[00:00.77 → 00:24.85] A: Raz jeszcze dobry wieczór. Proszę państwa, przed państwem pan Zbigniew Zamachowski. Filmowy Jasiek. Oczywiście ja zapraszam do zadawania pytań, ale zacznę, nie mogę sobie odmówić tej przyjemności, żeby zacząć.
[00:25.07 → 00:27.91] B: Piękną bombonierkę macie, naprawdę, super, świetnie.
[00:29.33 → 01:01.64] A: Panie Zbyszku, jak to się stało, że Pan, aktor już wtedy o ogromnym dorobku, znany, popularny, ceniony, obdarzony licznymi nagrodami, zgodził się wziąć udział w projekcie, który był takim kompletnie niezależnym, to była kompletnie niezależna produkcja. Andrzej Jakimowski był autorem wtedy chyba dwóch dokumentów, nikt go nie znał. Ekipa to samo, debiutujący autorzy zdjęć, scenografka i tak dalej, i tak dalej. Jak to się stało? Co Pana skłoniło do tego, żeby wziąć udział w tym przedsięwzięciu?
[01:03.28 → 01:25.67] B: Wiele rzeczy i nie po kolei pewnie będę o nich mówił, ale po pierwsze nigdy jakby dla mnie decydującą rzeczą na tak lub na nie nie było to, że ktoś debiutuje, wręcz przeciwnie. I do tej pory stosuję te zasady. I gdyby tak spojrzeć w tę moją filmografię, to filmów z debiutantami naprawdę zrobiłem sporo. I przed Andrzejem i po Andrzeju.
[01:25.67 → 01:27.33] A: Począwszy od Wielkiej Majówki.
[01:27.59 → 01:31.76] B: No nie, Krzysztof Rogulski był już po swoim debiucie fabularnym, to było przed odlotem.
[01:31.76 → 01:33.89] A: Ale to nie był telewizyjny debiut?
[01:34.02 → 05:44.43] B: To był kinowy film. Ale jakoś tak on zresztą przeszedł Bezecha i nikt o nim nie pamięta w tej chwili. Natomiast, co tu dużo mówić zasadniczym, takim prawdziwym powodem, dla którego wziąłem udział, był scenariusz. Scenariusz był przeuroczy, tak jak film, myślę, że jest przeuroczy i pewnie Państwo, mam taką nadzieję, podzielają to moje zdanie. W polskim kinie, po panu Witoldzie Leszczyńskim, jego, nie wiem, żywocie Mateusza, do którego zresztą często bywa ten film porównywany, starsza część widowni pewnie wie, o czym mówię, o jakim filmie, Nie było właśnie takiego filmu, nie było takiej poetyki. Jeśli się zdarzała, to sporadycznie. Andrzej absolutnie świadomie nakręcił takie, a nie inne kino i to jest jego język, co zresztą potwierdzają dwa następne jego filmy i sztuczki i Imagine, który właśnie wszedł do kin. Po trzecie, fajne spotkanie z Małą. Tak mówiliśmy o Oli Pruszyńskiej, mała. Miała wówczas 11 lat zawodowego aktora. Myślę, że każdy to potwierdzi. Granie z dziećmi to jest naprawdę duże wyzwanie, bo dzieci, zwłaszcza utalentowane, a Ola absolutnie jest utalentowana, jest szalenie ryzykowne, ekscytujące i można się wiele nauczyć od tych dzieciaków. I to nie są puste komplementy pod ich adresem. Najprościej to się sprowadza do tego, że dzieci, jeśli w ogóle grają, bo one zazwyczaj są na ekranie, to grają minimalnie, w związku z tym każde granie, każde używanie jakichkolwiek sposobów zawodowych obnaża nie te dzieci, a nas, że jesteśmy, krótko mówiąc, sztuczni, więc trzeba tak grać, żeby nie grać, jak to zrobić i to jest rzeczywiście wyzwanie. A jeszcze jedna sprawa była taka, o czym mało kto wie, że Andrzej jakoś sobie mnie rzeczywiście wymarzył. Nie ma fajniejszego powodu do tego, żeby się naprawdę zaangażować w film niż to, kiedy reżyser naprawdę wierzy w swojego aktora. Mało tego, pod niego pisze scenariusz i rolę, a tak było w tym wypadku. Udowodnił to w ten sposób, że myśmy mieli ten film realizować rok wcześniej. Nie pamiętam, który to był rok, nieważne. Premiera 2003. Premiera 2003, czyli w 2001. W 2001 pierwotnie on miał być robiony. Miał być robiony i był w lipcu, czyli w miesiącu, który zaczyna wakacja, kończy zazwyczaj żmudny i zapracowany sezon teatralny, filmowy, artystyczny. I pamiętam, że myśmy zaczęli robić jakieś próby z Małą i z Rafałem Guźniczakiem, który gra tego wiejskiego Mondrale cudnego. I tak mniej więcej na miesiąc przed realizacją spotkaliśmy się z Andrzejem i powiedziałem mu zgodnie z prawdą, że jestem tak wykończony tym sezonem i że jeśli mam w perspektywie miast poodpoczywać sobie ten miesiąc, znów pracować, nie mieć w ogóle urlopu, to ja niestety muszę z tego zrezygnować, z bólem serca, ale nie, no muszę odpocząć, każdy musi mieć jakiś reset. I po nawet niedługim namyśle Andrzej powiedział, że okej, w porządku, ponieważ musimy robić to latem i w lipcu i w tym miejscu, to ja poczekam rok. Co się praktycznie nie zdarza w ogóle. I naprawdę poczekał na mnie rok. To zresztą fajnie skutkowało, bo mieliśmy cały rok na rzadkie, bo rzadkie, ale jednak wystarczające spotkania właśnie z aktorami niezawodowymi głównie, czyli z tymi dzieciakami, na przepróbowanie tego. I skutkowało to w ten sposób, że kiedy już rzeczywiście ten rok później doszło do realizacji, pojechaliśmy do Peueli, gdzieś tam w północno-wschodniej Polsce, prawie że na granicy z Litwą, piękne miejsce naprawdę, to praktycznie wiedzieliśmy wszystko od początku do końca, co i jak należy robić. Trzeba było tylko wejść w tę scenografię i mieliśmy wszystko wypróbowane, nauczone, także ta realizacja była też tą samą tak naprawdę przyjemnością. Właściwie były takie wakacje przy okazji.
[05:44.45 → 05:49.73] A: To rzeczywiście ogromny luksus, preprodukcja trwająca rok cały. To się chyba nie zdarza.
[05:49.97 → 06:00.05] B: To się w ogóle nie zdarza, ale to tak jak pani powiedziała, to była produkcja też, producenci nie debiutowali, to jest ta grupa produkcyjna, nie pamiętam jak one się nazywają.
[06:00.09 → 06:01.61] A: Zjednoczenie artystów i rzemieślników.
[06:01.73 → 06:15.69] B: Dokładnie, która wcześniej zajmowała się reklamami i panowie młodzi wiekiem i duchem postanowili, że zdyskontują sukces na przykład reklamy Red Bulla, bo to oni wyprodukowali, w ten sposób, że nakręcą film.
[06:16.39 → 06:29.41] A: No tak, ale jednak między reklamą a pełnometrażową fabułą jest zasadnicza różnica i często właśnie ludzie, którzy w reklamie robią i robią świetnie, potem się nie sprawdzają jako reżyserzy czy jako producenci fabuł.
[06:30.30 → 06:33.60] B: Andrzej, nie wiem, czy on był zaangażowany w jakieś reklamy, pewnie był, ale myślę,
[06:33.84 → 06:56.40] A: że on jest... Był, Andrzej Tomek Gąsowski, autor muzyki. Zresztą producentów mogą Państwo zobaczyć w scenie najazdu Warszawki. To są właśnie koledzy przyjaciela Andrzeja. Ten taki główny w czapeczce, który tam dialoguje w przybudce, to jest tak zwany Cukierek, czyli Darek Błaszczyk, też filmowiec, architekt.
[06:56.91 → 08:16.39] B: Towarzystwo tam było zupełnie nieprawdopodobne, w tę niedzielę, którą kręciliśmy, to cudny dzień zdjęciowy, ale wracając jeszcze na chwilę do twórców, Adam Bajerski i Paweł Śmietanka, zapomniałem imienia. Też debiutowali, ale to są naprawdę ludzie, którzy wiedzą, wiedzieli od początku, co robić, jak robić. Byli przygotowani do tego filmu, znali to miejsce. Żona Andrzeja Jakimowskiego jest scenografem. Ona wymyśliła cały ten meksykański taki pseudo-meksykański oczywiście anturaż. A poza tym sprzyjało nam szczęście tak naprawdę. ponieważ wtedy, kiedy trzeba, to padało, a kiedy trzeba było, świeciło słońce, głównie świeciło słońce. Proszę mi wierzyć, że to nie zdarza się aż tak często. Okoliczni ludzie, którzy nigdy w życiu nie widzieli ekipy filmowej, byli, że tak powiem, na tyle życzliwi, że opiekowali się nami, służyli pomocą, włącznie z tymi dziećmi, które grały, przecież stamtąd to słychać, myślę. też zwłaszcza z tym akcentem nieprawdopodobnym takim. Kupie pan szczura, ta dziewczynka, która to cudne. Także naprawdę to było wyjątkowe kino i taki mnie zapamiętam w tym całym moim dorobku filmowym.
[08:17.07 → 08:23.63] A: Jeśli państwo mają ochotę już się włączyć, to zapraszam. Tam z tyłu widzę pytanie, bardzo proszę.
