Bitwa o literaturę. Którędy do raju?
Wróćopis wydarzenia
Wstęp za okazaniem bezpłatnej wejściówki do odebrania w kasie Teatru Starego. Jedna osoba może pobrać maksymalnie 4 wejściówki na każde spotkanie.
Większe grupy (uczniowie, studenci i inne grupy zorganizowane) proszone są o bezpośredni kontakt z kasą Teatru w celu rezerwacji miejsc.
Wydarzenie transmitowane on-line na stronie Teatru Starego.
gość: Robert Rient
prowadzenie: Grażyna Lutosławska
lektor: Tomasz Bielawiec
Nie ma aplikacji, która w odpowiedzi na postawione w tytule pytanie wskaże naszą lokalizację i poprowadzi do celu. Przebłysk, najnowsza książka Roberta Rienta, autora m.in. Świadka i Duchów Jeremiego, to opowieść o poszukiwaniu raju, podróży dookoła świata, podczas której autor spotkał się nie tylko z lasem amazońskim i syberyjską tajgą, ale także ze swoimi lękami, pragnieniami, iluzjami i przeszłością.
Grażyna Lutosławska
Robert Rient, ur. 1980 w Szklarskiej Porębie. Dziennikarz i pisarz. Autor reportażu Świadek (2015) przetłumaczonego na język angielski i wydanego w Ameryce (2016) i powieści Duchy Jeremiego (2017). W wrześniu 2018 ukazała się jego najnowsza książka Przebłysk o podróży dookoła siebie i różnych medytacyjnych oraz szamańskich praktykach. Współpracuje z magazynem “Przekrój” (jako prof. Janina Bełkotska co piątek na stronie www.przekroj.pl odpowiada na listy czytelników), “Zwierciadło”, “Sens” i “Coaching”. Pracował jako wykładowca, trener umiejętności interpersonalnych i prezenter radiowy.
Obszernych skrótów ze spotkań można wysłuchać w audycji „Nie tylko rozrywkowa niedziela radiowa” na antenie Radia Lublin w każdą niedzielę między 7.00 a 11.00.
wideo
[pokaż transkrypt] [ukryj transkrypt]
[00:04.62 → 06:35.59] A: Panie, panowie, dobry wieczór. Którędy do raju? Właściwie to trochę się spodziewałam, że nie usłyszę odpowiedzi, chociaż dobrze by było, gdybym tak na podobnej zasadzie, jak którędy dojść stąd na Plac Litewski albo na Rad Sławickie. Państwo mówią, wyjdzie pani potem w prawo, w lewo, prosto i jest pani u celu. Którędy do raju? Tak sobie zatytułowaliśmy dzisiejsze spotkanie. To, że Państwa tu widzę, Państwa obecność i w Teatrze Starym i przed ekranami komputerów świadczy o tym, że przynajmniej część z nas zastanawia się przez chwilę słysząc to pytanie. Nie ośmielam się stosować żadnych uogólnień, ale podejrzewam, że jest nas co najmniej kilkoro, którzy takie pytanie zadają sobie przynajmniej raz na jakiś czas. Którędy dorają? Gdzie jest to szczęście? Co to jest to szczęście? Czy uda nam się do niego jakoś dojść? Pomyślałam sobie, że za żadne skarby nie odpowiemy dzisiaj na to pytanie. Nie my pierwsi i nie ostatni jednak podejmiemy próby. Którędy? Do raju. Postanowiłam, nie dając Państwu nadziei, że odpowiedź padnie dzisiejszego wieczora, zaproponować wyprawę. wyprawę, podczas której być może zainspirowani słowem, dźwiękiem, obrazem, zaczniemy się zastanawiać, czy idziemy w dobrym kierunku. A może też podejmiemy zupełnie inną decyzję. W sprawie decyzji pytać będę naszego przewodnika. Tylko żeby była sprawa jasna, bo nie chciałabym obciążać naszego gościa w nadmiarze. Będzie naszym przewodnikiem w drodze do raju, ale nie bierze odpowiedzialności. Będzie naszym przewodnikiem, który opowie nam swoją historię o swojej drodze czy do raju. Robert Rient, zapraszam. Dzień dobry. Mikrofon dla Pana. Zanim Pan się rozejrzy po naszym wspaniałym teatrze, ja ustawię książki. Powinny stać tu trzy, ale długo szukałam tej, której nie ma, a która powinna tutaj się znaleźć i która była pierwszą przez Pana napisaną, aż w końcu odkryłam, że wędruje po moich znajomych i jeszcze nie wróciła. Kiedy świadek poszedł w świat, przy kolejnych byłam już mądrzejsza, duchy Jeremiego kupiłam po prostu w kilku egzemplarzach i moim przyjaciołom zamiast pożyczać, dawałam w prezencie. Przebłysk polecałam, żeby już sobie zorganizowali sami. Panie i panowie, Robert Rient, pisarz, dziennikarz, Podróżnik. Każda z tych nazw jest równie dobra, jak równie zła. Gdzieś tam pana próbuje przyszpilić, ale nie do końca. Ale sam pan rozumie, że żyjemy w takim świecie, że definicje są nam w jakiś sposób potrzebne, więc pisarz, dziennikarz, podróżnik. Robert Rient jako pisarz zadebiutował w 2015 roku. Wtedy opublikował Świadka. Świadek jest reportażem, a właściwie autoreportażem, którego to właśnie Świadka nie ma tutaj na stole, ale Świadek jest tą książką, która bardzo opowiada Pana historię. Opowiada ją wprost, opowiada ją bezkompromisowo i na pewno dzisiaj o Świadka także zahaczymy. Minęły dwa lata. i pojawiły się Duchy Jeremiego, moja absolutnie ulubiona książka. Nie wiem tylko, czy mogę tak powiedzieć, bo pana książkowe dzieci pewnie wszystkie równie ważne, a ja tutaj z czymś takim, ale rzeczywiście Duchy Jeremiego powieść, czysta powieść, wypływająca jednak z życia rysu naszego gościa. Książka, której jeśli państwo jeszcze nie czytali, to szczerze zazdroszczę, bo to znaczy, że to doświadczenie lektury mają państwo przed sobą. I zaraz później, bo w ubiegłym roku, Przebłysk, czyli opowieść o podróży dookoła świata, ale bardziej dookoła siebie. Kiedy Przebłysk ukazał się jesienią, a jeszcze dodajmy tylko, że jeżeli ktoś z państwa będzie odczuwał niedosyt po przeczytaniu tych trzech książek, to Roberta Arienta można też czytać na przykład w przekroju. I to nie tylko, kiedy odpowiada na listy czytelników jako Janina, Bełkocka, ale także kiedy mówi o mowie drzew, o której też chciałabym, żebyśmy dzisiaj porozmawiali. Kiedy spotkaliśmy się, myśmy byli umówieni w Teatrze Starym na rozmowę w styczniu tego roku, zaraz po tym, jak ukazał się przebłysk, ale Robert Rient ruszył w drogę. A droga, podróż jest chyba czymś najistotniejszym, czymś, bez czego trudno sobie Pana wyobrazić, Pana skonstruować na użytek opowieści. Ale też trudno sobie wyobrazić Roberta Jenta bez pisania. Z tym związane jest moje pierwsze pytanie. Poznałam pana dokładnie przed rokiem. To był czerwiec. I spotkaliśmy się podczas takiego popołudnia, kiedy zostało postawione pytanie, czy książka może uratować życie. Chciałabym wrócić do tego pytania. Chciałabym zadać panu je raz jeszcze, ale pytając jednocześnie o to, posługuje się pan słowem. Dlaczego tak wielka ekspresja, tak dużo tego? Niech to nie zabrzmi w żadnym razie jak zarzut. Ja jestem zachwycona. Do czego potrzebne panu jest słowo, które daje pan czytelnikowi w prezencie? Do tego, żeby coś opisać, żeby ocalić siebie, czy może, żeby znaleźć podobną wrażliwość, żeby się spotkać? [06:36.53 → 09:40.47] B: Już odpowiadam. Ale na początku chcę powiedzieć dzień dobry państwu. Bardzo mi miło widzieć twarze i wiem, że... Dziękuję. I wiem, że ktoś tam jest po drugiej stronie, więc też się kłaniam. Myślę, że opowieści są bardzo istotne i ważne i na opowieściach zbudowany jest w pewnym sensie nasz ludzki świat. Opowieść pomaga zachować wiarę, stracić ją albo uzyskać nową. To dzięki opowieściom myślę wierzymy i dla mnie słowo to też sposób porozumienia się, nie najdoskonalszy, wcale nie pełny, nie taki, który niekoniecznie jest najbardziej też intymną formą, ale pozwala pracować w skupieniu, w samotności, w odcięciu się, poświęcić wiele miesięcy czasami, żeby opowiedzieć o czymś jednym, bo na przykład duchy Jeremiego to dla mnie jest przede wszystkim opowieść o intymności, czyli żeby o tym jednym słowie opowiedzieć, pomyślałem sobie, że opowiem historię kilkunastu innych osób, w tym dwunastoletniego chłopca. Nie mam jakiegoś takiego pomysłu, żeby książki mogły ratować życie, a tym bardziej moje. Myślę, że nie, że to za mocno i za dużo powiedziane. Jeśli zapełnią czas i zostawią czytelnika z takim poczuciem, że nie jestem sam albo czegoś się nauczyłem, czegoś się dowiedziałem, czym się zainspirowałem, coś zrozumiałem, chce mi się bardziej, to super, to świetnie, to znaczy, że osiągnęły cel. Wydaje mi się, że pieczenie chleba, grzebanie dłońmi w ziemi, a szorowałem długo, żeby czarnymi pazurami tutaj Państwa nie świecić, bo robię to. Wydaje mi się tak samo istotne, czy szycie ubrań, budowanie dróg, troszczenie się o to, żeby stare dęby przetrwały, a nie zostały wycięte. To wszystko są ważne rzeczy i nie uważam, żeby pisanie było ważniejsze, ale coraz bardziej smakuje pisanie i lubię to. Już teraz nie, ale jako profesor Janina Bełkocka przez kilka miesięcy, tydzień po tygodniu odpowiadałem na listy czytelników i prawdziwe, i wymyślone. To czułem ogromną frajdę, że oto powstała jakaś postać, która napisała fikcyjną książkę, o którą zapytało mnie wiele osób. Czytelnicy pisali do redakcji również przekroju do mnie, gdzie tę książkę można kupić, a jej nie było. Więc odpowiadając na panie pytanie, myślę sobie, że czasami zdarza się taka książka. taki człowiek, taki autor, ja też takich w swoim życiu miałem, który zatrzymuje na dłużej, który zabiera nas w taką podróż jak ukochana osoba i kiedy jestem z ukochaną osobą i czuję tę miłość, która krąży między nami, to na chwilę wszystko inne znika i odbywa się tylko to dzielenie się energią, ta podróż po słowach. Jak ja dopadnę taką autorkę czy autora, tak było z Elisabeth Stroud na przykład, to czytam wszystko jej, bo wtedy mam wrażenie, że zanurzam się w esencji tej kobiety, tej autorki, tej postaci i trochę bardziej rozumiem ją i to, jak ona patrzy na świat. Więc pisarka i pisarz czasami pozwala założyć na chwilę cudze okulary, czy wejść w cudze buty, jak mówią Indianie, czy po prostu spojrzeć na świat innymi oczami. Więc piszę cały czas taką myślą jednak, że ta najważniejsza i najlepsza książka jeszcze jest przede mną. [09:40.99 → 09:45.90] A: Zwłaszcza, że w tym roku Ukaże się kolejna książka w przyszłym. [09:45.92 → 09:51.56] B: W tym będę pisał ją jeszcze i piszę ją już od zeszłego roku, będę jeszcze pisał, ona wymaga dużo pracy. Mam nadzieję, że w przyszłym. [09:51.88 → 09:53.14] A: Czy pisanie to też wolność? [09:55.82 → 11:18.44] B: Ja myślę, jeśli zejdziemy na taki poziom, a czemu nie, na którym wolność jest teraz i zawsze obecna, to jakakolwiek czynność nie może tej wolności pozbawić. I w tym sensie pisanie nie wyklucza wolności. czy nie pozbawia wolności, jeśli wolność jest dostępna wewnętrznie, ale myślę sobie, że jest różnie, bo czasami pisanie to ogromne zniewolenie. I tak było, kiedy pisałem Świadka, miałem podpisaną umowę z wydawnictwem, pobudki o piątej rano, bardzo intensywne tempo, dzień za dniem, w odcięciu od świata, od ludzi i skończyło się to... później rehabilitacją, fizjoterapeutą, problemami z kręgosłupem. To były jakieś takie ślepe, trochę fanatyczne, niepotrzebne. Więc myślę, że można pisać w różny sposób. W zniewolony sposób. Są też pisarki i pisarze, którzy uważają, że wypełniają najważniejszą misję świata i czasami ciężko mi czytać wywiady z nimi, kiedy mówią, że to jest takie ciężkie i trudne i że oni z mozołem robią coś dla społeczeństwa. Myślę sobie, że to jest fantastyczna możliwość. Moi ludzie mają zawodowe wykształcenie. Nigdy w życiu nie sugerowali mi pisania. Kiedy powiedzieli mi pierwszy raz, że będę pisał, to mi powiedzieli, na pewno nie. Przestań w ogóle myśleć o takich rzeczach. To nie dla ciebie, to dla ludzi z tego innego świata. Więc myślę sobie, że dla mnie pisanie to tak, to wolność, ponieważ właśnie teraz się mierzę z takim trudnym momentem, kiedy będę musiał zrobić krzywdę mojej bohaterce, nie głównej, ale mam wolność, że mogę ją poprowadzić w różne strony. Jeśli nie będzie to konieczne, to tej krzywdy jej nie zrobię. [11:20.99 → 11:25.99] A: To dlaczego w takim razie Łukasz nie pisał? Zaczął pisać dopiero Robert. [11:27.23 → 12:58.51] B: To ja Państwu wyjaśnię, bo Państwo możecie tego nie wiedzieć, że ja się urodziłem jako Łukasz Zamilski, a teraz mam na imię Robert Rient. Ten Łukasz Zamilski to był taki chłopiec, który gdzieś tam w środku cały czas żyje, chociaż ja przez