Tryb wiązania: strict

Staramy się pokazać tylko najmocniejsze trafienia.

[pokaż transkrypt] [ukryj transkrypt]
[00:00.72 → 00:09.74] A: Dzień dobry jeszcze raz, dobry wieczór. Zuzanna Solakiewicz i Ewa
[00:11.48 → 00:12.28] B: Grochowska.
[00:14.26 → 00:59.77] A: I ktoś zostawił mikrofalówkę, więc ja usunę dyskretnie. Przepraszam, ale te reflektory tak dają po oczach, że próbuję się zawsze nie zabić. Dobrze, możemy zaczynać. Tak zastanawiałam się, od czego zacząć, bo jest tyle wątków, tyle tematów, ale zacznę od waszego spotkania, bo wiem Ewo, że zrobiłaś muzykę do pierwszego dokumentu Zuzanny. Byłaś współautorką do Kabaretu Polska.
[01:00.75 → 01:05.33] C: Halo, halo. To było dzieło zbiorowe.
[01:06.33 → 01:12.81] A: No tak, było paru autorów, ale rozumiem, że poznałyście się o wiele wcześniej niż przy realizacji tego filmu.
[01:13.65 → 01:23.09] B: Tak, poznałyśmy się jeszcze o wiele, wiele wcześniej. Znamy się, odkąd miałyśmy 15 lat i poznałyśmy się w bursie międzyszkolnej imienia świętej Anny w Tarnowie.
[01:24.32 → 01:26.96] A: Wow, to powiedzcie od razu coś więcej.
[01:27.26 → 01:39.82] B: No co, Ewa była trzy lata w trzeciej klasie, a ja w pierwszej, co mój status od razu jakby obniżało o wiele, wiele stopni w liceum. To jest ogromna różnica. Natomiast ja też czytałam książki i to nas połączyło.
[01:42.04 → 01:48.56] A: No dobrze, a jak potem się spotkałyście przy filmie? Czy ta przyjaźń trwała cały czas, czy jakoś były przerwy?
[01:49.16 → 03:40.35] B: Tak, ta przyjaźń trwa cały czas, a Ewy, pozwól, że tak opowiem trochę o Tobie, a Ewy fascynacja i badanie i zajmowanie się muzyką tradycyjną trwa również od wielu lat i ja też ten pomysł o zrobieniu o tym filmu nosiłam w sobie przez wiele, wiele lat. ale tak naprawdę nie mogłam znaleźć perspektywy, ponieważ wydawało mi się to czymś z pogranicza animacji i kultury, co nie jest niczym złym samo w sobie, natomiast jako temat dokumentu, dopiero kiedy to tak trwało z 20 lat, to dopiero kiedy Ewa stała się śpiewaczką i badaczką, która mówi przez swoje doświadczenie, połączenie z tym tematem i z tym wszystkim, nie jako nowicjuszka, która zachwyca się światem i go odkrywa, ale patrzy z perspektywy i z mądrości, i z takiego pułapu doświadczenia i przetworzenia już tego przez siebie i zaczęła mówić takie rzeczy, które są już jej rzeczami, mówić w sensie wyrażać przez siebie i też w swoim podejściu. I kiedy te panie, które Ewa też przecież zna, bohaterki od wielu, wielu lat przeszły na zupełnie inny pułap. To jest zupełnie co innego. To pewnie Ewa potrafi coś więcej o tym opowiedzieć, jak się przychodzi i mówi dzień dobry, bo ja słyszałam, że pani śpiewa. To niech mi pani coś zaśpiewa. No poproszę, to ja pani coś zaśpiewam, prawda? A zupełnie co innego, kiedy ta To spotkanie trwa przez wiele lat i czerpie się z niego, ale też już się to przetwarza przez siebie. Więc ten moment był takim dla mnie momentem, że pomyślałam o to. Teraz ja już wiem, jak mogę zrobić ten film.
[03:41.39 → 03:43.15] A: Ewo, to opowiedz o swojej drodze.
[03:45.78 → 08:16.78] C: Ja przede wszystkim chcę powitać moich przyjaciół tutaj obecnych na tej sali, z którymi w zasadzie chyba z wszystkimi łączą nas te wątki związane z muzyką. Nie tylko tradycyjną, wiejską, ale z muzyką w ogóle. I moja droga jest taka, że ja bardzo uporczywie i od wielu lat tworzę muzyczne wspólnoty. To jest dla mnie najważniejsze i to nie jest tak, że wiele lat temu wymyśliłam sobie, że tak będzie. Jak każdy twórca, też na początku myślałam o sobie, o swoim rozwoju, o wypowiadaniu swoich twórczych myśli, samo w takim obserwowaniu się, ale bardzo szybko dotarło do mnie, że dziedzina, materia, ta część świata, którą sobie ulubiłam, polega na tym, że tam wszystko dzieje się między ludźmi i na przykład To, że witam moich przyjaciół i tych z Państwa, z którymi będziemy przyjaciółmi na przykład w przyszłości, nie polega tylko na tym, że chcę być miła dla publiczności, tylko taka sytuacja, że ktoś jest w świetle sceny, a ktoś jest wśród publiczności. Tu jest super, że w ogóle właśnie publiczność nie jest wyciemniona, tylko wszystkich państwa doskonale widzę. Taka sytuacja w ogóle nie ma miejsca w muzyce tradycyjnej. Jasne, że jest tak, że śpiewaczki czy skrzypkowie, tacy słynni, najznamienitsi, pożądani na weselach bardzo mocno, żeby te kobiety tam śpiewały, muzykanci grali. Oni oczywiście byli otoczeni sławą i takim uwielbieniem, ale nie było tak, że ludzie czuli dystans, że nie wiadomo, czy mogą podejść do nich, czy nie. Tam była jeszcze inna sytuacja, że nawet największa sława muzykancka mogła po prostu oberwać od pijanych gości, którzy chcieli tańczyć, a muzykant nie miał siły już grać. Więc to jest jeszcze inna historia, ale to dla mnie jest najważniejsze. I wiele razy muszę powiedzieć, że byłam wręcz odrobinę, ale byłam zła na siebie, że nie zajmuję się swoim To też jest część mojego rozwoju, ale że na przykład nie nagrałam dotychczas solowej płyty, a dobiegając pięćdziesiątki już by wypadało. Natomiast zrobiłam mnóstwo, tego nawet nie zawieram w CV, żeby nie zostać posądzoną jakąś megalomanię, zrobiłam mnóstwo muzycznych, społecznych projektów warsztatowych, orkiestrowych, wciągania osób po prostu lubiących muzykę bez wykształcenia muzycznego do tego, żeby razem grać i śpiewać, popularyzujących muzykę, takich terapeutyczno-muzycznych, w ogóle wszelkiego rodzaju, więc to jest Tak bym określiła moją drogę. Zresztą sama jestem z wykształcenia filozofką. Nuty jeżeli czytam to bardzo wolno i pozdrawiam z tego miejsca wujka Włodka, który kiedyś na kartce, którą mam do dzisiaj rozrysował mi podstawowe gamy. To też jest takie z przymrużeniem oka, bo oczywiście tą klasyczną taką teorię muzyki przez tyle lat już Jakoś sobie tam powoli przyswajam, ale moją akademią muzyczną była, myśmy to nazwali Akademia Uniwersytet Jana Gacy, czyli skrzypka spod przysłuchy już nieżyjącego od 10 lat, u którego spędziłam 13 lat na nauce gry na skrzypcach, która była nauką też tej lokalnej muzyki i tego stylu skrzypcowego. Gram na skrzypcach, ale tylko w tym stylu.