[08:29.62 → 08:31.98] C: Ja chciałem zapytać o głównego bohatera, to
[08:31.98 → 08:34.08] B: znaczy kim on jest, skąd on nam
[08:34.08 → 08:38.24] C: się wziął i czy został stworzony na podstawie jakiejś rzeczywistej postaci.
[08:40.80 → 11:09.45] B: Pytanie z kategorii trudnych. Nie wiedziałem, że już na początku takie się zdarzy. Nie przypuszczam, nie pytałem Andrzeja o to zresztą, żeby jakiś background był taki osadzony i oparty na jakichś prawdziwych zdarzeniach czy o sobie. Myślę, że Andrzej to od początku do końca zmyślił bardzo pięknie. Bo też nie tylko o tego bohatera, czy nawet nie o niego chodzi, przede wszystkim o tę dziewczynkę, czy o relację między nią a nim, o relację między nią a jej rodzicami. Cały ten skomplikowany taki układ ludzki, który jeszcze w tak niezwykłych okolicznościach się odbywa. Rzadko kiedy na takie pytania zadane, czy na takich spotkaniach, czy przez zazwyczaj Państwo z telewizji, z radia zaczynają od tego krótsze lub dłuższe rozmowy. Kim jest Pana postać? Ja nie lubię na to odpowiadać, bo to się tak nie da. Myślę, że najlepiej się dowiedzieć i dla każdego z Państwa. Ten Jasiek byłby kimś innym. Kim tak naprawdę literalnie jest, to wiemy. Jest byłym nauczycielem, zdegradowanym do roli dozorcy, który próbuje ocalić jakąś tam godność przy okazji. a na pewno jest mu nieobcy los tego dziecka, z którym popada w taką fajną, przedziwną więź, przejmując poniekąd obowiązki rodziców, którzy, jak wiemy, z takich czy innych powodów, oni też nie są w złym świetle pokazani. Tam praktycznie nie ma negatywnych postaci. Na tym myślę, że też siła i plus tego filmu polega. Tylko w niewłaściwy sposób się tą córką zajmują, a on, czując się pewnie za nią odpowiedzialny, próbuje jej w sobie znany sposób pomóc. I to zdaje się, że nawet mu wychodzi, przy czym sam pewnie popada ofiarą tego całego zdarzenia i musi, że tak powiem, odejść. Ale ponieważ całkiem niedawno, a równo tydzień temu spotkałem się, czyli parę dni dosłownie, z Andrzejem przy okazji filmu Imagine, jego ostatniego filmu, to przypomniał mi ostatnie słowa w tym filmie. Nie oglądałem teraz projekcji, bohater Andrzej grany przez Andrzeja Mastalerza mówi, wróci. No więc też przyjąłem to jako dobrą monetę, że może w jakimś filmie Andrzeja, może niekoniecznie jako Jaś, ale jako ktoś inny też wrócę, bo warto naprawdę, warto z nim pracować.
[11:09.77 → 11:36.27] A: A ja jednak dopytam o tę postać, może nie w takim duchu kim ona jest, bo tak jak pan powiedział, każdy jakoś sobie konstruuje ją na własny użytek, ale o pracę nad tą postacią. W jaki sposób myśleliście o niej pan, Andrzej, przed rozpoczęciem zdjęć? Czy to jest bardziej praca na intuicji, czy jednak również intelektualne rozważania? Jak to jest? Czy pan jest bardziej aktorem intuicyjnym, panie Zbyszku, czy bardziej pan główkuje?
[11:37.29 → 12:14.22] B: Tego się nie oddzieli. Naprawdę nie da się tak, żeby tylko na intuicję, bo ona może też zawieść, choć myślę, że jej w tym zawodzie najbardziej trzeba słuchać. Można sobie różne rzeczy nawymyślać. W ogóle film jest taką materią dziwną, że można go wykombinować z pozoru teoretycznie perfekcyjnie, do tego mieć fantastyczną ekipę, świetnego operatora, świetnych aktorów, świetnego montażystę, kompozytora, żeby w ogóle nie wymieniać wszystkich elementów i ludzi, którzy współtworzą film, a film może się po prostu nie udać z nieznanych powodów i również bywa odwrotnie. Popadłem w dygresję i zapomniałem.
[12:14.62 → 12:16.04] A: Jak pracowaliście nad postacią?
[12:16.06 → 13:31.87] B: Już mówię, tak. Tutaj jak zawsze trzeba było się oczywiście gdzieś tam intuicyjnie ukierunkować, ale jak to zazwyczaj bywa, w wypadku dobrze napisanych scenariuszy nie błąkamy się my aktorzy, jak mamy dobrze napisany scenariusz, dobrze napisaną rolę. Umiemy to czytać, tę partyturę słów i wiemy jak się w to wpasować. Mało tego, tak jak powiedziałem, mieliśmy Sposobność, co bardzo rzadko się zdarza w przypadku polskiego filmu, bo nie ma czasu zwyczajnie. Jesteśmy wszyscy pozajmowani w różnych innych miejscach i robimy sto rzeczy zamiast jednej. Byliśmy niezwykle dobrze przygotowani i na tych próbach Andrzej szalenie zwraca uwagę, zwłaszcza właśnie mnie, na to, o czym powiedziałem wcześniej już, żeby minimalizować środki wyrazu. Żadnych fajerwerków, żadnych fraz bogatych i intonacyjnie ubogacać tego naszego bohatera, nie. Właśnie w rodzaju hamulca ręcznego właściwie te dialogi tak się z użyciem tego hamulca posuwają, że pada kwestia, jest spora pauza, parę ładnych sekund i pada odpowiedź.
[13:32.50 → 13:43.39] A: Albo nawet cięcia montażowe są po drodze. Tam jest taka scena, kiedy Mała zadaje pytanie i to pytanie się powtarza dwu czy trzykrotnie i dopiero wtedy pada odpowiedź.
[13:43.70 → 14:57.71] B: Tak, jest coś takiego. No to już Andrzej to też w montażu pewnie zastosował. Więc pracowaliśmy głównie nad tym, żeby to było jak najprawdziwsze, żeby się spasować z Małą i z Rafałem. I ja, i Andrzej Mastalerz, i wszyscy, którzyśmy tam grali. I to była dosyć żmudna robota rzeczywiście. To też polegało na tym, żeby sobie zaufać wzajemnie, żeby się polubić zwyczajnie. I myślę, że jakoś Ola mnie polubiła i to ułatwiało kontakt. Ja jestem kibicem sportowym, uwielbiam piłkę nożną. Ola była wówczas w reprezentacji Polski nastolatek, mając te lat 11 i naprawdę dobrze tę piłkę kopała. Nie wiem, co teraz robi. Więc tu mieliśmy też jakieś pole porozumienia fajne poza poza tym, po co spotkaliśmy się tam w tych POL-ach tak naprawdę, więc to sprzyjało. To była praca nad tym. Ta cała robota w głowie odbywa się właściwie w sposób indywidualny, a reżyser jest od tego, żeby korygować na planie, czy przed planem, w trakcie prób, czy to nasze myślenie, czy to, w którą stronę zmierzamy, jest właściwe, czy nie. I Andrzej to naprawdę umiejętnie zrobił. I zrobił to, jak powiedziałem, jeszcze przed realizacją.
[14:58.07 → 15:49.52] A: Ja dopytam w tym miejscu o taką rzecz ogólniejszą. Padło słowo zaufanie. Myślę, że wy aktorzy jesteście w niezwykle trudnej sytuacji w gruncie rzeczy, zwłaszcza myślę o graniu w filmie. Musicie zaufać reżyserowi, komuś, kto tak naprawdę robi z waszą pracą coś, nad czym już kompletnie nie macie kontroli. Oczywiście jest scenariusz, ale zdarza się przecież, że decydujecie się grać, pan się decyduje grać w czymś, co wydaje się obiecujące, a potem się okazuje, że nie wychodzi z różnych powodów. Jest montaż, są zdjęcia, jest muzyka, jest dźwięk, jest mnóstwo elementów i właściwie musi Pan powierzyć trochę swoje życie na czas zdjęć w ręce kogoś, kto nie wiadomo co z tym zrobi. Jak to jest?