wiele lat myślałem, że go uśmierciłem skutecznie, a on się czasami lubi odezwać. Urodziłem się w religii Świadków Jehowy i w rodzinie Świadków Jehowy z czwartego pokolenia. I odchodząc z tej religii na dobre i tracąc większość rodziny, z 95%, pomyślałem, że potrzebuję symbolu. I tym symbolem była zmiana imienia i nazwiska. Łukasz pisał, pisał Robert. Ciężko o tym powiedzieć. Nastąpiło rozdzielenie. Pierwszy zapis w takim szarym zeszycie, w którym robiłem notatki, skreślenia, wiersze. Zdaje się, że to już nie pamiętam dokładnie, ale chyba miałem 11 lat. I tam wtedy pierwszy raz pojawił się zapis, że Robert coś napisał. Więc ten Łukasz, który był chłopcem z tak zwanej kociej wiary, grzecznym, posłusznym, tym, który był jedynym w klasie, który nie obchodził urodzin, świąt Bożego Narodzenia, Wigilii, który trochę był szykanowany i wytykany palcem, stworzył sobie Roberta, który mógł pisać. No bo u świadków Jehowy też jest takie zalecenie, żeby skupić się na tym, co najważniejsze, czyli na służbie dla Boga i niekoniecznie myśleć o tym, żeby zajmować się głupstwami, a rzeczy związane ze sztuką, działaniami artystycznymi uważane są za niekoniecznie te najbardziej istotne. Więc Robert pojawiał się powolutku jako taki wytrych, wytchnienia. W pewnym momencie zajął całą przestrzeń i powiedział Łukaszowi do widzenia. [13:00.09 → 13:08.79] A: Czyli potrzeba była tej wolności, żeby zacząć pisać. Czyli pisanie to jest wolność. Ale właśnie wolność od czego? [13:09.54 → 15:10.82] B: Albo do czego. Może być myślę i tak i tak, bo przez wiele lat życia to była wolność od, faktycznie. To była wolność od represyjnej religii, od systemu, od narzuconych norm, od małego miasteczka, do którego teraz tęsknię i wracam z wielką radością i myślę, że wyląduję w szkleckiej porębie w końcu. I to była ucieczka od tych wszystkich, którzy mówią mi, że jestem gorszy, niezasługujący, inny, ten, któremu nie wolno. I myślę, że jak pojawiają się W naszym życiu tacy agenci socjalizacji, czyli rodzice, trenerzy, duchowni, starsze rodzeństwo, młodsze, którzy prowadzą nas przez życie i część z nich ma piękne intencje i myślę, chce nas zaprowadzić w takie miejsce, w którym będziemy wzrastali, ale niektórzy mają pomysł na nas, mają pomysł, że mamy być jacyś, określeni, że czegoś nam nie wolno, że jak pracować to tak, a jak kochać to tak, a jak ubierać się to tak. No i myślę sobie, że jak jest dużo takich opresyjnych agentów w socjalizacji, to są różne wyjścia. Jednym z nich jest poddać się ulec, ale też zrezygnować z czegoś wewnętrznego, czegoś domagającego się życia, głodnego wolności. Ja przez wiele lat próbowałem, rzuciłem liceum dzienne, żeby pójść do zaocznego. Stałem się pierwszym w mieście pionierem stałym. Pionier stały to ktoś taki, kto 90 godzin miesięcznie chodzi od domu do domu i naucza, czyli głosi. Więc przez prawie 4 lata byłem takim fanatykiem intensywnym, jeśli można dodać do słowa fanatyk intensywny. Chociaż to trochę bez sensu. No ale w pewnym momencie poczułem, że ja się duszę, że umieram. I kiedy pojawił się taki okres destrukcyjno, przygnębiająco, depresyjny, związany również z jakimiś takimi samobójczymi klimatami, to stwierdziłem, że skoro zabić się nie potrafię albo mi to nie wychodzi, a tak naprawdę gdzieś w środku czuję, że nie chcę, to spróbuję i zobaczę, Jak to jest żyć po swojemu, na własną rękę, na własnych zasadach, w miejscu, w którym nigdy nie byłem. Jak to jest założyć rodzinę z ludźmi, z ludźmi, z którymi nie łączą mnie w język krwi. Więc udałem się w podróż i zdaje się, że ona się nie kończy. [15:11.58 → 15:55.26] A: Ale ta śmierć, którą pan teraz wywołał, ona jest bardzo intensywnie obecna we wszystkich pana książkach. W świadku reportażu jest Pana próba samobójcza. W duchach Jeremiego, czyli w powieści, śmierć na bardzo wielu poziomach. Śmierć, która dotyka ze wszystkich stron dwunastoletniego bohatera. Wydawać by się mogło, że w przebłysku jest jej najmniej, ale scena ze śmiercią różowego kraba, którą pan obserwuje, jest niezwykle intensywna. Czy pan sobie radzi z emocjami wokół śmierci? [15:55.62 → 16:28.51] B: Wydaje mi się, że tak, ale to jest taka cudowna i przerażająca tajemnica i zagadka, na którą przecież nie ma odpowiedzi, bo nikt z nas, którzy tu jesteśmy, którzy chodzą po świecie, nic nie wie o tej śmierci. Nam się to może tylko wydawać, więc to jest takie... Zastanawianie się, gdybanie, uciekanie albo kontemplowanie, ale my nic o śmierci nie wiemy. A przynajmniej nie ma i teraz. Tu teraz nie ma śmierci. Może będzie jutro, może za 40 lat. I myślę sobie, że w różny sposób można podchodzić. Ja przynajmniej podchodziłem przez lata. Przez wiele lat wiedziałem, co jest po śmierci. Wiedziałem w cudzysłowie oczywiście. Nauczyłem się wykładni. [16:28.67 → 16:29.13] A: Powiedziano. [16:29.38 → 19:41.48] B: Powiedziano mi, a ja to uwierzyłem i przyjąłem. I uznałem, że to jest prawda. I później tę prawdę głosiłem innym. Później łapałem się koncepcji buddyjskich, hinduistycznych, katolickich, filozoficznych, związanych z medytacją. I w pewnym momencie zacząłem sobie tak myśleć o śmierci, że no dobrze, jesteś, no to pobędę z tobą chwilę. Coś może chcesz mi powiedzieć. Ty śmierć jako słowo, ale ty też śmierć, która jednak co chwilę jest obecna. Czy właśnie jak ta scena z różowym krabem, która była dla mnie dojmującym doświadczeniem obserwowanie zwierzęcia, które na moich oczach umierają. Myślę, że każdy z nas ma za sobą doświadczenie tracenia kogoś bliskiego. Wsadzanie do ust świeżo zerwanej rośliny jest zabiciem tej rośliny. Można być weganinem, którym byłem też przez lata i uważać, że ratuje się życie, ale jakieś życie się zabija, więc zależy jak na to spojrzeć. Ale gdyby nie śmierć, to przecież nie byłoby życia. I nie chodzi mi tylko o słowa albo bawienie się w jakieś filozoficzne gadki, To jest głębokie doświadczenie. Bardzo dużo czasu spędzam w lesie, mieszkam na wsi, chodzę po tym lesie i tam pory roku są bardzo wyraźnie odczuwalne, zupełnie inaczej niż kiedy mieszkałem w mieście, czyli ten liść, który spadł, którego nie grabię, pod którym może mieszkać miodowy, cytrynowy motyl zimować, później wyfrunąć, kiedyś rósł i obserwowanie liścia, który rośnie, a później opada, schnie i zostaje nawet na kolejną porę roku, to też jest jakąś formą kontemplacji. Myślę, że ze śmiercią też tak można mówić, że to jest fakt, przed którym staniemy. Nie ma innej opcji, wszyscy to zrobili, my też. Jak to zrobimy, nie wiadomo, pewnie to będzie zweryfikowane. Ale jest takie miejsce, z którego kontemplowanie tego, że przeminiemy, przynosi spokój, ukojenie. I oczywiście to kontemplowanie może prowadzić w stronę rozpaczy i smutku, i takiego rozważania, że to straszne, ja nie chcę, ja się boję. Te emocje mogą być naturalne, Mniej niż mgnienie w historii, nie tylko Polski, ale całej planety, to jest prawie nic. A z drugiej strony w tym nic przewija się wszystko, czyli cała boskość, całe istnienie, całe życie, cała energia. Taki mnich tajlandzki powiedział kiedyś takie zdanie, które ze mną wraca cały czas, że on mówił o równowadze, nie pamiętam dokładnie, ale chyba jakoś tak, że żeby znaleźć równowagę, trzeba doświadczyć i zrozumieć skrajności. Mówił, że nie tylko zrozumieć skrajności, ale doświadczyć też tych skrajności. Więc myślę sobie, że skoro mam to ciało, ten pojazd i żyję i mogę doświadczać, to chcę uczciwie podejść do tego momentu, w którym jestem i w którym żyję. A to nie oznacza, że mam żyć w jakiś określony sposób, ale dla mnie obecnie dobrze jest objąć świadomością, że obok są inni i zasługują tak samo jak ja na życie. I ci inni to nie tylko ludzie. I to ci ludzie z prawej i z lewej strony, wszyscy. ale też te dęby i też rośliny, też rzeki, też kamienie, że mam wrażenie, że to są moi bracia i siostry. I nie mówię tylko o pomyśle, ale o autentycznym doświadczeniu spotkania z innym, który nie używa słów, ale żyje. Taki dąb, który rośnie obok mnie, proszę Państwa, tysiąc lat może przeżyć. No to ja, jak dociągnę do setki, a czemu nie chciałbym, to kim ja jestem wobec takiego dębu? [19:44.37 → 20:41.62] A: Co słychać, a właściwie o czym szumią Baobaby, o tym za moment też porozmawiamy. Ale zatrzymać bym się jeszcze chciała przy tej śmierci różowego kraba. Ta scena, jeśli państwo jeszcze lektury przebłysku nie mają za sobą, ta scena wygląda tak, że Robert Rientz widzi tego kraba, ale tak naprawdę długo nie jest pan świadomy tego, że krab umiera na jego oczach. Patrzy pan, ale nie dostrzega tego. przeoczył Pan ten moment śmierci. O tym przeoczeniu chciałabym chwilę z Panem porozmawiać, bo podobna sytuacja dzieje się z powodem Pana podróży, przebłysku. Pan przeoczył pewną relację w swoim życiu, relację ze swoim dzieckiem. Więc to przeoczenie jest jakoś bardzo nam ludziom w takim razie właściwe, prawda? Nie jesteśmy specjalnie uważni non-stop. [20:42.00 → 20:44.68] B: Parę rzeczy nam unika z różnych powodów. [20:44.78 → 20:45.74] A: Proszę o tym opowiedzieć. [20:46.40 → 24:52.47] B: To ciekawe i dobre słowo. Ja mam wrażenie, że im dłużej żyję, tym więcej rzeczy widzę, których przeoczyłem i cały czas jest ich dużo, więc zadaję sobie takie ćwiczenia i one pochodzą też z tych setek godzin medytacji czy od mądrych ludzi, na których trafiłem, którzy mnie uczyli i którzy mówili, że jak myję naczynia, to staram się myć naczynia. Byron Katie pięknie o tym opowiadała. Prawie święty opis taoistyczny wręcz, jak ona opowiada o myciu naczyń, które są doskonałe. I kiedy ja sobie przypominam o tym podczas mycia naczyń, że myję naczynia, to wtedy myję naczynia i nic więcej nie robię. I jest to dobre. Kiedy piszę, to piszę. Kiedy idę, to idę. Kiedy piję wodę, to piję wodę. I odnajdywanie się w tych małych, prostych chwilach zwalnia mnie z czegoś, co robiłem przez lata, czyli z biegania do terapeuty, do kołcza, do innej mądrej głowy, która powie mi coś. Bo w każdym z nas Jest taka furtka, jest dostęp do mądrości, która jest cały czas tutaj obecna, do mądrości naszych przodków, przodkiń, do tego, co jest właśnie w drzewach, w głazach, w kamieniach, w naszej planecie. Przecież ja nie jestem odłączony. To jest ta iluzja, w którą umysł wierzył, to, że mam dwie nogi i chodzę po ziemi inaczej niż drzewo, które stoi w nim, to nie znaczy, że jestem odłączony. Wszystko, co mam na sobie, pochodzi z planety, tej naszej planety. Każdy ciuch, ten mikrofon, do którego mówię, to, na czym tutaj siedzimy, czyli to drewno, to wszystko jest częścią planety, przetworzoną jakąś. Wszystkie atomy, które nas otaczają, to wszystko jest jednym i tym samym. W nas są geny neandertalczyków, z którymi się krzyżowaliśmy. To nie znika gdzieś w przestrzeni kosmicznej. Nie pojawiliśmy się znikąd i nie zmierzamy do nikąd. Jesteśmy tutaj, na naszej mamie, paciamama, jak mówią Indianie w Peru, w lesie amazońskim. Myślę sobie, że ja po prostu staram się, ale często... Zazwyczaj błądzę i zazwyczaj mi się nie uda, ale staram się nie przeoczyć tego, co istotne i ważne. I ta podróż nie ma końca. Kiedyś wydawało mi się, że dojdę do końca, że dojdę do takiego miejsca, że sobie pomyślę, już, teraz, spokój, teraz jestem. Ale przecież to ciało jest tak skonstruowane i wyposażone jest w umysł, który potrafi zwieść na manowce i być świetnym również doradcą. I zaangażować mnie w jakiś konflikt, może niepotrzebny, albo podpowiedzieć drogę właśnie ku spokojowi. Więc myślę, że z tym przeoczeniem czasami tak jest. Mogę opowiedzieć o tym dziadku również, bo ja miałem takiego dziadka, z którym łączyła mnie najtrudniejsza relacja w moim życiu. Mój dziadek i ja nie byliśmy zbyt blisko, chociaż żyliśmy obok siebie przez wiele, wiele lat. Czasami było bardzo blisko, jak chodziliśmy zbierać siano, a czasami bardzo daleko. On był dosyć porywczym mężczyzną, który głosił prawdę innym, a czasami przemoc swoim. Nie podobało