Tryb wiązania: strict

Staramy się pokazać tylko najmocniejsze trafienia.

Bitwa o literaturę. Wschód zaczyna się w Lublinie

Wróć

BITWA O KULTURĘ

wideo

[pokaż transkrypt] [ukryj transkrypt]
[00:02.00 → 00:32.70] A: Dzień dobry. Mam dla państwa dwie informacje, dobrą i złą. Zła jest taka, że nie ma z nami dzisiaj pana Krzysztofa Wargi, który w wyniku nieprzewidzianych okoliczności niestety nie dojechał na spotkanie. Dobra jest taka, że w podwójnej roli prowadzącego i gościa wystąpi pan Andrzej Stasiuk, który na szczęście jest z nami. W związku z nieco zmienioną formułą spotkania zachęcamy państwa do aktywnego udziału w rozmowie już od samego początku. Zapraszam pana Andrzeja Stasiuka.
[00:35.18 → 02:06.72] B: Dzień dobry państwu. Jezu, przy takiej pogodzie, tutaj robicie w teatrze, siedzicie w tych ciemnościach i w zamkniętym pomieszczeniu, To niebywałe, to ja wdzięczny jestem. Krzysiek Warga nie dojechał, ponieważ z Paryża nie dojechał. Z Paryża się nie dojeżdża na czas, kiedy się tam wyląduje. Także przyszło mi w dwóch rolach jakby występować i rzeczywiście, tak jak powiedziała szefowa, bardzo bym Państwa zachęcał do rozmowy po prostu, bo inaczej sobie nie poradzimy. Będziecie robili za Krzyśka Wargę po prostu. No, to co pan teraz czyta? Pomysł był taki, ja napisałem taką książkę Wschód i tam jakimś z rządzeniem losu bardzo przyjemnym znalazł się fragment o Lublinie. Tutaj spędziłem, Boże, półtora roku temu w zimę chyba, dwa tygodnie upojne. Był listopad lodowaty, wiało i ani razu nie wyszło słońce. Ale tak, mieszkałem na ulicy Rybnej chyba. I napisałem tekst, on był na zamówienie, to nie jest tak, Z dobroci serca przyjechałem, kazali, zapłacili, napisałem tekst o Lublinie. Wyszło mi o Żydach. Na
[02:10.34 → 11:22.13] C: Lubartowskiej, na dworcu, spacerując z wózkami po błonie u stóp zamku, biegając w dresach. Czy się to tak bardzo różni od noszenia ubrań po nich? Wsuwać ręce w rękawy, wsuwać ciało w miejsce ich ciał, w przestrzeni. Gdzie jest granica między szabrem, koniecznością, a oczywistością? Nie do rozstrzygnięcia. Cudze, niczyje, moje. A co, miało tak leżeć? A co, miało tak stać? Więc weszliśmy w ich życie, nie dzieląc ich losu, bo któż by chciał albo śmiał. Żyjemy na zgliszczach, mamy zwęgloną, martwą pamięć. pustą. Więc Lubartowską w dół i potem znów na dworzec, w kółko, żeby patrzeć na ludzi, którzy wypełniają tę przestrzeń nie do wypełnienia. Są zziębnięci i cisi, stoją oddzielnie, młodzi czasem razem. Nie pisze o Żydach. Pisze o nas, o tych, którzy zostali. O tym, że wypełniliśmy przestrzeń, z której zniknęli. Że swoim życiem próbujemy wypełnić miejsce po ich życiu. o moich rodzicach na przykład, którzy mogli przybyć ze wsi do wielkiego miasta, ponieważ w tym mieście zwolniło się miejsce i mogłem się tam urodzić, by potem pielęgnować naiwną wschodnią nostalgię, zanim pojąłem, że wschód to też grób. Że im dalej w tamtą stronę, tym mniejsze jest nasze znaczenie, tym łatwiej się nas pozbyć i zamienić w proch albo lód. To kwestia przestrzeni, której jest tu nadmiar. Wschód należy do SS", powiedział Himmler i wysłał Globocnika, który w białej willi przybocznej Lubomerskiej stukał palcem w mapę i mówił, zbudujemy tu, tu i tu, ponieważ trzeba było zrobić miejsce, bo do nich miał należeć wschód, bo o wschód nikt się nie upomnił. Bo wschód był zawsze wysypiskiem ciał i można było je palić, aż tłuszcz osiadał na szybach domów pięć kilometrów dalej. Lecz nikt nie śmiał się upomnieć, tylko kobiety bez słowa myły okna. Tak było w Bełżcu od jesieni 42 do wiosny 43, ponieważ trzeba było zrobić miejsce, bo wschód miał należeć do nich. Ale miejsce zostało dla nas, a nie dla SS. Weszliśmy do cudzych domów i w szafach rozkładaliśmy nasze rzeczy. Mówiliśmy, to są niczyje domy, niczyje szafy i układaliśmy nasze rzeczy. Patrzyliśmy przez cudze okna, myśląc, że to jest nasz widok. Nie mieliśmy pojęcia, co skrywa. a skrywał miliony cudzych spojrzeń, które zostały zwęglone i niewidzialny popiół spadł na nasze dni. No to co w końcu z tą krainą, której bramą był i jest Lublin? Co tam takiego było, że ciągnęło? Jaka obietnica? Pustki? Z tym krajobrazem, w który cywilizacja wsiąka jak woda w piasek? Bo co? Miałeś nadzieję, że w końcu znajdziesz się sam i staniesz naprzeciw przedwiecznego jak pierwszy człowiek, tak? Wyruszając przez Lublin dalej i dalej na sam skraj ziemi. Któregoś dnia aż na skraj Altan Els, tak? Tak. Tam któregoś sierpniowego poranka usłyszałem absolutną ciszę. Słońce dopiero wstało i te nieliczne rzeczy, które znajdowały się wokół, Namiot, stara rosyjska furgonetka, źdźbła suchej trawy rzucały czarne cienie. Jak okiem sięgnąć, nie było niczego, tylko piasek. Te suche źdźbła, wyjeżdżony szlak i ślad wczorajszego ogniska. I ta cisza, jakiej nigdy nie słyszałem w życiu. Wszystko było ogromne, potężne, widoczne na dziesiątki kilometrów, ale nie wydawało żadnego dźwięku. Jakby były przygotowane. ale nie zaczęło jeszcze działać. Jakby dopiero miało ruszyć. A ja zjawiłem się tutaj z innego świata, ze swoim niepokojem, ze swoim wyobrażeniem, że czas jest linearny i musimy wciąż podążać z punktu A do punktu B, bo inaczej utracimy sens. A tutaj nic. Wszystko istnieje, ale czas ma postać powietrza, które krąży wokół ziemi, nadkrusza krawędzie skał i przenosi piaski z miejsca na miejsce. na wschodnim skraju Altan Els. Bo niewykluczone, że prowadził mnie odległy lęk przed tym, co ludzkie, że kazał raz po raz przedsiębrać wyprawy tam, gdzie to ludzkie przycicha i nie jest podszyte grozą. Z Lubartowskiej na skraj Altan Els, gdzie pod ziemią wśród wiekowych warstwic piasku można znaleźć jedynie kości zwierząt, żadnych popiołów, żadnej zwózki ciał. Wyjeżdżałem z Okopowej. Zostałbym dłużej, ale wyjeżdżałem. Wilgotnawo tam było, ciemnawo, listopadowo. Pachniało węglowym dymem. W każdej bramie urzędował adwokat. Miasto pieniaczy sądowych, można by pomyśleć. Ale potem się dopatrzyłem, że zaraz obok dwie prokuratury oraz urząd skarbowy, więc po prostu obrona konieczna. No więc adwokactwo, mieszczaństwo i ten szary cień kamieni. Trochę jak w Peszcie, ale takie mniejsze, przykoślawione, niższe. Literacko to ulica Krokodyli. Widać Galicję rozcieńczoną kongresówką. Wszystko zanurzone w tym wiecznym zmierzchu listopada, w tym nieco bezbarwnym półśnie strefy rozpostartej między jesienią a przedwiośniem. Pogranicze kultur, języków, religii i pogody. Z okna miałem piękny widok na blaszane dachy i plątaninę staroświeckich anten telewizyjnych. No, ale trzeba było się zbierać. Wyjeżdżałem przed świtem. Ruszały pierwsze autobusy. Jak zwykle chciałem bocznymi. Chciałem bez przeszkód patrzeć, jak wstaje dzień, jak z mroku wynurza się kraj. Najpierw na Bełżycę, potem na Kraśnik, w głąb ojczyzny, w głąb jej ciemnego ciała. I potem, gdy kształty dnieją w tę szarawość, w te wysmurzone dale, na które ktoś ponalepiał domy, płoty, ludzkie rzeczy, całą tę historię istnienia w listopadzie płaską jak wycinanka, jak wylepianka. Bełżyce, Kraśnik, Zaklików, gdzie już zaczynało się podkarpackie, ale wolałem myśleć, że to wciąż lubelskie. Nie miałem nic przeciwko, nie miałem nic przeciwko, żeby Lublin został stolicą całego kraju. Ale nie tak jak w czterdziestym czwartym, tylko naprawdę. Bardziej przypominał Polskę niż Warszawa. Z tymi jej wieżowcami z importu i fontannami, które miały na wieki zetrzeć hańbę prowincjonalizmu, nie dającą jej spać po nocach. Lublin był lepszy. Niczego nie udawał. Lodowaty wiatr ze wschodu o dziesiątej wieczór wymiatał ulicę z ludzi. Tylko w sobotę krakowskim szła młodzież. i kogo starszego. Szli skuleni i mówili głośno, kleli i mieli pospolite głosy. Dziewczyny tak samo jak faceci. Przyjechali ze swoich miasteczek i próbowali wypełnić niewypełnianą pustkę tego miasta. Dlatego Lublin bardziej przypominał Polskę z jej nieciągłością, przerwami w zabudowie, z jej zwielokrotnioną, nieoczywistą tożsamością. Na Wyszyńskiego pod czwórką widziałem czarny szyld. flagi narodowe, kościelne, unijne. Więc Lublin walczył. Próbował postrzywać to, co się rozłaziło w palcach. Lublin był bohaterski i pozbawiony ostentacji. Handlował na lodowatym asfalcie w ciemnej dolinie czasu i głosami młodych próbował wypełnić śmiertelną ciszę. Tak myślałem, zostawiając miasto za sobą. Wyobrażałem sobie, Że powracam do niego w maju o zielonym zmierzchu, w gasnącym świetle, w powietrzu pachnącym dzieciństwem, gdy zapadający mrok był obietnicą cudu i tajemnicy. Że powracam do Lublina niczym w najdalsze dni, gdy dana nam była łaska niewinności. Tak jak do tamtej wsi nad Bugiem, gdzie w blasku poranka w wiejskiej izbie wirował złocisty pył. Albo jak na Altan Else.
