Tryb wiązania: strict

Staramy się pokazać tylko najmocniejsze trafienia.

fot. Albert Zawada

Bitwa o literaturę. Odzyskany głos, odnaleziona pamięć, odwieczna siła

Wróć

BITWA O KULTURĘ

O kobietach, rodzinnych historiach i najważniejszych miejscach na ziemi z JOANNĄ BATOR, laureatką Nagrody Literackiej "Nike", autorką "Gorzko, gorzko", porozmawia Michał Nogaś.

Rozmowa tłumaczona na polski język migowy Tłumaczenie na polski język migowy

Wstęp za okazaniem bezpłatnej wejściówki. Wejściówki można rezerwować i odbierać w kasie Teatru Starego od marca 2022 r.
Jedna osoba może pobrać maksymalnie 4 wejściówki na każde spotkanie. Większe grupy (uczniowie, studenci i inne grupy zorganizowane) proszone są o bezpośredni kontakt z kasą Teatru w celu rezerwacji miejsc.
Wydarzenie transmitowane online na stronie (zakładka „Na żywo”) oraz Facebooku Teatru Starego

Gość: Joanna Bator
Prowadzący: Michał Nogaś

O kobietach, rodzinnych historiach i najważniejszych miejscach na ziemi z Joanną Bator, laureatką Nagrody Literackiej „Nike”, autorką „Gorzko, gorzko”, porozmawia Michał Nogaś

Joanna Bator jest z wykształcenia kulturoznawczynią i filozofką. Dla literatury porzuciła
pracę akademicką. Międzynarodowe uznanie przyniosła jej pierwsza powieść „Piaskowa
Góra” (2009), a potwierdziła je „trylogia wałbrzyska”, do której należy kolejno „Chmurdalia” (2010) i „Ciemno, prawie noc” (2011). Za ostatnią z wymienionych autorka uhonorowana została Literacką Nagrodą Nike. Za całokształt twórczości tłumaczonej na język niemiecki otrzymała Nagrodę Literacką Usdomer, Nagrodę Literacką im. Stefana Heima, Nagrodę Literacką im. Hermana Hessego oraz szwajcarską Nagrodę Literacką Spycher. W 2021 roku została laureatką polsko-niemieckiej Karkonoskiej Nagrody Literackiej. Jej najnowsza powieść to bestsellerowa saga „Gorzko, gorzko” (2020). Joanna Bator mieszka w Podkowie Leśnej z mężem i gromadą zwierząt. Jej pasją jest bieganie.

[Zbliżenie na twarz uśmiechniętego mężczyzny w ujęciu z ptasiej perspektywy. Mężczyzna ma niebieskie oczy, okulary z grubymi, ciemnymi oprawkami, jasną brodę i wąsy. Na głowie ma czapkę z daszkiem. W rozmytym, ciemnym tle wyróżnia się jasny zarys ramion.]

Obszernych skrótów ze spotkań można wysłuchać w audycji „Nie tylko rozrywkowa niedziela radiowa” na antenie Radia Lublin w każdą niedzielę między 7.00 a 11.00.