mi się, jak traktuję moją mamę. Trochę się wstydzę tego, ale to tak było, że dotknąłem wręcz takiego uczucia nienawiści do mojego dziadka, bo długo było źle. Przeskakując trochę tę historię, wydarzył się taki moment podczas jego umierania. Dziadek chorował na Alzheimera. i stracił całą pamięć, leżał w łóżku i cierpiał. I był taki moment, w którym udało nam się zobaczyć na chwilę. I ja miałem takie poczucie, że patrzę i doświadczam lęku, i że on się bał. I z wszystkich sił, czy z wszystkich umiejętności, chciałem go starać się uspokoić i powiedzieć mu, czy cokolwiek zrobić, żeby powiedzieć mu, że w tym, co go otacza, co jest nieznane i może ciemne i trudne, o czym nie mam pojęcia, ale że też jest gdzieś spokój. Nie wiem, czy mi się udało, czy nie, ale zostałem z tą refleksją, jak dziadek już umarł, że oto kolejna relacja, którą w życiu przeoczyłem. I umysł oczywiście podrzucił mi wiele pomysłów na to, jak usprawiedliwić siebie. On był takim człowiekiem, a takim, a przecież ja byłem dzieckiem, nie wiedziałem, nie umiałem, nie wychowano mnie tak i tak dalej. Ale sobie pomyślałem, że trochę się dowiem o tym, kim był, a jego już nie było. Więc ruszyłem jego śladami w rocznicę zesłania, bo dziadek został zesłany na Syberię, spędził tam 6 lat i dokładnie w rocznicę z 9 na 10 lutego Ruszyłem jego śladami koleją transsyberyjską do Krasnojarska, szukałem duchów dziadka. [24:56.99 → 25:28.13] A: Same słowa, które są znakomite, które są pretekstem do kolejnych moich pytań i ten umysł, i te duchy, które też pojawiają się we wszystkich pana książkach, ale proponuję, żebyśmy tutaj, no i w podróż już bym z panem ruszyła dalej tą koleją transsyberyjską, ale proponuję, żebyśmy zrobili mały przystanek. Poproszę Tomka Bielawca, aktora Teatru Osterwy, o fragment z Duchów Jeremiego, czyli z powieści. Roberta Arienta. [25:30.95 → 30:18.19] C: Dzień niedawno się zaczął. Wszedłem za dziadkiem z jakimś patykiem w ręku, który znalazłem na ziemi. Rozglądałem się za duchami, ale nigdzie ich nie było. Znałem tę drogę tego mężczyzny, który szedł przede mną i splunął właśnie pod nogi. Znałem to miejsce. Co by to było, gdybym Widział je właśnie po raz ostatni. Czy musiałbym się żegnać w każdej chwili, czy nie musiałbym może robić nic? Jeremi, krzyknął dziadek, bo zostałem daleko za nim. Przyśpieszyłem. Trisza, Tasza i Tusza tylko na chwilę podniosły głowę, potem zaczęły rzuć to swoje siano. I był w tym wielki spokój. Patrzeć na nie, na dziadka. W środku wiedziałem, że ja nic nie muszę. Dziadek w końcu zapomni, a Pani Maria widziała tak dużo śmierci, że nie będzie zdziwiona. A Estera może coś w końcu zrozumie i będzie jej przykro, ale za bardzo mnie to nie obchodziło. Tylko Augusta szkoda. Myśli mnie widziały, jak umieram. Coś w życiu musiało być pewnego, do czego mógłbym przylgnąć jakiś plan. Odprowadziliśmy krowy na pole i wracaliśmy obok siebie. – Co tam? – zagadał niespodziewanie dziadek, co nie było do niego podobne. – Dobrze, niedobrze – odpowiedział. Ramiona uniosłem, bo nie wiedziałem, co mu powiedzieć. Iszliśmy dalej, tylko że szło mi się coraz trudniej, jakby ciężej z tym jego milczeniem, które było jak pytanie. Nie robił tego specjalnie, wiem to na pewno, ale czułem coraz większą potrzebę, żeby mu wszystko wyjaśnić. Tylko, że my nigdy nie rozmawialiśmy. Nie wiedziałem, jak się mówi z mężczyzną o takich rzeczach. On zresztą też nie wiedział. W tym milczeniu między nami, w tym trzymaniu się obok siebie, pomimo tego, że zazwyczaj mieliśmy różne tempo, w tym, że szedłem poboczem, a on środkiem drogi, chociaż zawsze szedł drugim poboczem, Było w tym wszystkim coś o miłości. Czułem to. On też musiał to czuć. Wiedziałem, że wystarczyłoby, żebyśmy na siebie popatrzyli. Nie w przelocie, tak jak się sprawdza, kto wszedł do pokoju, ale dłużej, jakieś trzy sekundy prosto w oczy. Wtedy się wie wszystko. A nawet jeśli nie wszystko, to jest w tym patrzeniu tyle pytań. że nie można nic nie mówić i nie zwariować. Nawet w głowie widziałem, jak staje przede mną. Trzyma mnie za ramiona, patrzy w oczy i po chwili już wszystko wie. A co jeszcze lepsze, znajduje rozwiązanie. A ja mogę iść spać, wiedząc, że ktoś wie lepiej. Popatrz mi w oczy. No, dalej. Mówiłem do niego w głowie, tak jak się mówi do duchów. Jeśli popatrzysz, zanim dojdziemy do domu, zanim wejdziemy do kuchni robić śniadanie, to wszystko będzie dobrze. Wołałem go w głowie, żeby zobaczył, jak mi szybko śmierć po niej skacze. Ale nic takiego się nie stało, bo my z dziadkiem patrzyliśmy raczej na siebie tak, żeby zobaczyć, co ten drugi robi, a nie jak mu jest. Gdy weszliśmy do kuchni, to już mogliśmy odsunąć od siebie, wyciągnąć chleb z chlebaka, ser z lodówki, talerze i dwa noże, wstawić wodę na kawę i herbatę, nalać mleka, cukru, dosypać, bo się skończył. I czy będę jadł z dżemem, zapytał dziadek, bo on będzie. No to ja też. I zapytałem go jeszcze, czy mu posmarować chleb masłem. Ale pokręcił tylko głową, chociaż wiedziałem dobrze, że mogłem po prostu mu posmarować. To wtedy on musiałby dla mnie coś zrobić. A herbata i wszystko inne już stały na stole, nic nie było do zrobienia, więc dlatego zapytałem, żeby wiedział, że mogę, że jeśli chce, to mogę posmarować mu ten chleb. Chociaż nigdy wcześniej nie smarowałem. A może to lepiej, że idąc drogą nie popatrzyliśmy na siebie, tak samo jak teraz przy stole. Może lepiej, że było śniadanie do zrobienia. I spokojnie się zrobiło. Spokojnie i smutno jak nigdy. [30:20.09 → 30:32.37] A: Dziękuję ci bardzo Tomku. Fragment duchów Jeremiego, Roberta Arienta. Oni bardzo chcieli się porozumieć, ale oni zupełnie nie mieli narzędzi. [30:33.13 → 33:21.71] B: Tak, także smutny fragment. Ale ja chcę też powiedzieć o tym, że piszę teraz książkę dużo radośniejszą. Ale już przechodząc tego fragmentu, myślę sobie, że to jest takie uniwersalne doświadczenie, przynajmniej z wszystkich rozmów, które odbyłem z bliskimi i z dalszymi ludźmi, że są w naszych życiach takie doświadczenia i takie relacje, w których bardzo pragniemy i chcemy czasami po prostu coś wyjaśnić, czasami być zrozumianymi, czasami być zobaczonymi. czasami pokochanymi. I to się nie udaje. I podejmujemy wszystkie wysiłki, na które nas stać w danym momencie. Czasami rozpaczliwie, a czasami nie. Czasami udają, czasami grają, czasami przybierając maskę, ale to wszystko jest przejawem życia i po prostu czasami się nie udaje. I ostatnio sobie myślę, że to jest coś, co łączy nas wszystkich. To pragnienie jedności, jakkolwiek tę jedność zdefiniować. I przy okazji też sądzę, że jest jeśli już dojdziemy wszyscy razem w to miejsce, że to jest ratunek też dla naszej planety, dla czasów, w których żyjemy, doświadczenie tej jedności. Więc ta scena... Ja też byłem wychowany jak większość mężczyzn w naszym kraju. Teraz zdaje się, ostatnio sprawdzałem wskaźnik samobójstw, że na pięć czy na sześć nawet, pięć popełniają mężczyźni. Rośnie nam w Polsce również wskaźnik samobójstw wśród nastolatków i wśród osób starszych. Są najbardziej zagrożone grupy. I sobie myślę o tym czasami, pisząc, zastanawiając się, co dzieje się w głowie takiej osoby. Wiem, co działo się w mojej, kiedy dochodziłem do tej czarnej ściany. I pomyślałem sobie, że chcę opisać taką sytuację i taką scenę, w której mężczyźni uzbrojeni w te wszystkie fasady, w tą konieczność udowadniania, przekonywania, walczenia, prężenia piersi i pokazywania, jacy to jesteśmy najlepsi na świecie, a tak naprawdę w duchu gdzieś tam są łzy i łkanie i niemożność porozmawiania z drugim mężczyzną o tak zwyczajnie bratersko, bo trzeba się albo urżnąć wódką, albo nie wiem, pójść na wyścigi, ale usiąść, popatrzeć na siebie w oczy i wylać to, co jest, albo po prostu powiedzieć. Mężczyznom jest trochę trudniej. Społeczeństwo czy wychowanie mówią nam, że niekoniecznie to jest coś dla nas, więc interesowało mnie również w powieści pokazanie relacji dwóch mężczyzn, którzy nie są mężczyznami. To jest chłopiec, czyli jeszcze nie jest mężczyzną, a dziadek przez społeczeństwo już za mężczyznę nie jest uznawany, jest starcem, jest staruszkiem, więc w naszym społeczeństwie często nie jest szanowany, tak jak w wielu rdzennych kulturach, w których byłem, to są ludzie, którzy rządzą wioską, albo do nich się idzie poradę, albo przynajmniej okazuje się im szacunek. Więc to niespotkanie nie tylko między mężczyzną a mężczyzną, myślę, że to jest coś, czego dotykamy, stając po którejkolwiek stronie obecnie debaty politycznej, czy często również w rodzinach. A mnie interesuje sposób na połączenie, na jedność. [33:22.27 → 33:40.45] A: Pan nawet w tym fragmencie tę metodę daje. W tej książce zresztą jest kilka takich fragmentów, które bardzo wyraźnie mówią też o tym, o czym pan w tej chwili mówi. Jeremi wciąż się upomina o to spojrzenie dziadka. Jeśli na mnie spojrzy. Nie umieliśmy na siebie patrzeć. Jeremi w pewnym momencie, jeśli państwo będą [33:40.45 → 33:42.98] B: po lekturze, Może nie zdradzajmy końca. [33:43.18 → 34:11.06] A: Końca nie, w żadnym razie. Jeremi chciał zabić dziadka po prostu. Był do niego dość negatywnie nastawiony. Natomiast im dłużej mu się przyglądam, tym mniej chce go zabić. Mniej więcej takie zdanie pada. Właśnie, jeśli zaczniemy się sobie przyglądać. Może to jest jakiś początek nowej drogi. Kiedy pan ruszył w tę drogę, przyjrzał się pan dziadkowi, sobie. Co to było za oglądanie? [34:11.54 → 36:18.30] B: Ja mam wrażenie, że to było bardzo dawno temu, chociaż to było nie tak dawno temu, to było dwa czy trzy lata. Ta podróż dookoła świata, to duże słowa, się zaczęła. Faktycznie dziadek był pretekstem i to niespotkanie dało mi trochę odwagi, żeby ruszyć tam, gdzie nie byłem, tam gdzie niekoniecznie jest przyjemnie, czyli bardzo zimno, to był luty. Luty na Syberii to jeszcze bardziej zimno, więc wysokie buty i trzy pary skarpet i plastry i szukanie nie wiadomo czego w sumie. I pisanie również, żeby przeżyć i pracować, więc zatrzymywanie się czasami na dłużej. Nie mogę opowiedzieć czegoś, co chciałem opowiedzieć, że nastąpi jakieś takie wielkie, wydumane katarzyzm, bo tak nie było, a wolę uczciwość, więc mam wrażenie, że nie spotkałem tego, czego chciałem, bo co planowałem w głowie, że to będzie jakieś pojednanie, spotkanie. Raczej dotknąłem po prostu pustki. Nie ma możliwości nawiązania relacji przynajmniej takiej, ale można spróbować przyjrzeć się sobie, temu mechanizmowi, który włącza taki spust, w którym odwracam się od drugiej osoby albo w którym decyduję się nie widzieć. albo wciąż jadę na tych swoich mechanizmach, które każą mi udowadniać, walczyć albo przekonywać, zamiast na chwilę odsunąć się i popatrzeć, że masz dwie nogi, patrzysz, zależy ci, starasz się, prawdopodobnie masz dobrą intencję. Może po prostu wierzysz w coś innego albo wyrosłeś w czymś innym i inny system cię ukształtował, inni nauczyciele cię prowadzili, ale gdzieś tam w środku jest dokładnie to co tutaj, to samo co we mnie. Więc to była taka droga do pojednania. To była też droga w samotności. Te kilka miesięcy spędziłem głównie sam ze sobą, zatrzymując się w takich... Po Syberii już nigdzie nie było tak zimno. I to też było świadomie, że stwierdziłem, że z Krasnoyarska można w ciągu sześciu godzin podnieść sobie temperaturę o 60 stopni, bo tam minus 30, a w Bangkoku jest plus 30. Sześć godzin w dół i poleciałem do tego Bangkoku. I wtedy też chyba podjąłem decyzję, że będę poruszał się tylko w prawo, aż dolecę, dojadę do płyny, do punktu wyjścia, czyli do Szklarskiej Poręby. [36:19.99 → 36:29.70] A: Spróbujmy pokazać Państwu trochę zdjęć, które są też związane z tą podróżą. Czy tam są też zdjęcia z Afryki? [36:30.25 → 36:32.61] B: Z Afryki tam nie ma, bo Afryka była dopiero w styczniu teraz. [36:32.63 → 36:36.27] A: Tak, dobrze. W związku z tym do Afryki pojedziemy później, bo Afryki nie było na trasie. [36:36.29 → 36:37.55] B: Kauri, to muszę Państwu powiedzieć. [36:37.57 → 36:38.27] A: Zatrzymajmy się. [36:38.63 → 37:42.23] B: To jest drzewo, które ma 2000 lat. To jest drzewo w Nowej Zelandii. Nazywa się Kauri. Tych drzew już prawie nie ma. One są w parku, w którym są chronione. I żeby wejść w ogóle do tego parku, to trzeba przejść przez taką barierkę metalową. Jest wycieraczka z płynem. Trzeba wytrzeć nogi. żeby nie wnieść też nasion. W ogóle w Nowej Zelandii, byłem pod wrażeniem ogromnym, jedna trzecia Nowej Zelandii to parki narodowe. Wilson, który napisał świetną książkę, którą warto przeczytać. Jak państwo nie przeczytajcie żadnej mojej, to przeczytajcie Wilsona. Pół ziemi. On napisał taką książkę i on pisze tam, że żeby planeta przeżyła, to trzeba pół obszarów ziemi oddać naturze. Żyjemy w takich czasach, szóste wymieranie trwa. Uzasadnia tam, że jest to możliwe. W Nowej Zelandii jedną trzecią już oddali. Jedna trzecia to parki narodowe. W tym takie drzewa kauri, z nich robiono statki często, ponieważ długie, proste pnie, mała korona, ogromne obwody mają, nie pamiętam dokładnie, około 18 metrów może mieć obwód, więc niektórzy stoją i płaczą pod tym drzewem, bo to jest jak stanie przed Bogiem, boginią czy po prostu czymś ogromnym. [37:42.45 → 37:53.53] A: Kraj, w którym odgradza się drzewo, które jest ważnym drzewem, żeby nie donieść do niego żadnych zarazków. Takie patrzenie na drzewo ma na pewno też swoje konsekwencje na inne obszary życia, prawda? [37:53.76 → 38:39.56] B: Tak. I też to drzewo jest ogrodzone jeszcze płotem, że nie można podać też za blisko, ze względu na delikatne korzenie. To jest kraj, który wciąż rząduje jako w rankingu najmniej skorumpowanych, jako jeden z pierwszych przyznał prawa wyborcze kobietom. Pary homoseksualne mogą tam zawierać związki małżeńskie. Więc jest inny sposób myślenia o tzw. innym. Ale też np. rzeka Wanganui została osobowość prawną, czyli rzeka została uznana za osobę, można jej praw bronić przed sądem. Wtedy jeden z maorystów i jeden z przedstawicieli białych ludzi może występować i bronić. U nas gazety pisały o tym, pamiętam, jako ciekawostce, anegdocie, że to takie dziwne, dla wielu bardzo śmieszne i dużo komentarzy, rzeka osobą, jak to możliwe, no ale korporacja w Polsce ma osobowość. [38:39.66 → 38:40.36] A: A zwierzę nie. [38:40.60 → 39:00.31] B: A zwierzę nie, a korporacja ma osobowość. Korporacja ma, a rzeka, która żyje, która daje wodę, nie ma osobowości. Więc żyjemy faktycznie w takim odwróconym porządku. W Nowej Zelandii było pewnie trochę łatwiej czasami, ponieważ tam natura bywa traktowana z taką ujmującą, no nie wiem, z nas przysługującą jej łagodnością i szacunkiem. [39:00.89 → 39:16.03] A: Tak pomyślałam sobie przy okazji, jeszcze stojąc przez chwilę przy tym drzewie, że może rzeczywiście dobrze by było zrobić tak jak pan zrobił, czyli zanim kraj podejmie jakieś decyzje, To może samemu, bo Pan pół swojego ogrodu oddał naturze. [39:16.17 → 40:17.81] B: Oddałem, oddałem, bo to Wilson mnie zainspirował. Ja faktycznie mieszkam na takiej wsi, ale naprawdę, że mnie jest żaden przykład, Wilson o tym mądrzej pisze, no i stwierdziłem, że mam tam niewiele, bo około 10 arów, no i połowę tej ziemi oddałem w zeszłym roku głównie owadom. Więc po prostu nie wchodzę tam, to jest teren taki dla dzikich roślin, tam sobie rosną, przylatują motyle, naprawdę różne owady. A poza tym jeże mam też, z lasu przychodzą też inne stworzenia, ale też dodaję, widzę, że z każdym momentem trochę dodaję tej ziemi, czyli tu na przykład nie wykorzę, tu zostawię, więc tak zarastam. Niekoniecznie podoba się to sąsiadom wszystkim przynajmniej, bo w naszych kategoriach, gdzie żyjemy w takim kulcie równego trawnika, niekoniecznie wszystkim się podoba. Muszę o tym powiedzieć, bo żyjemy w dramatycznym momencie i państwo pewnie o tym wiecie, To szóste wymieranie, ostatni raport ONZ mówi, że to jest po prostu fakt, że zostało nam niewiele czasu, jeśli nie pójdziemy dalej. Więc wydaje mi się, że myśl Wilsona jest godna rozpatrzenia. [40:18.35 → 40:32.13] A: Ja bym prosiła jeszcze o wstrzymanie się z tymi zdjęciami, dlatego że one sobie idą za nami, my na nie nie patrzymy, a może można by było coś skomentować. Także prosiłabym jeszcze sekundę o cofnięcie, bo zatrzymaliśmy się przy tym... Bo to poważna sprawa. [40:32.13 → 40:36.17] B: O każdym mogę mówić, a to może być nudne, bo oglądanie zdjęć z podróży nie chciałem Państwa zanudzić. [40:36.19 → 40:37.67] A: Bo to poważna sprawa, ty pół ogrodu, proszę Państwa. [40:37.85 → 40:46.03] B: To już jest kauli, cały czas kauli. Jesteśmy w tym samym miejscu. To jest najgrubsze z kolei kauli. Tamto było najstarsze, to jest najgrubsze. Nazywane też Ojcem Lasu. [40:46.52 → 40:51.80] A: No bo zanim przyjdą takie rozwiązania systemowe, że jeszcze się przy tym uparcie zatrzymam, to może rzeczywiście od tych drobnych. [40:52.06 → 41:56.36] B: Warto. Chociaż to też jest myślę pułapka, bo ja cały czas pisałem o tym i uważam, że trzeba zacząć od siebie. Idąc do lasu, do sklepu mogę iść ze szmacianą torbą i nie brać tych plastików. To jest rzecz, którą mogę zrobić. jeśli mam ją w świadomości i zawsze mogę to robić, ale bez odgórnego działania te nasze działania za wiele nie przyniosą efektu. Jestem pod wielkim wrażeniem Extinction Rebellion, ruchu, który rozpoczął się w Londynie, który w każdym kraju teraz ma swoje oddziały i tego, co robią ci ludzie. w wieku od 5 do 100 lat pewnie, a przynajmniej w Londynie był pan, który miał ponad 80 lat i po raz pierwszy był aresztowany, ponieważ siedział na tramwaju i jadł kanapkę, zdaje się. Ponieważ ci ludzie mówią, to są tysiące ludzi, mówią dość, mamy dość, takie są fakty, a wy nas zatruwacie. W wyniku ocieplenia umiera tyle i tyle osób każdego roku, w wyniku smogu umiera tyle i tyle osób w naszym kraju, a wy przed nami to ukrywacie. I to robią rządy nie tylko nasze, ale na całym świecie. I ci ludzie, ten ruch jest świeży, bo to jest kilku miesięcy, powiedzieli dość. My chcemy żyć na tej planecie. Ona nie należy do nikogo. Ona należy do nas wszystkich. To jest jedno i to samo zdanie. Więc wydaje mi się, że tak, że czas po prostu powiedzieć nie. [41:57.44 → 42:04.48] A: Podróżujmy dalej. Wychodzimy powoli z tego parku w Nowej Zelandii. [42:05.84 → 42:45.50] B: To Lima, najmniej atrakcyjne miejsce w mojej podróży. Możemy pąknąć dalej. Duża, zatłoczona. To jest Machu Picchu, czyli szczyt Inków, starożytne miasto. Lamy, które tam były. Tu możemy myślę lecieć, bo państwo pewnie znacie te zdjęcia. Lamy były fantastyczne, lamy i alpaki przechadzają się wszędzie. To jest szczyt Zaśnieżonych Andów, to było około 7 rano, żeby tam się dostać trzeba Spędzić albo przynajmniej całą noc w podróże, albo bardzo blisko tej miejscowości, do której wjeżdża autobus, czy nogami można się wesprzeć. Ale to po prostu piękny handel. [42:47.44 → 42:48.32] A: Prosimy dalej. [42:49.64 → 43:12.63] B: To wciąż Makczupikczu, czyli starożytne miasto Inków. trafem, jak niektórzy mówią, też zniknęli, kiedy pojawili się konkwistadorzy. W ogóle ta podróż przez cały świat była też podróżą po ludziach, których już nie ma, czyli tutaj Indianie, tutaj Inkowie, tu Maorysi, tu Aborygenii. [43:13.39 → 43:18.87] A: Ale to w takim razie była też podróż po relacjach między ludźmi, bo przecież oni sami nie zniknęli, prawda? [43:18.87 → 43:25.21] B: No właśnie, a większość statków z tymi, którzy kolonizowali, wypłynęła jednak z Europy, od nas zdecydowana większość. [43:25.82 → 43:28.86] A: To zdjęcie, wycofnijmy się przez chwilę do niego. [43:29.48 → 45:13.07] B: To dla mnie ważny był moment. To jest kusko. I to jest świątynia. Świątynia Słońca, która została zmieniona w kościół. No i to jest tak, że jakby biały człowiek trochę, może to nie trochę, ale po prostu bardzo rozpanoszył się, myślę, również tam. Ale to był dla mnie taki moment kontemplacyjny, Patrzyłem na tego człowieka, pozwoliłem sobie zrobić zdjęcie, nie obnażając jego twarzy, ale myślałem sobie o Jezusie, o Chrystusie, o Jezusie Chrystusie, którego uważam za mistrza, za istotę potężną, która uczyła cały czas tylko i wyłącznie o miłości. Można na różny sposób próbować zniekształcać jego słowa, ale ten przekaz jest bardzo wyraźny i bardzo prosty. Czyli co chcesz, żeby inni czynili, czyń ty i kochaj bliźniego. Taki nastaw drugi policzek. Więc radykalna miłość, to jest nauka radykalnej miłości. I sobie czasami po prostu myślę, czy my w tych naszych czasach w Polsce byśmy przeoczyli Chrystusa, gdyby przyszedł, czy byśmy go naprawdę dostrzegli, czy jednak byśmy go przeoczyli. A być może również ponownie ukrzyżowali, bo byłby zbyt dziwny, zbyt inny, bo prowadzałby się z prostytutką, bo dziwnie by wyglądał, miałby długie włosy, pewnie nie miałbym domu, bo by chodził boso w sandała. Jak traktujemy ludzi takich? To są często ci właśnie dziwacy, tak zwani friki, na których patrzymy, myślimy sobie, nie ma etatu, jak on się zachowuje, ten człowiek broni gdzieś, przywiązuje się do drzewa. Czasami spotkanie z tym człowiekiem okazuje się, że ten ktoś kocha tak samo to drzewo, jak swoją mamę. Jego mama kocha go też i to nie staje w opozycji. To nie jest zaprzeczenie miłości mamy do dziecka, tylko rozlanie i rozszerzenie tej miłości na wszystkie istoty. Więc jak sobie stałem i patrzyłem sobie na tą świątynię, która już nie ma, która została zrabowana od człowieka, który siedzi pod krzyżem i myślałem sobie o Jezusie. [45:14.11 → 45:20.27] A: I znowu pojawiło się to słowo, które powracało już do nas, przeoczenie ważne dla naszej dzisiejszej rozmowy. [45:21.80 → 45:40.32] B: To jest Kusko wciąż, ale z góry. To jest ponad 3400 metrów, jeśli dobrze pamiętam. Tu pierwszy raz dostałem choroby wysokościowe i w ogóle nieprzygotowane, że tak, bo wzniosłem się w ciągu godziny blisko, oni tam żują liście kokii, więc taki widok na Kusko ukryte w szczytach Ant, pomiędzy Antami. [45:40.70 → 45:41.56] A: Pędrujmy dalej. [45:41.78 → 45:43.48] B: Jesteśmy w Peru, tych zdjęć jest ponad 100. [45:43.86 → 45:46.86] A: Także możemy nabrać tempa, w razie czego powiemy stop. [45:47.48 → 47:54.81] B: Tak, to wciąż okolice Kusko. Stare głazy, oni też, ja będę mówił, a mogą te zdjęcia lecieć, głazy, oni byli mistrzami do tej pory, nie wiemy, jest wiele koncepcji, opisuję niektóre w książce, w jaki sposób potrafili ważące głazy, na przykład 18 ton, ustawiać jedne na drugich. I są takie miejsca również w Peru, w Cusco, gdzie nie można wcisnąć igły, nie było tam żadnej zaprawy, czyli ich poziom pracy z kamieniem był... Jak ja jestem na zdjęciu, to w ogóle szybko przeskakujmy. A to już jest podróż do Puerto Maldonado łodzią, taką drewnianą. Puerto Maldonado to jest chatka szamana Moloka, w której brałem udział pierwszy raz w ceremonii ayahuasca, szamańskiej ceremonii z użyciem rośliny, która nazywa się ayahuasca. Ayahuasca w języku Quechua to jest pnącze duchów albo liana duszy. Tu się gotuje ayahuasca, to jest przygotowanie ayahuasca. Ona jest nielegalna w Polsce, używane to jest ayahuasca. Uznawane jest jako lekarstwo i medycyna. Oni mówią medicine w ogóle w Ameryce Południowej. Morówki dlatego, że wspaniałe. To domek, w którym spałem tam akurat, w tym lesie amazońskim. Ceremonia łezki to jest, może krótko o niej opowiem, bo dla mnie to było bardzo istotne i ważne spotkanie. Trwa to około 5-6 godzin, odbywa się w nocy, bez użycia słów. Każdy ma dla siebie kawałek podłogi, wiadro na wymioty, kubek z wodą i papier, jeśli byłby potrzebny. Ceremonia to jest zazwyczaj przejście przez ekstremalny lęk i często też ból fizyczny związany z torsjami. Wiele osób wymiotuje, przez jakiś czas przynajmniej. Ja przez 10 lat też pracowałem w pracowni psychologicznej prowadząc grupy, ale sam też poddałem się różnym terapiom i mam wrażenie, że te 5 godzin spotkania z