[11:24.99 → 19:30.29] B: Dziękuję. Zawsze nie wiem, co powiedzieć, jak słucham własnego tekstu. Strasznie dziwne uczucie, ale nie było moim zamysłem rzeczywiście elegia żydowska, kiedy zacząłem pisać ten tekst, ale dojmującym doświadczeniem w Lublinie jest to schodzenie w dół i zawsze się ląduje pod zamkiem. Zawsze się ląduje nad tą wielopasmówką, nad tą taką nicością właśnie, nad takim niewypełnionym czymś. Taki wielki plac w środku miasta, to jest centrum, a służy tylko takiej pospiesznej komunikacji tymczasowości jakiejś. I taki mi tak zwyszedł, ale nie było to moim zamiarem. Przyjechałem z czystym sercem i z otwartym umysłem i tak było. Pierwszy raz w Lublinie byłem, Jezu, w jakimś w ówczesnej młodości. Miałem 17-16 lat i chyba z Bieszczad wracaliśmy sam albo z kumplem autostopem. Wylądowałem tu jakieś 5 rano, ciężarówka na Białystok bodajże skręcała jakiś star i tak wszedłem w Lublin tamtejszych lat, 70-tych w taką rozkruszoną materię, bo jeżeli Państwo pamiętacie jak Lublin wtedy wyglądał, to on trochę inaczej wyglądał jednak. takie dotknięcie bez świadomości historycznej, bez niczego, że oto coś było tutaj wielkiego, że było piękne miasto, które się tak rozsypuje, rozkrusza. Takie intuicyjne wspomnienie czegoś, czegoś co istniało naprawdę. I tylko koledzy stali po bramach o tej piątej rano w takim pół delirium i próbowali jakoś dzień rozpocząć. I ten Lublin zawsze był taką, bośmy z kolegami namiętnie jeździli do Kazimierza Wagary. Było proste. Zamiast do szkoły wychodziło się na wylotówkę w Starej Miłosnej w Warszawie i jak było szczęście za dwie godziny, człowiek co dwie i pół był w Kazimierzu. W miejscu rzeczywiście zjawiskowym. I ten Lublin zawsze tak opromieniał ten Kazimierz. Lublin miał takie strasznie ciepła nazwa. Ciepło emanuje z Lublina i emanuje jasność jakaś taka. Coś dziecięcego w tym było. I zanim się dojdzie do historii, to te dziecięce jakby Asocjacje są najważniejsze. A co ja tak temu Lublinowi kadzę tutaj? Nie znam tego miasta. Nie mam kłopot, żeby się po nim poruszać, ale bardzo je lubię. W ogóle miasta wschodu są czymś zjawiskowym w Polsce. Jak się tak od moich stron jedzie, to zaczyna się od Przemyśla oczywiście, który z wielkim szacunkiem i z całą miłością jest nieco piękniejszy, bo jednak jest na Siedmiu Wzgórzach z tym wężem Sanu. Jak się stoi pod Przemyckim Zamkiem, patrzy się na wschód, Nie ma liści na drzewach, jest jesień, późna jesień albo wczesna wiosna i o zachodzie ten san jest jak złoty wąż Bieszczady w pełza po prostu i Przemyśl jest... Ale to jest taki ciąg, to jak się myśli Polska, to ja myślę Przemyśl, Jarosław, myślę Lublin, myślę Zamość oczywiście, najbardziej kuriozalne miasto polskie, jedno z najpiękniejszych i najdziwniejszych. To jest opowieść o Polsce, pierdyknąć sobie w środku buraczanego stepu renesans, to tylko Polacy potrafili. To jest gotowe miasto. Anioł architektury wziął to tak i opuścił i posadził na skraju tego wschodu wielkiego, odległego. Gdzieś tam się Ukraina zaczyna, jak się myśli, to się Ukraina, potem dzikie pola i potem już w ogóle Rosja i koniec świata. I zamoście zjawiskowe, także miasta wschodu absolutnie. Nie wiem, jakaś przechodnia stolica powinna, Lublin też, ale też Zamość powinien być, a nie Warszawa. No, że próbuję z Państwem rozmowę jakoś nawiązać, ale nie wiem. Zadajcie mi jakieś pytanie, co, bo mnie się tak ten, ja nie potrafię monologować, to ja wiem, że są pisarze, którzy godzinami potrafią, ja potrafię na pytania odpowiadać czasami, a gdyby Państwo chcieli, no nie codziennie przyjeżdżam do Lublina, jestem słynnym pisarzem w końcu, więc Mam wrażenie, że nie należał pan do grona pokornych chłopców, pokornej młodzieży i zdziwiony byłbym, żeby tak nagle się to pańskie pisarstwo urodziło. Kiedy się urodziło to? Kiedy zapadła decyzja o pisaniu? Mam wrażenie, że ten hebron był takim przełomem, Chyba tak jest tak, że nigdy ta decyzja nie zapadła tak naprawdę, że to nie jest tak, że się, w moim przypadku, że się podejmuje tą decyzję, że oto, no dobra, to siadam i teraz będę pisarzem. To się dzieje cały czas. Cały czas jest niepewność, cały czas jest coś takiego, spróbuję jeszcze raz, może się uda, za każdym razem się nie udaje oczywiście. Hebron o tyle ważny jest, że za Hebron, to był tekst na zamówienie, dostałem za niego pieniądze, w dodatku nie został wydany, bo to napisane w latach 80-tych dla jakichś podziemia, wydawnictwa podziemnego, a potem jak podziemie szanowne przeczytało, to nie, no bez przesady, no to jest groźne, to nie wydamy tego, bo to jest obrzydliwe i w ogóle jak musiało doczekać aż wolności, żeby wyszła, także wie Pan, nie było decyzji, zawsze było pisanie tekstów kolejnych, które się składały w książki, opowiadanie historii, próby, ale nie. Wie pan, przychodzi taki czas, że się okazuje, że jeżeli coś potrafisz, to akurat to w miarę potrafisz i innej rzeczy się nie nauczysz prawdopodobnie już. Może ten moment, że prozaicznie brzmi, że zaczynasz z tego żyć, że zaczynasz myśleć o tym jak o pewnej konieczności, tak jak wszyscy ludzie mają jakąś pracę albo większość przynajmniej i może wtedy, ale też nie. To się dzieje jakoś tak przypadkowo, Tak od niechcenia, tak poza formułowaniem takich rzeczy, że oto zostanę, oto będę, guzik prawda. Jeżeli ktoś chce bardzo zostać, to najczęściej mu nie wychodzi. Trzeba zostawić losowi to, że nigdy pewnie do tej pory sobie zadaję pytanie, czy no przychodzą ludzie, mają moje książki, ale ja cały czas mam ochotę do mysiej nory gdzieś zamknąć z tym wszystkim. Wiem, że te książki są nie takie, jak powinny być. A jak się taką napisze, to pewnie trzeba umierać? Nie wiem. Strasznie to jest skomplikowane. Nie potrafiłem nigdy życia od tego, co robię, oddzielić życie, to pisanie. To się zawsze jakoś fajnie splatało. Zawsze miałem takie szczęście po prostu, że czytałem historię, potem spróbuję sam poopowiadać tę historię, a potem się okazuje, że ludzie Chcą tych historii, czytają te historie. I co ja mam zrobić? Zgadzam się, jestem pisarzem. Pewnie tak, ale nie ma czegoś takiego, że siadasz i oto będę. Głównie chodziło o to, żeby robić sobie przyjemność, żeby robić takie rzeczy, które ci interesują. I unikać tych wszystkich, które są nieinteresujące. że tu nie potrafię takiej, tej wyznaczyć cezory. To było zawsze. Wie pan, lektura się nie, niepostrzeżenie w niektórych przypadkach w pisanie zamienia. A ja miałem szczęście jeszcze oprócz tego, bo wielu ludziom się zamienia czytanie w pisanie, tylko że, że nie mają szczęścia. Ja to stąd lepiej widzę. Dowiedzieliśmy
[19:36.03 → 19:51.51] A: się, że droga pisarska ciągle trwa, ale chciałam zapytać o wydawnictwo, to znaczy o wydawnictwo czarne, kiedy jakby Powział pan właśnie jakieś myśli na temat tego wydawnictwa i o pracy tego wydawnictwa chciałabym.
[19:51.71 → 26:49.12] B: Wie pani, to jest tak, o jak fajnie brzmi z gardła tutaj, tak można sobie przyłożyć. Jest tak, że wydawnictwo nie jest moje, to jest wydawnictwo mojej żony od początku do końca i to jest jej dzieło. Przecież ja bym, gdzie ja wydawnictwo jakieś potrafił stworzyć, to by się rozeszło, poszedłbym do więzienia prawdopodobnie za podatki, nie wiem, to przecież to nie moja głowa. Kiedyś jeszcze mieszkaliśmy we wsi Czarne, to domno od ludzi, koniec świata w ogóle w Beskidzie Niskim, jedyny dom, który po wysiedleniach, po akcji Wisła pozostał bez prądu, bez niczego, dziś zupełna. Już wydałem wtedy Mury Hebronu, wydałem Białego Kruka chyba. Mieliśmy kolegę, który był wtedy dyrektorem największego wydawnictwa w kraju, czyli wydawnictw szkolnych i pedagogicznych. Odwiedzał nas czasami i kiedyś tak po sześciu butelkach wina przy lampach naftowych tak siedzi, tak się kiwając, patrzy na moją żonę i mówi, ty, dlaczego ty właściwie nie wydajesz książek Andrzeja? A Monika popatrzyła na niego. Monika, moja żona, jest antropologiem, jest doktorem antropologii. Nic nie miała wspólnego z wydawaniem książek poza czytaniem nieustannym i życiem w świecie, literatury, kultury. I tak mówi, to właściwie dlaczego nie wydajesz? I zaczęła je wydawać. Takie były początki, bez żadnej wiedzy, bez żadnych umiejętności, bez żadnego backgroundu jakiegokolwiek. Nie wiedzieliśmy, co to jest w ogóle wydawanie książek, świat wydawniczy. Moja była pierwsza i potem wydaliśmy w ramach Hołdu. Jest taki wielki, nieco zapomniany, a dla mnie jeden z największych pisarzy polskich XX wieku. On się Zygmunt Hałpt nazywa. Jak zarobiliśmy trochę grosiwa na tej mojej książce, która nam jakoś się sprzedała, to postanowiliśmy przywrócić Hałpta polszczyźnie, bo on był wydawany przez Giedroycia w Paryżu i nie istniał właściwie w Polsce. Nam się udało tą falę hałptowską obudzić. I wie Pani, no to strasznie śmieszne. Wydawnictwo bez prądu, bez telefonu, z samochodem, który jest niezarejestrowany, bo jest starym, rozpieprzającym się gazikiem. Zdradzę tajemnicę, pierwsze książki drukowaliśmy u redemptorystów, w gnieździe redemptorystów w Tuchowie, stamtąd w ogóle się cały ruch redemptorystyczny na Polskę rozchodzi. Bo tam była drukarnia, bardzo tania, tak sobie profesjonalna i tam jeździliśmy jakimś autostopem i ustaliliśmy te wszystkie wydawnicze historie. Jakby kiedyś Państwo na przykład wpadła Wam w ręce pierwsza książka wydawnictwa czarnego, moje opowiadanie o tym się nazywa Przez rzekę, nigdzie nie znajdziecie gdzie jest wydrukowana. Ponieważ ojciec, ten drukarz, przy którym spotkali, mówi tak, no ja to przeczytałem. No ja wiem, to jest literatura, no wiecie, tam te grzechy są, tam ciało o tych kobietach, ja to rozumiem, bo literatura to jest... My to wydrukujemy, ale nie damy, nie będzie napisane, gdzie było drukowane, dobrze? myślenie Kościoło Katolickie i rzeczywiście wydrukował bardzo tanio, ale dzwonimy do niego i tam z jakiegoś telefonu, dobrze to przyjedziemy z kolegą po te książki, to 3000 nakładu było, a to będzie jakoś zapakowane, tak? Tak, tak, zapakujemy. Przyjeżdżamy i to jest zapakowane te trzy tysiące książek w taki wielki karton po jakiejś lodówce czy pralce. To tonę chyba maszyło. To się rozlatywało, rozjeżdżało, gdzieś tam okładka była schrzaniona, ogólnie jakaś czerwony nos. Na moim zdjęciu czerwony nos miałem na tej okładce. I on mówi, to dobrze, ale szefie, tu czerwony nos jest, no to bez przesady. Owszem, ja lubię alkohol, ale żeby tak tego... Eee, to obtanimy wam te 10% za tą czerwień. Tak się zaczynało to wydawnictwo. Lampy naftowe, kompletna nieumiejętność, niezdolność do... Zero, nie wiedzieliśmy, co to jest faktura. Nic nie wiedzieliśmy i po tych wszystkich latach, w tej chwili, Czarne uważam, że jest jednym z najważniejszych wydawnictw w kraju jakimś cudem. Że to się zaczęło od kompletnego wariatstwa. Jak można mieć wydawnictwo, gdzie nie ma prądu, nie ma telefonu, nie ma nic po prostu? I moja żona dokonała czynu heroicznego po prostu, coś niewyobrażalnego. Potem przeprowadziliśmy się do wsi, tam pięć kilometrów dalej, gdzie już było dziesięć domów, a nie jeden. Mieliśmy telefon komórkowy, pamiętacie takie walizki, taki ten, to ten i chodziło się na strych, bo tam w jednym miejscu był zasieg i się łączyło ze światem, on się grzał, on się rozgrzewał, się długo rozmawiało. Potem się dalej przeprowadziliśmy na rok do wsi takiej większej i podawaliśmy jako numer wydawnictwa numer budki telefonicznej we wsi. I czasami ktoś przybiegał, ej, telefon jest do was, tutaj przechodziłem, odebrałem wydawnictwo, proszę. I okazuje się, Tak się pocieszam taką myślą, że szalone pomysły się sprawdzają, a nie sprawdza się planowanie, bardzo często nie sprawdza się właśnie tak jak z tym pisaniem, że oto się zawezmę, zostanę pisarzem, że to się dzieje przypadkiem po prostu, że Duch Święty jakiś nad tym czuwa i błogosławi głupolą. Tak było, a w tej chwili mamy dwa biura, mamy chyba 20 osób zatrudnionych. A to wszystko jest w domu na wsi, to wszystko jest w komputerze Moniki, która kieruje tą firmą. Cud internetu, po prostu, że wstaje sobie w koszuli nocnej, siada do komputera i oto rządzi światem wydawniczym. Piękne. Tak to wyglądało. To się samo zaczęło napędzać. To w tej chwili już jest nie do zatrzymania właściwie. Pamiętam, że czytałem wszystkie książki, które wydawaliśmy. W tej chwili nie jestem w stanie. To jest ponad 100 książek rocznie. Tę moją funkcją taką najważniejszą, kiedy się zaczęło pakowanie książek, ja wstawiałem o 7 rano i tak pakowałem po 25 sztuk, żeby to wszystko, dystrybucja z domu szła. Byłem mistrzem pakowania po prostu. Plaster, karton, następne, następne, następne, do jakiegoś starego dziurawego malucha, który brzuchem po ziemi ciągnął na pocztę. No, cudowne, heroiczne czasy, a teraz jakoś niektórzy mówią, że jesteśmy korporacją. Nie zgadzam się z tym, Samonapędzający żywią. Ale to moja żona, to nie ja. Ja na początku oczywiście byłem znanym pisarzem, więc jako ten brand przykleiłem się. O, Stasiuk ma wydawnictwo, Stasiuk ma wydawnictwo, strata, tata. Firmowałem w jakimś sensie. Na szczęście już coraz rzadziej jestem kojarzony z tym i to już sprawiedliwość Monice jest oddawana.
