Tryb wiązania: strict

Staramy się pokazać tylko najmocniejsze trafienia.

[pokaż transkrypt] [ukryj transkrypt]
[00:01.28 → 00:20.12] A: Witam raz jeszcze bardzo serdecznie. Jest z nami pani Urszula Radek i pani Małgorzata Bielecka-Hołda. I porozmawiajmy o tym, jak panie zapamiętały ten czas. Jaki był lipiec osiemdziesiątego roku?
[00:23.10 → 14:11.64] B: Lipiec osiemdziesiąty rok pamiętam. Ja przyznam się Państwu, że wtedy wybieraliśmy się na urlop, ale jakoś tak się zmieniło i może i dobrze, ale nic nie zapowiadało się, że my w Świdniku rozpoczniemy protest. Ale stało się to rzeczywistością i może nie będę opowiadała wszystkiego, ale pierwsza WSK Zakład to był duży zakład, duże hale montażowe i wtedy może takim bezpośrednim powodem, ale to tylko jest taka przyczyna, wtedy podrożały ceny w barach. Myśmy w zakładzie mieli kilka barów i raptem ceny tego kotleta słynnego znacznie podrożały. Ponieważ ja pracowałam w budynku technicznym, w budynku technologa, na ogół nie korzystałam z barów i doszła do nas informacja, że pracownicy jednego z wydziałów poszli na śniadanie, kupić sobie śniadanie i zobaczyli te ceny. Wrócili do swoich maszyn i któryś powiedział nie pracujemy. I tak się to zaczęło. To był pierwszy dzień, ponieważ my jako, no ja u głównego technologa pracowałam i obsługiwali koledzy produkcję, wrócili z hali i mówią, wiecie co, jedynka stoi. No troszkę byliśmy zaskoczeni, Ale pierwszy dzień w zasadzie dla nas i dla mnie, dla mojego wydziału to był taki, już praktycznie nie pracowaliśmy tak jak się powinno pracować, tylko te informacje uzyskiwaliśmy i pierwszy dzień dla mnie to był takim wolną pracą. Natomiast w następne dni to już strajk był, myślę, że 90 procent pracowników stało i miejscem, gdzie spotykaliśmy się był plac przed budynkiem administracyjnym. I tak zaczęły się te dni. Dyrekcja była bardzo zaskoczona tym. My wspaniale czuliśmy się wszyscy razem. Były grupy młodych. Zawsze młodzi mają tą zdolność, prawda, tej atmosfery. Od razu układali różne piosenki, różne wiersze. Później były już pieśni patriotyczne. Między innymi pamiętam, dyrekcja nie wychodziła, Rada Zakładowa nie wychodziła. My ciągle prosimy o to. I pamiętam taki, no młodzi ułożyli to, pamiętam jak, dyrektorku nie bądź taki, Chodź na schody, nie rób draki". No i później inne takie skandowania i w końcu dyrekcja i Rada Zakładowa wtedy była, wyszli na schody. Na pewno już władze partyjne województwa wiedziały o tym. No i ciągle ten dialog to właściwie to był z taką grupą naszą dużą ludzi. Wtedy na schody Wyszło kilka osób, żeby tworzyć jakieś przedstawicielstwo naszej grupy, dużej grupy. Ale do niczego nie doszło i praktycznie ten strajk wyglądał tak, że pierwsza zmiana szła do domu, druga zmiana nie pracowała i wtedy już grupy partyjne Chodzili nawet do domów osób, które się tak wyróżniały już w tym naszym strajku, między innymi do pani Zofii Barskiewicz, która później została wiceprzewodniczącą Solidarności, do pana Puczka, który też nad schody wyszedł, on potem został przewodniczącym i te grupy partyjne chodziły do domów, namawiali, żeby Oczywiście wrócić do pracy, już pracować, uruchomić maszyny, a w zamian za to np. taka pani Zofia opowiadała, że obiecywali mieszkania, ewentualnie jakiś talon na samochód. Ale mimo wszystko wszyscy staliśmy i również jeszcze też aktyw partyjny chodził po halach, i namawiał pracowników, żeby ruchomić maszyny. Nikt tego nie zrobił. Mogę powiedzieć, że dziewięćdziesiąt parę procent na pewno nie pracowało. To były pojedyncze osoby, które nie brały udziału w strajku. Chcę powiedzieć, że ostatni dzień, ostatni dzień strajku to już były takie trudności. Na przykład w naszym budynku drzwi zostały zamknięte, stał aktyw partyjny i pozwalał nam wyjść przed biurowiec. No mimo wszystko myśmy mieli jeszcze inne drzwi, gdzie wyszliśmy tamtędy i już władze czuły, że robotnicy nie ustąpią i zaproponowali wtedy żeby postulaty, żeby się grupa zebrała i pisała postulaty. Wtedy już przyjechał pierwszy sekretarz wojewódzki, dyrektor Zjednoczenia już był i ciągle straszyli nas, że wszyscy zostaniemy zwolnieni, jeżeli nie przystąpimy do pracy. I tak ten trzeci dzień się skończył i czwarty dzień już aktyw partyjny razem z dyrekcją zobowiązał kierowników wydziałów, żeby na salę konferencyjną każdy wydział wytypował dwie, trzy osoby. I tak, no tak się stało, jak pracowałam u Głównego Technologa, było nas ponad 200 osób pracujących i rzeczywiście koledzy wybrali między innymi mnie i jeszcze dwóch kolegów do tych rozmów. W sali konferencyjnej zebraliśmy się, tam już byli przedstawiciele dyrekcji, aktywu partyjnego i z tamtych pracowników wybrało ich wtedy 20 osób, oczywiście pracownicy, między innymi mnie ktoś podał i ja tak weszłam do komitetu strajkowego. I wtedy zeszliśmy do pomieszczenia, Rady Zakładowej i przystąpiliśmy do rozmów. Z tym, że to był wtedy obecny dyrektor Zjednoczenia, pierwszy sekretarz Komitetu Wojewódzkiego pewnie, przedstawiciel Rady Zakładowej, przedstawiciel Rady Robotniczej i dyrektor. To była ta strona, z którą żeśmy negocjowali, natomiast po tej naszej stronie było nas bodajże 22 osoby w tym komitecie. Ja teraz czytam czasem jeszcze wspomnienia i tak trochę mnie to tak boli, bo tam niektórzy, nie wiem, dziennikarze piszą, że nie nazwaliśmy się komitetem strajkowym, tylko postojowym, ze względu na to, że obawialiśmy się, że tak podpowiedziała nam ta druga strona. Nieprawda, nieprawda. Po prostu tak żeśmy się nazwali i to sami tą nazwę żeśmy przyjęli. Wtedy rozmowy nastąpiły. Były bardzo takie burzliwe i ciągle dyrektor straszył nas. Słuchajcie. Skończcie ze strajkiem, skończcie i dawał nam sumy, jakie zakład już traci przez te dni, kiedy nie pracowaliśmy. Nie były to łatwe, bo mówiąc szczerze, myśmy ani nie mieli doradców finansowych, ani politycznych, prawda, ale mimo wszystko staraliśmy się rzeczywiście dojść do porozumienia i W pewnym momencie, ponieważ ciągle była ta presja, skończcie jak najszybciej, to wyprosiliśmy tą grupę. Usiedliśmy spokojnie i zaczęliśmy układać postulaty. Te nasze postulaty, to chyba było 8 czy 9, to faktycznie były postulaty zdecydowanie