Tryb wiązania: strict

Staramy się pokazać tylko najmocniejsze trafienia.

[pokaż transkrypt] [ukryj transkrypt]
[00:00.94 → 02:27.00] A: Pięknie Państwa witam w drugim najstarszym teatrze w Polsce. Bardzo się cieszę, że dostaliśmy zaproszenie od muzeum, Państwowego Muzeum na Majdanku, które dzisiaj reprezentuje między innymi pan dyrektor Wiesław Wysok, do włączenia się w obchody 80. rocznicy wyzwolenia niemieckiego, nazistowskiego, obozu koncentracyjnego i że możemy państwa dzisiaj gościć. Pozwólcie państwo, że w pierwszej kolejności przywitam byłych więźniów, więźniarki obozu. Są dzisiaj z nami. Nisko się państwu kłaniam i cieszę się, że państwo odwiedzili Teatr Stary przy tej wyjątkowej dla nas okazji. Wczoraj mieliśmy też okazję wziąć udział w wernisażu pięknej wystawy Xawerego Wolskiego w Muzeum Narodowym w Lublinie, na lubelskim zamku. Jeżeli Państwo znajdziecie chwilę, zapraszam Państwa tam. Ta wystawa także związana z trudną, tragiczną dla nas historią, związaną z wyzwoleniem więzienia, które w trakcie wojny i niestety jeszcze 10 lat później na terenie lubelskiego zamku działało. Najpierw niemieckie, następnie radzieckie. A dzisiaj mamy wielkie szczęście, że są z nami także osoby wyjątkowe. Pani Joanna Bator. I pani Katarzyna Wasilewska. A spotkanie poprowadzi pracowniczka Państwowego Muzeum na Majdanku, pani Marta Grudzińska. Mam nadzieję, że dla nas to będzie ważny, mądry i bardzo potrzebny wieczór. Zostawiam państwa z naszymi gościniami. Wszystkiego dobrego i do zobaczenia jak najczęściej tutaj w Teatrze Starym w Lublinie.
[02:32.55 → 04:21.88] B: Dziękuję Panie Dyrektorze, że nas Pan gości u siebie. Wielki to dla nas jest zaszczyt. Witam Państwa serdecznie w imieniu Państwowego Muzeum na Majdanku. No i przede wszystkim, jak powiedział Pan Dyrektor, ja witam naszych byłych więźniów. To jest wielka rzecz, że Państwo przyszli, że są dzisiaj z nami. Bardzo dziękuję. Są z nami też Pani Ewelina Lachowska i Pani Marta Stępniak. Panie będą tłumaczyć? na język migowy. Też dziękujemy bardzo za pomoc. Co łączy historię rodzinną Joanny Bator oraz Katarzyny Wasilewskiej, córki Więczysława Glińskiego z obozem koncentracyjnym na Majdanku? Czy ta historia uwięzienia w obozie była w ich rodzinach pielęgnowana, czy celowo zamiatana pod dywan? Katarzyna Wasilewska, Z wykształcenia historii sztuki, autorka książki Więczysław Gliński, aktor, amant, tata. Pani Joanna Bator, kulturoznawczyni, filozofka i jedna z najważniejszych polskich pisarek, także dla mnie. Laureatka prestiżowych nagród, m.in. nagrody literackie Nike oraz nagrody imienia Hermana Hessego. Autorka Piaskowej Góry, autorka Chmur Dali, autorka Gorzko Gorzko, czyli książek poświęconym historii kobiet. Dzisiaj będziemy mówić o ich historiach, ich historiach rodzin, które mają też, w które wplata się historia obozu koncentracyjnego na Majdanku. Może zaczniemy od pani Katarzyny. Pani Katarzyno, tata, przede wszystkim tata. Jakim był człowiekiem?
[04:22.73 → 06:20.68] C: W pierwszych słowach chciałam podziękować za zaproszenie pani i Muzeum na Majdanku. Tym zaproszeniem czuję się zaszczycona i bardzo cieszę się, że nasze spotkanie, że mogę się z państwem spotkać, a nasze spotkanie następuje w teatrze, który był ulubionym miejscem mojego taty przez 3-4 wieku, jako że debiutował na scenie w wieku lat 12, a zszedł z tej sceny w 88 roku życia. I pierwsze pytanie, jakim był człowiekiem? Człowiekiem był prostolinijnym, nie lubiącym jakiegokolwiek udawania, może się wydawać pozornie zabawne, dlatego że przecież aktorstwo polega na tym, że udajemy inną postać i jej uczucia, a nie nasze własne. Ale tata nie lubił żadnych sztuczności i grubą linią oddzielał scenę, teatr i życie codzienne. I co ciekawe, to poczytywał sobie nawet za zasługę to, że poza sceną pozostawał normalnym, skromnym człowiekiem. Chociaż był gwiazdą pierwszej wielkości można powiedzieć i takim dzisiaj byśmy powiedzieli wielkim celebrytą w swoim czasie. to gwiazdorstwa, uprawiania gwiazdorstwa, gwiazdorzenia tak zwanego, nie lubił, nie cenił, odnosił się do tego z dużym dystansem.
[06:20.88 → 06:21.88] B: A jakim był tatą?
[06:23.26 → 08:20.64] C: A jakim był tatą? Po pierwsze nieobecnym, przez większość mojego dzieciństwa, dlatego że był bardzo zajęty znanym aktorem, który był od 10 do 2 na próbie teatralnej. Do tej pory próby odbywają się w takim czasie. Później było radio albo telewizja. Wieczorem przedstawienie, przed którym trzeba było być oczywiście godzinę wcześniej przynajmniej, żeby się przygotować, a potem kabaret, życie towarzyskie i tak dalej. Natomiast tata w ogóle nie miał pojęcia o życiu codziennym, trzeba powiedzieć. I mama załatwiała wszystkie życiowe sprawy w sposób perfekcyjny. Tata był tak daleko od normalnego życia, że kiedyś mnie zapytał, słuchaj, powiedz mi, a w której klasie ty właściwie jesteś? I to w ogóle nie był żaden dowcip. tylko on naprawdę nie miał pojęcia, w której jestem klasie. Z tym, że to nie chodziło o to, że jemu moje wychowanie czy wykształcenie były obojętne, wręcz przeciwnie. Przykładał do tego dużą wagę, tylko zupełnie inaczej to sobie wyobrażał. Jego nie interesowało, czy ja mam dobre stopnie, czy ja chodzę do szkoły w ogóle, czemu, że ja chodzę tylko i wyłącznie na wagary. Natomiast zawsze bardzo uważnie podsuwał mi dobre lektury, recytował wiersze, co uwielbiał robić w życiu również codziennym, domowym i co robił również w obozie. Poza tym miał ogromne poczucie humoru, które mu ułatwiało życie we wszystkich okolicznościach, poczynając od tych najbardziej tragicznych.
[08:21.89 → 08:23.47] B: A czym zajmował się przed wojną?