[26:50.82 → 27:07.38] A: Dziękujemy bardzo za tę opowieść. Ja znowu, ponownie. Teraz rozumiem, że zatrudnił pan żonę i może pan powiedzieć, jadę do Bułgarii, jadę do Albanii, wyjeżdżam do Chin i sobie spokojnie jechać.
[27:07.84 → 29:16.31] B: Wie Pani co, to jest tak, że to raczej żona mnie zatrudnia tak naprawdę. To ona mi daje terminy. Jestem kompletnie uzależniony od tego. A wie Pani co, ja nigdzie bez żony nie jeżdżę. Te wszystkie Chiny, o których Pani opowiada, te wszystkie końce świata, to zawsze z nią jeżdżę. To tak to wygląda. Może to niepopularne jest. Ale np. Mongolię i te wszystkie skapady azjatyckie to Monika wymyśliła. Któregoś dnia Przy jakiejś porannej kawie powiedziała, ty jedźmy do Mongolii. Ja mówię, do Mongolii? Zwariowałaś? Nie, zawsze razem jeździmy, zawsze podróżujemy razem i ja nie potrafię bez niej podróżować w takie dalkie kraje. Nie to, że się boję, że coś tam, bo ostatnio z Azji sam przyjechałem. autem bardzo dzielnie, ale czegoś brakuje w podróży. Pani podróż samotna jest ekscytująca, jest fajna, jest medytacją, ale jak się nie ma z kim podzielić, co obok siedzi ktoś i na podobnych falach nadaje, odbiera, to ta podróż jest mniejsza jednak. Jak się jedzie z kimś, to ta podróż jest podwójna gdzieś. Naprawdę strasznie ważne jest to, Miałem szczęście, w ogóle tak jak z tym pisaniem, miałem szczęście tak jak z tą żoną miałem szczęście i mam do tej pory, bo moja żona nigdy nie mówiła zabierz mnie do Paryża na przykład. Mówiła jedźmy do Kiszyniowa. Jakieś kolejne fajne zrządzenie losu, że te same rzeczy gdzieś nas ekscytują. Nie znosi długich jazd samochodem. Ostatnio taki modus vivendi mamy, że jadę do Azji autem, on odlatuje samolotem i tam gdzieś miesiąc jeździmy, a potem mnie porzuca, wraca samolotem, bo musi interesu pilnować przede wszystkim. Ja jak ten samotny, porzucony wracam, jak taki bidulek. Boję się. Jestem zmęczony, ale jadę, wracam. Także ja jestem zatrudniony przez żonę i to To pani to sekwistowsko tutaj to wszystko ujęła, że ja zatrudniam żonę, zostawiam ją w domu. Nie, jest tak. Jest wręcz odwrotnie.
[29:18.27 → 29:27.53] A: Ale tego nie wyczytałam. W książce tego nie wyczytałam. W wyprawach, które Pan opisuje, nie natknęłam się na to.
[29:28.49 → 30:19.56] B: Wie Pani, rzeczywiście pisać w dwóch osobach jest trochę bardziej skomplikowane. Natomiast jak Pani, na przykład, co ja napisałem? A, jadąc do Babadag jest dedykowane Monice, tam jest dla M napisane. Wschód jest dla A, dla mojej córki. Jestem zdominowany przez kobiety w domu. Wygodnie się prowadzi narrację. Poza tym wie Pani, nie wiem czy do końca jednak, kurczę, pisać za kogoś. Czasami się, w bałaganu chyba się pojawia liczba mnoga, ale tylko napąknienie czasami się zjawia. Nie miałbym chyba śmiałości, że zrobiliśmy to, widzieliśmy to, a może to jednak coś innego, może to zawsze mam taki ten, a pewnie bym chciał, żeby tak małżeństwo jedzie razem, rozmawia, nie wiem, ja żartuję oczywiście.
[30:19.74 → 30:31.40] A: Nie, nie, ja rozumiem i słusznie. Tak, ja się bardzo cieszę, że właśnie jest, bo przecież literatura jest literaturą, narracja jest narracją, a życie jest życiem.
[30:31.56 → 30:35.20] B: To nie jest reportaż, to nie jest prawda, to co ja piszę, mogę sobie pozwolić.
[30:35.40 → 30:38.06] A: Jest to prawda, tylko innego rodzaju.
[30:39.16 → 31:14.60] B: Ja się przyznaję do kłamstwa zawsze, bo wtedy łatwiej wybrnąć z zarzutów. Ja kłamię, mówię. Nie szukajcie tych wszystkich dróg, ani tych doświadczeń, bo to wszystko jest zmyślone za biurkiem, za komputerem. Trochę tak, ale podróżowanie we dwoje jest czymś strasznie fajnym. Ale cztery osoby to już jest punkt graniczny. Tak, jeździliśmy z przyjaciółmi w jakieś dalekie podróże i po trzech tygodniach najlepsi przyjaciele, ma się ich kurczę dosyć i wiesz, że oni ciebie mają dosyć, że jednak podróż jest strasznym sprawdzianem, zwłaszcza w takich jakichś dziwnych warunkach tam.
[31:16.08 → 31:20.40] A: Cieszę się, że ja Panu współczułam po prostu tych samotnych podróży.
[31:22.08 → 34:21.90] B: Nie, to nie. Właśnie nie. Tak jak Pani mówi, ostatnio z Azji jechałem dwa tygodnie samotnie, kiedyś w Mołdawii spędziłem te trzy tygodnie samotnie, a znowu kłamstwo. To oszukana samotność. Jest ktoś obok, dla którego się jedzie tak naprawdę. Po to się jedzie, żeby mu opowiadać cały czas, co widzisz, co czujesz. I to przychodzi z powrotem. Tak. To nie był nasz dom, to był naszego przyjaciela, ale tam mieszkaliśmy. Najpierw ja mieszkałem, mój przyjaciel wyjechał do Stanów, wyjeżdżał wtedy w Warszawie. Wiodłem dosyć nieuporządkowane życie, bardzo przyjemne, ale już ryzykowne. Wyjeżdżał do Ameryki. buddystą, jechał do swojego jakiegoś mistrza buddyjskiego do klasztoru i ty weź, bo tu w tej Warszawie to widzę, że za chwilę to się wiesz gdzieś tam powiozą, albo gdzieś wylądujesz, albo ci nie będzie. Posiedzisz tam przez rok, co na tym od ludzi. Ja mówię, Jezus, kapitalnie, zawsze chciałem być mnichem. Zawsze chciałem żyć samotnie i pojechałem tam na rok, bo to tam jakieś byty, jakieś zwierzęta, bo to trzeba było pilnować tego wszystkiego, do pieca dokładać. Tylko, że po 10 latach wrócił z tego klasztoru. Stwierdziłem, że już kompletnie nie nadaję się do życia w mieście. I zostałem. Potem żona do Monika dojechała i zostaliśmy razem. Ale czarne, tak. Stąd nazwa wydawnictwa, bo chcieliśmy tą wieś ocalić. Była wielka wieś Plemkowska, tam było 80 domów do akcji Wisła i zostały jeden, dwa domy zostały tak naprawdę. I tak pomyśleliśmy, żeby dobrze, żeby to chociaż w nazwie ta wieś przetrwała. Gdzie jeśli tak czarne zostało. Niesłusznie na początku z wydańcem kościelnym nas kojarzą. No czarny tak. Potem się wynieśliśmy 5 kilometrów dalej przez górę, tylko tam gdzie tam parę domów jest w Wołowcu. Też też po wysiedleniowach i zresztą we wschodzie jest, się zaczyna wysiedleniami właściwie i kończy się wysiedleniami. Tak pomyślałem, że strasznie dużo jestem winien tej okolicy, bo ona jakby mnie ocaliła, życie mi ocaliła w pewnym sensie i też wielkie światy otworzyła, więc postanowiłem hołd Łemkowszczyźnie taki nieoczywisty może złożyć we wschodzie i gdzieś ten wschód się zaczyna Łemkowszczyzną i kończy się Łemkowszczyzną. Ani chuchu nie jestem apostołem Beskiduńskiego. Nie, nie znoszę bycia postawem Beskiduńskiego, bo tam ludzie zaczęli przyjeżdżać. O to mi chodzi. To jest okropne. Chodzą z tymi książkami. Wie pan, zawsze to jest to, że ryzykuje się. Opisujesz swoje światy i wpuszczasz ludzi do nich i potem wcale nie jesteś z tego zadowolony. Ale z drugiej strony, no jak to inaczej? Pisać do szuflady można takie tajemnice swoje.
[34:22.32 → 34:25.56] C: Takie zdanie kiedyś padło w kontekście artykułu.
[34:25.66 → 34:28.18] B: Pan to powiedział, że pisarz jest do
[34:28.18 → 34:29.74] C: czytania, a nie do zwiedzania.
[34:30.24 → 35:39.93] B: Czyli goni Pan turystów, którzy chcą odwiedzić? Nie, no czasami przychodzą jacyś młodzi ludzie z plecakami. Ja to nie jestem chamem, no to widzę, że młodzi, przejęci. Dobrze, niech moimi książkami się ekscytują, a nie cudzymi. Ale przychodzą, przyjeżdżają czasami faceci, jacyś kobiety takie wychodzą. A w telewizji Pana widziałem, można sobie zrobić zdjęcie. Ja mówię, nie można. To nie jest to jakoś tak, wie Pan, no czasami widzę się trzają z aparatami, ale to nie jest codzienność na szczęście. Mam we wsi opinię chama i tam wszyscy, nie, do niego nie idźcie, to świnia nie myje się, przeklina i w ogóle łobuz jest straszny i tak rozpuszczam takie wiadomości i to mnie chroni jednak trochę. Mi się zawsze bardziej Dolina Czarnego niż Wołowiec podobały także. No wie pan, Wołowiec jest wsią, jednak jest wsią. Ale wie pan co, jak się zjeżdża do Wołowca, ten widok kurczę z uhercem w tle tam to po prostu to odrywa głowę. To po prostu móc tak wracać do domu na przykład, to jest straszne szczęście. Wie pan, bo to co mnie przeraża jako przewodnika w sumie tam między innymi po beskidniskim, to że jest hasło beskidniski,
[35:40.17 → 35:42.25] C: to nie jest Łemkowie, Stasiuk, Stasiuk.
[35:42.29 → 35:50.85] B: To jest pierwsze skojarzenie jak się często z ludźmi rozmawia. No wie pan, no z paroma ludźmi duże książki czytają, bez przesady, no ale... Tak, te parę osób, które zostały, które się czytają książki.
[35:51.15 → 35:51.41] A: Dziękuję.
[35:52.99 → 36:45.02] B: Nie, nie jestem apostołem. Broń Boże, Boże, to co wy? Jaki jestem apostoł? No tak, tak to wygląda. W pewnym sensie jestem apostołem Lublina. Napisałem jednak, mam wrażenie, dosyć taki ważny tekst o Lublinie gdzieś. To też jestem apostołem lubelskim. Nie będąc z Lublina, znając go bardzo pobieżnie, Często go po prostu przejeżdżając, kiedy jadę do Gardzienic, do Staniewskiego, bo się kolegujemy jakoś. Lublin, tak. Lublin, Lublana. Miłość. Proszę. Kto był pierwszy? Chyba pani była pierwsza jednak.
[36:45.54 → 37:05.92] A: Pan wspomniał o Kiszyniowie. Ja u Andrukowicza czytałam, że tam byliście razem, we czwórkę. Kiedy pan spotkał Andruchowycza i czy to miało jakikolwiek wpływ na pana wschód, to znaczy na podróże tam?
