Tryb wiązania: soft

Pokazujemy wszystkie trafienia.

Bitwa o kulturę. Jak w życiu niestałym cieszyć się małym?

Wróć

Wstęp za okazaniem bezpłatnej wejściówki do odebrania w kasie Teatru Starego.
Wydarzenie transmitowane on-line na stronie http://video.teatrstary.eu/

prowadzenie: Grażyna Lutosławska
gość: Jan Wołek

Jego artystycznego życiorysu starczyłoby dla kilku twórców. Mogliby być wśród nich malarze i pisarze. Liryczni poeci, ale i tacy, którzy wystawiają pazur. Twórcy piosenek kabaretowych, a także autorzy tekstów dla dzieci. „Nie ma wspanialszej zabawy nad pracę” – powiedział kiedyś. Jak odnaleźć się w świecie, który kusi nadmiarem? Jak go opisać?
Grażyna Lutosławska

Obszernych skrótów ze spotkań można wysłuchać w audycji „Nie tylko rozrywkowa niedziela radiowa” na antenie Radia Lublin w każdą niedzielę między 7.00 a 11.00.

      

wideo

[pokaż transkrypt] [ukryj transkrypt]
[00:02.11 → 01:32.66] A: Panie i panowie, dobry wieczór. Niezwykle miło mi powitać państwa podczas wtorkowego spotkania z cyklu Bitwa o kulturę. Nie słychać? Mogę mówić troszkę głośniej, ale chyba nie o takiej potrzeby, prawda? Jak w życiu nie stałem cieszyć się małym, to jest hasło naszego dzisiejszego spotkania, które pozwoliłam sobie zaczerpnąć z jednej z moich absolutnie ulubionych piosenek, naszego dzisiejszego gościa. To znaczy, nie dosłownie tak brzmi ten wers z piosenki, ale powoli dojdziemy i do niego. Powiem państwu tylko tyle, że główna bohaterka tej piosenki, niejaka Chinia, ma dużo szczęścia, dlatego że ma koło siebie kogoś, kto może nie do końca wie, jak w życiu niestałym cieszyć się małym, ale wie, że tak trzeba. I pomyślałam sobie, że jeśli zaprosimy do Lublina autora, między innymi tego tekstu, między przynajmniej trzema tysiącami innych, to może i nam się uda dowiedzieć, niekoniecznie jak, ale spróbować pójść tą drogą. Bo nie będę naszego dzisiejszego gościa pytać o to, jak żyć, ale o życiu spróbuję z nim przez chwilę porozmawiać. Panie i Panowie, Jan Wołek zapraszam.
[01:35.26 → 01:38.26] B: Jan
[01:41.92 → 05:07.45] A: Wołek prosto z drogi. ze swojego Kazimierza, ale wcześniej ze swojej Warszawy, w jeszcze nie swoim Lublinie, ale o miejscach w twoim życiu, także takich, które zagarniasz, z jakich powodów i w imię czego też, mam nadzieję, będziemy rozmawiać. Ale spróbuję zacząć od przedstawienia. Mówię spróbuję, bo mogę mieć z tym pewien problem. Muszę państwu powiedzieć, że kiedy się zerknie na stronę Cyfrowej Biblioteki Polskiej Piosenki, to Jan Wołek ma jeden z najdłuższych życiorysów. A nie jest to Wikipedia, gdzie Doda ma większy biogram niż Kilar, tylko porządna biblioteka cyfrowej polskiej piosenki, gdzie są określone reguły. Urodził się, zdobył nagrody, napisał, wyśpiewał to i tamto. I Jan Wołek tę swoją biografię ma naprawdę bardzo długą z wielu powodów. Nie tylko dlatego, że jeden z zespołów, który prowadziłeś, w młodości zajmuje trzy linijki nazwa tego zespołu, ale także dlatego, że i nagród w twoim życiu nie brakowało, i miejsc, w które zagarniałeś swoją twórczością, i rodzajów tej ekspresji także było i jest co nie miara. Bo przecież jest i pisanie, oto państwa gościem jest Jan Wołek, który jest poetą, autorem piosenek, autorem opowiadań, powieści, felietonów, Dorzućmy do tego, bo to też przecież twórczość pisana, na przykład scenariusze wydarzeń, które albo prowadzisz, albo też przygotowujesz na cudzą okoliczność. Ale Jan Wołek to także malarz, może ostatnio głównie malarz, ale nie wiem, dopytamy zaraz o to także. Jan Wołek to filozof, bo filozofię przecież studiowałeś i to był bardzo ważny etap w twoim życiu. I tak bym mogła jeszcze wymieniać i wymieniać, ale myślę, że te różne formy ekspresji tak czy inaczej pojawiać się będą w trakcie tej naszej rozmowy. Czas zacząć. Ja pozwolę sobie zacząć od środka, czyli od zająca. Oglądałam dziś rano jeszcze raz, bo pamiętam ją sprzed lat, twoją dobranockę. Nie wiem, czy pamiętasz taką bajkę, nie bajkę, którą przygotowałeś razem ze znakomitym Danielem Szczechurą, gdzie Stasys Sejdykiewiczius zrobił projekty postaci, które się w tym filmie animowanym pojawiły. Głównym bohaterem bajki, którą napisał Jan Wołek jest zając. A ja mam takie wrażenie, że to jest ta sama postać, którą można spotkać w twoim pierwszym tomiku wierszy. To jest moje pierwsze pytanie. Czy Jan Wołek to jest wciąż ta sama postać, która idzie wciąż tą samą drogą, czy też zmieniasz się jakoś? Ta pierwsza postać z tego twojego pierwszego domiku wierszy postanowiła szukać. Postanowiła znajdować uzasadnienie dla swojego życia, które polega przede wszystkim na szukaniu. Taki jest też Zając z Dobranocki. Jaki jest Jan Wołek dzisiaj? Jak się zmienia? Co jest dla niego ważne?
[05:11.63 → 05:44.00] B: Łysy to po pierwsze. Natomiast, wiesz co, to jest szalenie kłopotliwe pytanie, ponieważ ja w ogóle nie pamiętam tej bajki. W istocie było coś takiego i robiliśmy taki dosyć szalony, niezwykły film, natomiast Natomiast jaką konstrukcję psychiczną i jaką postacią był bohater Zając, to przysięgam, że nie pamiętam.
[05:44.60 → 05:47.86] A: W tej sytuacji musimy zrezygnować z Zająca, wstawiamy go na półkę.
[05:47.88 → 09:38.45] B: Odpuszczamy Zająca, siedzimy przy woku. Jak się zmieniłem od tamtego czasu? Wiesz, jedno się nie zmieniło. Wtedy miałem lat dwadzieścia parę, dzisiaj mam sześćdziesiąt dwa. I mogę tylko jedno powiedzieć, że w dalszym ciągu nie wiem, kim będę, kiedy dorosnę. To znaczy, cały czas podlegam takiemu twórczemu, że tak powiem, swędzeniu. W ogóle nie przeszkadza mi to, w jakiej materii się poruszam. Mam nadzieję, że w każdej z nich poruszam się na tyle biegle, mówię o alfabecie, że mogę się w tej materii wypowiadać zupełnie swobodnie. Reszta, czyli tak zwane lepisze, które to wszystko spaja, to jest wrażliwość. W związku z tym dla mnie nie istnieją specjalne różnice, oczywiście może istnieć, Różnica materialna na przykład, książka napisana czy wydrukowana, obraz namalowany, abstrakcyjna muzyka itd. Ale to wszystko dla mnie w gruncie rzeczy to jest jedno i mam nadzieję, że się w tym odnajduję. To jest oczywiście i źle i niedobrze, bo z pragmatycznego czy merkantylnego punktu widzenia Byłoby lepiej, gdybym się zajmował jedną rzeczą, ponieważ w dalszym ciągu u nas jest tak, że pomiędzy artystą a odbiorcą nie ma żadnej takiej strefy buforowej, czy kogoś, kto uwolniłby nas z obowiązku załatwiania swoich własnych spraw. i dał nam zajmować się tym, co umiemy robić, to znaczy malować swoje, pisać swoje i tak dalej. Tymczasem większość naszego czasu, a to jest wartość najwyższa, jest poświęcona na to, żeby wydraptywać jakieś ścieżki. I teraz próbujcie sobie Państwo wyobrazić, że uprawia się kilka zawodów artystycznych, zatem doświadczenie uczy, że trzeba by było sobie wydraptywać do każdego z tych zawodów jakieś ścieżki, coś chodzić, coś rozmawiać, pertraktować itd. Niestety jest tak, że jeśli przez chwilę przerzucimy się do innej kategorii estetycznej, to w międzyczasie te ścieżki nam pozarastają i tak dalej. I tak to wygląda, że pokazuję na to, bo to ma trzy dni, to jest zbiór piosenek, gdzie jest ich 267, a ja napisałem prawie 3 tysiące. Jak się wziąłem za przepisywanie swoich piosenek na komputer, bo przyszło nowe, to nagle mi się wszystko utleniło i teraz mam problem poważny, czy szukać tego gdzieś w eterze, czy wziąć się za pisanie nowych. Ja sobie odpowiedziałem na pytanie, że może tak zdarzyć, że ktoś będzie zainteresowany, to niech sobie szuka, znajdzie 1, 10, 15, 20, 100. Ale mnie nie interesuje ja niegdysiejszy. Ja nie chcę wracać do byłych piaskownic. Bardziej interesuje mnie to niewiele tego życia, mówię tutaj o statystyce, które mi zostało, wolę poświęcić na mnie dzisiejszego, na takiego, jaki dzisiaj piszę, jaki dzisiaj maluję i tak dalej.
[09:38.95 → 09:43.61] A: Trochę zająca w tym było, o czym opowiadałeś, tylko tytułem wyjaśnienia.
[09:43.68 → 09:45.28] B: To znaczy, że niewiele się zmieniłem.
[09:46.42 → 10:40.11] A: Przejrzałam w garderobie, bo rzeczywiście książka jest bardzo nowa, ma ledwie kilka dni, ja nie zdążyłam jeszcze po nią sięgnąć, nie trafiła do moich rąk, natomiast kiedy otworzyłam ją w garderobie, zobaczyłam bardzo poważną zmianę, chyba że coś przeoczyłam, ale w twoich poprzednich publikacjach jest dużo ręcznego pisania. Bardzo mnie to zawsze ciekawiło, dlaczego Jan Wołek nie korzysta z usług pani maszynistki w czasach, kiedy nie było komputera? Dlaczego nie pozwala wydrukować swoich tekstów normalnie? Są nawet książki, które w całości prawie tak jak te o malarstwie napisałeś ręcznie, a jeśli odręcznie, a jeśli nie w całości, to przynajmniej wstęp dedykowany czytelnikowi napisany jest twoją ręką. Chciałam cię zapytać o powód, dlatego że przecież jest to, oprócz niewątpliwego szacunku, także odsłanianie się, Pisma można dużo wyczytać.