[15:49.60 → 18:17.30] B: To ryzyko za każdym razem jest w każdym filmie nowym, do którego się zawieramy. Ale myślę, że to też ryzyko jest kuszące. W ogóle element ryzyka w tym zawodzie jest stymulujący w gruncie rzeczy, a nie deprymujący. Pewnie wielu z nas uprawia ten zawód również z tego powodu. Jakoś tego ryzyka się nie boję. Być może, nie wiem, miałem też szczęście, albo może większość z tych rzeczy, które zrobiłem, to były, krótko mówiąc, trafne decyzje i nie pomnę, nie pamiętam naprawdę, przy dość bogatej jednak filmografii, żeby zdarzył mi się film, w którym nie odnalazłbym tego, co sobie założyłem, co sobie wymyśliłem, co sobie wypróbowałem. To się naświetliło, że tak powiem, zostało zmontowane, a wyszło coś zupełnie innego niż to, o co by mi szło. To jest również kwestia zaufania reżysera w stosunku do aktora, że czasem nie trzeba zbyt dużo gadać, że kogoś angażujemy. Czasem to oczy się nawet za bardzo jest tak, że jesteśmy zostawiani, zwłaszcza Ci aktorzy z tak zwanej górnej półki, weźmiemy, nie wiem, Bindę Zapasiewicza, kogoś tam. Jeszcze oni nam to zagrają. My też potrzebujemy tego, żeby nas prowadzić, delikatnie, ale jednak. Ale myślę, że też poprzez takie doświadczenia, chociażby, że jesteśmy zostawiani, sami umiemy sobie, mówiąc krótko, w ramach własnej roli siebie wyreżyserować. Nie chcę tu zanudzać Państwa, ale jeśli dostaję jakąś dużą rolę, to zawsze robię sobie, ponieważ jestem jeszcze wzrokowcem do tego, na kartce formatu A4 spisuję sobie po kolei sceny, żeby zobaczyć. Nazywam je sobie umownie, jak one wyglądają. Co mi służy do tego chociażby, żeby wiedzieć w którym momencie opowieści historii mój bohater się znajduje. Nigdy właściwie nie kręci się filmu chronologicznie, w związku z tym musimy przewidzieć, że tu jest, nie wiem, bohater akurat zmarła mu matka, dajmy na to, więc wiemy, że on już inaczej będzie działał w ramach tej sceny, czy od tego momentu niż to było przed. Nie zawsze reżyser o tym pamięta, zdając się na aktora. Musimy sami sobie to poukładać. I to daje nie gwarancję, ale dane po temu, żeby później, kiedy siedzimy na premierze, oglądamy ten film, nie zadziwić siebie, że, Chryste Panie, co ja grałem, a co ja tutaj widzę. Nie, nie. Coś takiego na szczęście i oby nigdy nie zdarzyło mi się jeszcze.
[18:17.86 → 18:25.88] A: Zapraszam. Proszę Państwa, proszę bardzo. Już idzie do Pana mikrofon.
[18:26.26 → 18:28.82] C: Również Zbyszek Ławniczak, radny miejski.
[18:28.96 → 18:29.78] B: Witam Pani Zbyszku.
[18:29.82 → 18:38.96] C: Witam Pani Zbyszku. Panie Zbyszku, ja jeszcze wrócę. Pan powiedział o Wielkiej Majówce, że film zapomniany, aczkolwiek my jesteśmy rówieśnikami. Ja bardzo dobrze pamiętam ten film.
[18:39.76 → 18:45.96] A: Przepraszam, ja się wtrącę. To poprzedni film tego reżysera był zapomniany, a Wielka Majówka myślę jest pamiętana.
[18:46.04 → 20:07.75] C: No bo to jest kultowy film. Ja to nie mam. Czy w tym momencie, bo pan też był nastolatkiem grając ten film, czy wracając do dzisiejszego obrazu, czy pan nie wracał gdzieś będąc przed kamerą do tamtego filmu, bo pan tutaj jest nauczycielem naszej bohaterki. I w tamtych realiach, bo to były realia PRL-u, teraz troszeczkę były inne, ale to też były realia PRL-u, bo ten mimo wszystko... Taki post PRL-owski. Tak, tak, właśnie. I te... Pan uczył przede wszystkim marzeń. Uczył, jak postrzegać świat. I pan wtedy też te marzenia chciał, jakby... To jest właśnie... Ja nie będę tego rozwijał, bo pan chyba rozumie, co mam na myśli. I nie wiem, czy te doświadczenia, bo pan jest uniwersalnym, wszechstronnym aktorem. Pan nigdy nie był zaszufladkowany w jakiejś roli. I to chyba daje Panu taką jakby głębię myślenia i głębie realizacji właśnie takich obrazów. I myślę, że tutaj bardzo dobre dialogi i taki spokój, bo to przede wszystkim chodzi o to, żeby widz myślał, żeby czuł, bo to jest najważniejsze. Tu nie jest film akcji, tu jest film taki, który daje dużo do myślenia i to chyba Tak chciałem przekazać. Ja nie wiem, czy właśnie to panu ułatwiało i ten powrót do tego nastolatka Zbyszka Zamochowskiego.
[20:08.93 → 23:01.76] B: Bardzo dziękuję za naprawdę miłe słowa. Dzięki. Może zacznę od tego, że jednak będę się odżegnywał od tego, że to ja, bo jednak my, jednak gramy. To jest postać. Tam w Wielkiej Młodzieżce to był Rysiek, który ma jakieś marzenia, a tutaj był Jasiek. i zawsze będę próbował dla siebie samego, ale też i Państwu to radzę, żeby oddzielać osobę aktora od postaci, którą się gra, bo czasem to się niepotrzebnie unifikuje. Natomiast powiem szczerze, że robiąc mrużoczy w ogóle nie myślałem o majówce. Oczywiście, że każdy z nas korzysta w każdym zawodzie ze swoich doświadczeń i bagażu, który gdzieś tam nosi ze sobą. z poprzednich prac, ale tej paraleli nie znalazłem. Fajnie, że pan to tak czyta. Pewnie suma różnych doświadczeń powoduje, że może przy kolejnej roli jest nam łatwiej już coś ogarnąć. Nie wiem, jak się zrobiło 100 filmów, no to już trochę z grubsza się wie, jak się te filmy robi. Aczkolwiek każdy następny naprawdę jest filmem nowym i nie zawsze to doświadczenie gdzieś tam się przydaje. Znaczy nie daje na pewno gwarancji, że zrobimy coś znów dobrze. Trzeba jak zawsze się wyresetować i robić od początku. Natomiast rzeczywiście Majówka była dla mnie czymś szczególnym, ponieważ był to mój pierwszy film, ponieważ nie byłem aktorem zawodowym, ponieważ prawdę powiedziawszy nie miałem jeszcze takiego sprecyzowanego pomysłu na życie, że będę aktorem. Raczej myślałem o sobie, że będę muzykiem, piosenkarzem, Ta mała propozycja zagrania w filmie pojawiła się w ten sposób, że w roku 1980 wystąpiłem w Opolu w debiutach, to transmitowała telewizja i reżyser właśnie Krzysztof Rogulski gdzieś wypatrzył mnie tam na ekranie i przysłał mi zaproszenie na próbne zdjęcia, dziś casting, które wypadły dla mnie pomyślnie i dopiero po zrobieniu tego filmu zdecydowałem się zdawać do szkoły filmowej z powodzeniem, jak się okazało. Także to było zupełnie inne doświadczenie. Ja tam byłem, właściwie grałem jeden do jeden tego bohatera. Sam byłem chłopcem z prowincji, z małego miasteczka, z Brzezin koło Łodzi, który się wyrwał z tego miasta i nagle trafił do Warszawy. I nie było trudno tak naprawdę przełożyć tego, co się dzieje w moim życiu prywatnie, na to, co prezentował bohater Rysio. No tu trochę inaczej, bo rzeczywiście stałem jakby po tej drugiej stronie Byłem nauczycielem literalnie i pewnie też gdzieś tam metaforycznie dla tej małej. Nie tylko jako postać, ale również pewnie jako aktor, bo przecież musieliśmy sobie sami tam pomagać nawzajem. No to tyle na ten temat. Dzięki.
[23:02.70 → 23:04.46] A: Zapraszam. Kto z Państwa ma ochotę?
[23:07.02 → 23:11.02] B: Na balkony możemy rzucać mikrofon też w razie czego. Przepraszam.
[23:18.83 → 24:00.40] D: Dzień dobry, Adam Szyszkowski. Ja mam takie pytanie, czy tytuł Zmruż oczy pojawił się już od początku w scenariuszu, czy pojawił się później? Drugie pytanie, czy były eksperymenty nad mrużeniem oczu w gronie z tymi małymi aktorami, z którymi trzeba, tak jak pan mówił, no nie zawsze grać, tylko też czasami wyjaśniać. W końcu było, nie było dosyć poważne tematy dotyczące pojęcia czasoprzestrzeni i tak dalej. A trzecia rzecz to tak, jakby Pan zmrużył oczy dziś i spojrzał na ten film, czy jakaś scena jest aktorsko, ale też i życiowo szczególnie istotna dla Pana.
[24:00.98 → 24:11.16] B: Spróbuję po kolei. Film rzeczywiście nie miał pierwotnie tytułu Roboczo Zmruż Oczy. Nazywał się Sztuka Latania.
[24:12.65 → 24:25.59] A: I nie mógł ten tytuł zostać, ponieważ taki film zrobił Sławomir Idziak. Parę lat wcześniej telewizyjny i ekipa uznała, że jednak bez sensu, żeby się tytuły dublowały.
[24:26.11 → 25:50.83] B: Tak, w ramach jednego kraju, bo teraz mamy spektakularny przypadek dwóch miłości, Hanekego i Fabickiego. W związku z tym ten tytuł się jakby oddalił, a Zmruż oczy powstało już po nakręceniu. i absolutnie wywodzi się z tej sceny przedostatniej w filmie kluczowej moim zdaniem. Co do wyjaśniania młodym aktorom jakby backgroundu tej sceny i znaczenia, nie zawsze trzeba robić takie takie pranie mózgu młodemu człowiekowi zwłaszcza, żeby koniecznie wiedział o czym mówimy. Ola nie potrzebowała takich wyjaśnień. Raczej sytuacja, w której próbowała to zrozumieć, a nie zrozumiała, była nawet lepsza, zdaje się, i dla tej sceny, i dla całego filmu. Zresztą to bardzo piękny fragment mówiący o czasoprzestrzeni. Jak mówią, można pojmować czym jest czas przeszły, czym jest czas przyszły. Zresztą pięknie wymyślony i zrealizowany z tymi końmi, przedmiotami, muchami rzekomymi i tak dalej, i tak dalej. Tam raczej dbaliśmy o to, żeby to też jak cały ten film wiarygodnie po prostu zabrzmiało, a cała reszta ma się w Państwa głowach dziać i każdy na swój sposób pewnie ma to rozumieć. A trzecie, że tak powiem pytanie było?
