcja. Bardzo uniwersalne słowo, prawda? No to tyle.
[06:38.71 → 08:04.72] A: Dziękuję Ci za to wyjaśnienie, Danielu. Satysfakcja też ma dwa znaczenia, bo z jednej strony to jest przyjemność, ale z drugiej strony to jest zadośćuczynienie i tak się zastanawiam... Przeszło mi ta myśl przez głowę, czy przypadkiem ta książka nie jest swoistym zadośćuczynieniem pewnemu etapowi w twoim życiu. Czyli byłaby to też jakaś satysfakcja, jako przyjemność z napisania książki, ale też zadośćuczynienie. Zanim do niej zajrzymy i przeniesiemy się, mam nadzieję, że będą nam państwo towarzyszyć do tamtych czasów, to jest przełom lat 60. i 70. epoka, Gomułkowska, a także czasy wcześniejsze, do których powędrujemy dzięki opowieściom choćby dziadka, to chciałabym porozmawiać o formie, bo tu jest zmyłka. Państwo widzą na okładce księgarni powieść Daniel Wyszogrodzki. Ja też po tę książkę sięgnęłam, nie mając najpierw żadnych na jej temat informacji. Na początku zorientowałam się, że z powieścią to ma niewiele wspólnego, że to jest rodzaj autobiografii. Więc powiedz mi, czy to jest jakiś zabieg marketingowy, ta nazwa powieść? Czy to jest jednak powieść, twoim zdaniem, tyle tylko, że ma bohatera, którym ty jesteś? Porozmawiajmy o formie.
[08:05.10 → 09:29.74] B: To jest jedno i drugie, dlatego że jest to powieść, mam nadzieję, oczywiście autobiograficzna, czyli taka napisana pod dyktando pamięci w dużym stopniu. Był z tym pewien problem, jak określić tę formę, czy jest to rodzaj dziennika, wspomnień. Wspomnienia i refleksje się nie najlepiej sprzedają, więc wydawca był przerażony takim postawieniem sprawy, a jakby krople przelała sama już okładka. Ja szukałem bardzo zdjęć z tego rejonu, o którym książka opowiada, dlatego że kiedyś się okazało, że to wygląda w ten sposób, proszę państwa, to znaczy, że jest Plazdyńskiego i to zdjęcie, z tą stalinowską architekturą, można było wziąć tę książkę za tzw. non-fiction, jako rodzaj reportażu czy historii. I taka sugestia padła ze strony wydawcy, żeby jednak napisać powieść, określić to na okładce, co jest tradycją anglosaską. Tam się pisze e-novel na książkach i oni mieli przeciwko temu. Ja jednak cały czas bym bronił tego, że jest tutaj konstrukcja powieściowa, jest bohater pierwszoplanowy, jest wielu bohaterów drugoplanowych, jest tutaj pewien zamysł narracyjny, dosyć chyba konsekwentnie realizowany, mimo wielu wątków. I to jest takie słowo niemieckie w Polsce, się przyjęło Bildungsroman, czyli u nas się mówi o powieści inicjacyjnej, czyli jest to powieść o wchodzeniu w życie. Mnie zależało na tym, żeby opisać dzieciństwo i dlatego ta książka się tak zaczyna, jak się zaczyna i dlatego tam się kończy, gdzie się kończy.
[09:30.26 → 10:31.87] A: Narratorem jest Danek. To nie jest Daniel Wyszogrodzki z dzisiejszego punktu widzenia opisujący tamte czasy i swoje dzieciństwo, tylko Danek, chłopiec, któremu towarzyszymy i to on przygląda się światu. Powiedz mi proszę, co było trudniejsze? Bo o pamięci też bym chciała z tobą porozmawiać, bo jestem zszokowana tym, co ty pamiętasz. Ty pamiętasz wszystko. To jest niemożliwe, żeby pamiętać tak dokładnie wszystko. Nie wiem, czy państwo są już po lekturze, czy przed. Ja sobie zrobiłam taki mały test. Próbowałam sobie przypomnieć, o czym myślałam, co robiłam, kiedy byłam w tym wieku, kiedy ty byłeś jako bohater tej książki. Ja pamiętam jakieś pojedyncze sceny. ale pojedyncze sceny, kilka drobnych zapachów, parę sytuacji, a ty pamiętasz takie szczegóły, że aż się w głowie nie mieści. Czy trudniejsze było uruchomienie swojej pamięci, czy też trudniejsze było zawieszenie punktu widzenia dorosłego mężczyzny?
[10:32.90 → 12:49.77] B: To było najtrudniejsze. Ja tę książkę nosiłem sobie dosyć długo i ta pamięć we mnie była. cały czas nie opuszczałem świadomość, że doskonale pamiętam tamten okres i że będę w stanie go opisać. Natomiast to czego się najbardziej obawiałem pisząc i przed czym się wzbraniałem to był właśnie dystans, perspektywa dorosłego, ja sobie wymyśliłem taką hipotetyczną żarówkę czerwoną, żeby ona się zapalała, jak ten mój bohater, który był takim generalnie troszeczkę nadwiek rozwiniętym dzieckiem, żeby on nie był za mądry. I ja teraz zupełnie inaczej już patrzę na tamte czasy oczywiście i bardzo mi zależało, bo proszę państwa, jest wiele książek o tamtych czasach, PRL-u mówiłeś, Gomułkowskie lata, właściwie nawet bardziej może Gierkowskie, przełom 60-tych, 70-tych, bo ja byłem bardzo mały w 60-tych latach, w 70-tych to już są te nasze nastoletnie Figle. Jest wiele książek na tym okresie. Mnie bardzo zależało, żeby pokazać okres tamten z pozycji, z punktu widzenia dziecka, który dojrzewa, który się uczy świata, któremu się rozszerza słownictwo, zainteresowania, wiedza. I tak powstała ta książka. Jeżeli chodzi o moją pamięć, to pewnie mogłaby być grubsza. Tu już widzą wdlewającą szefową wydawnictwa Marginesy. Obiecałem jej, że książka, którą teraz piszę, nie przekroczy 500 stron. Nie wiem, jak to zrobię, ale spróbuję. I to była moja główna intencja, bo pytają mnie też czasami znajomi nawet głównie, czy ta książka miała jakąś funkcję terapeutyczną dla mnie. Nie jestem tego pewien. Myślę, że w mniejszym stopniu tak naprawdę. To nie jest jakiś ciężar, który próbowałem w siebie wyrzucić. To była relacja właśnie tak żywa i tak szczegółowa, że ja chciałem ją po prostu spisać i utrwalić. A jeżeli przy okazji udało mi się uwierzchnić kilka bliskich mi osób, które już dawno odeszły, to tym lepiej, bo jest tam wiele osób z rodziny. I powiedziałaś na początku też, że tu jest pewna zmyłka związana z nazwą, z gatunku, że to jest powieść, to nie jest powieść. No więc właśnie chciałem tego uniknąć i dlatego już na pierwszej stronie prologu przedstawiam się z nazwiska, żeby nie było żadnych wątpliwości. Ja albo mogłem udawać, że to jest o kimś, a nie o mnie. Ja nie chciałem niczego w tej książce udawać. Bardzo mi zależało na tym, żeby była szczera. W związku z tym już w pierwszych słowach się przedstawiam i tak już zostaję.
[12:50.37 → 13:47.37] A: Zaraz przedstawimy państwu Plac Leńskiego. Zaraz sięgniemy do pierwszego fragmentu, bo Plac Leńskiego jest tutaj też bohaterem tej opowieści, bardzo ważnym bohaterem tytułowym. bohaterem, ale zatrzymajmy się na tym prologu. Kiedy czytałam w prologu, nie spoileruję, to są pierwsze strony, w prologu dwu czy trzyletni Daniel spada z okna. Był ciekaw, co jest za oknem, tak był ciekaw, że z tego parapetu spadł i rozwalił sobie głowę. To jest początek. I kiedy czytałam ten początek, to przypomniał mi się Herbert, zdaje się, tylko nie pamiętam gdzie, pisał, że być może szczęśliwsi są ci ludzie, którzy w życiu przeczytali tylko jedną książkę i widzą nie dalej niż z dachu swojego domu. Mówił to rzecz jasna prowokacyjnie.
[13:48.13 → 13:51.17] B: Oczywiście, bo wtedy ja bym od razu go zapytał, czy by się z takimi ludźmi zamienił.
[13:52.69 → 14:19.05] A: I tak sobie pomyślałam, że ten twój upadek to była taka kara, że albo by ci nie pozwoliła już więcej patrzeć ani przez okno, ani w ogóle dalej, tymczasem ty na przekór temu postanowiłeś w życiu przeczytać więcej niż jedną książkę, ba, parę jeszcze napisać i podróżować zdecydowanie dalej niż to, co widzisz za oknem. Mam takie wrażenie, że zostałeś naznaczony przez ten upadek i przez to wyglądanie.
[14:19.78 → 16:17.60] B: No w pewnym sensie tak, dlatego że to jest jednak opowieść o dziecku. Ja mówię nawet wcześniej o sobie, w pewnym sensie o tym bohaterze, bo to było tak dawno i mam już tak ogromny dystans czasowy do niego teraz. To, że było to dziecko bardzo ciekawe świata i bardzo spragnione do tego, żeby ten świat sobie rozszerzać, jego znajomość. Że świat był jednak czymś atrakcyjnym, ale to było też takie poznawanie świata wbrew temu najbliższemu otoczeniu, bo ta cała otoczka emocjonalna, całe to gniazdo rodzinne było bardzo smutne, depresyjne, szare, tam się nic nie działo. I jakby ten żywiołowy dzieciak spragniony, pobudzony do tego, żeby ten świat poznawać, sobie radził tak jak mógł, więc radził sobie coraz lepiej, nie zawsze w uczciwy sposób, bo rzeczywiście była to taka rodzina, w której trzeba było wiele rzeczy udawać, czy tą nieszczęsną babcię musiałem oszukiwać, co ja tam robię wtedy. Jak pisałem tę książkę, to też miałem taką refleksję, to może teraz to jest tylko taka dygresja, że my tam różne rzeczy dziwne robiliśmy, Jest tam historia z rekinami, która mi spędzała później długo sens powiek. Ale proszę państwa, to co myśmy wyprawiali jako młodzi chłopcy, to że my na przykład nad Polskim Morzem w nocy uciekaliśmy z kolonii, żeby pływać w Bałtyku po ciemku, bez żadnego opiekuna, bez nikogo, to po prostu opatrzność czuwała, że tam się nie stała jakaś tragedia. Jak ja to pisałem, to jak pisałem, PRL, komuna, te wszystkie rzeczy, milicja, to wszystko było do ogarnięcia. Ale żebyśmy się nie potopili wtedy. Jak ja to pisałem, to ja miałem ciarki na plecach teraz jako dorosły człowiek. Jestem ojcem dwóch córek. Jedna raz w życiu zapłaciła mandat, ja skończyłem 18 lat. Więc ja w ogóle nie znam tych stresów. Natomiast to, co myśmy wyprawiali wtedy, ale to było takie właśnie odkrywanie, poszukiwanie, takie właśnie wbrew trochę. Ta siła przekory, takie działanie, na każdą akcję jest reakcja. Więc tutaj u tego mojego bohatera w dużym stopniu była to reakcja na ten panujący wokół smutek, stagnację. Trzeba było żywić ten świat jakoś.
[16:19.04 → 16:33.62] A: Chodźmy na Plac Sleńskiego. Panie Janie, zapraszam pana. Przy Placu Sleńskiego mieszka babcia mieszkają dziadkowie Daniela, Danka, który spędza dużo czasu w oknie.
[16:35.29 → 21:07.88] C: Plac Leńskiego. Zakochiwałem się w Placu Leńskiego jak w dziewczynie. Głęboko i bez wzajemności. Na odległość. Z okna. Z parapetu, na którym siadałem wyciągając nogi. Najbardziej podobał mi się w letnie wieczory. Słońce zachodziło po prawej stronie, daleko za starym miastem, a ja wpatrywałem się w dom vis-a-vis. Taki sam jak mój. Lustrza na odbicie. I tylko w jego oknach nigdy nie zobaczyłem chłopca. Za to mogłem obserwować, jak podnosi się cień. Przychodził od strony zoo i najpierw pokrywał cały plac, ludzi, ławki, fontannę. Zawieszał się na topolach i uderzał w dom naprzeciwko. Nasze domy, te dwa kolosy przy placu były jak skały, a cień wznosił się jak na skałach, jak na tych przedziwnych obeliskach znanych Miss Westernów. Powoli. Zaczynał od księgarni i papierniczego. Delikatnie wygaszał cztery znaki cywilizacji. Książki, płyty, obrazy, papier. I wyciągał swoje macki wyżej po okna. Drugie piętro, trzecie piętro. W niektórych oknach widziałem ludzi, wpatrywali się w mój dom, ale widok, który roztaczał się przed nimi, nie był nawet w połowie tak piękny. Patrzyli na północny zachód pod słońce, a tymczasem cień sięgał już płaskiego dachu, kominów i wywietrzników, anten. Domy gasły, teraz już oba. Widok wstępującego cienia towarzyszył mi zawsze, kiedy myślałem o domu. Te ściany z piaskowca, ten czerwony kolor kamienia i niezliczone ślepia okien. Plac Leńskiego był monumentem, stalinowskim pomnikiem bez pomników. Stanowił gigantyczny prostokąt z gigantycznymi domami, długimi, wysokimi na sześć pięter, solidnymi jak twierdze. Od ogrodzenia ZOO do przychodni miał około pół kilometra długości i ze sto metrów w poprzek. Nigdy nie przeliczyłem tego na hektary. Po co? Przecież i tak cały należał do mnie. z okrągłą bieżnią dla wariatów, z fontanną i murkami, na których była najlepsza terenówka do gry w kapsle, drugiej takiej nie było w całej Warszawie. Plac miał własne odgłosy i własne zapachy. W jego granniasto-słupie, w którym bokami były domy, a łączyły je niebo i ziemia, krzyżowały się głosy ludzi i telewizorów, pijaków i autobusów. Kiedy było ciepło, wokół fontanny rozlegały się krzyki dzieci. Czasami dobiegał odległy szloch akordeonu, a czasami przy odrobinie szczęścia i przy uchylonym w nocy oknie można było usłyszeć samą fontannę, tylko fontannę i nic więcej. Przez chwilę. Pachniał cukiernią, pączkami, dymem papierosowym i moczem. I spalinami. Spalinami najbardziej. Wdychali je starzy ludzie siedzący na ławkach, bo na wszystkich ławkach zawsze siedzieli starzy ludzie. Wdychały je dzieci, ich matki i my. Nawet na wysokich piętrach oddychaliśmy spalinami. Inne powietrze było od podwórka, ale od podwórka wszystko było inne. Śmierdziały śmietniki. Echa rozmów odbijały się od budynków i powracały tak wyraźne, jakby rozmowa toczyła się koło nas. Brudne piaskownice były pełne kociego gówna. Alkoholicy wyprowadzali psy, z którymi bali się wyjść na plac, żeby kogoś nie zagryzły. Od samego rana, od świtu odbywała się musztra. Poproś, nie rusz, poproś, nie rusz, poproś, nie rusz. Pomiędzy placem a podwórkiem istniał trzeci świat. Świat przejściowy. Filary. Pod filarami najbardziej cuchnęło moczem, ale diaboliczność tego miejsca polegała na tym, że trzeba było przez nie przejść, a nie było widać, co, kto, dlaczego czai się za słupem. Za tymi kamiennymi kolumnami mógł się przyczaić sam diabeł. Miały dobry metr szerokości. Jedne rzucały cienie na drugie, a po zmierzchu stapiały się czernią. Nikt nie wchodził pod filary po zmierzchu, co nie oznacza, że nikt się za nimi nie czaił. Filary były zakazane, więc rzucały wyzwanie, przyciągały, kusiły. Były labiryntem, a zatem działały w dwie strony. Można było wskoczyć w ich czerni, aby się schronić. Oglądałem plac z okna i zakochiwałem się w nim. Od nowa, bez wzajemności.