[10:40.84 → 14:31.93] B: No tak, tak. Jest jakiś anons tego, czy ślad tego, co było przedtem, bo zdjęcie, które jest na okładce, to jest sfotografowany rękopis przecież, przez Tomka Sikorę nawiasem mówiąc, z którym też parę książek zrobiliśmy, wespół zupełnie innych, bo on robił swoje szalone, obłędne fotografie, ja dopisywałem do tego przeróżne komentarze. Więc jakiś tam znak mnie jest. Ale to już jest, wiesz, to są tak zwane sztywne okładki. Za czasów komuny to było tak, że każdy człowiek piszący marzył o tym, żeby wydać swoje rzeczy w sztywnej okładce. To się tak nazywało. To był znak, że się już powoli przechodzi w stronę klasyki. Jednocześnie był to smutny anons tego, że prędzej czy później, oby później, prawda, odpłyniemy w jakiejś innej sztywnej okładce w rejony, które jeszcze są nam obce, ale tak to jest. Więc wiesz, jak się pojawia taka książka, gdzie jest jak gdyby kompendium tego, co się, małe bo małe, ale jednak jest, no to już raczej nie będę utrudniał Państwu, samo pisanie, sposób w jaki piszemy, ta mowa wiązana, czy taka mowa esencjonalna bardziej, jest wystarczająco trudna, tu mówię o tym słynnym pytaniu, które pada w każdej szkole, co miał na myśli poeta, to jakbym dodał do tego jeszcze swój charakter pisma, który jest co prawda bardzo ozdobny, bo to jest jakby carska szkoła kaligrafii, ale tyleż ozdobny, co nieczytelny. To odziedziczyłem po ojcu, moim nieżyjącym. Już moja matka nieżyjąca kiedyś pokazała mi całą szufladę listów, które dostała od ojca. Ja mówię, no i co tam stary pisał? A ona mówi, wiesz, nie wiem, nigdy mu się nie przyznałam, że nie przeczytałem żadnego, bo nie byłem w stanie. I ten, on się, wysilał się facet, te słowa miłości tam, prawda, układał, układał. To jest wdzięczność kobiet. I tak to właśnie wyglądało. I tak to wyglądało u mnie. Natomiast charakter pisma. Żyjemy w osobliwych czasach. Opowiadano mi ostatnio o naszej znajomej, która prowadzi szkołę, gdzie wszystkie dzieci posługują się iPadami. I ona im kiedyś zadała jakąś robotę klasową i rozdała im w formie kartek pytania. I ku swojemu przerażeniu stwierdziła, że dzieci położyły te kartki przed sobą i próbują je rozciągnąć, tak jak się robi na ekranach iPadów. No i tak jest ten świat, który się zbliża. Dzisiaj niedługo ludzie, którzy potrafią pisać za pomocą długopisu, czy flamastra, czy czegoś, ja zawsze piszę piórem wiecznym. Zaczynałem od pióra maczanego, jak niektórzy z państwa być może. Dzisiaj się pisze tym piórem wiecznym i osobliwością jest to, że w ogóle ktoś umie pisać za pomocą takiego przedmiotu. Dzisiaj raczej to się traktuje troszkę jako rękodzieło, troszkę jako element graficzny. Mnie samego kusi to i często to robię, że na swoich obrazach na przykład końcem pędzla drugim coś zapisuję, jakiś wierszyk, który mi w trakcie malowania wpadł do głowy albo coś, ale to jest normalny mój charakter pisma, to nie jest żadne tam drukowanko czy coś takiego.
[14:32.25 → 15:03.03] A: Z tymi kartkami to z jednej strony rzeczywiście znak czasu, że coraz mniej osób potrafi pisać ręcznie. Są państwa, w których wręcz w szkole już się przestaje uczyć ręcznego pisania, przechodzi się wyłącznie na sprawy związane z technologią. Ale z drugiej strony, na przykład w Dolinie Krzemowej, a to wyżyny technologii, istnieje szkoła, do której swoje dzieci posyłają ci, którzy światem technologicznym rządzą, w której istnieje absolutny zakaz. istnienia komputerów.
[15:04.79 → 15:06.03] B: To mi się podobało.
[15:06.47 → 15:20.81] A: Więc właśnie tak dokładnie nie wiadomo, w którą stronę ten świat idzie, skoro jednak ci, którzy za technologią stoją, uważają, że taki prawdziwy rozwój to jest rozwój na przykład polegający na ręcznym pisaniu. Przy następnej twojej publikacji... Mogę ci wejść
[15:20.81 → 17:20.94] B: w słowo, bo mi się przypomina rzecz pewna dotycząca pisania. Otóż, bo wspomniałaś o czymś takim, jak mechaniczne maszyny do pisania. Tylko w czasach tak zwanej komuny, żeby mieć taką maszynę, to trzeba było dostać przydział ze związku albo coś tam. Nie każdy miał maszynę, natomiast cenzura się panoszyła, no wiecie Państwo jak strasznie, a że zajmowałem się tak zwaną działalnością estradową, więc za każdym razem, ilekroć miałem wejść na scenę, na przykład z recitalem, no to musiałem przedstawić do cenzury przepisane wszystkie teksty piosenek, jakie zamierzałem. To nieważne, że za pół godziny miałem następny występ, to musiałem drugi raz przepisać, trzeci raz i tak dalej i tak dalej. Oczywiście nie miałem maszyny do pisywałem ręcznie te teksty, a że mam niewyraźne pismo, no to pisałem drukowanymi. To była męka straszna. Męka była straszna. I pamiętam kiedyś na FAM-ie mieliśmy takiego cenzora Jasia, który jeszcze pierwszą FAM-ę, drugą FAM-ę, trzecią to jeszcze był cenzorem, a później coraz bardziej stawał się krytykiem sztuki. coraz bardziej był zainteresowany tym, co robimy, już poza zawodowo, już coraz bardziej mu się podobało to, odezwały się w nie jakieś ludzkie uczucia. No ale przy okazji uświadamiałem sobie, jaka jest jego funkcja w tym całym układzie. Popadł biedaczysko w uzależnienie od alkoholu, popijał i tak dalej, i tak dalej. I któregoś dnia wchodzę do klubu festiwalowego, on siedzi taki naprany nad stolikiem, Zatrzymał mnie, jak przechodziłem i mówi tak, wołek, a łzym uciekł. Ja go mówię, słuchaj, mam prośbę, daj mi szansę. Pisz niewyraźnie. Na coś się przydaje, kiepski charakter pisma.
[17:24.86 → 18:57.14] A: Jan Wołek pisze, już trochę wiemy, ale teraz dlaczego pisze? Ja wiem, wiem jak powstaje piosenka. Jan Wołek ma dość czasem pewnych pytań dziennikarskich i jakiś czas temu napisał znakomity tekst, który składa się wyłącznie z samych odpowiedzi. To są odpowiedzi na pytania, które nie zostały w tym tekście zadane, ale zadają te pytania prawdopodobnie dziennikarze, więc Jan Wołek przygotował takiego gotowca. I tam między innymi jest odpowiedź na pytanie, prawdopodobnie na pytanie, jak powstaje piosenka. Otóż odpowiedź brzmi, piosenka powstaje wtedy, kiedy się bierze długopis do ręki. Ale spróbujmy zapytać o to, co się dzieje zanim ty ten długopis jeszcze weźmiesz. Bo ja rzeczywiście ciekawa jestem tych powodów, dla których piosenka powstaje. Trzy znalazłam. Kiedyś... Trzy, pewnie jest ich dużo, dużo więcej, ale powiedzmy trzy grupy. Wymknęło ci się to albo też celowo zostało ujawnione w takim tekście, który napisałeś w zakładzie dla nienormalnych. Dla normalnych, tak, bo twoja normalność idzie pod prąd, więc nie jest do końca taką normalnością, jaką my znamy. O te powody pisania tekstów, pisania piosenek chciałam Cię zapytać. Mówisz tam o tym, że po pierwsze to spowiedź, po drugie drzwi do innych ludzi, a po trzecie gołąb pocztowy.
[18:58.86 → 32:45.04] B: No tak, to nie wiem jak to Państwu powiedzieć, Zaczęło się... Trzeba by po kolei. Zaczęło się od tego, że pod prąd szedłem z tak zwanymi obowiązującymi modami. W ogóle uważam, że... Cały jestem de mode, uważam, że brzydzę się modą, mówiąc najoględniej. Uważam, że moda to jest kamizelka ratunkowa dla tych, co nie potrafią. Jeżeli coś się robi, to trzeba robić po swojemu. Wszystko jedno. A jak mówię, jak już się naprawdę nie wie, to próbuje się iść jakimś tropem, który przez grupę ludzi został uznany za obowiązujący czy coś. Ale to akurat nie ma znaczenia. Tak czy inaczej, owa przekora spowodowała, że w czasach, kiedy każdy szanujący się człowiek w moim wieku słuchał zespołu, The Beatles czy The Rolling Stones, ja przynajmniej i grupa moich kolegów, nie słuchaliśmy tej muzyki. To znaczy usłyszeliśmy raz, doszliśmy do wniosku, że to nie jest nasza poetyka i nie będziemy tego dalej słuchać. Natomiast... Natomiast zainteresowało nas coś innego, mianowicie tradycyjna muzyka amerykańska. Mówię tutaj o bluesie, ale to bluesie w takim wydaniu, wiecie państwo, nie progresywnym, tylko w tym archaicznym, a więc country blues, blues cmentarny itd. I tego się słuchało w takim maleńkim klubiku w Warszawie, przy rynku Starego Miasta. Klub się nazywał The Egg Full of Music. Jajo pełne muzyki. I myśmy tam przychodzili, dzisiaj znani muzycy, znani krytycy, wówczas taka hipisowska młodzież. Spróbujcie sobie Państwo wyobrazić mówiącego te słowa z brodą do pasa i włosami do łokci. I myśmy tam chodzili i słuchaliśmy tego bluesa, właśnie. A gdyż słuchaliśmy tego bluesa, no to fajnie by było się utożsamić. Trudno się, żyjąc w kraju socjalistycznym we wczesnych latach siedemdziesiątych, utożsamiać z, nie wiem, młodzyńskim niewolnikiem czy coś takiego. Może niewolnikiem tak, ale dlaczego młodzyńskim? No i tak jakśmy sobie słuchali, tego słuchali, jak się słuchało, to się też tłumaczyło. I przynajmniej mnie zaczęła bardzo pasować taka egzystencjalna poetyka. ta poetyka niedoli, nieszczęścia, tego wszystkiego, co otaczało ludzi tworzących to, opadających z więzienia w San Quentin czy gdzieś tam, grający bluesy z więźniami, uświadamianie sobie, że oto w chórze są skazańcy, że tamten facet nawet na gitarę nie ma, więc zrobił sobie jakiś tam instrument, jakiś tam na dżagu, jakimś graczy na string basie i śpiewa. No i to wszystko zaczęło powodować, że nam furczała wyobraźnia. Więc najpierw były próby dokonania transpozycji tego na język polski, no ale się nie da, no bo ani się nie da przekazać tego, no może się da przekazać blue note, czyli ten bluesowy zapis, no ale atmosfera tych pieśni przekładana na socjalizm, no to już dosyć karkołomnie wyglądało. Trochę myśmy tego robili, założyłem nawet parę zespołów ze świętej pamięci Jackiem Kubikowskim, który również był członkiem tego klubu, moim rówieśnikiem i kolegą, ale później doszedłem do wniosku, że to już nie, że ta klatka ma za grube pręty, te bluesowe okowy, że trzeba z tego wyjść, zostawiając tylko jedno, zostawiając taki egzystencjalny sposób widzenia tej rzeczywistości, to zostawiając sobie. I odpuściłem tego bluesa i zacząłem te bluesy pisać po swojemu. Głęboko przekonany, że po pierwsze nikt nie ma prawa śpiewać o moich rzeczach, ponieważ śpiewałem o przypadkach, które dotyczyły mnie bezpośrednio, używając imion, używając miejsca akcji itd., więc uznałem, że... Po drugie, nikt mnie nie prosił o to, żebym mu pisał teksty i to jest wystarczający powód. Po trzecie, musicie państwo sobie wyobrazić, pewnie wiecie, że to były czasy, kiedy piosenka była kategorię estetyczną, której zadaniem było chwalenie rzeczywistości, w której przyszło nam żyć. Artysta wychodził na scenę w złotej marynarce czy w srebrnej, jeździł po różnych energetycznych szlagach festiwal i wyśpiewał różne koszmarne pierdoły o tym, że jest w ogóle pięknie itd., kiedy tak pięknie nie było. Już samo myślenie, że nie jest piękne było niemile widziane. A jeszcze jak się dodało od siebie, z jakiego powodu nie jest piękne, nie daj Bóg, to już było w ogóle kiepsko, tym bardziej, że tak zwana władza posiadała sposoby na to, żeby nam to życie utrudnić, choćby przez prosty fakt, że wydawała nam zakazy występowania, czyli odbierała nam szanse utrzymania się przy życiu. Wiem coś na ten temat, bo sam występowałem pod pseudonimem Aniela Musiał, bo miałem zakaz tu i ówcie. Ale zanim do tego doszło, to trzeba było