[08:17.26 → 08:32.12] A: Ale powiedz, jak to się zaczęło? Filozofia z jednej strony, no a tutaj muzyka tradycyjna. Skąd ten pomysł? Czy to było naturalne? Czy to są twoje korzenie? Czy przyszłaś do tego z zewnątrz? Dwa słowa na ten temat.
[08:32.88 → 08:36.20] C: To pierwsze słowo...
[08:36.20 → 08:41.18] A: Nie, nie, to był żarcik z tymi dwoma słowami. Ja liczę na rozwinięcie.
[08:41.42 → 12:28.71] C: Pierwsze słowo jest takie... Ja dużo mówię, więc... Pierwsze słowo jest takie, że ja to sobie wybrałam, myśląc na początku, że to było trochę przypadkowe. Zawsze mnie interesowała muzyka, jeżeli klasyczna, to bardziej dawna. takie rekonstrukcje muzyczne, ale oczywiście to w wieku kilkunastu lat. Nie mogę powiedzieć, żebym jakoś głęboko zbadała ten temat. Muzyka autorska, muzyka akustyczna, muzyka taka, gdzie wykonawca jest blisko też odbiorcy. I to mnie zaprowadziło w Lublinie tutaj do środowiska Orkiestry Świętego Mikołaja, przez którą zaczęłam takich ważnych muzycznych wątków dotykać, jeździć z nimi na wyprawy, głównie na Ukrainę, na przykład na Huculszczyznę. I wtedy też zaczęłam swoje pierwsze wyjazdy do śpiewaczek i do muzykantów nagrywając na kasety, których pudła mam teraz w domu jeszcze nie przegrane. I dalej już było tak, jak mówiłam wcześniej. Moja druga droga to jest taka, że urodziłam się na wsi, wychowałam się Tak jak teraz na to patrzę, to okazuje się, że w bardzo tradycyjnej wiejskiej rodzinie, w dobrym sensie tego słowa, bo jest też takie niezbyt dobre, takie jakieś stereotypowe, ale też trochę Chodzi mi o jakiś taki twardy patriarchalizm, który jest często łączony z tradycyjną wsią, nieprzypadkowo też. Więc u nas w domu panowała równość i demokracja, czasami dziadek tylko. patriarcha rodu, ale cudowny patriarcha. To było jak w książce wszystko. Uderzał pięścią w stół i mówił, dopóki ja żyję, to to dziecko, czyli ja, nie będzie miało zakazu gry w karty, bo chodziło o szukiwanie w karty. Teraz z perspektywy czasu widzę, że to była bardzo tradycyjna, wiejska rodzina. Rodzice, którzy na przykład mój tato kochał śpiewać i to też była część część tradycji, ponieważ śpiewał wiejskie piosenki. On patrzył na to po prostu, że w taki sposób, że kocha muzykę, kocha śpiewać. Babcia chodziła po domu rano i śpiewała godzinki i był taki okres w moim życiu, że po prostu traktowałam to jako historię rodziny, jako część tego, w czym się wychowałam, a teraz coraz bardziej odkrywam to w opowieściach moich rozmówców, twórców wiejskich, że zaraz, zaraz jak oni opowiadają właśnie o swoich rodzicach żyjących przed wojną, śpiewających godzinki i tam o dziadku, który robił wiklinowe koszyki i pod nosem tam śpiewał, trzymając papierosa w jednym kąciku ust, to drugim kącikiem śpiewał jakieś piosenki wojskowe, to myślałam sobie, że zaraz, przecież to jest moje dzieciństwo. Więc to jest drugie słowo i ta druga gałąź mojej tradycji, którą cały czas odkrywam. Tak się podobno z wiekiem też dzieje.
[12:29.45 → 13:33.75] A: Z wiekiem, ale może też z jakimś takim trendem szerszym, bo jesteśmy w takim punkcie, kiedy powstają książki, kiedy powstają spektakle teatralne, kiedy chyba nawet filmy zaczynają powstawać i nie myślę tylko o dokumentach. Nawet jakieś fabuły, tak. Nie widziałam jeszcze filmu Piotrka Złotorowicza nowego, ale jakoś tak mam intuicję, że to może jest coś w tym kierunku. Pewnie go Państwu pokażę, jak tylko się dorwę do kopii. że jest coś takiego, że ta tradycja jest jakoś, nawet nie to, że odkłamywana, tylko wydobywana na światło dzienne, odgrzebywana, przestaje być wstydliwa, zaczyna być ceniona, chołubiona. Nawet to, że takie zespoły jak Święty Mikołaj to nie jest już jeden zespół, to jest, ja nie wiem, chyba to kilkadziesiąt jest takich formacji. Masz takie poczucie, że wpisujesz się w coś szerszego?
[13:36.79 → 22:56.55] C: Jako część tego zjawiska tak. Jako twórczyni sama ze sobą nie nadążam. To jest coś takiego, co... Oczywiście, że jestem częścią tego zjawiska, a z drugiej strony niech to nie zabrzmi jakoś tak... Niech to nie zabrzmi głupio, potraktujcie to państwo z przymrużeniem oka, ale z drugiej strony, jak każdy twórca, a nawet każdy z nas, każda z nas jest twórczą osobą, więc czy to jest ktoś, kto pracuje jako muzyk albo śpiewaczka, czy ktoś, kto pracuje w instytucji kultury, albo ktoś, kto ma jakikolwiek inny zawód, niekoniecznie taki właśnie związany z kulturą, Każdy z nas ma przynajmniej, myślę, że raz dziennie uczucie, że go nikt nie rozumie. Więc ja jako twórczyni absolutnie to uczucie mnie nie opuszcza, że nikt mnie nie rozumie, ale oczywiście czuję się częścią tego zjawiska. Byłam też u początków takiego ruchu jakby nie tylko inspiracji folklorem w muzyce folkowej na przykład, czy takiej jakiejś eksperymentalnej nawiązującej do muzyki wiejskiej, ale do takiego nurtu, który dzisiaj w ogóle przybiera różne różne fantastyczne i fantazyjne formy uczenia się u źródła i rekonstruowania takich tradycji muzycznych, które nie miały już swoich reprezentantów i reprezentantek, wykonawców, na przykład osób, które dziedziczyły i przenosiły dalej daną tradycję w miejscu, gdzie żyły. Tak na przykład jest na Kujawach, gdzie w porównaniu do Radomszczyzny czy do Lubelszczyzny chociażby, tych osób, takich depozytariuszy tradycji muzycznych w wieku 80 plus jest bardzo mało, jest po prostu dużo, dużo, dużo mniej. Więc muzyka Kujaw, która mnie kiedyś szalenie zafascynowała, to było po prostu To było po prostu szaleństwo i bardzo