socjalne, ale ja się tego nie wstydzę, bo takie były Takie realne, po prostu. Przede wszystkim podnieść zaszeregowanie pracowników umysłowych, pracowników dniówkowych o grupę wyżej. Ale co chcę Państwu powiedzieć, ostatni postulat jaki był, to proszę sobie wyobrazić, a ciągle na nas mówili, że my chcemy rewolucji, my. A ostatni postulat pamiętam, że był między innymi taki, że do końca roku odpracujemy te dni, w których żeśmy nie pracowali. Popatrzcie Państwo. No tak podchodziliśmy, bo wiedzieliśmy, że zakład jest nasz, nie chcemy go zniszczyć i chcemy zdecydowanie traktowania nas jako pracowników, jako ludzi nie jako przedmiot, ale jako podmiot, żebyśmy mogli rozmawiać, żebyśmy mogli z kierownictwem dochodzić do porozumienia. Postulaty, każdy postulat, każdy postulat był jeszcze dyskutowany. No najbardziej było trudno przy postulatach tych podniesienia wynagrodzenia, ale Druga strona zgodziła się i to porozumienie zostało podpisane przez trzy osoby, bo myśmy wcześniej wybrali przewodniczącego sekretarza i jakąś jeszcze funkcję. Zostały podpisane przez te trzy osoby przedstawicieli naszej grupy i druga strona podpisała. I chcę Państwu powiedzieć, że myśmy się cieszyli, ale mieliśmy w zakładzie tajną kancelarię. Ponieważ to już było po godzinie 15, kierownik tajnej kancelarii już nie pracował. No to myśmy poprosili głównego dyspozytora, żeby wysłał po kierownika tajnej kancelarii, żebyśmy ten dokument utajnili. Bo myśmy czuli, że uwecja przecież w Świdniku i w zakładzie była, żeby on był nasz utajniony. I rzeczywiście, ten dokument był utajniony i powiem państwu szczerze, że w stanie wojennym, ja już się, no wszyscy baliśmy, że to zginie. W związku z tym, no zawsze są dobrzy ludzie i przyjaciele. Taka, no moja dobra znajoma, poprosiłam ją, żeby ona ten dokument wyjęła. I ja ten dokument przepisałam, ręcznie przepisałam, oddałam jej. Także gdzieś tam w tych moich dokumentach jest to. I tak się skończyło. A, jeszcze godzina 18.00 była godziną przerwy śniadaniowej dla drugiej zmiany. Dyrektor się już cieszył, że już podpisane jest porozumienie. I wtedy do Radio Węzła poszła pani Zofia, która była przewodniczącą Komitetu Postojowego razem z dyrektorem. Ona ogłosiła, że porozumienie zostało podpisane i już pracownicy przystąpili do pracy.
[14:12.98 → 14:20.84] A: Mieliście Państwo wtedy taką myśl, że zaczynacie coś, że to będzie lawina?
[14:21.88 → 14:54.96] B: Znaczy myśl. Wie Pani, to było dla nas coś wspaniałego. My sobie chodzili po mieszkaniach i cieszyliśmy się. Ja pamiętam, jak wracałam, te cztery dni rozmów, wracałam do domu, to u mnie w domu sąsiedzi byli, już czekali. No i jak? No nie. No i jak? bo nie wszyscy pracowali. Także czuło się tą solidarność i takie wsparcie moralne i duchowe, że dobrze robimy.
[14:56.22 → 14:58.94] A: Pani Małgorzato, a jak Pani zapamiętała ten lipiec?
[14:59.68 → 16:55.15] C: To było coś zupełnie nadzwyczajnego. Po Świdniku kolejne zakłady przystępowały, lokomotywownia w Lublinie, MPK. To było coś niesamowitego. Myśmy czekali na te informacje. Ja pracowałam na uniwersytecie. To były wakacje, więc tam nie za wiele się działo. Na uniwersytecie dopiero pod koniec wakacji zaczął się taki ruch. Po podpisaniu porozumień sierpniowych już było wiadomo, że będzie można się w to naprawdę włączyć i naprawdę coś też załatwić dla siebie. Na początku nie bardzo było wiadomości, jeszcze nie było przez Solidarności. Pojawiali się przedstawiciele jakiegoś związku zawodowego pracowników nauki, tak przyglądaliśmy się, ale w końcu stało się jasne, że trzeba iść razem, dlatego że to nie tylko chodzi o to, żeby trochę podnieść sobie uposażenie, czy tam, żeby poprawić zaopatrzenie w stół, tylko o to chodziło, żeby coś zmienić naprawdę w życiu. Przecież te postulaty sierpniowe już były zupełnie inne. Tam było właśnie powstanie związków zawodowych, tam były gwarancje jakiejś wolności. To tak naprawdę o to chodziło. Wtedy tak czuliśmy, ja i moje najbliższe otoczenie, mój mąż nieżyjący już teraz, że to jest najszczęśliwszy moment naszego życia, dlatego że wreszcie coś zaczęło zależeć od nas. Ja to tak pamiętam. Potem przyszły oczywiście wybory. Byliśmy w komisji zakładowej, to się najpierw nazywało UKZ, Uczelniany Komitet Założycielski, potem komisja zakładowa i tak dalej. Potem normalna praca, akurat byłam w takiej komisji do spraw postulatów, to już były takie nasze wewnętrzne postulaty. No ale to wiadomo było, że to wszystko jest fajnie, dobrze, że się coś da załatwić, ale to nie to jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że w ogóle to jest. No a potem niestety przyszedł grudzień.
[16:56.21 → 17:06.25] A: Ale za nim niestety to jeszcze sporo się działo. Jak Panie wspominają ten karnawał Solidarności? Tak jak teraz o nim dzisiaj mówimy. Te 16 miesięcy.
[17:06.49 → 17:21.17] C: No to było coś zupełnie wspaniałego. Chociaż ja powiem, że mi te następne miesiące, miesiące stanu wojennego troszeczkę to przysłaniają. Dlatego, że to wszystko było jeszcze na znacznie większych obrotach. To, co się działo w podziemiu,
[17:22.89 → 17:23.09] B: wszystko
[17:23.09 → 18:15.45] C: jedno, czy na górze, czy na dole, to co naprawdę można było zrobić, to nie dość, że czuliśmy, że jesteśmy razem, że jesteśmy razem dużą grupą, to przecież to byli ci ludzie, którzy się poznali właśnie z działalności związkowej, no to jeszcze, że załatwiamy coś wbrew tym władzom. Nawet może to jest paradoksalne, ale ja pamiętam, że czuliśmy się może jeszcze bardziej wolni niż w ciągu tych 16 miesięcy. Oczywiście nie od razu, bo najpierw jak wylądowali Przede wszystkim koledzy, bo kobiet jednak mniej trafiło do internowania. Jak wylądowali w jezieniu, to to było coś okropnego. Ale potem, jak już tak trochę zelżał ten stan wojenny, to ja pamiętam, że mieliśmy takie niewiarygodne poczucie wolności, że robiliśmy dokładnie to, co chcemy. Bez żadnych nie musimy się specjalnie ograniczać, bo i tak przecież nic nam nie wolno.
[18:16.39 → 18:27.85] A: Czy dlatego, że jednak w czasie karnawału trzeba było się trochę pilnować? W takim sensie, że pewnych rzeczy może lepiej nie mówić, żeby nie drażnić.