[21:09.32 → 22:01.72] A: Bardzo dziękuję. Czy widok z okna może zdeterminować nasze życie? To było takie pierwsze pytanie, które przyszło mi do głowy, kiedy zapowiadałam to nasze dzisiejsze spotkanie. Zdecydowanie tak. Pewnie o tym napisie neonowym jeszcze będziemy mówić, ale ja zacząć chciałabym pojawia się tutaj w tym twoim opisie. Bo mam takie wrażenie, że jesteś kim jesteś dzięki temu, że w dzieciństwie było dużo braku i ograniczeń. Dużo cienia w związku z tym. I tu przychodzą mi do głowy bardzo różne sprawy. Zacznijmy od dźwięku. Zacznijmy od tego, że w twoim domu było cicho.
[22:03.91 → 24:36.35] B: Była niezdrowa, śmiertelna cisza, która tam panowała, przynajmniej przez te pierwsze lata, kiedy nie było w domu telewizora. Dlatego, że to jakby już na pierwszych stronach książki się wyjaśnia. Moja mama umarła, jak ja miałem 3 lata. Wychowywali mnie dziadkowie. Mama była jedyną córką moich dziadków, więc dla nich było to absolutnie koniec świata. W związku z czym w tym domu nie było radości, nie było muzyki, nie było radia. W tym domu stało pianino zamknięte na klucz. Ja się nigdy nie nauczyłem na nim grać. Teraz sobie trochę brzdąka, mam tym samym pianinie zresztą, po babci, które mam teraz w domu. Pracuję od pół życia w teatrze muzycznym, a nigdy się nie nauczyłem. Nudnie powinienem się może o tym chwalić, ale to miło szaleć, kiedy czas po temu. Był czas, nie było pianina, było zamknięte, nie można było przeszkadzać, tej ciszy przerywać. Więc ja szukałem tych dźwięków wszędzie, gdzie się tylko dało. Na przykład wychodziłem na plac, tam przed okna i tam już było słychać... To były czasy, kiedy był jeden program telewizji i jeden czy dwa programy radiowe, więc ludzie, którzy grali, te odbiorniki na mnie nastawiono, otwierali okna i można było słuchać tej muzyki na zewnątrz. Ona mnie bardzo podniecała, nie widziałem w ogóle, co to jest, kto gra, kto śpiewa. Czasami też mi się bardzo podobało i marzyłem o tym, żeby usłyszeć to jeszcze raz i czekałem tak zupełnie bez sensu. Natomiast to się trochę zmieniło, kiedy się telewizor w domu pojawił, ale we mnie był taki niezwykły głód muzyki. Ja opisuję bardzo ważne dla mnie takie doświadczenie, kiedy pierwszy raz poznałem muzykę The Beatles. Nie wiedziałem w ogóle, że to jest taki zespół. Jeszcze na koloniach byłem i tam była pocztówka dźwiękowa, która była grana. Ja się po jakimś czasie zorientowałem, że tam są dwie piosenki, Girl i Michelle. I potem jest taka historia, kiedy ja jako brzdąc zupełnie idę na Baza Łużyckiego. To jest takie dosyć miejsce folklorystyczne w Warszawie, owiane dosyć złą sławą. Już teraz na tę sławę nie zasługuję, bo tam już nic nie dzieje w tej chwili, ale kiedyś owszem było to miejsce bardzo interesujące. I tam się kupowało posztówki dźwiękowe, które notabene, tak jak teraz byśmy o to spojrzeli, były całkowicie nielegalne. To była po prostu czysta piratka. Ludzie drukowali na tych foliach nagrania. Ja tej muzyki bardzo pragnąłem i w pewnym sensie być może rzeczywiście ten brak, mówimy o tym nawet w psychologii, że deprywacja prowadzi do jakichś takich kompensacyjnych zachowań i ja sobie kompensowałem tę ciszę, ten brak. ten brak zainteresowania też trochę też i moją osobą, i moimi potrzebami. Musiałem po prostu sobie sam powoli zacząć spełniać. I tak jak to dziecko mogło to robić, małymi, małymi krokami. Stąd też ta rozpiętość czasowa tej książki, bo to wszystko trwało.
[24:36.65 → 25:03.73] A: Te piosenki, które kształtowały, to w ogóle fantastyczne, że nikt ci nie mówił, to jest dobre, to jest złe, to jest dobra muzyka, to jest zła muzyka. Chłonąłeś jak gąbka tak naprawdę absolutnie wszystko. Bardzo mi się podoba, że piosenka z wojny domowej była jednym z twoich ulubionych przebojów. Być może tak mi źle, tak mi źle, tak mi szaro współgrało z twoim ówczesnym nastrojem. Ale wtedy też pojawiały się...
[25:03.73 → 25:08.19] B: Połowy słów nie rozumiałem. Jakieś Rolling Stonki, co to są Rolling Stonki?
[25:09.40 → 25:32.48] A: No tak, ale też nucił twój ojciec w Juracie wprawdzie tylko, czyli brak ojca, bo nie mieszkałeś z nim. Ogromna tęsknota, żeby spędzać z nim czas. W czasie wakacji jeździliście do Juraty i on tam wtedy nucił nasze morze. Dziadek śpiewał zupełnie inny repertuar. Dziadek z kolei śpiewał piosenki z I
[25:32.48 → 27:24.40] B: wojny światowej po angielsku. I po francusku. It's a long way to Tipperary. Ja myślałem, że to jedno słowo. It's a long way to Tipperary. Nie wiedziałem, co to jest. Teraz już wiem, bo sprawdziłem w Wikipedii. Jest to piosenka walijska. Ale rzeczywiście z tej deprywacji bardzo dużo wynikało. Ja też myślę, że kiedy patrzę teraz, ta refleksja przyszła do mnie tak naprawdę niedawno, czyli już kilka miesięcy po ukazaniu się książki, że oprócz tego wszystkiego czym ona jest, albo czym nie jest, to ona też jest... Ta książka opowiada o wychodzeniu ze smutku. Moim zdaniem jest tam, się dokonuje proces wychodzenia ze smutku. To dziecko jest smutne. Samo się uczy czytać, pisać, żeby się czymś zająć dosyć wcześnie. Potem mi to bardzo przeszkadzało w szkole, dlatego, że ja w szkole czułem ogromny dysans rówieśników, bo ja już swobodnie czytałem i pisałem, kiedy poszedłem do szkoły, mając 6 lat. I był taki rzeczywiście dystans bardzo niezdrowy, bardzo niedobry z punktu widzenia edukacji mojej dalszej, jak teraz na to patrzę. Bo ja przez pierwsze trzy klasy to miałem tam same piątki ze wszystkiego, nie przerywałem snu. A potem dzieci się dalej uczyły, a ja się dalej nie uczyłem, bo ja się nie musiałem uczyć. No i potem lata płynęły, a ja się dalej nie uczyłem. Już nie było piątek. Natomiast rzeczywiście ten proces wychodzenia ze smutku jest dla mnie w tej chwili chyba podstawowym wątkiem tej książki, kiedy na to patrzę tak bardzo pod swoim kontextem obiektywnie. Oczywiście poznawanie świata, poszukiwanie przeżyć, kino, książki, filmy. Najbardziej, co jest też To jest taka chyba ogólna obserwacja, bo to się zawsze tak dzieje, że najbardziej jednak decyduje o naszym rozwoju ta grupa rówieśnicza. Chyba, że ktoś ma takie ogromne szczęście, że ma jakichś wspaniałych rodziców, mentorów, a my jednak siebie nawzajem jakoś tam inspirowaliśmy z kolegami. Ktoś coś usłyszał, opowiedział o tym, ktoś coś przeczytał, ktoś namówił drugiego na jakiś film. My chodzimy na wszystko do kina wtedy. To była jedna z naszych głównych pasji.
[27:24.72 → 27:47.93] A: To jest w ogóle fantastyczne, że po latach zostajesz krytykiem muzycznym, który wyznacza kierunki. Mówi to mi się podoba, to jest dobre, to jest niedobre. Tymczasem jako mały chłopak nie miałeś kogoś takiego. Metoda według której ustalaliście na co iść do kina, na przykład metoda z księdzem, Może opowiesz, znakomita?
[27:48.05 → 29:19.98] B: To ja opowiem, metoda z księdzem. Zacznę od magazynu filmowego. Państwo tego nie pamiętają, ale w 70-tych latach był magazyn filmowy, to był tygodnik. Kolorowe zdjęcia, recenzje filmów. Nie był drogi, jak na tygodnik. Ja go regularnie już później kupowałem pod koniec szkoły podstawowej. I on miał jedną, oprócz wszystkich innych zalet, miał jedną fenomenalną zaletę. Mianowicie, jeżeli w filmie opisywanym była jedna scena na gości, Jeżeli tam przez sekundę błysnął kawałek ciała, to ten kadr się znajdował w tym magazynie filmowym. Więc my tym tropem chodziliśmy z kolegami do kina, ale potem odkryliśmy jeszcze lepszą ściągawkę. Jest ten słynny, piękny, wspaniały Kościół Świętego Krzyża w Warszawie, Krakowskie Przedmieście, Polska Akademia Nauk. I tam kiedyś przez przypadek, to jest jeszcze osobny wątek, bo ja chodziłem na wagary też czasami tam, nie tylko tam zresztą, ale była gablota i ja przypadkiem odkryłem, że tam są recenzje filmów pisane przez księdza. On polecał pewne filmy, a pewne filmy wręcz potępiał. I na przykład, ja używam tego przykładu, bo to po prostu fajnie brzmi, a tego było więcej. Taki film, idziemy z gazetą kupioną w Życiu Warszawy z kolegą do gabloty, do Kościoła Świętego Krzyża, czytamy. Dzieciństwo, powołanie i pierwsze przeżycia Dziakomu Kasanowy z Wenecji. Taki film włoski. No i recenzja, godzien potępienia. No więc my otwieramy gazetę, o Atlantik 10, biegniemy. No więc to była taka ściągawka i bardzo nam się to przysłużyło. ten ksiądz, który poza wszystkim miał chyba fajną fuchę.
[29:21.46 → 29:35.76] A: Przy tych wyprawach do kina na chwilę się zatrzymajmy. Łącząc to, jeśli w ogóle widzisz takie połączenie z dniem dzisiejszym, a może nad niedaleką przyszłością, bo nie wiem, czy premiera West Side Story się już odbyła z twoim tłumaczeniem w tym roku, czy jeszcze nie?
[29:36.10 → 29:37.46] B: Mówisz o filmie, tak?
[29:37.46 → 29:38.74] A: Nie, mówię o musicalu.
[29:38.76 → 29:45.18] B: Musical będzie we wrześniu, a jest premiera w Operze Podlaskiej w Białymstoku. Zrobiłem nowy przekład. Jest też nowy film.
[29:45.37 → 30:03.13] A: Zastanawiam się, jaki wpływ i czy w ogóle na to twoje nowe tłumaczenie, tego klasycznego absolutnie tekstu, miała wyprawa do kina. Ten musical, ten film odkryliście zupełnie przypadkiem. W ogóle nie wiedzieliście z czym to się je. Czy tamte emocje jakoś się w tobie...