się z tego cieszę, ponieważ ją dosyć dobrze znam i na koncertach za granicą czasem śpiewam jakieś rzeczy kujawskie. No i o ile czasami jak gram kawałki radomskie, to widzę konsternację na widowni i potem podchodzą muzycy i mówią, a gdzie tu jest raz? To, jak mówię, że teraz zaśpiewam pieśni z ojczyzny Fryderyka Chopina, to wiadomo o co chodzi. Mówię to trochę żartem, ale te kujawy, dosłownie dwie śpiewaczki, starszego pokolenia poznałam, a resztę uczyłam się pieśni i poznawałam głosy śpiewaczek nagranych w latach 50. XX wieku, czyli takich, które były urodzone w latach minimum 1880-1880 parę. I to było fascynujące, bo to było rzeczywiście z jednej strony uczenie się, odtwarzanie stylu muzycznego, a z drugiej strony spotkanie z indywidualizmem głosowym tych osób, co w przypadku takiego jakby... Nauki wiejskich tradycji muzycznych jest kluczowe. Nie mówię, że tylko wiejskich, bo w innych gatunkach muzycznych też są mistrzowie, którzy mają swoich uczniów, którzy mają swój taki rozpoznawalny idiom i taką pieczątkę, że słychać, że to jest ten muzyk, nawet po dwóch taktach, albo że to jest jego uczeń. To oczywiście tak też jest, ale w muzyce tradycyjnej ten przekaz bezpośredni, bez nut, bez zapisów, bez nagrań, po prostu w żywej praktyce, graniu razem na weselach, czy na zabawach, w tajemniczaniu, krok po kroku, w śpiew, w przeprowadzanie obrzędu, to jest kluczowe. I moment, w którym mamy tylko i wyłącznie głos danej osoby. Ja na przykład mam kilka nazwisk, w których takich skuja w kobiet, o których nie ma ani słowa w takich notatkach z tych zapisów terenowych, bo to były zapisy robione w ramach ogólnopolskiej akcji zbierania folkloru muzycznego. To była taka państwowa akcja zrobiona w latach 1950-1953 bodajże. I tam były o takich bardziej takich charakterystycznych wykonawcach. Były jakieś tam robione ich notatki biograficzne, czasami bardzo szczegółowe, ale było tam mnóstwo osób nagrywanych i rzeczywiście czasem zostało tylko nazwisko, miejsce urodzenia i data urodzenia. I to wszystko. Więc takie śledzenie kogoś po głosie, podążanie za nim tylko i wyłącznie po dźwięku, po tębrze, po sposobie oddychania, bo często taki ten sposób uczenia się też, żeby złapać styl danej osoby, to jest takie... To jest takie coś, co wielka, wspaniała etnomuzykolożka polska Jadwiga Sobieska. To był duet Jadwiga i Marian Sobiescy. Oni między innymi w tej akcji brali udział. Jadwiga Sobieska robiła transkrypcje muzyczne. tych nagrywanych podczas akcji utworów i ona robiła coś, co było jej jakby autorskim zapisem, w sensie nie wprowadzała rewolucji i jakichś nowych nut, ale robiła tak zwaną transkrypcję biologiczną, czyli zapisywała na przykład względne długości taktów, nie przystosowywała. Nawet jeżeli ktoś śpiewał w jakimś określonym rytmie tanecznym, to ona zaznaczała w jaki sposób ta osoba dzieli te takty, czy one są równe czy nierówne, jeśli nierówne to dlaczego. Czasem się to okazywało, że to jest rzeczywiście część stylu danej osoby. Zapisywała bardzo starannie wszystkie momenty, które były w stroju nietemperowanym. Zresztą całe utwory, ponieważ nagrywała pokolenie, które w życiu nie słyszało radia, ani muzyki nagranej mechanicznie, nie słyszało też fortepianu, ani akordeonu, ani telewizji, ewentualnie może na jakimś odpuście słyszało, nie wiem, kataryniarza, czy jakiegoś... Tak, tak, ewentualnie organy w kościele, ale Ja sama na początku lat dwutysięcznych docierałam do śpiewaków, śpiewaczek, którzy nawet organów nie słyszeli, bo w ich parafii i w okolicznych nie było organów. To było w takich izolowanych, typu na Kurpiach na przykład, albo nawet i na Lubelszczyźnie. w takich małych miejscowościach, więc tamto pokolenie nie słyszało nawet organów, więc oni śpiewali tak jak czuli, tak jak słyszeli, to nie znaczy, że to było jakieś takie nieogarnięte, tylko to jest bardzo konkretny, bardzo precyzyjny system, w którym oni śpiewają. Zresztą moi koledzy, z którymi gram teraz w takich profesjonalnych czy półprofesjonalnych zespołach, z którymi koncertujemy po całym świecie, oskarżają mnie bardzo często, że zawyżam niektóre nuty, albo że mam swoje własne poczucie tempa, w którym nawet po wielu próbach słychać, że ono jest moje własne. A jest to wynik tej właśnie edukacji na wsi u takich osób. Oczywiście te, u których ja się już uczyłam, No to nie jest tak, że nigdy nie widziały telewizora ani radia, ale mimo wszystko one dalej były w takim, jakby jeszcze były z takiego świata muzycznego. Więc Jadwiga Sobieska to wszystko zapisywała. Zapisywała oddechy, długości pauzy. Nie tylko pauzy, tylko jak one były długie. No to jest po prostu wszystko. Proszę mi odebrać już głos.
[22:56.90 → 23:53.91] A: Słuchaj, ja słucham tego absolutnie zafascynowana, bo mam poczucie, że mówisz o duchach. Że jest coś takiego jak w tym filmie. Bo ja w ogóle oglądając go, teraz go widziałam po raz drugi, miałam taką myśl, że nazwałyście go musicalem dokumentalnym, a tymczasem dla mnie to jest bardziej poezja. niż musical, jakoś bliżej mi było do takich myśli. Ale też tam się pojawia motyw duszy, duchów i myślę sobie, że jest coś takiego, że dusza to tchnienie. i że ta długość oddechu jest jakoś bardzo ważna. Ale zmierzam do pytania, jak ten film powstawał, to znaczy jak szukałyście, nie wiem, czy razem, czy ty Zuza bardziej z Cwiką, autorem zdjęć, jak szukaliście formy?
[23:58.53 → 23:59.07] B: Nie wiem.
[24:01.26 → 24:03.66] A: Chcesz powiedzieć, że ona się rodziła organicznie?