przełamać w sobie pewien wstyd. Parę dni temu rozmawiałem o tym z moim przyjacielem Piotrkiem Machalicą. Ja mówię, że to troszkę tak jest jak z twoim zawodem, że na początek trzeba umieć przełamać wstyd udawania kogoś innego. Ja nigdy do końca nie umiałem się odnaleźć na scenie jako człowiek, który wyszedł ze swojej skóry i wykonuje swoją robotę służebną wobec innych ludzi, którzy są naprzeciwko. Otóż nie. Ja zawsze wychodziłem jako Janek, który ma do powiedzenia coś, Kaziowi, Władkowi, Malwinie, Andrzejowi i tak dalej, i tak dalej. I to troszkę, wiecie państwo, wyglądało tak, jakbym sobie sam zapalił gdzieś ognisko w lesie i nagle z krzaków wychynął, zajmując się jakąś intymną czynnością, przez taką czynność rozumiem śpiewanie piosenek, I nagle z krzaków wychynął ktoś i się dosiadł. No tu się nie przerywa śpiewania i nie mówi się wypierniczaj, tylko się w najlepszym przypadku udaje, że nikt się nie przysiadł. No i tak się przysiadł jeden, drugi, piąty, dziesiąty, którzy z nabożną czcią wysłuchali tego, co facet miał do powiedzenia, a facet po prostu za pomocą tych piosenek chciał się wypłakać, wyryczeć. Oni, jak się okazuje, byli moim konfesjonałem, a ja byłem ich konfesjonałem, ponieważ oni wychodzili z założenia, oni, państwo wychodziliście z założenia, że ten facet kombinuje tak samo jak ja, tylko że on może lepiej pisze troszeczkę albo ma więcej odwagi, żeby wziąć to pudło, wyjść i wyryczeć wszystko, prawda? I to miało... Wymiar takiej intymności, że bardzo często zdarzało się tak, że były zupełnie łamane kanony zachowań scenicznych. To znaczy, jak kończyłem piosenkę, to była cisza. Przecież nikt nie bije brawa w kościele, prawda? Albo przy ksiądz bije brawo, oś, fajnie chłopak nagrzeszył, no brawo. Nie, była cisza kompletna, I zdarzało mi się, i to wielokrotnie, że ja kończyłem występ czy kończyłem koncert i ludzie wstawali w absolutnej ciszy i ja wstawałem i wychodziłem. I oni wstawali i wychodzili. I nie padało żadne słowo, nikt nie klaskał, nikt nic nie mówił. Oto przez godzinę czy półtorej doznaliśmy jakiejś sytuacji wielkiej intymności, głębokiego spojrzenia se w oczy i tak dalej, i tak dalej. To miało zupełnie inny wymiar, zupełnie inny wymiar. Więc odpowiadając się na te pytania po co, odpowiadam prosto. Dla mnie to miało działanie katarktyczne. To jest każdy problem, a moje życie się permanentnie składało z problemów, Bo są czasami takie natury, które jak coś nie jest po grudzie, to jakoby nie było. Ja już się z tego śmieję, bo już się przyzwyczaiłem i wcale mi to nie przeszkadza w tej chwili w życiu. A nawet przeciwnie, mam taką kocią naturę, że z którego piętra bym nie zleciał, to jakoś się tam na te, nawet na te cztery łapy jakoś ustawię. Mówię o tym, że tam są często powieści o naprawdę dramatycznych sprawach, naprawdę. A ja jakoś mi się udało z tego dramatu wysupłać zawsze i zawsze był dla mnie ważny. Co jest dla mnie znakiem, Nie pesymizmu, tylko optymizmu. Ja uważam, że życie jako takie, mimo że się kiepsko kończy, jest czymś na tyle fajnym, na tyle pozytywnym, oczywiście zależy to od nas, ale na tyle proponuje nam tyle rozsądnych i fajnych rozwiązań, że stan takiego, nie mówię o błogostanie, ale względnego zadowolenia jest czyli optymizmu, jest stanem naturalnym, codziennym. Istotne jest to, co jest nieszczęściem, bo to stanowi turning point, to jest punktem zwrotnym, to jest warte odnotowania choćby ku przestrodze, dla ciebie, dla innych. Więc głównie mnie to interesowało. Potem się troszkę odmieniło. Natomiast powiem państwu, że każdy dramat, który doznawał uzewnętrzenia, uzewnętrznienia, uprzedmiotowienia, jak gdyby, który przetrawiłem, wyplułem, jak ta sowa, która tam tę sierść z siebie wyrzuci po jakichś myszach. Ależ ja mam metafory piękne. To wszystko zapisane na kartce jest Problem staje się znacznie łatwiejszy do okiełznania, do zapanowania i pewnie stąd mi się to wszystko brało, ta chęć zapisywania. Później to wpłynęło na sposób bycia, bo tak jest, zaczynamy postrzegać świat pod kątem jego przydatności dla naszych potrzeb. To znaczy mi to już nie przeszkadza. Kiedyś się może próbowałem nad tym jakoś skupić, ale teraz już nie. Teraz ja Mam podzielność uwagi daleko większą niż ta, że mogę iść i jednocześnie rzuć gumę. Ja słyszę, co ludzie mówią, potrafię wyłuskać zdanie czy sformułowanie, które jest przydatne dla mnie, a jednocześnie widzę, że ten zaułek, gdyby go oświetlić tak i tak dalej, to jest rzecz, której urody nie dostrzega nikt może poza mną i paru moimi kolegami. Fajnie by tu wrócić namalować. I tak się przemykam przez ten świat jakby jak heterotrof, jak cudzożywny, co żyje na innym organizmie. Ten świat jest dla mnie troszeczkę takim organizmem, który mi dostarcza napędu, dostarcza karmy. Więc jak się Państwo domyślacie, Pracuję 24 na dobę i nie pracuję w ogóle jednocześnie. Jak mi żona mówi, możesz mi pomóc? Ja mówię, nie mogę w tej chwili, bo pracuję. No jak to, przecież łazisz. Ale ja nie pracuję nogami. Ja nie jestem listonoszem, ja pracuję głową. Aha, przepraszam. Już oczywiście dawno się nauczyła, że... Ja się sam wejdę do roboty, jak tylko się uwolnię z tych tam, co się dzieje pod Beretem. No i tak.
[32:45.22 → 33:39.80] A: Bardzo ładnie to sobie wymyśliłeś, to oglądanie siebie z zewnątrz, bardzo mi się to podoba. Obejrzeć siebie z zewnątrz, takie napisanie piosenki, To, o czym mówiłeś, to jest takie spojrzenie na siebie z tej drugiej strony. Rzeczywiście przynosi niezwykłe efekty. Ale zatrzymać się chciałam przy tamtym okresie, bo on był też związany z takim słowem, które w ciągu ostatnich lat robi zawrotną furorę, mianowicie sukces i sława. Ty osiągnąłeś ten wielki sukces i wielką sławę miałeś w czasach, w których ci media takie jak telewizja czy internet nie pomagały, bo internetu nie było. a gwiazdą telewizyjną wtedy jeszcze też, staje się, nie byłeś. Osiągnąłeś sukces, który polegał między innymi na tym, że miałeś widownię, która słuchała cię na przykład tak, jak mówiłeś.
[33:40.00 → 33:40.68] B: Sojuszników.
[33:41.28 → 34:16.58] A: Miałeś sojuszników. Osiągnąłeś sukces, który polegał też na tym, że trzymałeś, jak to się kiedyś wyraziłeś, życie za klapy. Czyli wydawało ci się, że byłeś rozpoznawalny. Nie chcę powiedzieć, że rządziłeś, bo to nie o to chodzi, ale byłeś panem sytuacji. Powiedz mi proszę, zdobywałeś nagrody. Przypomnijmy, że Jan Wołek to jest między innymi laureat trzy razy pod rząd nawet. Wygrałeś Kraków. To się chyba już nigdy później ani nigdy wcześniej nie zdarzyło.
[34:16.60 → 34:18.08] B: Powtórzył Jacek Kaczmarski.
[34:18.22 → 35:03.91] A: Jacek Kaczmarski, tak. Ale była jeszcze Fama, było Opolę. Sukces gonił sukces. Powiedz proszę, jak się to ma jedno do drugiego, ta wielka intymność? to takie skupienie na sprawach, które są najistotniejsze i które bolą, bo sam powiedziałeś przed chwilą, że to jest tylko w życiu, to jest ważne. O tym warto pisać, o tym warto śpiewać. A z drugiej strony ta rozpoznawalność, ci fanki, fani, zupełnie inny świat. Czy na przykład ten celnik, który przypomniał sobie znaną polską dobranockę, sprowadził cię do poziomu, czy też może zdarzało się kilka innych?
[35:03.91 → 47:03.67] B: Bardzo mnie sprowadził do poziomu na długie lata. Pierwszy raz wyjechałem za granicę, za poważną granicę, czyli za Żelazną Kurtynę, z znanym wówczas teatrem studenckim Kalambur z Wrocławia, który to teatr był prowadzony przez Padrego Litwińca, Bogusia Litwińca, reżysera. Boguś, który mnie bardzo lubił, z wzajemnością, przecież nie byłem aktorem, mimo że wśród swoich tam rozlicznych sukcesów miałem również wygrany ogólnopolski festiwal teatrów jednego aktora, nie wiem czy wiesz, w Toruniu, który wygrałem przy jakimś tam, grałem imprezę towarzyszącą tak zwaną, czyli swój reżytal, I jury doszło do wniosku, że tam pal sześć tych wszystkich konkursowiczów, że jedyne co im się naprawdę podobało to mój recital i dali mi główną nagrodę w tym festiwalu. No ale mogli sobie na to pozwolić, to sobie pozwolili. Wracając do tematu, otóż Boguś, który chciał mi pokazać troszkę świata, a wymyślił sobie taki termin teatru otwartego i sztuki otwartej, która jak gdyby wchłaniała wszystko z różnych taki wrażliwy odkurzeń, że tak powiem. Zresztą wydali jedną witrynę, wydawnicza Kalambur wydała też taką moją książeczkę. I oni mieli pojechać na festiwal teatru otwartego do Palermo na Sycylii. I postanowili zabrać mnie ze sobą pod pretekstem, że miałem grać swoje recitale jako Jean Wołek, I jednocześnie grać w sztuce Urszuli Kozioł, do dzisiaj pamiętam. Sztuka się nazywała Biała Skrzynia, czyli w wolnym tłumaczeniu Wajsę, Pudlo. Ja miałem grać rolę tytułową, czyli to Pudlo, a mówiąc ściślej jego wnętrze. Siedziałem w środku takiego kubika wielkiego i jak mi się przez tą godzinę udało nie zasnąć, to na koniec wychodziłem i wygłaszałem jakiś idiotyzm typu tam powóz zajechał czy obiad podano. No i pojechałem do tego Palermo. No i odegraliśmy dwa czy trzy razy tę sztukę przy pełnych salach. Ja zagrałem swoje recitale. Nikt w ogóle nie rozumiał, o co ja tam warczę, co ja się wydzieram na tych ludziach, bo śpiewałem po polsku. No ale wszyscy byli bardzo przyjęci, no bo to się czuje, że facet autentycznie przeżywa jakieś emocje. I wracamy do tej Polski. No i przekonani o wielkim sukcesie. Zresztą to były czasy, jak niektórzy z Państwa pamiętają, gdzie sukcesem już było otrzymać wizę i paszport. Jak się otrzymało tę wizę i paszport, to reszta to była prosta implikacja. No to wiadomo, że nawet gdyby tego sukcesu nie było, to mogliśmy sobie spokojnie opadać w Polsce, bo mało kto jeździł. Niemniej byliśmy przekonani o naszym sukcesie, bo naszym kolegom z zachodu się wszystko bardzo podobało i tak dalej. No i oto jesteśmy na granicy czesko-słowacko-austriackiej, gdzie już się żarty kończą, bo to jest żelazna kurtyna. Oczywiście natychmiast Austriacy nas wyprosili z autobusu, ustawili nas w taki rządek i pamiętam do dzisiaj takiego małego, co nie był celnik tylko pogranicznik, takiego małego austriackiego żołnierza, takiego Sukiensynka, który zebrał taki wielki plik naszych paszportów, tak patrzył na nas zimnym okiem, otwierał paszport, wyczytywał nazwisko, no to ten ktoś On go przywoływał, ktoś stawał na baczniu i patrzył w twarz, to, w twarz, to. Pasterkito, on w ogóle napięcie oddawał, ale bez przekonania. I tak jedno, cała druga, dziesiąta, piętnasta i cały czas ta spięta, austriacka, prawda, twarz kamienna. No i w pewnym momencie otwiera kolejny paszport, mówi Wolek. I się zaczyna uśmiechać. No to jak on się uśmiecha, to ja też się uśmiecham, co mam robić, no. To on się jeszcze bardziej uśmiecha, no to ja jeszcze bardziej. No to on jeszcze bardziej, to ja i tak stoimy naprzeciwko siebie jak dwa słońca gorejące, śmiejemy się odtąd dotąd. Ja sobie myślę, cholera, no jednak ten sukces był większy niż myślałem, no bo to facet mnie, kurczę, ewidentnie rozpoznają, taki uśmiechnięty, złożył ten paszport, strzelił się nim w łapę, oddał mi, powiedział, ja! Wolek i lolek. No i to mnie właśnie jak gdyby wyleczyło, prawda, z tych wszystkich, z tego nadmuchania własnego ego. A wracając do tematu, bądź była