wideo

[pokaż transkrypt] [ukryj transkrypt]
[00:01.62 → 01:10.03] A: Dobry wieczór Państwu. Dawnośmy nie widzieli, przynajmniej ja, tak dużej liczby osób w Teatrze Starym w Lublinie. Bardzo się cieszę, że możemy się spotykać. Przypominam, że pandemia trwa, ale wiadomo, że te obostrzenia zostały tak wymazane jednym podpisem, więc dlatego może być nas więcej. Bardzo jednak prosimy o to, żeby Państwo pamiętali o ewentualnych zagrożeniach. Dzisiaj mamy ogromną przyjemność powitać w Lublinie. Dowiedziałem się przed chwilą, jeszcze w garderobie byliśmy, że już raz zaproszenie dawno temu zostało wystosowane, ale akurat wtedy się nie spotkały kalendarze. Teraz na szczęście tak. Jest z nami pisarka, laureatka Nagrody Literackiej, Nikę. Powitajmy ją oklaskami. Joanna Bator. Oczywiście zapraszamy serdecznie bliżej stolika, bo to przy stoliku człowiek zawsze czuje się bardziej bezpiecznie. To jest twój mikrofon. Zaczniemy od takiego pytania, które się oczywiście nasuwa w związku z sytuacją, która się pojawiła w moim wprowadzeniu. Stęskniłaś się za spotkaniami z czytelnikami?
[01:11.19 → 01:46.89] B: Michał, ogromnie. Ogromnie. To jest ta część pracy, którą bardzo lubię, która daje energię. Lublin ma dla mnie szczególne znaczenie, dlatego że to jest jedno z miast, do których nie mogłam dojechać. z różnych skomplikowanych, dziwacznych powodów. Jestem po raz drugi w ciągu kilku miesięcy i powiem wam, że kiedy po raz pierwszy te kilka miesięcy temu przejechałam już granice miasta, naprawdę odetchnęłam z ulgą. Na mojej liście miast, do których nie mogę dojechać został jeszcze tylko Bejrut.
[01:49.95 → 01:53.87] A: Tam droga samochodem zajęłaby ci o wiele dłużej niż do Lublina.
[01:54.04 → 01:56.00] B: Można by pożeglować właściwie.
[01:56.24 → 02:07.79] A: Tak, chociaż teraz Bejrut, jak państwo pewnie doskonale wiedzą, jest w stanie rozkładu raczej z powodu ostatnich tragedii, które miały tam miejsce, więc może dbając o twoje bezpieczeństwo, proponowałbym chwilę poczekać.
[02:07.79 → 02:08.82] B: Trzeci raz do Lublina.
[02:09.46 → 02:52.87] A: Aczkolwiek Bejrut bardzo serdecznie wszystkim polecam. Zapytałem o ten brak spotkań i tę tęsknotę za czytelnikami, bo ja myślę, że dla bardzo wielu pisarek i pisarzy pandemia mogła być paradoksalnie z jednej strony okresem tęsknoty właśnie i takiego rozbicia tego świata literackiego, w którym się funkcjonowało przed pojawieniem się koronawirusa, a z drugiej strony to mógł być okres niezwykle płodny. Ja byłem przed tygodniem we Wrocławiu spotkać się z Olga Tokarczuk, która napisała nową książkę, o której też wspomnę, bo ona was bardzo łączy geograficznie. I Olga powiedziała, że ona właśnie w okresie pandemii, kiedy świat zwolnił, wreszcie mogła usiąść i coś napisać. A ty jak?
[02:53.94 → 03:16.77] B: Ja pisałam wtedy gorzko, gorzko. I do tej pory wstyd mi się jest przyznawać do tego, jak dobre były pierwsze tygodnie pandemii. Wróciłam z Afryki, zaczęła się pandemia. Nie wiem, czy państwo pamiętacie ten czas, początek pandemii i wszyscy pieczemy chleby.
[03:18.51 → 03:22.23] A: Najpierw wykupujemy mąkę, ryż, wszystko, prawda, a potem trzeba coś z tym zrobić.
[03:22.39 → 03:54.15] B: Chleb na zakwasie, wiesz, zakwas w pomieszczeniu gospodarczym na piecu tam rosnący, to było wszystko w jakiś sposób ciekawe. Oczywiście, że czułam gdzieś tam czającą się grozę, wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze, na ile jest to niebezpieczne. Natomiast nagle znalazłam się w takiej kapsule, z której nie musiałam szukać pretekstów do niewychodzenia, bo niewychodzenie było nową normalnością.
[03:54.21 → 03:57.95] A: Ale ty nawet nie mogłaś wyjść do lasu, przy którym mieszkasz, bo był zamknięty ten las, pamiętasz?
[03:57.97 → 04:39.43] B: To jest wolne miasto Podkowa, nie zapominajmy, po prostu ignorujemy niestosowne i głupie ograniczenia, więc chodziliśmy do lasu. Czas pieczenia chleba. Oczywiście to poczucie jakiegoś podszytego poczuciem winy, zadowolenia z zamknięcia szybko mi przeszło. Jak każde ograniczenie wolności zaczęłam to odsuwać. Ale początek teraz wspominam z dziwnym rodzajem nostalgii, zapachem. Moja pamięć jest bardzo zapachowa, więc pamiętam ten zapach chleba, którym piekłam w domu. Też mi już przeszło.
[04:40.71 → 04:48.05] A: I zaczęłaś pisać. I dobrze ci się pisało w tym odosobnieniu, całkowitym odcięciu od ludzi, od spotkań?
[04:49.39 → 05:50.77] B: Wiesz co, my się spotykaliśmy. My się spotykaliśmy w tym naszym niewielkim podwarszawskim miasteczku. Nie tak jak przed pandemią, niemniej to nie było zupełne zamknięcie, ale przeżyłam dwie kwarantanny, kiedy musiałam pozostawać w domu i kiedy policjanci przyjeżdżali pod mój dom, a ja im machałam przez okno. Moje życie nie zmieniło się wówczas tak bardzo jak życie innych ludzi, dlatego że ja nie mam żadnej innej pracy oprócz pisania książek. Bez pandemii żyję podobnie, to znaczy dużo pracuję, biegam po lesie i na ogół poruszam się właśnie w Podkowie Leśnej, nawet rzadko już jeszcze do Warszawy. Więc to nie zmieniło tak wiele oprócz tego takiego poczucia, że jakieś tam zło czai się za murami domu i nie wiemy jeszcze, co to zło może nam zrobić.
[05:51.37 → 06:21.93] A: No dobrze, ale tak... Szczerze mówiąc, książka kończyła się pisać, pisałaś w pandemii, potem ona się w czasie pandemii ukazała i trzeba było robić coś dalej. Tak podprowadzam cię pod to, żebyś powiedziała naszym widzom, że proces pisania nie stanął w miejscu. To znaczy, że jednak ta twoja ciężka praca pisarki jest kontynuowana. Przerwą na bieganie.
[06:22.72 → 07:35.18] B: Tę książkę pisałam dłużej niż poprzednie powieści, bo prawie dwa lata, ale w ciągu tych dwóch lat jeszcze zbudowałam dom, także w sumie może by i tak złożyło się tylko na jeden rok. Ja mam wypracowane dość dobrze różne psychotechniki, które pozwalają mi się skupić w różnych okolicznościach. nawiązując do współczesności, z rytmu jest w stanie jednakowoż wytrącić mnie wojna. Natomiast pandemia nie. Podczas pandemii, mówimy o tym pierwszym etapie, nie czułam niebezpieczeństwa tego rodzaju, które pozbawiłoby mnie radości pisania czy nawet w ogóle radości życia. Więc bierze się to i z takiego przekonania, że ja zawsze byłam zdrowa, więc pewnie nic mi się nie stanie z jednej strony, a z drugiej z takiej życiowej brawury, że jeżeli przyjdzie umierać, to trudno. Ale wtedy jeszcze nie miałam psa.
[07:37.26 → 07:42.22] A: Zaatakuję cię z siódmej flanki. O czym będą te opowiadania, które piszesz?
[07:44.53 → 09:13.99] B: Opowiadania zaczęły się rodzić zaraz po gorzko-gorzko i to zaczęło się dość nietypowo, bo opowiadaniem na zamówienie, czego nie znoszę. Ilekroć robiłam to wcześniej, zawsze byłam niezadowolona, że się zgodziłam i właściwie po co, że nie umiem pracować na zamówienie. To było zamówienie szwajcarskie. Opowiadania pisali pisarze i pisarki, którzy wcześniej byli na gościnnej profesurze w Szwajcarii im. Friedricha Dürenmatta i powstała taka składanka. Ja usiadłem, po prostu w ciągu dwóch godzin napisałam opowiadanie Ucieczka niedźwiedzicy i to jest takie fajne uczucie w tej robocie. Uczucie, że rodzi się jakiś nowy język, jakiego wcześniej nie znałam, jakim wcześniej się nie posługiwałam w prozie. To opowiadanie było opublikowane też w magazynie książki i po nim nastąpiły kolejne. No więc co robi autorka zmęczona jednak po takiej książce, a wyda zbiór opowiadań. Ale co robi autorka, która nie umie sobie ułatwiać życia, nagle zauważa, że te opowiadania łączą się. że bohaterowie przychodzą z jednego do drugiego, mijają się, powtarzają się miejsca.
[09:14.61 → 09:43.61] A: Ale to było tak, przepraszam, bo to jest super ciekawe, o czym teraz mówisz, w sensie takiego podejścia do pisania, tworzenia sobie mapy, książki albo opowiadania i myślenia o bohaterach. Tego akurat mi nie zdradziłaś, dlatego tak zareagowałem żywiołowo, jak na mnie. Czy to jest tak, że oni po prostu siedzieli w twojej głowie i nagle sami zaczęli się mijać? To było tak, że jedna osoba wyzwalała kolejną i ona się rodziła na kartach tych tekstów. Bo to zawsze jest różna droga dotarcia do historii, do bohaterów.
[09:44.67 → 12:26.39] B: Jedno i drugie. Bohaterka ucieczki niedźwiedzicy, żeby było jeszcze bardziej skomplikowane, najprawdopodobniej jest Marianną Polną, czyli postacią z Gorzko-Gorzko, postacią poboczną, która pojawia się tam i wyjątkowo pojawia się nie na Dolnym Śląsku, tylko w Podkowie, czyli tam, gdzie mieszkam teraz. Później jedna agentka nieruchomości okazała się bardzo samodzielna i przemieszczająca się między tekstami. Jest to, słuchaj, absolutnie fascynujące. Takie poczucie, że spotyka cię coś nowego w procesie twórczym, który już jakoś znasz. Napisałam kilka książek, choć nie tak znowu wiele, ale już jakby zna się tą robotę i nagle dotyka się nowej materii i okazuje się, że można zrobić coś zupełnie nowego. Jedno jest takie niebezpieczeństwo, którego myślę, że uniknę, skoro już jestem go świadoma, żeby nie na siłę, wiesz? żeby nagle nie zacząć kombinować, a to może, żeby to się z tym jakoś połączyło, bo to będzie do kitu, tylko żeby pozwolić im sobie wędrować. Na przykład jest jedna bohaterka, która... Bo w ogóle z opowiadaniami jest tak samo jak z powieścią. To nie jest, że siadam i wiem dokładnie, jakie opowiadanie napiszę i co bohater czy bohaterka będą robić. Tylko na przykład... Myślę sobie, że smutek jest taką piękną, czystą emocją, że chciałabym napisać coś o smutku, a potem pojawia się żółw. I z tego robi się opowiadanie dokładnie o smutku, w którym jest żółw i bohaterka, która jest mistrzynią świeckich ceremonii pogrzebowych. I nagle okazuje się, że miała do czynienia z trupami, które pojawiły się we wcześniejszych opowiadaniach. Mniej więcej tak to działa. i mam tych opowiadań już czternaście, myślałam, że w ogóle będzie piętnaście, więc pewnie będzie więcej. I myślę, że dla czytelników to będzie jakiś rodzaj frajdy, żeby odkrywać te związki, żeby czytać opowiadanie, każde z nich jest osobną całością i nagle myśleć, a przecież ja tę osobę widziałem tam cztery opowiadania wcześniej. Tak myślę, taka trochę łamigłówka, labirynt.