[18:28.01 → 21:02.36] C: To nawet nie o to chodzi, ale były pewne ograniczenia, bo przecież też były podpisane jakieś umowy, jakieś porozumienia. To były ograniczenia nałożone na władze mniejsze, na nas większe, ale jednak to wszystko obowiązywało. A potem jak już władza zerwała wszystko, to i myśmy byli wolni. Także ja pamiętam, że to był taki czas, tutaj oglądaliśmy te filmy, To był czas szalejącej cenzury, ale na przykład potrafiliśmy sobie z tym poradzić. Nieżyjący już Wacław Biały, który był jednym z wywalonych dziennikarzy z Radia Lublin. To była nadzwyczajna redakcja rolna. Janusz Winiarski, Wacław Biały i Małgosia Sawicka. To była redakcja, która w całości została wywalona jak przedstan wojenny. To byli wspaniali dziennikarze. Wacek w stanie wojennym. Sprowadzał najpierw kasety, które jakoś tam się później rozprowadzało, to były jakieś takie satyryczne Fedorowicza, a potem zaczął się kolportaż kaset wideo. Pojawiły się pierwsze magnetowidy, bo to też przecież nie od początku to było. Ja pamiętam, że nasz przyjaciel serdeczny, który teraz rzeczą jest dyrektorem Instytutu Matematyki, był przez rok w Stanach Zjednoczonych, wrócił jak na tamte czasy w Polsce, niewiarygodnie zamożny, kupił magnetowid telewizor i się przez kilka ładnych miesięcy u nas w domu odbywały seanse. Właśnie były pokazywane filmy, to było przesłuchanie, to była kobieta pracująca Agnieszki Holland, to był nawet Amadeusz, bo nawet Amadeusza wtedy nie można było oglądać w kinach. I również znakomite wideo, takie filmy przygotowane przez paryską kulturę. To była rozmowa z Herlingiem Grudzińskim, rozmowa z Giedroyciem, Byliśmy przeszczęśliwi, że mogliśmy do nas. W strasznych warunkach się to oglądało, ponieważ nasze mieszkania były małe. Ten największy pokój w naszym mieszkaniu miał niecałe 15 metrów kwadratowych. Stał ten telewizor, czasem po 30 osób. To się po parę robiło takich seansów. I co było dla nas najwspanialsze, że nigdy nie było żadnej wsypy. Sąsiedzi też, sąsiadów też zapraszaliśmy naturalnie na te pokazy. A ja myślę, że myśmy mieszkali w osiedlu Konopnickim, w tym samym domu, co mieszkało co najmniej trzech ubeków. Nie wiem jak to się działo. Myśmy byli wtedy dumni z tego, że nie ma agentów, że gdzieś w Czechosłowacji, gdzieś w NRD jeden na drugiego donosi, a u nas tego wszystkiego nie ma. To dopiero później się zaczęło.
[21:03.69 → 21:06.32] A: Pani Urszula, a co było najtrudniejsze w tym czasie?
[21:09.65 → 25:55.76] B: Myślę, że nie. To co pani powiedziała, myśmy się czuli taką wolną ojczyzną. Poza tym chcę państwu powiedzieć mój przypadek. Przed świętami Bożego Narodzenia zabierają mi syna, nie ma go trzy dni, ale ja jako matka jadę i szukam go. Przyjechałam na Narutowicza, tam było na tym placu, tam do tego domu partyjnego czy jak, tam było tak dużo ludzi, zima była, W kolejce stoję do wojskowego, który udziela informacji, bo już telefonów nie było. No znalazłam się. Mówi mi, że wykonał jakiś telefon i mówi, pani syn jest zatrzymany, jest na Północnej. Jeżeli do 24 godziny minie, a nie wróci, to pani już będzie pod sąd wojskowy na Okopowej czy na Rutowicza. Ale mówi, jak pani się chce coś bliżej dowiedzieć, to proszę na Okopowej, prokurator jest i proszę tam pojechać. Wyszłam, ale jakaś pani za mną wychodzi. Ja mówię, państwo idę na Okopową. A ona mówi, ja jestem samochodem z Lubartowa, bo szukałam też, szukam męża. On był przewodniczącym komisji zakładowej w tych zakładach chyba telewizorów. Duże zakłady. No jedziemy na tą okopową i ona mi w międzyczasie opowiada, że przyszli, zrobili rewizję nawet do tego stopnia, że kafelki tam, któryś kafelek tam ruszał, kafelki zaczęli odrywać, żeby sprawdzić, że nie ma. No jest trochę ludzi, czekam w kolejce i pani prokurator mnie przyjmuje, więc ja mówię, po co przyjechałam. I ona mi to samo powtórzyła. Telefon wykonała, proszę pani, na Północnej syn jest. Minie 48 godzin, nie wróci, no to proszę już do prokuratury wojskowej. Ale w międzyczasie przesłuchuje mnie i pyta się, jak wyglądała pacyfikacja zakładu, a ja jej W skrócie opowiadam, ale między nimi mówię, że ja pracuję w budynku technicznym, już jest tydzień czasu po pacyfikacji, a my na korytarz nie możemy wyjść, bo nas gaz w oczy szczypie. I ona wtedy użyła jakiejś nazwy tego gazu, to jednak użyli i powiedziała jaki to gaz. 48 godzinach, to już był wieczór wigilijny i chcę jeszcze Państwu powiedzieć, wraca syn, ale chcę powiedzieć, że ja nigdy stołu nie miałam tak bogatego, jak w ten wieczór wigilijny. Mnie sąsiedzi, znajomi poprzynosili wszystko, bo ja praktycznie nie robiłam nic, tylko jeździłam i szukałam jego. Więc proszę Państwa, To jest coś cudownego. Naprawdę takiej wigilii nie miałam. I wrócił wtedy syn przed pasterką. Myśmy się wybierali na pasterkę. Wrócił i razem poszliśmy na pasterkę. Ale pierwsze moje kroki do niego to wie, zdejmę koszulę, pokaż koszulę, czy masz plecy, czy ciebie nie bili. Ale mówi, że nie. To ta solidarność była. I mówiąc szczerze, Chciałabym, żeby taka solidarność była, ale to chyba już nie powróci. Ja jeszcze może powiem państwu, że trochę nam utrudniało, bo myśmy mieli przygotowany taki instruktaż, jak się zachowywać w stanie wojennym i drugi garnitur był oczywiście też już podany i między innymi było takie, żeby listy lokatorów zdejmować. I tak było. Jak to nam później utrudniło, bo przecież dużo była aresztowań, dużo było internowanych. Myśmy docierali do tych rodzin z pomocą i finansową i rzeczową i tych list często nie było. To było takie dla nas utrudnienie zdecydowanie wielkie. Myślę, że...
[25:55.76 → 25:55.94] C: A!
[25:56.54 → 28:18.79] B: Pani Małgosia powiedziała, że mieszkała wśród ubeków, no i nie było. Prawda? Nie odczuła Pani jakichś doniesień czy coś. A proszę Państwa, proszę sobie wyobrazić, myśmy w stanie wojennym mieli tak wspaniałą grupę. Imienin to prawie co miesiąc u kogoś były imieniny i tam żeśmy się zbierali, między innymi po to. I mieliśmy wśród nas tajnego współpracownika. Ja go traktowałam jak swojego syna. Wszystko się przy nim odbywało, z nim spotkania. A później dopiero jak IPN powstał i kolega mnie namówił, niech pani jedzie, niech pani czyta teczki. A ja mówię, co tam o mnie mogą wiedzieć? Okazało się, że grube tomy były. Wszystko ten kolega, ale dosłownie wszystko, Już takie drobiazgi, że nawet ja sobie nie mogę wyobrazić. Ja na przykład mówię, że jesteśmy u kogoś i trzeba będzie lekarstwo dla dziecka. I pani radkowa się odzywa, mówi, dobrze, to ja to lekarstwo załatwię. Nawet te rzeczy. Także to było dla nas już później przecież to było takie bolesne. I mieliśmy z nim spotkanie, doprowadziliśmy do spotkania z nim. Nieprzyjemne było to spotkanie. Było nas trzy osoby i myśmy chcieli tylko powiedzieć, czym się kierował, dlaczego tak to wszystko na nas donosił. On powiedział, że to jest nieprawda, że wy nic nie rozumiecie. Wy nic nie rozumiecie. Z tym, że dowiedzieliśmy się, bo on kolportował też prasę, przywoził prasę z Gdańska i wydawnictwa i prawdopodobnie w Warszawie na dworcu go złapali i być może wtedy się przyznał. Ale to było dla nas bardzo bolesne. No ale tak bywa.