[30:03.13 → 36:03.57] B: Ja pamiętam moje pierwotne rozczarowanie, kiedy z kolegą poszliśmy do kina, do kina Relax w Warszawie na film West Side Story, tytuł angielski, coś tam wyglądało, że się biją na zdjęciach. A potem się okazało, że oni się owszem biją, ale oni się biją tańcząc i śpiewają. Nie byłem tym zachwycony wtedy. Ja bym wolał jakiś bardziej kinoakcji. Nie było jeszcze żadnej goldizny do tego. Ale ten film oczywiście zapadł mi w pamięci. Ja jako tłumacz teatralny staram się nie tłumaczyć rzeczy, które były zrobione. Jestem wrogiem poprawiania czegokolwiek. Zdarzyło mi się to do tej pory dwa razy wcześniej, czyli zrobiłem nowy przekład Emiserable dla Teatru Muzycznego Roma, takie było zlecenie i zrobiłem Oliwiera dla Chorzowa Teatru Rozrywki, ale tam z kolei to było zalecenie licencjodawcy, żeby był nowy przekład, czyli tej strony angielskiej. I teraz się podjąłem tego West Side Story też z tego powodu, że po pierwsze jest to właśnie odciśnięty taki mam imprint z dzieciństwa, z tej wyprawy do kina, ale też przede wszystkim dlatego, że ja w ciągu mojego dorosłego życia zostałem mega fanem Lenada Bernsteina. Uwielbiam Bernsteina jako pianistę, dyrygenta, popularyzatora muzyki i autora oczywiście West Side Story i paru innych musicali, z których ten jest najważniejszy. Uwielbiam tego człowieka i to, że mogłem teraz zrobić razem z kolegą zresztą też z Romy, który będzie reżyserować, Kuba Szydłowski. już jesteśmy tam po castingach, to już się wszystko będzie za chwilę działo. I to było coś, co też są pewne takie, są pewne przekłady, które trochę trącą myszką. Teraz jest oczywiście wielka dyskusja ogólnopolska, narodowa dyskusja na temat Ani z czytującej na zielono, to już tam różne są wersje tego tytułu. I to jest też taki paradoks, dlatego że w ubiegłym roku ukazał się nowy przekład Ulissesa, co jest po prostu wydarzeniem literackim, no wydarzeniem, latami się o tym mówiło, czekało. W międzyczasie niezauważone, i ja nie wiem, z tym coś trzeba zrobić, ukazał się przekład opowieści kanteberyjskich Chaucera, który pan Jarek Zawadzki zrobił. Nie znam tego tłumacza. Fenomenalne. Ja się mogę oderwać od tej książki. Jeszcze nie przeczytałem całego. Tam jest ponad 18 tysięcy wersów rymowanych. Coś fenomenalnego. Średnio angielski język. Ojciec literatury anglojęzycznej. I ten Chausser gdzieś tam właśnie między tym Ulyssesem a tą Anią przepadł w ogóle. Ulysses już się też nie mówi, chociaż parę dni temu, niedawno, kilka dni temu było stulecie premiery książki, a tutaj raptem Ania z Zielonego Wzgórza. Ale to dobrze. I ta dyskusja ma takie jakby dwie strony. Tłumaczę. Z jednej strony ja mam zaszczyt i przyjemność znać Jerzego Jarniewicza, profesora, który tutaj też na tej scenie z państwem miał spotkania. My mamy kompletnie inną filozofię przekładu. Kompletnie inną. On i ja. I my się często o to spieramy. Ale na szczęście się po pierwsze bardzo lubimy, a po drugie obaj wiemy, że przy zupełnie innej filozofii przekładu można dojść do bardzo podobnych rezultatów. Oczywiście ja się cieszę, kiedy się pojawiają nowe przekłady i wiem, że to jest niezbędne, że język żyje, że nie możemy zamrażać literatury starymi, anachronicznymi przekładami. I myślę, że tej Ani też to, poza tytułem, który mi się naprawdę po prostu nie podoba, to też to wyjdzie na dobre, tej Ani zielonego, której ja nigdy nie czytałem zresztą. Bardzo jest to chłopacka książka, nie czytaliśmy książek dla dziewczyn. Dobrze się dzieje, że takie tłumaczenia powstają, natomiast też ta dyskusja się rozszerzyła o to, czy należy tłumaczyć na współczesny język literaturę dawną. Ktoś tam mówił, żeby Kochanowskiego tłumaczyć. Ja nie widzę takiej potrzeby, bo moim zdaniem jest zrozumiały. Może trochę gorzej jest z Rayem. W Anglii wielką furorę robią przekłady Szekspira na język współczesny i wcale się nie dziwię. My cały czas dostajemy nowe przekłady Szekspira, aż po Barańczaku są kolejne. a wcześniej był oczywiście Słomczyński, który jako pierwszy przetłumaczył całość. Ja śledzę ten rynek translatorski. Bardzo ważną dla mnie książką był tłumacz m.in. Jerzego Jarniewicza. To jest też coś takiego, że może w konsekwencji tego mojego rozproszenia dziesięcego ja odebrałem takie wykształcenie, a nie inne, czyli właściwie wykonuję wyłącznie zawody, w których jestem samoukiem. I mnie takie teoretyczne rozważania bardzo interesują, bo ja się mierzę z samą materią. Kiedyś pani profesor Isolda Kiec z Poznania, która mnie tam zapraszała okazjonalnie na Uniwersytet Miskiewicza już dawno temu, ze studentami, głównie jakiejś poezji śpiewanej na tym się interesuje. Poezja śpiewana, byłem tam raz i drugi gościem i zadzwoniła kiedyś do mnie i mówi, dość dawno temu, Czy panie Danielu, czy pan by coś może przyjechał, to byśmy porozmawiali o teoriach, przykładach. Mówię, o fantastycznie, z przyjemnością, oczywiście, a kiedy, Adam? Mówię, chwileczkę, chwileczkę, chwileczkę. Ja nie znam żadnej. Ja nie znam żadnej. I właściwie na tym to się skończyło, dlatego, że ja jestem praktykiem przykładu. A kiedy sięgnąłem po jakieś opracowania teoretyczne, to zdałem sobie sprawę z jednej rzeczy, że fajnie, że są różne teorie przykładu. Tylko jak ja tłumaczę coś, to ja właściwie w jednym zdaniu mogę użyć pięciu teorii, czyli właściwie równie dobrze nie muszę używać żadnej. Oczywiście, że przekład, który uprawiam przede wszystkim, czyli teatralny, jest obciążony bardzo wieloma ograniczeniami. Jest to przekład użytkowy, przeznaczony do śpiewania. Tam bardzo, bardzo wiele, nie będę Państwa aż tutaj zanudzał technikami, ale tam trzeba bardzo wiele warunków spełnić. To jest zawsze mnóstwo kompromisów. Ja przy okazji mówię, że to nigdy nie jest tak, że to jest najładniej, jak umiałem. Jeżeli ktoś chce Przekonać się jak najładniej potrafię tłumaczyć, to polecam trzy książki Leonarda Cohena, które się okazały w Polsce w moich przekładach, bo tu rzeczywiście ładniej nie umiem. Natomiast przy musicalu to jest reżyser, aktorzy, ograniczenia wokalne, fraza oczywiście, która zupełnie nie pasuje, polski język do angielskiej frazy i jeszcze na samym końcu ten licencjodawca, który chce się przekonać, że myśmy gdzieś tam nie odpłynęli w kosmos z tymi tłumaczeniami i żąda tłumaczeń zwrotnych, co jest zupełnie absurdalne, ale trzeba te warunki spełniać, ale to już tyle.
[36:04.05 → 37:12.70] A: No i w tym momencie Jerzy Jarniewicz, którego wywołałeś, który jest zwolennikiem teorii, że tłumacz to też autor, taki sam jak autor książki, nie mógłby chyba jednak musicalu w takich warunkach przetłumaczyć, bo tutaj autorstwo musi zejść zdecydowanie na drugi plan, dlatego panowie się tak zasadniczo różnią. Natomiast to, co na pewno was łączy, ja też bardzo lubię tę książkę, tłumacz między innymi i w ogóle to wszystko, co robi poeta zresztą Jerzy Jarniewicz, To, co was łączy i co jest twoją bardzo charakterystyczną cechą, to jest niezwykła wrażliwość na słowo. Wróćmy tutaj do książki, do Placu Leńskiego, ta wrażliwość na słowo Rozczuliło mnie to, że zwracasz uwagę jako chłopiec na to, jak blisko jest książeczce do księżniczki. Jak te dwa słowa są obok siebie. Wrażliwość na słowo kształtuje się też w szkole. Musisz bardzo uważać na to, co mówisz. W klasie są gitowcy.
[37:13.89 → 39:45.60] B: No tak, ja się uchowałem w takim środowisku, nie wiem czy państwo w ogóle znają takie pojęcie, git ludzi, gitowców, to było takie środowisko trochę z pogranicza, środowiska przestępczego. Ja chodziłem do szkoły podstawowej, gdzie tych gitowców było bardzo wielu i to były dzieci z takich trochę patologicznych rodzin, tam ojcowie często byli po prostu w więzieniach. A mało tego, nie tylko, że ci ojcowie byli w więzieniach, byli przestępcami, to jeszcze byli idolami tych swoich latorośli. A te lata rośleowe próbowały nam zatruwać życie właściwie codziennie w tej szkole. Ja jestem otoczony w tej książce. Ja nawet nie próbowałem robić z siebie jakiegoś głównego bohatera tej książki. Jestem oczywiście takim uczestniczącym narratorem, ale mam tutaj kilku kolegów bardzo bliskich, którzy towarzyszą mi przez te wszystkie lata. I myśmy byli tak zwanymi dziećmi z tak zwanych normalnych rodzin. Czyli z baju jest synem lekarzy. Cęcik ma ojca w telewizji, więc takie okno na świat też, taki nasz gwiazdor szkolny. Ale nas tam była garstka. Im dalej, tym lepiej. Dlatego, że był jakiś taki przepis wtedy w PRL-u, że jak mężczyzna, chłopiec kończył 17 lat w podstawówce, to bez względu na to, w której to było klasie, to zabierało go wojsko na tą służbę zasadniczą dwuletnią. Ale proszę państwa, u mnie koledzy kończyli 17 lat, mniej więcej już od czwartej klasy. Więc proszę sobie wyobrażać mnie, dziesięciolatka w czwartej klasie i siedemnastolatka, który dla mnie po prostu był mężczyzną, który mógł mnie roznieść na strzępy w konfrontacji jakiejś fizycznej. I myśmy sobie po prostu musieli radzić. I to też była szkoła życia. Przecież tutaj cały czas my musimy stawać na głowie, żeby się z tych wszystkich sytuacji wygadać. Myśmy nie mieli szans w konfrontacji fizycznej z tymi chłopakami. Mnie było ich tam jakoś, no nie wiem czy wtedy, no trudno mi jest to sobie przypomnieć. Myślę, że trochę było mi ich żal na swój sposób. Bo na przykład tu jest taki chłopak, taki już wyrokowiec, Mikuś, który był miłym, inteligentnym chłopcem. Tylko, że on pochodził z takiego środowiska. Miał taki, nie inny wzorcel i sobie nie skończył jako bandyta. On nawet do mnie miał jakiś tam w miarę ciepły stosunek. Jakoś tak bronił nas tam przed tymi. przed tymi swoimi kolegami bardziej groźnymi, bo tam było paru absolutnych świrów. Ten Kuśko, którego tutaj wspominam, to byli chłopcy, których się bała cała szkoła z nauczycielami włącznie. A do tej szkoły trzeba było chodzić, żeby te klasy zaliczać. Ja myślę, że jak tutaj zaczęła się od wrażliwości na słowo, to jednak wydaje mi się, że moją wrażliwość na słowo ukształtowała lektury przede wszystkim.
[39:45.92 → 40:22.03] A: Lektury tak, ale wiesz, pomyślałam sobie, że jeśli kilkuletni chłopak, chcąc nazwać, musi się zastanowić siedem razy. zanim nazwie kogoś, czy on jest gruby, czy otyły, czy tłusty, bo każde z tych sformułowań oznacza co innego, za słowo gruby możesz oberwać, bo to jest obraza, za słowo tłusty nikt nie zrozumie, bo tu chodzi, że jest nadziany, czyli, że jest bogaty, ewentualnie otyły możesz powiedzieć, ale to głupio brzmi, w związku z tym wracasz do grubego. Daniel, masz kilka lat i musisz się tak bardzo poważnie zastanawiać nad tym, jakiego słowa użyć, żeby nie dostać.
[40:22.03 → 43:28.08] B: No bo to był żargon, to było lingo, którego byśmy się uczyli, bo oni po prostu mieli tak zwaną nawikę, oni nawijali, oni nie mówili, oni nawijali. Jak powiedział kiedyś mój kolega do Gitowca, to ty nawijaj, a ja będę odwijał. Bo oni używali tych słów związanych z gwarą. Jest notabene słownik bardzo gruby gwary przestępczej, tam te wszystkie rzeczy są wymienione. Myśmy się tego uczyli, ale też jeszcze było ciekawe to, co chyba też w tych książkach jakoś widać, że to były zupełnie dwa światy. Nasi opiekunowie, ja nie mówię o ich dziadkach, którzy w ogóle byli oderwani, wyłączeni z życia, ale rodzice moich kolegów, oni w ogóle nie mieli świadomości tego, przez co my w tej szkole przechodzimy. Że musimy umieć grypsować, że używamy jakichś po prostu potwornych wulgaryzmów, bo tak trzeba, bo wszyscy... Jest taka scena w książce, kiedy my się umawiamy z kolegami, że przestajemy przeklinać, żeby się odróżnić od tych żuli, od tych gitowców. Ale myśmy na początku mówili tak jak oni, bo tak mówili wszyscy. A potem wracaliśmy do domu. Moja babcia, kiedy była wzywana do szkoły, ja nawet tutaj wykorzystałem ten motyw Jackie Laihaida, bo ja w domu byłem olem książkowym, a potem po prostu spuszczony z łańcucha, dokonywałem gdzieś tam cudów. Przecież tu jest i aresz, z którego nas tam komenda, z której ojciec mój nas odbiera. Zawłam zresztą na Saskiej Kępie. No to wszystkie historie na wyjazdach wakacyjnych, gdzie siedziały cuda. Ale myśmy, to rzeczywiście była takie rozczepienie osobowości Jekyll Hyde. Myśmy byli grzecznymi chłopcami w domu. Skrzykiwaliśmy się na rower, jechaliśmy tam sobie do miasta. I jeszcze taka jedna refleksja. pisząc, nie jest się swoim krytykiem i pewnych rzeczy w ogóle się nie dostrzega. Na przykład na moich spotkaniach autorskich, które miały miejsce w ubiegłym roku, wiele osób zwracało mi uwagę i usłyszałem taki tekst wielokrotnie. Boże, ile wyście wtedy chodzili. Myśmy wszędzie chodzili. Myśmy non-stop chodzili. Jak ja z tej Pragi mojej na Stare Miasto do centrum, to jest tam pół godziny spaceru przez most, przez rzekę. Fajne, fajne, fajne tereny bardzo. Do dzisiaj bardzo ładne tereny. Zoo Warszawskiej, Park Praski. Myśmy chodzili, myśmy rozmawiali, myśmy non-stop gadali. Też nie było oczywiste to, że ktoś ma telefon w domu wtedy. Myśmy jednak w większości mieli, bo to były lekarskie rodziny itd. I mogliśmy się skrzyknąć. To było parę telefonów i za chwilę byliśmy na placu. I co robimy dalej? I w miasto. Tylko trzeba było trochę poszukiwać. Trzeba było powiedzieć babci, że idę do biblioteki. Albo powiedzieć, że będę siedział na ławce, ale tam już był czerwiec, już były liście, to już tam nie bardzo było widać, kto tam siedzi. Taka trochę szkoła cwaniactwa i ja nawet uważam, że ona została wzmocniona o taki... To była podstawówka cwaniactwa, a miała ta moja edukacja właściwie taka szkoła przetrwania, która gdzieś tam przez całe życie jakoś wszyscy mieliśmy lub w większym stopniu, no i bierzemy w tym udział. Taką takim... Przewrotną konsekwencją tego mojego dzieciństwa było potem moje mieszkanie na Brooklynie, kiedy też właściwie musiałem sobie radzić i też tam się różne rzeczy dziwne działy. No więc tak generalnie być może ta Praga i ten Brooklyn to się złożyły w sumie na to, że dzisiaj tutaj rozmawiamy na tej scenie, którą uwielbiam. Kocham ten teatr, kocham to miejsce. Uwielbiam Lublin, uwielbiam tutaj przyjeżdżać. Od wielu lat jestem bardzo wdzięczny za to spotkanie i za to, że tutaj takie fajne rzeczy się dzieją.
[43:28.65 → 44:07.66] A: Ta wrażliwość, jak widzisz, ustaliśmy, że nie bierze się tylko z czytania poezji, ale także z życia i z walki o życie. Ta wrażliwość na słowo właśnie, bo wspomniałeś o lekturach, one towarzyszą ci od samego początku, uczysz się sam, uczysz się z nudów na klockach. czytasz wszystko, co ci wpadnie w ręce i książki zaczynają mieć wpływ na twoje życie. Tomek w Krainie Kangurów to jest podróżujący i zdobywający cały świat Daniel Wyszogrodzki. Wypisz, wymaluj konsekwencja pierwszej twojej fascynacji literackiej.