[24:04.00 → 26:58.27] B: Tak, rodziła się organicznie. Ten film jest w dużej części nakręcony pod naszym domem. Co dawało taką możliwość? Wiedzieliśmy od początku, że chcemy opowiadać przez ziemię o śpiewie, to taka może była jakieś ukryte głębiej połączenie takie, że wydawało nam, wydaje nam się, że ta umiejętność śpiewania razem i umiejętność śpiewania w życiu, ośpiewywania sobie życia, ważnych jego elementów i takie coś, co jest właśnie organiczne, tak, czyli że musisz mieć, Związek z czymś namacalnym, trochę mówię jakbym o Rudniku teraz mówiła i o analogowości, ale to jest jakby dlatego stąd też ta fascynacja, po raz kolejny czymś co jest organiczne, czymś co wypływa z nas, czymś co jest nami, tak? To jest takie śpiewanie, które jest nami, więc też jakoś w taki sposób przyszła do nas ten cykl przyrody. właśnie nie po to, żeby robić jakieś analogie o harmonii, bo tej harmonii, w sensie o harmonii i sielance, bo tej harmonii i sielanki w ogóle nie ma, ani myślę w filmie, ani w całej tej historii. I sobie na przykład założyliśmy, że zawsze, no bo to jest bardzo trudne, żeby nakręcić pole. Dużo łatwiej się kręci, nie wiem, wodospady, fiordy, Tatry. Takie różne rzeczy, które są takie jakieś bardziej spektakularne. Bardzo trudno znaleźć temat ujęcia w rosnącej uprawie zboża. I założyliśmy sobie, że zawsze, kiedy będziemy to filmować, to będzie się tam działa jakaś zmiana. Ta zmiana może być taka, że rozpada się deszcz, że w ujęciu się będzie coś działo. To, że mogliśmy to kręcić pod domem, pamiętam jak Cwika 20 razy wybiegał do burzy, bo jakoś się zafiksowaliśmy, że musi być piorun. Tego pioruna ostatecznie nie ma w ujęciu, ponieważ piorun trwa taką sekundę, że w ogóle tego nie widać i wszyscy to potem robią na efektach specjalnych i w ogóle bez sensu, ale ten proces jakoś coś nam dawał. Ten film nie jest nakręcony tylko pod domem. Właściwie to objechaliśmy bardzo dużą część kraju, bo duże pola, żeby mógł być szeroki obiektyw, to tylko na Pomorzu, a z kolei coś tam tylko na Pogórzu, Siewca na przykład, bo Siewca jest prawdziwy, to jest z kolei nasz sąsiad z miejsca, w którym ja się wychowałam, czyli z Pogórza Ciężkowickiego. No i właśnie bardzo dużo jeździliśmy i obserwowaliśmy świata dookoła nas i zatrzymywaliśmy się kiedy działo się coś, co chcemy nakręcić. Oprócz oczywiście zdjęć z bohaterkami, które były zupełnie inne, które były zaplanowane i tutaj prowadziła nas Ewa.
[26:59.69 → 27:34.98] A: A w którym momencie pojawił się ten pomysł, żeby pokazać, jak ta muzyka jest związana z rytmami ziemi, z rytmami przyrody, ale też z rytmami pracy. Bo mam wrażenie, że coś takiego jest w całym tym filmie, że mamy Rytm to jest młyn chyba, czy jakaś sieczkarnia, czy kombajn w pewnym momencie się pojawia, czy też rytm ludzkiego oddechu, rytm przyrody, który przechodzi w te pieśni. Czy to było też jakoś na początku, czy po prostu już w montażu?
[27:35.52 → 27:53.22] B: Nie, to było od zawsze, to tak miało być. Ten młyn od początku tańczył. Już jak był kręcony, to wiedzieliśmy, że on po prostu tańczy na tym weselnym tym, bo te nogi z tymi jakimiś takimi czymś były tak niesamowite i one miały takie rytmy w sobie, że...
[27:53.22 → 27:55.14] A: W ogóle gdzie to znaleźliście? To przepiękne.
[27:55.14 → 28:16.30] B: No właśnie to jest młyn, z którego moja mama kupuje mąkę. Także znam ten młyn też od lat i on po prostu taki jest, a to są rzeczywiście stare, bardzo dobre poniemieckie maszyny, które do dzisiaj tam działają, podobnie jak ta prasa na olej rzepakowy, który w pewnym momencie też jest maszyną poniemiecką, funkcjonującą do dziś.
[28:17.18 → 28:25.34] A: To opowiedzcie teraz o rytuale, który też jest motywem przewodnim, czy refrenem w całym filmie.
[28:27.46 → 28:31.90] B: Myślę, że tutaj mamy specjalistę od rytuałów.
[28:32.00 → 28:34.54] A: Czy to było specjalnie do filmu zaaranżowane?
[28:34.98 → 29:27.70] B: Oczepiny były prawdziwe. To jest prawdziwe. Prawdziwi ludzie biorą na prawdziwym weselu z prawdziwymi oczepinami. Te zdjęcia są w stu procentach dokumentalne. Po prostu chcieli nam schować za piąty filar, żebyśmy im nie przeszkadzali. To może ja powiem, czym jest rytuał dla mnie, bo rzeczywiście oczepiny są prawdziwe i są na prawdziwym weselu u prawdziwych ludzi. W Lubelskim się dzieją, w województwie działy i były ogromne dyskusje, że my tą kamerą to w ogóle zniszczymy im te oczepiny, bo jak to, że oko kamery będzie na nich patrzeć i żeby w ogóle gdzieś daleko stać. Może tylko operator tam będzie, a może byśmy w ogóle zniknęli. No ale jakoś ich tam ubłagaliśmy, naszych kochanych bohaterów, żeby zgodzili się na to. Oczywiście Ewa w tym pomagała. I teraz czym jest dla mnie rytuał? Tym, że oni potem zapytali, ale czemu was nie było? A myśmy stali na środku.
[29:30.12 → 29:42.06] A: To piękna historia. Opowiedz Ewo coś więcej o rytuałach, które są w tym filmie.
[29:43.36 → 38:47.04] C: Jest ten rytuał. Dużo rzeczy jest tam takim znakiem rytuału. Bardzo niesamowicie przez Suzę i przez Cwikę symbolicznie i obrazem ujętym. Trochę też nawiąże do tego, co mówiłaś o duchach. To jest właśnie jedna z rzeczy, którą odkrywam też z czasem, jak bardzo mocno obecne jest to w moim życiu od dzieciństwa, bo nie chcę też, żeby to jakoś tak zabrzmiało, jakoś tak czarodziejsko, Ja się wychowałam w takim świecie, w którym obecność duchów w znaczeniu, w snach, w znaczeniu tego, że przychodzą ostrzec przed różnymi rzeczami, że czasem jak coś tam się niewyjaśnionego, chrobocze w domu i nie są to myszy, że to niekoniecznie jest niewyjaśnione, że przy okazji różnych świąt z całą powagą myśli się o nieżyjących już osobach z rodziny w bardzo taki zmaterializowany sposób. Na przykład ja dopiero z etnografii się dowiedziałam, że różnice są regionalne, ale generalnie jest takie przekonanie, że talerz, dodatkowe nakrycie wigilijne, jest dla wędrowca, to nakrycie jest dla przodków z danej rodziny, jest dla duchów. Albo dla ewentualnie zabłąkanej duszy, chociaż tutaj akurat też jest taka Tutaj akurat jeszcze z zabłąkanymi duszami to jest inna historia. Temu też służą rytuały, takie bardzo mocne rytuały ochronne. Zresztą ja uwielbiam o tym mówić, kocham, uwielbiam to. Zresztą rytuały takie właśnie rodzinne, one też nie są jednoznaczne. Na przykład podczas rytuału weselnego