[28:21.32 → 30:33.83] C: Może ja coś mniej dramatycznego powiem, bo Pani pytała, co utrudniało. U nas w domu... Znaczy tak, myśmy mieli małe dzieci i w związku z tym nie mogliśmy nigdy razem wyjść oboje. Wobec tego, jak ktoś przyjeżdżał taki bardzo interesujący do Lublina, to ja bardzo chętnie zgadzałam się, żeby spotkanie było u nas w domu, bo dzięki temu ja go mogłam zobaczyć. I to był Adam Michnik, Jacek Kuroń, Jacek Tajlor był, Jacek Maziarski, Jacki po kolei, No w każdym razie było tych ludzi bardzo dużo i czasem były to spotkania w dużym gronie i wtedy ja nic nie musiałam najbliżej podać herbaty, ale czasem były to spotkania bardziej kameralne. No i wypadało tych gości wszystkich czymś poczęstować. I wtedy bardzo się przydało też to takie podziemne państwo, które zajmowało się aprowizacją. Mianowicie ja pracowałam w rektoracie UMCS-u. I tam średnio co dwa tygodnie, co tydzień albo co dwa tygodnie, przychodziła kobieta z cielęciną. Myśmy się zapisywały na tę cielęcinę, umawiałyśmy się, że my słówkę miałaś w zeszłym razem, to teraz będziesz miała coś innego, jakieś żeberka i tak dalej, i tak dalej. I dzięki temu zawsze coś było do jedzenia. Ale pamiętam takie spotkanie z Marcinem Królem. To było w lipcu. Nie miałam już ani grama cielęciny. To po prostu tragiczna sytuacja. Pojechałam więc ja na targ. Kupiłam młode ziemniaki w jakiejś zupełnej desperacji. Kapustkę młodą, koperek i kurki, bo to już były kurki. I szczerze mówiąc, żadne jedzenie, które przygotowywałam dla naszych gości, nie smakowało tak bardzo jak wtedy. To teraz to się wydaje jakieś zupełnie idiotyczne i takie śmieszne i błahe. Ale wtedy, kiedy człowiek wiedział, musi nakarmić rodziny i musi nakarmić tych gości, to to było potwornie trudne. Jednak to w tej chwili trudno sobie nawet wyobrazić, że wchodzi się do sklepu, a w tym sklepie nie ma nic, nic, ocet, a potem i octu nie było. Więc tak to wyglądały te lata osiemdziesiąte. To dla mnie było najtrudniejsze, że masło rzucali o godzinie drugiej na pana Tadeusza, a jajka znowu też o tej godzinie drugiej zupełnie w innym miejscu, a moje dzieci chciały jajka jeść. Więc było to...
[30:35.41 → 30:37.49] A: A jak Panie zapamiętały 13 grudnia?
[30:38.61 → 33:34.97] C: 13 grudnia? Ja wtedy byłam w Warszawie, wróciłam z Warszawy, cały dworzec był oklejony plakatami informującymi o strajku w Szkole Pożarniczej. Przyjechałam do domu i ja już nie pamiętam jak to było, chyba profesor Bartmiński zadzwonił do mojego męża i mówił, słuchaj coś z telefonami jest nie za bardzo, weź zobacz co się dzieje. I za chwileczkę rzeczywiście telefon przestał działać. To było pewnie koło 11. Mąż wyszedł zobaczyć co się dzieje, może do budki telefonicznej i zobaczył wtedy, że Sławomira Janickiego, naszego sąsiada, wywleka UB. On mieszkał parę klatek dalej. No to wtedy Zbyszek się już ubrał cieplej i tak zaczął chodzić po ludziach, żeby ich uprzedzać. No i tak trafiał. Janka Wojcieszczuka zabierali, Bartmiskiego zabierali. W końcu tam spotkał się z jakąś kolegą, jeździli i to było zupełnie leszka pagę. W którymś momencie przyszli i do nas. Męża nie było. Zachowali się jeszcze tak jakoś w miarę, że nie pobudzili dzieci. Ale to była taka noc, kiedy wszyscy się chcieli ze wszystkimi widzieć. Niedługo potem, jak wyszła ta policja, to przyjechali do mnie, do nas dwaj bracia Blajerscy i Tomek Przeciechowski, adwokat, którzy byli w zarządzie regionu. Jak się tam zaczęło to dziać, to oni uciekli przez dach do jakichś sąsiadów, do sąsiedniego domu, tam ich puścili ludzie przez okno i przyjechali, co się dzieje. No ale pojechali dalej, już tutaj wiedzieli, że tamtego, tamtego... Gdzieś koło godziny czwartej przyszedł do mnie Janusz Mazurek, prawnik z UMCS-u, który później był zastępcą czy wiceprezydentem Lublina zresztą. Łączyliśmy sobie telewizor i o godzinie piątej obejrzeliśmy pierwszy program, kiedy generał Jaruzelski siedział na tle złamanej flagi i powiedział, że właśnie został wprowadzony stan wojenny. No więc tak pamiętam do 13 grudnia, no potem nie było tego mojego męża, nie bardzo wiedziałam, gdzie on jest. Przyszły jakieś panie, powiedziały, że o Salezjan. No jednym słowem tak to trwało przez parę dni, w końcu jego też złapali, no i już był spokój. Ale ja byłam w dobrej sytuacji, dlatego że mój mąż po paru dniach dopiero został przyłapany i ja wiedziałam, że oni są wszyscy we Włodawie. Rodziny tych internowanych w pierwszą noc nie widzieli nic, kompletnie nic. Jeszcze takie były plotki, że gdzieś ich na wschód wiozą, że na Syberię, no w ogóle jakieś potworności. Pierwszy Paweł Drwal, nieżyjący zresztą, taki kolega nasz z fizyki, pojechał, jakoś się dowiedział, że to jest chyba właśnie w wyjezdzeniu we Włodawie i zawiózł z nim pierwsze paczki przed świętami. Także to wtedy było bardzo dramatycznie, bo nic nie było wiadomo. A potem jak już pierwsza wizyta w tym więzieniu i tak dalej, to się jakoś tak zrobiło. Może nie to, że szczęście, bo oczywiście, że nie, ale zrobiło się spokojniej.
[33:36.41 → 33:37.97] A: Wiadomo było, co się dzieje przynajmniej.
[33:38.06 → 33:39.12] C: Wiadomo było, co się dzieje.
[33:39.73 → 33:42.91] A: Pani Urszula, a Pani jak zapamiętała 13 grudnia?