[44:07.76 → 46:24.48] B: Na dobrą sprawę wszystko jest, znaczy to jest takie bardzo freudowskie tutaj, nie odkrywam Ameryki, że jednak to dzieciństwo determinuje nasze życie. I we mnie był głód podróży na pewno, głód muzyki na pewno. W związku z czym podróżuję, pracuję, no nie jestem muzykiem, ale może to i lepiej, ale pracuję przy muzyce. Przecież jako autor tekstów, jako dziennikarz i recenzent i tak dalej, i tak dalej. I różne płyty wydawałem i tak dalej. ten teatr muzyczny jest takim mi bardzo bliski. Notabene, kiedy ja byłem w tej szkole podstawowej cały czas, bo ta książka się na tym przeszkończy, to już takim moim wielkim odkryciem własnym i czymś, co mnie bardzo poruszało, była w owym czasie polska poezja śpiewana. Jako coś, co mnie bardzo poruszyło jako fuzja, jako fuzja słowa i muzyki. I dopiero potem w latach licealnych ja odkryłem, że to ma różny wymiar, różne przejawy na świecie, że to jest poezja, rosyjskich bardów, Okudżawy, Wysockiego, oni byli nam bardzo bliscy wtedy. Moje liceum, później studia właściwie Okudżawy, myśmy wszyscy grali na gitarze i tak dalej. A potem się okazało, że jest taki ruch w Ameryce zwany Singer Songwriter i tam są śpiewający poeci, Baudela, Leonard Cohen. I to dalej mi to bardzo wciągało, bardzo wciągało. Ja nie wiem skąd to się wzięło, ale ja miałem taką potrzebę. Ja tłumaczyłem na przykład piosenki jako hobby. Czy mogłem iść w liceum gdzieś tam na imprezę, a mogłem zostać w domu i potłumaczyć coś sobie. Ja to robiłem lubiłem to bardzo, więc jakby jakieś tutaj były naturalne może w tym kierunku inklinacje, ale do czego zmierzam, że na samym końcu, bo mówimy o tym jak to dzieciństwo zdeterminowało nasze życie, że gdzieś tam po latach jakoś dorosły człowiek wylądowałem w teatrze muzycznym i okazało się, że teatr muzyczny to nie jest nic innego, Tylko nadal jest to połączenie słowa i dźwięku, tekstu i muzyki, tylko że już w spektakularnej oprawie scenicznej ze scenografią, choreografią itd. Moim pierwszym przekładem, jaki zrobiłem dla teatru na scenę, to były koty. Musical Cats, czyli wiersze T.S. Eliota, laureata irackiego Nobla. Teraz gdybym ktoś mi koty zlecił, to bym się to trochę przestraszył. Ale wtedy to był taki skok na głęboką wodę. No i mamy to. Notabene koty będziemy teraz robić w Chorzowie. I trochę przejrzałem ten przekład przed prawie już 20 lat. Zdolny młody człowiek, tylko jeszcze nie miałem doświadczenia takiego na przykład pracy z wokalistami, bo to są dość trudne teksty po prostu. Troszkę to wygładziłem teraz. Trochę tam jeszcze usiadłem nad tym teraz.
[46:25.59 → 46:40.95] A: Skoro jesteśmy przy muzyce, zmieńmy trochę kolejność. Chciałabym, żeby pan przeczytał muzyczny fragment. Będziemy przy płytach. Porozmawiamy później, najpierw może posłuchajmy.
[46:45.31 → 49:04.34] C: Polish Jazz. Do trzech razy sztuka. Kupując trzecią płytę z serii Polish Jazz wybrałem nowość. Historia historią, ale warto być na bieżąco. W końcu jazz to muzyka naszych czasów. Ukazał się właśnie najnowszy album Tomasza Stańki zatytułowany Twet. Numer 39 w serii. Bez zastanowienia poprosiłem o gorący jeszcze egzemplarz w Empiku na parterze Juniora i przewracałem płytę na wszystkie strony wracając czwórką do domu. Płyta ma jednak tylko dwie strony. podobnie jak obrós z Dowcipło kolnerze. Czy mógłby pan przewrócić ten brudny obrós na drugą stronę? A widział pan kiedyś obrós, który ma trzy strony? Tym razem na okładce nie było nic do przeczytania. Szkoda. Do tej pory tak wiele się dowiadywałem z okładek. Na szczęście Stańko był mi znany, nagrywał z komedą Astigmatik i no i słyszałem go na żywo, więc długo się nie namyślałem. Skład był międzynarodowy, dwa polskie nazwiska i dwa obce. Zapowiadała się uczta. Kiedy usiadłem w zielonym fotelu i włączyłem płytę, najpierw długo czekałem. Czekałem aż się zacznie. Coś tam grało, ale zacząć to się jakoś nie zaczynało. Kiedy muzyka wreszcie się zaczęła, czekałem aż się rozkręci. Kiedy się już rozkręciła, czekałem aż zrobi się fajnie. Nie zrobiło się. Grali i grali. I grali. Sam już nie wiedziałem, czy dopiero zaczynali, czy się właśnie rozkręcali, ale słuchać się tego nie dało. To było okropne. Słuchałem i nie mogłem uwierzyć, że muzyka może być taka straszna, przerażająca. Jeżeli w muzyce komedy słyszałem niepokój, to tutaj ogarniała mnie trwoga. Nigdy wcześniej nie czułem się torturowany przez muzykę, no może kilka razy przez trubadurów. A ta mnie zabijała, to była męka. Siedziałem, słuchałem i chciało mi się płakać. Zapłaciłem 65 zł za coś tak absolutnie niestrawnego, a przecież mogłem kupić cokolwiek. Mogłem kupić naprawdę ładną płytę. Wszystko byłoby lepsze. Mogłem kupić Faridę. Ślicznie wyglądała na okładce i podobno miała romans z Niemenem.
[49:06.91 → 49:17.11] A: Dziękuję bardzo. No tak, trubadurów się wtedy w twoim środowisku nie słuchało, bo oni wrzeszczeli, darli się o naturze. Słuchało się czerwonych gitar i skaldów.
[49:17.11 → 49:20.27] B: Skaldowie to była moja miłość, taka muzyczna pierwsza wieka.
[49:20.43 → 49:34.91] A: Bardzo mi się podoba określenie w tej książce, jak odkryłeś skaldów po czerwonych gitarach, że tam jest więcej muzyki. To bardzo piękne określenie. Czy kiedy robiłeś, bo robiłeś wywiad z Tomaszem Stańką, Powiedziałeś mu o tym?
[49:35.13 → 51:02.05] B: Oj nie, wtedy w ogóle o tym nie pamiętałem. Kilka razy spotkałem się z Tomaszem Stańka, robiłem z nim różne wywiady. Nie, znaczy ja byłem bardzo młodym człowiekiem, kupiłem sobie Polish Jazz Astigmatic, kupiłem sobie płytę Nowi Singers, jeżeli dobrze pamiętam, z książki jako kolejną i to mi się bardzo podobało. Natomiast z Tomaszem Stańką to było takie ryzyko. Oni tam grają free jazz. Ja do dzisiaj mam uraz do tej płyty. Moim zdaniem to jest o tyle zabawna historia, że ja mówię co 20 lat i jestem współpracownikiem magazynu Jazzforum. Znam się doskonale z Pawłem Brodowskim, z jego redaktorem naczelnym. Moje doświadczenie z Tomaszem Stańką było takie, że ja sobie kupiłem jego płytę i mi się chciało płakać, bo szkoda każdej wydanej złotówki. Takie były moje początki. Stańko jest wybitnym artystą i miał bardzo różne okresy w życiu i w swoich nagraniach. Jedne lubię bardziej, inne mniej. Każdy artysta progresywny, każdy wybitny artysta ma swoje różne takie etapy. Tak miał Miles Davis, tak miał Bob Dylan. I ja mam okresy w twórczości Tomasza Stańki, które uwielbiam. Natomiast ta płyta rzeczywiście może się za wcześnie po prostu pojawiła. Czasami tak jest, że pewne rzeczy czytamy za wcześnie, czy słuchamy. Ja miałem, być może coś takiego miałem zresztą z Lemem, który na szczęście mnie zafascynował, ale pewne rzeczy na pewno trafiały w moje ręce za wcześnie. Miałem też ogromne szczęście, bo piszę o tym, że zacząłem od dzienników gwiazdowych, od cyweriady, to było wesołe, to było zabawne. I tam już odkrywałem powoli jakieś drugie dno. Ale też były książki Lema, które pamiętam, które sięgałem, które były dla mnie za trudne. Ta muzyka była dla mnie za trudna. Była przerażająca.
[51:03.80 → 51:45.69] A: Wspomnieliśmy o tej serii też, bo chciałabym, żeby to z tej sceny dzisiaj padło, choć Państwo pewnie znają tę informację. Ty akurat miałeś dzieciństwo wtedy, kiedy polskie nagrania zdecydowały, że zauważą nowe zjawisko, jakim jest młody polski jazz. Zaczęły wydawać poszczególne krążki. Tych krążków okazało się, zdaje się, 66 do 89 roku. Później była przerwa i w 2015 roku 77. krążek w tej serii, na swoje 77. urodziny nagrał Zbigniew Namysłowski. Wczoraj prowadziłeś program, kiedy dowiedziałeś się o tej śmierci.
[51:45.69 → 57:54.93] B: Wczoraj byłem w trakcie audycji, była druga godzina, ta moja audycja w Radio 357 trwa od 19.00 do 21.00. Godzinę po mnie moja dobra wydawca, urocza koleżanka Marta Kula, która prowadzi później Kulki do jazz, ma dwie godziny jazzu o 22.00. I kiedy ja miałem chwilę przerwy, bo jak raz było nagranie na antenie, piosenka, ona weszła do studia i powiedziała... Zobaczyłem, że po minie coś się wydarzyło, bardzo wrażliwa dziewczyna. I zobaczyłem, że coś się dzieje i powiedziała, słuchaj, chyba muszę ci przeszkodzić, bo Zbigniew Namysłowski umarł. No więc się umówiliśmy bardzo szybko, że ona wejdzie, że siądzie przy moim mikrofonie i zapowie to. A jeszcze tak wczoraj było, że jej gościem na żywo w jej audycji wczoraj był też człowiek, wspaniały muzyk, mój kolega związany bardzo blisko z Teatrem Starym w Lublinie, Marek Napiórkowski, który tutaj w różnych wcieleniach wielokrotnie występował, a w maju pojawi się w kolejnym. Ona miała przygotowaną dwugodzinną audycję pod kątem Napióra, czyli że najpierw o nim, potem o gitarach i w ogóle, a tutaj na Mysłowski. Ponieważ między naszymi audycjami jest godzina przerwy, to ja już obiecałem, że zostanę. przygotowaliśmy trochę nagrań Zbigniewa Damysłowskiego, pomogłem im wybrać kilka rzeczy takich charakterystycznych. Potem dojechał Marek Napiórkowski. No i potem posiedziałem jeszcze z nimi pół godziny na antenie i powspominaliśmy Zbigniewa Damysłowskiego, z którym ja taką antologię opracowywałem, dwupłytową, sprzedaj mi wiatrowi, złota kolekcja polskiego jazzu, więc o tym trochę opowiedziałem. No rzeczywiście odchodzą Wielcy. No to jest takie pokolenie, Proszę Państwa, ja w zeszłym roku pierwszy raz pandemicznie się wyrywałem na kilka dni z domu. Trafiłem na absolutnie koszmarną pogodę. Pojechałem sobie sam do Juraty i byłem tam mniej więcej chyba dwa dni, kiedy dostałem telefon, że zmarł Charlie Watts, perkusista zespołu The Rolling Stones. Notabene wtedy w Juracie spotkaliśmy się z kolegą Pawłem Błędowskim, który jest tutaj dzisiaj w pierwszym rzędzie. A to był jeszcze chyba dzień przed śmiercią Charlie'ego, bo my jeszcze tu nie rozmawialiśmy wtedy. Potem się oczywiście okazało, że mam mnóstwo telefonów ze stacji radiowych. Właściwie nie mogę wychodzić z pensjonatu, bo strasznie wiało. Nie można mówić na żywo do radia, siedząc gdzieś tam nad morzem, bo to będzie niesłyszalne. Odchodzą ci wielcy. Charlie Woz 80 lat skończył. I to jest strasznie smutna konstatacja. Ja kilka razy w życiu przeżyłem śmierć muzyka, tak jakby to był ktoś mi bardzo bliski, ale byli to muzycy, którzy odeszli gwałtownie i za wcześnie. Kilka lat temu zmarł Leonard Cohen. Ja nie wiem, czy państwo wiedzą o tym, ale my tutaj pracowaliśmy już na spektaklu Boogie Street. W kontakcie też z Leonardem, który to był szesnasty rok. Oczywiście był zapraszany przez nas tutaj, ale wiedzieliśmy, że raczej nie przyjedzie, bo już był w najlepszej formie. I my tutaj we wrześniu mieliśmy premierę Boogie Street. Ukazała się jego płyta wtedy, przedostatnia, You Want It Darker. Ostatnia za życia wydana. I dwa miesiące później Leona zmarł. Przysłała list tutaj do nas, który odczytaliśmy ze sceny na premierze z pozdrowieniami. Dla mnie Leonard Cohen, to tylko taka mała dygresja, był jednym z najważniejszych artystów w życiu. Tutaj jest to takie przepiękne sprzężenie słowa i muzyki. Ja mówię to studentom, bo mam zajęcia na Akademii Teatralnej ze studentami i ja im mówię, że cała istota poezji śpiewanej polega na tym, że to ma być coś więcej niż suma dwóch składników. Ja daję takie przykłady np. znają państwo piosenkę Ocalić od zapomnienia Marka Grechuty. Jest tam wiersz Gałczyńskiego, jest muzyka Grechuty. No i wiersz jest piękny, muzyka jest piękna, a w momencie kiedy słyszymy to razem to pojawia się jakaś nowa jakość. Ja to tak odbieram, jakiś nowy walor. Są takie genialne przykłady. Jednego serca Niemena na przykład. Demarczyk śpiewa Koniecznego. Jest to bardzo piękne, bardzo szlachetne, ale też bardzo polskie. To jest taki gatunek muzyki bardzo mi bliski też, bo on jest bardzo polski. To jest muzyka, której nie ma na świecie poza Polską. To się narodzi oczywiście w Krakowie, Zygmunt Konieczny, cała tam galeria postaci wielkich artystów. Ale to jest też ciekawe, bo jak polski rock, no jest rockiem, polski blues, polskie reggae i tak dalej, wszystko polskie, na całym świecie gra się rocka czy bluesa. Natomiast poezja śpiewana jako forma pewna muzyczna, jako specyfika, jako bardzo oryginalny gatunek muzyczny narodziła się w Polsce i nie była z tak zwanego nasłuchu, jak to mówią muzycy. Była bardzo nasza. Było to dla mnie bardzo ważne i ten Leonard Cohen był dla mnie bardzo ważny. Nadal jest oczywiście, bo Dylan już teraz, ja wierzyłem w tego Nobla bardzo, jak ja wierzyłem w tego Nobla. Powiem Państwu, ja mam takiego kolegę w Poznaniu, on jest wydawcą książkowym, In Rock, Vesper, wydaje dużo książek, on wydaje moich Rolling Stonesów. Ja już mu kilka lat wcześniej mówiłem, zróbmy Dylana, ja mam tyle tłumaczyń, ja siądę tam do Pieszczy, zrobimy nie wiem, sto piosenek, przygotujmy tę książkę, dostanie Nobla, dzwonisz do drukarni i dwa tygodnie później jesteśmy w Empikach. No mówi do mnie, no a jak nie dostanie Nobla? A się w końcu wkurzyłem. Mogę powiedzieć, co powiedziałem? Powiedziałem, no to wydasz, jak umrze. Ale ja byłem gotowy to zrobić. Natomiast ja nigdy nie robię niczego do szuflady, bo ja po prostu zawsze jestem zajęty. Gdyby on wtedy mi powiedział, dobra, róbmy to, no to tymczasem oczywiście sprawa upadła. Delan dostał Nobla, Filip Łobodziński miał gotowe tłumaczenia i je wydał. Ja byłem w lesie. No ale zrobiłem płytę. Takie dosyć nietypowe połączenie, bo Krzysztof Krawczyk nagrał jeszcze, przed ostatnia płyta Krzysztofa Krawczyka, to jest właśnie Krawczyk śpiewa Dylana. W moich przekładach ja wybrałem te piosenki i razem nad tym jakoś tam pomyśleliśmy o tej płycie. Natomiast się okazało, że ona całkowicie trafiła w próżnię. Dlatego, I to był taki test też odbiorcy, że fani Dylana nie interesują się Krawczykiem, a fani Krawczyka nie interesują się Dylanem. Co jest zrozumiałe zresztą w pewnym stopniu. Fajna płyta, wyszła całkiem niezła. Nie ma się czego wstydzić, natomiast rzeczywiście jakoś tak bez echa przeszła. Mimo, że to już było chyba po Noblu, jeżeli dobrze pamiętam.