[08:25.05 → 10:47.46] C: Tym, czym całe życie się zajmował, aktorstwem, dlatego że mój dziadek też był aktorem, który był aktorem ze Lwowa, który podczas pierwszej wojny światowej musiał przerwać swoją karierę i został wcielony do wojska austriackiego i znalazł się na Syberii. Tam poznał moją babcię, wracając do Polski, tam pobrali się i mój tata się urodził w Astrahaniu, na granicy Europy z Azją, tam gdzie Wołga wpada do Morza Kaspijskiego. I dziadek był aktorem, nawet babcia była aktorką i grała dla białoarmiejców, ponieważ grała dla białoarmiejców, to już wiadomo było, że długo tam nie zagrzeją w Rosji, która właśnie zmieniała się niestety na sowiecką i w straszliwych warunkach wracali. uciekali właściwie, a nie wracali do Polski takimi wagonami bydlęcymi, gdzie jedynym jedzeniem i piciem były arbuzy. Babcia już w Polsce nie grała, natomiast dziadek tak i całe życie ich kręciło się wokół teatru, także tata w Wilnie, oni prowadzili takie życie koczownicze, mieszkali trochę w Wilnie, trochę we Lwowie, w Częstochowie, w Toruniu, w wielu miastach, bo życie aktorów wtedy zupełnie inaczej wyglądało. Angażowało się tylko na jeden sezon i nie było żadnych etatów, prawda? No i jak następnego roku nie zostali zaangażowani, no to trzeba było szukać szczęścia, gdzie indziej, sami sobie szyli kostiumy i tak dalej. Tym zajmowała się babcia oczywiście. Więc tata jak wszedł na scenę w wieku lat 12 w Wilnie, w teatrze na Pochulance, grając w Jasiu i Małgosi, od razu główną rolę Jasia, no to już z tej sceny nie zszedł, z wyjątkiem okresu okupacji, kiedy jak mówił jego młodszy kolega, wywołał drugą wojnę światową. i wtedy musiał przerwać, chociaż nie do końca, bo występował na zlecenie AK w takich teatrzykach z konkretnym zadaniem, żeby mówić o tym, kto tam pojawia się w tych teatrach jako publiczny.
[10:48.16 → 10:55.58] B: Zajmował się też innymi rzeczami, co też wiązało się ze sposobem jego aresztowania? Może pani o tym opowiedzieć?
[10:55.66 → 11:58.61] C: To znaczy tak, oczywiście jako aktor, przecież wtedy był bojkot, więc oficjalni aktorzy w teatrach nie występowali dla Niemców i każdy musiał znajdować jakieś zajęcia, najprostsze, żeby się utrzymać. Tata miał jeszcze dziadków na utrzymaniu swoich rodziców, no więc zatrudnił się jako sprzedawca papierosów, strasznie cierpiał nad tym, bo się wstydził w ogóle sprzedawać te papierosy, jako szklarz, o czym nie miał pojęcia i w ogóle nie nadawał się do żadnych prac fizycznych, jako nocny portier w hotelu i właśnie z tego hotelu kiedyś wyskoczył po papierosy. i to jest jeszcze jeden dowód na to, jak zgubny jest nauk palenia papierosów, bo wtedy został złapany w łapance i przewieziony na Majdanek.
[11:59.73 → 12:01.41] B: Czy on o tym opowiadał?
[12:02.49 → 13:51.40] C: Nie. W dzieciństwie w ogóle nie pamiętam jakichkolwiek opowieści dotyczących obozu, jednego czy drugiego, dlatego że tata został po trzech miesiącach, w cudowny sposób można powiedzieć, udało mu się wyjść z Majdanka, po czym został z powstania, jako powstaniec zabrany do obozu Oranienburg Sachsenhausen, gdzie już do wyzwolenia przeżył, więc w tych dwóch obozach był w sumie dosyć długo, ale poza tym, że był w tych obozach, Sam z siebie niechętnie coś opowiadał. Dopiero jak ja już chciałam coś wiedzieć na ten temat, to wtedy tak. Ale to już jak byłam osobą zdecydowanie właściwie dorosłą. W czasach szkolnych nie pamiętam w ogóle. Tylko tyle, że wiedziałam, że był w AK. Nawet jak dopytywałam, to powiedział mi, że to było w dwójce, czyli w kontrwywiadzie. a przyznał się do tego. Oczywiście to były czasy jeszcze komunistyczne, ale tata się za bardzo nie przejmował, że wokół jest komunizm. Trzeba powiedzieć, że na przykład Radio Wolna Europa to był codzienny rytuał wieczorem i ryczało na cały regulator. Tata się zupełnie nie przejmował, że ktoś może donieść, że czy ja jako dziecko mogę komuś coś tam powiedzieć. To jakoś go to specjalnie nie spędzało mu snu z pobiegów w każdym razie.
[13:51.98 → 14:55.05] B: Chciałam tak tylko dodać, że w grudniu 42 roku Himmler wydał rozkaz, żeby więźniów osadzonych w więzieniach gestapo oraz ludzi, których się pojmie w wyniku łapanek na ulicach większych miast, kierować do obozów koncentracyjnych. Wielkie łapanki miały miejsce w Warszawie w połowie stycznia 43 roku i wtedy właśnie 17 stycznia aresztowano pani tatę i skierowano do Napawiak. Następnego dnia w grupie około 2000 więźniów został deportowany na Majdanek. Mamy wiele relacji z przebiegu tej ciężkiej drogi. Wiemy, że mróz wynosił minus 20 stopni. że mężczyznom golono włosy po przybyciu do obozu, że kierowano ich na nie do końca wykończone baraki, że ciężko pracowali i że wtedy w obozie szalał tyfus. Ale wiem też z książki, którą pani napisała, że tato w obozie był tłumaczem.
[14:56.35 → 18:33.11] C: Tak, miał dużo szczęścia, w ogóle miał w życiu bardzo dużo szczęścia. ponieważ znał niemiecki, więc dostał pracę tłumacza. I z tego, co wiem z jego opowiadań, ponieważ pamięć miał w ogóle fotograficzną, już był w tej dwójce, w tym kontrwywiadzie, chociaż był też jednocześnie w podziemnym Instytucie Sztuki Teatralnej, rozpoczął też podchorążówkę, ale jej nie skończył. I pamiętam, że opowiadał, ponieważ miał fotograficzną pamięć, która mu służyła do tego, że właśnie potrafił mówić dziesiątki wierszy albo nawet setki wierszy. Czym podnosił więźniów na duchu? To się zaczęło już na Majdanku. Ale opowiadał też właśnie, że dzięki tej swojej pamięci fotograficznej miał do czynienia z dokumentami i zapamiętywał imiona z nazwiskami i jakieś dane, które przekazywał po prostu, nie wiem jaką drogą absolutnie, bo o to nie dopytałam, na zewnątrz. Tata był bardzo pogodnego usposobienia, także dowcipy opowiadał nawet w obozie koncentracyjnym przed apelem. i tym podnosił współwięźniów na duchu. Szczególnie do niego przylgnął taki chłopiec młodszy parę lat. Ojciec miał wtedy lat 21, jak się dostał do obozu. Ten chłopiec miał około 16 i po trzech miesiącach wydarzył się pewnego rodzaju cud. Strażnik się upił, nie wiem za czyją sprawą, z kiełbasą w jednej ręce, butelką wódki w drugiej, zaczął rozdzielać na prawo ludzi do zwolnienia, na lewo, nie wiem, czy do jakichś gorszych, jak się ich losy potoczyły, w każdym razie zostali w obozie. Tata znalazł się wśród tych częściowców po prawej stronie i kiedy ten Strażnik pijany patrzył w drugą stronę, przesunął tego chłopca, który się tak do niego jakoś z nim zaprzyjaźnił, tak do niego przylgnął w obozie na swoją stronę do tej kolejki i wyszli na wolność w gronie tam, nie wiem, kilkunastu osób chyba. I tak efekt tego był taki, że ta rodzina, ten chłopiec był z Lublina, że rodzina, która zresztą już wiedziała o tej terapii dobrym humorem, pomimo tragicznych okoliczności, to doszło to nawet poza obozowe mury, No ale w każdym razie udało się ojcu uwolnić jakoś tego chłopca, takim fortelem niewielkim. No i tak ich ugościła ta rodzina w Lublinie, że oni byli potwornie głodni, że ojciec się tak pochorował, że przez parę dni w ogóle nie mógł się ruszyć, bo tak tylko między toaletą a łóżkiem egzystował. No i tak to było.