[33:44.04 → 48:55.74] B: O 13 grudnia to będę pamiętała do końca. Proszę Państwa, miałam o godzinie 18 telefon z komisji zakładowej, żebym powiadomiła członków komisji, bo nie wszyscy wtedy mieli jeszcze telefony, żeby przyszli do komisji zakładowej. A co się dzieje? Mamy z regionu mówi takie wiadomości, że gdzieś wojsko się zbliża. Musimy coś postanowić. Ja pobiegłam do tych dwóch panów, poszli. No i tyle było. Może była godzina dziesiąta wieczorem, a może i później, ktoś puka do drzwi. Ja wiadomo, że nie otwieraj. No i jeszcze ktoś wali. Ja mówię, nie otwieraj. Ale mówi, nie no trzeba. I wtedy przyszło dwóch kolegów, członków Solidarności, którzy mi opowiadają relacje, co się dzieje w Świdniku. Więc wyglądało to tak, że Przewodniczący komisji zakładowej Pan Puczek mieszka w tej samej sklatce co kolega, który przyszedł do mnie. Tylko piętra ich różniły. I naraz Bronek, już nieżyjący, mówi tak, słyszę wielki łomot do drzwi na górze u Puczka. Ale Pan Puczek nie otworzył, oni wyłamali te drzwi. To była noc, to przeszło skok taki, więc Bronek mówi tak, chyba aresztowania są, kapotę na grzbiet i pobiegł do przyjaciela i mówi, trzeba będzie chodzić po pozostałych członków komisji, żeby ich uprzedzić. Ale między innymi po drodze mieli właśnie przewodniczącą, wiceprzewodniczącą panią Zofię, więc do niej idą, pukają i ona pyta się kto to. I on mówi, Bronek Sołek. I Zończka wtedy taki epitet rzuciła, bardzo brzydki. Mówi, u mnie są ubecy. Więc oni wtedy mówią, jeszcze pójdziemy do dwóch kolegów. Idą, patrzą, a przed klatką stoi suka. To noc, ulica taka, no latarnie są, trochę się bali, ale już nie mogli się cofać. Więc kołnierz postawili, przeszli i wtedy już nie mieli gdzie iść, bali się wracać do domu i przyszli do nas. Więc jeżeli tak jest to ja mówię to dzwonimy do pana dyrektora. Jeszcze zdążyliśmy zadzwonić do dyrektora, że aresztowania są i my panie dyrektorze idziemy rano do zakładu. No i dyrektor mówi ja też będę dziękuję. Jeszcze otrzymałam telefon od jakiejś pani i mówi, że taki działacz, Fredek Bondos, mówi, uciekł, zdążył uciec i jest w kinie. I mówi, prosił, żeby powiadomić panią, żebyście państwo innych powiadamiali, żeby rano pójść do zakładu. I jeszcze chcieliśmy powiadomić, A nie, chcieliśmy jeszcze do regionu zadzwonić, milczy telefon. No więc my mówimy, na pewno z Lublinem coś nie jest tak. Dzwonimy do Świdnika, do znajomych, ale już wtedy była łączność telefoniczna przerwana. No to my co robimy? Postawiliśmy pół litra wódki, karty rozłożyliśmy, jakieś szklanki. Nikt już przecież się nie położył i tak siedzieliśmy Do rana, nie wiem czy o piątej, włączyliśmy telewizor i generał już był na wizji i wiedzieliśmy, co robić. Wtedy mieliśmy zadanie, żeby powiadamiać pracowników. Niektórzy jeszcze spali, bo to była niedziela i tak do zakładu powędrowali pracownicy. Ja poszłam do kościoła. Chcę powiedzieć, że proboszcz, który już nie żyje, ksiądz Hryniewicz, to była dusza. Myśmy tam u niego w kościele mieli skrawek wolności. I on wtedy mszę odprawił krótką i powiedział, idźcie do zakładu, ja tam przyjdę. I rzeczywiście jeszcze tego samego dnia mieliśmy przeświętą na hali i tak się zebrali pracownicy. Ponieważ to była niedziela, więc dopiero później w poniedziałek pozostali, którzy dojeżdżali, do Świdnika przyszli i już się z Lublina, z pozostałych zakładów, przychodziły grupy osób i tak powstał Komitet Międzyzakładowy Strajkowy. I przyznam się Państwu, że zorganizowane straże, były blokady na straże porządkowe, łączność była przez jakieś komórki czy coś, wtedy inaczej, przez krótkofalówki, także zdecydowanie był spokój. My jako kobiety, między innymi nie wszystkie, ale ja, nie strajkowałam na okrągło, wychodziłam o 15, ale jednocześnie mi panowie dawali, koledzy, listy do żon, albo przynosiła się bieliznę, skarpety, przeważnie skarpety, I tak to wyglądało, ale chcę powiedzieć jeszcze co. Mieliśmy stołówkę zakładową, gdzie jednak te produkty były dowożone, stołówki, bary funkcjonowały, ale ja na przykład miałam sąsiadkę nieżyjącą, bardzo partyjną, ale słuchajcie państwo, a ona mi przyniosła gar, kapusty i mówi radkowa zanieś to ludziom, którzy tam strajkują. Mieliśmy takie dowody tego, że żony były przed bramą, czekali, tak jakby się chcieli połączyć z nami, którzy byli na zakładzie. Ale przyznam się, że grupa kobiet jakoś tak spontanicznie wyszło, ponieważ już zakład był Pierwszego dnia w niedzielę przyjechał cały desant wojskowy z generałem Grzegorczykiem na czele. Wylądowali na lotnisku, bo chcieli wejść do zakładu, a komitet strajkowy, który był, nie pozwolił. Jak oni wylądowali na lotnisku, powiedzieli, że nie wolno wejść do zakładu, I dobrze, ponieważ panowie są, na basenie był taki hotel, coś tam było, tam możecie panowie być. I rzeczywiście, dopóki nie spacyfikowali, nie mieli miejsca, no to my kobiety pewnego dnia idziemy, już po 15, a ja mówię, chodźmy tam na basen do tego generała. Zapytamy się, co się dzieje z panią Zofią, bo myśmy nie wiedziały. Ona była internowana, myśmy nie wiedziały. I poszłyśmy. Siedzą łodzi żołnierze w tej kawiarni i my mówimy, że prosimy pułkownika. No któryś poszedł i rzeczywiście przyszedł do nas. I my mówimy, proszę nam wytłumaczyć, co się dzieje z panią Zofią. Ona jest sama, nie ma męża, bo mąż był wtedy w Libii. My chcemy wiedzieć co. Poza tym zaopatrzenie jest zdecydowanie złe. My idziemy na godzinę siódmą do pracy, do sklepu idziemy i nie ma nic, a przecież dzieci potrzebują jeść, o w ten sposób. A on mówi do nas tak, no pewnie, mówi, przynosicie żarcie mężom do zakładu, dobrze im jest, Mają jedzenie, to co mają, mówi, nie strajkować? A ja mówię tak, proszę pana, ma pan żonę? Mam. To żony psi obowiązek jest, żeby mężowi dać jeść. No i jednak nie ustąpiłyśmy i chcemy wiedzieć, co się dzieje z panią Zofią. Umówiliśmy się na następny dzień, że się spotkamy. Następny dzień idziemy Nie ma. Nie ma pułkownika, więc idziemy do Urzędu Miejskiego. Oświetlony jest Urząd Miejski. Sekretarka mówi, że nie ma. Nie wiem, to wtedy przewodniczący się nazywał. Nie ma. Są na policji. I zrozumieliśmy, że to był już ostatni ten dzień, kiedy pacyfikacja nastąpiła. Ja nie byłam w zakładzie. Ale chcę Państwu powiedzieć, jak Świdnik wyglądał. Więc takie czwórki tych zomowców ulicami, główną ulicą szły. My kobiety, żeśmy na chodnika stały, więc oni cały czas tylko nawoływali, żeby rozejść się, żeby iść do domu. Podobno pojedyncze były przypadki, gdzie jakaś samotna kobieta szła, że pobili ją, to słyszałam. I ta noc była absolutnie na ulicy. I gdzieś była godzina chyba, może czwarta, może piąta rano. Już pierwsi, po pacyfikacji oczywiście, pierwsi pracownicy zaczęli wychodzić z zakładu. A przed zakładem stały suki, ponieważ ten komitet strajkowy i dużo osób się ukrywało w zakładzie, nie mieli przepustek. Myśmy mieli stałe przepustki. Nie wszyscy mieli przepustki. Udało się trochę pracownikom jakoś tam te przepustki dać. I chcę Państwu powiedzieć z relacji mojego męża i innych. I stali tam ormo, ormo wtedy było, ormowcy, pracownicy zakładu i