[37:06.86 → 40:19.94] B: Andruchowycza spotkałem, proszę panią, w 1995 albo 1996 roku, kiedy już mieliśmy, nie, to kiedy mieliśmy wydawnictwo? Jakoś rok, dwa, trzy wydawnictwo już hulało. Wiedziałem, że Andruchowicz jest w Krakowie. Więc pojechaliśmy, żeby złożyć patriarchę. Buba był szacunek gdzieś na korytarzu chyba antropologii i wydziału antropologii go zobaczyłem i jako stary cwaniak, mówi Andruchowicz, niezłe nazwisko, przydałby się, a w Warszawie go wydawał, zapomniałem jak się to nazywał, ale zobaczyłem Andruchoida i mówię, kłaniam się największemu pisarzowi ukraińskiemu. No to się Andruchoida spłynął od razu za przyjaźnień i zaczął książki u nas wydawać. A też dużo jeździliśmy razem, podróżowaliśmy po Ukrainie. Właściwie jak jedziemy na Ukrainę, tą bliższą, to zawsze albo do niego, albo do naszych pisarzy, albo do Tarasa Prochaśki, albo jakoś tak. Podobny wiek, podobne doświadczenia. Nasze dzieci się gdzieś tam zaczęły kolegować nawet. A na pewno ta Ukraina jest, tak jak Lublin jest bramą na wschód, tak ta Ukraina jest bramą na dalszy wschód. Myślisz, ja zawsze po wschodniemu myślę, w ogóle jestem z pochodzenia jakiejś takiej. pomieszanie z Białorusko-Polskim i odruch po prostu, odruch. Stoisz na dole mapy, myślisz w prawo i tam jest Andruchowy, czy tam jest Ukraina. Myślę, że tak. Jedziemy w maju do nich, żeby ich wspomóc w tym czasie ciężkim, ale myślę, że tak. Nie wiem, nie potrafię tego zwerbalizować w jakiś taki precyzyjny, dyskursywny sposób, Andruchowicz nam Ukrainę opowiadał przede wszystkim. Trzeba mieć kogoś kto ci opowiada tą Ukrainę, żeby ci ciemnoty nie wciśnięta, żebyś nie ugrzął w jakichś stereotypach. Andruchowicz był pierwszy. Od niego się zaczęło. Myśmy mnóstwo ukraińskiej literatury wydawali, a w tej chwili cały czas najwięcej wydajemy, teraz chyba trochę mniej, ale jeszcze te 5-6 lat temu to byliśmy ukraińskim etatnictwem w połowie. Tak. Nie, Andruchowicz to jest światowiec, mówił w sześciu językach, kurczę, bez przerwy siedzi na stypendiach, a ja taki jestem wieśniak przy nim. To jest śmieszne, bo kiedy go zabieraliśmy do Kiszyniowa, co dla mnie było fascynujące, gdzieś dziwny kraj, a Andruchowicz był śmiertelnie znudzony. Przecież ja znałem te Sowiety. Mówi, to przecież, co wy mi to chcecie pokazać? I tak się męczył trochę. A dla mnie to było jednak odkrycie innego świata. To jest śmieszne, bo My się mijamy, ja jeżdżę na wschód, Jurko zawsze na zachód jeździ. My się ostatnio częściej widywaliśmy gdzieś na zachodzie, w Niemczech na przykład, czy gdzieś w Szwajcarii. Rzadziej się na takie przeciwne wektory gdzieś są, które się pewnie uzupełniają gdzieś. Nie wiem, czy go nie zdradzam teraz jeżdżąc do Rosji gdzieś i w tamte strony. Trochę tak tranzytem tą Ukrainę robiąc, nie poświęcając jej tyle czasu, no ile zasługuje, ile się powinno. Muszę z nim o tym porozmawiać w maju. Słucham?
[40:20.14 → 40:31.94] A: Może dlatego, że on ma korzenie zachodnie. Bardziej do tych korzeni ciągnie. Tam babki, dziadkowie. Zdaje się, że go dziadek był Austriakiem. Może to to? Może geny?
[40:32.08 → 42:33.55] B: Nie, proszę Panią. Tam jest taki syf. Przecież to ten świat postsowiecki to był horror i sowiecki, więc naturalnie, że ich ciągnęło gdzieś w tą stronę. To jest ta cudowna opowieść. Nie wiem, czy Pani zna perwersję Andruchowycza. To jest taka gruba powieść o Wenecji. On w tej Wenecji spędził 24 godziny, wrócił tak, to był jego pierwszy wyjazd na zachód, pojechał do Austrii na jakimś stypendium, tam siedział w Tyrolu i na 24 godziny pojechał na Wenecji i to go tak, tak głęboko go doświadczyło, ta odmienność świata od sowieckości, od post-sowieckości, że napisał genialną, wielką książkę, książkę właściwie Encyklopedyczna powie się o Wenecji, tam jest ukraiński bohater, oczywiście jakaś intryga trochę sensacyjna, a napisano wielkie wyznanie miłości do zachodniego świata. Przecież to na tym też polega. Androchoid jest strasznie, Androchoid, Androchoid, on mi cały czas mówi, strasznie prozachodni, bo on jakby wierzy głęboko i najszczerzej, że Europa jest Ukrainą. Myślę, że przynależy do Europy Ukraina i w tej chwili wyobrażam sobie jego dramat, to co się dzieje, to pęknięcie tego kraju, kurczę, nieoczywistość taka. Na tym to polega, a ja jak taki palant ze wstydem mówię, słuchaj, jadę do Mongolii na przykład, albo do Kyrgyzstanu. To byłeś kiedyś w Kyrgyzstanie? Go pytam, przecież to można było wtedy jeździć. Ja nie chciałem do Kyrgyzstanu jeździć. Myśmy jeździli na Ukrainę Zakarpacką, to są jego opowieści, po tej stronie Karpat, gdzie węgierskość chwilnie zaznaczona, bo tam Węgrzy do tej pory mieszkają, jest inna architektura, pachnie węgierskim południem. I myśmy tam jeździli, żeby jeździć na zachód, żeby te resztki zachodu już sponiewierane przez sowietyzm, ale jakiś czop, jakiś mukaczewo, gdzie są zamki Rakoczego, nie Rakoczego. Tak się fajnie mijamy, mi się to podoba.
[42:49.76 → 43:11.66] A: Ja mam takie bardziej ogólne pytanie. Wiele Pan podróżuje, obserwuje Pan przemiany cywilizacyjne na świecie i takie mam pytanie, jak Pan ocenia, czy ta kultura europejsko-chrześcijańska, ona upadnie? Zmieszamy się gdzieś z Azją, tak? Jak to będzie?
[43:11.86 → 44:03.38] B: Nie wiem, a Pani mi zadała pytanie, naprawdę rzeczywiście, jak apostołowi, prorokowi. Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Po pierwsze, nie jest tak, że ja dużo podróżuję. To w książce można fajnie zrobić takie wrażenie, że to jest nieustanna podróż, tak jak we wschodzie. To jest doświadczenie na wiele lat, na to się złożyło. Pozwalam sobie wyjechać gdzieś na dwa miesiące w roku. Półtora miesiąca gdzieś tam. Nie wiem, proszę Panią. Nie wiem. Chociaż z drugiej strony mnie to ciekawi. Jak się to dziwnie... Na przykład na Wiśle będzie granica między islamem a prawosławiem zmieszanym z chińszczyzną. To fajne są spekulacje takie, wie Pani, to działa jak, nie wiem, wspomnienia najazdów Genghis Hanna, które oprócz tego, że okrutne były, to zmieniały świat i były niezwykle epickie, malownicze. Nie wiem, jak będzie.
[44:03.66 → 44:07.72] A: A Polacy są troszkę inni niż pozostali ludzie?
[44:08.68 → 01:00:57.50] B: Kompletnie. Nie wiem. Na pewno są inni, ale wie Pani, jak to można zmierzyć? Czasami się siedzi z jakimś kirgizem, okazuje się, że on jest bardzo polski w tym wszystkim. Pyta cię ile zarabiasz, jak tam z korupcją. Nie wiem, nie wiem jak się mierzy inność po prostu, wie pani, to jest tak, że na pewno jest tak, że nie, jak się jedzie do Chin, no to jest pytanie co będzie z tym światem, z tą cywilizacją białego człowieka, jak się widzi tą chińską potęgę, która jest wstrząsająca po prostu, jak się tam jedzie i się czuje tą energię, którą ten kraj wydziela, wibruje. A jak on się tak unosi na ziemię, no to naturalne, że się pyta, co z nami będzie z tym malusieńkim takim półwyspem na końcu Azji. Europa to półwysep, taka ciupinka, taka malusieńka gdzieś jest, a tam ten gigantyczny napór, nie wiem, ludzi, energii, pragnień, inności rzeczywiście. Ale ja nie potrafię udzielać takich odpowiedzi. Do tego są, nie wiem, politologowie, księża, nie wiem. Nie wiem, mnie to ciekawi po prostu. Chcę to widzieć, jeżdżę tam i mam jakieś dziwne przeczucia i intuicje, ale nie potrafię udzielić tej odpowiedzi. A cóż to komu by szkodziło w sumie? Znikniemy, rozpuścimy. Zmiany, wielkie zmiany jakieś. Oczywiście będzie nas żal, nas tutaj, Lublina będzie żal, ale pewnie się zmienimy w coś innego, jeżeli to się wszystko nie wykolei, nie wybuchnie gdzieś. Wie Pani? Nie wiem. Przecież świat tak gwałtownie się nie zmieniał przez te wszystkie wieki minione, tak jak teraz się zmienia. W niebywały sposób zupełnie. Jedzie się do Chin i się widzi kompletną nieobecność europejskości. Przyzwyczajeni jesteśmy tego śmego, że tutaj jesteśmy koroną stworzenia światowego guzik. Robią ze sobą zdjęcia jak z małpą. Przyjazny sposób, bardzo uśmiechnięcie, ale chodzisz w Pekinie na ulicy, rozbudzą Chińczycy, tam trzeci jest z aparatem, stupstryga ci zdjęcia, o zobaczcie, biały człowiek, zobaczcie tam. A jednocześnie kompletna nieobecność europejskości, tam gdzieś taka samowystarczalność i wielka siła i moc. Korynek zbytujmy, jesteśmy potrzebni pewnie. No, ale żeby jakieś wzorce europejskie, technologię europejską oczywiście, zachodnią, Oni naprawdę są znacznie starsi, mają tego świadomość wielką. Dobrze jest tam pojechać, żeby tak od tej Europy się zdystansować od tego zachodu, żeby... Chyba po to się jeździ gdzieś, żeby wrócić. Nie wiem czy mądrzejszym, ale... No, ale ja nie powiem, panie, jak będzie wyglądał świat za 100 lat, a będzie kapitalnie wyglądał. O Jezu, aż żałuję, że mnie nie będzie. Będzie niesamowite, to niewyobrażalne. Tak, ale jak to idiota kompletny, ponieważ pojechaliśmy do Calabrii, żeby szukać śladów albańskości. Byliśmy zafascynowani Albanią. Oczywiście moja żona wymyśliła, że trzeba jechać do Albanii tam 10-12 lat temu i potem cały świat oglądaliśmy przez Albanię. To wielka miłość była. A w Calabrii są ślady osadnictwa, są całe wsie. albańską, oni tam uciekali przed nawałą turecką i w XV-XVI wieku rzeczywiście wielka mniejszość albańska tam była, któryś z papieżów albańczykiem nawet. Bardzo stara emigracja i po to pojechaliśmy do Kalabrii. A czemu Pani pyta? A czemu Pani pyta o Kalabrię? Fajnie w tej Kalabrii było, wie Pani, to rzeczywiście Za dupie kompletnie, bida z nędzą. Takie prawdziwe Włochy chyba, mafijne, jest hotel zupełnie otwarty, ktoś nas przyjmuje, potem przez dwa dni chcemy zapłacić, nie ma komu zapłacić w tym hotelu, w restauracji, w noc, wieczorem. Robi się chłodno, robi się wieczór i z tego wydawało się bezludnego miasteczka, zjawia się kilkaset osób, jest jak kurwa na włoskim filmie, jest żarcie, ucztowanie, śpiewy i to takie dotknięcie czegoś nie dla turystów, tam nie ma turystów kompletnie. A to co ja tam w tej Calabri byliśmy dwa tygodnie, no i raz wrzucił nas okradli, właśnie w Calabri. Brindisi i w Bari nas okradli, to jest po drugiej stronie Włocha, wjeżdża się do Calabri. Tam nas raz w życiu podczas tych wszystkich zwariowanych podróży okradli. Koszmarne uczucie. A potem otworzyliśmy naszego Paskala takiego złahanego