szamanem to 2 lata intensywnej terapii grupowej. Wszyscy łącznie z szamanem wypijają taki mały kubek czarnej, brunatnej, smakującej paloną oponą z fermentowanymi powidłami śliwkowymi, wywarem z tych pnączy. No i później, a to jest Wyspa Wielkanocna, a później odbywa się [47:57.05 → 47:57.73] A: To trochę [47:57.73 → 48:52.15] B: tak, jak państwo siedzicie, tylko że ktoś by wyświetlał tutaj sceny z życia. Tak jest w ceremonii ajłaski, sceny z życia własnego. Tak wygląda trochę ta ceremonia, czyli jest możliwość przeglądu, przejścia przez to, co w życiu ważne. To skały wulkaniczne na Wyspie Wielkanocnej i słynne maoi, czyli posągi. Też próbujemy stawiać hipotezy, dlaczego kto i w imię jakiego kultu je stawiał i dlaczego przestał. Wyspa Wielkanocna na który rzut Wiele gatunków ptaków zostało, cztery też niesamowicie splądrowane i zniszczone. I właśnie tak wygląda większość Wyspy Wielkanocnej, czyli kości puste, miejsca suche. To cmentarz na Wyspie Wielkanocnej, uważam, że piękne miejsce, żeby poleżeć z widokiem na wiatr i morze. To też jeden z najstarszych, zdaje się mało. I tu znowu wracamy do Peru. Nie, może nie będę tak mówił chaotycznie o wszystkich zdjęciach. Niech sobie może one lecą po prostu. [48:52.31 → 48:53.65] A: Szklanka z pociągu. [48:53.69 → 49:01.79] B: Z kolei transsyberyjskiej, tak. Z tymi, które parzyły w palce, ale sentyment został. [49:02.39 → 49:05.71] A: To jest znakomite zdjęcie z początku pana wyprawy, prawda? [49:06.05 → 49:34.26] B: Tak, to jest Krasnoyarsk. To jest rzeka, proszę państwa. Nie mam pojęcia, kto to jest, bo jeszcze wtedy trochę byłem wystraszony na początku tej podróży, ale to jest mój pierwszy dzień w Krasnoyarsku i ja wyszedłem, biegłem w stronę Jenisei, starej, grubej, pięknej, cudownej rzeki i zobaczyłem tę zjawę. jakąś postać, kobietę lub mężczyznę, który rozkładał ręce i po prostu zrobiłem zdjęcie. W książce jest więcej o tym, więc może nie będę tak opowiadał. [49:34.94 → 49:47.84] A: Ta rzeka zresztą, pan też powiedział, zwrócili państwo uwagę, piękna rzeka, piękny Jenisei, pana dziadek, nieskłonny do zachwytów, też zdaje się ożywiał się, kiedy mówił o Jeniseju, tak? [49:47.94 → 50:27.51] B: Tak, ponieważ on nie podróżował tak komfortowo jak ja, on podróżował w wagonie bydlęcym, ściągali śnieg z dachu, ktoś umarł w tym wagonie, dziura w podłodze służyła za ustęp i kiedy dotarli do Krasnoyarska, to wsadzili ich na barkę i płynął rzeką Jenisej, więc jego pierwsze i może jedyne dobre wspomnienie zesłania na Syberię, związane było z rzeką Jenisej. Więc ja się uczepiłem tego wspomnienia i uczepiłem się rzeki Jenisei, nad którym codziennie lądowałem. Mi faktycznie wygląda jak monstrualne zwierze szerokie, grube, wijące się, rozcinające miasto. Więc rzeka Yenisei to jest rzeka Yenisei. Rzeki Yenisei jest dużo, bo mnie zachwycała. Pianino już nie... Państwo w takim razie [50:27.51 → 50:56.17] A: będą oglądać rzekę Yenisei. A ja chciałam pana zapytać o jeszcze jedno słowo, które teraz pojawiło się ze szczególną intensywnością, bo zdaje się trzykrotnie je pan wymienił. Chciałabym pana zapytać o lęk, o strach. Radzi sobie pan z nim? Często się pojawia. Inaczej się pojawia teraz niż kiedyś. Skąd się bierze to ten umysł, z którym mamy na bakier, bo to on prowokuje nas do... [50:56.30 → 54:38.29] B: Jak mamy 7 godzin, to odpowiem na wszystkie pytania. To akurat ważny i ciekawy temat. Dla mnie ta podróż trochę była po to, żeby strząsnąć z siebie i pozbyć się lęku. Sam udział w tej ceremonii ayahuasckiej był związany z... Ja się bardzo bałem, bo co to jest? Nasłuchałem się o demonach, o pomysłach, o szarlatanach, więc jakby wejście i wkroczenie na drogę praktyk szamańskich budziło jakiś lęk. Ale tam było wiele takich momentów, w których lęk odpadał. Lęk przed samotnością, który w ogóle gdzieś zniknął, kiedyś był obecny. Ja też miałem taki cel postawiony w życiu, że będę sobie żył bez lęku, ale to było i buńczuczne, i trochę zarozumiałe, i w ogóle niepotrzebne założenie, ale kilka miesięcy spędziłem pozbawiony tego lęku, który później zdzielił mnie w twarz, pokazując, że ja tu jestem i czasami wracam. I myślę, że czasami doświadczam strachu, tak jak każdy z nas, ale to jest różnica, bo strach pojawia się i znika. Strach pojawia się, on jest w czasie bardzo krótko zatrzymany. Lęk potrafi być rozłożony i ciągnąć się. Są ludzie, którzy czują lęk przez 20 lat życia, a niektórzy się boją i przestają się bać. Więc ten lęk rzeczywiście pojawia się zdecydowanie inaczej, bo od wielu lat próbuje na sobie szereg różnych technik i poprzez spotkania z różnymi lekarzami, szamanami, nauczycielami czy mistrzami, mistrzyniami, Staram się cały czas wiercić w życie, jeśli można tak powiedzieć, a wydaje mi się, że to są najbliższe mi drzwi. I w różny sposób te drzwi traktowałem, nie lubiąc, myśląc, że mogą być to inne, bardziej umięśnione, wyższe, owłosione na głowie, a nie łyse. Więc jakby było dużo zastrzenia, a w pewnym sensie to też odpuściłem, że to jest takie, jakie jest. Kocham to, ale to nie znaczy, że to jest doskonałe czy lepsze od kogokolwiek, bo nie jest. No i więc przez te drzwi staram się przechodzić już teraz zupełnie inaczej niż wcześniej. Czyli też z szacunkiem do lęku. Jeśli on się pojawia, jeśli przychodzi, no to staram się zobaczyć, kim jesteś, kto tu przychodzi do mnie i po co do mnie przychodzisz i kim jesteś tak naprawdę. Czy to jest lęk, który dotyczy mnie? Czy to jest lęk, którego mnie ktoś nauczył? Czy to jest lęk z długiej linii tych, którzy byli przede mną? Bo w mojej rodzinie jest na przykład taki konkretny przekaz, że mężczyźni nie powinni, albo że powinienem coś. Chwila spokoju i zatrzymanie się pomaga, a najlepiej zrobić to uważam w naturze, czyli w takim miejscu, w którym nikt do mnie nie mówi przez jakiś czas. Żaden człowiek to znaczy. Niech mówi do mnie drzewo, niech mówi rzeka, niech mówi kamień swoim językiem. Wtedy łatwiej usłyszeć, co jest za tymi drzwiami. Więc ten lęk pojawia się czasami, owszem, ale nie w taki sposób, żeby destabilizował życie, pracę, którą lubię, ale ja też żyję bardzo spokojnie, bardzo wiejsko. piekę chleb, chodzę do lasu, piszę, przez wiele dni czasami nikogo nie widzę. To dla mnie też jest wydarzenie, chcę powiedzieć, może dla Państwa nie jest, może dla mnie po prostu jest, ale zazwyczaj w dresie i wytartych koszulkach siedzę przed komputerem i piszę, a później idę w tym samym stroju do lasu, czy podlewam krzewy, czy wsadzam ostatnio dzikie lóże, więc to bardzo proste, bardzo proste życie. Ta podróż też była po coś, już teraz bym jej takiej nie odbył, ale to tak, z książką Świadek, tą osobistą o przeżyciach religijnych. Teraz bym jej nie napisał. Więc mam wrażenie, że wielu z nas dotyczy. Jak coś zrobimy, to później dochodzimy do tego, że może nie trzeba było tego robić, a można było inaczej. A może właśnie jestem teraz w tym miejscu, bo zrobiłem to, bo popełniłem te błędy. Może to wcale nie były błędy. Więc tym lękiem jest tak, że jest, tak jak każda inna emocja, ale w porównaniu z przeszłością to prawie go nie ma. Kiedyś był naprawdę obecny, a teraz jest jak taka chmura. Ktoś gdzieś tam czasami pojawi na niebie i przepływa. [54:40.39 → 54:45.65] A: W tym swoim lesie też słucha pan, co mówią drzewa? Kto pan na tego nauczył? [54:46.71 → 58:13.38] B: Pierwszą osobą, która mnie uczyła słuchania drzew, to był... Już bym okłamał. Nie wiem, kto był pierwszy, ale wyraźnie pamiętam szamana właśnie z lasu amazońskiego. To było takie bezpośrednie uczenie podczas i po ceremonii ayahuaski z promienia Shipibo. To była taka nauka, która oznaczała, że muszę przestać używać słów. To znaczy, że żeby posłuchać drzewa, to muszę również zmierzyć się ze swoimi oczekiwaniami. A jak chcę usłyszeć, to narzuca mi się w głowie taki pomysł, że dostanę myśl albo przekaz. albo jeśli nie słowo, to przynajmniej coś, co umysł zrozumie. A słuchanie drzew odbywa się poza umysłem, czyli w tej sferze, która nie jest racjonalna. Później umysł może przechwycić mowę drzew i ubrać ją w słowa, ale to nigdy nie będzie dokładnie ta mowa drzew. Więc słucham drzew i nie mam na myśli teraz metafory wcale, tylko jest to zwyczajna mowa, taka sama mowa jak mowa kryształów. z którymi sypiam już prawie od roku. W łóżku mam swojego brata, ale mam też inne, jest ich kilka kryształów. Czasami budzę się, bo coś mnie boli, a to okazuje się, że kryształ z wystającym rogiem ukuł. Więc tak, dla mnie to jest moja rodzina. I to nie jest też taki pomysł, że to jest rodzina zamiast, albo że ona ma mi coś dać, czego nie dostałem, tylko że to są nauczyciele, nauczycielki. A te drzewa... Ostatnio byłem na Vision Quest, który organizuje Mieszko Stanisławski, świetna postać. Bycie w lesie to jest taka strona na Facebooku. I on prowadzi w Polsce takie Vision Questy, które są w tradycji też Indian, czyli zabiera ludzi do lasu, tam się przez 3 albo 5 dni niczego nie je, nie bierze się namiotu, buduje sobie schron, gdzieś w takim miejscu, żeby nie widzieć innych ludzi. No i zostaje się w Beskidzie Niskim, czyli lęk przed niedźwiedziem, kleszczem, wilkiem jest aktualny, ponieważ mogą się tam pojawić. Chodzi o to, żeby zostać tam przynajmniej trzy dni i trzy noce, bez jedzenia, na wodzie, pitej ze strumyka, żeby posłuchać właśnie. Czyli żeby usłyszeć, a my jesteśmy przyzwyczajeni od małych, istot mowy ludzkiej, ale też myślę warto nad tym się skupić, że przychodzimy na świat nie potrafiąc wypowiedzieć słowa. I gdyby nas nie nauczono, to byśmy nie używali słów. Słowa są wtórne. Bicie serca nie jest wtórne. Oddychanie nie jest wtórne. Umiemy to. Wytwarzanie hormonów się wydarza. Tu nie ma kogoś, kogokolwiek. Ani tutaj, prawda? To życie jest i życie się przewala i przetacza. Więc oczywiście mogę mieć wpływ i wezmę kilka głębszych, szybszych oddechów, ale jak zapomnę o oddychaniu, to wciąż będę oddychał. Słowa są strasznie wtórne. Słowa są zapożyczane, są właśnie opowieścią. Istnieją jako opowieść, a nie jako ta absolutna prawda. Jeśli mówimy o absolutnej prawdzie, to ona oczywiście jest poza słowami, niemożliwa do uchwycenia. Drzewa się na niej świetnie znają i można pójść do lasu. Jest wiele takich spotkań. W moim lesie mam przynajmniej... Trójka to jest taka relacja przyjacielsko-miłosna, rodzinna bardzo. Czyli znamy się, znamy się z imienia, znamy się z dotyku, znamy się z... No wiem, jak wyglądają w każdej porze roku, przynoszę im coś, w sensie materialnego czasami, typu jabłko, które zostawiam, czy coś im tam posypię, przytulamy się, siedzę pod nimi, rozmawiam, płaczę, uczą mnie. I to faktycznie taki moment, jak coś się dzieje w moim życiu i idę do konkretnego drzewa i często dostaję odpowiedź taką, że idealnie, nigdy bym na to nie wpadł. A drzewo wie. [58:13.90 → 58:42.39] A: To ja od pana się z kolei nauczyłam zresztą bardzo wielu rzeczy, czytając pana książki i w trakcie rozmów, bo to już nasza druga, Ale od Pana się nauczyłam, że coś, co myślę część z nas chętnie robi, czyli jak idzie do lasu czy do parku, słyszeliśmy kiedyś, że dobrze jest się przytulić do drzewa, bo to daje siłę. Rzucamy się na to biedne drzewo i się w nie wtulamy. A tymczasem trzeba się grzecznie zapytać. [58:42.77 → 59:37.10] B: Tak, chociaż słowa grzecznie nie lubię, ale tak wiem, co Pani ma. Ja też tak miałem. Aha, drzewo, no to przytulać. To jest jak z budowaniem relacji. Dąb, który rośnie bardzo blisko mnie przez wiele miesięcy, był absolutnie zamknięty na moją osobę. Po prostu nic, zero, milczenie. Przechodzimy z lekką trwogą, z szacunkiem, nic, żadnej reakcji. Naprawdę w wielu miesiącach dopiero nastąpił kontakt. My żyjemy w zupełnie innej perspektywie czasu niż ktoś, kto ma tysiąc lat do zagospodarowania. Faktycznie staram się do tych roślin, oczywiście też często nieudolnie, ale podchodzić trochę bardziej na ich warunkach, to