[12:26.97 → 12:43.25] A: ale też ćwiczenie uważności czytania. To jest bardzo interesujące. A czy, zostając jeszcze na chwilę przy opowiadaniach, bo też są różne podejścia i opinie pisarek i pisarzy na ten temat, tobie to się pisze łatwiej czy trudniej niż powieść? No bo forma jest znacznie bardziej skondensowana.
[12:44.05 → 13:27.99] B: To jest dość zabawne, dlatego że kiedy już zdecydowałam, że teraz będzie zbiór opowiadań, to nie przewidziałam wszystkiego. Przewidziałam tylko ten pozytywny aspekt, I opowiadałam znajomym, słuchajcie, to jest fantastyczne. Ja co jakiś czas, i to krótki czas, będę coś kończyła, ale nie przewidziałam tego, że co jakiś czas, i to niedługi czas, będę miała to poczucie, że już nic nowego pewnie się nie narodzi i co jeśli nic nowego się nie narodzi. Także są dwie strony. Z jednej strony fajnie, znowu coś jest skończone i pasuje do reszty, a z drugiej, no ale teraz stoimy wobec tej pustki, Czy pojawi się następne opowiadanie?
[13:28.67 → 13:53.46] A: A tego rodzaju wyzwania, jakim np. dla autorki powieści, trylogii rozłożonej w czasie albo sagi, tego typu wyzwanie jak pisanie opowiadań, to jest coś, co poza takim dreszczykiem emocji, może też wyzwalać lęk czy podołam? Czy ty jesteś już w takim momencie sztuki pisania, że nie towarzyszą tobie takie emocje?
[13:53.53 → 14:59.00] B: Cały czas mi towarzyszą emocje. W rodzaju nie uda się, nie podołam. Tak. Natomiast jeżeli chodzi o te opowiadania, one są spójne językowo, nawet jeśli zróżnicowanie językowe pojawia się ze względu na odmienne postaci. I już wiem, że złapałam tę nitkę, że to jest język spójny, konsekwentny, który w nich się powtarza. Teraz jest taki moment właśnie, że to jest już bardzo zaawansowane, a jednocześnie jeszcze nie widać końca, więc ten trudny moment. I jeśli przez niego przebrnę zwycięsko, no to jesienią te opowiadania by wyszły. To oczywiście nie będzie taka objętość jak gorzko, tylko skromna, Niewielka książka będzie miała tytuł Ucieczka niedźwiedzicy, bo ten element uwalniania się, ucieczki od ucieczki do przewija się we wszystkich tekstach.
[14:59.94 → 15:57.98] A: To jeszcze zanim posłuchamy pierwszego fragmentu Goszko-Goszko i trochę o tej książce porozmawiamy. Myślę, że wiele osób będących na sali z nami jest po lekturze. Chciałem cię zapytać o język, o którym wspomniałaś. To znaczy, czy ty jako pisarka, która ma już na swoim koncie kilka książek, ważne nagrody, doceniana, uwielbiana przez czytelniczki i czytelników, mnóstwo osób na spotkaniach, nie tylko w Polsce, jak wiemy. Bo wiem, że jesteś bardzo krytyczna i obiektywna wobec samej siebie też, co wcale nie jest takie często wśród pisarzy. Czy ty jak patrzysz na przykład na swoje teksty sprzed lat? patrzysz na gorzko-gorzko, o której to książce mówisz, że chyba jest twoją najlepszą, jeżeli chodzi o to, jak to jest literatko zrobione i w ogóle jak zbudowana jest konstrukcja tej książki. I teraz pracujesz nad opowiadaniami, to trochę się przeglądasz w sobie sprzed lat w tym języku i widzisz, że on się zmieniał albo dobudowywał, albo ewoluował?
[15:59.82 → 17:11.95] B: Wiesz co, mam takie wewnętrzne poczucie, rozwoju w sensie coraz głębszego doświadczania i przeżywania świata, że tak powiem. Natomiast nie mam takiego wglądu w drogę swoją literacką, bo nie wracam do tych starych tekstów. O ile one nie są gdzieś czytane, nie wracam, nie poprawiam do kolejnych wydań czy do tłumaczeń. Nie robię tego. a kiedy niedawno w czyimś samochodzie usłyszałam piaskową górę, było to takie ambiwalentne uczucie pewnej obcości. Nawet z takim elementem, nie chcę już tego słuchać. Po każdej książce w moim umyśle zapada jakiś rodzaj kurtyny, który sprawia, że odcinam się od tej historii. W rodzaju to już poszło do ludzi, to już do mnie nie należy. Dlatego na przykład, wiesz, perspektywa pisania scenariusza byłaby dla mnie upiornym przedsięwzięciem, bo nie chciałabym wracać do tej historii i w niej grzebać.
[17:13.67 → 17:27.97] A: Chociaż wiemy oboje jak tu siedzimy i myślę państwo też, że gorzko, gorzko to właściwie jest gotowy scenariusz na film albo serię, ale słyszałem takie mhm z widowni przed chwilą, tak. Nie to, żebym cię jakoś zachęcał specjalnie, ale wiesz, Netflix szuka pomysłów na nowe seriale.
[17:27.99 → 17:36.72] B: Słuchaj, Jane Campion. się zainteresuje, to ja porozmawiam, ale na razie się nie wyrywam.
[17:37.26 → 17:38.84] A: Czyli tylko Oskarowi, reżyserzowi.
[17:39.56 → 18:21.76] B: Z kobietą, to jest oczywiście żart, może z kobietą wolałabym pracować. Jane Campion, akurat rzeczywiście jej wrażliwość bardzo mi odpowiada, rozumiem ją i czuję. Natomiast ja jestem od książek. Zawsze wybiorę książkę, a nie film. I oczywiście, że chciałabym jeszcze kiedyś spróbować w tym sensie, że uważam, że każdą dobrą opowieść, a gorzko taka jest, da się przetłumaczyć na chiński i da się przetłumaczyć na język filmu, tylko trzeba tłumacza, który zrozumie, poczuje, przeżyje.
[18:22.86 → 19:18.74] A: Teraz muszę państwu się z czegoś zwierzyć. My z Joanną często ze sobą rozmawiamy, prywatnie i publicznie i prowadzimy taką grę, to znaczy Joanna tak to odbiera, że ja prowadzę taką grę, czy mnie Nogaś zaskoczy, czego jeszcze nie słyszałem albo o co nie pytał. Więc mam teraz takie pytanie, które jeszcze nie padło z moich ust, ale które odnosi się do wielu rozmów wcześniej przez nas odbytych, to znaczy do początków twojego pisarstwa. Mówiłaś mi kiedyś, że zaczęłaś pisać będąc w Japonii i byłaś wtedy naukowczynią, prawda? I że właściwie gdybyś nie napisała pierwszych książek, nie odniosła sukcesu literackiego, to teraz byłabyś profesorką, która jeździłaby po różnych uniwersytetach z wykładami, prowadziła kursy, zajmowała się kulturoznawstwem i tak dalej. Pewnie byś się specjalizowała w Japonii bardzo głęboko. A pamiętasz ten moment, w którym zaczęłaś pisać pierwsze zdanie nienaukowe? Jakie to były emocje?
[19:19.88 → 20:55.53] B: Pamiętam, to jest jedyne pierwsze zdanie książki, które będę zawsze pamiętać. Jadzia toczy się i kula Piaskowa Góra. To jest Tokio, moje mieszkanko malutkie, o którym moje japońskie przyjaciółki mówiły, ale masz duże mieszkanie. Miało 39 metrów. I było tam takie biurko wciśnięte w kąt, przy którym nie mogłam pracować, ale stolik sobie przystawiałam do okna i stamtąd było widać w dobre dni górę Fuji. Pamiętam, że właśnie siadam i piszę, jadzia toczy się i kula. I potem poszło. Ja nie wiedziałam do końca wtedy, co ja robię. Wiedziałam, że dojrzewa we mnie jakiś inny język, dzięki któremu najprawdopodobniej wyrażę swoją relację z rzeczywistością taką, której mi brakowało. I naprawdę na pierwsze 20-40 stron nie wiedziałam, co się dzieje. Dlatego jak przychodzą do mnie młodzi ludzie, a czasem i starsi ludzie i pytają się, jak zostać pisarzem, pisarką. można poduczyć w sensie rzemiosła, jakichś tam kursach kreatywnego pisania, ale na początku jest nie chęć bycia pisarzem, pisarką, tylko potrzeba opowiedzenia sobie i ludziom jakiejś historii.
[20:56.19 → 21:17.34] A: Tak sobie myślę teraz, jak to dobrze, że to zdanie ci przyszło w tym małym mieszkaniu z widokiem na górę Fudzie na przykład, Taka sytuacja, że stoisz na uniwersytecie, zaczynasz wykład i nagle mówisz, jadzie, toczy się i kula do tych biednych Japończyków, którzy niczego nie rozumieją, bo nagle zaczyna się z ciebie ta powieść wylewać, bo to przecież czasami tak jest, że nagle się pojawia i nie można przestać.
[21:17.36 → 21:51.86] B: Ale to tak było przy Chmurdali, która nastąpiła zaraz po Piaskowej Górze. Ja jeszcze wtedy pracowałam, Polska Japońska Wyższa Szkoła Technik Komputerowych. Bardzo fajna uczelnia zresztą. i prowadziłam tam zajęcia z kultury Japonii i takie ogólne z antropologii kultury. I mówiłam do studentów, tutaj Malinowski, Margaret Mead, i w tyle głowy miałam, że ja chcę wracać do domu, że ja chcę wracać do Dominiki, do Jadzi Chmury i dalej pisać. No i rzuciłam robotę. Bo tego się po prostu nie dawało pogodzić.
[21:53.72 → 22:43.90] A: To się myślę pod każdym względem opłacało, opłaciło. Nie wiem czy szkole, ale literaturze, tobie i czytelniczkom i czytelnikom na pewno. Dobrze, proszę państwa. Po tym niedługim wstępie, w czasie którego omówiliśmy pandemię oraz pobyt w Tokio i widok na górę Fuji, przejdziemy do Goszko-Goszko. I powiem tylko jeszcze, zanim posłuchamy fragmentu, że dzisiaj na polski język migowy nasze spotkanie tłumaczą Ewelina Lachowska i Marta Stępniak. Bardzo dziękujemy Teatrowi Staremu o to, że dba też żeby osoby, dla których jest to ułatwienie, mogły korzystać z naszych spotkań. A fragment Goszko-Goszko, który podzielimy na dwie części, ale będzie jedną opowieścią, przeczyta dzisiaj będąca z nami i którą zapraszamy na scenę Natalia Sacharczuk.