i tam są te szare takie ramki i jest napisane Bari jaskinia złodziei. Tak było. Ale jakoś tak wie pani, jak pani mnie pyta o barbarzyńcę w ogrodzie, to nigdy nie chciałem wrócić do Włoch. Byłem dwa razy. Przepiękny kraj, Toskania, wyśnione w ogóle. Czegoś brakuje ci. Nie wiem, seksapilu nie ma, nie wiem, czegoś takiego. Nie wiem. Nie chciałem ponowić wyprawy włoskiej. Byłem dwa razy, z czego raz do Albanii włoskiej pojechałem. No, ale to jest kwestia temperamentu pewnie, a nie jakichś preferencji czy intelektualnego wyboru, kto tam komuś telefon zagwizdał, proszę odebrać. No, także tak to wygląda, kurczę. Dziwnie. Warga by jakieś bardziej prowokujące pytania zadawał, wiecie, to on bezczelny jest, on uważa, że ja pierdoły wypisuję zawsze. Tak? Mam dwa pytania, jedno dotyczy Niemców i chciałem się zapytać, bo Niemcy na przykład mają dużo takich, w tych ambitniejszych telewizjach w Arty i tak dalej, jest dużo o Rosji, jakby nawet nieproporcjonalnie dużo o Wschodzie. Skąd Pana zdaniem ta ich fascynacja tym? To moje jedno pytanie, a drugie czy Bo na przykład we wschodzie, to moja wiedza o Pana książkach jest może taka fragmentaryczna, ale Pana bohaterowie są niemi. Pan jest mistrzem opisów krajobrazów, ale czy szuka Pan gawędziarzy? Czy szuka Pan osób, które ciekawie opowiadają, czy raczej woli Pan ich jako element krajobrazu widzieć ludzi? To moje dwa pytania, dziękuję. Dobrze, a pierwsze pytanie, ja myślę, że to z Sadomasa jakiegoś wynika. Myślę, że z takiej masochistycznej niemieckiej potrzeby doświadczania upokorzenia. No jednak dostali... Pan jest Niemcem podejrzewam z pochodzenia. Dostaliście w dupę potwornie po prostu. Potężna klęska. Jednocześnie tak samo jak Rosjanie mają wielki pociąg. Ta Polska jest czymś strasznym na tej drodze rzeczywiście. Jest takim elementem obcym. Brakuje... Nie mogą się ta Rosja z Niemcami jakoś zespolić, połączyć. Przecież to jest historia. Przecież to jest Katarzyna. To jest wszystko, ale myślę, że stąd. Przedziwna jest to fascynacja rzeczywiście, ale myślę, że na granicy właśnie sadomasochizmu, jakiejś kryptoseksualności gdzieś. To nie jest przeciwko Niemcom, powiedziałem. Ja sobie bardzo cenię moje niemieckie przyjaźnie i znajomości i jako nację sobie też cenię i tak, ale to ta Polska, która oddziela, tak jak ten nagi miecz w łożu niemalże leżący, który kochanków rozdziela. Tragiczna sytuacja jest mojej ojczyzny w tym. To jest historia przede wszystkim. To największe zdarzenie XX wieku przynajmniej. To potworna wojna. Te zmagania gigantów jakichś. Przecież to musi zostać w świadomości. Jest tak. Ja mam dwóch wspaniałych tłumaczy na niemiecki. Olafa Killa i Renate Schmidt-Gall. Oboje są rusycystami z wykształcenia. Ich fascynacja tą stroną świata zaczęła się od Rosji, ale potem jakoś Polskość ich bardziej, może się wystraszyli tej Rosji. Na przykład z moim przyjacielem, tłumaczem Olafem Kilem w te dalekie podróże my z nimi bardzo często jeździmy. On jest zafascynowany tą Rosją cały czas. Może mówić po rosyjsku. Pokazałem mu tą prawdziwą Rosję, bo on jest tłumaczem też w tym, w parlamencie berlińskim i jeździ jako asystent burmistrza berlińskiego na te wszystkie rozmowy gdzieś tam, ale nigdzie poza Moskwą i Leningradem nigdy nie był. Ja go zabrałem gdzieś taką głubinka i on tam oszalał zupełnie. Wie pan, no trudno, to po prostu fascynacja na silny splot, jak polsko-ukraiński gdzieś, przekleństwa, bliskości. No, nie wiem, trudno o tym mówić, ale to istnieje, bardzo mocno istnieje gdzieś. że oni nie gadają, ludzie mówią to samo mniej więcej. Rzeczywiście nie oddaję ludziom głosu, no bo czego można się dowiedzieć, że jest biednie, że powinno być lepiej, że za Stalina było lepiej. To nie jest kwestia bariery językowej, bo ja mówię po rosyjsku, jak się jedzie na te wschodnie rubieże, to jest lingwa franka jednak, Kazachstan mówi po rosyjsku, Turkmenistan, cała tamta strona świata po rosyjsku jest. Myślę, że mnie nie interesują opowieści ludzie, ja nie jestem reporterem. Mnie interesuje to, jak ta rzeczywistość na moją wyobraźnię oddziaływuje. To jest dla mnie najważniejsze, co się dzieje z moim umysłem zanurzonym w tamtej przestrzeni. No wiem, że wszyscy, niektórzy mówią, a takie niehumanistyczne są te twoje, jak zwierzęta, traktujesz tych ludzi jak przyrody, a ja mówię, trochę pewnie tak jest. Ja też nie mam złudzenia, że mi opowiedzą jakąś historię, która mną wstrząśnie, no. W mojej najnowszej książce, którą piszę, jest trochę rozmów. Niektóre są wymyślone. Spotykam ludzi. Ostatnio jest taki fragment, że jedziemy przez Rosję i postanowiliśmy się z przyjacielem ochrzcić w prawosławnym obrządku, ale ksiądz Popnas nie chciał ochrzcić. To jest wymyślona historia, ale zdarzają się tam takie, ale też będą prawdziwe opowieści gdzieś. Ale to dotyczy wszystkich moich książek, że ci moi obywatele, gdzieś bohaterowie się trochę zlewają z tłem świata, z przyrodą właśnie, że są jacyś tacy nieco jak fragment przyrody pewnie traktowani. Może to jest to, że żyję na odludziu, w samotności w ogóle odludkiem jestem? Od tego są dziennikarze, oni jadą, tam zapisują te wszystkie rozmowy, piją z tymi miejscowymi, kurczę, tym nic nie pamiętają, wszystko muszą wymyśleć. Nie jestem fanem wysłuchiwania ludzkich opowieści, wie pan? Tak mi się wydaje. Wolę patrzeć. Mnie fascynuje to, co widać. To, jak to do mojego umysłownika przez zmysły, właśnie nie przez intelekt, bo rozmowa to jednak jest dyskurs, to jest to, co się dzieje z obrazami, jak one wchodzą, właśnie co one znaczą, w co się zamieniają w myśl. To jest najbardziej kręcące i dla mnie. Żeby tak gadać, To jest tak jak jest taki słynny antropolog Frazer, który napisał fundamentalne działa pod ten złota gałąź. To są obyczajach dzikich o dzikich w cudzysłowie. No fundamentalne dziewiętnastowieczne tak jak George Frazer, tak jak każdy antropolog to musi przeczytać i to jest potwornie głębokie studium na temat wierzeń ludów tak zwanych prymitywnych o władzy. o przekazywaniu mocy o takich tych i tak tego i kiedyś Frej zaraz zapytam, a czy pan spotkał kiedyś jednego dzikiego? O broń Boże! Oczywiście w cudzysłowie tych dzikich bierzemy gdzieś. To nie jest moja dziedzina, to nie jest moja działka. Słuchać ludzkich opowieści. Zasypiam. Oczywiście jak jeżdżę, to biorę ludzi na autostopie, gadamy sobie po tym rusku, opowiadamy sobie historię, ale to nie jest dla mnie nośne. Przykro mi, przepraszam. Nie, to są naprawdę przylotne spotkania, to nie jest tak, Siedzę i rozmawiam. To są przerodne spotkania, twoją godzinę, dwie, trzy. Są fascynujące. Wchodzi pan do mongolskiej jurty, gdzie żaden język poza mongolskim nie funkcjonuje i spędzacie dwie, trzy godziny dzieląc się jedzeniem, uśmiechami i wyobrażasz sobie, co on myśli o tobie i co myślisz o nich. Jak te światy są odległe, a jednocześnie bliskie, bo jest gest, bo jest dotknięcie, bo jest coś. To jest fascynujące. To się dzieje poza językiem. Ale obraz, obraz. Człowiek jest istotą optyczną. Pan mówił o białoruskim pochodzeniu. Ta białoruskość coś znaczy dla pana i czy był pan w Białorusi? Wie pan, białoruskość taka nieoczywista, bo to jest chłopska rodzina, więc tam pamięć pokoleniowa sięga jedno do pradziadków najwyżej. Ale tą nad Bugiem miejscowość niedaleko Drohiczyna, czyli kompletne przemieszanie, to zresztą nazwisko moje, przecież to jest białoruskie nazwisko, wschodnie nazwisko, w rodzinnej wsi mojego ojca, gdzie strasznie dużo czasu w dzieciństwie spędzałem, każde wakacje. Jest kościół, który jest dawną cerkwią unicką. Wchodzi się na cmentarz, tam są same Iwaniuki, Romaniuki, Stasiuki. Strasznie dużo znaczy. Myślę, że gdzieś to mnie ukształtowało. Jak się jeździ na wschód na wakacje, to ten wschód promieniuje po prostu. W dykcji języka, w tej takiej zmiękczonej właśnie wschodem gdzieś. Oczywiście mój ojciec się jako Polak identyfikował, ale ja mu wmawiałem, że jest Białorusinem. Albo Ukraińcem, co gorszy. Wtedy moja matka dostawała szału. Też prosta kobieta, ale z bliskiego Mazowsza, a Ukraina to wiadomo, czym dla Polaków prostych jest. Wtedy jeszcze. Ale tak, no. Myślę, że miejsce urodzenia, pochodzenia daje ci znak i w naturalny sposób wracasz do tych czasów, do tego miejsca i próbujesz przez nie świat oglądać. Nie, no jasne. Nie na darmo świetnie się czuję w towarzystwie Lonki i Tarasewicza. Miłość od pierwszego wejrzenia nastąpiła. Fajnie, bo Białorusi mnie trochę za swojego biorą, Ukraińcy mnie trochę za swojego biorą. Jadę do Niemiec, od razu mówię, jestem Ukraińcem, słuchajcie, ja mówię po polsku, jestem Ukraińcem, żeby coś się działo, żeby prowokować jakieś zdarzenia. Tak, absolutnie, myślę, że coraz więcej to znaczy. Będę się z Tarasemiczem widział w kwietniu, już się cieszę. Żona jest Polka? Tak, żona jest Polka. Moja żona to jest w ogóle cudowna mieszanka, bo jest mieszanką żydowsko-ziemiańską polską. Zresztą Os i jej rodzina miała majątek ze strony matki w Ciechankach Łańcuchowskich. Przedziwne pomieszanie. Jej ojciec jest Żydem, bo jeszcze żyje. Przeżył Holokaust, przeżył oświęcim ewakuację. A druga strona po matce jest właśnie ziemiaństwo tutaj miejscowe. Jej dziadek bodajże ze strony matki był szefem narodówki na Lubelszczyźnie. To jest miks, to jest polskość właśnie. Monika pisze o tym książkę. To niebywałe zupełnie, jak to jest splecione, jak to wygląda. Przedziwne. Taka ta Polska tutaj gdzieś z jakiegoś od strony ojca, rodzina, gdzieś jakieś, kurczę, biedni Żydzi z Radomia, którzy potem gdzieś się wybili, zostali wybitnymi neurologami, a tutaj, proszę, dziadek był w tym, w narodówce, kurczę, przeszedł do niesamowitej historii.
[01:00:58.86 → 01:01:06.44] A: Wspominał Pan dzisiaj już o Panu Wardze i ja bym miała takie pytanie.
[01:01:06.44 → 01:01:06.98] B: A gdzie Pani jest?
[01:01:09.20 → 01:01:12.86] A: Bo pewnie pan też odbywa podróże z panem Wargą.
[01:01:14.10 → 01:01:16.00] B: Byliśmy po paru miejscach.
[01:01:16.64 → 01:01:34.76] A: I co jest takie cenne dla pana właśnie w takim wspólnym podróżowaniu z panem Wargą, który też bardzo interesujące książki pisze, takie w cudzysłowie oczywiście podróżnicze. Może poza elementem kulinarnym też, bo to na pewno też ma miejsce.