wzywa się przodków, wszystkich w każdy możliwy sposób na świadków wszystkich kolejnych etapów obrzędu. I oczywiście wzywa się też ich, żeby ich upamiętnić i uhonorować, ale te obrzędy recepcyjne, czyli to, że na przykład jest ta pani młoda przyjmowana do grona mężatek, to jest równocześnie obrzęd inicjacyjny, czyli symboliczna śmierć po to, żeby przejść do nowego etapu w życiu. One są niebezpieczne i ja sama spotkałam się jeszcze u najstarszego pokolenia, z jakim miałam do czynienia, czyli to jest pokolenie moich dziadków urodzonych na początku XX wieku. że jakby to nie był element folkloru, czy element gdzieś tam jakiegoś tylko przekazu, że tak było albo nie było, tylko był to element bardzo realnej wiary w to, że to niebezpieczeństwo może być niebezpieczeństwem dosłownym, realnym, że pani młodej, krótko mówiąc, naprawdę może grozić śmierć, jeżeli w obrzędzie coś się nie uda, jeżeli coś zostanie niedopatrzone. To jest w ogóle jakiś ogromny świat, sto razy większy od naszego. Cała ta sfera ważnych rzeczy w obrzędowości. Myśmy to miały zamiar zrobić u Kasi na ślubie, ale trochę nie miałyśmy czasu, żeby się przygotować do tego, bo to bardzo skomplikowana rzecz. Jest coś takiego w słowiańskich obrzędach weselnych, że pani młoda do momentu zakończenia oczepin, to są bardzo archaiczne rzeczy, ale one w pewnym W pewnym sensie niektóre z nich są nawet do dzisiaj w weselu. To są po prostu śladowe rzeczy, nawet w takich oczepinach robionych na wesoło. Nie mówię o tych najbardziej prymitywnych, ordynarnych. ale takich po prostu robionych na wesoło. Te ślady są typu, że w Opoczyńskim na przykład młodej zabiera się buty, które muszą być wykupione za wódkę. Ja mam ciarki po prostu, jak w ogóle widzę to na weselach w rodzinie, bo zabranie komuś butów podczas obrzędu przejścia jest podkreśleniem tego, że ten ktoś w zasadzie chwilowo nie potrzebuje butów, bo przechodzi przez inny świat do nowego momentu, momentu w życiu, więc to są rzeczy również no takie w drobnych jakichś czynnościach, w takich żartach, z których nie zdajemy sobie sprawy, typu podczepianie jakichś puszek i takich brzęczących rzeczy do samochodów, w którym państwo młodzi jadą do ślubu, które co jest potężnym rytuałem ochronnym, znanym odkąd istnieją pierwsi ludzie na świecie. Robili takie rzeczy. No więc wrócę jeszcze do do tego wesela było takie, jakby w obrzędach weselnych, w wielu miejsc na Słowiańszczyźnie i nawet nie tylko na Słowiańszczyźnie, w ogóle w tej części świata, gdzie się znajdujemy, że wręcz fizycznie nie dotykano Panny Młodej aż do zakończenia oczepin. I ona rzeczywiście w rytualny sposób była przez druhny, swoje, ubierana. I to był ostatni moment, podczas którego ktoś ją dotykał. A potem ona szła do ślubu w Orszaku z panem młodym. Są zdjęcia, na przykład taki podolski fotograf Michał Greim. W Muzeum Etnograficznym w Krakowie jest kolekcja jego zdjęć. On takie zdjęcie zrobił na Podolu pod koniec XIX wieku. To zdjęcie ma tytuł, przepiękne zdjęcie i przepiękny tytuł, Błogosławieństwo wśród drogi. Jest para młoda, która idzie i trzymają się przez chusteczkę. Oni nie trzymają się za ręce. bo pani młodej nie wolno jest wtedy dotykać. I też piękne było to, a i tam jest na tym zdjęciu jest bodajże dziecko, które stoi i jakby gdyby to zdjęcie mogło mówić, no to byłoby to, że byłoby słychać, że to dziecko może coś wypowiadać, bo był taki zwyczaj i on na przykład w Opoczyńskim, mówię o tym Opoczyńskim, bo moja mama jest z Opoczyńskiego, I bardzo się też tak poczuwam do tego regionu. W Opoczyńskim to jest do dzisiaj, że każdy, kto mija młodą parę podczas drogi do ślubu, musi ją pobłogosławić. Nawet jeżeli to jest wypowiedzenie, niech wam Bóg błogosławi, albo dzień dobry, to jest rodzaj błogosławieństwa. I to jest właśnie na tym zdjęciu Michała Grejma. I potem całe oczepiny, jak było za stole, to ona właśnie też siedziała w taki sposób, że jeżeli była np. prowadzona wokół stołu do oczepin, to również przez chusteczkę. No i teraz po prostu miała w jednej i w drugiej ręce chusteczki. Ona nie była dotykana. I przepiękne są takie na Polesiu, takie oczepiny, że jest zakładanie tak zwanej namitki, czyli czepca weselnego. Kobiety później w tych namitkach chodziły całe życie. To coś w rodzaju takiego turbanu, mówiąc bardzo w uproszczony sposób. Na zdjęciach z Polesia, których jest bardzo dużo dostępnych też w internecie, w różnych albumach, stare kobiety mają po prostu na głowach te namitki. Niektóre są proste, niektóre są rzeczywiście jakieś takie konstrukcje jak turbany. I centralnym punktem oczepin było nałożenie takiej namitki na głowę. I teraz ja spotkałam się z taką wersją zakładania tej namitki. To było w jakiejś północno-zachodnich, to gdzieś było chyba z północnego zachodu Białorusi jakoś tak, ale na Polesiu właśnie też to było tylko w skromniejszej formie, a mianowicie to płótno lniane to był
[38:49.22 → 38:49.64] B: o taki
[38:49.64 → 40:33.84] C: szeroki pas, który był na pół zwinięty i to płótno miało od 5 do 7 czy 8 metrów. To jest kawał materiału i teraz podchodziła albo starościna, albo matka chrzestna tej dziewczyny, bo one z racji jakby swojej funkcji i tego, że już są mężatkami, że są z tego drugiego świata, krótko mówiąc, no to też jakby one były takimi przewodniczkami tego obrzędu i matka powiedzmy chrzestna brała środek tego materiału i jakby tutaj trzymała na głowie, natomiast trzy druhny, trzy, ale dwie tylko, jedna jakby nimi kierowała, a dwie miały na takich patyczkach, dwa końce tego materiału i nakładały tą namidkę w taki sposób, że chodziły naokoło. Robiły tak jakby, no to ja przeszłam i jest tutaj. I ta matka chrzestna zakładała ręką. Przechodziła tamta z drugiej strony i w ten sposób tworzył się właśnie ten turban. Myśmy to chciały u Kasi zrobić, ale poległyśmy już na samej próbie. No bo to po prostu trzeba wprawy. No i właśnie tradycja na tym polega. Najfajniej by było nauczyć się z tego, nie z filmu na YouTubie, chociaż taki film nie istnieje, tylko od kogoś, po prostu patrząc na weselu jako dziecko, potem jako dorastająca dziewczyna, jak kobiety to robią. I tak się tego uczono, a to były takie formy dość mocno skomplikowane. Więc myśmy robiły, no po prostu nakładałyśmy jej Te dwie chustki.
[40:34.40 → 40:36.60] A: Tam jakieś pieniądze były wkładane.