[22:56.93 → 29:12.52] C: Po pierwszej wspólnej niedzieli w poniedziałek przed pracą zapytał, czy może do niej wieczorem przynieść swoje rzeczy. A ona w pierwszej chwili nie zrozumiała. Jakie rzeczy? Baś popatrzył jej w oczy. Ty baśku mój, swoje klamoty bym już tu u ciebie trzymał, co? Bał się trochę. Najbardziej tego, że będzie na szyję się rzucanie jakieś w oczy znaczące i wyczekujące patrzenie, bo nie pierwszy raz chciał pomieszkać u jakiejś kobiety. Choć po raz pierwszy chyba na długo, chyba na pewno na długo, jak mu się kotłowało w głowie, gdy widział jej miłą, małą twarz, duże dłonie, tak nieśmiałe w dotykaniu go, pulchną, gruszkowatą pupę, z której urody nie zdawała sobie sprawy. Ale Barbara wzruszyła ramionami i powiedziała tylko, to miejsca ci w szafie zrobię. Wieczorem Mirek Maj, Stolarz, wielbiciel motocykli i tytoniu, przyniósł swoje klamoty, które okazały się jednym plecakiem wojskowym z dodatkową parą butów, garniturem, zmianą bielizny, srebrną papierośnicą z monogramem wygraną w zakładzie z kolegą i stolarką dla zaawansowanych. Drugą książką w domu Barbary Serce po panu Tadeuszu, należącym kiedyś do Jakuba, opartym bezczynnie o nieużywaną wazę do zupy za witryną etażerki. Oprócz tego miał Mirek Maj walizeczkę z narzędziami, o której mówił, mój warsztacik i traktował ją z wielką czułością. Nowy lokator kamienicy przy Placu Górnika posiadał jeszcze szczotkę do zębów, tak zdartą, że była niemal płaska, brzytwę i wodę po goleniu, którą nazywał Zaj Zajerem i używał jej również na wciąż dręczący go trądzik na plecach. Najlepszy, jak twierdził. Kupiony od wędrownego handlarza z południa imieniem Marcello. Ostro pachnący płyn zawierał tyle alkoholu, że jego opary dusiły, unosząc się w malutkim mieszkaniu, a gdy raz, tuż po tym jak Mirek schlapał sobie swoim zajzajerem twarz, kark i plecy, Barbara zapaliła zapałkę, w powietrzu uformowała się płonąca kula i podskoczywszy jak piłka, pyknęła rozsiwając iskry. Wychodzili co rano razem i Mirek podrzucał Barbarę na motorze do Styksu, skąd odbierał ją po robocie, a ona zamknąwszy sklep, stała i patrzyła w ulicę 22 lipca, po której z rzadka przejeżdżały motocykle i jeszcze rzadziej samochody, aż w końcu dostrzegała jego. Swojego rycerza z papierosem w ustach na leśniącym rumaku. Dokładnie tak, jak przewidział jej ten stary pryk Marcello, choć o papierosie nic nie wspomniał. Tak o nim teraz myślała. Ten stary pryk, który może coś tam wiedział, ale i ona teraz też wie swoje. I to jej wiadome, choć niewiarygodne, zbliża się dymiąc, warcząc i lśniąc. Mówił, wskakuj, baść! I jechali do domu. Czasem, gdy wspinali się na strych po schodach, Mirek szczypał ją w pośladek, a ona chichotała prawie tak, jak kiedyś robiła to Mariola Pociecha. Oboje głodni, cały dzień tylko na chlebie rzucali się na kolację, na którą Mirek zawsze dostarczał coś się zdobytego sprytem i drogą wymiany, a to kawałek kiełbasy, a to trochę wieprzowiny, czy choćby wiejskiego twarogu, jak prawdziwy myśliwy. – Ten mój – myślała Barbara – to do domu przynosi, a nie wynosi, żeby przepić jak inni. I coraz lepiej radziła sobie w kuchni, bo już jej tak nie drżały ręce. Nauczyła się smażyć naleśniki cienki jak papier, bo takie lubił Mirek i pulchnę żółte racuchy według jego smaku. – Ten mój – powtarzała pod nosem ze satysfakcją – mój ci jest. Uśmiechała się jak Mona Lisa, cytując jedyne zapamiętane zdanie ze szkolnej lektury, które zrobiło na niej tak wielkie wrażenie. Po trzech tygodniach Mirek kupił jej w prezencie grube spodnie w kratę, prawie nowe, Które na początku wstydziła się włożyć i choć prosił i żartował, błyskał swoim pięknym zębem, mówiła, że potem jak go nie będzie, to zmierzy. Tyłeczek ci nie zmarznie, jak będziemy jesienią jeździć? Chyba nie chcesz się pochorować? Piła jego słowa, które znaczyły, że będzie jesień, a potem może nawet zima. Muszę z kolegą coś załatwić w niedzielę. Zagaił któregoś popołudnia ich trzeciego wspólnego tygodnia, a Barbara wyczuła inny ton, lekki fałsz. Ale zignorowała to i rzuciła przez ramię pochylona nad zlewem pełnym brudnych naczyń. W końcu do Marioli się wyrwę, bo siedzisz mi ciągle na głowie jak dziecko. A potem odwróciła się powoli, by zdążyć przywołać uśmiech na twarz. I zobaczyła, że tyle wystarczy, by go zatrzymać. I że chyba żadna wcześniej na to nie wpadła. I to wtedy, gdy wyszedł spotkać się z kolegą albo koleżanką, w końcu przemierzyła spodnie, rozebrawszy się do majtek i stanika przed lustrem, które niedawno widziało jej pijacki upadek. Naciągnęła kraciaste portki, a po chwili namysłu założyła do nich jedną z dwóch koszul Mirka, powąchawszy najpierw jej lekko spocone pachy i jadące za Izajerem grzbiet. On tu wróci, bo ma tu swoje klamoty, warsztacik i ją. Do niej też wróci. Do ciebie wróci, do mnie", powtórzyła patrząc w lustro na kobietę, w której z trudem się rozpoznawała, bo w wizerunku obciętej na pazia chudziny był jakiś nowy szyk i wyrazistość istnienia. Mocniej ściągnęła pasek w spodniach ze stanem tak wysokim, że miała go prawie pod pachami, a wtedy uwidocznił się wypukły brzuszek. Zawsze ta odrobina tłuszczu odkładała je się pośrodku ciała, ale teraz chyba było go więcej. Uśmiechnęła się do tej nowej siebie i dotknęła swoich piersi. Były tkliwe, czujne, bo znały już pieszczotem męskich dłoni i ust. Niech tak zostanie, poprosiła w duchu swojego małego boga od pączków.
[29:16.38 → 29:19.38] B: I
[29:21.88 → 29:22.72] A: jak się słuchało?
[29:24.14 → 29:25.32] B: Fajnie, wiesz?
[29:26.13 → 29:34.19] A: Tak patrzyłem na widownię i widziałem wiele uśmiechniętych twarzy. Głównie kobiecych, nie ukrywam, ale lekko rozmarzonych wręcz.
[29:35.06 → 30:56.64] B: Tak specjalnie wybrałam taki fragment, w którym pojawia się męska postać. Taki romantyczny kochanek na stalowym rumaku. Ja mam wielką słabość do Barbary, do tej drugiej z kolei bohaterki, gorzko, gorzko. Raz, że jest to jedna już z kilku postaci w galerii babci, jakie stwarzam. Taką mam fantazję niespełnioną, posiadania takiej babci we własnej genealogii, którą tak jak Kalina wspomina Bunię, ja bym wspominała, taką dostarczycielkę miłości bezwarunkowej, racuchów ciepła i poczucia bezpieczeństwa. A dwa, i to mi przyszło do głowy teraz, Barbara w Gorzko, gorzko reprezentuje lęk. I myślę, że taki mój do Barbary stosunek macierzyńsko-siostrzany, czuły i troskliwy wiąże się jakoś z lękiem, który ja czułam jako młoda dziewczyna i którym ją obdarzyłam. Widzisz, jak to jest, że się ludzie spotykają i nagle się wyłania jakaś nowa interpretacyjna ścieżka.
[30:57.10 → 30:58.22] A: Lęk przed czym?
[30:59.44 → 32:55.03] B: Lęk przedemancypacyjny, bo każda z postaci żeńskich tej książki reprezentuje jakąś emocję. Barbara jest czystą złością, zwaną dosadnie i wkurwem, a to jest za mało, żeby się uwolnić. Barbara jest lękiem, który ciągnie do tyłu. Paraliżuje, podcina skrzydła. Lękiem przed światem, przed sobą, przed zrobieniem kroku do przodu, a już nie daj Boże wzwyż. I Barbara ma taki emancypacyjny moment, nazwijmy to w swoim życiu, kiedy spotyka Mirka Maja, a może go spotkać tylko dlatego, Mieszkanko ma swoją robotę w sklepie pogrzebowym Styks. Rzeczywiście był taki sklep na Nowym Mieście w Wałbrzychu z modą pogrzebową i rzeczywiście dziewczyny z liceum kupowały tam ciuchy. I Barbara biegnie ulicą 22 lipca przed Adolf Hitlerstrasse dzisiaj 11 listopada i podnosi do góry głowę, tak jak podnosimy, kiedy pozbywamy się lęku. I tylko dlatego może spotkać miłość. To mimo tych różnych rzeczy, takich jak, że Mirek gdzieś wychodzi i dokładnie nie wiemy, co on robi, to jest piękna miłość, która spotyka tę chyba najbardziej godną współczucia, bohaterkę Gorzko-Gorzko. I która oczywiście, ta miłość, podobnie jak wszystko, zmieni się w wielką utratę.
[32:56.57 → 33:27.04] A: Ale wspomniałaś o tym, że taki wybrałaś fragment, w którym obecnie jest mężczyzna, co w tej książce nie jest z sytuacją Constance. A mi się przypomniało, że kiedyś rozmawialiśmy o takim ogromnym braku mężczyzn, nie tylko w tej książce, ale w ogóle w życiu wielu polskich rodzin, także twojej. I nagle sobie uświadomiłem teraz, aż mnie to zelektryzowało, że przecież Lublin to jest miejsce, w którym ty kogoś bardzo bliskiego straciłaś.
[33:28.70 → 36:05.72] B: Tak, nieobecność mężczyzn, dziury w kształcie mężczyzn to jest doświadczenie mojej historii, mojej historii rodzinnej. Mój dziadek ze strony matki, Stefan Borowiecki, zginął w Majdanku. Miał 23 lata. Dziadek na zawsze zatrzymany w czasie jako 23-letni chłopak. Jedyne zdjęcie, jakie przetrwało. Coś się zaczęło dziać więcej wokół historii dziadka. Dziadek był partyzantem AK. Historyk z Krakowa zaczął grzebać w historii tych chłopaków z Podradomska. Będzie odkryty kamień z ich nazwiskami, ale to nie wróci mi dziadka. Moja mama jest pogrobowcem, pogrobowczynią. Dziwny feminatyw, ale dobrze, pogrobowczynią. Nie poznała ojca, była w fazie płodowej, kiedy on został zamordowany. Tak, nie było wielu mężczyzn w mojej rodzinie. I to zapewne osobiste doświadczenie, też takie doświadczenie rodzinne z czasów mojej młodości, wychowywaniem dzieci, tą całą taką obsługą szkolno-domową zajmowały się matki. Mężczyźni byli na ogół w pracy. Albo po pracy odpoczywali, ewentualnie wynosili śmieci. To nie były związki partnerskie, jakie my znamy. A więc to doświadczenie osobiste braku, Nie mogę sobie wyobrazić życia, wiesz, że jesteś jedyną siostrą i masz na przykład trzech braci. Coś fantastycznego. Też przez to, że wówczas ten świat męski jest oswojony, taki normalny. Więc wracając do doświadczenia osobistego, na pewno bardzo odciska się też na prozie, choć może zaskakujący być fakt, że ta nieobecność męska charakteryzuje pierwszy etap mojego życia, ale już niedorosły. Niemniej może chodzi o to, że ta nieobecność jest nadal problematyczna, jest jakimś wyzwaniem o wiele większym niż obecność mężczyzn w moim już dorosłym kobiecym życiu po wyfrunięciu w świat.
[36:06.06 → 36:07.22] A: Czemu jest wyzwaniem?
[36:09.86 → 37:10.23] B: Brak, wiesz, brak tej części genealogii. Z jednej strony dziadek, który zginął zanim cokolwiek zrobił, zanim był ojcem, zanim był dziadkiem. Z drugiej strony dziadek, który zmarł, kiedy byłam dzieckiem, a przez całe moje dzieciństwo był już ciężko chory i nigdy nie mówił. Nawet nie wiem, co robił w czasie wojny. I jakaś moja taka istotowa niechęć do szukania tej prawdy historycznej. a raczej wielka potrzeba narracji, fikcyjnej narracji. Wiesz, może ja potrzebuję tej pustki, tych pustych dziur w kształcie męskim, bo dzięki nim w jakimś sensie płynie kobieca opowieść. Nie ma ich, więc my mamy głos.
[37:10.47 → 38:38.11] A: Ale teraz, kiedy tak o tym mówisz i jeszcze głębiej wchodzimy w historię twoją osobistą i w ogóle opowieść o tym braku, to też myślę sobie o tym, że kiedy przyglądałem się bardzo dobremu przyjęciu Goszko-Goszko, świetnym recenzjom, znakomitej sprzedaży tej książki, to już wiem, że w pandemii czas szybko mijał i wydarzyło się wiele rzeczy, ale pewnie państwo też pamiętają, że książka się odbiła szerokim mechem i była dyskutowana z wielu różnych powodów. To dobre przyjęcie i ten rodzaj ogromnej akceptacji, z którą się spotkałaś przy okazji tej książki, wynika też z tego, że to jest właściwie historia każdej polskiej rodziny w mniejszym lub większym sensie. To być może może być trudne dla ciebie w tym sensie, że się jakoś odziera z wyjątkowości twoje losy, ale z drugiej strony jest niezwykle uniwersalne. Pamiętam, że kiedyś Amos Osmin powiedział, że im bardziej to jest lokalna, intymna historia, tym bardziej ona staje się dzięki temu uniwersalna. No bo gdyby teraz przyłożyć losy twojej rodziny, czy losy bohaterek twojej powieści do losów rodzin, nas wszystkich, tych, którzy istniejemy tylko dlatego, że ktoś wojnę przeżył, ale te rodziny były po wojnie i tak niepełne, to to jest właściwie o nas wszystkich, o całym tym, kraju, o wszystkich ludziach, którzy tu mieszkają. Miałaś tego świadomość pisząc czy nie?