mówili tego, Trzeba wziąć do słuki tego. Między innymi wtedy zostali już zabrani pan Michałkiewicz, jest posłem, prawda? Pan Smyk Lipiec, którzy w tej Solidarności Rolniczej byli, zostali zabrani i w niedzielę rano pana Michałkiewicza żona przyjechała do znajomych i szukała, nie wiedziała co się dzieje. Ja tyle wiedziałam, że na pewno zabrali. Więc dwa te autobusy zostało zabranych ludzi i na pewno na północ są wwiezionych. Jeszcze może zanudzam, ale taką ciekawą chyba rzecz chcę powiedzieć, co się działo. A mianowicie, ponieważ komisja zakładowa była dobrze przygotowana, bo do ewentualnego strajku ogólnopolskiego były przygotowane dokumenty, jak się zachowywać w stanie wojennym, instrukcja i na wszelki wypadek drugi garnitur. Nazwiska były podane. I to komisja zakładowa miała pomieszczenie, i żeby krzesła nie obijały ściany, to były takie deski dookoła. Pacyfikacja, już po pacyfikacji pomieszczenie Solidarności zostaje zaplombowane, nikt nie ma wstępu. To trwało, myślę, że dobrych kilka miesięcy, ponieważ pan Puczek, przewodniczący, był internowany, wtedy był we Włodawie. Trzeba było, dyrekcja chciała to pomieszczenie opróżnić, w związku z tym przywieźli go, przywieźli pana Puczka, bo on miał klucze, żeby otworzył to pomieszczenie. Ale jednocześnie były tam pieniądze w kasecie pancernej, jego własne, tak powiedział, jak i Solidarności. Wtedy dyrektor wyznaczył księgowego, kasierkę. Ja idąc korytarzem, zobaczyłam pana Puczka. Oj, no przywitałam się, a on mówi, panie Jóżlo, chce pani być jako świadek mojej osoby? Oczywiście. Więc jak weszłam do tego pomieszczenia, słuchajcie państwo, wszystko było powywalane, wszystko było poprzewracane, niesamowicie. Ale pan Puczek otworzył kasetę, wyjął swoje pieniądze i pieniądze Solidarności. Kasjerka przeliczyła to wszystko, protokółem oczywiście. Podpisał pan Puczek, przyjęła kasjerka. Ale w międzyczasie udało się panu Puczkowi powiedzieć tyle. Panie Urszulo, tu za tymi deskami jest ta tajna instrukcja. Boże. No i z tym Puczek odjechał, ja zostałam z tym. Pomieszczenia dalej są zamknięte, ale po jakimś czasie wchodzi tam grupa malarzy, którzy będą odnawiać pomieszczenie. Jezu, jak to wejdzie, jak to do rąk ich wejdzie? Boże, nie wiedziałam co zrobić. Był moment taki, wyszłam do tego pomieszczenia, mówię, o panowie już malują ściany, fajnie, no tak, wie pani, jeszcze tu oderwiemy te listwy. Jezu drogi. A ja mówię tak, a wyście byli na śniadaniu, a na dole był bar. Młodzi chłopcy.
[48:56.06 → 48:56.30] C: Nie.
[48:56.86 → 49:13.60] B: To ja mówię, ja wam popilnuję tego pomieszczenia. A więc zniknijcie na śnie. I tak było. Słuchajcie Państwo, ja miałam jakiś taki skoroszyt, bo gdzieś szłam. I tym skoroszytem przejechałam jedną stronę. Nie ma. Drugą stronę nie ma.
[49:13.70 → 49:14.06] C: Trzecią.
[49:14.46 → 55:44.32] B: Wypadła cała, cała koperta. Boże. Nie wiedziałam, co z tym zrobić, bo i do pokoju trochę się bałam, bo tam już nie było mojej sekcji. I taki był magazyn w budynku na piętrze, gdzie klucz był w jednym miejscu i pracownicy chodzili, jak trzeba było do jakichś dokumentów wstecznych dojść. No ja poszłam, wzięłam ten klucz i przeczytałam. I przyznam się, no może szkoda. Nie wiedziałam, co zrobić. Wzięłam i zniszczyłam. Z tym, że ja sobie na kartce zapisałam nazwiska tego drugiego garnituru i proszę Państwa, tam chyba tylko trzy nazwiska, co byli internowani, a resztę wszyscy, którzy działali w podziemiu, w naszej podziemnej komisji. No może teraz żałuję, że to zniszczyłam, ale ja się bałam. Bałam się, żeby to nie wpadło do rąk. I to takie moje przeżycie, ale jeszcze powiem może za dużo, ale zaraz jak stan wojenny chyba był styczeń albo luty, sekretarz partii naszego wydziału poprosił mnie, ja nie byłam partyjna, poprosił mnie i mówię tak, Panie Urszulo, w telewizji warszawskiej będzie spotkanie przedstawicieli takich dużych zakładów, na temat sytuacji socjalnej, zaopatrzeniowej. Nie dam jakiejś innej. I mówi, my widzimy panią, żeby pani pojechała do Warszawy. A ja mówię tak, ja? Jakby mi to powiedział pan Puczek, który jest internowany, to bym pojechała, a tak to nie. No i proszę państwa, to co mogę powiedzieć, W tym okresie nie miałam ani przeszeregowania żadnego. Pamiętam, że jakoś tak wnioski racjonalizatorskie się składało. Ja zajęłam drugie miejsce wśród kobiet w zakładzie. Kierownik wystawił mnie. Nie dostałam tego, także tak na marginesie. Ale jeszcze jedno. U nas w silniku nie było domu kultury. On był w budowie i tak stanął. I mówiliśmy, że to straszny dwór. I wtedy pieniądze wypłaty dostawało się do ręki, nie tak jak teraz na konto. No i przy wypłacie jest, kierownik powiedział, że wykupujemy, cegiełki były zrobione na ten Dom Kultury, żeby wykupić cegiełki, bo będziemy budować. No i od nas działo, między innymi ja, mój mąż i kilka, kilka osób nie wykupiło tych cegiełek, proszę państwa. Na drugi dzień sekretarka dzwoni, szef cię wzywa. Idę do szefa, szef mówi proszę pani proszę iść do pokoju, do budynku administracyjnego, do pokoju powiedział numer który, a tam była siedziba ubeków, bo w zakładzie byli. No i ja weszłam. Dzień dobry, dzień dobry. Proszę usiąść. Proszę pani, pani nie wykupiła cegiełki. na Dom Kultury, a ja mówię, nie wykupiłam. A widzi pani, otworzył szufladę, a ja wykupiłem, mimo że mieszkam w Lublinie, to tak pani nie chce kultury? A ja mówię, mnie już wszystko jedno. I to na każdym kroku jednak tak było, śledzili wszystko, ale mimo wszystko, Wszystko, myśmy się trzymali razem i to była taka prawdziwa solidarność, już może niezwiązkowa, ale międzyludzka. Gazety, kolportaż, radio przecież było, spacery przepiękne, spacery, które Świdnik wymyślił. Proszę Państwa, to było coś cudownego. To chyba był miesiąc, luty, myśmy tydzień czasu z główną ulicą spacerowali wieczorem, żeby zbojkotować ten dziennik 7.30 czy 8.30. Rodzice z małymi dziećmi w wózeczkach, roześmiani. Wtedy wymienialiśmy sobie No jakieś pozdrowienia. Nie znaliśmy się, ale to była coś pięknego. Ale później chyba trzeci, czwarty dzień już zaczęli wyłapywać do SUK. Na przykład kolegę z mojej sekcji wywieźli chyba z 15 kilometrów za Świdnik. Wypuścili tą grupę, musieli wędrować do Świdnika. Różne restrykcje, ale również zatrzymywali na 48 godzin. Kolegia dawali. Myśmy szybciutko, jak mogli, zbierali pieniądze. Ksiądz nam pomagał, żeby wykupić. Także to cały czas ta represja była. A jeszcze chyba czwarty czy piąty dzień spacerów, to wtedy nam wyłączyli telefony. Nie wolno było się poruszać z samochodami osobowymi po średniku i godzinę policyjną, chyba 19 czy 18, no to myśmy na pierwszy dziennik wyszli. Chyba był 16 z minutami, prosto z zakładu na pierwszy dziennik. Także widzieli, że Świdnik żyje. W związku z tym już bodajże w sobotę już stały te samochody, te armatki wodne, I w niedzielę, ja byłam wtedy w kościele i ksiądz, właśnie ten nasz ksiądz, zaapelował do nas, żebyśmy zaprzestali. I rzeczywiście posłuchaliśmy się księdza i już nie wyszliśmy. Może pojedyncze osoby nas patrzą. Myślę, że to uratowało nas od tych większych szans.