[18:33.87 → 18:35.61] B: Potem było powstanie warszawskie.
[18:35.79 → 24:20.14] C: Potem było powstanie, ale tata, był jego oddział, był na Ochocie, mieli zdobywać przy Placu Narutowicza taki akademik, dom akademicki, który notabene do tej pory tam stoi, ale nie mieli broni niestety, tak jak to często było wśród powstańców i oni mieli tylko butelki z benzyną. więc siedzieli z tymi butelkami z benzyną i po kilku dniach po prostu ich stamtąd Niemcy wyprowadzili. Jeszcze wiem, że wyniósł na rękach z kimś jeszcze jakąś dziewczynę ranną w brzuch i stamtąd ich wyprowadzili do przejściowego obozu w Pruszkowie, a stamtąd wywieźli do Oranienburga Sachsenhausen. To taki obóz koncentracyjny, do którego wywieziono krakowskich profesorów na początku wojny. I tam tata już był dłużej, znacznie dłużej. I tam humor również, można powiedzieć, humor na siłę jakoś, który zawsze się go imał, popisywał się przed współwięźniami, starając się im podnieść na duchu. i właśnie godzinami mówił wiersze, to o czym już mówiłam. Zorganizował też z kilkoma współwięźniami teatrzyk, podczas których to takich występów, tam były oczywiście, to nie były same, sam lekki repertuar, było to też rozrzewniające, poetyckie, no ale to były chwile wytchnienia. To były chwile wytchnienia i tam tata zaprzyjaźnił się z kilkoma więźniami, z którymi do końca życia utrzymywał kontakt. Jeden to był Słowak, Lacofarkarz, który wyemigrował później do Kanady i tata go tam odwiedzał kilkakrotnie. Drugi był Francuzem, którego ja Miałam za zadanie poznać, jak wysłano mnie na studia do Paryża. Jak właśnie przyjechałam, to on umarł. Także poznałam już tylko rodzinę. Ale w każdym razie te więzi tam zadzierzgnięte w tych straszliwych warunkach przetrwały przez całe jego życie. Chociaż jak mówię, nie chciał przekazywać tej tych traumatycznych przeżyć. Tam zresztą w obozie w Oranienburgu Sachsenhausen był oddelegowany do kuźni, a tata, nie wiem czy państwo pamiętają, to był raczej niewysoki, bardzo drobnej budowy ciała i kompletnie się do pracy fizycznej nie nadawał i tam musiał obsługiwać taki młot, który to młot, on oczywiście nie miał siły do tego i nigdy w życiu by tego obozu nie przeżył, gdyby nie jego siła ducha. Właśnie to, że cały czas był, oddelegował się na ten cały czas, na taką emigrację wewnętrzną, gdzie po prostu nie dopuszczał, starał się nie dopuszczać świata zewnętrznego, tylko żył w świecie poezji, jakichś tam kalamburów i tak dalej. czym dzielił się właśnie ze współtowarzyszami niedoli. Pewnego dnia podczas pracy w tej kuźni ten młot był zepsuty i odbił zabijając jednego z nadzorców Niemca. Także śmierć zaglądała już w sztacie w oczy. Proszę sobie wyobrazić, że zszedł inny esesman, który zaświadczył, że młot był zepsuty, że to nie jest wina ojca. Potem tata do końca życia się zastanawiał, dlaczego on to zrobił i czy to był ten sam Niemiec, który od czasu do czasu zostawiał mu gdzieś kanapkę, zostawiał mu gdzieś jabłko i tata przeżył ten obóz. Chociaż jedna, chociaż było ich 1200, a tylko 300 ocalało, a on nie miał żadnych danych po temu, żeby przeżyć, no bo właśnie był, nie nadawał się do takiej pracy fizycznej zupełnie, tylko tą siłą ducha. I te przeżycia, o których, jak mówię, niezbyt chętnie opowiadał, jednak zaowocowały takimi przemyśleniami, że tata co napisał w swoich wspomnieniach, zaraz po wyzwoleniu z obozu Oranienburg Sachsenhausen, po powrocie do kraju zawiesił na kołku nienawiść. No myślę, że to jest dosyć rzadkie w takich tragicznych okolicznościach i ten obóz jeden i drugi nauczył go, żeby nigdy nie ferować zbyt szybko wyroków, a najchętniej ich w ogóle nie ferować, dlatego że, no właśnie, osądzając kogoś, potem się okaże, że ten ktoś w mundurze nawet hitlerowskim może nam ocalić życie.
[24:21.20 → 25:38.38] B: Sprawdzałyśmy właśnie przed przyjściem tutaj, Akta Polskiego Czerwonego Krzyża, gdzie była informacja, że w Orenburgu Sachsenhausen miał numer 90135. Niestety nie wiemy, jaki numer miał na Majdanku, ponieważ nie zachowała się żadna dokumentacja niemiecka z tego obozu. Ale tak ładnie pani opowiadała o tym pobycie w tym drugim obozie, w obozie koncentracyjnym i że tam się także starał pocieszać siebie i przede wszystkim innych i też był zaangażowany w grę aktorską. A w książce zamieściła pani dwa listy, których nigdy nie wysłał do rodziny. 18 kwiecień 1945 roku. Wojna prawie ukończona, ale to czekanie na jej koniec wyczerpuje mnie zupełnie. A tu tymczasem tęsknota, głód. Głód piszę dużą literą. Ach, kiedyż będę mógł was ucałować, przytulić się do was i wstyd mi przyznać, ale to też gra najeść się dosyta. Dzień później, 19 kwietnia 45 roku. Jestem strasznie głodny. Moje jedyne myśli i marzenia to marzenia o Was, o wolności i o jedzeniu."
[25:38.38 → 26:08.12] C: Tak, to pamiętam, że opowiadał, że jak wyszedł z obozu, to był cały spuchnięty. I jak tak dotknął się w policzek, to to trwało parę minut, zanim twarz wróciła do tej już okrągłej, ale że to było zupełnie nienaturalne. Także ten głód był dojmujący.
[26:10.18 → 26:15.60] B: Czy potem miał traumy obozowe? Czy obóz mu się śnił? Czy mógł oglądać filmy?