[38:39.82 → 39:42.34] B: Nie, myślę, że tę książkę to może łączyć z Piaskową Górą. Natomiast z tego wydźwięku nie zdaje sobie człowiek sprawy właściwie do końca. Gdzieś na początku jest taki pomysł, który na najbardziej intymnym poziomie brzmi swoją historię emancypacyjną, rozpiszę na fikcyjne głosy i opowiem najlepiej jak potrafię, a potem wychodzi jeszcze jeden i jeszcze jeden poziom możliwej interpretacji czy poziom działania. Mnóstwo rzeczy przy pisaniu dzieje się nieświadomie, co jest wspaniałe, a czasem jest też przerażające. Bo można odkryć przed samą sobą za wiele o sobie na przykład, ale tego to już czytelnicy nie zauważą, tylko ja ewentualnie. Tak.
[39:42.88 → 40:08.17] A: A co było dla ciebie pociągające w takiej myśli o stworzeniu sagi? Żeby tę historię opowiedzieć przez kolejne pokolenia, pokazać upływ czasu, ale też to, jak świat się zmieniał. Bo prawda jest taka, że nie wszyscy pisarze, nie wszystkie pisarki chcą się mierzyć z czymś takim. pokazać nie tylko różne koleje losu, ale też przeciągnąć je przez czas, który płynie.
[40:09.17 → 42:09.65] B: Myślę, że na początku znowu było takie najbardziej intymne doświadczenie czasu, z jakim musiałam się zmierzyć, kiedy postanowiłam raz kolejny zmienić swoje życie i wrócić do Polski i zamieszkać w jednym miejscu. Nie z perspektywą, że na zawsze nigdy nie będę miała takiej perspektywy, Ale jednak zbudowałam dom i usiadłam przy stole w swoim domu, w swojej pracowni i zobaczyłam te lata, które prowadziły do tego miejsca. Te lata, które dziewczyny z Piaskowej Góry zaprowadziły przez Londyn, Nowy Jork, Tokio, Berlin do Podkowy Leśnej. I to było uczucie takie dość dojmujące. Z jednej strony bardzo oczywiste doświadczenie starzenia się, upływu czasu, który w drodze biegnie zupełnie inaczej. W drodze, tak jak żyłam nomadycznie, trochę tu, trochę tam, nie czuję się upływu czasu. Jeśli masz szczęście być zdrowy, nagle wracasz do Polski, która zawsze jakoś była jednak moim domem. Spotykasz znajomych i ten jest siwy. Tak, ja żyłam poza czasem przez te lata japońskie, amerykańskie i nagle czas poczułam. I saga do takiego poczucia, że czas mija, wręcz pędzi, wydawała mi się pasującą formą, również pasującą do tego, że oto jestem w domu i już jesienią, tak jak zwykle, nie będę pakowała walizek na kolejny kontrakt. że jesienią też będę w tym samym miejscu, więc mogę napisać książkę, która jest grubsza, którą będę pisać dłużej niż rok.
[42:10.61 → 42:27.19] A: A kiedy myślisz o domu, o miejscu, które dla ciebie jest domem, to bardziej myślisz o tych początkach tam w Wałbrzychu, czy bardziej teraz w Podkowie? Bo właściwie można mówić, że jest wiele miejsc, które się określa domem, ale tylko jedno jako prawdziwy dom się czuje, to gdzie?
[42:28.43 → 43:14.94] B: Matczyzna literacka to Dolny Śląsk. To bez wątpienia tam bije najżywsze źródło moich opowieści. Wrócę tam jeszcze nie raz. W następnej powieści na pewno wrócę na Dolny Śląsk. Natomiast dom w sensie miejsca, gdzie czuję się najlepiej, nie jest związany terytorialnie. To jest to, co noszę w sobie. i to z czym osiadam na chwilę w chwilowych gniazdach, tym gniazdem teraz jest Podkowa, i jakiś czas tam zostanę. Więc będę się poruszać między matczyzną literacką, w której nigdy nie zamieszkam już fizycznie, tego jestem pewna.
[43:15.00 → 43:15.48] A: A dlaczego?
[43:16.46 → 43:28.10] B: Nie potrzebuję tego, ja potrzebuję dystansu. Potrzebuję dystansu. To ma być tam, bo to nie jest przestrzeń realna, tylko fantazmatyczna w ogóle. Nie muszę tam być.
[43:28.34 → 43:47.02] A: Pytam o to, ale też tak mówiąc brutalnie, nie wydaje mi się to pytaniem głupim, dlatego że wiele osób mówi, że kiedy już są dojrzałe i wiedzą na czym im w życiu zależy, to właśnie jednym z elementów jest powrót do tego miejsca, z którego się wyszło, żeby w jakimś sensie koło się zamknęło. Ty jesteś, jak widzę, z innej szkoły.
[43:47.55 → 44:59.03] B: Ja wróciłam w Pieskowej Górze, to był mój powrót i wracam nieustannie. Natomiast nie potrzebuję powrotu fizycznego, w sensie mieszkania tam, to zupełnie nie. Ale wracać w tekście będę zawsze. Już gdzieś tam przeczuwam tę następną powieść, Wiem, że będzie się zaczynała w wiosce o nazwie Grzmiąca, pięknej nazwie Grzmiąca, koło Głuszycy. I tak pozostanie. Może jeszcze gdzieś kiedyś wyskoczę narracyjnie do Japonii, ale to tak na boku. Potrzebuję tego dystansu i matczyzny literackiej. Zawsze czuję się tak zakłopotana pytaniami w rodzaju, co pani sądzi o przemianach, jakie zaszły w Wałbrzychu. To w ogóle nie dotyczy mojego pisania. W tym, z czego czerpię, są smaki, zapachy, ten cudowny zapach węglowego pyłu w powietrzu, tekstury.
[44:59.05 → 45:00.05] A: Nazywany smogiem.
[45:01.03 → 45:07.15] B: Ale Krakowski w ogóle jest nieporównywalny. Nigdzie tak węglowy pył nie pachniał jak w Wałbrzychu.
[45:07.49 → 45:20.89] A: Mamy wspólnego przyjaciela, który też pochodzi z okolic Wałbrzycha i on mi opowiadał, że kiedy się przeprowadził do Warszawy na studia i tak wyszedł w okolicach świąt na zewnątrz, to pomyślał, o Boże, chyba święta, tak pachnie domem i to był smog.
[45:21.07 → 45:23.23] B: Tak, mi też to mówił Wojtek, tak.
[45:24.65 → 46:15.23] A: No dobrze, a teraz jeszcze zostańmy na chwilę przy bohaterkach, bo kiedy patrzyłem na reakcję niektórych uczestników naszego spotkania, ale mówimy teraz o kobietach. I też czytałem różnego rodzaju dyskusje, które twoja książka wywołała i też widziałem, jak reagują na gorzko, gorzko odbiorczynie, to tam się przewijało często takie zdanie, że to jest o mnie. I to wcale nie było tak, że to jest o mnie, to było o najmłodszej bohaterce. Często czytelniczki w różnym wieku odnajdywały się w przedstawicielkach poprzednich pokoleń. I teraz pytanie jest takie, czy ty tak doskonale rozgryzłaś kobiecą naturę i wszystkie sytuacje, w których kobiety będące samotne albo w związkach mogą się znaleźć, czy po prostu prowadziłaś bogaty research towarzyski?
[46:16.01 → 46:28.19] B: Ja mam taką bogatą osobowość, głównie czerpię ze swojej, a poważnie ja jestem nimi wszystkimi. I dlatego inne kobiety...
[46:28.19 → 46:28.43] A: Tą z nożem też?
[46:28.85 → 46:33.79] B: Tak, to chyba przede wszystkim, ale wiolettą też bywałam.
[46:34.17 → 46:35.09] A: A tą z nożem kiedy?
[46:36.21 → 47:17.73] B: Mniej więcej tak czasowo to na początku. Na początku, ale noża nie wolno się pozbywać. Lepiej tam mieć go zawsze w kieszeni dżinsów czy w torebce. Wioletta, która jest taką... Widziałeś nowe wydanie w nowym tłumaczeniu pani Bowary. Violetta jest taką panią Bovary z Placu Górnika i ona dla czytelników mężczyzn była trudną postacią. To już ze trzy razy spotkałam się z taką sytuacją, że czytelnik mówi, że to bardzo ciekawe, że dużo o kobietach się dowiedział, ale że Violettę sobie zostawił na koniec, bo nie mógł jej znieść.
[47:20.61 → 47:25.29] A: To jest chyba sukces, jak ci mówi mężczyzna, że się wiele o kobietach z twojej książki dowiedział.
[47:26.45 → 48:26.45] B: Pewnie tak, a może nie wiedział, co powiedzieć, a chciał coś miłego. Ale poważnie to myślę, że można, bo ja tam jadę po bandzie. Chyba mnie najbardziej interesują emocje. Więc po emocjach jadę po bandzie. Bardzo pomogła ta struktura emocji, że Berta to jest złość. że Barbara to jest lęk, Wioletta to jest nielubienie siebie, wstręt do siebie wręcz. No i Kalina, Kalina najbardziej mgławicowa, niedopisana do końca, która jest samoakceptacją i nadzieją. I idąc tą ścieżką budowania postaci wokół tych emocji, myślę, że udało się je stworzyć takimi dość wielowymiarowym, już tak powiem.
[48:27.17 → 48:54.29] A: Zanim posłuchamy drugiej części opowieści o Mirzku, to jeszcze chciałem zapytać a propos kobiet, ostatnią rzecz z ciebie wydobyć albo nie, bo mówiłaś o tym, że ty jesteś tymi wszystkimi postaciami, to znaczy te emocje, które nimi targają są też ci bliskie, a na ile prywatna historia twojej rodziny albo znajomych rodzin wypełniła życie i postacie twoich bohaterek z kolejnych pokoleń?
[48:56.06 → 49:50.70] B: Tylko tak przez zaprzeczenie, przez tęsknotę. Ja bardzo niewiele wiem o historii swojej rodziny. Niestety nie miałam babci, ani prababci, która przerobiła ojca na wędliny, ani babci, która rzucała nożem. Więc konstrukcja tych postaci wynika raczej Tęsknoty za pewną niezwykłością, odwagą, siłą. Takiej tęsknoty, którą pamiętam w młodości, że oto nagle odnajdę w swojej genealogii jakąś prababkę, która zrobiła coś niezwykłego, żeby poczuć, że mam kogoś za sobą, że ktoś stoi za moimi plecami i ewentualnie przytuli mnie albo popchnie dalej, żebym się nie bała.
[49:52.71 → 51:09.15] A: Teraz przy okazji rozmowy o babciach i w ogóle roli babć w naszym życiu, czytałem ostatnio bardzo poruszającą zresztą książkę, która jest wyborem pamiętników osób LGBTQ+, mieszkających w Polsce. To było pisane między czerwcem a październikiem 2020 roku, czyli pamiętamy, jaki to był czas w przestrzeni publicznej. Kampania prezydencka, te słowa na temat ideologii, Tęczowy piątek w Warszawie, noc i tak dalej. I to jest w ogóle fascynujące, muszę przyznać, że zmiany w rodzinie najczęściej dokonują się przez babcię, w ogóle przez dziadków. Te osoby, które czuły się źle traktowane, odepchnięte, nieakceptowane. Właściwie 90% opowieści jest o tym, że najpierw dziadkowie mnie zaakceptowali, babcia mnie przytuliła, dziadek powiedział, że to nic nie zmienia, I to jeszcze raz jakoś otworzyło mi w głowie taką klapkę, że my przez długi czas życia, bo właściwie czas, który spędzamy z dziadkami jest dość krótki, sobie nie zdajemy sprawy z tego, ile oni nam dają, nawet takim rodzajem akceptacji i braku oceny.