[25:50.87 → 26:09.58] D: W tym filmie. Czy jest taka scena, która jest najistotniejsza tak i aktorsko, zawodowo, ale też i życiowo, jeśli chodzi o przesłanie filmu?
[26:11.28 → 28:23.99] B: No tak mnie pan wyrwał do odpowiedzi z tą sceną, tak próbowałem sobie jakąś przypomnieć, ale nie, nie ma, nie pamiętam takiej jednej, która by mi tak zapadła. Bywają takie sceny w filmach z takich czy innych powodów, czasami zupełnie błahych i banalnych. Ale powiem panu, że ten obraz, który państwo przed chwilą mieli, I w jedną i w drugą stronę obraz tego starego PGR-u mam zapisany absolutnie i naświetlony na siatce pamięci w sposób trwały zdecydowanie. Dlatego, że myśmy w podobnym rytmie ten film też realizowali i często te przerwy, a głównie realizacja filmu składa się z przerw, głównie one też się odbywały mniej więcej w takim rytmie i w takim świetle i w takim unosiły się sosie, jak cała narracja tego filmu. Myśmy naprawdę tam sobie leniwie przesiadywali na tych fotelach starych, zdezelowanych. Operatorzy przynosili kamery, światło, nieśpiesznie, bo nie mieliśmy żadnych obostrzeń czasowych. To wszystko było świetnie wymyślone, rozpisane produkcyjnie. Tak jak powiedziałem, aura nie płatała nam figli, co by nam mogło opóźnić przecież te zdjęcia. I ten obraz pamiętam, że tak sobie siedzę albo pod tym daszkiem, o który bębni dach i widzę ten pejzaż cudny taki pofałdowany, albo w drugą stronę, kiedy siedziałem sobie pod tym słupem, który naprawdę tak się ruszał na wszystkie strony i widziałem ten dość jednak, co tu dużo mówić, niezbyt urodziwy budynek, ale jednak on w tym słońcu i w tym miejscu w ogóle był jakiś taki szczególny. Mogę powiedzieć o jednej scenie, scenie burzy. To było też zupełnie nieprawdopodobne, bo tam nie ma żadnego komputera, niczego takiego. Myśmy scenę burzy nakręcili w burze. Jak mieliśmy scenę burzy kręcić, przyszła burza. Zresztą dość to było niebezpieczne w pewnym momencie, bo ta burza naprawdę się zbliżała, mała siedziała na tym drzewie, a z tego co pamiętam, to rzeczywiście było jedyne i największe drzewo w okolicy, więc troszkęśmy się martwili, że ta burza może zbyt literalnie nas potraktować i się przyłożyć do... do filmu, więc szybko kręciliśmy to i udało nam się i te pioruny, i to wszystko w realu tak zwanym, jeden do jeden nakręcić.
[28:26.11 → 28:29.89] A: Ale jednak magia była nie tylko na ekranie, również na planie.
[28:30.93 → 29:19.16] B: Tak, zdarza się, naprawdę zdarza się rzadko, bo rzadko, może dobrze, że rzadko, bo gdyby tak się zdarzała co dzień, to byłaby powszednia i pewnie straciłaby na wartości, ale tak, ten film był absolutnie magiczny. Andrzej myślę, że w ogóle umie stwarzać taką magię i tworzyć taki klimat, bo przecież nie grałem ani w sztuczkach, ani w Imagine, ale oba te filmy obejrzałem zachwycony tym, co widziałem. Mam różne refleksje, zwłaszcza wobec tego ostatniego filmu. Niemniej on też jakby wessał do środka. Nie wiem, czy państwo widzieli, czy dotarło Imagine tutaj. Jeśli nie, to dotarło. Gorąco polecam tym, którzy tego obejrzeli. Ja też. Tak, naprawdę warto. No to ono tak właśnie brzmi. Tak, absolutnie jestem zachwycony.
[29:20.00 → 29:25.32] A: Ja jestem zachwycona również, a widziałam film trzy razy. Właśnie teraz na premierze.
[29:25.34 → 29:25.94] B: Imagin, tak?
[29:26.02 → 29:45.09] A: Tak, widziałam na Kamei Mash, potem na pokazie prasowym i na premierze. I za każdym razem coraz bardziej mi się podoba. Także namawiam też Państwa do nie odpadania po pierwszym oglądzie. Czasami, zwłaszcza filma Andrzeja, jakoś tak ujawniają swoje drugie dna przy kolejnym obejrzeniu.
[29:45.63 → 29:49.97] B: Oraz do maksymalnie próby obejrzenia tych filmów w kinach.
[29:50.27 → 29:50.55] A: Tak, zdecydowanie.
[29:50.55 → 30:07.99] B: Z dobrym dźwiękiem, bo ja mam niestety pierwszą projekcję, ale to na pewno nie jest ostatnia, właśnie niestety na małym ekraniku i już nie mogę się doczekać, kiedy pójdę do kina i wysłyszę ten cały świat dźwięków, bo to jest rzecz o ludziach niewidomych i dźwięk tam ma niezwykłe zupełnie zadanie.
[30:08.69 → 30:52.54] A: No tutaj niestety Państwo oglądali zmruszoczy z kopii cyfrowej i no to nie jest najlepsza kopia. Także musicie mi raczej uwierzyć na słowo, że te zdjęcia są rzeczywiście piękne. Ten film był robiony na 35, na 35 milimetrach i naprawdę były, było to fascynujące. Cyfra nie oddaje tego w takim stopniu. No ale co zrobić. Zapraszam. Kto ma ochotę się włączyć do dyskusji? Może Balkon, proszę. Nic się nie stało,
[30:56.22 → 33:54.55] B: proszę mi wierzyć, aczkolwiek byliśmy jak zawsze w takich razach trochę w stanie podwyższonej uwagi. Bo tak naprawdę nigdy nie wiadomo, co się może zdarzyć, ale przygotowani byliśmy perfekty. Tam pamiętam ten dzień też dość dobrze, bo tak się złożyło, że akurat mój ukochany reżyser teatralny Jerzy Grzegorzewski zaprosił mnie, nie znosząc słowa, że nie, że mu się odmawia na pierwszą próbę czytaną do Warszawy, do Teatru Narodowego, na próbę Szekspira, któregoś, Snu Nocy Letniej. i musiałem raniutko pojechać na tę próbę, odbyć tę próbę i szybko wracać, więc mieliśmy nie cały dzień na nakręcenie, tak jak pierwotnie to było planowane, tylko pół dnia i musieliśmy się w te pół dnia wyrobić, ale wiem, że Małgosię pan pirotechnik przygotowywał dosyć wnikliwie, żeby już nie zdradzać wszystkich tajemnic filmowych, ale Małgosia była odziana w taką drugą pod spodem sukienkę z azbestu, także tam się nic nie mogło zdarzyć. Cała sprawa jest rzeczą montażu, robi się tych ujęć trochę więcej, tych sukienek było kilka, ale też nam fajnie wszystko sprzyjało, bo jedna z nich właśnie tak się spaliła i tak cudnie Małgosia wyciągnęła z tego, pamiętam, kotła tę sukienkę i w akcie desperacji założyła ją na siebie, mimo że ona wyjęta z tego kotła nie miała góry, dołu, boków i tak dalej. Ona i tak perfekcyjnie założyła na siebie to, co zostało z tej sukni. To nie było przepróbowane i to zostało potem w filmie. Takie sceny też elektryzują, mobilizują całą ekipę, bo jak mówię, no nie wiadomo tak naprawdę co się stanie, w którą stronę ten ogień naprawdę się uda. Tam jeszcze mieliśmy orłady, to też państwo zauważyli, to też było niesamowite, bo to była orlica olbrzymia, tego nawet na filmie tak aż nie widać, ale ja pamiętam, że jak tam próbowaliśmy się z nią zaprzyjaźnić bez rezultatu i ona zdaje się dała nam do zrozumienia, że niekoniecznie chce z nami się zaprzyjaźnić, to rozłożywszy te skrzydła razem z Andrzejem Astalerzem, no wialiśmy w te pędy, bo to jakieś straszliwie wielkie zwierzę było. Też nam pomogło, dlatego że ta scena z tą bańką nie była łatwa do nakręcenia. Oczywiście bańka była spreparowana, była plastikowa, żeby nie męczyć ptaszyska, ale na dobrą sprawę wszyscy z panem trenerem, który nam dowiózł owego ptaka, nie wiedzieliśmy, czy kiedy ona wyfrunie, w tych pejzażach suwalskich, czy tak naprawdę wróci je. A jeśli wróci, to kiedy? Ale była naprawdę zawodową aktorką i było tych dubli kilka i zawsze wracała i na czas i w określone miejsce. Także to też pamiętam bardzo dobrze.
[33:55.27 → 33:57.25] A: Nie dość, że dzieci, to jeszcze zwierzęta na planie.
[33:57.25 → 34:16.56] B: No właśnie, to w ogóle jest. Tak, to jest nasza zmora, w cudzysłowie oczywiście, aktorska, granie ze zwierzętami lub dziećmi, zwłaszcza na scenie, bo w filmie to jeszcze jakoś lepiej, ale na scenie żaden zawodowy aktor nie ma szans przy dziecku i przy jakimkolwiek żywym stworzeniu, proszę mi wierzyć.