[26:16.14 → 27:32.50] C: Oglądał filmy i grał w takich filmach z przyjemnością. Trzeba powiedzieć, że No przecież o AK nic nie można było mówić, bo to były zaplute karły reakcji, prawda? Najchętniej wymazano by to z historii, a jeszcze chodziłam do szkoły, w której mówiło się tylko, że to Armia Ludowa walczyła przeciwko Niemcom, a nie Armia Krajowa. Także Pierwszy film odwilżowy, tata zagrał w takim pierwszym filmie odwilżowym, to się nazywało sprawa pilota Marysza o takim pilocie polskim, który wraca z zachodu. No to była rewelacja po prostu, że na taki film zezwolono, bo tak to przecież właśnie to były tematy tabu, Bardzo chętnie grał w filmach wracających do czasów wojny, ale tam gdzie mógł grać właśnie tych polskich patriotów, czy to w kanale, czy to później w filmie Orzeł.
[27:33.00 → 27:49.32] B: Zadziwił mnie ten, ten kanał. Tato, który był w powstaniu, a potem właśnie gra w takim filmie, gra Polsznika Zadrę, wchodzi po tych kanałach, widzi egzekucje, widzi Niemców, Tak.
[27:50.70 → 31:43.14] C: No to może dlatego, że właśnie tata tak dokładnie oddzielał granie od życia i był tylko na scenie czy na planie filmowym był tylko wyłącznie aktorem, a w życiu nie znosił grania po prostu. Natomiast Te filmy, kanał, to był przecież pierwszy film o powstaniu warszawskim, na które komuniści, władze, zezwoliły. To był film nakręcony już w 1956 roku, czyli już po październiku. I to był pierwszy film o powstaniu i właściwie kultowy, pierwszy, który wyjechał na zachód na tak renomowany festiwal jak festiwal w Cannes i tam zdobył srebrną palmę i zrobił takie wrażenie ten film, że całe jury w ogóle zamilkło po zobaczeniu tego. Ktoś tam wypowiedział się, bodajko kto, taki intelektualista, poeta francuski i reżyser, że to jest jak okropności goi, tylko w filmie. To był film, zresztą kanał, od którego zaczęła się cała polska szkoła filmowa. Ale pani mówi o tych kanałach, no tata by nie był sobą, gdyby na planie też nie dowcipkował. Oni tych kanałów, oczywiście w Warszawie jeszcze były ruiny w tych latach pięćdziesiątych. Pod koniec, ja jeszcze pamiętam częściowo zrujnowaną Warszawę z pierwszych klas szkoły podstawowej, kiedy w ramach tak zwanych czynów społecznych kazali nam chodzić i odgruzowywać. więc nie było już wielu ruin, a sceny w kanałach kręcono w Łodzi oczywiście, gdzie wytwórnia filmowa się znajdowała i znajduje. I tam wybudowano te kanały na wzór tych, które autentycznie tutaj w Warszawie, przez które powstańcy się uciekali, starali się uciekać przed Niemcami z jednej dzielnicy do drugiej, często zresztą wychodząc Z tego kanału byli tam po takiej męce, gdzie szli przez ten szlam, przez brud mokrzy, brudni, w fekaliach, po iluś dniach takiej wędrówki bez jedzenia, bez picia, bez niczego, czekali tam na nich Niemcy niestety. No i te takie kanały na wzór prawdziwych wybudowano, takie makiety w tej Łodzi. No ale sceny kręcono jesienią, zresztą ta cała historia dotyczy też schyłku powstania, a więc już okresu wczesnej jesieni. I pogoda była fatalna, deszcz padał, wiało, ten szlam był jak najbardziej prawdziwy, więc wszyscy, no trzęśli się po prostu zimna. I cóż, Wajda w związku z tym postanowił, żeby ci aktorzy dotrwali do końca i nie pochorowali mu się. No to nabył rum, przyniósł ten rum i zaczął go serwować. No i jaki był efekt? Pan Stanisław Mikulski pił herbatę gorącą za herbatą gorącą i skończyło się to zapaleniem płuc. Inni pili herbatę z rumem i też się pochorowali, a ojciec pił sam rum i nic mu nie było.
[31:45.11 → 32:00.70] B: Odnośnie filmu kanał, on w jednym z wywiadów powiedział tak. Moje doświadczenia wojenne były pewnego rodzaju ułatwieniem przy graniu w filmie kanał. Nie musiałem uciekać się do wyobraźni, żeby odnaleźć się w specyficznej powstańczej rzeczywistości.
[32:02.12 → 35:52.18] C: No tak, na pewno. Na pewno to było jakąś pomocą. Natomiast w życiu codziennym tata nigdy nie epatował, nie roztrząsał tych spraw. Nie były to tematy ulubione jego rozmów. Ojciec miał naturę, można powiedzieć, wesołka nawet. Tak był odbierany przez wielu ludzi. To nie do końca jest prawdą, ale w każdym razie on wierzył głęboko w terapeutyczną moc śmiechu i uważał, chociaż zdobył w życiu wyróżnienia najwyższe, jakich się doczekał, to właściwie były za filmy, w których grał takich bohaterów, jak w filmie kanał, to za Orła i później grał jeszcze w takim jednym filmie, mało znanym zresztą w Polsce, Echo, też dotyczącym okupacji, za który dostał najwyższe wyróżnienie właściwie w swojej karierze, bo była to pierwsza nagroda za główną rolę męską na Międzynarodowym Festiwalu w Karlowych Warach, a za najlepszą rolę żeńską dostała Jeanne Moreau, także niezłe towarzystwo. Natomiast tata uważał, że jego, można powiedzieć, nawet powołaniem, bo on aktorstwo traktował jako powołanie, nasiąkł taką koncepcją, która była koncepcją Juliusza Osterwy, tutaj w pobliżu jest teatr imienia Juliusza Osterwy, że trzeba się poświęcić całkowicie dla sztuki. I rzeczywiście tę sztukę zawsze traktował szczególnie sceniczną, z ogromnym nabożeństwem. Natomiast był świetny w rolach lekkich, w repertuarze fredroskim. i uważał, że właściwie jego zadaniem, jego nawet misją w cudzysłowie jest zabawiać publiczność i dawać jej przez to nie tylko materiał do przemyślenia w ciężkich dramatach, tylko chwilę wytchnienia właśnie od tych dramatów większych czy mniejszych w codziennym życiu, czy tych, które się kiedyś odbyły. że to jest, sztuka ma moc oczyszczającą, śmiech ma moc oczyszczającą. Zresztą chętnie przywoływał taki przykład, taką anegdotę, ale prawdziwą. Gdzieś w latach bodaj 50. czy 60. w Stanach Zjednoczonych pewien człowiek ciężko zachorował na nieuleczalną chorobę, na jakiś nowotwór i lekarze powiedzieli mu, że on ma przed sobą jeszcze tylko rok życia. Jako, że miał dosyć duże dolegliwości, więc właściwie za bardzo nie dramatyzował ten pan, natomiast postanowił, że skoro on ma jeszcze tylko rok przed sobą życia, to będzie robił to, co lubi najbardziej, to znaczy oglądać filmy. A że lubił komedię, no to serwował sobie różne takie seanse komediowe, flipa i flapa. Spędził parę miesięcy, nie wychodząc właśnie z fotela przed telewizorem. I cóż się okazało po paru miesiącach, że wcale nie umarł i choroba się cofnęła. I tata głęboko w to wierzył, że tak może być.
[35:53.22 → 36:16.73] B: Kiedy już mało grał, robił dużo podsumowań całego życia, tak pani napisała. Te swoje przemyślenia układał hasłami. I pani napisała i to, co on od wczesnego dzieciństwa, żyjący przede wszystkim aktorstwem, uhonorowany rozlicznymi artystycznymi nagrodami, także międzynarodowymi, uznaje za największe życiowe osiągnięcie, swój największy sukces?