[57:55.12 → 58:15.02] A: Możliwe, że z tą płytą to będzie tak jak z twoim nietrafieniem w odpowiedni moment z płytą Stańki. Być może przyjdzie taki czas, kiedy te nasze różnice muzyczne będą przebiegały po innych liniach. I wtedy przyjdzie moment na tę twoją płytę.
[58:15.52 → 58:40.16] B: Ja państwu zdradzę, że Krzysztof Krawczyk nagrał i mamy to, gdzieś to jest już gotowe od jakiegoś czasu, nagrał materiał z moimi przekładami Leonarda Cohena, tych późnych piosenek, z tych ostatnich płyt Cohena. To jest gotowe. To się kiedyś ukaże. To się kiedyś ukaże i to może być sensacja wtedy dopiero, myślę. Może właśnie ten Cohen pociągnie wtedy Delana i tak dalej, i tak dalej. No tak jak powiedziałaś, to się wszystko może jeszcze zdarzyć. Dobrze, że to zostało zainstrowane.
[58:41.20 → 59:19.18] A: Danielu, chciałabym zajrzeć do takiego fragmentu, nawet go sobie wypisałam, zaraz go zacytuję, chyba, że ty pamiętasz, to poproszę, żebyś wyrecytował, bo to jest twój pierwszy tekst. Bardzo mi się podobało. Ale to ma związek trochę z tym, o czym rozmawiamy w tej chwili, bo chciałam cię zapytać, czy jak ci jest źle, jak ci jest smutno, jak dzieje się właśnie coś takiego, o czym opowiadałeś, odchodzi? ktoś bliski, jest jakaś strata. Czy muzyka, tekst, czy to jest wtedy dla ciebie jakiś ratunek? Czy to jest ci wtedy potrzebne?
[59:19.22 → 01:01:41.95] B: Na pewno jest i to jest dla mnie bardzo ważne, bardzo mi potrzebne. Ja w takiej sytuacji, a może nie w samej takiej sytuacji utraty, ale chwilę po, kiedy następuje autorefleksja, to mi się zastanawiało, na ile to jest eskapistyczne, to znaczy na ile my uciekamy, mówiąc najogólniej w sztukę. Można się pogrozić w lekturze i zapomnieć, że stało się coś złego. Nie wiem, czy aż tak bardzo by mnie muzyka wciągnęła, żebym się oderwał zupełnie od świata. Z muzyką to jest trochę tak, że ponieważ ja cały czas pracuję, robię coś związanego z muzyką. że płyty, które leżą u mnie na biurku, to są albo do recenzowania, albo do przetłumaczenia, albo do pisania, albo do audycji radiowej. I tutaj jednak to jest cudowna sprawa, kiedy się robi zawodowo coś, co się kocha i co się lubi, ale druga strona medalu, ten drugi koniec tego kija, a to jest moje powiedzenie, ja mam patent, każdy kij ma trzy końce. Więc tutaj jest tak, że jednak jak to się tak staje pracą, że się już bardzo kojarzy z pracą. Ja pracuję w domu, mam bardzo fajny gabinet z płytami, książkami, plakatami i właściwie gdzie spojrzę, to myślę, o to trzeba coś będzie napisać, tutaj coś na mnie czeka i tak dalej. Natomiast książki mają dla mnie taki jednak bardziej dar takiego oderwania zupełnie eskapistycznego, że można się zagłębić, zupełnie zapomnieć. I to nie musi być wielka literatura. Miałem fazę czytania kryminałów jakiś czas temu. Pierwszy raz w życiu. Nie czytałem nigdy kryminałów wcześniej. Była taka moda antyskandynawskie. Też jakoś na to się załapałem. Mam tylko autorów, których po prostu uwielbiam pasjami. Javier Marías na przykład, którego uważam za najwybitniejszego żyjącego pisarza. Twoja twarz jutro. Przepraszam, nie brzmi. Brzmi to chrząszcz w Szebrzeszynie. Twoja twarz jutro. I wiele innych książek. Bardzo lubię Wellbecka, bardzo lubię Pamuka, tego tureckiego laureata Nagrody Nobla. I ja cały czas gdzieś tam się w te książki zagłębiam. Myślę, że też kontakt z naturą jest dla mnie bardzo ważny i dlatego te podróże były mi tak potrzebne. To jest dla mnie bardzo... odświeżające psychicznie. Ja lubię zmieniać, ale ja muszę wszystko zmienić, otoczenie. Ja na przykład bardzo lubię takie krajobrazy całkowicie pozbawione zieleni. Ja bardzo lubię pustynie, byłem już na różnych fajnych pustyniach. Mieliśmy z kolegą jechać do Gobi, ale przyszła pandemia. Przejechaliśmy całą Namibię, przejechaliśmy całą Atakamę z dżipem. To są takie przeżycia fajne, lubię takie pustko-pustynie.
[01:01:41.99 → 01:02:01.92] A: Bo zen jesteś trochę, tak szczerze mówiąc, jak zen, jak ogród zen, prawda? Tam też nie ma żadnej zieleni, tam się liczy przestrzeń pomiędzy kamieniami. a nie kwiaty czy krzewy, ale to też konsekwencje myślę Placu Leńskiego. Nie zaglądałeś nikomu w okna, nie wychowywałeś się w ciasnej przestrzeni, wyglądałeś przez okno i miałeś przestrzeń.
[01:02:02.16 → 01:03:58.43] B: To była wyjątkowe szczęście, dlatego że rzeczywiście ten Plac Leńskiego to są, proszę Państwa, tutaj może pokażę, bo lepiej to widać w środku, To są dwa ogromne domy, to jest gigantyczne założenie socjalistyczne. Takie dwa wielkie domy, jeden vis-a-vis drugiego. Tutaj między nimi jest przychodnia, którą mój ojciec otwierał jako lekarz wtedy. pełniące jakieś funkcje w dzielnicy Praga Północ. I to było wielkie szczęście, że zawsze przez to okno widziałem przestrzeń, drugi dom, daleko, zieleń, te drzewa rosły, fontanna, potem te drzewa padały w wiatr, to były to pole później, wiatr przewracał, tam siedziały różne rzeczy, samochody, które na początku były sensacją na placu, bo było kilka, a teraz tam nie ma gdzie zaparkować w ogóle, a czasami tam jadę. bo mam jeszcze cały czas tam jakieś związki z tą okolicą, to czasami robię kilka kół, żeby w ogóle znaleźć miejsce. To się wszystko bardzo zmieniło. Ja pamiętam, że myśmy znali, ja opowiadam historię o kradzieży samochodu tutaj, słynną w swoim czasie, wszyscy przeżywaliśmy to bardzo. No świat się zmienił. No dobrze, to już dokonam tutaj tego sepuku. Proszę Państwa, mój bohater ma mniej więcej 10 lat. Ma około 10 lat. Ja mam około plus minus 60 lat. To jest pół wieku. Ja sobie zdałem sprawę z tego, że to jest ogromny szmat czasu. że w pierwszym półwieczu XX wieku były trzy wojny na terenie Polski. Że pół wieku to jest między, nie wiem, rozbiorami a wiosną ludów. Jeżeli się przyjrzymy w jakiejkolwiek punkcie historii, pół wieku to jest ogromny kawał czasu. Ja sobie zdaję sprawę chyba dopiero po tym wszystkim, bo dla mnie to była taka książka trochę przygodowa, trochę o dzieciństwie, właśnie taka inicjacyjna itd. te pierwsze dziewczyny, mam nadzieję, że do tego nawiążesz, chociaż marginalnie. Ale ja sobie zdałem sprawę z tego, że ja właśnie napisałem książkę historyczną, że to jest po prostu zapis epoki tak zamierzchłej. Czytelnicy często mi piszą, że tam się identyfikują, bo pamiętają, że było podobnie, że coś tam, ale myślę, że dla młodych ludzi to jest troszeczkę science fiction w tej chwili.
[01:03:59.29 → 01:04:37.59] A: Myślę, że tak. Do dziewczyn, dobra, zaraz będzie o dziewczynach, ale jeszcze żeby mi nie uciekł ten fragment, który sobie zaznaczyłam, ten wierszyk. Ale też przy okazji zastanowiło mnie to, o czym mówisz, wspomniałeś o eskapizm, prawda? Twórczość jako eskapizm. Przypomniało mi się, jak Wiesław Myśliwski mówił, że cała twórczość jest z lęku. Że dlatego, że się boimy. Dlatego, że się boimy, dlatego, że chcemy oswoić swój strach, coś robimy. Piszemy, malujemy, tworzymy po prostu. I tak sobie myślę, że to by mi się zgadzało z twoją pierwszą piosenką, którą ułożyłeś. Bo się bałeś.
[01:04:37.75 → 01:04:40.15] B: Aha, tamta, ojeju, to straszne.
[01:04:40.95 → 01:04:41.43] A: Tak, to jest cudowne.
[01:04:42.79 → 01:04:48.69] B: To takie rap prawie. Ja myślałem, że ty mówisz o tym wierszyku, który otwierał ósmą klasę, bo wtedy już zaczynałem wiersze pisać.
[01:04:48.69 → 01:04:52.65] A: Nie, ty już byłeś dorosłym facetem, a tutaj się boisz, jesteś dużo młodszy.
[01:04:52.65 → 01:04:53.83] B: Zapomniałem, że powiem nie o tym.
[01:04:53.93 → 01:05:16.59] A: I piszesz dlatego, że się boisz. Boisz się bać, boisz się żuli, ludzi, bicia, boisz się ba, boisz się życia, gnicia i tycia. Nie bój się bać. Nie bój się żuli, git ludzi bicia, nie bój się ba, nie bój się życia, gnicia i tycia. Lęk oswojony tego wieczoru.
[01:05:16.75 → 01:05:19.73] B: Takie rapowanie przesenne w głowie.
[01:05:20.37 → 01:05:43.62] A: Lekceważąco podchodzisz do tego fragmentu. On wydaje mi się być takim uzmysłowieniem sobie z tego, że właśnie jeśli coś zaczynasz układać, jeśli zaczynasz mieć władzę nad... Trochę mantra. Trochę mantra, tak jest. Dobra, dziewczyny. Dziewczyny pojawiają się... Czy u was w klasie były w ogóle jakieś dziewczyny?
[01:05:44.04 → 01:05:47.30] B: Tak, było nawet chyba więcej. Było pół na pół, wtedy był taki parytat jeszcze.
[01:05:53.25 → 01:06:17.65] A: która była przełomem w twoim życiu. W ogóle podróż do Moskwy to była niezwykle ważna sprawa. Teraz kiedy państwo znają Daniela Wyszogrodzkiego i ewentualnie śledzą go, a jesteś bardzo obecny w mediach społecznościowych, to ewentualnie widzą twoje zdjęcia raczej z zachodu, prawda? Natomiast twoja pierwsza prawdziwa wyprawa to była wyprawa do Moskwy.
[01:06:18.01 → 01:06:18.85] B: Pierwsza samodzielna.
[01:06:18.87 → 01:06:30.88] A: Pierwsza samodzielna wyprawa. i poznawanie świata także damsko-męskiego odbyło się tam właśnie. Jak widzisz niesubtelnie zaczynam, bo to właściwie tam była orgia.
[01:06:31.22 → 01:07:41.83] B: Przypadkowo i trochę tak powierzchownie się o ten świat dotarłem, o tę orgię moskiewską rzeczywiście. Dla mnie ta Moskwa była bardzo ważna też z punktu widzenia tych rozmów, które odbywałem z panem Jurkiem, który tam jako pierwszy człowiek ze mną rozmawiał poważnie o systemie. o państwie sowieckim, o tym jak działa państwo komunistyczne. Ta taka rzucona tam przeze mnie hasło, że Związek Radziecki to kraj, który ma program kosmiczny, a nie można kupić marchewki, nie można wyhodować marchewki. Natomiast była tam przygoda, która rzeczywiście mnie wstrząsnęła, bo starsi ode mnie ludzie, starsza ode mnie piękna dziewczyna zwróciła na mnie uwagę tam w Moskwie i poznałem ją i jej znajomych. Byliśmy razem w teatrze, a potem zaprosili mnie na prywatkę, która po prostu się okazała regularną orgią alkoholowo-seksualną, z której ja po prostu, co mnie zresztą też ubawiło, kiedy to pisałem, że ja wyszedłem po angielsku w środku Moskwy, no bo rzeczywiście ja się po prostu chyba nie wytrzymałem jeszcze, nie byłem gotowy do takich przeżyć. To były to tak, no tak, tak, tak, no ale jakoś tam, no nie spłynęło to po mnie na pewno, było to dla mnie wstrząsające doznanie i ta dziewczyna i to, że coś tam jakby zajększyło przez chwilę. Albo mi się wydawało.
[01:07:43.03 → 01:08:26.35] A: To zresztą ta wizyta w Moskwie to było bardzo dużo innych także doświadczeń. To była też walka o życie, bo Twoja ucieczka była prawdziwą ucieczką przed prawdziwym nożem i to, że dużo chodziłeś i byłeś wysportowany zwyczajnie Ci Jeśli państwo zechcą dopytać o dziewczyny, bardzo proszę, będzie za chwilę taka okoliczność, ale Daniel wspomniałeś o Lemie też przez moment, jako gwiazda już teraz, która też pisze książki i składa autografy. Powiedz proszę, czy to doświadczenie z Lemem, który nie napisał twojego imienia, bo ty z wrażenia zapomniałeś mu tego imienia podać. Jakoś masz w pamięci? Składasz teraz duże autografy?