drzewo jest w tym miejscu, jest w tym miejscu cyrk lat i nie rusza się nigdzie. I nagle przychodzi ktoś, wrzuca się na nie, odchodzi. Oczywiście drzewo jest mądre i daje schronienie wielu różnym stworzeniom, ale wydaje mi się, że szacunek to dobre podejście do wszystkiego, co jest żywe. Jeśli zaczniemy od szacunku do wszystkiego, co jest żywe, to po prostu łatwiej się dogadać. [59:38.80 → 59:57.00] A: Choć sprawa nie jest taka prosta w tej relacji. I tu bym chciała prosić Tomka Bielawca o przeczytanie fragmentu państwo widzieli na jednym z tych zdjęć Rudego. On mignął tutaj przez moment. To będzie właśnie opowieść o Rudym. Fragment z książki Przebłysk. [59:57.64 → 59:59.16] B: Nie będzie smutno, od razu chcę powiedzieć. [01:00:00.36 → 01:00:55.30] C: Wcale go nie chciałem. Przez myśl mi nie przeszedł. Znalazłem miejsce obok przewróconego drzewa. Żaden turysta tędy nie chodzi, a raz na siedem godzin jakiś rybak. Rozłożyłem ręcznik. Nędzny, bo z mikrofibry. Ale w sam raz na podróż. Lekki i pochłaniający wodę. Kładę się. Absolutnie gotowy na nic. I wtedy wpada Rudy. Nieproszony. Bez odrobiny szacunku, bez czy mogę. Na mnie wpada. Na ręcznik, okulary, czapkę. Porywa coś zębami i ucieka. Siadam i myślę, co robić, żeby odzyskać ukradzione. Rudy wraca z torbą w zębach. Porzuca ją obok ręcznika, a na mnie ponownie wskakuje. Podnoszę się skurwą na ustach. Zasmuca to Rudego. Pokornieje na moje głośne słowa. [01:00:55.48 → 01:00:55.94] A: Patrzy. [01:00:57.04 → 01:05:55.28] C: Wytrzepuje ręcznik. Mówię do Rudego o manierach, takie tam dobrze wszystkim znane. Rozkładam ręcznik, siadam. Rudy się śmieje, a potem rzuca na mnie. To znowu wytrzepuje. Rudy patrzę. Rozkładam się? Rozkładam, siadam i Rudy wskakuje. Tyle zrozumiałem, że nie wolno mi siadać. Nastojąco bronię rozłożonego ręcznika i tłumaczę mu, że to moje. Uśmiecha się. Kąpać się też nie mogę. Bo wystarczy, żebym wszedł do wody, to podbiega i daje sobie prawo do łapania mnie za ręce zębami. Nie podoba mi się to wcale. Poza tym boli. Rudemu podoba się wszystko to, że mnie się nie podoba też. A jak próbuję pływać, to zawsze Rudego mam na plecach, więc przestaję próbować, bo mi potem skóra schodzi. To nie jest normalne, żeby na bezludnej plaży nie móc się położyć w spokoju tylko z pewną nerwicą. Rozglądam się, czy Rudy nie czai się gdzieś za palmą. A lubi się czaić. Podpatrzyłem. Czekałem na niego z godzinę. Zawsze przychodzi z prawej. Nie biegnie jak pies. Wchodzi między palmy i potem wyskakuje znienacka. Dobrze wie, co robi. Czasami nie ma go przez kilka godzin. Czasami przez kilka godzin jest. Śpi. Zresztą tylko wtedy, gdy Rudy śpi i ja mogę się położyć. Najwięcej patrzy w morze. Siedzi i patrzy w morze. Czasami z nim patrzę. Wykopujemy muszle albo jak obwąchuje dziury po krabach, to mu mówię, żeby nie polował na biedne stworzenia, ale tylko się uśmiecha. Czasami razem kopiemy jakąś dziurę, bo zawsze mu się podoba, jak zaczynam w piasku kopać i się dołącza. Chociaż szybko się nudzi, bo z tego mojego kopania żaden krap nie wynika. Czasami rzucamy patykami albo gryziemy palmy. Raz musieliśmy stoczyć bitwę, którą Rudy przegrał. Obraziliśmy się po tej bitwie na siebie. Rudy, bo przegrał, ja, że musiałem wygrać. Powiedziałem mu, żeby sobie poszedł, że nie chcę go dzisiaj widzieć. Więc poszedł. Usiadł dwa razy dwa metry za moimi plecami i siedział. Gapił się w morze. Położyłem się. Nawet trochę prowokacyjnie, ale nic. Nie rzucił się. Siedzi dalej niż zazwyczaj i gapi się w morze. I dobrze, mówię tak, żeby usłyszał. Obraź się, skakałeś, za ręce łapałeś, można nawet powiedzieć, że gryzłeś, no musiałem cię pokonać, wcale nie chciałem. Później wyciągam aparat, próbuję go rozbawić. Mówię, że w tym samym czasie musimy zrobić głupią minę. Ma dla mnie tylko pogardę. I nagle dopada nas terkotliwy dźwięk. Do tego jakiś ruch między palmami. Aparatu z ręki nie wypuszczam, ale boimy się przez chwilę razem. To tylko czapla. Z tego wszystkiego Ruda mu przechodzi. Mówi, że powie mi coś na ucho, żebym się zbliżył. Zbliżam się zatem, a on liże mnie po mordzie, bo wie, że tego nie znoszę. Pewnego razu idę na plażę i myślę sobie, żeby Rudego nie było. Będę miał spokój. Ręcznik bez odbitych łap, bez piasku, czas bez szamotaniny. Popływam sobie bez pazurów na plecach i nie ma Rudego. I smutno jest. Ale później wyskakuje pomiędzy drzew, bo nie mógł przyjść normalnie, plażą, żebym go widział. Wyskakuje i wita się nosem. Zawsze nosem, jakby od niechcenia, leniwie. Przyciska mokry nos do nogi i już. Idzie kilka kroków w lewo. Gapi się w morze. Posiedzi w wodzie. Wraca, żeby się na mnie wytrzepać. Głaskania nie lubi. Nie bardzo rozumie i traktuje jako wstęp do zabawy, w której i on będzie stroną aktywną, czyli że będzie mnie gryzł po rękach, więc głaskania nie uprawiamy. Jestem tylko etapem w jego życiu. Wiem o tym od początku. Prowadza się z rybakiem. Są razem. Widziałem, stąd ta obroża na szyi. Jak patrzy w morze, to wypatruje swojego rybaka. Rudy przychodzi i odchodzi, kiedy chce. Uczy mnie tego. Będąc tutaj tak daleko od tych, których kocham i tych, których znam, tych, których lubię i nie lubię, czasami zastanawiam się, na ile spotkania z ludźmi są nawykiem, a na ile odpowiedzią na realną potrzebę. I kiedy podczas których spotkań naprawdę wydarza się bliskość. Rudy przychodzi i odchodzi dokładnie wtedy, kiedy ma przyjść i odejść. W końcu Kto oprócz niego mógłby o tym lepiej wiedzieć? [01:05:57.47 → 01:06:04.64] A: Tomasz Bielawiec i fragment Przebłysku Roberta Arienta. Bardzo lubię ten fragment. [01:06:05.07 → 01:06:12.43] B: Dziękuję. Ja też lubię Rudego, chociaż już go nie ma. Ale powiem państwu, jeśli widzieliście na zdjęciach, to faktycznie jest. O właśnie, Rudy. [01:06:12.89 → 01:06:14.47] A: I to w tym subtelnym momencie. [01:06:14.57 → 01:08:05.36] B: Później było lizanie po mordzie. On faktycznie zachował się inaczej niż wszystkie psy, które ja znam, bo on naprawdę nie lubił głaskania. Dla mnie to było takie, no aha, przyszedł, no to jak już mnie nie gryzł, no to głaskanie dla niego zawsze było, więc nie mogliśmy uprawiać głaskania. I tak, to był mistrz, który uczył mnie tego odchodzenia, bo ja sobie myślę, że ja kogoś kocham, tak sobie myślałem, może teraz już tak nie myślę, ale byłem tego wyuczony, że jak pojawia się miłość w moim życiu, oto to jest ten moment, kiedy muszę położyć łapę na drugim człowieku. taką mentalną, że aha, jest miłość, no to nie wiem, no to albo będziemy na zawsze, albo złożymy obrączki, albo sobie coś obiecajmy, albo przynajmniej nie wolno ci zdradzić, odejść. że musi być, a myślę, że miłość pojawia się i znika cały czas, pulsuje. Można poczuć miłość po chwili, można poczuć miłość do czegoś, co jest w książce, co jest w drugim człowieku, w kwiecie, w wodzie. I to odchodzenie Rudego było dosyć wstrząsające dla mnie, bo ja faktycznie poczułem miłość do niego i nagle go nie ma. I on po prostu sobie odszedł, nie pożegnał się, nie przygotował mnie na to, nie przygotował nigdy. Pojawił się i znikał. I tak przez kilka dni. To były lekcje. To były lekcje, że on jest w moim życiu na jego zasadach. I w pewnym momencie uszanowałem tę zasadę i pomyślałem, że to jest prezent z jego strony, kiedy jest w moim życiu. I tak sobie myślę o tych ludziach, którzy są w moim życiu, że kiedy są w moim życiu, to jest prezent z ich strony. I nigdy mi się to nie sprawdziło, a robiłem to przez wiele lat, że próbowałem ustawić drugą osobę. Zawsze przegrywałem w tej sytuacji, ale robiłem to maniakalnie, myśląc, że mam jakieś prawo, albo że chociażby mógłbym, albo że mi się coś należy. Nic mi się kompletnie nie należy. Absolutnie nic mi się nie należy, jeśli chodzi o miłość. I z tym nastawieniem tej miłości w moim życiu jest naprawdę dużo, dużo, dużo więcej. Jestem mu wdzięczny bardzo, bardzo. Rudy był mądrym. Jest, mam nadzieję. Ale jego rybaka nie było czasami godzinami długimi, więc ja mu tylko zastępowałem. [01:08:06.38 → 01:08:57.11] A: Ja lubię ten fragment właśnie nie tylko dlatego, że Rudy jest znakomitym nauczycielem i to bardzo ciekawa postać, ale właśnie dlatego, że w tym fragmencie jest kwintesencja tego, jak budują się nasze relacje ze światem, z drugim człowiekiem, z samym sobą. Jak bardzo nam się wydaje, jak bardzo się lubimy podczepić pod pewne rzeczy. No przecież wszystkie psy lubią głaskanie. Wszyscy ludzie są tacy, a nie inni, prawda? To umysł nam podsuwa te wszystkie normy, których przecież należy się trzymać, choćbyśmy byli, nie wiem, jak wyzwoleni i wolni. Jak pan sobie z tym umysłem radzi, proszę powiedzieć? Bo w sumie najprościej byłoby powiedzieć, prać z umysłem. My się teraz tutaj oddamy tylko natchnieniu. Będziemy wyłącznie medytować. Umysł wyłączymy, będzie się lepiej żyć. Ale pan tak nie mówi. [01:08:58.01 → 01:16:26.78] B: To też wieloletnia podróż, która jestem przekonany, że tak jak żadna z tych ważnych się nie skończyła, dopóki jest tutaj coś, co mówi, co chodzi i co się chce. Ale przez lata faktycznie to był cel, czy jakoś, nadużywam słowa jakoś, Celem było uporanie się z umysłem i za tym celem stały różne przekonania i różne też pragnienia. Zaczęło się od medytacji Vipassana. To jest taki kurs medytacji, który państwu krótko powiem. To jest dostępne dla wszystkich. Nie jest to związane z koniecznością wyznawania czegokolwiek i gdziekolwiek. Każdy może pojedzieć z poziomem medytacji zero. To jest 10 godzin po 10 godzin medytacji dziennie. W sumie 12 dni, a 10 godzin po 10 godzin medytacji dziennie, czyli 100 godzin medytacji. Pobudki są wcześniej, było 4, są dwa posiłki. Nie mówi się do nikogo w tym czasie i również nie utrzymuje się kontaktu wzrokowego z nikim. W tym czasie również się nie pisze, nie czyta, nie słucha muzyki. Oddaje się telefon swój, portfel. Czyli przez te 10 dni jest zostawiony tylko i wyłącznie ze sobą, z niczym więcej. Gong budzi, gong usypia, wolontariusze przygotowują jedzenie, trzeba się o nic martwić. Ale trzeciego dnia pojawia się też medytacja bez ruchu, czyli tę godzinę na poduszce trzeba wysiedzieć, nie ruszając nawet palcem u nogi. Jak boli, to boli, jak swędzi, to swędzi. I to jest wyzwanie, bo to jest trudne na początku, ale wtedy odsłania się umysł, który szaleje, skacze jak małpa, który nagle okazuje się, że w ogóle nie żyje w teraźniejszości, tylko wspominać albo tylko planować. Bardzo lubi konflikty, lgnie do problemów, jest przyzwyczajony do zagrożenia, ponieważ przez całe lata ewolucji uczył nas tego, jak przetrwać. I kiedy nic nie jest zagrożone, umysł mówi, że coś jest zagrożone, podwyższając poziom różnego rodzaju hormonów w naszym ciele. No i przez lata medytacji, kiedy praktykowałem z zaangażowaniem, myślałem sobie, że ja muszę ten umysł poskromić. Że muszę dojść do tego momentu, w którym już nie sekunda, dwie, trzy, ale minutę wytrzymam bez żadnej myśli. To w ogóle ćwiczenie, które Państwu polecam. Proszę przez minutę o niczym nie myśleć. Przez jedną minutę. Okazuje się, że dla większości ludzi to zadaniem niemożliwym. I to dla większości ludzi, którzy uważają, że mają wolną wolę. I że potrafią zdecydować. A skoro my nie potrafimy zdecydować, żeby przez minutę nie myśleć, to warto z siebie zapytać, kto tutaj te decyzje naprawdę podejmuje. Nie mówię, że to umysł podejmuje te decyzje, ale skoro minuta bez żadnej myśli jest wyzwaniem dla człowieka, to wydaje mi się ciekawe, żeby dojść do tego stanu bez minut. Dojść do tego stanu po różnych czasach medytacji okazało się też jałowym wysiłkiem, bo umysł wracał, czasami jeszcze bardziej zły, zezłoszczony i pokaże, kto tu rządzi. Więc żadna ze strategii związana z okiełznaniem umysłu, zapanowaniem nad umysłem, walczeniem z umysłem, czy przesadnym przyjaźnieniem się z umysłem, nie zadziałała. To też podczas szamańskich podróży, jeden z pierwszych przykazań, które dostałem od