[36:17.89 → 37:11.55] C: To, że uratował iluś osobom życie. Przez to właśnie, że Kilkakrotnie zdarzyło się, że faktycznie w sposób jakby fizyczny miał to szczęście, że był w takich okolicznościach, że kogoś tak jak tego chłopca z obozu na Majdanku po prostu udało mu się ocalić, ale że przez swój dobry humor, przez swoje podtrzymywanie innych na duchu, przez serwowanie jakiegoś takiego ciepła i poezji, wszystkim wokół, bez względu na okoliczności, czy to było w obozie, czy w czasach stalinowskich, kiedy dowcipy dosyć drogo go kosztowały. Ale iluś osobom, przede wszystkim w obozie, to iluś osobom w jakimś sensie też ocalił życie.
[37:11.89 → 37:33.61] B: Tak właśnie napisał Wielu ludziom, w tym i sobie, uratowałem życie. Przeszedłem Pawiak, Majdanek, Oranienburg, Sachsenhausen, sprawiając współwieźniom czy widzom przez swoje aktorsko sporo radości, czy dodając otuchy i wiary w przetrwanie. Może teraz byśmy obejrzeli zdjęcia, które pani przygotowała.
[37:33.63 → 37:34.31] C: Bardzo chętnie.
[37:37.01 → 37:39.81] B: Poproszę o zdjęcia.
[37:44.55 → 38:08.74] C: To jest tata z rodzicami, z dziadkiem Edward Szupelak-Gliński i Antonina Stomu-Michajłow, która tylko błysnęła talentem dla białoarmiejców. I z małym tatą. To jest prawdopodobnie robione we Lwowie, jako że z Estrahania wyjechali, gdy tata miał dwa i pół miesiąca.
[38:09.82 → 38:10.99] B: Kolejne zdjęcie proszę.
[38:16.70 → 39:42.86] C: Och, to jest zdjęcie z historycznego przedstawienia z Lili Wenedy. To było pierwsze przedstawienie, które ujrzało światło dzienne, kiedy Warszawa była kompletnie zrujnowana, w tym Teatr Polski, który to teatr własnymi rękami aktorzy z Solskim, który wówczas już miał, nie wiem, 80 lat, odgruzowywali. I to było przedstawienie, które miało otworzyć, udowodnić, że Warszawa żyje, podczas gdy tam życia jeszcze żadnego właściwie nie było i było pełno gruzów. I teatr, ponieważ też nie działała komunikacja miejska, to widzów do teatru na tą Lille Venedę wiozły specjalne autokary wśród, można powiedzieć, takich barykad całych z gruzów, wśród takich dróg porobionych między gruzami Warszawy. A tu jest już zdjęcie z lat sześćdziesiątych z Elżbietą Warszczewską, z takiego pięknego przedstawienia fircyk w zalotach, gdzie tata jest ulubiony, To jest ulubiony jego repertuar, bo lekka muza, może bawić.
[39:43.88 → 39:45.44] B: Poproszę kolejne zdjęcie.
[39:49.90 → 40:17.07] C: To jest film. Jutro premiera. Tutaj widzimy Edwarda Dziewońskiego. Proszę mi pomóc. Bardini. Bardini. Dalej Gliński. Tak jest. I spojrzeć na nos Cholubek. Tak jest.
[40:18.11 → 40:19.55] B: Poproszę kolejne zdjęcie.
[40:22.32 → 40:49.09] C: A to już są lata siedemdziesiąte i to jest jeden z jedna z edycji kabaretu Dudek. Obaj panowie są bardzo szczęśliwi. Jak widać już na zdjęciu. w ferworze dowcipów rzucanych na Nowym Świecie, na rogu Nowego Światu i Świętokrzyskiej. Kabaret się mieścił.
[40:50.81 → 40:52.45] B: Poproszę kolejne zdjęcie.
[40:58.93 → 41:12.40] C: A to jest kryminał, gdzie jest trzeci król. Tata jest z panem Wiesiem Michnikowskim. swoim przyjacielem zresztą do ostatnich dni.
[41:14.08 → 41:15.72] B: Poproszę kolejne zdjęcie.
[41:18.86 → 44:32.31] C: No i mamy tutaj kanał. Ojciec gra dowódcę, porucznika Zadrę, dowódcę usiłującego wyprowadzić swój oddział, przeprowadzić z Mokotowa do do Śródmieścia, bo Śródmieście jeszcze walczyło, a na Mokotowie już Niemcy wszędzie byli i usiłują znaleźć drogę zapalając zapałki. To są właśnie, są w tym kanale. Nie wiem, czy państwo pamiętają historię tego filmu, ale tam po prostu wszyscy giną po drodze. Młody Janczar, który tam grał ginie, ktoś postradał zmysły, wszyscy giną, wychodzi tylko ojciec w ostatniej scenie z takim, no jednym z, oczywiście z oddziału, ale mało znaczącym człowiekiem, który mu cały czas mówi, że wszyscy nadążają za nimi, wszyscy za nimi nadążają, gdzieś idą, tylko tam kawałeczek dalej zostali. To nie było prawdą. I tata wychodzi z tego kanału, on wychodzi, ten dowódca, pyta, a gdzie są ci następni? I okazuje się, że ten, który się uratował, oszukiwał cały czas. Po prostu chciał na siłę wyjść z tego kanału, nie zważając na to, że tamci gdzieś po drodze zostali. I wtedy ojciec, czyli dowódca, wyciąga pistolet, zabija tego zdrajcę i wraca do kanału. I zresztą tata mówił, że dla tej jednej sceny to bardzo chciał zagrać w tym filmie, bo to była tak przejmująca ta scena. Także nawet było tak, że tak bardzo się starał dobrze zagrać tę scenę, że przez ten nadmiar dobrych chęci niekoniecznie mu to wyszło dobrze. Na szczęście, bo państwo wiedzą zapewne, że w filmie sceny się powtarza powielokroć, potem wybiera się tę najlepszą, ale zdjęcia mogą trwać godzinami, dniami, czasami zmienia się pogoda, to trzeba czekać na inną, aż wróci ta, która jest do zdjęć potrzebna i tak dalej. No i tak bardzo chciał, że nie bardzo mu to wyszło i na szczęście Wajda się zgodził i powtórzyli tę scenę. No i rzeczywiście to jest bardzo przejmujące i taki miał tata moment ogromnej satysfakcji, kiedy w roku 2000 Andrzej Wajda odbierał honorowego Oscara w Hollywood w Los Angeles i jako, że tak powiem, na tamtym wielkim Po ekranie była właśnie scena taty wychodzącego z kanału.
[44:32.67 → 44:39.45] B: Poproszę kolejne zdjęcie. Kolejne zdjęcie także z tego filmu.
[44:39.45 → 44:44.52] C: To już jest właśnie po wyjściu z kanału, czyli ostatnia, fragment ostatniej sceny tego filmu.
[44:44.52 → 44:45.85] B: Poproszę kolejne zdjęcie.