[55:44.42 → 55:46.96] C: Ale wtedy się już przeniosły spacery do Lublina.
[55:47.60 → 55:52.21] B: A być może, tak. Na Świdnik do Lublina to były nawet
[55:52.21 → 55:54.83] C: jeszcze dużo, dużo większe, bo Lublin większe miasto.
[55:55.15 → 59:10.31] B: Być może, ale na Świdnik to była budująca rzecz. 11 listopada, święto niepodległości. My mieliśmy wtedy taką górkę saneczkową. To z Lublina też przyjechali nasi koledzy, członkowie Solidarności Podziemnej i tam trzeba było świeczki zapalać. obstawione przez ubeków. Nie można było wcale dojść, ale niektórzy tam doszli. I między innymi, tak powiem państwu taką rzecz, jeden z emerytów, który był autorem, inicjatorem i pomysłodawcą spacerów, też był wtedy, szedł, żeby świeczkę zaświecić, Ja też z mężem i spotkaliśmy się, proszę Państwa, na raz dwóch ubeków doleciało i do niego, tam taki i taki, co ty tu robisz, a co nie wolno mi tu stać, bo rozmawiał z nami. Zabrali go, to był już starszy człowiek, żona była chora i słuchajcie Państwo, myśmy nie wiedzieli, co się z nim dzieje, a przy tym Zięcia miał takiego czerwonego, że tam no trudno było dojść. Myśmy rano z koleżanką poszły, pani Maria Płacze, żona, że nie ma męża i myśmy za późno zareagowali, bo można było go wykupić, bo kolegię od razu robili, myśmy nie wiedzieli. I proszę państwa, ten człowiek znalazł się w Olszynce Grochowskiej. To pan Przeciechowski, mecenas, który pomagał nam Solidarności, dał taki glejt, żeby wypuścić i z wolnej stopy, żeby odpowiadał. I rzeczywiście, ale myśmy się bali jechać po pana Kazimierczaka, no bo już czuliśmy, że depczą. Wysłali się moją przyjaciółkę, która w Powstaniu Warszawskim brała udział, pojechała po pana Kazimierczaka. Wypuścili go. Ponieważ ona miała siostrę w Warszawie, tam, no, zaprowadziła, on się umył, wykąpał, ubrał i wieczornym pociągiem wrócił. Ale opowiadał, że siedział z takimi młodymi chłopcami. Oni mu tam te żyletki jakoś podłączali, herbatę mu robili, żeby dziadku, żeby się nie zaziębił, ale przepłacił zapaleniem płuc. To była wspaniała postać. Takie różne te wydarzenia działy się. O, tu w filmie było, jak wybory były i trzeba było bojkotować i liczyć. U nas też w Świdniku każdy punkt miał swoich obserwatorów i liczyliśmy, ile ludzi wchodzi. I potem spotkaliśmy się u mnie. Sprawozdanie poszło dalej.
[59:10.61 → 01:00:20.11] C: To była ogólnopolska akcja, to wszędzie to było robione. Ale może powiedzmy też o tym, co się działo takiego pozytywnego w tej działalności podziemnej i przez te lata. Na początku, jeśli idzie o tę działalność wydawniczą, to były takie ulotki, proste druki. Później już w latach osiemdziesiątych coraz piękniejsze były wydawane książki w Lublinie. Ja chcę powiedzieć tylko o takich paru, no naprawdę super hiper. Jedno to było, tylko już nie pamiętam, czy to Auto czy Fisu, bo było parę takich wydawnictw naprawdę dobrych. Na przykład były wydane chłaski książki i to zdaje się, były cztery tomy albo pięć. W Lublinie został wydrukowany następny, kolejny, ostatni tom i to była Znaczy ta sowa córka piekarza. Sowa córka piekarza. Naprawdę wyglądało to identycznie. Ta był jeden, tak co drugi był czarny z białymi literami, to co drugi biały z czarnymi i to wszystko było po prostu znakomicie zrobione. Albo krążyły, ja nie wiem czy państwo znają wydanie roku 1984. z ilustracjami Lebensteina.
[01:00:20.25 → 01:00:21.55] A: A folwark zwierzęcy?
[01:00:21.59 → 01:00:26.27] C: Tak, tak, tak, folwark zwierzęcy, bo tam były właśnie te ilustracje Lebensteina.
[01:00:26.43 → 01:00:28.15] B: To było coś zupełnie wspaniałego.
[01:00:28.55 → 01:00:36.33] C: To było na pięknym papierze, śliczne te reprodukcje, naprawdę wydawniczo perełka. Także to były naprawdę takie rzeczy...
[01:00:36.33 → 01:00:42.07] A: A wiersze Krynickiego też wyszły w takim tomiku, o ile dobrze pamiętam. Nie pamiętam czy Krynickiego, czy może Barańczaka,
[01:00:42.21 → 01:00:48.35] C: ale pamiętam... To znaczy ja nie widziałam takiego luksusowego wydania. Widziałam małe, takie proste wydania Krynickiego i Barańczaka.
[01:00:48.35 → 01:00:55.17] A: Tak, ale pamiętam, że jakieś wyszło właśnie takie z rycinami oddzielonymi bibułką, naprawdę bibliofilskie wydanie.
[01:00:56.07 → 01:01:02.63] C: Także to naprawdę to już później to podziemne państwo działało zupełnie nadzwyczajnie. To było wszystko superprofesjonalne.
[01:01:03.29 → 01:01:26.66] A: A propos wyborów, teraz są bodne wklejki czy wlepki. Młodzież w autobusach na przykład przykleja, a ja znalazłam w swoich starych papierach niedawno wlepkę. Nie idź na wybory, Czernienko i tak głosuję za ciebie. Bardzo ładnie zrobioną, w bieli i czerwieni, naprawdę pełen profesjonalizm.
[01:01:26.78 → 01:02:18.46] C: A potem było takie powiedzenie, głosowałeś, nie narzekaj. Ja nie wiem, czy Państwo pamiętają. Głosowałeś, nie narzekaj. Nie, no naprawdę dobrze, to były wybory w 1989 roku, to wtedy naprawdę byliśmy doskonale przygotowani. Ja nie mówię o Komitecie Obywatelskim i tak dalej, no bo to wiadomo, wszyscy wiedzą, nie? Ale w Lublinie myśmy mieli kukułcze jajo pod tytułem Teresa Liszczowa na listach ZSL-u. To, że się to udało ją na te listy wstawić, to był wielki wyczyn Antoniego Krawczyka, Złym CS-u. On był zeselowskim działaczem i jakoś, nie wiem dlaczego, na to poszedł. I wtedy dzieci rozdawały takie karteczki przed komisjami wyborczymi, żeby na Teresę Liszczową głosować. Plakaty też były takie. Ona była tak jakby przyłączona do Komitetu Obywatelskiego.