troszkę przydługa, chociaż mogłem ją skrócić, ale wiecie państwo, to nie było tak do końca. Te nasze tournée, które odbywaliśmy od klubu do klubu, bo myśmy się obracali w kręgu subkultury, nie tej kultury zastanej spod znaku złotego i czy srebrnego fraka, tylko myśmy byli w obszarze tej kultury studenckiej, młodointeligenckiej, która rządziła się zupełnie własnymi prawami, która miała swój system dystrybucji artystów, swoich artystów, którzy mówili prawdę, którzy zakładali kabarety, którzy robili teatry, które były zupełnie innymi teatrami niż teatry stacjonarne, swoich piosenkarzy, którzy śpiewali chropawo, ale mądrze i pisali dobrze i tak dalej, i tak dalej. No i oczywiście kluby studenckie, które były tymi głównymi miejscami dystrybuowania tego, cośmy wtedy wymyślali. To, co się dzisiaj nazywa tournée, to wtedy można było nazwać, nie wiem, konwojem do Murmańska najwyżej. Po pierwsze nie mieliśmy samochodów, więc trzeba by się było tłuc tymi bydlęcymi wagonami po całej Polsce. wykonując po trzy recitale dziennie. Jeden w Przemyślu, drugi w Świnoujścioczy, bo nikt nie potrafił tego ani strategicznie, jakoś rozsądnie ułożyć, ani cokolwiek mądrego z tym zrobić. Tak się tłukliśmy. W środku nocy przyjeżdżał człowiek nieprzytomny o 4 rano, gdzie podobnie jemu, prawda, kulawcy Boży odbierali go na dworcu. Już w pierwszej smudze cienia wypijaliśmy pół litra, bo przecież Człowiek by się z nóg zwalił z tego zmęczenia. I tak to życie wyglądało. Więc ci wszyscy ludzie, z którymi mieliśmy do czynienia, których się, oczywiście powierzchownie, za pomocą środków masowego przekazu, czyli powiedzmy telewizji czy internetu, można zdobyć ich serca jedną, z przeproszeniem, gównianą piosenką w ciągu dwóch dni. Dwóch dni. Inna sprawa, co to za sukces, prawda? Im się krócej na sukces czeka, tym się z większej wysokości bardziej boleśnie spada, ale tam to nie było tak. Myśmy dziennie zjednywali sobie koncertem, nie wiem, 400 osób, 500 osób. Półprzytomnie jechaliśmy dalej, dalej, dalej, dalej. Jedyny sposób dystrybuowania, przecież nie nagrywaliśmy płyt, kto by nam pozwolił nagrywać płyty i tak dalej. Jedyny sposób to ktoś ze studentów miał szpulowy magnetofon ZK 240 albo 120 jak biedniejszy i nagrywał. Później to się powielało i chłopaki słuchali po pokojach i tak dalej. Więc myśmy nie byli idolami, myśmy byli sojusznikami. Myśmy byli jeden z nich, tylko taki fajniejszy trochę, bo widoczny. Dzisiaj można w ciągu sekundy, dowiedziawszy się z tabloidów, że rzucił swoją żonę i dziecko, już go nie kocham. Nie, wtedy to były trwałe uczucia, nie mówię o tej żonie i o tym dziecku, tylko trwałe uczucia między publicznością a wykonawcą. Więc to były uczecia naprawdę trwałe, bo świadomość, rządziła tym świadomość, że jesteśmy po tej samej stronie barykady, że boksujemy się o to samo, to samo się nam nie podoba, a to samo się nam podoba, że oni nie słuchają tych obszczy murów w Złotych Marynarkach. Oni chcą, żeby ten obdarty, prawda, półpijany i wyharczał, wyryczał swoje, prawda? Nie nagrywaliśmy. Pierwsza kaseta, pamiętam, która się pojawiła w tym ruchu, dano mi szansę nagrania pierwszej kasety w historii. A powiedziałem, Boże, tylu nas jest, fajnych facetów, spotykamy się na festiwalach, trzymamy sojusz, no co ja mam, sam nagrywać? To chociaż niech ktoś ze mną nagra. Ja nagram pół, on nagra drugie pół. Poprosiłem wolną grupę Bukowina, wtedy pamiętam Wojtka Belona, już nieżyjącego od lat. I tak powstała pierwsza w tym ruchu w ogóle kaseta, pierwszy zapis tego typu muzyki, tego typu twórczości. Do dzisiaj to krąży jako tytuł programu radiowego Gitarą i Piórem. Belon, czyli Bukowina i ja. Pamiętam jakie mieliśmy pomysły nieprawdopodobne na przykład na nagranie wspólnej płyty takiej, to już później trochę, takiej decydenckiej. czy ludzi, którzy nie są, że tak powiem, zachwyceni nie dość, że rzeczywistością, to sposobem artykułowania opowieści o tej rzeczywistości. I to wymyślił taki dysydent niemiecki, enerdowski, który się nazywał Ekehard Maas, I przyjeżdżał do Polski, miał zakaz opuszczania kraju, więc przyjeżdżał do Polski pod pociągiem, uwieszony gdzieś tam się, wiesz, o jaki mały, chudy. I przyjeżdżał do mnie i on dostał takiej idei, że nagramy, on sam śpiewał i grał, że nagramy wspólną płytę. Z każdego kraju ktoś tam. Wolf Biermann, on, ja. I moim zadaniem było pojechać do Związku Radzieckiego i zblatować Wysockiego. No ale jak to tak? Nie można sobie było tak pojechać, prawda? No to kombinowałem, kombinowałem, przyszedłem do jakichś działaczy studenckich i mówię, chłopaki, co zrobić, żeby pojechać? Mówię, przecież za chwilę jest Olimpiada w Moskwie, pojedziesz jako wielbiciel sportu. Ja mówię, no ale jakiego? No powiedzcie mi, musisz coś. Nauczę o tym sporcie. No i pojechałem. Tylko, że nie powiedzieli, że trzy dni przed Olimpiadą Wysocki umarł. ponieważ nie chcieli wprowadzać nieprzyjemnych nastrojów itd. No i tyle było z tej płyty. Gdzieś tak się uciekłem z tematu, ale to u mnie typowe, nie przejmuj się.
[47:03.91 → 47:46.53] A: To powędrujmy w takim razie, miejąc kilka parę epok, parę płyt, do takiej płyty, od której wziął się tytuł tego dzisiejszego spotkania. Bo to już zupełnie inne pisanie i nie dla siebie napisałeś te piosenki. Na przykład Peski nie powstały przecież dla ciebie. Powiedz, kiedy z tych spraw takich szalenie intymnych, tych bardzo bolesnych czasem, Przeszedłeś do tego, żeby opisywać świat ogryzków, pestek, drobiazgów, rondelków, szukać tamtego, co naprawdę istotne.
[47:50.20 → 53:46.51] B: Z tym pisaniem to było tak troszkę, że gdybym chciał pisać o każdym dramacie, to już choćby w tej książce byłoby 267 dramatów. Ja nie wiem, jak moje serce by to wytrzymało, a zważywszy, że tych dramatów było więcej, bo 3000, no to naprawdę ciężko to wytrzymać i zdaje się, że ta rozmowa mogłaby się odbywać teraz w zakładzie zamkniętym, mówię psychiatrycznym. Więc to nie tak. Nie każde zdarzenie implikuje powstanie piosenki, oczywiście. Ale są też takie wydarzenia, które są warte odnotowania, nawet gdzieś na mankiecie koszuli. Ja to nazywam wekami. Mam całe sterty różnych takich brulionów zapisanych tą moją carską szkołą kaligrafii, zawsze piórem, bo używam tylko pióra i zawsze używam czarnego atramentu albo sepi. i sobie notuję różne rzeczy. I w sytuacji, kiedy doznam jakiejś ołowicy mózgu albo czegoś równie niebezpiecznego, na szczęście rzadko mi się to trafia, albo po prostu z czystej ciekawości. Wsadzam łeb do takiego weku i wyjmuję sobie coś, jakieś zdanie, jakiś opis i staram się z tego zbudować piosenkę. Ta piosenka oczywiście już w sposób bezpośredni nie dotyczy zdarzenia, które implikowało coś, tylko jakiegoś fragmentu czy czegoś. Więc to już są takie piosenki, takie pigułki, które są do przełknięcia dla każdego. I zdarzyło się tak, że po prostu już nie mogłem po zagraniu tam setek, by nie, że z tysięcy tych recitali, koncertów itd., itd. Już, co tu dużo mówić, musiałem odpokutować to, co te wszystkie konwoje do Murmańska, te wszystkie roztrzepane życie, tą jedną wielką histerię. No i się, co tu dużo mówić, pochorowałem. Jak się pochorowałem, to wylądowałem w szpitalu. Jak wylądowałem w szpitalu, to się okazało, że panowie mi dają tam na przeżycie 95%, a reszta to piasek. No i coś czuwało, ktoś czuwał. I zmieściłem się w tych 5%, ale wtedy sobie powiedziałem, że już mogę nie wytrzymać dalej tego jeżdżenia, tego wszystkiego, więc w przewadze wtedy zaczęło żyć malarstwo, które już nie wymagało ode mnie żadnych nerwów, tylko siedziałem spokojnie na tyłku. Natomiast chęć mówienia, opisywania rzeczywistości i tak dalej siedzi w człowieku, bo to jest takie narkotyczne, że tego się nie da strzepnąć jak kurz z rękawa. Zdaje się, że wyczuli to moi koledzy, także ci, którzy występowali w tych różnych srebrnych i złotych marynarkach i którzy jak się napili, to przychodzili do mnie różni rockowcy i tak dalej i nie tylko, ale te wykonawcy z tego środka tak zwanego i mówili, Jasiu, ja już naprawdę jestem inteligentnym człowiekiem, ja tylko tak wyglądam, błagam cię napisz mi coś, bo ja już nie mogę tego bełkotu wytrzymać, proszę cię. No i ja mówię, dobrze, jednemu napisałem piosenkę, drugiemu napisałem piosenkę. Więc to już były te piosenki, które ja nazwałem mnie i moje. Bo były moje i mnie i moje. Moje to były te, które dotyczyły zdarzeń dotyczących mnie bezpośrednio i które były moim udziałem, a mnie i moje to były te również moje, ale które doznały pewnego uogólnienia i trafiły do cudzych rąk już bez odpowiedzialności za to, co kto z tego zrobi i tak dalej. Oczywiście pewna odpowiedzialność jest, bo jak mnie ktoś pyta, co najpierw, czy muzyka, czy tekst. Bywa tak i bywa tak. znacznie trudniej jest pisać do muzyki, bo już wchodzisz w klatkę gotowo. A tak to masz pewną swobodę, niech się potem buja z tym kompozytor, czy później aranżer. Natomiast jak wchodzisz w muzykę, no to już jest znacznie trudniej, jeżeli chcesz napisać tekst, który wytrzymuje próbę czytania, a jednocześnie odnajduje się, czyli zachowuje tę zasadę adekwatności muzyka i tekst, co jest podstawą, moim zdaniem, dobrej piosenki. Natomiast jest jedna rzecz, która jest bardzo cenna w takim kierunku pisania. To mianowicie, że po mnie jest mniej chętnych do spieprzenia roboty, bo ja już wiem do jakiej muzyki piszę, prawda. I zawsze mogę powiedzieć kompozytorowi, wiesz co, to jest naprawdę piękna muzyka, ale do windy w domu towarowym, a nie ma w niej żadnego dramatu, który można by było podnieść słowem albo coś zrobić z tym istotnego. Na szczęście z wiekiem już mam taką grupę przyjaciół i współpracowników, mówię o kolegach kompozytorach, muzykach, że się doskonale rozumiemy.
[53:46.85 → 53:59.29] A: I te piosenki, o których w tej chwili mówisz, to są piosenki, których ty nigdy nie śpiewasz i nigdy nie zaśpiewasz. Podobnie jak te, które napisałeś dla siebie, one nie są przeznaczone dla innych. To jest dość wyraźna u ciebie granica, prawda?
[54:00.86 → 55:24.62] B: Znaczy, ja widziałem takie przypadki, gdzie podejmowano próbę zaśpiewania tych piosenek, do których ja pisałem muzykę i które grałem i wykonywałem, grając je zupełnie bez pojęcia, bo ja byłem samoukiem i do dzisiaj koledzy gitarzyści to bardzo dobrzy gitarzyści. Mówią, jak to grać? Przecież to jest niemożliwe tak zagrać. Pazurami na dwunastostrunnej gitarze, która ma żelazne struny. że to jest niemożliwe. Ja mówię, no przecież widzisz, że tu nie ma żadnego oszustwa. Wszystko było grane. Ale jak ty do tego doszedłeś? Ja mówię, po prostu z głupoty, z niewiedzy. Ja nie wiedziałem, jak to się robi. Jacek Kaczmarski to przynajmniej wziął gitarę odwrotnie i nawet strun nie przełożył, bo myślał, że tak trzeba. I jemu wyszło takie granie. Mnie wyszło inne granie. Później z wiekiem próbowałem to jakoś naprawiać, ale jak już zacząłem naprawiać, to sobie myślę, a nie. Natomiast podejmowali koledzy próby zagrania, zaśpiewania tego, co ja wyprawiałem i to jest naprawdę żenujące to było. I oni o tym wiedzieli, że są takie przypadki, gdzie można samemu wykonać coś i to będzie wiarygodne. I to będzie wiarygodne, a potem jak ktoś to próbuje zrobić, to już nie idzie.