[51:09.59 → 51:39.22] B: To bardzo ciekawe, bo może bycie dziadkiem, babcią polega na tym, że ma się tą drugą szansę, drugą szansę takiego rodzicielstwa. niepopełnienia czy wręcz naprawienia błędów, które się popełniło jako rodzic. Chociaż z drugiej strony, wiesz co, tak sobie myślę, że to jest mało prawdopodobne, żeby beznadziejni rodzice stali się dobrymi dziadkami. Może troszkę lepszymi. Ale tak wielka transformacja na starość?
[51:43.18 → 51:46.61] A: Nie no, może po prostu nie chcą popełniać błędów. To ja myślę, że to tak jest.
[51:46.62 → 51:53.12] B: Rodzice też nie chcą, wiesz, nie? To jest temat do przegadania, przemyślenia.
[51:53.12 → 52:28.02] A: Ale zwracam na to uwagę i też mówię o tym, że fajnie mieć fajne babcie i szanować babcię, jeżeli się je ma, żeby też widzieć w nich partnerów do rozmów na poważne tematy, bo to właściwie jest o tym. Bo babcia się trochę traktuje jako taką osobę, która a to da cukierka, a to wpadnie się do niej na obiad, a to się do niej przytuli, a tak naprawdę doświadczenie życiowe, które też widać u twoich bohaterek, no bo to mi się takim owocuje, że człowiek się właśnie czuje bardziej bezpiecznie, w towarzystwie babci niż w towarzystwie mamy czy taty. I to jest też trochę książka o tym, jakby tak się to czytało.
[52:28.14 → 52:44.26] B: Tak, bo Barbara uratowała Kalinę. Kalinę, której matka nie była zbyt udanym egzemplarzem matki. Obdarzyła Kalinę miłością, która dała jej siłę na wszystko potem. Miała ten fundament.
[52:46.47 → 52:56.29] A: No właśnie, to już my sobie relacje rodzinne ustawili, jak u Hellingera, a teraz zapraszamy Panią Natalię, byśmy posłuchali drugiej części opowieści o Mirku Motocykliście.
[52:58.01 → 57:12.89] C: Tamtego dnia wiało, ale w ich mieście pokrytym węglowym pyłem często wiało tak, że ludziom brakowało tchu, a ptaki rozbijały się o ściany domów. Kończyło się pierwsze lato ich miłości i w drodze do styksu potężny podmuch omalnie zepchnął Barbary i Mirka pod ciężarówkę, która przemknęła trąbiąc wściekle. Na pace była krowa i Barbara zapamiętała jej wielkie, przerażone oczy. Przylgnęła mocniej do pleców Mirka, ale potem dzień trwał jak codzień i miała całkiem dobry utarg. Sprzedała trzy pary trupięgów, dwie czarne bluzki i sukienkę, którą klientka, starsza pani, maleńka i ubrana w jakieś fałdziste łachy z włosami skołtunionymi na czubku głowy, przymierzała, monologując za kotarą. Trudno powiedzieć, czy kupowała do trumny, czy do życia, ale Barbara nie była wścibska. W przerwach między klientami myślała o Mirku. O tym, czy to możliwe i że jejci on jest i trochę więcej o tym, że na niedzielę by zrobiła mielone, jeśli dostanie mięso. Mielone, tłuczone ziemniaki i zasmażane buraczki. Jego ulubione świąteczne danie. Później, kiedy Barbara serce będzie myślała o tym dniu, uderzy ją brak przeczuć i znaków. Może tylko ta krowa wieziona pewnie na rzeź, jej straszne oczy, ale kto by się przejmował krową? Chyba jedynie Agnieszka fryzjerka płacząca nad każdym otrutym kotem i przejechanym psem, niejedząca mięsa, ale z niej wszyscy się w kamienicy śmiali, że śmierdzi kocimi sikami i zielenieje na gębie od tej głupiej jarskiej diety. Czy Barbara mogła coś zrobić? Jakoś temu zaradzić? Gdyby na przykład zachorowała i ktoś by Mirka zawiadomił, to może wszystko ułożyłoby się inaczej. Ale kto i jak miałby to zrobić? Nie wiedziała, nie znała nawet adresu jego warsztatu. Może ta stara dziwaczka z kołtunem na głowie i niebieskimi powiekami była posłanką przeznaczenia? Dlaczego nie słuchała, o czym tamta gadała do siebie, przymierzając trumienną sukienkę? Będzie to dręczyć Barbary do końca życia. Ale wtedy po prostu zamknęła sklep i wyszła na ulicę, by poczekać na Mirka, jak robiła od trzech miesięcy i siedmiu dni. Przebrała się w kraciaste spodnie, a sukienkę zostawiła w sklepie gotową na następny dzień pracy. Ciągle wiało, powietrze było suche, naelektryzowane jak przed burzą i Barbara wiedziała, że jej niesforne włosy, cienkie jak pajęczyna, sterczą na wszystkie strony. Na chodniku bawiło się dwóch chłopców. Jeden drugiego ciągnął na prowizorycznym wózku, robiąc przy tym dużo hałasu, w który włączała się rytmicznym ciiiicho, ciiiicho ich stercząca w oknie matka. Gdy Barbara zobaczyła Mirka w perspektywie ulicy, jej serce ogarnęła radość i ulga jak zawsze. Jedzie. Przygładziła grzywkę, wyprostowała się i wtedy zauważyła, że coś jest nie tak. Za głową Mirka słoneczne lśnienie w szarawej aurze jesiennego popołudnia niczym nieuzasadnione rosnące w aureole. Podmuch wiatru rzucił jej włosy na twarz i gdy je odgarniała, na chwilę oślepiona, rozległ się krzyk matki w oknie, a chłopcy zamarli przy swoim wózku zbitym z desek, powtórzyli go cienkimi głosikami. – Pali się! Pali się! Aureola nad głową Mirka spłynęła w dół, ogarnęła jego postać ognistym woalem, ciągnącym się, zapędzącym coraz szybciej motorem. – On się pali! Wrzasnęli chłopcy, gdy przemknął tuż koło nich. A Barbara zobaczyła płonące dłonie na kierownicy, w płomieniach czerwoną twarz Mirka, pękającą skórę jego głowy pozbawioną już włosów i nic więcej, bo potem motor wbił się w wystawę Styksu. Wybuch paliwa nadpalił grzywkę Barbary, pozbawiając ją przy okazji brwi, rzęs i przytomności. Mirek Maj uderzył płonącą głową w mur, co zakończyło jego życie i nie dowiedział się, że wszystkiemu u winien był papieros, Rozpuszczalnik we włosach i zajzajer wsiąkły w koszulę na plecach, która zajęła się od jednej iskry, roznieconej w pochodnie przez wiatr.
[57:16.73 → 57:19.73] B: Bardzo
[57:23.49 → 57:25.43] A: to jest filmowa scena, muszę powiedzieć.
[57:26.01 → 58:38.58] B: Jest, zgadzam się, bo ją bardzo wyraźnie zobaczyłam, zanim napisałam. to po prostu zobaczyłam, jak pędzi ten motocykl i ten ogień, płonącą postać mężczyzny. Gdzieś kiedyś słyszałam historię o stolarzu, który spłonął właśnie od papierosa, dlatego że miał koszulę przyciągniętą rozpuszczalnikami, łatwopalnymi substancjami, więc może gdzieś to tam było. Taka praktyczna informacja na początku, jesteś stolarzem, możesz spłonąć od papierosa. Ale różnie jest z pisaniem scen. Czasem się pisze i dopiero w trakcie się tworzy obraz w głowie, a czasem ten obraz, jak w przypadku śmierci Mirka Maja, jest najpierw, że po prostu pojawia się i tylko musisz dopowiedzieć sobie szczegóły, co się stało, jakie były warunki atmosferyczne, że tak powiem, w Ałbrzychu w tym czasie, że Mirek Maj spłonął na Junaku.
[58:40.18 → 58:47.22] A: Trochę go widzę moimi oczami, oczyma czytelnika jako takiego dolnośląskiego Jamesa Dina połączonego z Cybulskim.
[58:47.56 → 58:58.55] B: Ja tego też jestem tak świadoma, natomiast zważywszy na jakość efektów specjalnych w polskich filmach, to niech on lepiej zostanie już w książce.
[59:01.49 → 59:22.49] A: Aha, dobrze. Ale to wiesz, w komputerze teraz można wszystko, naprawdę. Usłyszałem kiedyś taką historię, powiedziała przed chwilą Joanna. No i teraz uwaga, być może dla tych wszystkich, którzy nie mieli okazji tego usłyszeć wcześniej. Usłyszałem kiedyś taką historię, bo początek tej książki to jest cmentarz.
[59:24.50 → 01:01:07.17] B: Tak, to była iskra zapalna, trzymając się metaforyki związanej ze sceną, która Państwu została przeczytana tak pięknie. Już się w głowie mi kotłowała ta idea, że saga emancypacyjna rozpisana na trzy, może cztery fikcyjne postaci, ale brakowało mi właśnie tej iskry. Ja niekiedy jeżdżę też fizycznie, nie tylko symbolicznie do mojej matczyzny literackiej i wtedy sobie tam wędruję, szwendam się. Byłam z moim kumplem Mateuszem na cmentarzu poniemieckim, uwielbiam słowo poniemiecki, w nim jest moc literacka, w Unisławiu Śląskim, to jest 10 km od Sokołowska, które jest bardziej może taką znaną miejscowością powszechnej świadomości. I Mateusz jest historykiem, jest prezesem Fundacji Księżnej Daisy i takim pasjonatem regionu. Mateusz nieustannie opowiada historię, pięknie opowiada. Ale oczywiście nie wszystkie stają się iskrami, ale ta jedna nagle zapłonęła. Opowiedział mi o Annie Jungitsch, która w Unisławiu Śląskim, zwanym w czasach niemieckich Langwaltersdorf, popełniła straszliwą zbrodnię, zabiła swojego ojca, częściowo przerobiła na wędliny i zjadła.
[01:01:09.31 → 01:01:10.57] A: Nie zdolnował się przynajmniej.
[01:01:11.09 → 01:03:29.86] B: Tak, to jest takie zero waste, zbrodnia zero waste. Ta historia uderzyła mnie swoją symboliczną mocą, metaforyczną, Jest to metafora buntu córki przeciwko patriarchalnej władzy ojca. Cała reszta jest dość skomplikowana, bo jest wysoce prawdopodobne, że ta historia nigdy się nie wydarzyła naprawdę. Ale to trochę tak jak z opowieściami, które opowiada się na psychoanalizie. Nie jest ważne, czy się zdarzyły naprawdę, jest ważne, że akurat taką historię chcesz powiedzieć. Ona coś znaczy. O Annie Jungicz nic nie wiemy, czy bardzo mało. I z tej mgławicowej postaci wyrosła moja Berta. Już kiedy wracałam z Wałbrzycha do siebie, czułam właśnie jak kiełkuje. Postać fikcyjna, ale o wiele bardziej wyrazista, o wiele bardziej prawdziwa niż mgławicowa Anna. Przeniosłam historię w czasie. Jakby zrobiłam ją od nowa, zostawiłam tylko Unisław Śląski, Będąc tam, poczułam, że tam jest mięsko, literackie mięsko, że jest cała wspaniała topografia, którą mogę wykorzystać. Z Unisławia da się przejść piękną drogą do Sokołowska. I to Sokołowsko też w ostatnich latach odwiedzałam i zaczynałam jakoś tak włączać w swoją historię, bo kiedy mieszkałam w Ałbrzychu, akurat ta część Dolnego Śląska, To jest bardzo blisko Wałbrzycha, to jest 15 minut samochodem, 20. Nie była dla mnie ważna. Wiedziałam, że jest Sokołowsko, że było tam sanatorium, czasem się tam jeździło na spacer, ale nic się tam szczególnego nie wydarzyło. Więc to jest jeszcze fajne w tej matczyźnie literackiej, że ona się rozrasta, że nie jestem skazana tylko na Wałbrzych, Tylko, że pojawiają się nowe miejsca, które są dla mnie tak samo pożywne. To był Unisław, Sokołowsko. Teraz zaczyna mi kiełkować właśnie Grzmiąca.