[44:50.71 → 45:59.01] C: A to jest ze sprawy pilota Marysza. To jest pierwszy film, w którym tata Dopiero w 41. filmie powojennym zagrał, chociaż już był znanym aktorem w Warszawie i bardzo lubianym przede wszystkim właśnie za kreacje fredroskie. A dlaczego zagrał dopiero w 41.? Dlatego, że jeździł wtedy, nie było tak jak dzisiaj castingów, tylko jeździło się na zdjęcia próbne do Łodzi, na pewnego rodzaju casting. robiono i za każdym razem wracał z oceną, to nie ta twarz. To nie ta twarz była do końca stalinizmu po prostu. A tutaj grał właśnie w pierwszym filmie odwilżowym pana Leonarda Buczkowskiego o tym pilocie, który wraca z zagranicy do ludowej ojczyzny, no i nie jest tu najlepiej delikatnie rzecz ujmując, witany. Czyli gra przedwojennego inteligenta.
[45:59.55 → 45:59.91] B: Dziękuję.
[46:00.33 → 46:01.23] C: Bardzo dziękuję.
[46:01.53 → 46:32.60] B: Pani Joanno. Nie mam własnej sagi historii rodzinnej. To historia urwanych ścieżek, zatartych śladów. Nie mam w życiu codziennym tego narratora, który chciałby się dowiedzieć całej prawdy o mojej rodzinie. Mamy trzy powojenne pokolenia. Dziadkowie, którzy przeżyli wojnę lub nie przeżyli, jak mój dziadek. pokolenie rodziców, które najczęściej wszystko zamiata pod dywan i my, którzy wkładamy łeb do krypty. Mój dziadek Stefan Borowiecki.
[46:34.62 → 54:40.38] D: Przez długie lata był taką myglistą nieobecnością. Kiedy słuchałam fascynującej opowieści pani Katarzyny, zdałam sobie sprawę, jak bardzo różna jest historia, którą się z państwem podzielę. Mój dziadek Stefan Borowiecki, porucznik Stefan Borowiecki zginął w Majdanku, kiedy moja mama była w brzuchu babci. Moja mama jest pogrobowcem. On zginął w lutym 1943 roku. Mama urodziła się w czerwcu. I znam go właściwie tylko dzięki opowieści mamy, opowieści, która nie jest wspomnieniem, bo ojciec nigdy nawet nie trzymał jej na ręku. I od początku, kiedy z tą historią się zetknęłam, najpierw wyczuwałam, później zaczęłam rozumieć ambiwalencję, ambiwalentne uczucia mojej mamy. Z jednej strony jej ojciec zawsze był bohaterem. To był ojciec żołnierz, partyzant, patriota. który został zamordowany w Majdanku i nie wydał swoich towarzyszy. Z drugiej strony to, co niewypowiedziane, czyli ojciec, który ją opuścił na lata powojennej biedy i tułaczki. Stefan Borowiecki był chłopskim synem, pochodził z biednej rodziny, ożenił się z moją babcią, chłopką i w tej rodzinie przyszła na świat moja mama Elżbieta Borowiecka. Po wojnie babcia, wdowa, musiała znaleźć pracę. Znalazła ją w innej wsi, w Dziepuci, w Sierocińcu, a swoje jedyne wówczas dziecko zostawiła ze swoją matką, moją prababcią, zwaną Babcyjką. Wieśnie się, że ta właśnie babcyjka, kiedy Niemcy przyszli na rewizję do jej chałupy, udawała, że jest ciężko chora na tyfus. Z tego, co zdążyłam ją poznać, ona zmarła, kiedy miałam 12 lat, jest to prawdopodobne. Była taką żywotną, pełną wewnętrznej siły i światła, osłupką, drobną, szybką. Więc tak, była to szczątkowa historia o bohaterskim dziadku, który jednak opuścił moją mamę. I szczerze mówiąc, dopiero niedawno z takiego poziomu bardziej analitycznego zaczęłam zastanawiać się nad tym, jakie dziedzictwo jej pozostawił porucznik Stefan Borowiecki, pierwszy inspektor ruchu oporu na ziemi gomunickiej i kamieńskiej. Z jednej strony lęk. To, czego doświadczył już jako więzień zdradzony przez towarzysza, najpierw w Piotrkowie, później w Majdanku, to był lęk. Musiał się bać. Mimo iż nie zdradził, musiał się bać, bo każdy normalny człowiek uwięziony odczuwa strach przed utratą życia albo przed tym, że na przykład się załamie. I ten lęk bardzo głęboko zakorzenił się w sercu mojej mamy. a z drugiej strony odwaga. Teraz wiem już o dziadku trochę więcej, chociaż ciągle jest to, są to tylko fragmenty strzępki, że był człowiekiem odważnym. Moja mama w wieku 17 lat opuściła swoją wioskę i jako pierwsza z rodziny ruszyła na studia, które skończyła we Wrocławiu. Myślę, że osobą, która zza grobu dała jej tę odwagę, był właśnie Stefan Borowiecki, jej ojciec. Natomiast mama nigdy o tym nie mówiła w ten sposób, w jaki ja się z Państwem dzielę. To były raczej takie erupcje, nagłe wybuchy narracji, która kończyła się, podobnie nagle jak wybuchała, z powodu braku wiedzy i myślę, że niepoznanych do końca własnych uczuć na ten temat, że oto był ten ojciec, że zginął bohatersko, ale że jednak tak całkowicie i tak boleśnie znikł z mojego życia, z życia wojennej sieroty, które było naprawdę trudne. To wymagało Również bohaterstwa, żeby z tą kartonową walizką ruszyć na ziemię odzyskane, na studia do Wrocławia. Więc tak znałam najpierw swojego dziadka Stefana Borowieckiego. Tam jest, on należy do pokolenia, które wkłada głowę do krypty i chce poznać rodzinne upiory, stawić im czoło. poznać je i zrozumieć. I przez swojego dziadka Stefana, ja sama w swoim twórczym życiu mierzyłam się z traumą, odziedziczoną traumą II wojny światowej, która bardzo pocharatała moją rodzinę ze strony mamy. I to przez dziadka właśnie, jego tropem, II wojna, pojawia się w moich opowieściach. Wiecie, że nawet nie mogłam sobie wyobrazić, jak on wyglądał. Mama przechowywała jedyną fotografię, tak wyblakłą, tak wymacaną palcami, tak wypatrzoną, że trudno było powiedzieć, jak ten człowiek wyglądał. Dziadek zatrzymany na zawsze w wieku dwudziestu paru lat. Dopiero kiedy pewien historyk z Krakowa zaczął badać partyzantkę na ziemi radomszczańskiej, odkryliśmy więcej zdjęć. I był wysoki, ciemnowłosy, jak reszta rodziny mojej mamy. Ponoć odznaczał się dużym spokojem, zmysłem organizacyjnym i miał pseudonim Sowa. w związku z tym, że uważany był za człowieka mądrego. Nie wiemy, jaką szkołę kończył. Na pewno podstawową był, jak wspomniałam państwu, chłopskim synem. Nie wiemy, dlaczego tak późno się ożenił, bo dopiero tuż przed trzydziestką. I ja sobie tylko tak dla siebie jakiegoś innego życia, że być może to, co było tam dookoła mu nie wystarczało, może marzył o czymś wielkim, a potem przyszła wojna, no i miał okazję, niestety pierwszą i ostatnią w życiu, żeby użyć te zdolności, które dała mu natura, zorganizować partyzantkę we swojej wsi i wsiach okolicznych. i później umrzeć za ojczyznę. To jest wielka sprawa jak na chłopaka ze wsi Hucisko.