[55:25.40 → 55:34.34] A: Mam takie wrażenie, wspomniałeś o przyjaźniach z kompozytorami, bo tu i Janusz Krzywacz, i Jerzy Satanowski, to są bardzo... Ci dwaj,
[55:34.44 → 56:26.83] B: których wymieniłaś, przepraszam, ci wejdę w słowo, bo ich jest oczywiście znacznie więcej. To są faceci akurat, ci dwaj, z którymi mogę pisać, że tak powiem, w stronę odwrotną. To znaczy bez żadnego bólu oddaję im tekst, wiedząc, że jak zrobią do niego muzykę, to będzie idealnie trafiona. Idealnie. A wiecie państwo dlaczego? Obydwaj są z wykształcenia polonistami. Oni słyszą muzykę w tekście, bo w każdym tekście, a szczególnie w mowie wiązanej jest melodia, tylko ją trzeba złapać. Tylko ją trzeba złapać. Już się zaczyna kręcić, prawda? I to są faceci, którzy idealnie trafiają.
[56:27.29 → 56:36.69] A: Często piszesz z przyjaźni. Wśród tych osób, z którymi pracujesz, to są osoby, które są ci bliskie albo stają się bliskie, bo pracowaliście razem?
[56:38.03 → 01:02:10.98] B: Bardzo się lubimy, bardzo sobie ufamy. Podejmowaliśmy takie mozoły, których z nikim innym bym pewnie nie dźwignął, jak na przykład, nie wiem, koncert, który się zamawia miesiąc przedtem. Koncert, który ma iść na żywo, w telewizji, transmisja jeden do jednego. Mamy na napisanie od początku do końca koncertu scenariusz, 15 piosenek, 15 muzyk, 15 aranżacji, 8 wykonawców, orkiestra i mamy na to miesiąc. Zrobić to, zorganizować to, trafić. Myśmy robili kilkanaście takich koncertów i się dało. Oni komponują, ja piszę. Wysyłam, wysyłam, tu muzyka, tu jeden już pracuje, drugi już pracuje, trzeci już pracuje. Dobrze, tamci już ćwiczą, bo piosenki są gotowe. I jechało, i było fajnie. Chociaż do końca nigdy nie wiadomo. To długa opowieść, ale moim zdaniem śmieszna, jak robiliśmy taki koncert na festiwal Gwiazdo-Międzyzdrojów i miał być transmitowany jeden do jednego. Coś niebywałego. Koledzy dostali wcześniej, artyści, aktorzy, dostali wcześniej teksty, piosenki itd., ale przyjechali do Międzyzdrojów. Trzy dni zabawa, a tutaj za chwilę scenografia już gotowa, telewizja jeden do jednego, wszyscy porozchodzili się, nikt nie przychodzi na próby, tylko jeden aktor, którego nazwiska nie wspomnę. Jeden aktor, korzystając z tego, że Włodek Nachorny zawsze w gotowości, bo Włodek prowadził zespół, i korzystał z tego, że Włodek był zawsze wolny, bo wszyscy gdzieś tam szarżowali po knajpach albo po plażach i tak dalej. No i któregoś dnia okazuje się, że to już właśnie jest ta godzina zero. Ja myślałem, że umrę na zawał. Ale przychodzę i widzę tak, ktoś mi doniósł, że jeden aktor, który powiedzmy sobie, że pił przez ostatnie trzy dni, chodzi po plaży i powtarza sobie piosenkę, już dobrze. Drugi aktor, który skłamał, że mu się zepsuła drukarka i wysłała mu tylko jedną zwrotkę i dlatego nauczył się jednej, tak se zręcznie ściągawki porozkładał na scenie, że tylko przemykał i w ogóle wszystko powie. Trzeci to, czwarty to i patrzy, że wszystko jak gdyby zaczyna się kleić. Ten aktor, który był obkuty, no to już był poza konkursem, bo to wiadomo, że on umie świetnie wszystko. No i rusza koncert. Powtarzam, jeden do jednego transmisja bezpośrednia. Najgorsze, co może być. Bo tutaj siedzi tak zwana branża jako widownia. Tu pan Holubek, tutaj... Czołówka polskich artystów, którzy mają to do siebie, że lubią, jak się kolega walnie na scenie, bo to zawsze jest przyjemne. A dystans między wykonawcami anime jest mniej więcej 2 metry, ponieważ to było w tak zwanym piekiełku na dole w hotelu Amber Baltic, gdzie odbywały się potańcówki. No i naokoło siedziała publiczność, a tutaj był zrobiony rodzaj takiej knajpki i w tej knajpce nad ranem siedzą opoje, i śpiewają różne egzystencjalne pieśni, prawda, o różnych przypadkach. Są też dwie babcie klozetowe, jedna jest od Kupy, druga jest od Siku, powiązują się Zosia Merle i Staszka Celińska, barmanka, czyli jedyna zawodowa piosenkarka, Justyna Steczkowska, no i aktorzy. Jeden aktor zaśpiewał swoje. Pięknie, na takim kacu zaśpiewał taką egzystencjalną, alkoholową piosenkę, więc był tak wiarygodny, że wszyscy w ogóle siedli. Drugi kolega przeleciał w ogóle niezauważalnie po tych ściągach, nie pomylił się ani razu. Justyna zaśpiewała cudnie, Zosia Merle zaśpiewała cudnie, Staszka Ceńska cudnie, no i wychodzi ten kolega aktor, prawda, o którym No wiadomo, że tu się nie muszę denerwować, bo on przecież obkuty jak nieboskie stworzenie. I miał taką piosenkę o takiej starej miłości, już takiej, że tak powiem, zleżałej miłości, z niezwykle ubogim instrumentarium, tylko Włodek Nachorny na pianinku czy na fortepianie. I on na takim zbliżeniu śpiewał refren. A refren był, popatrz, ile ta miłość trwa. Zdążyliśmy pochować psa, Wyciąć sad, posadzić sad, tyle lat. I on wychodzi, zaczyna śpiewać. Ja myślę, Boże, przecież ja tego nie napisałem. A on śpiewa tak. Zobacz, ile ta miłość trwa. Zdążyliśmy wyrąbać psa. I to był koniec. Ja nawet się nie obraziłem ani się nie zdenerwowałem. Dobrze ci kujonie. No i tak to.
[01:02:11.60 → 01:02:13.72] A: Przejdźmy się do Kazimierza.
[01:02:13.74 → 01:02:14.58] B: Mam to odszczekać?
[01:02:14.78 → 01:02:17.64] A: Nie, masz podać nazwisko.
[01:02:18.44 → 01:02:20.72] B: Po lekcjach.
[01:02:22.40 → 01:02:33.76] A: Powiedzmy do Kazimierza, który jest bardzo ważny, był być może ważniejszy, ale ciągle masz tam swoje miejsce, swoją galerię, w której cię nie ma, w której rzadko bywasz.
[01:02:34.54 → 01:02:36.00] B: Ja ją mam, ale ona mnie nie ma.
[01:02:36.42 → 01:03:04.60] A: Ale też jednym z powodów, myślę, pewnie jest ich bardzo dużo, ale jednym z powodów jest to, że naprzeciwko nie ma już galerii Jerzego Gnatowskiego. Bo Kazimierz, twoje malowanie i Jerzy Gnatowski to bardzo ze sobą związane słowa, rzeczy, ludzie. Możesz opowiedzieć, skąd się wziął Jerzy Gnatowski w twoim życiu? To on cię nauczył malowania?
[01:03:05.58 → 01:14:00.71] B: I tak, i nie. I tak, i nie. Wiesz, ludzie po akademiach piszą, wyszedł z pracowni i tego i tego. Wyszedł i nie wrócił. No dobrze. Są tacy, którzy nie odcięli pępowiny i tak dalej. Ja zdałem na akademię i nie zostałem przyjęty z braku miejsca. I tak się śmiertelnie obraziłem na akademię, że już nie podejmowałem drugi raz tego. Tylko w pewnym momencie nauczyłem się malować, znaczy nauczyłem się wszelkich technologii, zresztą później panowie krytycy pisali, że dostałem od swoich kolegów trzy akademie, ponieważ koledzy widząc, bo to byli przede wszystkim Jurek, który był świetnym technologiem, bo on wykładał technologie malarskie w Toruniu, ale to był też Andrzej Kołodziejek i inni, z Lublina zresztą. Więc oni wszyscy, widząc, że moja pasja jest pasją nieuleczalną, tym bardziej, że robiłem to w zasadzie całe życie, tylko na jakimś tam poziomie amatorskim początkowo, oni widząc, że tego się nie da uleczyć, otworzyli się na mnie. I zaczęli mi, że tak powiem, sprzedawać pół darmo tajemnicy swojej alchemii, uwrażliwiać mnie na sposób widzenia, jak gdyby próbowali skrócić mi drogę do osiągnięcia tej edukacji. Zawodowstwo osiągało się albo przez ukończenie Akademii Sztuk Pięknych, albo przez zdanie egzaminu Państwowego Egzaminu Weryfikacyjno-Weryfikacyjno-Ministerstwa Kultury i Sztuki. Trzeba było mieć tam dokonania i tak dalej, przedstawić katalogi, przedstawić ilość wystaw, które się miało No i normalną drogą zgłosiłem się do Ministerstwa Kultury i Sztuki, do Wydziału Sztuk Plastycznych, że chcę podejść do takiego egzaminu, czyli uzyskać uprawnienia zawodowego artysty plastyka. No bo już było trochę za późno na to, żeby podejmować studia. Zresztą panowie się zorientowali, że już jakby te studia mam. Więc zdałem ten egzamin i tak oto się zaczęło. Natomiast z Jurkiem poznaliśmy się wcześniej. Jurek mieszkał wówczas na warszawskim Zaciszu. To było bardzo ekskluzywne osiedle domków fińskich i nie tylko fińskich. Kiedyś zrobiono tam wystawę różnych domków, tak jakby w tych czasach każdy obywatel miał być potencjalnym szczęśliwym posiadaczem domku, więc to tylko było drażnienie, że tak powiem klasy robotniczej. No ale na warszawskim Zaciszu przy ulicy G. Generalskiej chyba Tak, coś takiego. Po drugiej stronie już był las i takie obrzeża Warszawy. Zbudowano takie osiedle domków, gdzie każdy sobie mógł obejrzeć, co dostanie za pół darmo, jak będzie grzeczny. Ktoś padł na pomysł, żeby już tego nie rozbierać, tym bardziej, że to było na fundamentach, w terenie uzbrojonym i tak dalej, tylko albo może takie było założenie od początku, nie wiem. no to sprzedano po prostu te domki i tam powstało takie urocze getto, na którym w jednym miejscu mieszkała i Łucja Prus, i Halina Frąckowiak, i Alema Jeska, i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Ja wówczas pisałem piosenki głównie z Włodkiem Nachornym i z Januszem Stroblem pisaliśmy, my bezdomni, biedni, prawda, bez mieszkań, pisaliśmy te piosenki dla Łucji Prus, która była jedną ze szczęśliwych. Jej mąż, słynny menadżer, mieszkała na tym osiedlu przez płot, jako się rzekło, z Haliną Frąckowiak. I ona mi doniosła, że facet, który jest właścicielem sąsiadującego domku, wyjeżdża gdzieś na placówkę i chciałby w odpowiedzialne ręce wynająć ten domek. No to Lucja już dopilnowała tego, żeby te odpowiedzialne ręce to były te właśnie. I zasiadłem tam na parę lat. Okazało się, że dwie ulice dalej, czy trzy ulice przy ulicy Agnieszki, Agnieszki, tak? Łucja mieszkała przy ulicy Izoldy, Jurek mieszkał przy Agnieszki, a ja, żeby było trudniej, mieszkałem przy Gibraltarskiej, gdzie była hodowla psów Labrador. I regularnie przychodzili ludzie i się pytali, proszę pana, gdzie są te Labradory z Gibraltarskiej? Ale tak kaleczyli to, że to koniec świata. Nie dało się. No i tam Jurek miał pracownię. ze swoją ówczesną żoną Utą i ja tam byłem codziennie, albo on u mnie, albo ja u niego i co prawda wtedy byłem w okresie rozbuchanego jeszcze, rozbuchanej działalności estradowej, ale każdą wolną chwilę poświęcałem malarstwu. No i atmosfera, atmosfera tego tej pracowni, urok Jurka, jego opowieści o sztuce, bo on miał to, że jak ja