[01:03:30.52 → 01:04:19.74] A: Ja się trochę boję, że wy razem z koleżanką Tokarczuk tak po prostu sprawicie, że wszyscy zadepczą za chwilę ten Dolny Śląsk, bo wcześniej Ząbkowice Śląskie, potem Unisław, Wałbrzych oczywiście. Teraz nowa książka Olgi dzieje się w roku 1913 w Sokołowsku. To jest opowieść, która jest grą z czarodziejską górą i myślę, że kolejne osoby będą chciały poznać kolejne miejsca, więc będą tam literacko pielgrzymować i robicie dobrą robotę, ale też z drugiej strony nagle wszyscy będą chcieli się tam pojawić. Co jest takiego pociągającego w tym poniemieckim, w tym dolnośląskim, że dla ciebie jest tak bardzo artystycznie, użyję tego słowa, zapłodniające, rozkręcające?
[01:04:23.04 → 01:05:34.84] B: Nie mam dobrej odpowiedzi oprócz tego, że to jest moje. Możemy sobie gdybać, co by było, gdybym urodziła się w Lublinie, który na pewno też może stać się sceną wspaniałych opowieści. Pociągające są dla mnie obrazy, które mam w głowie, zalane chodniki kopalni, przetaczające się tam w wagoniki perły księżnej Daisy gdzieś tam ukryte, bursztynowa komnata, nazistowscy zombie, wiesz, że też tam są. Takie miejskie legendy, a gdzie dokładnie to tak jak Złoty Pociąg, że nie wiadomo. Najczęściej w okolicach Głuszycy. Myślę, że to jest też kwestia pogranicza. czyli tego obszaru, gdzie nic nie jest na pewno, nic nie jest na zawsze, wszystko jest w procesie tworzenia się wymieszane, trochę dziwne, trochę w krzywym zwierciadle widziane. Ale to Olga pewnie powiedziałaby trochę inaczej, dlaczego tam, dlaczego tamta ziemia jest dla niej tak ważna, chociaż też przecież wyjechała.
[01:05:37.09 → 01:06:28.83] A: No tak, ale jednak coś tam jest takiego, co przyciąga i myślę, że każdy, kto nawet na chwilę wpadnie na Dolny Śląsk i się przejedzie, przejdzie, to poczuje, że to jest jakiś rodzaj zupełnie innej atmosfery, która tam panuje. Ja myślę też, że właśnie ten styk granic, ta wielokulturowość bardzo bogata w przeszłości, to wszystko się odcisnęło bardzo silnym piętnem i że, nie wiem, jeszcze jakbyś pojechała na kolejne dwa tygodnie i przeszła się po w starych wsiach albo pod cmentarzach, albo pod Rapała, to byłyby kolejne historie do opowiedzenia. To buzuje i czeka na opowieść. W ogóle całe Ziemie Odzyskane czekają na opowieść. Ta książka zresztą jest jedną z pierwszych, które opowiadają historię Ziemi Odzyskanych. Przypominam, że w polskiej literaturze właściwie takich książek nie ma wcale albo bardzo niewiele.
[01:06:29.61 → 01:06:44.07] B: Kiedy pisałam pierwszą, tę 11 lat temu piaskową, w ogóle sobie nie zdawałam z tego sprawy. Miałam świadomość, że była jakaś książka, której akcja działa się w Wałbrzychu, Tomek Tryzna, Pan na nikt pamiętasz?
[01:06:44.17 → 01:06:47.19] A: Taki był film Prawo i Pięść, kultowy sprzed lat i właściwie nic.
[01:06:48.77 → 01:07:39.09] B: Naprawiamy to teraz. Może to jest też tak, że ta legenda wspaniałości, niezwykłości, magiczności, że tak powiem, ziem odzyskanych, bierze się też stąd, że powstają właśnie książki. I przez te książki, one są wtedy jeszcze bardziej niezwykłe. Są miejskie gry, jakieś wydarzenia w przestrzeni miejskiej, w Zamku Książ związane z książkami naszymi. I ludzie przyjeżdżają tak i mówią, no tak, to jest tak jak w książce, niezwykłe. Ale czy jest niezwykłe samo z siebie w sposób obiektywny? Jak możemy porównać niezwykłość Wałbrzycha i Lublina?
[01:07:45.21 → 01:08:18.68] A: Ale z drugiej strony jest to też ciekawe zobaczyć, że właściwie znaczenie, coś co jest istotne, te wszystkie dawne rysy historyczne nadają temu miejscu osoby, które stamtąd się wyprowadziły. To znaczy, to są historie pisane w Podkowie, we Wrocławiu, gdzieś w trasie i raczej nie przez ludzi będących tam na co dzień. To jest jakiś rodzaj tęsknoty być może też po prostu, tylko w ten sposób wyrażanej.
[01:08:19.04 → 01:10:12.87] B: Wiesz co, ja o tym myślałam, o tęsknocie, kiedy sobie jechałam tutaj dzisiaj do Lublina, właśnie o tęsknocie myślałam. Może chodzi w moim przypadku o jakiś rodzaj poczucia winy związany z opuszczeniem. tego pierwszego gniazda z opuszczeniem w gniewie, w złości i przekonaniu, że nigdy tam nie wrócę. Bo ja tak wyjeżdżałam z Wałbrzycha jako młoda dziewczyna, ruszając w świat. Może przez te lata bujania się po świecie nie zgadzałam się na tę tęsknotę. Może broniąc się przed tym, uważając, że można żyć w drodze, w wielu językach, w wielu krajach, tak naprawdę zawsze potrzebowałam matczyzny. I te powroty, w których jest i gniew, ale i czułość, i troska, są związane z oswajaniem tej najbardziej pierwotnej tęsknoty za tym, co było na początku. To jest też jednocześnie, wiesz, budowanie tego miejsca od nowa. bo Wałbrzych i okolice teraz dla mnie są zupełnie już czymś innym niż wtedy, kiedy stamtąd wyjeżdżałam. Myślę, że nie można być wolnym w taki sposób, w jaki ja chcę, nie wracając do tego pierwszego miejsca, nie próbując go jakoś inkorporować w swoją historię, oswoić, ugłaskać, I ono nigdy nie będzie sobie od tak leżało, już na zawsze dokończone, już to mam załatwione. Tylko będzie cię skazywało na kolejne powroty.
[01:10:13.17 → 01:10:18.87] A: I po tej deklaracji i wypowiedzi mogę wreszcie zapytać z pełnym przekonaniem, co sądzisz o zmianach, które zaszły w Wałbrzyku?
[01:10:21.05 → 01:10:51.94] B: Żartowaliśmy sobie z Michałem. Mówiłam mu, że czuję się bezbronna wobec takich pytań, jakie powinny być kierowane do reporterki, do kogoś, kto bacznie śledzi rozwój turystyczny, gospodarczy itd. Wałbrzycha. On mnie bardzo cieszy, powiem Ci Michale, natomiast miejsce, do którego wracam jest bardziej w mojej głowie i ciągle pachnie węglowym pyłem, a Wałbrzych już nie pachnie. To jest takie rozczarowanie.
[01:10:52.73 → 01:10:54.31] A: Bo ma całkiem niesprawnego prezydenta.
[01:10:54.79 → 01:11:11.67] B: Roman jest wspaniałym politykiem, który przydałby się w Warszawie. Sprawnym menadżerem. To jest prezydent, który jednocześnie pracował przez dwie kadencje jako lekarz. Wyjątkowa osoba.
[01:11:11.91 → 01:11:14.41] A: Bardzo go nie lubili antyszczepionkowcy, pamiętamy to.
[01:11:15.09 → 01:11:29.03] B: Tak, tak. Ja pojechałam się zaszczepić do Wałbrzycha w pierwszy dzień, w który mogłam. Właśnie przedtem dzwoniąc do prezydenta, że w celu promocji zdrowia nadciągam.
[01:11:29.89 → 01:11:56.21] A: No ładne, tu się dowiadujemy rzeczy. Proszę Państwa, już za chwilkę będzie możliwość zadania pytania Joannie, więc mam prośbę do organizatorów o to, żeby mikrofon się pojawił. Chyba z mikrofonu ja będę tłumaczył. Czy mamy mikrofon? Mamy zbiełczy, dobrze. To jak nie dotrze do nas, to ja powtórzę. Chciałem na koniec zapytać cię, wracając, żeby była klamra do tych opowiadań. Powieści sytuujesz na Dolnym Śląsku. Opowiadania też tam są?
[01:11:56.99 → 01:12:28.11] B: Czekałam, kiedy zapytasz. Częściowo tak. Częściowo tak, ale nie tylko. W opowiadaniach pojawia się Grecja. Jest, nie nazwana, ale mogę Państwu zdradzić, że to jest podkowa leśna i okolice, ale jest dużo Dolnego Śląska. I jest jedna miejscówka, którą uwielbiam i cieszę się, że w końcu do niej wlazłam. To jest Hotel Sudety. To był kiedyś najbardziej luksusowy hotel na Dolnym Śląsku. Od wielu lat jest ruiną.
[01:12:28.37 → 01:12:33.09] A: To jest to w centrum Wałbrzycha, to się mina jak się jedzie. Tak, z tym przepięknym... O matko, to straszy.
[01:12:33.39 → 01:12:34.98] B: Tak, z przepięknym, brutalistycznym deszkiem.
[01:12:34.98 → 01:12:36.89] A: Panie prezydencie, halo, straszy.
[01:12:37.90 → 01:13:13.05] B: Ale wiesz co, to tak jak ze złotym pociągiem, jak skończyłam ciemno prawie noc i wydawało się, że zaraz odgrzebią złoty pociąg. Po prostu katastrofa, tajemnica wyszła w ogóle, ale na szczęście znikł znowu. Myślę, że hotel Sudety też jeszcze postoi w tym stanie, w jakim jest. Ostatnio kolega mi przysłał zdjęcia ze środka. Jakby po prostu czas zatrzymany. w doskonałej, krystalicznej formie. Część moich bohaterów spotyka się w hotelu Sudety i to jest fajne opowiadanie.
[01:13:13.07 → 01:13:30.87] A: Wiesz co, musimy się omówić kiedyś. Może my wszyscy, żeby tam wejść, bo ja ilekroć jestem w Wałbrzychu i np. jadę do tej fabryki porcelany kupić sobie z tych zrzutów jakąś fajną rzecz. I właśnie jak się wyjeżdża w stronę Wrocławia, to się mija ten hotel. I tyle razy mnie kusiło, żeby tam wejść i zrobić sobie jakiś survival.
[01:13:32.17 → 01:13:34.85] B: No to ja Ci to zorganizuję w takim razie.
[01:13:34.91 → 01:13:37.21] A: Tak zapomniałem, że Ty możesz do prezydenta zadzwonić.
[01:13:37.43 → 01:13:40.57] B: Jego w to nie mieszajmy, on już i tak ma ciężko.
[01:13:40.91 → 01:13:56.63] A: Proszę Państwa, czy są jakieś pytania do Joanny? Bardzo prosimy, bo czasu mamy już niewiele, a potem jeszcze podpisywanie książek i pewnie prywatne rozmowy. Jeżeli ktoś by chciał, to to jest ten moment. Zanim zacznę wskazywać palcem oczywiście. Bardzo proszę.
[01:13:58.31 → 01:14:16.01] B: bo Pani powiedziała, że przy opowiadaniach te postacie zaczęły sobie po prostu wędrować, się tworzyć. A czy przy tej powieści trochę też tak głową zapaliła się iskra i czy Pani miała plan, czy ta konstrukcja emocjonalna, czy raczej te postacie też sobie zaczęły jakoś wędrować i gdzieś się w końcu spotkały?
[01:14:16.53 → 01:14:28.41] A: Powiem dla tych, którzy nas być może będą oglądali w nagraniu, a nie słychać. Pytanie było o plan książki, rodzenie się powieści, generalnie mapę pisania. Jak to było, długo, krótko, iskra czy nie?
[01:14:29.56 → 01:15:35.01] B: Nigdy nie mam żadnych notatek, w sensie nie rozpisuję sobie postaci. One rodzą się w trakcie pisania. Gorzko, gorzko najbardziej samodzielną postacią była Wioletta, której mam też taką słabość jako jej twórczyni. I jest taki jeden moment dla tych z państwa, którzy już znają opowieść, kiedy Violetta ma jeden z tych swoich pomysłów osoby histrionicznej, wiecznie odgrywającej jakieś sceny, potrzebującej kostiumu i tak dalej, kiedy ona jedzie w Bieszczady. I ja tak mówiąc, Violetto, może jednak nie. Może jednak zatrzymaj się, a Wioletta nie, tą polną drogą, w obcasikach. I to wręcz czuje się, to jest takie uczucie fizyczne, że ta postać tak, jak mój pies był młody i jeszcze nie umiał chodzić na smyczy, że tak po prostu ciągnie. Więc Wioletta tak ciągnęła.