[54:41.88 → 54:44.60] B: Czy możemy zobaczyć zdjęcia, jakie pani przygotowała?
[54:46.04 → 54:49.26] D: Ich nie ma wiele oczywiście, bo nie ma zdjęć.
[54:53.90 → 54:56.34] B: Jeszcze dalej poproszę.
[55:03.67 → 56:45.07] D: To jest właściwie najcenniejsze dla mnie zdjęcie, które dopiero parę dni temu weszło w moje posiadanie. To jest ta fotografia ojca, którą moja mama przechowywała przez całe życie. Jak widzicie ta twarz, to może być blondyn, brunet i szatyn. Nie wiemy jak wygląda z tego zdjęcia, jest enigmą, jest tajemnicą. Pod tym zdjęciem jest inny dokument, który mama przekazała mi słownie parę dni temu, kiedy byłam na górach literatury na Dolnym Śląsku. To jest jedyne w życiu opowiadanie, dłuższe opowiadanie, które napisała moja mama i które opowiada o losach Stefanii. Drugie imię mojej mamy to Stefania, która z małym kuferkiem ze wsi Gomunice rusza do Wenecji, a tam Poznaje księcia i ma różne perypetie, ale na koniec wszyscy żyją długo i szczęśliwie. I tak sobie pomyślałam, że ta szesnastolatka pisząca to opowiadanie, jakby krok przed tym jak ruszy w świat, to jest tak niebywale wzruszająca rzecz, bo jest tam wszystko. Używa imienia, które odziczyła po swoim ojcu. Jest i tęsknota i lęk. i właśnie odwaga, bo ona zaraz zrobiła coś właśnie takiego jak Stefania z tej fikcji, harlekinowej fikcji, czyli ruszyła w świat do Wrocławia, skończyła studia, za mężem przeprowadziła się do Wałbrzycha, gdzie zaczyna się już moja historia.
[56:46.70 → 56:48.18] B: Poproszę kolejne zdjęcie.
[56:53.62 → 57:16.80] D: Tutaj dziadek już jest w pełnej krasie i bardziej sobie można wyobrazić jakim był mężczyzną. To zdjęcie przechowywała żona jego brata, a mama je dostała od spadkobierców, od syna tegoż brata.
[57:18.02 → 57:19.70] B: Poproszę ostatnie zdjęcie.
[57:27.91 → 58:03.18] D: to samo źródło fotografii i ta twarz mnie zaskoczyła. Pierwszy raz zobaczyłam go naprawdę, mojego dziadka Stefana Borowieckiego w mundurze wojskowym i nawet dostrzegam pewne rodzinne podobieństwo akurat z moją siostrą. Urealnił mi się bardzo ten Mugławicowy byt, bardziej przypominający ducha, postać z legendy, stał się bardziej moim przodkiem, moją rodziną.
[58:06.68 → 01:01:06.56] B: Ja, jak historyk, o którym pani wspominała, też zrobiłam śledztwo dla pani i też przeżywałam kilka dni temu, jak do pani dzwoniłam, że tak, to był wspaniały człowiek. Udało mi się ustalić, że został aresztowany 30 września 1943 roku na skutek donosu. Z nim aresztowano razem Przemysława Pakosławskiego oraz Juliana Ziębę. Julian Zięba jako jedyny przeżył Majdanek. Wrócił do domu. Jeszcze wspomnę tylko, że w tą całą działalność konspiracyjną była też bardzo zaangażowana pani babcia i że razem mieszkali przy ulicy Nowej. 4 maja 1946 roku zeznawała, że poszła do pana Zięby, żeby dowiedzieć się jak wyglądała sytuacja i kto mógł na nich donieść. I pan Zięba, tak jak Julian Zięba, tak samo jak wszyscy trzej wierzyli bardzo, że był to Marian K., który był szpiclem gestapo, który spotykał się razem z nimi. Mówię spotykał się razem z nimi dlatego, że oni spotykali się u pana Zięby, gdzie przeglądali nielegalną prasę. Zajmowali się też rozwożeniem tej prasy po okolicznych miejscowościach. Pan Zięba pracował jako kolejarz. I pana tato też miał z tym dużo wspólnego, ponieważ już od 1940 roku prosił pana Ziębę, żeby ten podawał mu numery transportów, opisywał ich skład i co, jak i gdzie będzie. Razem też zajmowali się rozkradaniem różnego rodzaju przedmiotów służących taborowi, żeby w ten sposób utrudnić transporty Niemców. Wiemy to z relacji pana Zięby właśnie. Powiedziałam, że że posądzali o to, że wydał ich Marian K. Było śledztwo w latach 50. prowadzone, ale umorzono je, ponieważ nie było przejmujących dowodów winy. Według mnie i mojego śledztwa to rzeczywiście nie był Marian K, tylko Maksymilian S. Ja specjalnie nie mówię nazwisk, ponieważ są to dane wrażliwe. Maksymilian S. Gomulic, sądzony w 1953 roku, pseudonim Franek. W akcie jego oskarżenia czytamy przez wślizgiwanie się w szeregi wolnościowych organizacji konspiracyjnych w celu późniejszego ich dekonspirowania do gestapo, w szczególności, tu właśnie wymienia pani dziadka, którzy zostali zamordowani w obozach koncentracyjnych. Teczka osobowa gestapo pod datą marzy 43, sam Maksymilian S. zeznał, że jest grupa sabotażowa z komendantem Stefanem Borowieckim na czele i tak napisał, na skutek moich meldunków zaresztowano całą grupę.
[01:01:08.82 → 01:02:20.00] D: Ja widziałam dokument z IPN-u dotyczący pana Maksymiliana, natomiast nie wiedziałam o tym, który przeżył Majdanek, o panu Ziembie. Jest takie, czy było, bo ta osoba już nie żyje, martwe źródło opowieści to była babcia, czyli wdowa po Stefanie Borowieckim, która 10 lat po jego śmierci ponownie wyszła za mąż. Czyli w momencie jak ja się pojawiłam, babcia miała już zupełnie inne życie. I myślę, że jej radykalna niechęć do opowiadania o pierwszym mężu wynikała raz z wyparcia. To była wielka trauma dla niej. Nie były to też czasy sprzyjające temu, żeby chwalić się działalnością w AK. I myślę, że też lojalność wobec tego nowego męża. Tam pojawiło się dziecko, przyrodni brat mojej mamy. Więc babcia, która wiedziała najwięcej pewnie. Pewnie wiedziała o panu Ziębie.
[01:02:21.20 → 01:02:22.10] B: Ona była u niego.
[01:02:23.78 → 01:03:50.85] D: Ona nigdy o tym nie mówiła. Ja akurat z babcią Manią miałam kontakt dość żywy. Lubiłam ją odwiedzać, bo ona mieszkała w domu, cały czas w tym samym domu we wsi Gomunice i to był pierwszy ogród w moim życiu. To była pierwsza wiejska chałupa w moim życiu. Urodziłam się w mieście i większą część życia spędziłam w wielkich miastach świata, więc bardzo to miejsce lubiłam, ale babcia nigdy nie mówiła o przeszłości, nigdy nie mówiła o swoim pierwszym mężu, o jego śmierci, o swojej działalności konspiracyjnej. Może nie umiałam pytać, może byłam za młoda, Może irytowało mnie to, że babcia podkreślała pewne dobre strony panującego ustroju, bo dzięki tej powojennej emancypacji moja mama ruszyła na studia, co było do tej pory w tej rodzinie absolutnie nie do pomyślenia. Dziewczyny zostawały w chałupie, wychodziły za mąż i ewentualnie uprawiały swój ogródek. Więc to źródło przepadło. I tak sobie myślę, że że nawet jeżeli jestem już jedyną osobą, którą Stefan Borowiecki tak interesuje, to zawsze to coś i że to wszystko po prostu nie poszło na marne.