[34:17.64 → 34:44.22] A: Zapraszam, proszę Państwa. Ja jeszcze a propos tych rozważań o zawartości filozoficznej, tutaj pan o czasoprzestrzeni, ja tylko dodam, że Andrzej Jakimowski jest absolwentem filozofii na Uniwersytecie Warszawskim, co też trochę wyjaśnia. to ja zapytam jeszcze taką prywatę tutaj załatwię sobie.
[34:44.91 → 34:46.82] B: Proszę bardzo, niech państwo nie słuchają teraz.
[34:46.95 → 35:12.01] A: Nie, nie, państwo mogą słuchać, bo państwo też mam nadzieję są po części dopuszczeni do tej prywaty, ponieważ ja tutaj parę miesięcy temu pokazywałam ucieczkę z kina Wolność, był Wojtek Marczewski i chciałam spytać, czy to być może to pana bardziej, czy Wojtka, czy w scenariuszu było, bo mówiliśmy o tym, jak aktorzy sobie radzą w ramach zadanych rzeczy.
[35:13.99 → 35:20.24] B: Pyta mnie Pani konkretnie, jak sobie radziłem w roli pomocnika cenzora w ucieczce?
[35:20.39 → 35:20.41] E: Nie, Pytam nie, o nie.
[35:20.41 → 35:57.32] A: ten cudowny, o to, ten cudowną taką, takie zakończenie frazy, takie tam pada, być może, bohater, który jest, nie wiem, Państwo, nie wszyscy, być może, być może widzieli ten film. Pan Zbyszek gra tam asystenta cenzora, którego kreuje Janusz Gajos i ów asystent w chwilach stresu, a jest zestresowany nieustannie, powtarza być może, na co Gajos w końcu reaguje już agresją, zabraniając mu wygłaszania tego zdania. To było cudowne i to zbudowało właściwie całą tę postać, która jest, wydawałoby się, drugoplanowa, a niezwykle wyrazista.
[35:59.54 → 38:55.89] B: To zawsze jest suma różnych rzeczy. Znów powtórzę, przede wszystkim scenariusza świetnie napisanego i wyrazistych postaci, które już na etapie tekstu są wyraziste i jasne dla aktora. Dwa, zawsze, zawsze, no nie zawsze się to udaje, ale zawsze trzeba próbować w wypadku grania epizodów czy drugoplanowych nie jest od rzeczy znaleźć sobie jakąś charakterystyczność danej postaci, jakąś cechę, którą się zapamiętuje i to się sprawdza. I to była wypadkowa pomysła, o ile pamiętam, Wojtka i mnie. Wojtek wymyślił na pewno być może, a razem wymyśliliśmy to, że nie tylko mówi nasz bohater być może, ale również chrypnie w momentach stresujących i ma w ogóle kłopoty z wypowiadaniem różnych rzeczy, w czym pomaga mu aktorka z ekranu, Teresa Marczewska, żona prywatnie. Wojtka Marczewskiego w scenie, kiedy próbuje go nauczyć poprawnie wymawiać słowo płaszcz. Zresztą bardzo zabawne i myślę. Także to, a potem to trzeba po prostu się skupić jakoś w miarę, najlepiej jak się umie zagrać, wykonać. Jak to się dzieje, to naprawdę trudno mi Państwu powiedzieć. No czasem pewne założenia się sprawdzają, czasem nie. W tym wypadku się sprawdziły, w tym wypadku poszło to świetnie. Ja te role wspominam niezwykle ciepło, bo nie chcę się tam specjalnie chwalić, choć czemu nie, bo to akurat była pierwsza taka moja wielka zawodowa nagroda. Za tę rolę zostałem nominowany do Europejskiej Nagrody Filmowej, co z kolei automatycznie wpisało mnie w poczet członków Europejskiej Akademii Filmowej, której jestem do tej pory. A co z kolei skutkuje tak i dlatego również o tym mówię, że co roku dostaję cały pakiet filmów do oceniania, głosowania i mam sposobność zaglądania do tych filmów. Rzadko udaje mi się parę chociażby obejrzeć, bo nie ma czasu, ale jednak jestem dość tam na bieżąco z tym i pamiętam była ceremonia wręczania tych nagród w Berlinie. Nie dostałem tej nagrody, dostał aktor włoski, ale to już było dla mnie naprawdę wielkie przeżycie. Nie mówiąc o tym, że grałem z idolem swojego dzieciństwa, czyli wspomnianym przez panią Januszem Gajosem, to było zupełnie nieprawdopodobne dla mnie zdarzenie grać już jako zawodowy aktor z kimś, kto towarzyszył mi przez tyle, tyle lat i był na wyciągnięcie ręki. Mało tego, na tych samych prawach. i też dotyczyły go wszelkie lęki, że tak powiem, miny, które zawsze towarzyszą graniu roli czy robieniu filmów. Zazwyczaj Państwo pewnie, zazwyczaj mówię, mogą myśleć, że aktor tej klasy, co Gajos, czy kogo by tam nie wymienić, z definicji wie co, jak, którędy, kiedy, jaki klawisz nacisnąć.
[38:55.91 → 38:57.28] A: Tej klasy, co Zamachowski.
[38:59.01 → 40:36.14] B: żeby siebie już tu nie wymieniać, ale tak nie jest. Zawsze trzeba od początku robić. Zresztą granie z debiutantem, a ja praktycznie byłem wtedy debiutantem, miałem już tam parę tytułów, ale niewielkich, poza Majówką, w swoim dorobku, na swoim koncie, też jest trudne, bo albo może się trafić ktoś, kto czegoś nie umie, albo wręcz przeciwnie, bardzo mocna jakaś taka osobowość i trzeba to jakoś umiejętnie gdzieś tam zgrać. Trzeba takim młodemu człowiekowi uświadomić, co ja staram się czynić, będąc wykładowcą w Akademii Teatralnej w Krakowie, że aktorstwo, zwłaszcza właśnie też w filmie, ale i w teatrze przede wszystkim chyba jednak, nie jest pojedynkiem dwóch aktorów. My jesteśmy tu partnerami. My gramy w tej samej drużynie, a nie po przeciwnej stronie siatki. W związku z tym dogadanie się i takie wyczucie wzajemne jest szalenie ważne. Słuchanie siebie nawzajem. I z Januszem się po prostu fenomenalnie gra, dlatego że on jest takim genialnym instrumentem, czułym instrumentem. Jeśli mu się powie coś inaczej na drugim ujęciu niż to było wcześniej albo na próbie, to on to natychmiast usłyszy i adekwatnie odpowie. Są aktorzy, którzy grają właściwie sami ze sobą. Mają wszystko wymyślone, ułożone i niezależnie od tego jak gra partner, partnerka, to tak jak to się mówi, idą po swoje. To rzadko się niestety sprawdza. A tutaj z Januszem to była sama przyjemność, taka podróż przez film z wieloma partnerkami i partnerami, z którymi potem, czy przedtem udało mi się pracować.
[40:36.68 → 40:58.63] A: Jak to jest uczyć młodych ludzi? W tym filmie pan też uczy nie tylko młodych. Pan jest takim przewodnikiem, mediatorem. właściwie pozwala Pan jakoś tym ludziom dojrzeć. Pańska postać. A jak to jest w zetknięciu ze studentami, którzy są myślę też w takim interesującym wieku, kiedy wszystko wie się najlepiej z jednej strony, a z drugiej strony nie wie się niczego?