[01:08:28.96 → 01:09:30.65] B: Podpisuję książki na różne sposoby, staram się to indywidualizować, żeby to było dla każdego coś innego, natomiast mam okropny charakter pisma, mam absolutnie wtórną dysgrafię, piszę od liceum na maszynie, na komputerze i straszne takie kulfony stawiam, których się trochę wstydzę, więc staram się przynajmniej napisać coś miłego albo zabawnego. Tam jest taka anegdota w książce, kiedy ja stoję przez pięć godzin w kolejce do Lema na kiermaszu książki w Warszawie i jak już do tego Lema doszedłem, jako tam siódma klasa chyba to była, To za nie mówiłem z wrażenia, on tak dał mi szansę, popatrzył na mnie jedną chwilę, dwie, podpisał i następny. Ja wracałem z tym podpisem, rzeczywiście ta książka była podpisana przez Lema, tylko nie było dedykacji, bo ja się nie przedstawiłem. To był mój pierwszy autograf, zresztą ja nie zbieram autografów. Parę mam, mam Cohena, mam Rolling Stonesów, kilka się trafiło, ale tak. I ta książka zresztą przepadła i to w takich okolicznościach w sumie dosyć metafizycznych, więc jakoś tam gdzieś w kosmosie może krąży.
[01:09:31.79 → 01:09:55.99] A: Odbywamy podróż, jak Państwo widzą, po bardzo różnych czasach. Przewodnikiem jest Daniel Wyszogrodzki, ale ty też miałeś swoich przewodników po tym świecie. Takim pierwszym poważnym twoim przewodnikiem po świecie bardzo fizycznym, po Warszawie, dalej niż Plac Leńskiego, był Giniol. Swoją drogą, jakoś nie mogę ci darować, że nazywasz go Giniol, chociaż on prosił, żebyś tak na niego nie mówił. To był Krzysiek.
[01:09:56.30 → 01:11:22.98] B: Tak, nigdy o nim inaczej nie myślałem niż właśnie jako o Giniolu. Postać tak, żywioł właściwie. Kolega taki mój trochę gawrosz z Saskiej Kępy, gdzie jeździłem do ojca, gdzie miałem swobodę, bo babcia mnie bardzo pilnowała, u ojca miałem luzy. No i ten Giniol taki trochę ulicznik, który mnie tam właśnie wyciągał na jakieś dziwne akcje i tak dalej. To taka jedna z tych postaci, z którymi z tej książki zupełnie nie wiem co się stało. Bo jednak z kilkoma kolegami mam kontakt do dzisiaj, z tymi najbliższymi. Baju, mogę zdradzić, jest chirurgiem, ma dwoje dzieci, mamy kontakt. Cencik jest przewodnikiem, zabiera ludzi do Nepalu. Nasz gwiazdor szkolny właśnie nie poszedł w media, tylko jakoś znalazł sobie taką swoją niszę. Trefniak, ten nasz, rzeczywiście też żywioł intelektualny przy okazji, został naukowcem i mieszka w Skandynawii. rozwitą karierę naukową. Także tutaj mamy cały czas kontakt. Natomiast genialnie, Trojan, który był bardzo bliskim kolegą, właściwie Trojana nie widziałem od ósmej klasy. Nie wiem jak to się stało. Mieszkaliśmy niedaleko siebie. Po prostu dlatego, że to były takie podziały, ja w tej chwili nawet myślę, że to były takie aż tak silne podziały społeczne, które były jakoś tam w nas przez rodziców utrwalane. Myśmy poszli z kolegami do liceum, a trener poszedł do technikum. Koniec pieśni. Bye bye. Inny świat. To był inny świat. To był inny świat.
[01:11:23.51 → 01:11:41.50] A: Myślę sobie jednak, że na swój sposób twoimi przewodnikami były też postaci, które niewiele uwagi ci poświęcały. Dużo, bo cię karmiły, ubierały i dbały o to, żebyś był zdrowy. Babcia i dziadek. Myślę, że to też byli przewodnicy. na swój sposób pokazywali ci świat, którego ty nie chciałeś.
[01:11:41.86 → 01:13:34.32] B: Nazywa się nie tacy arebur, czyli taki świat odwrócony, bo dla moich dziadków świat prawdziwy się skończył po wojnie. Nawet myślę, że wybuch wojny nie był dla nich tak straszną katastrofą jak koniec wojny. Paradoksalnie, bo oni wojnę przeżywali jako coś naturalnego. Mój dziadek walczył w pierwszej wojnie światowej. był w niewoli, uciekł z niewoli, uczył się we Francji, studiował, pracował w Holandii, w Anglii, był światowcem. Natomiast ich świat się zakończył w roku 1945, po zmianie systemu, po przejęciu przez komunistów władzy w Polsce. To dla nich był absolutny koniec świata. A potem jeszcze w 60 latach zmarła moja mama, miała 33 lata, ja miałem około 4. I dla niej to już był absolutny koniec świata. Oni właściwie już nie żyli dalej. Oni to trochę wegetowali. I ja nie byłem ani substytutem mamy, ani jakoś nie kompensowałem tego braku w najmniejszym stopniu. A nawet w pewnym sensie wyrabiałem sobie takie poczucie winy, bo babci się zdarzało powiedzieć takie rzeczy. Że może gdyby mama mnie nie miała, to by żyła, bo przynajmniej dłużej żyła. Tam jest taka rozmowa bardzo dla mnie znacząca z tą koleżanką mamy ze szkoły, z paną Jadwigą, która mnie tam objaśnia trochę, jak to wyglądało tak naprawdę. Ja myślę, że dziadkowie rzeczywiście nie mieli specjalnie serca dla mnie. Dziadek był wyłączony, a babcia pogrążona w swojej tragedii. I właściwie to było jedyne, co mnie interesowało. Przeżywanie tego na nowo, opowiadanie o tym. Prowadzenie mnie na cmentarz. Jednak dziecko, które chodzi dwa razy w tygodniu na cmentarz, to trochę było tego za dużo. Powiem, że miał jakiś uraz. Ale to trochę było tego za dużo. Ta śmierć zastępowała życie codzienne, które dla nich nie było życiem. To już nawet dla nich było jakieś takie trwanie, wegetacja. A dla mnie to było jedyne życie, jakie znałem. Mało tego, ono mnie interesowało. Ono miało swoje ogromne atrakcje dla młodego chłopaka. I tutaj był straszny rozdźwięk pomiędzy mną a dziadkami.
[01:13:34.69 → 01:13:37.65] A: Może stąd ta pazerność też taka twoja na życie, prawda?
[01:13:37.65 → 01:13:40.09] B: Z tej deprywacji właśnie i z tego...
[01:13:40.09 → 01:13:52.78] A: I z tego braku. Bardzo poproszę pana o trzeci, ostatni fragment. Fotografia
[01:13:56.16 → 01:16:21.44] C: mamy. Mama była dla mnie dziewczyną z fotografii, która nigdy się nie starzała, nie zmieniała się. Zastygła w wieku studenckim, była jednocześnie obecnością i jej brakiem. Czarno-białe zdjęcie, które stało na pianinie, pochodziło z czasów, kiedy studiowała na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej. Już wtedy chorowała, więc zdecydowano się na kolejną, po relegowaniu na cały rok, roczną przerwę w nauce. Spędziła rok w Zakopanem, w sanatorium na Chramcówkach. Z tamtego okresu też zachowało się kilka zdjęć. Mama na balkonie, w tle Tatry. My na sobie dziwny strój, jakby szlafrok, ale podobny do kimona, w którym przed wojną chodziła w juracie. Wrażenie robi imponujący kok z beztrosko wpiętym grzebieniem. Poskromiła w ten sposób całe kaskady włosów. Była dla mnie ideałem urody, a fotografia na pianinie stanowiła wzorzec piękna sewa. Miała okrągłą twarz, obramowaną ciemną czapą włosów zaczesanych z przedziałkiem na środku głowy, chociaż przedziałka można się jedynie domyślać, znikał zaraz po wyznaczeniu drogi z wysokiego czoła. Mądre, smutne, ciemne oczy, lewa brew lekko uniesiona. Delikatny nos i malarsko wykrojone usta, górna warga wyraźnie mniejsza od dolnej. Jej spojrzenie i cała twarz są zwrócone w bok. Trudno sobie wyobrazić na co spogląda, poważna i skupiona. Ani cienia uśmiechu, a przecież jest za młoda, żeby przeczuwać zbliżający się koniec. Ma na sobie ciemny sweter z kołnierzem, na portrecie zmieścił się ozdobny metalowy guzik. Szyję zakrywa apaszka, tak więc poza jasną twarzą i jasnym tłem, wszystko na zdjęciu jest utrzymane w ciemnych barwach. Mama ma ciemne włosy, tak samo jak jej rodzice. Z ojcem byliśmy do siebie podobni jak dwie krople wody, więc zupełnie jej nie przypominałem, ale ona też nie przypominała nikogo ze znanych mi ludzi. Wyróżniała się. Nie umiałem tego określić, dopóki nie obejrzałem zba filmu Casablanca. W telewizji po raz pierwszy zobaczyłem inkarnację mojej mamy. Nazywała się Ingrid Bergman.
[01:16:23.18 → 01:16:38.92] A: Dziękuję. Były takie momenty, kiedy czytałam tę książkę i zastanawiałam się nad powodami, dla których powstała, że przychodziło mi do głowy, że napisałeś tę książkę, żeby zbliżyć się do mamy.
[01:16:39.86 → 01:19:08.01] B: To jest bardzo dobry trop moim zdaniem, bo ja rzeczywiście zbliżyłem się do mamy przez tę książkę i pisząc ją, to na pewno się to dokonało. Nie było to moją uświadomioną intencją, ale tak się stało. Ja uciekałem przed tematem mamy przez całe życie, bo to było coś, co mi ciążyło. Dziadkowie opowiadali mi rzeczy o mamie, które były bardzo oderwane od rzeczywistości. Izolowali mnie od przyjaciółek mamy, które mówiły o mamie jako o normalnej osobie, bo dla nich ona nie była normalną, zwykłą dziewczyną. To była jakaś święta wyróżniona, zupełnie istota. I ja po prostu w pewnym momencie przestałem, odciąłem się od tej mitologii tworzonej tam. To, że jako dziecko byłem prowadzony na cmentarz i mi się mówiło, że nie idziemy na cmentarz. O Boże, to było słowo tabu, grób, cmentarz. No mamy, no mamy. Babcia mi się kazała witać z mamą. No to nie było to normalne. Normalne to może niewłaściwe słowo. Nie było to specjalnie miłe dla dziecka. I ja sobie tą mamę tak uczłowieczyłem, pisząc tę książkę. Zrozumiałem ten straszny ból. Teraz moja córka w styczniu, Helena, skończyła 34 lata i powiedziała mi, że przeżyła babcię. o której oczywiście nie znała nikt. Rzeczywiście tak, znaczy dotarło do mnie, że mam w tej chwili córkę, która, moja córka ma, ja mam trzech wnuków, moja córka ma dwóch chłopaków, starszy poszedł do zerówki. I pomyślałem sobie też, co to musiało być dla niej. Roztawać się ze światem, bo była tego świadoma jakiś czas już na pewno, to nie była nagła śmierć, to była powolna, bardzo długa śmierć, długie konanie. Że zostawia świat, ale zostawia dziecko, zostawia trzyletniego synka. Myślę, że dla niej to musiało być coś absolutnie strasznego. Jakoś tutaj od tego się odcinam, nie jestem w stanie się identyfikować z tymi emocjami, bo nadal nie wiem czym to udźwignął, a oprócz tego nie wiem, czy to jest potrzebne do czegokolwiek. Natomiast oczywiście zbliżyłem się do mamy. Stała się dla mnie bardziej realna. Ja mam jedyne prawdziwe wspomnienie mamy, o którym wiem, że z mojej własnej opisuję tu i w książce. Reszta jest opowieścią. Reszta jest opowieścią. Ja nawet jak mama żyła, to ja z nią nie mieszkałem, bo ona była chora albo w szpitalu, albo ja byłem u dziadku, bo przecież nie mogła się mną opiekować. No i tak to już później zostało. Ale jakoś mi się ta mama uczyła, że trzeba przez tę książkę, na pewno. Na pewno. No i nawet teraz to, co powiedziała Helena niedawno, tydzień, dwa tygodnie temu w styczniu, że przeżyła mamy. To jest taki bardzo namacalny, kiedy moja córka jest w wieku mojej mamy, kiedy miałam niemałego, naturalny rzeczy porządek.
[01:19:09.94 → 01:19:15.80] A: Danielu, jak to było ze szczerością, kiedy pisałeś tę książkę? Byłeś szczery cały czas?
[01:19:15.90 → 01:20:29.56] B: Bardzo mi zależało na tym. Chciałem być szczery. Myślę, że jestem szczery na granicy ekshibicjonizmu momentami. Nie chciałem tej granicy przekraczać. Nie chciałem epatować szczerością. Natomiast chciałem, żeby ta książka była szczera. Uznałem, że albo ona będzie szczera, albo nie ma sensu jej pisać. Stąd tam są różne takie właśnie chłopięce, otwarte historie. Te nasze fantazje seksualne, to o czym myśmy rozmawiali, to jakieś ukradkowe oglądanie pornografii. Proszę Państwa, to były czasy, kiedy nie było pisma pornograficznego, nie było możliwości zobaczenia nagiej kobiety. Teraz jest internet, są jakieś rzeczy w kioskach, które... które wykładają kawę na ławę. A wtedy to było niesamowite przeżycie, że ktoś np. przyniósł zdjęcia pornograficzne do szkoły, a to były czarno-białe odbitki robione z jakichś zagranicznych szwedzkich czasopism. Myśmy to przeżywali bardzo. Myśmy płacili np. za to, żeby to oglądać. te wszystkie nasze chodzenie do kina, te różne golizny i tak dalej. Ja myślę, że to nasze wychowanie, nasze dojrzewanie seksualne było... Myśmy byli może nawet bardziej pobudzeni w tym kierunku niż obecna młodzież. Jakoś tak, bo to w sumie się dosyć wcześnie wszystko zaczynało. To już ta siódma klasa, te kolonie kolejne tam i te kolejne dziewczyny, które tam się pojawiają. Bardzo to było ważne. I takie chyba bardzo naturalne też.
[01:20:30.40 → 01:20:52.24] A: Ta pazerność, że znowu użyję tego słowa, ale ono mi jakoś bardzo pasuje. Ono mi jakoś ładnie brzmi, współukłada się z tobą. Ta pazerność dotyczy wszystkich dziedzin życia, w związku z tym tej sfery też. Chociaż jednej mi tutaj trochę brakuje pazerności na jedzenie, na smaki. Właściwie poza... tutaj nie ma zbyt...