podobnie, zapisywał całe bruliony i też z czarnym atramentem, tylko że on pisał eseje o sztuce i tak dalej, i tak dalej. Dzielił się jak gdyby z kartką swoimi przemyśleniami na temat malarstwa. No i tam to weszło w taką częstotliwość, to moje zainteresowanie, że już wiedziałem, że już z tego na pewno nie wylezę. Tym bardziej, że tam się zaczęły te moje kłopoty zdrowotne. Ale w międzyczasie już dostałem te uprawnienia zawodowego artysty malarza, a co za tym idzie prawo do pracowni, więc dostałem strych, taki gołębnik rozwalony, zupełnie bez dachu, ale w genialnym miejscu. Szkoda, że go nie mam dzisiaj. Przy Placu Trzech Krzyży w Warszawie, w najwyższym miejscu, z widokiem na cztery strony świata. Coś pięknego. No i tam z wielkim mozołem, z pomocą moich kolegów, którzy pomagali mi wnosić deski i tak dalej, uwieliśmy z moją ówczesną żoną gniazdo, które było naszą wspólną pracownią jednocześnie. No i tak to wyglądało. A później, niezależnie od wszystkiego, zaczęliśmy, bo teraz trzeba wykonać tę woltę do Kazimierza, rozumiem. Jurek jeździł do Kazimierza, dlatego że jego żona Uta była z Lublina. Jurek natomiast był z Łomży, o ile pamiętam, ale najpierw uczył w Toruniu, później obydwoje przynieśli się do Warszawy. Jurek czuł się związany z Kazimierzem, bo często tutaj przyjeżdżał, zdaje się, z Henryką, czyli Uto. I któregoś dnia, Mnie, który nigdy nie byłem, przynajmniej tak mi się wydawało do tego czasu w Kazimierzu, Jurek poprosił o to, żebym otworzył, znaczy fizycznie otworzył, znaczy nie z klucza, tylko przemówił, jako że zajmowałem się estetyką na studiach, konkretnie malarstwem, żebym żebym otworzył jego wystawę retrospektywną w Muzeum Nadwiślańskim w Galerii Letniej. I wtedy po raz pierwszy, tak mi się wydawało, przyjechałem do Kazimierza. Czas pokazał, że myliłem się, że nie byłem po raz pierwszy, ponieważ pamięć z wiekiem się uwstecznia i odtworzyłem sobie wydarzenia, że byłem już w Kazimierzu wcześniej w wieku szkolnym, jako dziecko, w drugiej czy trzeciej klasie. Dokładnie pamiętam, jak przylecieli koledzy z jakiejś góry, to mogła być tylko góra, nie, ja siedziałem na górze Trzech Krzyży, a oni przylecieli z dołu, że na dole jest piekarnia, gdzie sprzedają koguty. Wtedy była tylko jedna piekarnia, to była piekarnia Rokity w Kazimierzu, w której dzisiaj jest moja galeria. Ja miałem wtedy 8 lat. I przylecieli, przynieśli takie koguty i ja poleciałem na dół kupić sobie tego koguta właśnie. A potem była dziura czarna, nic nie pamiętałem. I z rządzeniem losu spośród tysięcy miast, małych miasteczek w Polsce, no nie takich pięknych oczywiście, trafiłem do Kazimierza. Mało tego, trafiłem, kupiłem ten dom, w którym jako dziecko, prawda, kupiłem tego koguta i do dzisiaj tam urzęduje. No i jak mnie Jurek poprosił o otwarcie tej wystawy, no to otworzyłem tę wystawę, a że akurat byłem na życiowym rozdrożu, jak mi się to wielokrotnie zdarzało, więc stanąłem na tym sennym rynku, gdzie śmigały jaskółki, leżały kundle. W pierwszej rynku jeszcze się wtedy nie wchodziło, tylko się siedziało na murku i jak przyjrzał jakiś samochód, to się patrzyło, czy to ma lubelską rejestrację, czy warszawską. O, z Warszawy, dobra. Jak będzie. O, z Lublina, to jeszcze fajniej, dobra. No i tak wyszedłem na ten rynek, słońce zachodziło za plecami od strony Wisły, popatrzyłem na tę pomarańczową farę, prawda, na to piękne, senne miasteczko. I sobie pomyślałem, po jaką cholerę ja mam wracać do tej Warszawy? Co mnie tam trzyma? Baba się ode mnie odwróciła. No to ja się też odwrócę. I tak jak stałem, no tak zostałem, no. Na początek na trzy miesiące, a później tylko pojechałem po rzeczy. Szybko się rozwiodłem i wróciłem do Kazimierza.
[01:14:01.01 → 01:14:03.39] A: Chodziłeś w plener? Chodziliście z Jerzym?
[01:14:03.69 → 01:16:18.06] B: Tak, tak. Ja go trzymałem, słuchaj, do późnej jesieni już byłem. Teraz byśmy malowali, wiesz. Były takie obiady domowe. Michalski. Michalski, który trzymał normalnie kucharkę do września, jak myśmy malowali z Jurkiem. w Sarpie, na tak zwanym Wawelu, albo w domu Rzemiosła, gdzie świętej pani Józek Miłosz nam wynajmował taką pokoję i taką małą, jak gdyby oszkloną altankę, czy coś, gdzie malowaliśmy. Zimno było strasznie. Stałego Kazimierza znosił nam takie słoneczka, żeby nas dogrzać i tylko co chwilęśmy korki zmieniali, bo prąd wysiadał. Jedyny obowiązek, jaki mieliśmy, to zapalać latarnię wieczorem. Zapalaliśmy latarnię i nocami malowaliśmy. Za dnia chodziliśmy w plenery, marzyliśmy strasznie, a Michalski trzymał kucharkę do początku zimy, żebyśmy z głodu nie padli. Ja pamiętam takie historie, że potem jak byliśmy w Sarpie, że Jurek miał takie ubytki energii, że jak wracaliśmy z roboty, to on się kładł spać, a w nocy wstawał schodził na dół do stołówki, czy do restauracji, tak zwał, tak zwał i zjadał całą cukiernicę cukru, bo był głodny, no co tu muszę mówić. No i malowaliśmy w tym plenerze ostro. Ja go wyciągałem, ja miałem straszny hart na to malowanie, tak strasznie chciałem, A on jak w tym dowcipie o starym byku i młodym byku. Ja to mam w głowie. Patrz, tu horyzont, tu ocieplimy, bo to musi być kopuła. Nie mówię kopuła, tylko kopuła. Bo to jest wtedy bardziej kopulasty, jak się tak mówi. No i tu jak ocieplisz i z tej jak ocieplisz, to wtedy widzisz, masz złudzenie, że to nie jest taka blacha z tyłu, tylko że się zawija to niebo. No i takie różne rzeczy. A ja go ciągałem w plenery.
[01:16:18.22 → 01:16:23.18] A: Ale czy to jest tak, że w takim razie Jerzy nauczył Cię patrzenia też?
[01:16:23.99 → 01:20:51.59] B: W jakimś sensie tak, w jakimś sensie tak, bo wiesz, ja w swojej naiwności to... Wiesz, on mnie różnych rzeczy uczył. On mówił, że jedynie słuszne jest malestwo laserunkowe i tak dalej, i tak dalej. Z czasem doszedłem do wniosku, że to nie jest w obszarze mojego temperamentu malowanie laserunkowo. Ja się nie będę z tym dłubał, czekał, aż wyschnie i tak dalej, i tak dalej. Że ja mogę podobną rzecz, osiągnąć malując Alprima, z ręki, dynamicznie, bo to jest w mojej naturze, szerokim pędzlem. A nie będę się pierniczył z laserunkami czy z czymś. Niemniej jednak. Dopóty, dopóki nie znalazłem swojej drogi, no to jakoś kombinowałem, tak jak mnie Jurek przyuczył. Dzięki temu poznałem różnego typu laserunki, różnego typu techniki, z których od czasu do czasu mogę korzystać. A moi koledzy, niektórzy, nie bardzo wiedzą, czym jest w ogóle rozmowa. Tak więc Jurkowi zawdzięczam nie tylko parę takich skrótów natury alchemicznej, ale też ogólnie kontakt z malasem pejzażowym. Przede wszystkim głównie zasadę, że należy wychodzić w plener od czasu do czasu. Bo ja dzisiaj tak jak on potrafię, nie wychodząc z pracowni i nie posiłkując się niczym, przymknąć oczy, ponieważ zapamiętałem coś, jadąc samochodem. I koniec. Nie muszę pamiętać, ile w budynku było okien, bo to nie ma znaczenia. To nie jest księgowość. ale ogólną atmosferę, współbrzmienie kolorów, walor, co było dominantą, co było puentą w obrazie. To wszystko potrafi zrobić taką stopklatkę, wrócić do pracowni i namalować. Natomiast wiem, i to wiem od Jurka, I to mi się akurat sprawdza, tak jak mi się niekoniecznie sprawdza laserunek. O tyle sprawdza mi się to, że od czasu do czasu w ten plener trzeba wyjść, choćby po to, żeby odświeżyć paletę, żeby nie iść na skrót, bo jakby człowiek malował wszystkie te pejzaże w pracowni, to siłą rzeczy zaczyna być to lekka fabryka. Może się formalnie coś zmieniać, natomiast jeśli idzie o atmosferę, to ostrożnie. Choćby to jest istotne, to że w przyrodzie nic nie jest konstant, że nie można namalować obrazu. w jego stawaniu się, że proces malowania trwa, że jeżeli siedzi się przed tą sztalugą, to nie można klatka po klatce namalować, co się dzieje akurat. Chmura przeszła, rzuciła cień. Cień przeszedł, światło pojawiło się tam. Już go tam nie ma, teraz jest tam. Teraz to nie świeci, tam to świeci. W związku z tym zaczerwienił się. No i gdybyśmy chcieli wszystko namalować, nie namalujemy nic. Zawsze jest. Synteza, to samo to dotyczy tego, jak malarstwa. Synteza i coś za coś. Jeżeli chcesz, żeby coś było ciepłe, to musisz skontrapunktować zimnym. Jak chcesz, żeby było jasne, to ciemnym. Jak chcesz, żeby było to, to to. Siadasz w plenerze, nie możesz namalować wszystkiego. Nie da się. Nie da się. Są pewne rzeczy, które są konstans. Istnieje domniemanie, że ten dom się nie zawali w ciągu godziny, że to drzewo będzie tu stało. Ale ty musisz zdecydować, czy puentą będzie świecenie plaży, która jest w tle, czy świecenie dachu, który jest na pierwszym planie itd. Najpierw sobie uzgadniasz z sobą samym, co będziesz malował, a potem ciągniesz to. I obraz masz tutaj, mimo, że go masz również tutaj. tylko, że ten jest w permanentnym stawaniu się, a ten jest Konstans. I realizujesz robotę. Piękne słowo, nie? Realizujesz robotę. Ja się tego nauczyłem.
[01:20:51.70 → 01:21:12.66] A: Tak jak nie da się namalować wszystkiego, tak nie da się opisać wszystkiego, tak sobie pomyślałam, że skoro mówiłeś, że satanowski igrzywacz, dlatego są tacy dobrzy, bo to poloniści, to może Ciebie taki dobry malarz, bo też jesteś polonista. Może to ma jakieś przełożenie? Jakiś szacunek do wyboru, do słowa?
[01:21:13.38 → 01:22:25.85] B: Może, ale to wiesz, są przeróżne teorie. Jasiu Strobel jest świetnym kompozytorem, a nie polonista. Nawiasem mówiąc mi otworzył oczy bardzo szeroko teraz na pewną rzecz, mianowicie jego brat jest znanym astronomem, Jasia, astronomem galaktycznym, takich jest podobno dwustu na świecie. On jest od tego dalszej optyki, że się tak wyrażę. No i przypomniał mi pewną rzecz, że my wszyscy jesteśmy kosmici. ponieważ kula ziemska porusza się w przestrzeni kosmicznej z prędkością miliona kilometrów na godzinę. Bo się rozszerza ten cały wszechświat. No i my jak tym okrętem. I to mi wyjaśniło, dlaczego ja włosów nie mam. Po prostu mi wyrwało tego pędu. Oczywiście Strobel natychmiast pytał, a dlaczego mnie nie wyrwało? Bo to jest dowód na kolejną rzecz, że w kosmosie nie ma sprawiedliwości.