[41:00.49 → 44:49.97] B: Tak, to jest ciekawe. Ja od wielu lat uczę w Akademii Teatralnej w Warszawie przedmiotu piosenka aktorska, bo szalenie to lubię i tu się spełniam też od wielu, wielu lat. Przede wszystkim to jest ciekawe, naprawdę. Gdzieś, nawet nie potrafiłbym Państwu teraz powiedzieć precyzyjnie z jakiego powodu, ale to jest jak uzupełnienie tego, co robię na co dzień. Kontakt z tymi młodymi ludźmi i pewien przymus nazywania pewnych rzeczy, analizowania pewnych rzeczy, na ich potrzeba, jednocześnie ja sam zmuszam siebie do tego, żeby coś zrozumieć w tym zawodzie, jak coś się robi i jeszcze do tego być komunikatywnym, spróbować im to przekazać. Na szczęście młodzi ludzie akurat w szkołach teatralnych są jakby z definicji wyposażeni w coś w rodzaju atencji do mistrzów, czyli do swoich pedagogów, bo w większości tak ich traktują. więc o czymś takim jak temperowanie, jakiegoś wymądrzania się raczej nie ma mowy. Oni jednak tak przychodzą i są dość pokorni wobec tego co robimy, ale też bardzo szybko weryfikują to co my robimy i to jak robimy. Jeśli się ma gorszy dzień, jeśli się właśnie te zajęcia, a bywa tak jak ze wszystkim, gdzieś te zajęcia odbywają tak, że mamy tak zwany pusty przelot i właściwie przez te 3-4 godziny niewiele udaje się mnie z siebie jako pedagoga, jako tego przewodnika niejako wydobyć, to oni doskonale też to wiedzą i widzę to po spojrzeniach, po różnych takich półsłówkach, to fantastycznie i to fajnie się polaryzuje, to jest świetna relacja. Mam takie poczucie chyba nie do końca, myślę, że prawdziwe, że gdzieś ja z nich dużo czerpię. z tego świata, w którym oni żyją, tego współczesnego, którego ja mogę już nie czytać. Łatwiej jest mi trochę się z tym światem kontaktować, bo jak każdy człowiek, który gdzieś tam w leciek się, że tak powiem, posuwa, co tu dużo mówić, jestem już po pięćdziesiące, ten kontakt z tym światem realnym mam w jakiś sposób utrudniony, bo częściej wchodzę w stare buty, w swoje bambosze i wolę usiąść w jakimś fotelu i pomyśleć sobie, po swojemu i słuchać swojej muzyki, czy czytać swoich książek, czy oglądać nawet stare filmy niż wchodzić w to nowe. Oni mnie do tego niejako również zmuszają, więc ten kontakt jest fajny, a ode mnie też dostają myślę dużo, bo to się choćby objawia w ten sposób, już pomijam jakby samo meritum sprawy, że komunikujemy się zawodowo. Jeśli ja mam jakieś odniesienie do, nie wiem, filmu, przede wszystkim filmu, bo filmy są dostępne już do teatru, niestety nie, bo mogę im mówić o Łomnickim czy o Walczewskim, oni tak mają otwarte buzie i owszem znają te nazwiska, ale żeby coś bliżej, to niekoniecznie. Natomiast ja im zadaję filmy, jeżeli mówię na przykład, o, to było jak z Feliniego, Felini, widzieliście ten film? No nawet 7-8 osób, które zazwyczaj ma w grupie, jedna może widziała, dwie, reszta słyszała, więc mają zadane, mają na za tydzień ten film mieć obejrzany, żebyśmy mogli wiedzieli w czym robimy, jakim językiem się posługujemy i często zwrotnie dostaje informacje, że o Jezu, jaki to był fajny film, jakie świetne kino. Oni o tym po prostu zwyczajnie nie wiedzą, dla nich to już jest jakaś prehistoria. Czasem się zdarza, że ta prehistoria też jest im w stanie w czymś tam pomóc, coś otworzyć, bo ten zawód też polega na tym, że my gdzieś sami musimy się uwrażliwiać ciągle na różne rzeczy i być otwarci. Ale się wymądrzyłem.
[44:51.31 → 45:18.91] A: Proszę Państwa, jeszcze szansa na werbalizację różnych, nie do końca być może... Wspominał Pan o Januszu Gajosie, a może ma Pan autorytet zagraniczny? Kto jest dla Pana mistrzem niedoścignionym, na kim chciałby się Pan wzorować? Czy ma Pan takie aktorskie autorytety?
[45:21.11 → 49:30.39] B: Oczywiście, że mam, natomiast tak sobie pomyślałem, że przyszło mi to teraz do głowy, że mistrzowie nie powinni być niedoścignieni, powinni być do doścignięcia. Choćby ciężko byłoby ich doścignąć, bo to wtedy stwarza jakiś progres. Tak jak ja mówię swoim dzieciom, że naprawdę muszą robić wszystko, żeby być lepsi w różnych rzeczach od swojego ojca, od swoich rodziców, bo tylko wtedy jest jakiś tam postęp. Zatem myślę, że nawet jeśli mamy i ja oczywiście mam zaraz opowiem o paru takich mistrzów, to ja chciałbym ich bardzo dogonić. Co jest trudne. Moim mistrzem takim w teatrze był i jest, choć już jest nieobecny, był Jerzy Grzegorzewski wielki twórca teatralny, który mnie zaangażował do teatru jeszcze, kiedy byłem na czwartym roku w Szkole Teatralnej w Łodzi. I z jemu zawdzięczam właściwie wszystko, jeśli chodzi o kształtowanie gustu, smaku, o wybory pewne, których dokonywałem i dokonuję z nim w tle ciągle. On mnie nauczył tego teatru, w którym grałem i gdzieś ten teatr we mnie jest i staram się gdzieś to dalej przenieść. Mistrzem niedoścignionym aktorstwa jest dla mnie Marek Walczewski, też już nieobecny. Wielki aktor, naprawdę nieprawdopodobny zupełnie. Długo mógłbym o nim opowiadać, więc ograniczę się tylko do wymienienia go. Ale też na przykład spotkany jeszcze w szkole teatralnej, przez długi czas spotykaliśmy się na scenie, Zenek Laskowik. Parę tych rzeczy, tych elementów mi się pięknie złożyło do kupy, że tak powiem. Teatr Grzegorzewskiego, Grzb Walczewski jako fenomenalne medium tego, pierwszego oraz Laskowi, który jakby uzupełniał tę konstelację ludzką. Bo ja też pracuję na estradzie, przecież wyszedłem od estrady i ciągle jestem na niej, nie unikam jej. I Zenek nauczył mnie wielu fantastycznych rzeczy, które wykorzystuję do dzisiaj bezwzględnie, że tak powiem. Natomiast jeśli chodzi o mistrzów tego zawodu gdzieś spoza naszego obszaru, no to jest tych aktorów całe mnóstwo. Oczywiście to są aktorzy już nawet nie z mojego pokolenia, ale jeszcze starsi, ale oni mnie kształtowali. To jest Dustin Hoffman, to jest Robert De Niro, Gene Hackman, to jest Al Pacino. To jest to pokolenie aktorów ze starej szkoły Lisztrasberga. Rzeczywiście niedoścignionych w taki czy inny sposób. Natomiast ja się też jakby na nich i od nich uczyłem. Kiedy będąc na pierwszym roku szkoły filmowej właśnie w Łodzi mieliśmy jakiś cudem pokaz przedpremierowy filmu Wściekły Byk z De Niro w roli głównej. Tym, którzy nie widzieli polecam bardzo. No to ja pamiętam, że do tego stopnia byłem przejęty. tym, co i jak zrobił. Zresztą oczywiście dostał Oscara za to, że przez chwilę taka myśl, jak to właśnie w głowie młodego człowieka bywa, bo to jest albo czarne, albo białe, albo tak, albo nie i nie ma nic po środku, że nie, to ja rezygnuję w ogóle z tego zawodu. Jak on tak gra, to co ja, co ja, to będę się wygłupiał i robił jakieś elementarne zadania aktorskie, bo coś takiego istnieje. Na pierwszym roku, kiedy człowiek bez użycia mowy, że tak powiem, musi na przykład nawlec rzekomą nitkę, igłę, przyszyć guzik albo takie stricte pantomimiczne rzeczy robić, a tu facet po prostu wymiata tak, że głowa boli. Także te różne doświadczenia gdzieś mi się zsumowały. No Jack Nicholson, znaczy była wyrwa, gdybym go nie wymienił. Jego z kolei po raz pierwszy zobaczyłem gdzieś w kinie, mając niecałe 18 lat, w locie nad kukułczym gniazdem. I to było porażające zupełnie, zresztą do tej pory jest. No to tyle o mistrzach.
[49:32.07 → 49:33.66] A: Zapraszam.
[49:36.91 → 50:09.62] B: Dzień dobry. Ja chciałem się zapytać, czy oglądając, gdy ogląda pan siebie na ekranie, czuje pan pewien niedosyt, że mógł pan coś zagrać lepiej, coś zmienić? I takie drugie też prywatne trochę pytanie, czy mógłby mi pan poświęcić minutkę dosłownie po rozmowie? Bo miałbym do pana pewną prośbę. w miarę możliwości oraz w zakresie minuty, o której Pan mówił, tak. Pierwsze pytanie, bo mnie Pan tak zbił z tą minutką.
[50:10.34 → 50:11.04] A: O niedosyt.
[50:11.38 → 52:10.18] B: O niedosyt, kiedy oglądam siebie na ekranie. Już Panu mówię, choć może to pozornie o mnie nie najlepiej świadczy, nie miewałem jakichś głębokich niedosytów oraz rozczarowań własną robotą. Czy to wynika z tego, że nie umiem jakby dostrzec błędów? Dostrzegam je oczywiście, ale nigdy w takim wymiarze, że myślę sobie, Chryste Panie, teraz to wiem, jakby to zagrać albo bym to zagrał inaczej. Po pierwsze wiem, że już tego nie zagram inaczej, bo w teatrze mogę i robię to i wszyscy to stosujemy. Rola ewoluuje, to jak jest to zagrane na premierze, a na setnym przedstawieniu, jeśli się doczeka takiego numerku, to są to zupełnie dwie różne rzeczy, tam można dopracowywać. Na ekranie już niczego nie zmienię, więc nie ma co tutaj gdybać. Raczej mam na premierach, czy na takich pokazach, kiedy pierwszy raz widzę to, co zrobiłem, fantastyczną taką właśnie też emocję i dreszczyk, co mi się udało, a co mi się może mniej udało. Co z tej kalkulacji i z tych pucli, o których Państwu mówiłem, składanych nie po kolei, widać moim zdaniem na ekranie, a co nie widać. To jest wiedza, którą tylko ja posiadam i rzadko się nią z kimkolwiek dzielę. I wychodzi mi na to, że w tych parudziesięciu filmach, które zrobiłem, Raczej udało mi się zrobić to, co założyłem. W związku z tym mam, jakkolwiek powtarzam o mnie to świadczy, przyjemność z oglądania własnych filmów. Mam taką typu przyjemność, że można się cieszyć własną robotą, bo po cóż byłoby robić coś i za każdym razem tak jęczeć, że o Jezu, źle znowu albo w następnym filmie będzie lepiej. Nie, mam radość, z wykonywanego zawodu, która również objawia się tym, że nie odrzuca mnie, kiedy widzę Zamachowskiego na ekranie. Bardzo Pani dziękuję.