[01:02:19.74 → 01:02:55.60] A: A to proszę jeszcze powiedzieć, bo spotykaliśmy się, spotkamy się tutaj dzisiaj pod hasłem Kino Wolności. Oglądamy filmy, jeden jest już o tej wolności, chociaż podziemnej, ale te dwa pierwsze są, jeden już po stanie wojennym, 86 rok, ale jeszcze za komuny, a Kieślowski to 79, czy robiony w 78 roku. Jakie filmy oglądałyście Pani w latach 70-tych? Czy rzeczywiście to było tak, jak niektórzy z nas pamiętają, że te filmy jednak torowały drogę wolności?
[01:02:55.72 → 01:03:06.24] C: Ale oczywiście, że torowały drogę. Człowiek z marmuru na pewno był jednym z takich filmów, który wstrząsł. To było podobnej rangi wydarzenie jak wystawa Polaków Portret własny.
[01:03:07.00 → 01:03:10.28] A: I takiej rangi wydarzeń jak wybór papieża.
[01:03:11.86 → 01:03:48.97] C: To były takie trzy słupy milowe i już potem lawina poszła. Zresztą te filmy, które Wacek Biały przywoził do Lublina, te filmy, które można było oglądać w mieszkaniach, to też było coś niezwykle ważnego. że mieliśmy taki oddech wolności w naszych mieszkaniach. Pierwszy film, który on przywiózł, to był chyba Łowcy Jeleni i wtedy jeszcze mało kto miał w ogóle odpowiedni sprzęt, więc to się jakieś czarno-białe strasznie oglądało, ale potem już jak się pojawiły te magnetowidy, jak się pojawiły telewizory, to to naprawdę było wspaniałe.
[01:03:49.96 → 01:03:55.62] A: Co prawda pamiętam, że przesłuchanie oglądało się czasem z tak złych kopii, że już niewiele tam było widać.
[01:03:55.78 → 01:03:56.70] C: Nasza była niezła.
[01:03:57.44 → 01:03:59.44] A: To pewnie jedna z pierwszych.
[01:03:59.54 → 01:04:11.66] C: Może, za to Amadeusz był taki, że ja dopiero później jak oglądałam to w kinie, zobaczyłam, że w którejś ze scen jest Mozart z żoną, tam się kręci synek gdzieś pod nogami. W ogóle czegoś takiego nie było na tej kopii.
[01:04:14.06 → 01:04:16.80] A: Słuchało się też wtedy dużo muzyki.
[01:04:18.01 → 01:04:29.67] C: Oczywiście też Wacek przywoził kasety z Kelusa, Kaczmarski, Indrowski. Zresztą trochę tego było.
[01:04:30.85 → 01:04:55.06] A: Będziemy chyba powoli kończyć. Dziękujemy bardzo za ten wieczór. Dziękuję, że zechciały Panie przyjąć zaproszenie. I miejmy nadzieję, że kino będzie nam towarzyszyć dalej. Nie tylko w walce o wolność, ale
[01:04:55.06 → 01:04:57.22] C: także w wolnej Polsce.
[01:04:58.68 → 01:05:06.94] A: Staram się tutaj pokazywać takie filmy, które coś do tej rzeczywistości wnoszą. I zapraszam na następne pokazy. Każdy poniedziałek.
[01:05:07.20 → 01:05:10.22] B: Dziękuję bardzo. Dziękuję państwu.
[01:05:10.38 → 01:05:10.78] A: Dziękuję.

Kino w Teatrze Starym: „Szczurołap”, „Z punktu widzenia nocnego portiera”, „Moje zapiski z podziemia”

“Szczurołap” Obsypana nagrodami opowieść o człowieku, który zajmuje się tępieniem szczurów na masową skalę, odbierana była w chwili swego powstania metaforycznie. Powszechnie doszukiwano się aluzji do walki władzy i opozycji, szukano treści politycznych. Oglądany dzisiaj film nadal robi wrażenie, choć istotniejsza chyba staje się w nim refleksja egzystencjalna i psychologiczna.

A zestawienie filmu Andrzeja Czarneckiego z wcześniejszym o niemal dziesięciolecie podobnie odczytywanym dokumentem Krzysztofa Kieślowskiego rodzi nowe, ciekawe znaczenia.

 

„Z punktu widzenia nocnego portiera” Zapis monologu dozorcy z pewnego zakładu przemysłowego, wielbiciela porządku i dyscypliny, owładniętego obsesją kontroli, odczytywany był w swoim czasie jako metafora opresyjnego systemu, dławiącego wszelkie formy wolności, indywidualnej i zbiorowej. Dla Kieślowskiego stał się ważnym powodem odejścia od dokumentu: reżyser uznał, że przekroczył granice etyczne, robiąc film przeciw swojemu bohaterowi, wbrew jego intencjom. Nie zmienia to jednak faktu, że to jedno z najważniejszych dzieł nowej szkoły polskiego dokumentu i kina moralnego niepokoju zarazem, udana próba opisania świata nie przedstawionego. Udało się tu uchwycić spustoszenia, jakie system czyni w ludzkiej świadomości. 

„Moje zapiski z podziemia” Nagrania kręcone amatorskimi kamerami w latach 1982-1987 przez nieformalną grupę, do której należał Jacek Petrycki, Bohdan Kosiński i Marcel Łoziński, odsłaniają kulisy działalności antykomunistycznego podziemia, ukazują codzienność ukrywających się opozycjonistów i polską rzeczywistość lat 80. W filmie znalazły się m.in. sceny z pierwszej podziemnej konferencji prasowej z udziałem Zbigniewa Bujaka i Konrada Bielińskiego

na temat fałszowania przez władze wyborów do Sejmu w 1986 i sposobów, w jaki Solidarność to wykrywała. Ta osobista układanka, opowiadająca tylko o wycinku ruchu, do którego miał dostęp autor, układa się we wcale obszerną panoramę podziemnej rzeczywistości.

Urszula Radek – uczestnik spontanicznego strajku robotników WSK PZL-Świdnik podczas historycznego „Świdnickiego Lipca 1980″, członkini Komitetu Strajkowego. Po zalegalizowaniu „Solidarności” czynnie włączyła się w organizowanie struktur związku w przedsiębiorstwie, była członkiem Komitetu Założycielskiego NSZZ „Solidarność” w WSK. Po ogłoszeniu stanu wojennego włączyła się w akcję organizowania strajku oraz pomocy dla strajkujących. Była członkiem podziemnej Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” WSK PZL Świdnik. Z chwilą ponownej rejestracji NSZZ „Solidarność” angażowała się w tworzenie demokratycznych instytucji w mieście. Jest współzałożycielką stowarzyszenia Komitet Pomocy SOS „Solidarność”. W 1996 roku otrzymała tytuł „Świdniczanka Roku”. Jest laureatką medalu „Ludziom Gorących Serc” z 1999 roku, Złotego Krzyża Zasługi (2001). Otrzymała ogólnopolski tytuł „Społecznik Roku 2002″ (źródło: historia.swidnik.net).

Małgorzata Bielecka-Hołda – redaktor naczelna lubelskiej redakcji Gazety Wyborczej. W latach osiemdziesiątych była bardzo zaangażowana w działalność związkową i opozycyjną.

Wydarzenie w ramach projektu społecznego KINO WOLNOŚĆ www.kinowolnosc.pl

Wróć