[40:36.90 → 47:07.05] C: Tak, to jest bardzo stary zwyczaj, zresztą właśnie na Lubelszczyźnie był bardzo typowy. To było tak, że młodej się wkładało monety. ale myśmy stwierdziły, że będzie bardziej widowiskowo i absolutnie to jest według mnie w obrzędzie uprawnione. Co więcej też moje mistrzynie mi też mówiły, jak ja je pytam, no ale mówię na przykład tam, No ale co, to zawsze robiłyście to samo, tak samo tą czynność? Oni mówiły, no pewnie, że nie. Zawsze się coś tam dodało od siebie, więc myśmy stwierdziły, że to nie będą monety, tylko że samo zwijanie tych w takie ruloniki banknotów i wkładanie ich pod chustkę świetnie wygląda, a poza tym monety się wkłada szybko, a myśmy tą pieśń, którą wtedy śpiewałyśmy, chciałyśmy sobie ją pośpiewać bez końca, bo jest bardzo piękna. i dlatego robiłyśmy te ruloniki, więc taka rzecz się tam wydarzyła podczas tych oczepin, bardzo prawdziwa. Mam albo ciarki, albo chcę mi się płakać. jak ze wzruszenia, jak jest taki moment podczas oczepin, że ja stoję tyłem, no przodem do Kasi i ona spogląda na mnie do góry, ale w ogóle nie na mnie, tylko przeze mnie. Ma taki po prostu jakby nieprzytomny wzrok. Kasia jest bardzo przytomną taką osobą, nie ulegającą zbyt szybko emocjom, a po prostu jest to coś tak, magicznego w tej scenie, ona po prostu tak patrzy i tak przelatuje przeze mnie wzrokiem. To jest jeden moment, a drugi moment, który też oddaje, no i to po prostu to o tym obrzędzie myślę, że na przykładzie najlepiej było. to opowiedzieć, a drugi moment, który też oddaje to, co ja myślę o tradycji, o tym, że jest zmienna, żywa, że to jakby, że ona wypływa z nas, a nie jest formą, w którą my musimy się wtłaczać. To jest dla mnie scena, to jest zuza genialny i to od pierwszego, od pierwszego tej wersji montażowej mnie po prostu jak po prostu mnie naprawdę bardzo mocno uderza, po prostu płaczę zawsze na tym momencie, jak jest ta sekwencja z chlebem, robią, pieką, z pieca wyjmują i potem ten gościu z busa sprzedający wkłada chleb do tych reklamówek, co ludzie kupują. I myślę sobie, no tak, przecież to nie chodzi w ogóle o żadne reklamówki, o to, że on ich nie wkłada do jakichś mister nieplecionych koszyczków, Troszeczkę niepotrzebnie ironizuję, że po prostu tak ludzie teraz przychodzą, tak kupują ten chleb i fakt, że powinnam teraz wygłosić, że to powinny być lniane, a nie reklamówki. No oczywiście tak, super by było, żeby to nie były plastikowe reklamówki, Ale chodzi o to, że nie zmienia to faktu, że dla ludzi chleb jest podstawowym pożywieniem i ciągle do dzisiaj chleb jest czymś świętym, czymś bardzo ważnym. I fakt jakby innej technologii, innego sposobu sprzedaży, innego sposobu dzielenia się tym chlebem w ogóle nie zmienia istoty rzeczy, czyli tego, że chleb był i tak jak mówię jest po prostu czymś jakimś totalnie najważniejszym, najmocniejszym, najistotniejszym jądrem życia rodzinnego i życia społecznego. Wszelkie te witania chlebem i solą, dzielenie się chlebem, kładzenie chleba, w centralnym miejscu podczas np. uroczystości rodzinnych, Jakby to wszystko jest po prostu na tyle mocne, że w ogóle nie potrzebuje dodatkowej opowieści, nie potrzebuje jakiejś interpretacji ani uwspółcześniania tego. Pani młoda na przykład, to na Lubelszczyźnie było, nawet spotkałam panią taką, która... Ja myślałam, że mówię o jakiejś bardzo archaicznej rzeczy i mówię, a czy pani słyszała, że młodą to sadzano nadzieży odwróconej do góry dnem, do oczepin, I to mówiono, że to jest chlebowy tron, bo to był rzeczywiście ten tron, czyli to, z czym ta kobieta będzie tam przez całe swoje życie mieć najczęściej do czynienia, piekąc chleb w domu. I ona mówi, jak to, czy się spotkałam? No, ja takie miałam oczepiny, że mnie właśnie posadzono na tej dzierży. No więc tak właśnie to wygląda, że to, co jest obrzędowe, co jest sednem przemiany, jaka się dokonuje w trakcie obrzędu, bo generalnie mówiąc w dużym skrócie, pierwsza rzecz, po co robi się obrzęd, to po to, żeby się dokonała przemiana. To widać w jakichś maleńkich rzeczach, takich które też mamy we krwi, że na przykład gdybyś powiedziała, żebym teraz pokazała w jaki sposób obrzędowo pobłogosławić tą przestrzeń, to jest oczywiste, że obeszłabym ten stół trzy razy dookoła. I to jest oczywiste, że idzie się po słońcu, a nie pod słońcem, że się idzie z porządkiem świata. do pewnego pokolenia, to pokolenie jeszcze żyje, to są rzeczy, jakby czynności automatyczne, do których nie muszą mieć żadnego uzasadnienia, które robią wręcz po prostu automatycznie. Wiadomo, że czynności się robi ze słońcem, że się idzie ze słońcem, że jak się robi krąg i korowód, to się go robi ze słońcem, a jeżeli robi się go pod słońcem, pod wskazówki zegara, to musi być bardzo konkretny powód do tego i jakiś bardzo specjalny obrzęd.
[47:07.21 → 47:13.29] A: A co było powodem opalania futryny drzwi świeczką w pierwszej sekwencji?
[47:13.73 → 48:12.85] C: A to taki zwyczaj nagromniczną, że się u nas na wsi na przykład było tak, że były wyścigi, że świeczki się nie gasiło przez całe nabożeństwo. w Gromniczną i potem były wyścigi, kto doniesie do domu świeczkę, żeby mu nie zgasła. I były różne próby też oszustw, ale my jako dzieci nie mieliśmy ani zapałek, ani zapalniczek, więc w ogóle byliśmy najbardziej w tym prawdziwi. I potem się przynosiło tą świeczkę, gromnicę do domu i u mnie, u nas w domu babcia już tylko to robiła, mama nie, że się właśnie po prostu taki robiło, opalało się po prostu krzyżyk taki na futrynie u góry i jak są takie stare domy, to bardzo często te krzyżyki można jeszcze zobaczyć.
[48:14.45 → 49:13.22] A: mówisz o rytuałach przejścia, bo właściwie o tym trochę jest też ten film, a ta sekwencja z chlebem jakoś wydaje mi się cała szalenie poruszająca, bo skoncentrowaliście się, Zwicką, myślę w tym filmie bardzo na materii i nawet jak pokazujecie te pola, to one są takie, nawet niebo tam jest poodcinane w kadrze i można niemal dotknąć tej ziemi, Ale to nie tylko ziemia jest materią, też mąka, z której potem się robi chleb i przechodzicie od takiego bardzo bliskiego kadru potem do tych ludzi, którzy ten chleb wypiekają. A mnie też wzruszyła ta scena, kiedy jeden z nich wiesza siatkę z chlebem na płocie dla kogoś. Powiedz trochę więcej o tym, jak szliście tym, jak budowałaś tę narrację.
[49:20.36 → 50:11.82] B: to mamy takie dwie przeciwne natury, podczas gdy Ewa może być słowotokiem. Ja w zasadzie nie potrafię ci odpowiedzieć na te pytania i to naprawdę nie potrafię, bo jak szliśmy, to ja ci odpowiem tak, no bo Piotrek tak piecze chleb i on go naprawdę tak rozwozi, a Piotrek jest właścicielem piekarni w Czarnolesie, gdzie mieszkamy, a w młynie w Rzepienniku naprawdę tak się tą mąkę miele. Oczywiście, że to my tak na to patrzymy, prawda, ja i Cwika, ale nie potrafię do tego znaleźć jakiegoś takiego, wydaje mi się oczywiste związanie kobiety z chlebem, nie dlatego, że one mają ten chleb piec, tylko dlatego, że Że im brzuchy rosną i te chleby też rosną, nie?