[52:11.95 → 52:12.68] A: Zapraszam.
[52:17.07 → 52:19.97] F: To może ja już dobry wieczór powiem.
[52:20.66 → 52:21.18] B: Dobry wieczór.
[52:21.53 → 52:25.47] F: Chciałem się spytać o Pańską rolę w filmie Zawróconych.
[52:26.51 → 52:28.01] B: A już się bałem, że nikt o to nie zapytał.
[52:28.65 → 52:37.27] F: No powiem szczerze, że to jest chyba mój ulubiony film. Tutaj grę pana bym nawet do Bogumiła Kobieli porównywał w Zezowatym Szczęściu.
[52:37.45 → 52:37.89] B: Bardzo dziękuję.
[52:37.89 → 53:16.10] F: Wydaje mi się, że to jest, tematyka jest porównywalna. Też tutaj mamy głównego bohatera w tryb historii, prawda, na siłę wtłoczonego, a równocześnie, no, Pięknie film pokazuje ten okres naszej historii, z jednej strony z takiego punktu widzenia troszeczkę trąco, można by powiedzieć z natury rzeczy tragifalsa, pokazanie losów bohatera, a z drugiej strony wydaje mi się bardzo przemawiająca do widza współczesnego.
[53:18.42 → 56:13.33] B: No cóż, mogę tylko podziękować Panu jeszcze raz, że ten tytuł Pan wymienił, bo, i to wielokrotnie już mówiłem o tym, będąc pytany o swoje ulubione role własne, które zagrałem, na pierwszym miejscu wymieniam właśnie Zawróconego i rolę w Zawróconym. Z powodów, o których zresztą Pan wspomniał, to niezwykły film, film, który z założenia miał być małym, kameralnym, krótkim filmem i myślę, że dla Kazia Kuca, reżysera tego filmu, czymś w rodzaju odreagowania po dość traumatycznej pracy nad śmiercią jak kromka chleba. Scenariusz też napisany dla mnie i udało nam się z Kazimierzem, tak jak pan mówi, zrobić tragi farsę. Nie wiem czy to było w założeniu, pewnie było ze strony Kazia, ale ja szczerze się przyznam, że na etapie scenariusza tego tak nie odczytałem, bo zresztą scenariusz miał dwadzieścia kilka stron. Dialogu tam prawie nie było. Dużo się dzieje. To był telewizyjny, jest telewizyjny film. nie wyświetlany w kinach, ale i tak zdobył sporo nagród na festiwalach filmowych, sensu stricte. A ja bardzo lubię tę rolę właśnie dlatego, że spektrum, że tak powiem, środków waktorskich, już tak o tym powiedzmy, od tych komicznych po tragiczne, jest naprawdę szerokie. Kazio Kutz, pamiętam, kiedy zaczynaliśmy to kręcić, cały czas miałem wrażenie, że pcha mnie w jakąś stronę zbyt ostrą. Kamera różne rzeczy znosi, ale nie znosi przesady. I że to już jest na granicy przynajmniej. Iż było rzeczywiście na granicy. Ale myślę, że nigdy tej granicy nie przekroczyło. I kiedy rzeczywiście zobaczyłem ten film zmontowany, tę scenę ucieczki, taką, która trwa prawie 7 minut, kiedy bohater jest goniony przez trzech zomowców, po dwórkach katowickich i ląduję w końcu na takim małym cmentarzu żydowskim, chowając się pod ściółkę, pod jakiś taki bluszcz, to byłem rzeczywiście wstrząśnięty tym, że udała nam się fantastyczna, tragikomedia, mówiąca o bardzo konkretnym, wcale niełatwym czasie, w taki sposób, że można się z tego szczerze i zdrowo pośmiać, a jednocześnie bardzo refleksyjne to było i takie głęboko ludzkiej, że taką czaplinowską rolę, jak rzeczywiście pewnie porównywalną w tym sensie przynajmniej do tego, co zrobił Kobiela w Zezowatym Szczęściu. I wielokrotnie to słyszałem, także naprawdę tym mile jest mi to słyszeć. A film, jeśli też Państwo, zwłaszcza młodsi, nie widzieli, to polecam. Telewizja ma na szczęście atencję do tego filmu i przeważnie w sierpniu, kiedy są rocznice sierpniowe, gdzieś tam w którymś z kanałów w telewizji publicznej ten film się pojawia.
[56:15.55 → 56:24.25] A: Wyszedł też na DVD. A gdyby miał pan jeszcze jakieś swoje ulubione role wymienić? To co oprócz Zawróconego?
[56:24.83 → 57:58.38] B: O ucieczce mówiliśmy z Kina Wolność. Oczywiście muszę i chcę powiedzieć o Białym Kieślowskiego i o spotkaniu z Kieślowskim, bo co prawda tylko albo aż jak kto woli Dwa razy współpracowaliśmy przy dekalogu, jego dziesiątej części i przy drugiej części Trylogii Trzy Kolory, przy białym. To było to spotkanie absolutnie dla mnie niezwykłe i bardzo brzemienne. Okazało się, jak to zazwyczaj u nas bywa post factum, że pracowałem z jednym z największych reżyserów kina światowego przy jednym z większych przedsięwzięć tego typu kina francuskiego, bo przecież to był stricte film produkcji francuskiej tak naprawdę. I spotkałem się z niezwykłym człowiekiem, który chcąc nie chcąc nauczył mnie wielu wspaniałych rzeczy. A w takim dotykalnym i bardzo wymiernym aspekcie zawdzięczam tym dwóm filmom przede wszystkim. Trochę ucieczce z kina wolność. To, że właściwie wszystkie filmy, które zrobiłem poza Polską, a trochę też już ich jest, to jest pokłosie właśnie mojego udziału w filmach Kieślowskiego, ponieważ na całym świecie one były oglądane i jeśli dostawałem i dostaję propozycje jakieś spoza Polski, to zawsze rozmowy zaczynają się od tego, widziałem pana w Białym, świetny film, świetna rola i gdzieś tam to jest jakiś punkt odniesienia dla mnie. Rzeczywiście to mu zawdzięczam i tego nigdy mu nie zapomnę.
[58:01.24 → 58:04.08] A: Zapraszam, czy jeszcze ktoś z państwa ma ochotę się włączyć do rozmowy?
[58:04.12 → 58:05.80] B: Chyba, że państwo mają kolację już.
[58:07.74 → 58:10.16] A: No właściwie chyba. Proszę bardzo.
[58:14.64 → 59:01.35] E: Mam dwa właściwie zupełnie różnorodne pytania. Zacznę od pierwszego. Pytanie pierwsze jest związane właśnie z estradą. Zacznę od tego, że oglądałam kiedyś, dawno, dawno temu w dzieciństwie taki program Big z Big Show. I do tej pory sobie odtwarzam to czasami gdzieś tam z internetu. Ja ten program chciałabym zapytać, jak pan wspomina w ogóle tę pracę? co państwa popchnęło do zrobienia czegoś takiego i czy dzisiaj byłby możliwy taki program o takim charakterze, no wiadomo, nie taki sam, ale czy to jeszcze dzisiaj jest w stanie śmieszyć ludzi? Bo to, no, tamten program na tamte czasy był rzeczywiście moim zdaniem genialny, chociaż, no, miałem wtedy mało lat.
[59:02.13 → 01:02:23.71] B: Pachnie to nieskromnością, ale potwierdzam, naprawdę był genialny, absolutnie. Zagraliśmy to 30 może razy, 30 kilka w Teatrze Rampa w Warszawie. Na szczęście telewizja to nagrała i od czasu do czasu puszcza już w okrojonym kształcie. Niestety nie ma tam wszystkich piosenek, ale rzeczywiście to był tak zwany strzał w dziesiątkę. To idealnie się wpisało w taki moment, że tak powiem historyczny nasz, kiedy żegnaliśmy się z PRL-em, umieliśmy się już z niego śmiać, a kanwą całego programu było 18 bodaj piosenek z 18 różnych festiwali PRL-owskich, które się w naszej zaprzeszłej Polsce odbywały. Na pomysł wpadła Magda Umer, z którą spotkaliśmy się wcześniej w przedstawieniu Zimy żal, czyli z piosenkami pana Przybory i Wasowskiego. I postanowiliśmy w grupie przyjaciół, bo to zawsze myślę, że ma dane na sukces i na dobrą zabawę, w obie strony oczywiście. Stworzyć właśnie takie przedstawienie, ze mną jakby w roli głównej, ale tam na scenie, jak pani lub państwo wiedzą, była Magda Umer, był Wojtek Mann i Krzysztof Materna jako prowadzący, jako konferancierzy, ale grający też inne postaci. Na scenie ze mną śpiewała Ela Zającówna, Denisa Geisslerowa, aktorka Janusza Józefowicza, Piotrek Machalica, Janusz Józefowicz. który również wymyślał do tego choreografię. I no to było zupełnie nieprawdopodobne, nie wiem jak to Państwu przekazać, to że myśmy się wspólnie z widownią naprawdę bawili zupełnie niezwykle. To, że jeszcze się ludzie potrafią bawić przy tych piosenkach i przy fragmentach z tego spektaklu świadczą i świadczy ilość wejść na poszczególne piosenki tam wyklikane, co polecam Państwu. Natomiast jeśli mnie Pani pyta, czy można jeszcze w taki sposób się bawić, odpowiadam, że tak. I już teraz zapraszam Państwa za rok tutaj do tego teatru. Przyjedziemy, wiem to od Pani dyrektor, właśnie, gdzie Pani dyrektor jest tutaj, która zapewniała mnie, że już dogadała się z Teatrem Syrena, w którym to teatrze gramy rzecz, która się zowie Zamach na Mocarta. Nie jest to, broń Boże, jakiś echo, biga, zbiga, natomiast on w podobnym sosie powstawał ten spektakl. To są też piosenki grane wraz z grupą Mocarta, jak się pewnie nie trudno domyślić, z Wojtkiem Malajkatem grającym samego siebie, czyli dyrektora teatru, który próbuje okiełznać na scenie żywioł aktorsko-wokalny głównego wykonawcy, czyli mnie. I też jakby nieodłącznym elementem każdego z tych spektakli jest to, że znamy się, lubimy, przyjaźnimy się, I improwizujemy nawet minimalnie, ale jednak każdy z tych spektakli jest trochę inny. I jest to możliwe, tak. I jeździmy z tym po Polsce, gramy w Warszawie przy kompletach albo nadkompletach. I jeśli wspomniała Pani o Big's Big Show, to już tego czy się nie obejrzymy poza tym, co można zobaczyć w internecie. Ale polecam Państwu już dziś zamach na Mocerta. Już za rok w Lublinie.