[01:20:52.39 → 01:20:54.33] B: Opisuje tam coś, co babcia gotowała.
[01:20:54.49 → 01:21:07.11] A: Trochę tak. Nauczyłam się zresztą tego. Nie wiem, czy państwo wiedzą. Znaczy, panie to pewnie być może państwo wiedzą, ale ja nie wiedziałam, że ziemniaków nie należy gotować w zupie, bo tracą smak poza zupą ziemniaczaną. Trzeba je gotować osobno.
[01:21:07.33 → 01:21:47.74] B: Babcia moja była ze Świętokrzyskiego, z tamtej ziaty był z Warszawy. Bo ja byłem po prostu trochę tak faszerowany tym jedzeniem. Ja zawsze byłem takim lekko tyłem dzieckiem. Mnie nie trzeba było zmuszać, bo ja jadłem do końca i tak dalej, bo ja się słuchałem. Ja nie widziałem na przykład, że można powiedzieć, że nie będę tego jadł. Przyszło mi do głowy. Ja wszystko generalnie jadłem, ale ja dopiero nabrałem takiego bardziej wyrafitowanego smaku w związku z podróżami, kiedy zacząłem odkrywać inne smaki. Bo mi była taka potrzeba inności, egzotyki. Do dzisiaj ona jest, właśnie te dalekie wyjazdy i tak dalej. Rzeczywiście karmienie było tak podstawową funkcją życiową wtedy, ubieranie. Mnie było wszystko jedno, co ja jem i co ja noszę na sobie. Nasze myśli były zupełnie nigdzie indziej.
[01:21:49.76 → 01:22:12.68] A: Czy mają państwo ochotę porozmawiać z Danielem Wyszogrodzkim? Jeśli tak, to to jest ten moment. Bardzo proszę o zadawanie pytań, komentowanie. Bardzo proszę. Jeszcze tylko taka mała uwaga techniczna. Jeśli będą państwo mówić w miarę głośno, to mikrofon, który jest gdzieś tutaj na górze, zbiera państwa słowa.
[01:22:14.59 → 01:23:23.74] D: Czy książka to jest tylko powrotem do lat dziecięcych, młodzieńczych, czy również formą jakiejś takiej terapii z tych wszystkich traum dziecięcych? I tutaj, tak jak pan przytoczył te różne zdarzenia szkolne, pana ojciec był osobą dosyć ustosunkowaną. Czy nie mógł zmienić panu szkoły? Czy to było trudne w tamtym czasie? I moje drugie pytanie dotyczy Pana zdania na temat gustów muzycznych Polaków. Dzisiaj właśnie pan Paweł Pułętowski powiedział, że to nie jest prawda, że Polacy słuchają przede wszystkim disco polo, Polacy słuchają piosenek z dobrym tekstem. I jeszcze jedno pytanie, co pan sądzi o pomyśle ministra kultury, by rozgłośnie radiowe włączały muzykę polską od godziny piątej do dwudziestej czwartej. Czy nasz rynek muzyczny udźwignie to wszystko? Czy jest dużo dobrej polskiej muzyki, by można było przez tyle godzin ich słuchać?
[01:23:23.80 → 01:23:25.28] A: Pytanie, czy słuchacz to ućwiknie.
[01:23:25.68 → 01:33:36.06] B: Właśnie to tak chciałem powiedzieć. Pytanie brzmi, czy ućwikną to słuchacze. Moim zdaniem nie. Od końca zacznę. To jest pomysł, no może intencje są dobre, ale ja wiem, że tu jest w załoce francuskie. Jednak francuska muzyka popularna jest na jednej z innym poziomie cały czas. Ja nie mam najlepszego zdania o współczesnej muzyce polskiej, popularnej. Mam jak najlepsze zdanie o scenie jazzowej w Polsce, która jest świetna, która jest znakomita. Mamy po prostu taki wysyp muzyków, pianistów, skrzypków, zespołów. Tu się dzieje mnóstwo znakomitych rzeczy, natomiast jest poważny problem z odbiorcą. Rzeczywiście na scenie jazzowej się bardzo wiele dzieje, ale płyty się słabo sprzedają, nie ma specjalnie gdzie grać, nie ma wielkich koncertów, festiwali. Polska muzyka obecna, co mnie osobiście bardzo przeszkadza w niej, stała się bardzo mało wyrazista, czyli nie ma bardzo wyraźnej indywidualności. Repertuar jest jakiś taki miałki, wszystko jest do siebie podobne. Ja nie chcę tutaj narzekać jako starzec mówiący, że za młodych czasów to tam było, babcia moja mówiła, za młodych czasów to śpiewali, a teraz się drą. Ale za mój czasów się darli właśnie i fajnie się darli i jeszcze mieli o czym pokrzyczeć. Stała się ta muzyka trochę nijaka na całym świecie tak naprawdę, bo nie ma jakichś wielkich zjawisk. Nastąpiła tak zwana dywersyfikacja, czyli wszyscy słuchają w swoich niszach, mamy teraz odejście od nośników fizycznych, mamy muzykę... Muzyka zeszła na drugi plan. Ale nie mamy, brakuje nam bardzo wielu, brakuje nam bardzo wyrazistych, znaczy dla mnie słowo wyraziste jest słowem kluczowym. Czy mówimy o piosenkarzu popularnym, czy o interpretacji muzyki, muzyki poważnej. To na przykład coś, co ja śledzę całe życie, czyli konkurs Chopinowski. Tam były wielokrotnie problemy takie, że ktoś był, odpadał, bo był zbyt wyrazisty. Nie, nie, nie, nie, bo to trzeba... Polska poezja śpiewana, to co robił Grohuta, co robił Niemen, to co się działo w Krakowie, to było bardzo wyraziste. I ja myślę, że granie polskiej muzyki w nadmiarze może być schyłkiem radia, to znaczy może doprowadzić do utraty słuchaczy. I to będzie takie wylanie dziecka z kąpielą. Tego się obawiałbym. To było to trzecie Panie pytanie. Drugie pytanie dotyczyło, bo pierwsze pamiętam szkoły i ojca, a drugie dotyczyło... Gustów muzycznych Polaków. O, to jest tutaj mógłbym długo. Znaczy od razu powiem jedną rzecz. Znaczy ja nigdy nie będę krytykował i pomstował na disco polo. Dlatego, że my w sztuce każdej partycypujemy na ochotnika. Mnie nawet irytują moi koledzy, których mam na Facebooku, którzy są muzykami albo znają się na muzyce i wypisują jakieś epistoły o Zenku Martyniuku. Ja bym nie poświęcił Zenkowi pół zdania. Wiem, że jest. Wiem, że go wiele osób lubi. Niech sobie będzie, niech go słuchają. To nie jest mój problem. Ja sam wybieram swoją muzykę. Mnie by było szkoda czasu na to, żeby się zajmować czymś takim jak disco polo, natomiast absolutnie bym tego nie potępiał, bo jeżeli jest taka potrzeba... Proszę Państwa, To jest zawsze od do, prawda? Możemy powiedzieć, że to jest ta gorsza postać, ale proszę Państwa, w Polsce jest tak wiele tak niedobrych zespołów rockowych, tak okropnych. W czym to jest lepsze? Ja czasami mówię studentom, dobrze, bo przestańmy mówić o górnej półce, dolnej półce, musical, opera, te porównania wszystkie, muzyka poważna, jazz. Co sprawia, co miałoby sprawić, że średni, przeciętny utwór muzyki poważnej, współczesny jest czymś ważniejszym czy wybitniejszym od świetnego utworu jazzowego? Ja myślę, że my tutaj jesteśmy bardzo konserwatywni pod tym względem. Amerykanie się z tym poradzili wieki temu, pół wieku co najmniej. Proszę państwa, w polskich uczelniach muzycznych był zakaz grania jazzu, zakaz grania rock'n'rolla. Studenci mogli wylecieć ze szkoły za coś takiego. Kiedy to jest w Ameryce i w innych państwach zachodnich traktowane absolutnie równorzędnie. Od dawna, od dekad, od pół wieku co najmniej. Więc tutaj my jesteśmy trochę do tyłu i ja stwierdzam to z przykrością, że nasze uczelnie artystyczne to są być może najbardziej konserwatywne uczelnie w Polsce. I mówię to o uczelniach takich właśnie jak Akademia Muzyczna. Dopiero od kilku lat się pojawiły te wydziały musicalowe. Ja sam zacząłem pracować chyba pięć lat temu w Akademii Teatralnej. Bardzo dobrze, że to się dzieje. Bardzo dobrze, że, proszę państwa, Akademia Muzyczna w Warszawie na Okolniku, czyli Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina kilka lat temu odkryła jazz. No to lepiej późno niż wcale. Ale w Katowicach był Wydział Jazzowy w latach 70. Zagierka był Wydział Jazzowy w Katowicach. Warszawa potrzebowała pół wieku. żeby się zorientować. No właśnie między innymi tam Marek Napierkowski, teraz koledzy muzycy z Atom String Quartet i tak dalej. Mamy wybitne zjawiska w polskiej muzyce, natomiast niestety to moim zdaniem się nie przekłada na muzykę popularną. Ja już nie chcę wymieniać nazwisk, ale nawet pytam moich młodych kolegów w radio, powiedz mi na czym polega fenomen tej pani czy tego pana. Bo co, bo na bezrybiu i ragryba? Jeżeli tak, to okej. Natomiast co tam jest wybitnego? Nie wiem. Atom String Quartet. zespół na granicy muzyki poważnej i jazzu. To jest fenomen w skali światowej. To jest czworo muzyków, czterech muzyków, z których każdy improwizuje, komponuje i jeszcze jest wirtuozem swojego instrumentu. Nie ma takiego drugiego zespołu na świecie. Są zjawiska wybitne, ale właśnie nie w tej sferze i my zawsze tacy byliśmy. U nas zawsze w polskiej przestrzeni publicznej, ale to tak jest. To jest też pewna specyfika państw wschodnioeuropejskich, że my mamy wybitne elity, a średnią średnią. I tutaj disco polo nie jest moim absolutnie, nie jestem wrogiem disco polo. Nigdy się nie będę na ten temat wypowiadał w sposób negatywny. Wybierajmy to, co nam pasuje. I nie wierzę w granie polskiej muzyki w radio, bo starocie starociami, to ludzie będą zmieniać stacje, ta muzyka, jeżeli będziemy grać to, co się dzieje teraz, to będzie za nudno, po prostu za nudno. Natomiast jeżeli chodzi o, pani zadała pytanie bardzo ważne, ja tutaj mówimy długo o tym, guz muzyczny Polaków. Guz muzyczny Polaków kształtował się na przestrzeni tych dekad PRL-owskich wtedy, tych starszych Polaków, w sposób, który bardzo taki kontrolowany, filtrowany. Ja nawet nie mówię tutaj o wpływie państwa, tylko mówię o gustach indywidualnych, redaktorów ówczesnych, którzy te gusta kształtowali. To co zrobiła Trójka z gustami Polaków. Polskie radio, do którego przyklejana była całe pokolenia polskich melomanów. To są ludzie, którzy dziś są ludźmi dorosłymi, ludźmi w moim wieku i oni nadal uważają, że najlepszym zespołem na świecie to był Deep Purple czy Pink Floyd i tak dalej. W Polsce jest kompletny brak znajomości muzyki korzeni, muzyki amerykańskiej, muzyki soulowej, muzyki R&B, to co kształtowało muzykę amerykańską, najważniejszych rzeczy, bluesa, muzyki soul, tego co się w 70-tych latach działo, kiedy ta muzyka to się amerykańska bardzo emancypowała, mówię o wykonawcach czarnoskórych, afroamerykanach. My tego w ogóle nie znamy, dlatego że Keith Richards może mówić, my kochamy Roniksonsów, Keith Richards może mówić, żeby czyścił buty Chuckowi Berryemu, ale w Polsce nie ma powszechnej wiedzy o tym, kim był Chuck Berry czy to pokolenie wczesne. Dlaczego? Bo ta muzyka wtedy nie docierała. A w momencie, kiedy zaczęła docierać muzyka zachodnia, Radio Polskie tworzyli ludzie, którzy mieli dostęp do płyt. Wybitne postaci. Piotr Kaczkowski jest wybitnym dziennikarzem radiowym. Natomiast on miał taki gust, a nie inny. On kochał art rock, rock progresywny. I on do dzisiaj państwu powie, że najlepsze rzeczy na świecie to było Pink Floyd, Yes, King Crimson i tak dalej. I kiedy my teraz robimy, ja mam przyjaciela, który jest dyrektorem wytwórni płynowej w Kanadzie, Polakiem i my się trochę podśmiewamy z tych wyników, rezultatów, tych wszystkich topów wszechczasów i tak dalej. Proszę Państwa, my jesteśmy w kraju, w którym w topie wszechczasów, w głosowaniu czytelników nie ma ani jednej piosenki w pierwszej dziesiątce młodszej niż 40 lat. Są utwory Cepelinów, Queen, Bohemia Rhapsody wygrywa regularnie. Zespoły, proszę mi przerwać, bo się rozkręcę. Ten guz Polaków był kształtowany w sposób taki bardzo nierówny, bo do lat 60. do nas bardzo mało rzeczy docierało, a potem jak zaczęły te rzeczy docierać, to były to głównie właśnie zjawiska brytyjskie. A jednak muzyka brytyjska rodziła się przynajmniej na początku jako echo tego, co się działo w Stanach Zjednoczonych. I na przykład to, co ja robię w swojej audycji, ja to robię bardzo... Ja mam duszę popularyzatora. Zawsze wolałem napisać entuzjatyczną recenzję świetnej płyty, niż jakąś krytyczną recenzję słabej płyty, bo moim zdaniem to szkoda czasu na to. Ja bardziej jestem popularyzatorem niż krytykiem i ja w tych swoich audycjach, ja wiem, że one są takie już dziaderskie, oldschoolowe, staram się grać rzeczy, które myśmy przegapili kiedyś tam. Właśnie z Norto Singer Songwriter. Właśnie niedaleko jak dwa dni temu grałem kilka piosenek takiego artysty jak Sam Cooke. który bardzo młodo zmarł, fenomen wokalny amerykański, prawie w ogóle w Polsce nieznany. Marvin Gaye, Rita Franklin i tak dalej. To są podstawy muzyki i myślę, że jest coraz większa świadomość tego, bo jest dostęp do wszystkiego. Pytanie już teraz, to wymaga nawet od nas pewnego wysiłku, żeby się cofnąć, żeby poszukać, poczytać. I zawsze będzie tak, że będą ludzie bardziej aktywnie zainteresowani pewnymi rzeczami. Oni sobie znajdą teraz wszystko. A my byliśmy skazani na to, co było dostępne i fajnie i część z nas, tacy jak ja i część moich kolegów poszli w to dalej i już na własną rękę odkrywali sobie inne rzeczy. A trzecie pytanie od końca to było o tej szkole. Ja wspomniałem, że u nas w domu nasi opiekunowie, nasi rodzice nie wiedzieli, co się w tej szkole dzieje. Nie wiedzieli, co tam się dzieje. To była bariera. Myśmy nie przynosili tego do domu. Ja chodziłem do szkoły podstawowej, która była najbliżej domu, tu przy Placu Leńskiego. I to było bardzo wygodne. Ja miałem pięć minut. Jak zaczęli mnie samego puszczać w trzeciej klasie, to babcia siedziała w oknie i patrzyła, czy ja tam idę w dobrą stronę. Więc potem liceum tak. Na przykład mój ojciec zawalczył, żebym poszedł do liceum nie rejonowego, tylko do najlepszego liceum na Pradze. Jednego z najlepszych liceumów do dzisiaj w Polsce. Władysława IV na Pradze Północ. Ale postawówka nikt się nie przejmował takimi rzeczami. Tam się jakieś żule są szkolne? A przecież to ja pamiętam wielokrotnie byłem przerażony idąc do szkoły. Co tam mnie spotka? Co mnie tam czeka? To była taka codzienna szkoła przetrwania. No i gdzieś tam nas to jednak uruchamiało. Trzeba było sobie poradzić.