[01:01:35.38 → 01:07:32.74] B: Krzysiek nie istnieje bez elementu kulinarnego. Naprawdę. Trzeba go widzieć. Trzeba go widzieć na Węgrzech. Z nim jest fajnie, bo ma taką kapitalną wrażliwość. Nie tak jak ci pisarze okropni, którzy tylko o sobie mówią. On rzeczywiście ma kapitalną wrażliwość na świat, na to co widać. To się fajnie z nim jedzie, bo się jedzie przez najgorsze jakieś rumuńskie zadupie. On mówi zobacz, zobacz kurde, zobacz. Z zakorzenionych jej węgierskości, jak się jedzie w tamtą stronę na południe, to wszystko kiedyś było węgierskie, więc dobrze jest jego opowieści o tym słuchać. Dobrze się z nim jeździ, tak jak on zna kuchnię węgierską i zna wszystkie najlepsze knajpy w Budapeszcie, nie najdroższe. gdzie najlepiej jeźdzają, no to jest się w Budapeszcie gdzieś tam, jest wieczór, jesteś z przyjaciółmi, dzwonisz do Warszawy do Krzyka, ty słuchaj, chcielibyśmy coś jeść. A tak, to w prawo, w lewo, tam tutaj i tutaj taka dziura jest, taka śmierdząca strasznie. Wchodzicie tam i tam Perkolt jest najlepszy w tym. Gdzie jest najlepszy indyk? Jezu, jak jest południowy dworzec? Na Delipu jest najlepszy, tam przychodzą kolejarze, wiesz, tam jest najlepszy indyk w kapuście. Chociażby po to się z Vargasem jeździ. Ale to z nim można tylko w granicach imperium habsburskiego, bo dalej też się boi i brzydzi. On nie rozumie tych wszystkich wypraw. Myślę, że on odgardzi takim jeżdżeniem trochę. Krzysiu, a gdzie ty jedziesz na wakacje? A ja jadę do Brytanii, będę jadł mule. No to jedź. A ty gdzie? A ja do Mongolii, nic nie będę jadł. Wspólnota gdzieś taka fajna. i w oglądzie świata, w literaturze, nie wiem, zupełnie inaczej piszemy, a jednocześnie we wrażliwości. Szkoda, że go nie ma. Byśmy się naprawdę pospierali. Po co człowiek jeździ jeść te mule, albo po co człowiek jeździ palić ogniska z wierbłądziego gówna. No tak byśmy sobie zafundowali. Z typowym prozaikiem, w sensie, że piszę te powieści, które tak, no, ja czasami piszę, a no, lubię go. Po prostu to się tak dzieje, po prostu się kogoś lubi albo nie lubi. Szkoda, że Paryż go zatrzymał. Ale tutaj nie słyszałem końcówki. Bo z jakiego elementu ja nie istnieje? Bez wielu, a się chyba z samych elementów składa, mówię Pani tak naprawdę. Nie wiem, bez czerwonego wina, jeżeli o kulinariach mówimy i bez samotności. Bez tego, że mogę się wyłączyć. Ostatnio mam dwa tygodnie w domu cudowne, bo moja żona wyjechała, a gdzieś jej nie było. Siedziałem przez dwa tygodnie sam i to jedne z piękniejszych tych. Napisałem tyle, ile normalnie bym napisał przez trzy miesiące. Pisałem codziennie. Nie pijem ani kropli czerwonego wina. i pracowałem. Samotność, czasami pijaństwo, ale takie nietoksyczne dla otoczenia. I prowadzenie samochodu. O, samochód. Jak ktoś jako ślepny zabierze mi prawo jazdy, to będzie wyrok po prostu. Przestrzeń. Wie Pani, to tak chłopacko brzmi, tak maczystowsko, samochód. Przemieszczanie się w przestrzeni samochodem jest cudem po prostu. Ja się cieszę, że jutro wstaję o 6 i jadę sobie do Olsztyna. Przez Polskę B będę jechał. Przestrzeń, czerwone wino, samotność. Widziałem go dwa tygodnie, nie tydzień temu Kamil był u nas. Na tyle to porozumienie głębokie jest, że on we wsi Wołowiec buduje seletni dom. Nie, on mieszka w Krakowie, to jest Kraków, to jest Czarny Morze z Krakowa. Teraz mu się, zaraz, zaraz pani powiem, Jezus Maria. Ja się gubię, bo on ma tych dzieci nieskończoną ilość po prostu. Czy jemu się córka urodziła? Nie, chyba Józef mu się urodził, Józef mu się ostatnio urodził. Józef jest blondynem. Jego żona jest bardzo jasna, jest skandynawką z wyglądu, jest jasną blondynką, wysoką szczupłą. Jak Kamil opisał Józefa, wiesz co, no urodził się taki skandynaw, rudy, niebieski oczy, tylko rysy w sensie kształtu mamoje. Kamil jest mulatem bardzo takim mocnym. A te jego dzieci, te starsze są przecudowne, to jest taki miks przepiękny po prostu. Mieszanki rasowe są. A na jakiejś palandze jak zwykle i natychmiast sobie przypadliśmy. Wiele lat temu, kilkanaście. I natychmiast. Czasami jest tak, że po prostu wie pani, no to jest chemia. To jest chemia. Kamil kiedyś dużo okładek dla nas robiła w tej chwili. To jest takie przedsiębiorstwo, że on tam robi kilka tak naprawdę. Mnóstwo innych grafików jest zatrudnionych. Także takie wydawnictwo. Mulat robi ten, tak pan pięknie mówi po polsku. Szanowni Panie, ja jestem Polakiem. Takie rozmowy Kamila z urodzenia Krakowiak. Przecież jego mama jest profesorką historii sztuki. Taka prawdziwa mieszczańska, zaświedziała rodzinę gdzieś od pokoleń.
[01:07:36.53 → 01:07:43.97] A: Czy można wrócić do tematu ukraińskiego? Powiedział Pan, że w maju wybiera się tam Pan wesprzeć Ukraińców. Mógłby Pan to rozwinąć?
[01:07:44.19 → 01:07:47.47] B: Wesprzeć, w związku z tym pojechać do przyjaciół, którzy mają ciężko, bo nie wiadomo,
[01:07:47.47 → 01:07:49.49] A: co tam... I co Pan im powie w tej sytuacji?
[01:07:50.61 → 01:08:34.79] B: Piłsudski, kiedy zamknął do tego, do internatu Ukraińców w dwudziestym roku, ja Was, Panowie, bardzo przepraszam. Kiedy Petlurowców internował. Nie wiem, co im powiem. Ciekawe, co im nie powiedzą. Jakoś będziemy starali się z tego wybrać. Nie, wsiądziemy do auta, pojedziemy sobie w Czarnochorę, gdzieś w Górgany na 2-3 dni po prostu i będziemy może palili ogniska i pili alkohol i rozmawiali. Nie wiem, sam jestem ciekaw, co oni mi powiedzą. Słucham? No świetnie.
[01:08:38.76 → 01:08:41.76] A: To
[01:08:59.48 → 01:12:39.25] B: jest taki piec, że tam się pali bez przerwy właściwie. Jak się wieczorem wrzuca taką kłodę, to do rana jest tak. Cisza. Absolutna cisza, wie pani? Budzisz się o siódmej, o szóstej i nie słyszysz żadnego dźwięku poza no przyrodą tak zwaną, czyli tam ptaszek i tak dalej, takie banały. Absolutna cisza i komfort spotykania się z elektoratem tylko wtedy, kiedy chcesz tak naprawdę, że mam ten komfort i moja żona jest podobna. Ona jest bardzo towarzyska, ale ma taką tą Chorobę taką, tą dwufazową, że też jak ma wszystkiego dosyć, to uwielbia, kiedy jesteśmy sami. Dowkowanie sobie ludzkości. To jest kapitalne na wsi. A przede wszystkim ta cisza i pejzaż. O Jezusie, to już zacząłem tęsknić. To i taka świadomość, że jednak jesteś, że masz swoją przestrzeń. Bo jak ostatnio, jak mieliśmy szczęście, nie powiem jak kto i mam 17 hektarów dookoła siebie tej ziemi, kupiono za jakieś pieniądze po prostu, które nic nie znaczyły, za jakieś grosze się udało kupić. Taki komfort, że jesteś otoczony czymś własnym i to chyba cisza, pejzaż, no natura, no natura po prostu. Mam zwierzęta, mam małego Moja ostatnia taka owca mi się teraz w niewidzialnej ciąży była i dwa dni temu mi powiła czarnego barana i dzisiaj musiałem, to on taki trochę wcześniej, taki słaby i go tam musiałem karmić, musiałem pokazywać jak wygląda ssanie, takie zajęcia są, o czwartej rano musiałem wstać, ale kolega teraz się nim zajmuje. Trochę psów, trochę kotów i owce, które nic nie kosztują, chodzą, żyją, patrzą ci w oczy, co myślą, nie wiadomo. A jednocześnie tak fajnie układają tą rzeczywistość. Dobrze jest wstać rano i żeby ci owca w oczy spojrzała. Człowieczeństwo ma inny wymiar wtedy. Człowiek jest sam, a jednocześnie nie jest sam. Jedną z sześć tych owiec jest. Wszystkie czarne. Nie wiem. Już sobie nie wyobrażam życia bez wsi, bez tego rzeczywiście komfortu. głębokiego psychicznego komfortu. Ja nie wiem jak ta starość będzie, bo to życie jest jednak wiejskie, wymaga pewnego wysiłku. Ale raczej tak. Wie Pani, to jest jeszcze ta wieś, to nie jest taka wieś taka polska typowa, to jest Łemkowska wieś wysiedlona, czyli tam potężna historia za tym wszystkim się trzai gdzieś. Komunizm potem jak wysiedlili tą całą Łemkowszczyznę, to PGR-y tam się jakby na to miejsce zaczęły pojawiać, budować. Miejsce, które można czytać po prostu. Przewraca stronę historii. Wielka wdzięczność dla tego miejsca. Dojebania. Jedno wiocha, kompletna cisza i spokój, a do Budapesztu się cztery godziny jedzie. Z całym szacunkiem dla naszej pięknej stolicy, to Budapeszt jednak jest większym miastem ciekawszym. Może nie ciekawszym, ale takim bardziej spektakularnym. No jest coś niesamowitego, że może pani wyjść z domu i z kilometrami nikogo nie spotkać po prostu. Albo wejść do wsi i kogoś spotkać, jak się ma ochotę. Coś takiego.
[01:12:41.21 → 01:12:44.21] A: Nie,
[01:12:46.03 → 01:13:26.65] B: bo jest tak... Ten mit Bieszczadów, tego polskiego dzikiego zachodu, to zawsze było, tych uciekinierów od cywilizacji, jechali tam w tych kapeluszach, chodzili, pili tą wódkę, czyli tam zakapiory bieszczadzkie, nie. Nie, zbyt spektakularne są Bieszczady. Są wielkie, wysokie, turystyczne, a Beskid ma tą kameralność taką. Przecież nie wszyscy są sami na Beskid niski. No cóż to jest? No tak najniższy łańcuch w Karpatach w ogóle. Pani, ja lubię w Bieszczady pojechać. Czasami wsiadam w auto, jadę sobie popatrzeć na połoniny, jakichś tam znajomych odwiedzić, ale... Nie, a pani pewnie lubi Bieszczady bardziej.
[01:13:27.25 → 01:13:27.81] A: Z Ustrzeka?
[01:13:33.76 → 01:15:45.01] B: Jest. Wie Pani, mnie Dolina Sanu wykoleiła, bo jak miałem chyba jakieś 12-13 lat, mój tata pracował w FSO i wysłał mnie na pierwszy, na kolonię mnie wysłali wtedy, jak się jeździło na kolonię. I to niestety były kolonie w mieście Lesko. Ja zobaczyłem Bieszczady, ja zobaczyłem Solinę, zobaczyłem górski pejzaż w wieku lat 12 i czułem, czułem, że, że, że, że, że chcę. Dla dwunastoletniego chłopaka Bieszczady, no wie pan, że jest, wiem, że pan jest przewodnikiem, ale doświadczenie górskiego pejzażu, doświadczenie brodzenia w jakimś płytkim sanie kurcze w wieku lat dwunastu, myślę, że to my jakby, tylko czekałem na moment, żeby w tamte strony zamknąć, pojechać. To, że Bieszczady mnie wykoleiły, Zbójeckie Góry po prostu, jasne. Ta, pamiętam jak dziś, nazwa, Komańcza dla dwunastolatka, który czyta, A Karla Mająbsz ewidentnie z Komańczami się cały ten przedziwny, oczywiście nieprawdziwy, fikcyjny, który się skojarzył z polskim dzikim zachodem, z westernami, z czymś. Ale Beskid Niski jest bardziej do ogarnięcia, bardziej mój jest. Jeśli można, mam. Była tutaj, pani jest. Ja nie wiem, ja nie prowadzę tego spotkania, przepraszam. Chciałbym pana namówić do jednej rzeczy, mianowicie czytam pańską prozę, czytam jej felietony. Być może przed panem jest pańska czarodziejska góra, ale póki co to pan rozsiewa po swojej twórczości, po swoich książkach i felietonach, może zwłaszcza tam, takie małe perełki literackie. Szczególnie te zamieszczane w felietonach. Do niektórych radłbym tracać, ale czasem się zapodzieje gazeta. Na przykład ostatnio czytałem taką wspaniałą rozmowę, którą pan przeprowadził szeptem ze swoją owieczką Manią. Czy na przykład refleksję o Lublinie po spacerze nocą. Prawie jak bym Czechowicza czytał, tylko prozą.
[01:15:46.37 → 01:15:48.97] C: Chciałbym pana namówić do tego, żeby pan
[01:15:48.97 → 01:17:09.35] B: wydawał swoje feliotony w zbiorach w postaci, Książek, no Łysiak może wychodzić pięć czy sześć razy, Łysiak na łamach. Dlaczego Staśiuk na łamach nie mógłby się ukazywać? Tylko nie Łysiak, proszę. Nie, wie pan co, na przykład jest taka książka Fados przez czterech, pięciu lat i tam jest dużo felietonów. Nie tylko z Tygodnika Powszechnego, z innych też, ale za rok wydam albo w tym roku felietony z Tygodnika, ale o przyrodzie i o zwierzętach, bo te rozmowy z owcami się w cykl zamieniają. Teraz w najbliższym tygodniku będzie kolejna rozmowa z moją owcą o kościele katolickim. Przychodzi się rano i mam faworytkę po prostu w tym stadzie i wjedziemy rozmowy. Świat z perspektywy owcy jest zupełnie inny. Kiedy się jej da głos, to rzeczywiście tę rzeczywistość salto wykonuje. Rzeczywiście pan, nie wszystkie twele są sensowne w książce, bo jednak niektóre są ulotne, niektóre nie są wiele warte, Ale tak, o zwierzętach z tygodnika i o takich, o naturze natury to gdzieś, gdzieś może na początku przyszłego roku albo jesienią wyjdą. A teraz pani, bo pani tak została tutaj o to trochę.
[01:17:10.53 → 01:17:18.21] A: Temat dzisiejszego spotkania to wschód zaczyna się w Lublinie. Czy rzeczywiście się wschód zaczyna w Lublinie? To pierwsze pytanie. I czym jest dla pana wschód?
[01:17:18.35 → 01:17:19.35] B: I co to jest ten wschód?
[01:17:20.25 → 01:17:27.75] A: A drugie, wydaje mi się, że to może retoryczne pytanie, Skoro powstała książka Wschód, to czy powstanie książka Zachód?