[01:02:24.17 → 01:02:24.81] A: Drugie pytanie.
[01:02:24.81 → 01:02:43.27] E: Tak, jeszcze mam drugie pytanie, że tak wyrażę się slangiem, ono jest zupełnie od czapy właściwie, ale chciałabym zapytać, co pan czyta, ponieważ pan używa takich zwrotów jak na przykład posunąć się w Leciech albo Niepomnę, albo miast.
[01:02:43.59 → 01:04:09.60] B: Wbrew pozorom Sienkiewicz nie jest moim ulubionym autorem. Nie, uwielbiam anachronizmy, przyznaję się do tego. Miałem fantastyczną panią nauczycielkę, że tak powiem panią profesor, na studiach od wymowy i od szeroko pojętej wymowy, od języka polskiego, która hołbiła te anachronizmy i gdzieś mi to zostało po niej. Ale też myślę, że po prostu warto je pielęgnować, żeby one zostały w tym języku na tyle, na ile się da. One pewnie nie są w powszechnym użyciu, ale stanowią o pięknie naszego języka, co tu dużo mówić. I lubię je. Jak tylko mogę, to gdzieś tam je wplatam. Już nawet nie zawsze kontroluję to. A co czytam? Nic, co by spowodowało, że takiego, a nie innego języka używam, czy się nim posługuję. Aktualnie czytam trochę służbowo, ale też nie bez przyjemności, bo obejrzeliśmy niedawno film. Kiedy to? Przedwczoraj bodaj. Poradnik pozytywnego myślenia. Zupełnie nieprawdopodobny film. A czytam, nagrywam audiobooka. właśnie tę książkę, na podstawie której ten film powstał. Już się cieszę i ostrzę sobie zęby, bo zacząłem dopiero pierwszy rozdział, ale przede mną cała książka i to będzie ta z licznych, nielicznych, to zależy, prac, w których mam poczucie, że nie tylko praca jest obowiązkiem, ale również i przyjemnością.
[01:04:10.38 → 01:04:12.64] A: Proszę bardzo.
[01:04:12.84 → 01:04:47.47] B: Kto to wyda? Dobre pytanie. Nie wiem. Nie wiem, wie pan co, to się odbywa na poziomie agent, producent. Nie mam pojęcia, ale myślę, że będzie o tym trochę słychać. W tej chwili te audiobooky, jak każdy tego typu produkt, towar, bo przecież i tak trzeba o tym myśleć i mówić, będzie gdzieś tam reklamowany. Pewnie gdzieś w kioskach będzie można znaleźć albo na stacjach benzynowych, dajmy na to. Przepraszam? Na dobrych stacjach benzynowych.
[01:04:48.79 → 01:04:51.85] A: Ja rozumiem, że podobną przyjemnością jest dubbingowanie.
[01:04:53.45 → 01:05:04.09] B: Jest, tak. Nawet niedawno skończyłem kolejny dubbing do kolejnej bajki, ale niech mnie pani nie pyta o tytuł, bo nie pamiętam. Dla bardzo małych dzieci może dlatego aż tak mnie to nie zajęło.
[01:05:04.81 → 01:05:09.63] A: Ale rozumiem, że Shrek, Garfield to są postaci, które tak łatwo z pamięci nie wychodzą.
[01:05:10.21 → 01:07:42.14] B: Tak, z mojej również mam nadzieję, że i z pamięci widzów letnich i nieletnich. przede wszystkim nieletnich. Tak, to ja się bardzo cieszę, że dałem się namówić na dubbing, bo nie byłem taki skory do współpracy w tym względzie. To jest naprawdę już mudna praca i dość techniczna, powiedziałbym. Może nawet zniechęcić, co bardziej niecierpliwych ludziach do takich należy. Natomiast kiedy zaproponowano mi po raz pierwszy taką dużą rolę, czyli to był Stuart Malutki, pierwsza, a potem druga część Małej Myszki, która ma jakieś niebywałe przygody z rodziną malutkich w samym sercu Nowego Jorku. Oczywiście zgodziłem się z myślą też o moich dzieciach, które wówczas były w tym wieku, że akurat tego typu kino je interesowało. A potem dostałem Shreka i to rzeczywiście było coś zupełnie niezwykłego. Boję się, że druga taka dubbingowa przygoda może mi się długo, jeśli w ogóle, nie przytrafić. Przeżyłem dzięki temu Shreku, jak to mówią, milion różnych fajnych rzeczy, między innymi, troszkę króciutko, premierę drugiej części Shrek'a na festiwalu w Cannes. Shrek II był pierwszym w historii kaneńskiego festiwalu, a wówczas to była 52, jak dziś pamiętam, edycja tegoż festiwalu. Pierwszy wypadek, kiedy w głównym konkursie był film animowany, dostąpiliśmy wraz z panem Jerzym Stuhrem zaszczytu. bycia na tym festiwalu, maszerowania po tym słynnym czerwonym dywanie, tuż za głównymi aktorami zza oceanu, którzy podkładali w oryginale głos, czyli tam Cameron Diaz, Eddie Murphy, Mark Myers, Antonio Banderas i tak dalej i tak dalej. Spotykaliśmy się z nimi, byliśmy na bankietach, także naprawdę Shrekowi dosyć dużo zawdzięczam, a od tego właściwie powinienem zacząć naprawdę fantastyczną zabawę. dzięki translatorowi, nawet nie powiem tłumaczowi, bo to była parafraza tego, co tam było w tym filmie i pani reżyser, pani Joasi Wismur, która niestety tylko trzy części reżyserowała, bo już przy czwartej zabrakło. Ale to było coś nieprawdopodobnego zupełnie. Zresztą ja pamiętam, że chyba na trzecią albo na czwartą część, jak się wybrałem do kina, to myślałem, że umrę ze śmiechu, zanim film się zaczął, bo na widowni było może siedmioro, dziesięciorga, może dzieci, a cała reszta to byli dorośli, także strzał w dziesiątkę.
[01:07:42.98 → 01:07:48.66] A: Proszę Państwa, powoli musimy kończyć, więc zapraszam. Może jeszcze ktoś, ostatnia szansa?
[01:07:49.80 → 01:07:51.02] B: Pytanie ostatniej szansy.
[01:07:51.20 → 01:07:54.54] A: Pytanie ostatniej szansy.
[01:07:55.50 → 01:07:57.32] B: Państwo wszystko już wiedzą o mnie po prostu.
[01:07:57.89 → 01:08:42.86] A: To ja jeszcze powiem coś, o czym państwo być może nie wiedzą, bo padło tu nazwisko Krzysztofa Kieślowskiego i tego, że to bardzo znany reżyser na świecie, ale coś podobnego dzieje się z Andrzejem Jakimowskim, czego może trudno byłoby oczekiwać po tak skromnym filmie. Otóż za drugi film, za sztuczki, on dostał nagrodę kin europejskich, studyjnych kin, która owocowała dystrybucją. I ten film nie tylko dlatego został kupiony do bardzo wielu krajów, Zmruszoczy też objechało liczne festiwale i podobno jest tak, co wiem od Tadeusza Sobolewskiego, że jak jedzie do Włoch czy do Hiszpanii, to tam go pytają o nic innego, tylko o następny film Andrzeja Jakimowskiego. Więc być może to też będą jakieś otwarte drzwi.
[01:08:43.62 → 01:09:15.77] B: Daj Boże, bo Andrzej zasługuje absolutnie na to, żeby być znanym na całym świecie i robi świetne filmy w swoim. niepowtarzalnym języku, nie mówiąc o tym, że w kwestii języka też poszedł krok dalej, bo ostatni jego film, Imagine, jest filmem zrobionym w Portugalii. Po angielsku, po portugalsku. Tak, w różnych językach i siłą rzeczy, czy z definicji jest filmem, który będzie dystrybuowany przynajmniej w Europie na pewno, a kto wie, czy nie doczeka się jakiejś premiery amerykańskiej, czy nagród, czego i filmowi, i Andrzejowi pewnie życzymy.
[01:09:17.56 → 01:09:22.26] A: Nie widzę pytań. Więc dziękujemy bardzo.
[01:09:22.66 → 01:09:25.26] B: Bardzo dziękuję. Dzięki serdeczne. Dobrej nocy dzieci.
[01:09:25.34 → 01:09:26.68] A: I zapraszam za tydzień.