[50:12.04 → 50:13.82] A: Bo ty to zestawiasz z brzuchami.
[50:13.82 → 53:54.46] B: Ale w ogóle mnie zainteresowało, tak, zestawiam chleby z brzuchami, bo zawsze mi się te bochenki, jak je, tam zresztą jest taki moment, który z kolei ja lubię, jak oni wsadzają już do chleba i tak je poklepują i one wtedy wyglądają jak takie ciałka niemowlaków naprawdę, jak po prostu takie pupy przed popudrowaniem i oni je rzeczywiście potem pudrują, więc no tak. Starałam się aż tego nie doprowadzić do momentu, w którym niemowlęta są wkładane do pieca w tych wszystkich skojarzeniach moich. To wszystko się bierze z My nawet o tym nie gadamy w sensie z CWIK-ą, nie rozmawiamy o tym jak to ma być zrobione, to jest dosyć oczywiste. czegoś, Jak się też chyba już możemy powiedzieć, że wiele lat ze sobą pracuje, to pewne rzeczy się po prostu mówi to weź nakręć to pole i wiadomo, że on zrobi to dokładnie w ten sam sposób, potem coś skorygujemy, te takie przesunięcia kadrów. Mi się często wydaje też coś takiego, że film w ogóle jest po to m.in. żeby móc spojrzeć na świat tak jak nie widzą moje oczy. Prawda, że ja mogę popatrzeć tu, ja wiem jak widzę i ja co widzę, ale gdybym kręciła o tym film, to od razu bym zrobiła jakieś zbliżenie albo właśnie zrobiła tylko widownię albo tylko, zależy co bym chciała opowiadać. I to spojrzenie ku ziemi, ku życiu takiemu biologicznemu kojarzy mi się z pracą rękoma w ziemi, bo to jest też coś co a z kolei praca rękoma w ziemi, czyli dotykanie tej ziemi wydaje mi się czymś, czego już nie ma, tak jak kiedyś bardzo było, a wydaje mi się bezpośrednio związane z umiejętnością śpiewania sobie. Więc tak idą te moje różne skojarzenia, ale też bardzo mnie interesowało, kiedy robiłam ten film, kiedy się przygotowywałam do niego, w ogóle to, o czym Ewa bardzo dużo mówi, czyli wspólnota kobiet. Jak Ewa opowiada o Czepinach, to pana młodego tam w ogóle nie ma, prawda? oczepiny i całe to wesele, to jest przejście pani młodej z pozycji dziewczyny do pozycji gospodyni, przyjmują ją kobiety, pan młody sobie może przyjść na sam koniec tych oczepień. Ponieważ bardzo mnie ciekawiła ta wspólnota kobiet, w tym co Ewa też wspomniała o tym naszym skojarzeniu z totalnie patriarchalną kulturą wiejską, a jednocześnie właśnie z bardzo aktywną, silnie związaną wspólnotą kobiet, które przeprowadzały się nawzajem. To jest może też coś, czego w jakiś sposób czuję brak dzisiaj. Teraz bardzo dużo mówimy o siostrzeństwie. Mówimy o tym, jak mogłybyśmy się i jak moglibyśmy się porozumiewać w inny sposób, wspierać siebie, a nie rywalizować i przechodzić w takie właśnie rzeczy, ale jednocześnie to, co jest dla mnie bardzo fascynujące, to to, że w tej kulturze to siostrzeństwo jest międzypokoleniowe, że starsze wprowadzają młodsze, podczas gdy my zwykle, kiedy mówimy o siostrzeństwie, dzisiaj to mamy na myśli relacje rówieśnicze, a dużo trudniej jest nam to odnaleźć w relacji z naszymi córkami czy z naszymi mamami, babciami. Tutaj ciągle czujemy się tacy w hierarchii jednak. i w oddzieleniu, a tutaj bardzo mnie zainspirowało, tak chyba trzeba powiedzieć, to bycie razem między pokoleniami i przeprowadzanie się razem.
[53:55.98 → 55:41.69] A: Dla mnie jeszcze było ważne też to jakoś, żeby pociągnąć to, o czym mówisz, o tych brakach, których my nie mamy, a które miały te tradycyjne kultury, no właśnie te rytuały przejścia. My jesteśmy pozbawieni właściwie rytuałów, Spróbujemy sobie czasami budować jakieś własne, ale generalnie myślę, że to wypływa z takiego innego spojrzenia na życie, które... Ty mówisz bardzo tam piękną i ważną rzecz na początku Ewo, że jakoś słuchając tych kobiet usłyszałaś ich spokój, i takie pogodzenie z faktem, że życie niesie również trudy, nieszczęścia i też te pieśni są o tym, że los jest trudny. Ja mam poczucie, że my w tym takim obowiązku bycia szczęśliwymi i zadowolonymi jakoś jesteśmy nieuodpornieni. Często ludzie się dziwią, że przydarza się coś przykrego, albo strasznego, albo dramatycznego, w czym właśnie rytuały są pomocne. i też w zaznaczaniu tego, że przeżywamy różne etapy życia i one nie są identyczne, że jeżeli się pojawia związek, to to jest trochę inaczej niż wcześniej, że jeżeli się pojawiają dzieci, to to jest też inny etap życia i że nie da się temu zaprzeczyć czy zneutralizować. i jakoś w tym filmie czuję tę tęsknotę za czymś, co jakoś było potrzebne nam przez wieki.
[55:42.63 → 57:41.39] B: Właśnie to jest taka obosieczna broń z tymi rytuałami dla mnie, bo z jednej strony oczywiście poza tym to jest też piękne i też w sposób estetyczny po prostu piękne, co zachwyca, ale ta akceptacja, o której mówisz, która jest piękna, jednocześnie blokuje zmianę. I to teraz trudno powiedzieć, co jest lepsze, który model jest lepszy, ale jest jedna z bohaterek, mówi o swojej tak naprawdę nieszczęśliwej miłości i o tym, że nigdy nie była w stanie tego zmienić, prawda? Czyli ma narzędzia, które pozwalają jej to akceptować, No nie wiem, co jest lepsze. Ja w ogóle nie oceniam, prawda? Tylko, że to są takie dwie rzeczy, że jasne, że my nie mamy rytuałów, ale też, żeby tak już zupełnie na nas nie psioczyć, jak jesteśmy pozbawieni wszystkiego już, to mamy z kolei otwartość na zmianę dzięki temu. Więc nie wiem, myślę, że to jest po prostu też taki świat, jaki jest w tym filmie, to jest świat, którego nigdy nie było. To też sobie założyłyśmy od razu z Ewą, bo nigdy cała wieś nie śpiewała, nie wszyscy są Nawet jeżeli to jest taki świat, w którym naturalne jest, że się śpiewa w życiu, to nie znaczy, że każdy może śpiewać. Nie każdy śpiewał i zawsze byli ludzie, którzy byli bardziej muzykalni i mniej. Jeżeli są rytuały, to naprawdę nie były one we wszystkich domach. To znaczy, to jest taki świat, właśnie tak jak mówisz, świat, za którym się tęskni. Ale ja sobie też myślę, że może jest bardzo dobrze zanim tęsknić z tej perspektywy właśnie zmiany i bycia nie tam. Być może wcale nie jest za nim tak strasznie tęskno, a też być może to jest też taki świat, za którym tęskniono 100 lat temu, że gdybym pokazała ten film, nie wiem, w XIX wieku, to też by było, o jaki to jest piękny świat, tak byśmy chcieli, żeby było, nie? Bo tam to jest to samo, nie? To jest troszeczkę mit.