[01:22:28.54 → 01:22:55.12] A: Jeśli przejrzelibyśmy choćby te zaznaczone piosenki, do których nie zdążyliśmy zajrzeć, to myślę, że sporo byśmy się dowiedzieli o Janie Wołku. A chciałam cię zapytać, czy kiedy się patrzy na twoje obrazy, to można się o tobie czegoś dowiedzieć? Czy można cię czytać z obrazów, tak jak czyta się cię często z tekstów, z tych twoich to na pewno, z tekstów twoich piosenek?
[01:22:57.19 → 01:28:03.09] B: Ja odpowiem tak, że ja bywam pytany o to, dlaczego dysponując takim warsztatem, jakim dysponuję, to znaczy w kontekście skromnie dobrym, dlaczego ja zajmuję się taką osobliwą rzeczą jak pejzaż? W tym momencie od razu się zaczynam denerwować i chcę odpowiedzieć jak jezuita, a dlaczego nie? Przecież robię to na własną odpowiedzialność, na własne ryzyko i tak dalej. Eee... Wydaje mi się nieskromnie, że jestem na tyle inteligentny i mam na tyle wyobraźni, że mógłbym sobie wymyślić jakieś malarstwo. Nigdy do końca, ponieważ nie wierzę w to, że nie ma malarstw, których gdzieś tam na świecie nie ma. Są, tylko jest kwestia tego, jak dalece się będziemy kamuflować z tym, że nic nie wiemy, nic do nas nie dotarło, więc ja gram na czysto. Ja uprawiam malarstwo figuratywne, uprawiam malarstwo przedstawiające. Mam taką naturę, że lubię być rozliczany z tego, co potrafię. Jeżeli namaluję rzecz przedstawiającą, to państwu łatwiej jest stwierdzić, czy ja potrafię, czy nie potrafię. I to jest uczciwe granie. Ale nie robię tego tylko dlatego, tylko robię to dlatego, że poruszam się w innych również obszarach. Jeżeli jest mi potrzebna abstrakcja, to nie szukam jej w malarstwie, tylko w muzyce, która jest najbardziej abstrakcyjną ze sztuk. Jeżeli potrzebna mi jest, że tak powiem, jakaś woltyżerka intelektualna czy coś tam, no to nie będę malował przez cztery tygodnie nie wiem, obrazu symbolicznego, z którego wynika tylko jedna mądrość, że na przykład wojna jest rzeczą straszną. No przecież to wie nawet koń, który ciągnie taczankę, więc po co ja się mam mordować tyle czasu, kiedy mogę to zapisać jednym zdaniem za pomocą innych rzeczy. Więc jak gdyby Każda funkcja, każda moja potrzeba jest w jakimś sensie przypisana czemuś innemu. Ja rozumiem dlaczego i nie odbieram nikomu prawa do samostanowienia. Moi koledzy malują wspaniale, w inny sposób, no ale oni się wyrażają tylko za pomocą malarstwa. Więc niech mnie wolno będzie poruszać się w tym obszarze, w którym ja się dobrze czuję, ponieważ uważam to za bardzo istotną rzecz w stuce, dobrze się czuć. nie popadać w błogostan, ale czuć się pewnie, zdecydowanie, nie dać się zwekslować, trzymać tego, co człowiek wymyślił. I wreszcie, wiesz, po tych wszystkich pisaniach, po tych wszystkich emocjach, które temu towarzyszą, wiesz, po tych wzruszeniach, bo to jest nieprawda, że jak człowiek posiadł do końca, znaczy do końca to nigdy, ale posiadł kuchnię jakiejś sztuki, że już się nie wzrusza, że już nie przeżywa i tak dalej. Ja siedzę w nocy, bo zaczynam pisać o 11, bo inaczej się nie da, bo mi przeszkadzają i siedzę do rana albo do późna w nocy I ja wiem, czy ja napisałem fajne, czy nie napisałem niefajne od razu, bo jak się wzruszam, jak się, nie służycie tego państwo, jak się poryczę sam nad własnym tekstem, nie dlatego, że jest taki wspaniały, tylko, tylko, że ja patrzę na to, jak na byt istniejący niezależnie ode mnie. Ja już nie patrzę na to, jak to coś, co wymyśliło moje kiepełe i napisało moje pióro. Nie. Ja patrzę na to jak, nie wiem, na byt, który właśnie do mnie przemawia. I nie pamiętam o tym, że on mówi do mnie moimi słowami, ale on fajnie do mnie mówi i ja się wzruszam wtedy. Zatem myślę, Boże, jeżeli taki cynik jak ja, który wie, jakie metody stosować, żeby ludzi wzruszyć, czy rozśmieszyć, czy coś, więc jeśli taki cynik jak ja się przy tym wzrusza, to dlaczego ludzie, którzy nie znają kuchni mają się nie wzruszyć? To oni się też wzruszą. I ja wtedy wiem, czy ja zrobiłem dobrą robotę, czy ja zrobiłem kiepską robotę. No, zazwyczaj drugą osobą weryfikują, co jest moja żona, która może powiedzieć, na przykład, jak jej rano, kurczę, z miną odkrywcy przynoszę tekst, zaczynam jej coś recytować, a ona mówi, wiesz co, nie pierdnij, za pięć minut muszę być pod szkołą, no dobra, no trudno, taki los jest, no. Więc, To miałem powiedzieć?
[01:28:04.19 → 01:29:04.94] A: Wiesz co? Tu się zając znowu pojawił. Ty musisz obejrzeć Dobranockę z zającem, bo teraz znowu o nim opowiadałeś. Ten twój zając, powiem ci, powoli kończąc nasze spotkanie, ten twój zając wychodzi z takiego założenia, że on goni za szczęściem. Tak jak my wszyscy. Tylko zapomniał o tym, że szczęście też jest ruchome i szczęście też za nim biegnie. I tak naprawdę tylko będąc w ruchu, to szczęście można spróbować uchwycić. Jan Wołek bezustannie jest w ruchu. To twoje zmienianie metod, za pomocą których pokazujesz swoją wrażliwość, to też ruch przecież jest. Bieguni byli w ruchu, bo uciekali przed złym, a twoja teoria jest zupełnie odmienna. Ty jesteś w ruchu, poszukać szczęścia.
[01:29:05.26 → 01:29:43.88] B: No właśnie, no właśnie. No tak, zresztą jesteśmy przy zającu, to sobie dobrze uświadomić to, że każdy ma, skoro gonimy jakiegoś zająca jakieś szczęście, to jesteśmy też gonieni niestety przez jakiegoś wilka i każdy ma swojego zająca i każdy ma swojego wilka. Chodzi o to, żeby to No i teraz powinniśmy zacząć tę rozmowę. Teraz powinniśmy zacząć o rozmowę o sprawach małych i sprawach wielkich. Jak się cieszyć małym, mając do dyspozycji tyle, taki gwiazdozbiór propozycji tego świata, prawda?
[01:29:44.20 → 01:29:45.14] A: Potrafisz to już?
[01:29:45.54 → 01:29:53.10] B: Teraz, czy potrafię cieszyć się małym? Czy już się potrafię? Ja się jeszcze potrafię. To jest co innego, wiesz?
[01:29:53.88 → 01:29:55.64] A: A, czyli zawsze to potrafiłeś.
[01:29:57.85 → 01:35:39.82] B: Nie, bo to się zmienia. Inezoptyka człowieka, który jest skazany na małe, a jest w nim ambicja posiągnięcia dużego, to on się inaczej czuje. z jakich powodów, to jest inna sprawa. Czasami jesteśmy nieudacznikami, leniami i zawsze pozostaniemy w tym małym, próbując sobie dorobić do tego ideologię na przykład. Bo to trzeba zbilansować jeszcze z własnymi ambicjami, z ambicjami naszych rząd, dzieci i tak dalej, i tak dalej. A odnajdywanie radości w czymś, co jest drobne, co jest skromne, co ma w sobie wartość, Zaczyna się w momencie, kiedy starłeś się z tym, co jest piękne, błyszczące naprawdę i potrafisz się wymknąć temu lustru, wiesz? Jednak pozostać przy tym małym, cennym. Poza tym, co to jest małe? Nie ma wzorca małego w Sèvres pod Paryżem. Może być wzorzec pół litra, ale nie ma wzorca małego dla człowieka z Afryki, który zarabia 5 dolarów tygodniowo. Wczoraj oglądałem piękny film o plemieniu nad Amazonki gdzieś na Discovery. Przecież nie mają nic. A mają wszystko. Mają co upolować, mają coś zjeść, kochają się, uśmiechają się i mają nic. De facto nic, w sensie materialnym, nic nie mają. Mają swój łuk, który sobie sami wytworzyli. Oni go dostali, oni go dostali od dżungli, która ich otacza. Chodzą na golaja, wszystko jest w porządku, wszystko im się podoba. No to można pozazdrościć. Ja myślę, że w tym szukaniu radości w małych rzeczach, jak przyjechałem do Kazimierza, to woli spenetrowania, że tak powiem, terenu, jeździłem sobie do dzisiaj na różnego typu wycieczki, oglądałem, zadawałem sobie różne zadania. I kiedyś sobie zadałem takie zadanie, żeby się przejechać po okolicznych kapliczkach, żeby poczytać, co tam jest mądrego napisane, te wszystkie inskrypcje i tak dalej. I zazwyczaj były to takie kabliczki o takim wydźwięku, powiedzmy, bogojczyźnianym, które mnie tam średnio ujmowały. Natomiast znalazłem dwie kapliczki, które mnie poruszyły. No niestety, obydwie były, mówię niestety, bo to jest świadectwem tego, że nasze myślenie idzie w zgodzie z tym kopernikańskim, że dobry, że zły pieniądz wypiera dobry pieniądz, bo to były obydwie kapliczki XVIII-XIX wiek. Widzicie to Państwo, te warstwy wapna, jedno niebieskie, drugie tamto, prawda, że ledwo widoczne te napisy. I jedna z tych kapliczek miała napis, który był wzruszający w swojej pokorze, bo to powsiada gdzieś tam, w swojej pokorze. Tylko jedno proste zdanie. Boże, pobłogosław naszej cichej pracy. W porządku. Do niczego się nie ma żadnych opowieści o dziewicach dziewic, o tam cudach, niewidach, nic. Uczciwe, solidne, pokorne, pokłonienie się najwyższemu. Natomiast druga powaliła mnie dokładnie, ponieważ to jest odpowiedź na twoje pytanie, jak znaleźć... To jest pierwszy krok do znalezienia radości w małym. Na tej drugiej kapliczce było napisane, Boże, daj temu, który zazdrości. Nie mnie, nie mnie. Ja jestem zadowolony z tego, co mam. ale są tacy, których nienawi szarpie, którzy zazdroszczą. Bo nas nie boli to, że mamy mało, trzymamy do dyspozycji z małym, tylko że są tacy, którzy mają więcej. To nas boli, cholera. I nauczmy się nie zazdrościć. Mało tego, ja się nauczyłem tego, że jak moi koledzy opływają w szeroki gęst, w dostatek, i tak dalej, i tak dalej. To ja się cieszę. Ja się strasznie cieszę, bo to jest krew z krwi. To jest moje pokolenie. Udało im się, fajnie. Nie musieli wcale ukraść pierwszego miliona, jak się okazuje. Są strasznie bogatymi, zamożnymi ludźmi. Tylko mi, chłopaki, nie zwariujcie. Nie zwariujcie. I najszczęśliwszy jestem wtedy, jak ich widzę, na ich. w jachtach czy w ich samolotach, jak przeczytają sobie jakiś wiersz albo usłyszą jakąś piosenkę i się odwrócą, jak nikt nie widzi i ryczą jak bobry. I to jest w początku.
[01:35:40.80 → 01:35:49.02] A: Znasz takie słowo, tylko nie wiem, czy dobrze wymówię, bo to po duńsku, chygr, chygr, chugr, nie?
[01:35:49.08 → 01:35:51.00] B: Znam różne słowa na chy, ale nie to.
[01:35:53.23 → 01:36:45.28] A: To jest duńska teoria szczęścia, o której ostatnio jest bardzo głośno. Pisze się o tym artykuły, ukazują się książki na ten temat. Jak słucham tego, o czym ty mówisz, to sobie myślę, że oni musieli znać Wałka, nas słuchać i ujęli to teraz po prostu w teorię, która podbija świat. Bardzo ci dziękuję. Państwu oddaję głos, jeśli mają państwo ochotę zadać pytanie. Bardzo proszę. Bardzo proszę, tylko proszę chwilę poczekać na mikrofon. Ja nie mam ochoty zadać pytania, ale jest we mnie ogromna chęć podziękowania za ten wieczór, bo on podziałał na mnie jak balsam. Mam bardzo zbolałą duszę. Dziękuję Państwu za to.