[01:15:35.03 → 01:15:36.71] A: Ty się siłujesz z bohaterkami po prostu.
[01:15:37.21 → 01:15:43.53] B: Z nią, znaczy wiesz co, no tak, ale mam ją na smyczy, nie puszczę jej luzem. Ale tak.
[01:15:48.40 → 01:15:51.86] A: Dobrze, to tę odpowiedź damy. Tutaj Pani, proszę bardzo.
[01:15:51.98 → 01:15:54.78] B: Pytanie o taką część literacką pisania.
[01:15:54.90 → 01:15:57.28] C: Chciałam zapytać Panią o warsztat.
[01:15:57.32 → 01:16:06.00] B: Jak to wygląda w ciągu dnia? Czy Pani robi sobie jakieś przerwy? Jak Pani praca wygląda w trakcie pisania książki?
[01:16:06.12 → 01:16:07.66] A: Mówiąc krótko, pilna czy leniwa?
[01:16:08.72 → 01:17:10.74] B: Kiedy książka jest już rozkręcona, kiedy już pierwsze zdanie napisałam, to na ogół nie ma jakichś większych obsów. Po prostu się siedzi i pracuje. Pracuje tylko w dzień. Nie mam żadnego sztywnego rygoru, że na przykład od dziewiątej rano, nic z tych rzeczy. Pracuję od rana, ale tak, robię przerwy. Pracuję od rana właściwie do zmierzchu. Nie pracuję w nocy. Kiedy nie idzie pisanie, czytam to, co już napisałam, poprawiam, szlifuję. I to jest taka codzienna robota, z tym, że nie chodzi się do biura, tylko idzie się do pracowni. Wymaga poczucia wewnętrznej harmonii, spokoju i jednak żelaznej dyscypliny, żeby nie odpuścić.
[01:17:11.34 → 01:17:12.62] A: I dużo hejbaty zielonej?
[01:17:13.13 → 01:17:23.69] B: I mnóstwo zielonej herbaty, która w czasie pandemii niestety nie dochodziła, więc trzeba jej było szukać po Polsce. Nie dochodziła z Japonii.
[01:17:25.25 → 01:17:27.33] A: Ale udało się znaleźć, czy nie?
[01:17:28.03 → 01:17:31.01] B: Te problemy, że zielona herbata nie dochodzi z Japonii.
[01:17:31.03 → 01:17:34.85] A: Tak, tak. Rozłóżmy na czynniki pierwsze.
[01:17:35.33 → 01:17:38.51] B: We Wrocławiu, na Dolnym Śląsku jest najlepsza zielona herbata oczywiście.
[01:17:40.35 → 01:17:42.33] A: Okej, może w Lublinie też jest.
[01:17:43.79 → 01:17:47.73] B: Sprawdzimy, bez zielonej herbaty nie ma pisania.
[01:17:48.45 → 01:17:56.57] A: No właśnie, nie to, że godziny, tylko herbata zielona. Bardzo proszę. O, widzę tutaj znaną już tam wszystkim, nawet głośną czytelniczkę.
[01:17:57.16 → 01:18:15.46] C: Chciałam zapytać o pierwszych czytelników pani powieści. Czy pozwala pani czytać osobom ze swojego bliskiego otoczenia jakieś fragmenty, czy absolutnie nie i dopiero jak książka jest zamknięta, to wtedy kto jest pierwszym czytelnikiem?
[01:18:16.56 → 01:19:21.62] B: Pierwszym czytelnikiem jest mój towarzysz życia, który, i to jest chyba zdradzam sekret, ale ok, On był pierwszym czytelnikiem zawsze i był pierwszym najbardziej krytycznym redaktorem i przy tej książce po raz pierwszy jest redaktorem oficjalnym. Drugą osobą był nasz wspólny kumpel Wojtek, którego chrzciłam tropicielem dziaderstwa. Jako, że pojawia się tam osoba, która rocznikowo mogłaby być moją córką, Wojtek nie jest aż tak młody, Chciałam, żeby przeczytał tę książkę jako druga właściwie osoba. A później książka już idzie w ręce wydawcy i potem wraca do mnie co najmniej trzy razy i to jest proces, który jest już czysto technicznym, rzemieślniczym dłubaniem w tekście, z którego już niewiele przyjemności wynika.
[01:19:21.62 → 01:19:25.18] A: Takie zaakceptuj zmiany, to okropne takie, co trzeba klikać za każdym razem.
[01:19:25.46 → 01:19:50.74] B: Wiesz co, jeszcze mam takie, że ja dużo zmieniam po tym jak się odleży i wraca po pierwszej redakcji takiej znakowej. Ja w międzyczasie mam jeszcze jakieś pomysły, że coś tam trzeba podkręcić, takie. Potem jest zaakceptuj zmiany. Za trzy razy wraca jeszcze po oddaniu wydawcy.
[01:19:50.86 → 01:20:00.14] A: To i tak jest nieźle, bo nasz wspólny znajomy Wiesław Myśliwski powiedział mi kiedyś, że on jeszcze nanosi poprawki na kwadrans przed wysłaniem książki do druku. Wisi na telefonie i mówi co jeszcze.
[01:20:00.64 → 01:20:21.10] B: A nie, nie. To po tym trzecim razie, kiedy książka do mnie przychodzi, już mam jej serdecznie dosyć. i wiem, że jest taki moment, że czuję się, że to już nie będzie lepsze, że każda ingerencja może już tylko popsuć, a pozwolę sobie pochwalić się telefonem od Wiesława Myśliwskiego po gorzko-gorzko, które bardzo mu się podobało. A my się lubimy.
[01:20:24.14 → 01:20:38.96] A: Zawsze jak dzwoni, to taki strach, co powie na dzień dobry. Ale zwykle jak dzwoni, to znaczy, że miła sprawa. Czy ktoś jeszcze, proszę państwa? Bardzo proszę. Zobaczcie jaki drugi rząd jest aktywny dzisiaj.
[01:20:39.58 → 01:21:11.90] B: Takie techniczne też jeszcze pytanie, wracając do Gorszko-Gorszko. Pisała Pani tę książkę bohaterami, czy w takim rozpisaniu, jak to jest, że po kolei jest z pokoleniami? Jestem po prostu pod wrażeniem i zaskoczona, w jakich momentach się pojawiają tam informacje, że to tak się do kupy, że tak powiem, składa i tak zaskakuje, że po prostu też pod wrażeniem jestem bardzo i ciekawym, jak to powstaje.
[01:21:12.23 → 01:21:29.39] A: Pozostając pod wrażeniem kompozycji książki i tego, jak wypełniłaś te przestrzenie kolejnych pokoleń, pani, która jest z nami, zapytała o to, czy pisałaś to à la longue, czy raczej podzielone na pokolenia, a potem w odpowiednim momencie przeklejałaś?
[01:21:29.91 → 01:22:08.95] B: Na początku myślałam, że będę pisała w jednym dużym pliku, tak jak robiłam do tej pory, a potem podzieliłam sobie na cztery pliki. Berta, Barbara, Wioletta i Kalina. I to było bardzo ciekawe doświadczenie twórcze, inne, ale pisałam je wszystkie jednocześnie. To znaczy tego samego dnia pracy surfowałam między czterema plikami. Bo pisząc Violettę, wiedziałam, że trzeba wrócić do Berty, a pisząc Kalinę, że trzeba wrócić do Barbary. Pisząc Bertę, wiedziałam, że coś się musi zadziać Kalinie. I wręcz czułam, jak mi się marszczy mózg bardziej, jak to robiłam.
[01:22:10.57 → 01:22:26.95] C: Jeszcze mam pytanie do tytułu. Czy tytuł to jest tylko nawiązanie do sytuacji, która ma miejsce w książce, czy może oznacza coś więcej niż gorzko-gorzko, które się mówi do osy?
[01:22:27.97 → 01:22:32.31] B: Wszystko z czym się państwu kojarzy. Wesele. I wesele też.
[01:22:33.71 → 01:22:34.35] A: Brak cukru.
[01:22:34.97 → 01:23:43.32] B: Brak cukru, ale gorzko mówisz jak znasz słodycz albo antycypujesz słodycz. Wszystko z czym się państwu kojarzy. Ten tytuł przyszedł do głowy podczas biegania i tak widziałam z taką stuprocentową pewnością, że to jest to, z całą świadomością co tłumaczę na to. Miałam spotkanie jakiś czas temu z czytelnikami z Izraela i po hebrajsku nie mówi się gorzko-gorzko, tylko mówi się woda-sól, woda-sól do osy albo pszczoły i to jest piękny tytuł. Po hebrajsku też brzmi dobrze, po niemiecku nie ma żadnego sensu. W związku z tym wymyśliłam tytuł Buterko. To jest polsko-niemiecka hybryda słowna, której używa Barbara na masło. Masełko to buterko. Moczce się bardzo podoba, chyba to Buterko zostanie. Myślę, że jest intrygujące i fajne. Wcześniej przynajmniej do wstępu do Ciemno prawie
[01:23:43.32 → 01:23:45.66] C: noc też była taka informacja, że ten
[01:23:45.66 → 01:24:29.96] B: tytuł tak jakby pani gdzieś przyświecał. troszkę wcześniej w procesie twórczym. Najpierw właściwie był tytuł. Tak samo jak Piaskowa Góra prześladująca mnie, Piaskowa Góra w Tokio też była wcześniej. Ale zawsze ten tytuł jest gdzieś tam na początku. Moja przyjaciółka bliska, mam nadzieję, że to teraz ogląda i się uśmiechnie, pisze zupełnie innego rodzaju literaturę, komedie kryminalne i na przykład tytuł powstaje dopiero po skończeniu książki. W ogóle nie wiem, jak tak można pisać książkę i nie wiedzieć, jak ona się nazywa.
[01:24:33.70 → 01:25:43.98] A: Czy to wszystkie pytania, proszę państwa? Dobrze, to teraz garść ogłoszeń. Zacznę od tego, Miesiąc z hakiem. Ja zapraszam na kolejną bitwę o kulturę państwową. Moim gościem będzie poeta, pisarz, eseista, reporter Jarosław Mikołajewski. Będziemy rozmawiać o człowieczeństwie i o tym, co ono oznacza w XXI wieku w obliczu wojny, kryzysów uchodźczych i tego wszystkiego, z czym się mierzymy. Za dwa tygodnie bitwa o kulturę będzie nosiła tytuł Za Horyzont i gościem Grażyny Lutosławskiej Mariusz Cyliński. Zapraszamy serdecznie. Fragmenty Gorzko, gorzko, butelka, wody, sól, wody, sól, czytała dzisiaj Natalia Saharczuk. Jeszcze raz wielkie brawa, bardzo dziękujemy. Poproszę też o oklaski dla Eweliny Lachowskiej i Marty Stępnia, które przekładały spotkanie na polski język migowy. Bardzo państwu dziękujemy. Teraz będzie można ustawić się w kolejce i wejść na scenę Po autograf.
[01:25:44.70 → 01:26:06.90] D: A czy ja mogę być pierwsza? Ale nie po autograf. Dobry wieczór państwu. Pozwólcie państwo, że ja tylko przekażę panu Michałowi Nagasiowi, który niestety nie mógł być z nami miesiąc temu, kiedy świętowaliśmy skromny jubileusz dziesięciolecia funkcjonowania Teatru Starego w Nowej Formule. Tego wieczoru pan prezydent przekazywał naszym współtwórcom programu.
[01:26:06.90 → 01:26:07.84] A: To jest fajny prezydent, tak?
[01:26:08.72 → 01:26:36.67] D: To jest bardzo fajny prezydent, który nie jest lekarzem, ale który jest wykładowcą akademickim i łączy funkcję prezydenta z wykładowcą akademickim. Dają medal prezydenta miasta Lublina. W uznaniu za wybitne zasługi na rzecz lubelskiej kultury, z podziękowaniem za zaangażowanie w działalność Teatru Starego w Lublinie oraz wkład w realizację i promocję licznych przedsięwzięć artystycznych. Pan Michał Nogaś otrzymuje medal Prezydenta Miasta Lublina.
[01:26:37.09 → 01:26:58.38] A: Bardzo dziękuję. Bardzo dziękuję. To znaczy, że można sobie do... A, bo on jest taki z koziołkiem. Myślałem, że będzie można sobie powiesić. Nie, to do postawienia. Tak to wygląda. Pokażę. Bardzo dziękuję. Masz taki z Wałbrzycha? Jesteś obywatelką honorową pewnie?
[01:26:58.56 → 01:27:00.02] B: Jestem ambasadorką.
[01:27:00.24 → 01:27:05.28] A: Była z nami dzisiaj Joanna Bato. Wielkie brawa. Bardzo dziękujemy.

Zobacz także

w Mediatece