[01:03:52.25 → 01:05:12.67] B: Wysyłałam pani kopię aktu zgonu dziadka. Tam było napisane, że umarł na ostre zapalenie serca, natomiast Julian Ziemba, już wspominany przeze mnie, napisał, Bękosławski i Borowiecki umarli z wycieńczenia i głodu, a najwięcej przyczyniły się do tego tortury w Gestapo. U mnie wyrwano cztery paznokcie i oni tak samo byli torturowani. Więc już wiemy, że przybył na Majdanek w transporcie radomskim, tak nazywanym w literaturze, a dokładnie on przybył z Piotrkowa Trybunalskiego 7 stycznia 1943 roku. półtora miesiąca później już nie żył. Jako też rzecz, która może Panią tak, nie mogę powiedzieć, że ucieszy, ale wywoła pewne dobre emocje, bo są też zeznania prababci. Katarzyna Jakubowska urodzona 20 grudnia 1885 roku w Dobyszewicach, córka Wojciecha i Katarzyny z Fruchtów. Ona w zeznaniu napis powiedziała, że oni musieli stawić się w Piotrkowie do biura kolejowego, że oni zostali tam wyzwani, żeby złożyć jakieś wyjaśnienia i tam właśnie podstępnie aresztowano ich i skierowano do więzienia gestapo.
[01:05:16.59 → 01:05:19.59] C: Właśnie
[01:05:21.55 → 01:05:22.75] B: zeznanie prababci.
[01:05:22.93 → 01:07:13.62] D: Niesamowite. Ja jej nie zdążyłam już poznać. Ona, Katarzyna, czyli matka Stefana Borowieckiego, zmarła zanim ja pojawiłam się na świecie albo kiedy byłam malutka. Moja mama ją pamięta. Ta wizyta sprzed paru dni u moich rodziców, mama opowiadała o chałupie o wiele uboższej niż ta, w której później mieszkał jej ojciec i jej matka, bo tam były aż trzy izby, była kuchnia, taki pokój reprezentacyjny i jeszcze jeden pokój, w którym moja mama spała. Opowiadała pamięć, w ogóle mamy tyle rodzajów pamięci. Pamięć nazywana przez badaczy pamięcią epizodyczną, to ta związana z materią wspomnień. które zawsze odbywają się na poziomie świadomym i nieświadomym, które są takim kotłem wiecznie żywym, gotującej się materii, z której na różnych etapach naszego życia wyskakują różne rzeczy. I co moja mama pamięta o babci Katarzynie, że podała pierogi, nabrała oleju do ust i tak na nie prysnęła, co dla mojej mamy było już szokujące i trochę z innego świata. Ale ten gest z innej epoki, z innego środowiska pozwolił całą tę sytuację zachować i przekazać mnie. Ja widzę, czuję zapach, tak? Widzę tę staruszkę podającą pierogi. Dziękuję za ten dokument. To jest, jak się dziś mówi, kolokwialnie wzrusz.
[01:07:16.40 → 01:08:26.56] B: Tak jak Pani wspomniała, wojna wielokrotnie wraca w Pani książkach. W Piaskowej Górze jest to spisek żydowski Ignacego Goldbauma. Jest historyk właśnie wspominany przeze mnie Marek Czerwiński, który pisze książkę o Polakach ratujących Żydów. W Chmurdali jest fotograf Ludek Borowic, który widzi śmierć, która ma nastąpić i są to śmierci najczęściej Żydów, których za moment, kiedy wybuchnie wojna, zostaną oni skazani na zagładę. Są w końcu ciocie herbatki, Róża i Aniela, które trafiają do obozu koncentracyjnego. Bardzo przejmująca historia. W gorzko, gorzko jest Barbara Serce, jest Jakub i Maria. Jakub z jego lękami nocnymi, z krzykami. Ludzie, którzy potem śpią pod łóżkiem, bo noce są dla nich najstraszniejsze. Skąd ta właśnie wojna? Skąd Auschwitz? Czy z tamtym obozem też ma Pani jakieś powiązania, że tak powiem?
[01:08:27.39 → 01:10:52.70] D: Nie rodzinne, nie bezpośrednie, tak jak my wszyscy w Polsce. Ten popiół, który się unosił nad Auschwitz chłonęliśmy przez skórę, wypiliśmy z mlekiem matki. W Starym Testamencie do czwartego pokolenia pamięta się i cierpi, w Nowym do trzeciego. I myślę, że nadal jako społeczeństwo jesteśmy w Polsce bardzo straumatyzowani II wojną światową. Wszyscy i pokolenie moich dziadków i moich rodziców i moje, ale to moje pokolenie trzecie jest pierwszym, które ma odwagę, kompetencje, zasoby, żeby spojrzeć tym rodzinnym upiorom w twarz. I tak sobie myślałam ostatnio, że gdyby nie pewne wydarzenia, o których zaraz powiem, to teraz dobry byłby moment, żeby tę traumę II wojny światowej w Polsce rozbroić, żeby odetchnąć. Ale wybuchła wojna w Ukrainie, I wszystko wraca. Stare upiory wracają i znów nas przerażają. Dziedziczenie traumy odbywa się w ten sposób, że dziadkowie czy rodzice nie muszą mówić. Mogą milczeć jak groby. To i tak się wchłonie. Przez skórę, przez powietrze, przez przemilczenia, dziwne pomyłki słowne. przez mowę ciała, w której czuje się, że stało się coś strasznego. Tak działa transgeneracyjna trauma i po prostu musimy się starać rozumieć. Rozumieć naszych przodków. Dlaczego mówili zbyt dużo albo nie mówili wcale. Starać się ich poznać, tak jak ja swojego dziadka Stefana Borowieckiego. o którym wiem coraz więcej. Teraz to zdjęcie, które przejęłam od mojej mamy, będzie wisiało w mojej pracowni. Utworzyła się linia między mną a tym odważnym, chłopskim synem z Gomunic.
[01:10:54.14 → 01:11:21.47] B: Dziękuję bardzo. Czy są jakieś pytania? Skoro nie ma pytań, to ja bardzo dziękuję Paniom. Jeszcze raz dziękuję Państwu za przybycie. Dziękuję jeszcze raz moim przyjaciołom, byłym więźniom Majdanku.

(Nie)Pamięć. Majdanek w historiach rodzinnych. Spotkanie z Joanną Bator i Katarzyną Wasilewską

„(Nie) Pamięć. Majdanek w historiach rodzinnych” organizowane przez Państwowe Muzeum na Majdanku.

O różnych sposobach radzenia sobie z trudnym dziedzictwem z zaproszonymi Gościniami: pisarkami Joanną Bator oraz Katarzyną Wasilewską porozmawia Marta Grudzińska, historyczka Muzeum na Majdanku.

Wróć