Mądrej Rośliny, było podziękuj umysłowi, bo jesteś tu dzięki niemu. Zacznij od tego, że mu podziękujesz, a dopiero później pomyśl, że możesz z nim walczyć. No i ten umysł do tej pory ma swoje funkcje, tylko lubię się wkradać w tę przestrzeń pomiędzy myślami, z której mogę umysł obserwować. Jest ta przestrzeń, w której myśl się nie zaczyna, a poprzednia się skończyła. I z chwilami oddechu można łapać te myśli. Każdy z nas może to zrobić. Z chwilą oddechu, czyli jeszcze nie ma nowej myśli, a tamta już odeszła. I bum! Na tą chwilę jestem. I mogę obserwować umysł. No i jak już wejdę w tę przestrzeń, to mogę sobie obserwować umysł. Po prostu go obserwuję, co on tam wyczynia, co on tam wyprawia. Jedną też z technik zapożyczonych od pewnego mistrza jest zapytanie umysłu, o czym będziesz teraz myślał, o czym pomyślisz. Umysł prawie zawsze się spłoszy i przez chwilę nie zechce nam zdradzić, bo umysł lubi się płoszyć. Więc ja traktuję ten umysł jako takie bardzo pomocne stworzenie, które jest we mnie, które absolutnie nie jest mną, a nie tylko na pewno niecałe mną. Ma swoje funkcje, które są niezwykle korzystne, Przez lata walczenia z nim musiałem go przeprosić i przebłagać. Teraz się dogadujemy, idziemy razem. Czasami podrzuca mi kłody, i to ogromne, związane z różnymi emocjami i relacjami. A czasami ja, czyli kto, czyli ta świadomość, chciałaby go wykluczyć i zostać tylko z mową rzeki, która nagle coś mówi, albo z drzewem, które snuje swoją pieśń, albo z czarną ziemią, na której stoję bosso, albo tańczę i uderzam. i tylko mówi Ziemia, jest to zatracenie, to jest forma ekstazy, uniesienia czegoś absolutnie natchnionego i kiedy nie ma umysłu, kiedy jest tylko i wyłącznie wibracja i tętno i istnienie, to jest taka wielka pokusa, żeby w to osiąść i opaść. Ale wydaje mi się, że żyjemy w takich czasach, w których każdy z nas stoi przed wyzwaniem ocalenia naszej planety, zrobienia czegoś dobrego dla tej planety, żebyśmy nie wykończyli tych gatunków. Codziennie giną gatunki, codziennie. Fakty mówią, że codziennie, że tysiące gatunków w tym roku zginą, przepadną. Większości z nich nigdy nawet nie poznaliśmy i nie poznamy. Są owady, o których nie wiemy, owadów zagrożonych są ogromne. Gady, płazy, żaby, których kiedyś było dużo. Zresztą nie wchodząc w szczegóły. No więc myślę sobie, że dla mnie takim wyzwaniem jest nie porzucać umysłu, nie porzucać nauki, nie porzucać racjonalności, ale też nie porzucać mowy drzew, nie porzucać esencji kryształu, jego mocy, ale doprowadzi do spotkania tych dwóch rzeczy. Do tego, żeby nie zapomnieć o Słowianach, o tym, na jakiej ziemi jesteśmy i skąd pochodzimy. I żeby nie przekreślać wszystkiego, co związane jest z chrześcijaństwem, z tradycją, z nauką, że jest tyle mądrości wokół nas, we wszystkich ludziach. Wszyscy mają te drzwi i myślę sobie, że umiejętność spotkania się, bez względu na to właśnie, co umysł nam narzuca, To jest dla mnie ten moment, w którym miłość się pojawia. No i ja bardzo po prostu bym nie chciał, żebyśmy najbardziej zagrożone, może nie najbardziej, ale lista gatunków zagrożonych jest tak ciężka, że człowiek nie jest w stanie jej unieść, udzignąć. Jest zbyt ciężka ta lista gatunków wymarłych i zagrożonych. ale my jesteśmy na tej liście gatunków, które są zagrożone. My, ludzie. My przecież to, że trwa szóste wymieranie wiemy od lat. Tylko wiele osób, a to mnie nie dotyczy, a to może moje dzieci, ale nagle się okazuje, że to dotyczy nas bezpośrednio, że to już nie kolejne pokolenie, że to my. Może podniesienie temperatury planety o kolejny stopień lub dwa do tego wybuchu jakiegoś wulkanu czy tsunami może doprowadzić do czegoś, co już się wydarzyło przynajmniej pięć razy w historii planety. Czyli, że większość gatunków umrze, wymrze. Niektórzy bogaci, słyszałem, że kupują sobie domy w Nowej Zelandii, ale to jest odsetek ludzi, a to z nami wszystkimi, których nie stać na to, żeby sobie kupić, więc to jest jakiś absurd. Myślę, że to moment, w którym trzeba wywierać, nie tylko robić, co my możemy, bo to za mało, ale wywierać wpływ na koncerny, na rządy, którzy ukrywają przed nami informacje, którzy świadomie manipulują. którzy sączą antybiotyki w mięsie, którzy manipulują dla zysku, dla coraz większego żarcia, pochłaniania, kupowania, reklamowania. To jakiś absurd. Ziemia, która ja myślę, że mówiąc jako o mamie, to jest pierwsza mama nas wszystkich. Trochę się rozgadałem, pewnie nie na temat, ale chcę państwu powiedzieć, że to mnie porusza obecnie bardzo, kiedy o tym czytam, kiedy obserwuję, Te ślady wymierania dostrzegłem w każdym miejscu na świecie, w którym byłem. Jest to przerażający widok. [01:16:28.84 → 01:17:25.66] A: Zaraz oddam państwu głos, ale jeszcze dwie sprawy chcę zapytać. Przed Afryką, do której powędrujemy. O ten zysk, o te rzeczy, o ten nadmiar. Bo to hasło jeszcze się nie pojawiło w czasie naszej dzisiejszej rozmowy. Pana dziadek, kiedy zabierano go koleją fransyberyjską, kiedy wyjeżdżał na Sybir w wagonie bydlęcym, cała rodzina musiała zdecydować, które rzeczy są ważne, a które nie. Nagle okazało się wtedy, że taki podział istnieje, co też oznacza, że wokół nas jest bardzo wiele rzeczy, które nie są nam potrzebne do życia. Pan podróżował przez kilka miesięcy z plecakiem. Z jednym plecakiem przemieszczał się pan po różnych strefach klimatycznych. Proszę powiedzieć, jaki jest pana stosunek do przedmiotu, do rzeczy, do gromadzenia? [01:17:27.48 → 01:19:08.37] B: A dziadek, cała rodzina, zostali 500 kilogramów mogli zabrać. To było maksymalnie tyle cała rodzina mogła zabrać, no więc został dom, krowy zostały, pies został. Ja w ogóle nie jestem reprezentatywny, myślę, bo sam fakt, że podróżowałem samolotem znaczy, że przyczyniam się też do zanieczyszczania tej planety, więc ja też chcę to podkreślić, że popełniam tak samo błędy jak wszyscy. Sam mój akt istnienia na tej planecie oznacza, że chodząc po trawie być może kogoś zgniotę, więc też nie chodzi mi o to, doprowadzi się do jakiegoś stanu idealnego, ale ja widzę, że coraz bardziej osuwam się w takie miejsce, w którym staram się donaszać, kupować używane. Buty są z Allegro, spodnie są z Burkina Faso kupione u krawca. Jakoś tak myślę sobie, że mam rzeczy. Są rzeczy. Mam dużo książek na przykład. Nikomu nie potrzebne. Stoi ich mnóstwo i jest tych książek w domu bardzo dużo. Cztery regały jakieś takie wielkie, po sufit upchane. Więc tu też popełniam te błędy. Ale też chcę Państwu powiedzieć, że ta moja podróż zaczęła się tak, że ponieważ nie miałem swojego domu, wynajmowałem mieszkanie, więc wyprowadziłem się z Warszawy, z wynajmowanego mieszkania. Miałem osiemnastoletniego Peugeota, którego sprzedałem. I rzeczy rozwoziłem po trzech osobach. I został mi tylko jeden rachunek do opłacenia, ten za telefon komórkowy. I wtedy wyruszyłem w podróż faktycznie z dwoma plecakami. Jeden był z tyłu, jeden z przodu mniejszy. I nie płacąc za nic czynszu było dużo łatwiej podróżować po świecie, bo okazuje się, że czynsz opłacony za mieszkanie w Warszawie, na przykład na wyspie Koh Samui w Tajlandii, wynająłem kawalerkę za 900 złotych. [01:19:08.51 → 01:19:08.97] A: Za ogrodem. [01:19:09.20 → 01:21:00.54] B: z dwoma tarasami i siedem minut do morza było i w tym były jeszcze wliczone śniadania. To wciąż uważam dużo, bo można taniej jeszcze podróżować. Oczywiście jest różnie, bo z kolei Nowa Zelandia była dużo droższa. Myślę sobie tak o rzeczach, że mam dużo rzeczy, używam rzeczy, znaczy dużo, nie wiem czy dużo, pewnie mniej niż większość ludzi, ale lubię mieć ostry nóż, bo się przydaje, lubię mieć co na siebie włożyć i lubię mieć co włożyć do garnka, ale zdecydowana większość rzeczy, których wcześniej wydawało mi się, że są mi potrzebne, absolutnie teraz nie są. Też mam rower, nie poruszam się samochodem, jest to mój wybór i jest mi z tym dobrze. Ale każdy, myślę, musi znaleźć swoją drogę i swoje odpowiedzi na to i komuś będą pewne rzeczy bardzo potrzebne i dobrze niech je ma. Tylko to, co się dzieje też, myślę, na planecie i ten sposób myślenia, który warto zmieniać, polega na tym, że zastanawiam się, co mogę donosić. Zastanawiam się, czy naprawdę potrzebuję, czy akurat ta rzecz ma zapełnić mi coś, czy odpowiada na jakąś potrzebę, którą mogę inaczej osiągnąć. Bo często tak jest, Kupuję sobie coś, żeby poprawić sobie nastrój. Ciężko mi obecnie znaleźć lepszą rzecz niż wizyta w lesie, która poprawia mi nastrój w sposób radykalny, głęboki i mocny. Albo wyjście na ogród. Powrót do takich prostych rzeczy, do których każdy z nas ma dostęp. które nie wymagają żadnej gotówki jest obok nas. Oczywiście nie chcę mówić bardzo o tym, że nie potrzeba nic, bo rzeczy tak jak mówię mam, używam, ale to myślę wyzwanie dla każdego, żeby pomyśleć po co, czy na pewno tego potrzebuję, skoro to kupuję, czy na pewno muszę to mieć. Jest tyle też używanych świetnych rzeczy. Jestem fanem kupowania używanych rzeczy, chcę powiedzieć. I nie tylko ciuchów, ale różnych rzeczy. Ostatnio kupiłem też plecak używany. Ktoś już tego nie potrzebuje, już nie chce. Ludzie sprzedają za 20% ceny. To jest, można to kupić. [01:21:00.93 → 01:21:03.15] A: Ale spodnie z Burkina Faso ma pan znakomite. [01:21:03.24 → 01:21:12.81] B: Dziękuję bardzo. Od krawca, który widziałem jak zrobił te spodnie, to jest z pierwszej ręki można powiedzieć, więc kupione w łagadługu, czyli z stolicy Burkina Faso. [01:21:12.97 → 01:21:45.11] A: Ale nie pojechał pan do Burkina Faso po spodnie. To była bardzo ważna wyprawa. Poprzekładał pan wszystkie plany. Pan chciał tam pojechać. Z dużą intensywnością się pan do tej wyprawy przygotowywał. Afryka też. Dlaczego akurat Burkina Faso? Wcale nie... chyba nie najbardziej fascynujący afrykański kraj, więc musiał być jakiś zupełnie inny powód. A to po pierwsze, a po drugie ta Afryka jest też... Dlatego dla mnie tak ciekawa, że nie było jej na mapie podróży niby dookoła świata, a bez Afryki. [01:21:45.55 → 01:27:31.99] B: Ja tak bardzo mocno czułem, zamierzając się już dwa razy poważnie, żeby pojechać do Afryki, że jeśli tak czułem w środku, że jeśli pojadę do Afryki, to chciałbym coś tam zawieść. To znaczy jako biały człowiek z tą świadomością, kim jestem, kim są moi przodkowie, czyli ci, którzy zabrali stamtąd tysiące ludzi po to, żeby był czynnik z nich niewolników, którzy skolonizowali ten kraj, rozgrabili i do tej pory się to zbywało. Takie miałem poczucie, Jadąc tam chciałbym nie tylko pojechać, zabrać coś, czyli np. mądrość, ale też coś zawieźć, więc zorganizowałem też zrzutkę pieniędzy, jakoś ta podróż była z tym, że coś też faktycznie mogłem zawieźć dla szamanów, szamanek i ich rodzin. Ale to powiem Państwu tak, bo to faktycznie była bardzo istotna podróż, to był styczeń tego roku. Burkina Faso to taki niewielki kraj w Afryce. Nieturystyczne miejsce, ponieważ bardzo wysoki też stopień zamachów terrorystycznych, który zniechęca większość osób. Poza tym malaria też na szeroką skalę się tam panuszy. Najpierw muszę opowiedzieć historię krótko innego człowieka. Nazywa się Malidoma Patrixome, który był pretekstem, żeby pojechać. On się urodził w Burkina Faso, w Danu, w wiosce Danu. którą zresztą też odwiedziłem. Jak miał 4 lata, to został porwany przez francuskiego jezuitę i uprowadzony do szkoły z klasztorem, żeby został misjonarzem. Przez 16 lat był w tej szkole i przez te 16 lat ani razu nie widział swoich rodziców, siostr, brata. Stracił cały kontakt z rodziną. On nie był jedyny, bo takich porwań w tamtych czasach To było ponad 60 lat temu, było bardzo wiele. To był pomysł białego człowieka, że tak zwanych dzikusów, bo takich nazywano, uczynią cywilizowanymi dobrymi chrześcijanami. I on w wieku 20 lat uciekł z tej szkoły i wrócił do swojej wioski w Danu. To była ciężka wyprawa, ciężka podróż. Zresztą drugiego dnia w Burkina Faso przebieł głębok na