[01:17:28.97 → 01:22:14.63] B: Powiem Ci, z tym Wschodem to jest tak, że ja nie wiedziałem jak to nazwać po prostu. I tak pomyślałem, że krótki tytuł Wschód, trochę teraz taki na czasie, trochę to i po niemiecku będzie dobrze brzmiał tytuł i po angielsku. Nie wiem, Wschód się zaczyna w głowie, wybór temperamentu. Moim zdaniem na Wiśle się zaczyna tak naprawdę, że to jest limes cywilizacyjny, że już warszawska Praga jest zupełnie innym miastem od tej Warszawy właściwej. Ale wie Pani, to są prywatne historie, które się gdzieś snuje. Ale to nie jest przekaz dyskursywny jakiś, jak to zdefiniować. Lublin, jakieś Altanelsty, gdzieś tam Mongolia się zjawia, Chiny, to wszystko do wschodu przynależy. krążamy tą ziemię i znajdujemy się na zachodzie raptem. Zachód nie. Trzeba słuchać głosu serca i intuicji, instynktu i raczej nie. O Niemczech kiedy książkę napisałem krótką, mam wrażenie, że śmieszną trochę. Ale nie. Ja jestem z zachodu tak naprawdę. Wszyscy jesteśmy jakoś z zachodu. Nie wiem skąd jestem. Tu się tak fajnie używa tych liczmanów, wschód, zachód. Dla Chińczyków to my znikąd jesteśmy. Czasami z przyjaciółmi niemieckimi rozmawiam i tak właśnie, ale wy to jesteście zachód. Jacy my jesteśmy zachód? My jesteśmy Niemcy. To wszystko jest ruchome, to wszystko używa się w zależności od potrzeb, od, nie wiem, Żeby jakoś się orientować w tym świecie. Tak mi przyszedł do głowy ten tytuł. Wschód po prostu. Po prostu wschód. Lepiej brzmi wschód niż zachód. Nie wiem, trudno mi powiedzieć. Po prostu tak wyszło. Ale jeżeli macie życzenie, żeby zacznął się w Lublinie, Witasz, proszę bardzo. Każdemu się, każdemu się wschód zaczyna, Meternichowi się zaczynał na przedmieściach Wiednia, gdzieś tam, kurcze, dziki wschód. Wschód jest taką ideą niegeograficzną, czymś, od czego uciekamy albo z czymś się identyfikujemy. Pustką, nicością jest trochę ten wschód, jest odchłanią. Przepadały i armie, i narody, i wszystko przepadało na tym wschodzie, a jednocześnie z tego wschodu sporo przychodziło i przekleństwa, i dziwnych rzeczy. No ale co na ten wschód? Przepraszam, przerywam, powiem, no co, to 3 tysiące kilometrów woda jest, Afryka się zaczyna, obcość kompletna, no. Jakbyś się nie starał, to więcej niż 4 tysiące nie ujedziesz, bo jest ta Portugalia, no. Nie ma epiki w tym zachodzie, o, tak pani powiem. Nie ma, nie ma, nie ma tej przestrzeni w sensie, no, fizycznym po prostu, która jest namiastką, nie wiem, no, nieskończoności gdzieś. A ja jestem naturą religijną nieco i potrzebuję doświadczeń w dużym cudzysłowiu mistycznych, powiedzmy. To nie chodzi o duszę wschodu, o tą głębię na przykład. To nie o to chodzi kompletnie. Chodzi o doświadczanie czegoś takiego, że o to jedziesz i nie ma nic. Podróżujesz i o to nie ma nic. Na ten zachód jedziesz, brzewy, coś stoi, te warstwy historii, to ponakładane wszystko, wszystko jest opisane, wszystko jest jakby spetryfikowane, już cała nadzieja w islamie. Mam wyobraźnię się, jak rozprężyć, bo coś cały czas zawadza. Na wszystko masz odpowiedź. Ja podziwiałem tego Andruchoida, że on napisał książkę o Wenecji. Mówi, Jurko, jak można, kurwa, o Wenecji coś jeszcze napisać, a on napisał. A ja przejeżdżałem chyba za trzy razy obok Wenecji i nigdy nie wpadło mi do głowy, żeby skręcić do niej. Przepraszam. Przeczytałem sobie Śpiewa Hadła Bródskiego, najpiękniejszą książkę o Wenecji, taką cieniusieńką i już mam swoją Wenecję. Zachód jest gotowy, nie daje, takiemu Cikusowi jak ja, nie daje przestrzeni, a na tym schodzie można sobie wszystko wyobrażać. Po prostu tam, po prostu się rozszerza umysł i fikcję pomieści tą dziwną historię, nieoczywistą, jakąś taką, po to się jeździ, żeby hulało. To nie jest przeciwko Zachodowi powiedziane, broń Boże, jesteśmy w jakimś sensie ludźmi Zachodu ukształtował nas i wiele mu zawdzięczamy, ale Ale tak jest. No tak.
[01:22:22.09 → 01:22:37.75] A: Położony jest właśnie na siedmiu wzgórzach, tak jak pan mówił. Kto było tam, jakie było położenie?
[01:22:37.89 → 01:22:39.43] B: Ale ja nie zrozumiałem dokąd.
[01:22:40.27 → 01:22:59.53] A: do Lublina w dzielnice LSM. Jest wspaniały, piękny nastrój. Na pewno tam pan znajdzie wenę twórczą. Wspaniali ludzie, wspaniałe tereny. Zachęcam bardzo, zapraszam.
[01:22:59.59 → 01:23:00.25] B: Bardzo dziękuję.
[01:23:00.43 → 01:23:04.35] A: Na pewno pan coś tam dla siebie znajdzie.
[01:23:04.57 → 01:23:13.73] B: W którą stronę to jest? Po drodze na Kraśnik.
[01:23:14.19 → 01:23:15.03] A: Tak, właśnie.
[01:23:15.43 → 01:23:22.05] B: Nie wiem, czy znajdę czas tym razem, bo niestety Olsztyn mnie jutro wzywa o świcie. Muszę wyruszyć, ale dziękuję za zaproszenie.
[01:23:22.15 → 01:23:25.25] A: Ale wie pan, naprawdę warto, naprawdę warto.
[01:23:25.33 → 01:25:15.04] B: Dzięki. A pani z Zamościa? Mam nadzieję, że nie dotknąłem pani w żaden sposób. Nie, bo to wie pan, jak się jedzie przez te równiny przenoburaczane i się widzi te attyki raptem, to naprawdę jest to doświadczenie wyjątkowe gdzieś. Tam byłem kilka razy i co tam, ciemność zamojska na przykład jest kapitalna. Kiedyś w zimę byłem, bo późno w jesienią i tak jak ten rynek tam latem, to tam jacyś turyści chodzą, tak światło jest, to wszystko się tak wybłyszcza. Tak się palą, takie prowincjonalne, biedne, oszczędnościowe żarówki czterdziestka się pali. Wchodzi się do sklepu z chłodziewczego, jest półmrok taki, a fascynujące to jest. Naprawdę jak takie szlucowskie wyobraźnia hula, naprawdę ulica Krokodyli, sklepy, sklepy cynamonowe. No nie znam Zamościa, wie pani. No wielki, niewyeksploatowany temat słynnej Zamościanki Róży, Luksemburg, kurczę. się zastanawiamy, czy nie wydać jej jakoś, nie wiem, biografii, kurczę, w końcu spędziła tam dzieciństwo w Zamościu, nie, nie, nie, nie. No. Tym powinien Zamość w świecie, bo z całym szacunkiem bardzo dużo jest eleganckich, renesansowych miast tutaj po Europie, ale róża Luksemburg jest jedna, to ja ją sobie w herbie zrobię. No. Coś takiego jest. Takie, no, horrendum to miasto jest, takie gdzieś, Takie kurcze, nie wiem. No bo jest. Jest fascynujące, ale z niczego... Coś
[01:25:24.28 → 01:26:13.39] A: fantastycznego, coś pięknego. Pamiętam cały obraz do tej pory. I jeszcze właśnie przyroda się też włączyła do tego, że sztuka się kończy, sowa nad tym ratuszem kołuje, zbliża się burza, oddali grzmoty i później właśnie idziemy do autokaru, deszcz pada, sztuka się już skończyła jeszcze, kiedy była pogoda. Zamość jest drugi po Lublinie, albo pierwszy, a drugi, no, ale Lublin i Zamość piękne miasta i tam Wenę Pan znajdzie na pewno twórczą.
[01:26:13.71 → 01:32:08.32] B: Ach, Wenę to, no tak. Nie no, w tym Zamoście jest fajne rzeczywiście takie fiat, że przyszedł ten Zamojski i oto zbuduje miasto, kurczę, to prawie jak gesty Starego Destamentu, już to powstało w jednej chwili gdzieś, no. Takie miasto bez, bez powodu jakby poza wolą Hetmana. Bo te inne są takie nawarstwione, jednak te przemyśle Jarosławie to jednak trwało. To jest fascynujące gdzieś. Zamość. Ze starych to już nic, wie Pani, to strasznie szybko przepadają. Już się przestaje o tym myśleć w momencie skończenia pewnie. Potem trzeba się tłumaczyć jeszcze ludziom z nich taki zawód, ale znikają. Słucham? Pewnie tak, pewnie tak. Te dwie, trzy, które piszę, jedną, dwie, które piszę, trzecia, czwarta, o której myślę. Tak, bo to jest najfajniejsze. Wie pan, co jest książka, jak się zaczyna pisać, to nie wiadomo, co jest na końcu. To najbardziej kręci. Niektórzy pisarze wiedzą oczywiście, a ja nie wiem. Książka skończona jest, przestaje... No nie ma tego... Nie wiem, jak to nazwać. Ja nigdy nie czytałem swoich książek. Zamykam, zapominam. Najgorszą katorgą jest ostatnia korekta, na którą żona albo redaktorka mnie wymusza. Rzygam tym, nienawidzę, muszę to przeczytać, jeszcze posprawdzać. Oszukuję, przepraszam. To jest kapitalne. Pan chce nas obrazić? Jezu, mamy jedne z najlepszych korektorek w kraju. Proszę zerknąć do innych książek, jak to jest badziewione, za przeproszeniem. Oczywiście, mamy redaktorów, korekty, a pan myśli, że cały czas do tych redaktorystów jeździmy. Nie, pełen profesjonalizm, absolutnie. Także wie Pani, myślę, że to co nastąpi dopiero. Tam by się dało jakąś jedną bardziej lubić, drugą mniej, ale zapominam. Zamykam, zapominam. Ta męka kończenia książki, bo już długa jest. Już byś chciał coś innego robić, ale trzeba jakoś to zakończyć, kropkę postawić, tytuł dać. Taka pogoń jednak cały czas za czymś, co nastąpi. Pewnie Duklę lubię, bo ona taka strasznie była wywleczona z serca. Duklę lubię, fajna jest. wyznanie miłości gdzieś do nie wiadomo czego, ale nie no to co się teraz robi i co się tam w tej głowie lęgnie, fajnie. Człowiek kładzie do łóżka i mu tam zuzuzuzuzuzu, jakie fajne obrazy się wyświetlają i kombinuje jak to, jak to zamknąć, jak to zrobić w słowach. Aha, miałem krzesła nie ruszać. Przepraszam, tutaj telewizja mówiła, żeby nie ruszać krzesła. Dobrze, no. Film? Nie. Nie. Nie chwalę się tym. Nie, to nie jest tak. Po prostu to nie jest mój film gdzieś. Zupełnie został... Nie tak sobie wyobrażałem, ale z drugiej strony to jest film reżysera, więc trudno mi zgłaszać jakieś... Ja się zgodziłem na ten film, ale nie przepadam za nim. Jest za ładny. Reżyser swoją historię prywatną opowiedział gdzieś w tym. Jest parę pięknych obrazów rzeczywiście, on plastycznie jest czasami fajnie zrobiony, jest parę fajnych dialogów, ale nie potrafię się z tym filmem. Ale to pewnie zawsze jest, kiedy ktoś bierze twoją rzecz i sobie przerabia na własną. Pewnie tak jest. Pisałem ten scenariusz, on został zmieniony zupełnie. Już powiedziałem, nigdy w życiu nie będę pisał scenariusza. Po pierwsze nie potrafię, po drugie nie lubię, po trzecie jestem rozczarowany zawsze. Ale film ładny, wie pan, no. była premiera w Bratysławie, bo to polsko-słowacki film, polsko-słowacko-czeski, to kobiety wychodziły na największe kino, zapłakane wychodziły z tego filmu, jak byłam szczęśliwy, ale powiem, być twórca w Gorlicach, w moim powiecie, mnie ludzie zaczepiają, Boże, jaki piękny film Pan zrobił, o takich zwykłych ludziach, to kino jest tu potrzebne. Fajne, no wie Pan, takie doświadczenie społeczne, ale nie tak sobie wyobrażałem. Ale to nie jest wina filmu, to moja wina. Widziałem go chyba raz, tylko właśnie w Bratysławie na premierze i nigdy potem już nie chciałem. Tak jak z książkami własnymi. Człowiek czuje wstyd, kiedy ogląda coś swojego albo coś, co napisał, czyta. Wstyd po prostu, zażenowanie. Czasami po butelce wina dwóch mogę wrócić do swojej starej książki i powiedzieć, Jezu, jaka fajna, co chwilę trwa. Ale nie. Znacznie skomplikowany jest ten styk literatury i kina. Twoje obrazy, a jednocześnie nie twoje, nie składają się w całość twoją. Ty to wymyśliłeś, a jednocześnie ktoś opowiedział za pomocą zupełnie inną historię. Czarniejszy, brudniejszy, nie taki śliczny jak wyszedł. Chciałem zapytać, która godzina? Proszę. Ja Panią słyszę, ale to tutaj tam z tyłu możemy słychać. Jest.