[01:33:36.74 → 01:33:39.72] A: Bardzo pani dziękuję. Czy ktoś z Państwa jeszcze?
[01:33:41.18 → 01:35:58.00] B: Bardzo chęcam. O losy nijakiego Malborka, czyli pana kolegi. Widzę, że pan czytał. Przykro mi, bo muszę pana rozczarować. Ja nie wiem, co się dzieje z Malborkiem. Nawet nie pamiętam, jak on się nazywał. To pytanie pada. Jest mi bardzo miło z dwóch powodów. Po pierwsze, jest jakby dowód, że książka się jakoś tam spodobała, a po drugie, że właśnie się państwo przywiązali do postaci. Pana pytanie o Malborka najlepiej tego dowodzi. Moją intencją nie było napisanie autobiografii, bo dlaczego ktoś taki jak ja miałby pisać autobiografię? Moją intencją, bardzo świadomą, było napisanie książki o dzieciństwie, które wydaje mi się najbardziej ważnym okresem w życiu, przynajmniej w moim życiu, które rzeczywiście kształtowało tego, kim jestem teraz, z którego mam świetną pamięć. Na przykład nie wiem, wcale nie jestem pewien, czy bym napisał równie bogatą w detale i żywą książkę o czasach licealnych. Wcale tego nie jestem pewien. I powiem panu szczerze, że nie mam teraz takiego planu. Gdzieś z tyłu głowy może bym chętnie napisał coś o moim amerykańskim rozdziale, tylko już byłem wtedy starszy, bo to się zaczęło na studiach. Liceum? Miałem teraz teorię, że miałem jakąś depresję młodzieńczą wtedy, bo ja wchodziłem na wagary, czytałem książki. I próbowałem jakiejś dziewczyny podrywać, bezskutecznie zwykle. I piszę teraz książkę, która jest też właśnie rodzajem eskapizmu, bo jest takim rodzajem eskapizmu pandemicznego, nazwijmy to. Piszę powieść, która się w całości dzieje na Sycylii. W związku z czym nie ma to w ogóle żadnego odniesienia do mojego życia, ani do, jestem w trakcie, bardzo mi to dobrze robi, kiedy tam się, kiedy jestem w stanie się tam w to jakoś zagłębić i odpłynąć w tamte rejony. Bo to takie tam jest wyzwanie, żeby napisać coś, co jest kompletną czystą fikcją. Ja mam na koncie jakieś tam biografie, przekłady, książkę autobiograficzną, a teraz mam kilka pomysłów na powieści i to będzie pierwsza z nich. Może kiedyś. Cytując klasyka Jamesa Bonda, Never Say Never.
[01:36:00.68 → 01:36:01.28] A: Bardzo proszę.
[01:36:02.48 → 01:36:07.72] D: Jak to było z tymi dziewczynami, bo z tego co wiem, to chyba na jednej się nie skończyło.
[01:36:14.72 → 01:37:22.69] B: Na szczęście nie. Tak, tutaj próbuję sobie przypomnieć Kasia, Małgosia i Beatryczę, która była gościem w naszym kraju. Tutaj są trzy, jakby kolejne etapy takiego zbliżania się do odkrywania seksualności już. No to jednak wszystkie pierwsze nasze przygody seksualne moje i kolegów nie wiązały się z udziałem partnerów, żadnych partnerek. Natomiast tak, no trzy osoby tutaj. Każda jakby krok dalej. Zachęcam państwa do tych fragmentów, bo nieskromnie wydaje mi się, że napisałem fajne sceny erotyczne, to może niech pani Grażyna wypowie. Bo rzeczywiście było to oczywiście wielkie przeżycie i gdzieś też puenta tej książki jest taka, że następuje to, to finale grande, gdzieś tam się zbliżamy do tej puenty i się kończy szkoła, i są wakacje, i jest mundial, no i jest Kubanka, i jest to wejście w dorosłość, no i koniec pieśni. A tak naprawdę to już potem było z górki.
[01:37:25.61 → 01:37:56.58] A: Bardzo proszę. Ja jeszcze chciałam o tego Marsa zapytać, wiesz, bo tak jak ty lubisz jako mały chłopiec czytać wszystko, co jest na okładkach, tak ja też starannie przestudiowałam rzecz jasna i skrzydełko i okładkę i to się kończy twoim marzeniem o locie na Marsa. Pomyślałem sobie, że może to też jest taka satysfakcja w sensie rekompensaty za to, że nie oglądałeś lądowania na Księżycu.
[01:37:56.98 → 01:40:15.68] B: Nie oglądałem lądowania w 69 roku. Miałem 9 lat, wtedy 10 prawie i byłem w Bułgarii z ojcem na wczasach i po prostu Płakać mi się chciało, bo wszyscy koledzy Warszawy oglądają dowolnie na księżycu, a w Bułgarii nie było transmisji poprzez lojalność do Związku Radzieckiego. Potem oczywiście widziałem to mnóstwo razy w jakichś tam retransmisjach telewizyjnych. Babcia moja oglądała lądowanie, a ja nie widziałem. Mars, tak, to taki trochę żart, a trochę nie, bo taka właśnie puenta do tej mojej fascynacji pustką. Lubię takie regiony odludne. Ja miałem takie doświadczenie już marsopodobne na przykład z Atakamy. Mam przyjaciela astronoma, profesora astronomii. Grzegorza Pajmańskiego, z którym podróżujemy trochę razem. Ja byłem u niego na obserwatorium w Chile i to było niezwykłe doświadczenie, takie bardzo lemowskie. Baza ludzi umarłych, tak na zupełnie. Kilku facetów, cały dzień wszyscy śpią, w nocy pracują. Nie można świateł zapalać, żeby nie zakłócać pomiarów. Bardzo ciekawe miejsce i dookoła absolutny Mars, czyli czerwono, bo tam już nic nie rośnie, bo to jest wysoko. Czerwono, sucho, niebo obłędne zupełnie, bo ta kama tam ma pół godziny średniego opadu w rocznie mniej więcej. Jest to jedno z najbardziej suchych miejsc, dlatego tam buduje obserwatoria, bo świetnie widać wszystko przez cały rok. I to było takie właśnie taka prawie taka namiastka jakby bazy marsjańskiej. Chodziłem na spacery wokół tego ośrodka. Tam się trochę ciężko chodzi, bo jest wysoko, ale to było niezwykłe doświadczenie. Fascynuje mnie Pustka, lubię takie miejsca. Kiedyś pamiętam, to taki żart może już na zakończenie, że jak byłem współpracownikiem, pisałem przez wiele lat i robiłem recenzje płytowe i robiłem wywiady do zwierciadła. To był jeden z magazynów, w którym współpracowałem i kiedyś był taki pomysł na numery tematyczne i ja zaproponowałem naczelnej, że może poświęcimy jeden numer pustce. I ja chętnie wtedy zajmę się i jakby wypełnię cały numer, mianowicie wypełnię go niczym. Ale tym pomysł się nie spodobał, nie przeszło. Pustka mnie fascynuje, dlatego że pustkę po prostu trzeba czymś zapełnić, chyba sobą na początek.
[01:40:16.58 → 01:40:22.10] A: Bardzo proszę, jeszcze na koniec jedno pytanie.
[01:40:22.26 → 01:40:36.16] D: Chciałam zapytać o Nowy Jork, bo stan wojenny został pana w Nowym Jorku, tak? Co pan sobie pomyślał właśnie, kiedy dowiedział się, że nie może wrócić do kraju? Ucieszył się pan czy był pan smutny?
[01:40:38.46 → 01:44:24.80] B: Pojechałem do Nowego Jorku na krótko. Ojciec dał mi 100 dolarów. To było wszystko, co miałem. Pojechałem na kręcone poznawanie miejsc muzycznych, o których widziałem niewiele, bo nie było literatury. Chciałem zobaczyć Carnegie Hall. Chciałem zobaczyć miejsce, gdzie debiutował Bob Dylan w Greenwich Village. To są teraz znane rzeczy. Wtedy ja się tym strasznie fascynowałem. No i zaczynałem oczywiście od tego, że chodziłem po mieście. Potem musiałem sobie jakoś poradzić, żeby zarobić parę groszy. I sobie jakoś tam szybko poradziłem. Poradzić sobie. Bo mówiłeś o satysfakcji. Ja myślę, że poradzić sobie to jest takie kluczowe słowo dla mnie w życiu. Tak bardzo. No to trzeba było sobie poradzić. A potem któregoś dnia, i to była niedziela, wyszedłem do... To jest fakt autentyczny. Wyszedłem do takiego arabskiego Deli, żeby kupić mleko i zobaczyłem New York Timesa i tam była tam wielki nagłówek Poland declares martial law. Ja się domyśliłem, ale wróciłem do domu i sprawdzałem w słowniku, co to znaczy martial law, czy to jest stan, był to stan wojenny oczywiście. 13 grudnia i wtedy do mnie dotarło, że teraz dopiero naprawdę sobie będę musiał poradzić. Bo już ani samolotu, babcia czekała, ja miałem być z babcią na gwiazdkę w grudniu. No za dwa tygodnie miałem wracać, miałem bilet powrotny. No i zostałem w tym Nowym Jorku, jakoś sobie poradziłem na Bruklinie tym razem. Przesiedziałem tam trzy lata i uważam, że to było naprawdę, to dar losu był. Tutaj moi koledzy, wtedy godzina policyjna, stan wojenny, no wiadomo, nędza z biedą i tak dalej, zima wasza, wiosna nasza, a ja koncerty rockowe, plaża, podróże, jakieś wyskoki na Florydę, inne życie, inny świat. Rzeczywiście bardzo wtedy głęboko wszedłem w kulturę amerykańską, odwiedzałem trochę Stany, chodziłem na... Widziałem właściwie wszystkich... Jakieś powiedziałem tak pół żatem, pół serio, że nie zdążyłem na Lenona, bo rzeczywiście John Lennon zginął w roku poprzedzającym mój przyjazd. Byłem natomiast w grudniu pod Dakota w pierwszą rocznicę śmierci Johna Lenona, kiedy tam było wielki, wielki, wielki zlot fanów. I to było dla mnie też bardzo takie kształtujące doświadczenie, to poznawanie Ameryki, bo Nowy Jork jest takim miastem, o którym się mówi, i to jest prawda, że każdy znajdzie tam to, czego szuka. Ja szukałem muzyki, szukałem kultury, nadrobiłem zaległości filmowe całego życia. Mój pierwszy rok w Nowym Jorku to były kluby filmowe, gdzieś zapisywałem, bo tam się chodziło na dwa, trzy filmy naraz czasami i nadrabiałem, nadrabiałem. To było kapitalne, bo ja szedłem na filmy, o których słyszałem, o których chciałem zobaczyć, a przy okazji widziałem jeden czy dwa inne, o których nie słyszałem, więc to bardzo było rozszerzające spektrum. Czytałem oczywiście książki, już to jest wyłącznie po angielsku I jak mówię, właśnie wiele, wiele, wiele koncertów. Dzisiaj, jak przypomnę sobie, na jakie koncerty wtedy chodziłem, no to bym się trzy razy zastanowił, albo bym po prostu się w ogóle nie zastanawiał. No, ale wtedy jak zespół, jak nazwa była mi znana, no to oczywiście. No, ogromne możliwości nowojorskie, a z drugiej strony nie chciałem nigdy zostawać tam, więc po tym stanie wojennym wróciłem, skończyłem studia tutaj, no jednak babcia jednak, jednak uczelnia przerwana. A potem wiele razy jeździłem do Nowego Jorku i przez bardzo wiele razy współpracowałem z Nowym Dziennikiem, To było największe polskojęzyczne pismo poza Polską. Pisałem przez 20 lat nawet jako korespondent Polski. Kiedyś jak wracałem, to kolega zrobił ze mną wywiad, taki duży, na dwie kolumny. Wraca nasz tutaj korespondent, kolega do Polski. No i padło sakramentalne pytanie, dlaczego wracasz do Polski? I ja wtedy odpowiedziałem, powiedziałem coś tak zupełnie ad hoc, ale właściwie dzisiaj mi się też pod tym podpisał, że mnie w Ameryce fascynują dwie rzeczy, muzyka i przyroda, i natura, parki narodowe. Więc to nie są powody, dla których się emigruje, po prostu. Mam kontakt z muzyką amerykańską już nie na żywo, już mniej niż kiedyś, w parkach narodowych byłem prawie wszystkich i wróciłem. I wróciłem, i za szczęście.
[01:44:26.90 → 01:44:31.22] A: Bardzo ci dziękuję, Danielu, że wróciłeś. Także do Teatru Starego, że wróciłeś.
[01:44:32.00 → 01:44:40.72] B: Tutaj zawsze z największą przyjemnością. Nie zawsze na scenę. To jest mój nie pierwszy raz na tej scenie. Zawsze jest to zaszczyt. Zaszczyt wielki dla mnie i przyjemność. Bardzo dziękuję za to zaproszenie.
[01:44:41.26 → 01:45:20.40] A: Bardzo ci dziękujemy. Pozwolą państwo, że przypomnę, Jan Tuźnik czytał fragmenty tekstów książki Placleńskiego Daniela Wyszogrodzkiego. Na polski język migowy tłumaczyła Ewelina Lachowska i Marta Stępniak. Zaproszę też Państwa na spotkanie 1 marca w Teatrze Starym. Proszę bardzo, jaki tytuł? Potrzeba opowiedzenia własnej historii. To będzie bitwa o literaturę, którą poprowadzi Michał Nogaś. Katarzyna Surmiak-Domańska przyjedzie wtedy na to spotkanie. Panie i Panowie, Daniel Wyszogrodzki. Danielu, bardzo dziękuję.
[01:45:21.24 → 01:45:27.91] B: Dziękuję bardzo. Bardzo dziękuję.

Zobacz także

w Mediatece