[01:36:53.67 → 01:36:54.25] B: Cześć.
[01:36:54.45 → 01:36:54.99] A: Cześć.
[01:36:56.05 → 01:37:46.20] C: Ja się nie chcę zgodzić z tym, że Jan Wołek nie był i nie jest idolem, bo tym idolem był zawsze różnych grup i pozwolę je sobie wyliczyć. Był idolem mojego pokolenia, które patrzyło z niechęcią na te cukierkowe teksty, ale również na te takie zbyt często mrużące oko i posługujące się tanią aluzyjnością. Tego u Jana Wołka nie było i tym nas zachwycał. Był idolem wielu pani. Moja żona się zawsze nim zachwycała, jego inteligencją, błyskotliwością.
[01:37:46.85 → 01:37:47.94] B: I na tym się kończyło.
[01:37:48.32 → 01:38:53.35] C: Może i dobrze, może i dobrze, Janku. A byłeś idolem tych wszystkich, którzy dzięki temu, że potrafili świetnie zarejestrować tę rzeczywistość. Gdy się zmieniały czasy, transformacje, pojawiały się różne bogate rzeczy. Opowiadałeś taką anegdotę, którą często w towarzystwie wspominamy, jak ten pijaczek na krakowskim przedmieściu, stojąc przed sklepem z alezim, z tymi bardzo drogimi gadżetami kuchennymi, patrzył na ten korkociąg za 350 i mówił, Świat stanął na krawędzi. Korkociąg za 350, wino za 450. Ja myślę, że to była twoja refleksja, jestem przekonany. To była refleksja Jana Wołka, patrzącego na tę rzeczywistość i chwytającego tę rzeczywistość w taki bardzo trafny, świetny sposób. Ale był Janek Wołek też. Jan Wołek jest idolem moich córek. Nie pamięta dzisiaj Zająca. Ja Zająca też nie pamiętam, ale pamiętam, przygody Tasmańskiego.
[01:38:53.53 → 01:38:54.01] A: Diabła.
[01:38:54.11 → 01:38:54.67] B: Diabła.
[01:38:56.21 → 01:39:14.01] C: I one mówiły, niech Pan... I przeczytaj mi tę książeczkę jeszcze Pana Janka. A dzisiaj je uczytam moim wnukom, które też się zachwycają tym Twoim rytmem, tego wiersza i tą piękną książką. Więc jesteś, jest Jan Wołek.
[01:39:14.01 → 01:40:21.84] B: Słuchaj, pozwól mi odpowiedzieć na to, bo ja zawsze mnie to... W takich sytuacjach to mam ochotę zerwać się nagle i z okrzykiem, na przykład, przepraszam bardzo, zostawiłem mleko na gazie i wybiec, bo nie wiem, jak się do tego odnieść. Słuchaj, dobrze, ja sobie pozwolę to troszeczkę, że tak powiem, spłycić. Może tak jest, może tak nie jest. To raczej do mnie nie docierało, a jeżeli docierało, to starałem się, żeby nie docierało. Teraz po latach, Ja widzę, że coś tam na rzeczy było, jak przychodzą różni podtatusiali, tak jak ja, faceci do galerii z jakimiś pryszczatymi młodzieńcami, puszczają oko, mówią, Janek, pamiętasz jak w 1820 w klubie, jakiś tam bakałaż gdzieś, żeśmy zrobili to, czy coś. Ja mówię, oczywiście pamiętam, pamiętam albo nie pamiętam. Więc wiesz, Nie, nie, dzisiaj kreowanie... Wiesz
[01:40:21.84 → 01:40:28.78] C: o co chodzi, że dzisiaj... Idolem i Wilmy, i Freda z Kazimierza, i Diabła, i wszystkich.
[01:40:29.20 → 01:44:45.43] B: Przede wszystkim opowiadałeś o tym facecie, to mi się przypomniała też jakby opowieść o tym małym-dużym, jak Krzysiek Dałkrzewicz miał takiego faceta, który zawsze się czaił pod jego drzwiami, jak on wychodził rano, I mówię, szefuniu, jak mnie suszy, jak mnie boli tutejszy, miał zawsze przygotowane dwa złote i dawał mu te dwa złote. I to trwało, trwało, ja wiem, może... Może z rok, może więcej. I codziennie to był rytuał, to dwa złote lądowało w ręce tego faceta. I któregoś dnia Krzysiek wychodząc skonstatował, że nie ma dwóch złotych, tylko ma pięć złotych. I dał mu to pięć złotych i ten facet z takim zadowoleniem popatrzył na to pięć złotych i mówił, no, się włączył. No widzę, że wreszcie pan wyszedł z dołka. Małe cieszy, ale trochę większe jeszcze bardziej cieszy. A opowiadałeś historię z tym binem i z korkociągiem. Mnie się przypomniało, nie chcę przedłużać tego, ale przypomniała mi się historia, jak siedziałem na jachcie u mojego przyjaciela, bajecznie bogatego, i siedzieli bardzo bogaci panowie wokół, miliarderzy. No ja w tym towarzystwie, jak chudy bociek, Jak się zachować w takiej sytuacji? No przecież nie będę udawał miliardera, bo to nikt nie uwierzy po prostu, bo nie mam tych rozpoznawalnych rekwizytów, prawda, i tak dalej, i tak dalej. No ale wystarczy, że jestem przyjacielem tego faceta, więc po coś się tam znalazłem. Ale niestety są takie momenty, kiedy się robi bardzo niedobrze. Panowie na przykład rozpisali sobie konkurs na to, kto pił ciekawszy rocznik wina w towarzystwie, uznając, że jeżeli kolektywnie uznają, że to jest, że któryś rocznik jest rzeczywiście wyjątkowo ciekawy, to pozostali kupują mu butelkę Double Magnum, tam różowego krystalu, rocznik taki i taki, za tam 4 tysiące euro. I teraz bądź mądry. Jeżeli wstanę i powiem, że zostawiłem mleko na gazie, no to niezręcznie, to niehonorowo. Z drugiej strony, jak sobie pomyślę, że mam swój roczny dochód wydać na to, na butelkę szampana, to się robi jeszcze gorzej. No i jeden, ja nie wiem, no zbladłem, zrobiłem się niedobrze, ale siedzę. No i jeden mówi, że tam Chateau Margaux, rocznik jakiś. Drugi mówi, że nie, on uważa, że jednak lepszy jest Chateau Zan, jakiś tam rocznik tego. No to drugi mówi, że 47. Petrus, tam ktoś, coś tam. No i patrzą się na mnie. I w tym momencie doznałem, jak ten Święty Augustyn iluminacji. I mówię, a kto z Panów pił wino, które ma datę produkcji dnia następnego? Powiem wam, jak to następnego? Ja mówię, no tak to, no dzisiaj jest 10, a wino ma 10 sierpnia, a wino ma datę produkcji 11 sierpnia. To jest niemożliwe. Ja mówię, to ja wam udowodnię, że to jest możliwe. Mój kolega pracował w wytwórni alpagi tak zwanej i kiedyś ukradł skrzynkę wina. A na Albadze, na etykietce zaznaczało się datę produkcji wina w ten sposób, że były nacięcia. Z jednej strony był miesiąc nacięcie, a z drugiej dzień było nacięcie. I to wino miało ruszyć dopiero na następny dzień do tego i myśmy de facto pili wino, które miało datę produkcji następnego dnia. I ci faceci zbaranieli, ci miliarderzy. I na to... Mówi, nie, to jest żart jakiś. Na to mój kolega mówi, chwileczkę panowie. A jak było postawione pytanie? Kto pił ciekawszy rocznik wina? Czy nie uważacie, że to jest najciekawszy rocznik? I oni się zastanowili, ty wiesz, że ty masz rację. Jaka ulga, słuchajcie państwo, jaka ulga.
[01:44:47.27 → 01:44:52.15] A: To z tego małego w życiu nie tylko da się cieszyć, ale jeszcze... Jakiś
[01:44:52.15 → 01:44:55.39] B: zyski jeszcze, no zaoszczędziłem 4000 euro jak nic, no.
[01:44:56.47 → 01:44:57.47] A: Bardzo proszę.
[01:44:58.14 → 01:45:25.68] D: Dzień dobry, Maja Lambert-Zamorowska. Bardzo miło, że pana poznałam, bo bardzo wielu znam artystów, plastyków, malarzy z Kazimierza, dzięki mojemu mężowi i z Polski w ogóle. A pana nie znam, więc bardzo chętnie bym przeczytała tą książkę. I poza tym musi pan być bardzo szczęśliwym człowiekiem, bo jakichkolwiek ludzi znam, którzy cieszyli się małym, są naprawdę bardzo szczęśliwymi ludźmi. I chyba to prawda.
[01:45:26.77 → 01:45:34.87] B: Proszę Pani, ja nie mam innego wyjścia. No pewnie, że się cieszę się małym. Jak mówię...
[01:45:34.87 → 01:45:36.23] D: Ale nie każdy to potrafi.
[01:45:36.25 → 01:47:30.65] B: Ale nie rezygnując, wie Pani, z ambicji jakiejś. Nie to, żebym się zajeździł na śmierć. Ja pracuję nie po to, żeby... rosła na moim kąsie, pożal się Boże, jakaś dżdżownica cyfr w kolejce do jakiejś cyfry. Mnie to nie interesuje. Mnie interesuje praca jako taka, a reszta To jest prosta implikacja, proste konsekwencje tego, że się pracuje, no bo się wykonuje to zawodowo, więc nie ma wstydu, że od czasu do czasu się przyjmie, to był zresztą mój wielki problem na początku, jak śpiewałem. Ja sobie mówiłem, Boże, jak ja mam tak wyjść do ludzi, przecież to jest prostytucja. Ja im wyśpiewuję prawdę. Prawdę o sobie. Dzielimy się tą prawdą jak ostatnią okruszyną chleba. A ja mam potem pójść do księgowości, podpisać kwotę powyższą otrzymałem Jan Wojt. No to coś się nie godzi. I to był kolejny przełom dla mnie. Przejść przez ten szlaban. Tylko że sama prosta rachunkowość mnie przekonała, że jednak jak mi chcą zapłacić, no to trzeba wziąć te pieniądze, bo niby dlaczego? Ja mam z tym swoim, że tak powiem, słowem nawiedzonym jeździć pociągami, za które sam płacę, kupować sobie posiłki, zdzierać buty, przecież żonie trzeba pomóc i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. No niestety, tak by to określać w świadomości, jakby na to nie patrzeć.
[01:47:30.93 → 01:47:36.66] D: A jeszcze do tego pan jest bardzo wesołym człowiekiem. Chyba jest pan rozchwytywany w towarzystwie.
[01:47:37.66 → 01:48:38.09] B: Czy jestem rozchwytywany w towarzystwie? No, wie pani, to u mnie bywa różnie, bo są momenty, to nie to, żebym ja miał jakąś tam sobie huśtawkę nastrojów, bo ja sobie doskonale doskonale radzę sam ze sobą, natomiast tam, gdzie wypada być poważnym, ja potrafię sobie, że tak powiem, dać po łapach, zapanować nad sobą, ale ogólnie rzecz biorąc, staram się odnajdywać... Ja lubię takie skrajności, lubię, jak się poszerza spektrum widzenia tego świata, jak się poszerza spektrum doznań. Podoba mi się tak. Podoba mi się. Ten świat staje się jakiś bardziej nasycony, bogatszy, żywszy. Tak lubię.
[01:48:38.77 → 01:48:55.23] A: Jak się wyczyści drzwi percepcji, to się zobaczy świat takim, jaki jest, czyli nieskończonym, mówił Blake, do którego zdaje się... Ty lubisz Blake'a? Bo o nim też mówili szalony Blake. w swoich czasach. Ktoś z Państwa jeszcze?
[01:48:57.11 → 01:48:58.81] D: Ja bym mogła gadać całą noc.
[01:48:59.95 → 01:49:01.95] A: Pani mogłaby gadać z tobą całą noc.
[01:49:02.97 → 01:49:05.07] B: Muszę wracać do domu niestety.
[01:49:05.41 → 01:49:06.93] A: Bardzo Państwu dziękuję.
[01:49:07.17 → 01:49:08.69] B: Bardzo dziękuję. Ja Państwu bardzo dziękuję.
[01:49:14.43 → 01:49:17.73] A: Dziękuję bardzo.

Zobacz także

w Mediatece