słonie, więc tej dzikiej przyrody można tam wciąż doświadczyć już nie tak dużo jak wtedy, kiedy on na piechotę uciekał z tej szkoły. I wiosce nie chcieli go przyjąć, jego rodzinnej wiosce, bo stwierdzili, że ma w sobie w umyśle ducha, demona, białego człowieka. Nie mówił już w języku Dagara, on jest z plemienia Dagara. Mówił po francusku. Francja kolonizowała Burkina Faso od 1960 roku. No i powiedzieli mu, że dobrze, przyjmiemy cię z powrotem do nas, ale musisz przejść inicjację. Ta inicjacja groziła mu śmiercią. To była bardzo mocna, poważna inicjacja i on przeszedł tę inicjację. Więcej Państwu nie opowiem, ale odwołuję znowu do książki, którą napisał, która jest po Polsce. Z wody i ognia. Taki jest tytuł Malidoma Patrixsome. I zafascynowała mnie historia tego człowieka i po prostu poczułem, że muszę go poznać. A to był taki moment w moim życiu, o którym powiem krótko, ale rok temu zachorowałem dosyć poważnie, intensywnie, fizycznie i myślałem, że umrę. Dużo wyglądało na to, że to faktycznie się może zdarzyć, w sensie dosłownym fizycznie, że to koniec. Kilka miesięcy trudnych, bardzo trudnych miesięcy, a przy okazji lekcje życia oczywiście, bo się okazało, że to dziwna choroba. z którą żadna medycyna sobie nie radzi. Z pomocą przyszli przodkowie w taki sposób, że pomyślałem, że wariuję, że to niemożliwe, że to mi się wydaje, że to urojenia, że jak to może być, bo to się stało w ciągu kilku godzin i w ciągu rytuału. Przyszło zdrowie. Przez miesiące rozpaczliwie poszukiwałem odpowiedzi na pytania, które się zaczęły mnożyć. Wizyta w Burkina Faso była jednym z tych Miejsc, z których poszukiwam odpowiedzi. Na czerwonej ziemi, wśród Baobabów, wśród plemienia Dagara, w wiosce Danos, z której pochodził Malidoma Patrixome. Również w jego domu, ponieważ on raz w roku zabiera chętnych z całego świata. Tam było kilka osób oprócz mnie do siebie. Myślałem, że to będzie wyglądać inaczej. On będzie mnie uczył, że jadę tam na trening, że dzień za dniem mnie uczy. Tu jest ziemia, tu jest wzgórze, tu są ludzie z mojej wioski, a tu jesteś ty. Ucz się. Oczywiście wykonał kilka rytuałów, ale powiedział bardzo coś cennego, co ze mną zostało, że nie traktuj swojej wizyty jako kogoś, kto przychodzi do wyższych, mądrzejszych, ale pamiętaj o tym, że masz w sobie medycynę, taką samą jak my. Oni używają tego słowa. Spotkajcie się jak równi, wtedy nastąpi przepływ. Czyli ty coś przynosisz dla nas, a my możemy wtedy coś przynieść dla ciebie. postawił mnie do pionu i poczułem, że stoję, że stoję jako partner osób. Czasami rozmowy były potrzebne, żeby odbyć, więc pamiętam szamana Adama, który mówił w języku dagara, ja nie mówię po francusku, więc był potrzebny tłumacz z języka francuskiego przetłumaczył, z francuskiego na angielski ktoś tłumaczył, a z angielskiego na polski, więc mieliśmy po drodze dwóch lub trzech tłumaczy, żeby się czasami porozumieć. Tyle mogę powiedzieć o tej podróży, bo to jest bardzo świeże. Napisałem bajkę po tej podróży. Miał być reportaż, a powstała bajka tak naprawdę. Mam nadzieję, że ona się pojawi w formie książki, już jest skończona. Więc o Burkina Faso powstała bajka, ponieważ tam się działy tak rzeczy niemożliwe do uchwycenia słowem i bardzo nierealne dla naszej kultury i języka, że stwierdziłem, że jak ja to napiszę, to wszyscy pomyślą, albo może nie wszyscy, że to jest jakoś nieprzekładalne. Bajka wydała mi się najdoskonalszą formą. Mam nadzieję, że ona ujrzy światło dzienne za jakiś czas. Więc Burkina Faso bardzo istotna, piękna, czerwona ziemia. [01:27:34.49 → 01:27:46.37] A: To ciekawe też, że mam takie wrażenie, że ta intensywność pana opisywania tego, co się z panem dzieje, maleje w takim razie. [01:27:47.48 → 01:28:47.38] B: Tak, bo ja już się napasłem sobą i ja mam poczucie, że jak ktoś dorasta w takim trudnym środowisku związanym z jakąś przemocą i cierpieniem, to najpierw trzeba się sobą zająć. Ja to robiłem przez lata. To ja nie jest już ważne, nie tak jak kiedyś. To ja jest zaopiekowane i dużo istotniejsze w tym momencie jest dla mnie to, co się dzieje tutaj, trochę globalnie. W sensie, co się dzieje z planetą, co się dzieje ze środowiskiem, co się dzieje z nami. Więc nie chcę już pisać też w swoich książkach o sobie. Świadek był taki. Przebłysk również był osobisty. Teraz powstała bajka, a książka, nad którą pracuję jest też fikcją obecnie. Myślę, że dobra fikcja ma w sobie ogromny potencjał. Taki film Avatar, czy Gra o Tron, którą wielu osób się fascynuje. Poprzez fikcję i popkulturę można dotrzeć z ideami do ludzi. I to mnie bardzo ciekawi, tego chcę. Reportaż oczywiście Mocny i Dobry też ma wielką moc, nie mówię, że nie. ale gdzieś historię Roberta już wystarczy, naprawdę wystarczy. [01:28:48.18 → 01:29:05.74] A: Ja też uważam, że fikcją można więcej odpowiedzieć o rzeczywistości niż doskonałym reportażem, ale to jest temat na zupełnie inną rozmowę. Tomku, poproszę cię o ostatni, bardzo krótki fragment. Tak kończy się przebłysk Roberta Rienta. [01:29:15.24 → 01:31:40.07] C: Pisze te słowa dwa lata po skończonej podróży w domu pod lasem. Drugi przebłysk zmienił się w codzienność. Nieistniejąca, ale upragniona przyszłość rozbudzała nadzieję, że spełnienie pojawi się już niebawem po napisaniu nowej książki w innym człowieku. Po druży, lepszym związku, po awansie, za kolejnym orgazmem, spotkaniem, satsangiem, na głębszej duchowo ścieżce, dzięki żarliwszej modlitwie, w jutrzejszej medytacji. Do nikąd nie doszedłem. Nic nie osiągnąłem. Wszystko czego szukałem było i jest tutaj cały czas. Niewymedytowane, zrozumiane, wyczyszczone z iluzji, przepracowane, zasłużone, pojęte, wchłonięte, objawione w wizjach czy przekroczone. Poszukiwanie przebudzenia wydarzało się we śnie, które jest formą filtra percepcyjnego, kolorowymi szkłami okularów zniekształcającymi rzeczywistość i jej przeżywanie. Jednak sen wydarza się w rzeczywistości. Podstawą snu jest wiara, że ja się urodziło, ja doświadcza i w końcu ja umiera. Ale tożsamość może istnieć wyłącznie w formie opowieści. To, co jest, nigdy się nie urodziło i nigdy nie umrze. Posiadanie w życiu celu jest jedną z największych atrakcji tego snu. Wiara w drogę, którą wystarczy tylko znaleźć, słuchając. Mistrza siebie, Boga czy intuicji wzmacnia poczucie oddzielania, wzmacnia sen. Nie istnieje żaden port, do którego można dotrzeć. Istnieje opowieść o drodze, istnieje idea przebudzania zapraszająca do wielu praktyk. A praktykować można wszystko, również zaniechanie praktyki. Koniec snu ukazał oczywistość tego, co jest i zawsze tutaj było. Tak absurdalnie bliskie i stale obecne, że przez to łatwe do przeoczenia. Wymykające się słowom, bo ich zadaniem jest właśnie snucie opowieści i nadawanie imion. Czułem głód, bo szukałem. Nie szukałem dlatego, że czułem głód. [01:31:41.99 → 01:31:55.79] A: Dziękuję bardzo. Czułem głód, bo szukałem. Nie szukałem dlatego, że czułem głód. Przebłysk, czyli ta chwila, kiedy wszystko jest kompletne. [01:31:55.85 → 01:31:56.43] B: Teraz. [01:31:56.77 → 01:31:57.17] A: Teraz. [01:31:57.45 → 01:31:58.09] B: Tylko teraz. [01:31:58.27 → 01:32:09.43] A: Tylko teraz. Panie, panowie, bardzo proszę, jeśli jakieś pytania do naszego gościa, to jest mikrofon i ten właśnie moment. [01:32:10.01 → 01:32:19.53] B: Ja też chcę powiedzieć, że jeśli państwo nie będziecie mieli żadnych pytań, to mi nie będzie przykro, ale jeśli macie państwo jakieś pytania, to ja z chęcią i tak szczerze, tylko jak umiem, na nie odpowiem. [01:32:21.13 → 01:32:45.29] A: Bardzo proszę, proszę tylko poczekać na mikrofon. Nie wiem, czy zadziwię, nie będzie pytania. Ja tylko bardzo chciałam podziękować za pana obecność i właśnie za tą szczerość, za tą autentyczność, za to, że możemy poznawać pana myśli i to, co chce pan nam przekazać. Naprawdę bardzo, bardzo dziękuję za całą działalność, za to, że pan jest. [01:32:47.47 → 01:32:47.75] B: Dziękuję. [01:32:48.27 → 01:33:04.39] A: Bardzo pani dziękuję, że pani to powiedziała i cieszę się, Cieszę się. Ten brak pytań, myślę, może też wynikać z kompletności tej chwili. Bardzo proszę. [01:33:06.67 → 01:34:12.97] D: Chciałam zapytać, czy znalazł Pan tą drogę do raju i czy ten raj jest tam, gdzie Pan mieszka teraz? To jest pytanie. A drugie to taka refleksja, że w tym, co Pan mówi, odnajduje dużo w naszej tradycji ludowej. gdzie Słowianie czy Polacy traktują przyrodę jako coś żywego. Właśnie u nich kamień, kosmos, niebo, ziemia, woda, drzewa, rośliny, wszystko żyje. To wszystko ma swoją magię, pewne rytuały i to wszystko widać w pieśniach, w obrzędach, w traktowaniu, w magii. No jest taki słownik, wychodzi w Lublinie słownik stereotypów i symboli ludowych i tam te przepiękne opowieści, czym jest drzewo, czym jest taki świerk dla Bacy. To nie jest drzewo tylko i to dlatego, że jest z tego budulec albo, nie wiem, zimą owce mają się czym paść tym igliwiem. To jest też magia, tam jest życie, tam jest... Nie wiem jak to określić, więc tutaj odnajduję duże podobieństwo. No i o ten raj chciałam zapytać. [01:34:13.34 → 01:36:35.00] B: To zacznę od końca, bo to jest dla mnie obecnie też w mojej nowej powieści na tym się też skupiam. Perun, nasz Weles, Dąb jako drzewo życia, cała historia ludowa Polski, ziem, na których jesteśmy i właśnie Słowiańska. indoeuropejskich ludów, wędrówki tych ludów, tak, myślę, że my jesteśmy tym właśnie, że mamy do tego dostęp, tylko w tych szybkich czasach miejskich czasami wydaje się, że trochę zapomnieliśmy, a może utraciliśmy dostęp do czegoś pierwotnego, co jest tutaj cały czas i dobija się. Któryś szaman powiedział, tak mi się wydaje, że jak coś się dzieje z ciałem właśnie, jak choroba jakaś się odzywa i nie umiesz znaleźć odpowiedzi, ale gdzieś ból, to jest telefon, który dzwoni, tylko ty go nie odbierasz i myślę sobie, Tak to jest, więc niski pokłon dla całej ludowej naszej tradycji i właśnie tego świerku i tych owiec i tego bacy, bo w tym jest właśnie mądrość, w tych opowieściach. Jeśli chodzi o raj... to przed chwilą go odnalazłem, kiedy pani słuchałem. Patrzyłem, jak marszczą się pani oczy ze śmiechu, jak zadaje pani pytanie i mówi pani o tym świerku. To był dla mnie moment raju. Inny raj był, kiedy przed chwilą ktoś mi podziękował i poczułem wielkie wzruszenie. Więc w tym poszukiwaniu, takim moim trochę myślę rozpaczliwym, było założenie, że raj jest gdzieś tam. I to był błąd. Na mojej wsi tak, jest raj, jest tam raj. W Szklarskiej Porębie, z której pochodzę, gdzie żyją moje rodzice i do której służą, też jest raj. I oczywiście jeśli chodzi o te zewnętrzne warunki, no to nie podoba mi się, że wyrżnęli mi drzewa i robią szkółkę, a z drugiej strony leśnik mi mówi, ma pan w domu stół z drewna, to jest z tych lasów, więc jakby... Staram się rozumieć i patrzeć na to, co się dzieje z tym światem. Bardzo lubię miejsce, w którym jestem. Bardzo. Chcę tam być. Nie wiem, jak będzie dalej. Wiem, że jak mnie coś za rok zawoła, to pewnie jeśli będzie intensywnie wołać, to pójdę za tym. Przeprowadzałem się ponad 25 razy i jakoś nie zakładam, że cokolwiek jest moje. Więc ta Ziemia, na której ja chwilowo jestem, przez chwilę mam ten przywilej, żeby tam być. Ale to nie jest moja Ziemia w żaden sposób. Dlatego też chcę, żeby połowa jej była naprawdę dla tych przeróżnych dzikich owadów. Mam wszędzie moskitiery w oknach, które otwieram. bo od lasu ciągnie rzesze. Nie odnalazłem raju, którego szukałem. Odnalazłem raj dużo bardziej ciekawszy i rozleglejszy. I był on tutaj zawsze. Po prostu nie trzeba było może wyruszać w podróż. [01:36:39.26 → 01:36:50.54] A: Czy ktoś z Państwa jeszcze? Bardzo Państwu dziękuję za piękną obecność. Bardzo Panu dziękuję za spotkanie. Robert Rien. [01:36:50.66 → 01:36:58.44] B: Ja też chcę Państwu bardzo, bardzo serdecznie podziękować, że Państwo wytrwaliście i że byliście. Dziękuję za spotkanie. Dziękuję.