[01:32:09.04 → 01:32:11.28] A: Chciałam jeszcze nawiązać tutaj do wschodu.
[01:32:11.76 → 01:32:13.40] B: Ale Pani ma tam po zakładane.
[01:32:13.42 → 01:33:04.23] A: Nie, to tak. Do tego jak opisuje pan swoje spacery po galeriach handlowych i bazarach, gdzie patrzy pan jak, cytuję tutaj, jak moi bracia i siostry kupują. I właśnie chciałam, tutaj od razu mi się rzuca obraz takiego niemalże pielgrzyma norwidowskiego, który tam ma namiot z wielbłądzie i skóry i ziemi tyle ile jej stopa pokrywa. I chciałam właśnie zapytać, czy przywiązuje Pan uwagę do przedmiotów i do miejsc? Czy przywiązuje się Pan do miejsc? I czy uważa się właśnie Pan za takiego raczej turystę, który odwiedza jakieś miejsca, żeby poznać świat, czy raczej za takiego wędrowca, który odwiedza świat, żeby raczej poznać siebie?
[01:33:04.69 → 01:33:56.00] B: Raczej ten drugi przypadek, bo kompletnie nasze podróże, turystyki żadnej nie przypominają żadnych zabytków, żadnych muzeów. Czasami jedziemy, bo nam się nazwa spodoba, jedziemy siedem tysięcy kilometrów, tak jak pojechaliśmy do Pamiru, bo nam się spodobała nazwa Murgab. Tam kurwa nic nie ma. Dupa, parę tysięcy lepianek stoi, miasto przemytników, bo chińska granica, algańska, ale nazwa była tak fascynująca, że pojechaliśmy tam, spędziliśmy tydzień, jeden z piękniejszych tygodni w ogóle. Nie, turystyka nie, chyba nie, absolutnie nie. Co to jest turystyka? Nie wiem. Ludzie jeżdżą, żeby świat poznawać. Ten świat mnie nie bardzo interesuje. Naprawdę interesuje mnie, co się ze mną dzieje. To jest najfajniejsze. A tam jeszcze pani coś mówiła?
[01:33:57.46 → 01:34:07.44] A: O przywiązywanie się do miejsc. Czy miejsca, które pan odwiedza, czy pan się do nich przywiązuje w jakiś sposób? Czy chce pan tam wracać?
[01:34:07.70 → 01:36:45.73] B: Myślam i wracam. Myślałem i wracam, ale miałem parę obsesji, tak jak napisałem książkę Dukla, pojechałem do niej kilkadziesiąt razy i tam spędziłem mnóstwo czasu. Kiedyś miałem na Węgrzech takie malutkie miasteczko odwiedzić, właśnie to się Gęs nazywa, blisko słowackich granic. Nadkładałem drogi, żeby wracać przez Gęs, zatrzymać się i patrzeć jak czas nadjada to Gęs, jakie nadkrusza fajnie. Myślę o miejscach tylko o miłościach. Nie znaczy, że wracam do nich, bo to jest nierealne, niemożliwe. Ale tak, idę spać z miejscami, pod powiekami gdzieś. Absolutnie, przestrzeń, miejsce, ta fizyczność obrazu to jest coś najważniejszego dla mnie. A rzeczy nie, samochody. Pani mówi o galeriach, bo to kapitalna obserwacja nas, jacy jesteśmy, że już nie potrafimy bez tego istnieć. A świat się skończy, jak przestaniemy kupować. Chiny eksplodują, Indie eksplodują, to wszystko się rozsypie. Musimy kupować, już straszne to jest, ale tak to wygląda. Można się przeciwko temu buntować, udawać, żyć w lesie, być pustelnikiem, ale jest to kompletnie zachowanie niespołeczne. Ci biedni Chińczycy muszą robić te rzeczy, naprawdę. No i są strasznie nędzy. Potwornie spragnieni materialności, pieniędzy, wyzwolenia się. Także chodzę i kontempluję galerię upadek człowieczeństwa, a jednocześnie jego, nie wiem, istotę. Nie kupuję, nie jestem jakimś zakopocholikiem. Mam kupę starych rzeczy. Lumpeksy lubię. Kiedyś napisałem książkę o lumpeksach nawet. Ale tak. Zatrzymujesz się w mieście, którego nie znasz. Jest jesień, masz trasę literacką, tak zwaną. Stajesz na rynku, leje deszcz, jest zimno. Wchodzisz do knajpy, wszyscy na ciebie patrzą. Po pierwsze jesteś obcy, po drugie nie pijesz alkoholu, jak palan wziąłeś sobie herbatę, kawę i siedzisz, a tam wszyscy. Nie ma dokąd pójść. Zostaje galeria. Tam jesteś u siebie, nikt na ciebie dziwnie nie patrzy, możesz spędzić dużo czasu, możesz zabawiać swój wzrok, oglądać przedmioty. Niesamowite. Tak wyglądamy. Kościoły pozamykane. Nie można wejść.
[01:36:48.07 → 01:37:02.00] A: Powiedział pan paręnaście minut temu o tym, że jest w panu potrzeba religijności. Może pan, jeśli to nie jest zbyt osobiste pytanie, rozwinąć troszkę ten temat?
[01:37:02.26 → 01:37:04.04] B: Jest osobiste, bardzo.
[01:37:05.46 → 01:37:07.58] A: No to wycofuję pytanie, przepraszam.
[01:37:07.92 → 01:40:03.16] B: Nie, ale to nie znaczy, że nie możemy o osobistych rzeczach w tym tak skromnym towarzystwie. Po prostu jest, po prostu poczucie, a nie wiem, może to jest, może to jest literacka potrzeba. Pani jest bardzo prostej religijnej rodziny, bo moja mama była strasznie religijna, umierała religijnie i może to, tylko ja sobie to transportuję na coś większego, większego, innego. Jest głód, jest potrzeba, jest przeczucie, że nie istniejemy samotnie, bo to byłoby niezadowolenie z takiego samowystarczalności, z tej samowystarczalności ludzkiego istnienia. Ja się modlę, ja sobie jadę, nie, nie tam przedstawiać Marii, a mówię, panie, tylko mam sobie, mam, moja myśl się odbija gdzieś od czegoś nieustannie i to jest niezależne ode mnie. I wymyśliłem sobie tego. Mam wrażenie, że zawsze chciałem, żeby moje książki były religijne, nie wprost oczywiście, nie, że tam tego jakimś dyskursem wyłożone, że dać, nie wiem, opowiedzieć o tym stworzeniu, które jest, które jest cudem absolutnym Nie wiem, to jest bardzo osobiste pytanie i trudność, no bo tak. Myślę, że tak. Mam kontakt z Bytem nieustannie. Wiodę dialog, wiodę spór, wiodę spór, myślę. tego nie można zabić, można to zagłuszyć, ale chyba zabić się nie da. To się w coś przemienia, wyradza, degeneruje się czasami, ale ta potrzeba jest czymś bardzo ludzkim. A do kościoła to strasznie słabo chodzę. Ostatnio nawet ksiądz przestał mnie odwiedzać po kolędzie, boż, machnął ręką. Już i o to pani pyta. Natomiast jestem w dialogu. No, w monologu, ale mam wrażenie, że to jest dialog. Bo jak się jedzie na ten wschód, no to wie Pani, na te wszystkie pustynie i stepy, no jednak te największe ligie świata się zaczynały na pustyni. Nawet na takiej małej jak ta izraelska, ale jednak pustyni. Może po to się tam jeździ, żeby dać szansę. temu czemuś, żeby się odjawiło. Co ja gadam? Jestem apostołem. Tak jest.
[01:40:05.06 → 01:40:13.62] A: Ja jeszcze, jeśli można, jedno ścibskie pytanie a propos religijności. Czy rzeczywiście słucha Pan godzinek jeżdżąc samochodem?
[01:40:13.76 → 01:42:38.09] B: Ja śpiewam te godzinki. To jest wszystko szczera prawda. A tam jest o moim dziadku? Jest, mój dziadek był kurcze sołtysem we wsi, a jednocześnie przewodnictwem, no nabożeństwa majowe u niego w chałupie, się religiantem takim wiejskim i te wszystkie baby nabożeństwa majowe w naszej, w dziadkowej chałupie. I on był tym głównym wokalistą prowadzącym modły. Także ja to mam we krwi po prostu. Absolutnie. Dziadek ze strony mamy. Także ja śpiewam. Ostatnio czytałem ten fragment w tym, na jakimś festiwalu prozy we Wrocławiu i udało mi się czysto te frazy godzinkowe zaśpiewać. Nie sfałszowałem ani razu, bo to publiczność tak wymiękła. Co on to tu jakieś śpiewa? Jakie publiczność? To są przepiękne pieśni. 8.15 leci w Radio Maria. Już w trasie jestem, nie opuszczam. Jako potworny solista jest. Ma tak twardy, okropny głos, kurczę. No, mogliby go zmienić. Tak, słucham Radio Maria regularnie, spokojnie. Jakby to dziwnie nie brzmiało. Ale godzinki tak. Na wskroś ta religijność wiejska, ludowa, przysiąknięty jestem. Nawet swoją córkę wdrożyłem. Chodziła do kościoła, potem powiedziała, że nie, tato jednak, wiesz co, nie. Ale background dostała. Też się z tym głupio czułem, bo sam przez długie lata nie chodziłem, jak nadeszła ta pora. tych wszystkich obrzędów, to została ochrzczona w wieku lat siedmiu. A wszystkie komunie i tak dalej wchodzi do kościoła i wie, na czym to polega, wie, jak się zachować. Przez parę lat chodziliśmy do tego wiejskiego kościółka naszego, słuchaliśmy tych kazań, może zreagujemy, ale nie o to chodzi. Chodziło o coś, o zakorzenienie w czymś. Także tak, moja żona jest niewierząca. Ale nie miałem przeciwko oszczędniom dziecka. To istnieje, trzeba dać temu szansę, co sobie dziecko potem z tym zrobi, w co to się przemieni, przepoczważy, czy z tego skorzysta, ale będzie bogatszy. Życie będzie większe przez to. Może się przeciwko temu zbuntować, zanegować, ale tak.
[01:42:42.46 → 01:43:25.49] A: Chciałam zapytać Pana, bo tak słucham Pana i przyznaję się, że słucham. Natomiast chciałam zapytać, bo powiedział Pan kilka rzeczy, które w jakiś sposób pozwalają mi na coś wpaść, tak czasem się na coś wpada, że coś przychodzi do głowy i zderza się to z tym, co się wie albo co się myśli i w jakiś sposób się to później konfrontuje ze sobą i być może dochodzi do jakichś zmian. I chciałam pana zapytać, czy pan wpadł na coś ostatnio, dzisiaj, wczoraj, w trasie, co pozwoliło panu zmienić może coś, nie wiem, w myśleniu, w działaniu,
[01:43:27.21 → 01:43:37.13] B: Nie, to nigdy, nie, no co pani tak, że tak się jedzie, o zmienię coś, bo tam fajnie jest. Nie, ale to się wszystko odkłada, wie pani, to jest, to wszystko gdzieś,
[01:43:38.89 → 01:43:39.05] C: tak
[01:43:39.05 → 01:45:14.04] B: jak doświadczenia dzieciństwa potem cię jakby kształtują, tak każde doświadczenie, każda chwila gdzieś, gdzieś tak. Ja dzisiaj w zachwycie jechałem, ludzie, taka pogoda, taki cud po prostu, ciężarówek za dużo nie było na trasie, żadnego wariata. Całość drogi pamiętam. Ale to nie jest tak, że... No... Nie, nie, to chyba się tak nie dzieje. Że oto czasami jest takie pstryk, ale to jest łaska parę razy w życiu spotykana, a tak to... Świat był dzisiaj cudowny, po prostu był kapitalny. O Jezu, jak sobie przypominam, te buńkity wysmurzone, te takie kurwa... Jest suchy asfalt i można łoić i psiarni nie ma za bardzo. My się zastanowimy, co przypomnę o parę takich fragmentów pejzażu, które wniknęły gdzieś. A i tak nie pojechałem swoją ulubioną trasą, w której się w Janowie w prawo skręca i się jedzie w stronę Gardzienica z takimi zupełnymi zadupiami i się wyjeżdża iść tam Bychawa, Gardzienica i się dopiero na Świdnicką trasę wydostaje. Tam jest cud pejzażu zupełny po prostu. A ja jechałem tu w lewo tak normalnie, bo nie chciałem się spóźnić. Wszystko robi coś po tym. Wierzę w to. Wiem, że pani nie odpowiedziała, ale tak jest.