[57:43.43 → 57:55.25] A: No tak, no właśnie, no to jest chyba film o potrzebie mitu. Myślę, że coś takiego tam pada nawet w którymś momencie.
[57:57.57 → 01:00:37.60] C: Ja od razu się włączę, bo ja się bardzo boję słowa mit. Rozumiem co mówicie i to co pada w filmie i z wszystkim się zgadzam, ale z różnych powodów takich tego co się teraz społecznie dzieje i politycznie i tyle na temat polityczny. Po prostu boję się mitów, ale powiem tak, to może będzie jakieś tam może różni moi przyjaciele i znajomi tu obecni odbiorą ze zdziwieniem, a może nie. Ja wierzę w erę Wodnika. Nigdy, w ogóle nigdy bym czegoś takiego publicznie nie powiedziała, ale jak mawia moja koleżanka, najważniejsze to nie mieć obciachu. Więc mówię to trochę żartem, a trochę nie. Po prostu wierzę bardzo mocno w to, że będziemy tworzyć wspólnoty, że będziemy się otwierać na siebie, To na co się często psioczy, czyli te komórki, komputery, tablety i tak dalej, że one nie tylko będą służyć naszej izolacji od innych ludzi i pogłębianiu samotności, ale że zaczną, a nawet już to się dzieje, służyć też relacjom społecznym. Można na to patrzeć od negatywnej strony, a można patrzeć od bardzo pozytywnej. Mam teraz w gronie znajomych na Facebooku różne panie, znajome, łącznie z moją mamą, takie koło siedemdziesiątki, którym większość z nich w ogóle nie cierpi na nudę i na jakieś osamotnienie, ale rozmawiam z nimi i one mówią, że dzięki temu, że się kontaktują na Facebooku na przykład z dawno niewidzianą rodziną, totalnie im się zmienił świat relacji przyjacielskich, rodzinnych, a nawet sąsiedzkich. I to jest bardzo dobra rzecz, która się wydarza. Więc ja po prostu wierzę, że że to, czego zaczątki już są i są bardzo dobre, że świat pójdzie w tą stronę, że idę na całość, że zwycięży miłość po prostu.
[01:00:38.36 → 01:00:39.94] A: Dobrze to słyszeć.
[01:00:40.20 → 01:00:42.40] C: I dobre relacje między ludźmi.
[01:00:44.64 → 01:00:59.42] A: Proszę państwa, czy ktoś chciałby się włączyć do naszej dyskusji z pytaniem czy z refleksją? Serdecznie zapraszam. scenę.
[01:01:00.16 → 01:01:08.50] D: Ostatnie słowa tej ostatniej pieśni, która brzmiewa i kończycie Panie, czyli o zostawieniu kluczy
[01:01:08.50 → 01:01:09.72] C: i odejściu z domu.
[01:01:11.14 → 01:01:13.22] D: Czy może Pani coś więcej na ten temat powiedzieć?
[01:01:14.31 → 01:02:25.73] C: W weselnych pieśniach jest coś takiego, że śpiewa się przed albo po błogosławieństwie, też zależy od wersji, od początku wesela. Pani młoda żegna się z kolejnymi granicami, które też są od najbliższych, czyli od stołu, pieca, potem progów, potem obejścia, granic domu i granic obejścia i klucze, które są w tej pieśni symbolizują to, że te granice, które ona już przeszła są zamknięte, że już nie ma powrotu. Tak, że ona idzie do domu męża, bo tak to faktycznie najczęściej wyglądało, ale też, że ona zamyka za sobą rozdział życia, do którego po prostu już nie ma powrotu. I nawet jak sobie myślę o tym, jak to wygląda w dzisiejszym świecie,
[01:02:30.08 → 01:02:30.24] B: No
[01:02:30.24 → 01:06:41.69] C: oczywiście to zawsze jest dramat, rozwód jest zawsze dramatem, ale na szczęście, mówię to z pełną świadomością, na szczęście są rozwody, które wielu, szczególnie kobietom na dawnej wsi, po prostu uratowałyby życie na przykład, w dosłownym sensie, gdyby mogły się rozwieść ze swoim mężem. i odwrotnie być może też, ale nierozerwalność małżeństwa na wsi, do dzisiaj to jakoś tak społecznie i mentalnie na wsi jest bardziej jeszcze w tą stronę, że trzeba zrobić wszystko, żeby nie rozrywać małżeństwa i nie tylko ze względu na dobro małżonków, dzieci tylko ze względu na to, co ludzie powiedzą albo ile wydaliśmy na wesele. Nie jestem ekspertką od małżeństw, więc zamknę ten wątek, ale jakby nierozerwalność małżeństwa kiedyś na wsi była czymś po prostu oczywistym, była jedyną opcją i była czymś niepodważalnym. I to też oprócz tej sfery takiej symbolicznej, podkreślano to też w pieśniach weselnych i podkreślano też np. w pieśniach lirycznych już takich niekoniecznie do obrzędu, też podkreślano integralność tej kobiety, która sama już teraz zostaje matką, gospodynią. I te pieśni często mogą nam się wręcz wydawać takie po prostu okrutne, takie jakieś aż do bólu, ale one właśnie podkreślają to, że mimo utrzymywania więzi i relacji ze swoją rodziną, z ojcem, z matką, z rodzeństwem, to nie ma już powrotu do tamtego życia. I to są często takie pieśni, właśnie w obrzędowych to są te klucze, ale np. są takie poruszające, liryczne pieśni, np. idzie córka do mateńki, soli pożyczać, a mateńka przed córeńko wrota zamyka. Już mnie teraz nic do ciebie, staraj się sama o siebie, sąsiadko moja. Tak mówi matka do córki w tym tekście. I nie dlatego, że jakoś tam jest okrutna i nieczuła, tylko ona podkreśla po prostu ten brak powrotu do tego, co się już wydarzyło. Jest to na przykład też w przyśpiewkach, kiedy dziewczyna, która już jest mężatką, śpiewa do swojego dawnego chłopaka, Nie choć jasiu tędy, którędy ja poszła, bo za moim śladem drobna rudka wzeszła. i już po prostu nie ma powrotu i nie ma w ogóle żadnego już nawiązania do tamtej sytuacji. Więc to jest z jednej strony, no to jest takie jakieś poruszające, to się może wydawać okrutne, a z drugiej strony jest to jakieś takie narzędzie. Ja jestem osobą, która po prostu bardzo, bardzo, dosyć często coś zmieniam, dużo podróżuję, a się po prostu, chyba Zuza tylko o tym wie, że się strasznie boję zmian. Po prostu właśnie jak przeżywam to, Boże, mieszkanie chciałam wynająć dwa lata temu, w końcu chodziłam, myślałam, w końcu było dla mnie za drogie, ale ile ja się namyślałam, że a może ja jednak nie chcę tego mieszkania, zmieniać i to były jakieś katorga te takie rzeczy i myślę, że takie właśnie zmiany, kolejne etapy życia wyznaczane właśnie przez przez konieczność zmiany i to w jaki sposób też zrobienie tego obrzędowe w tym pomaga, myślę, że mogłaby mi dużo pomóc w różnych takich decyzjach.
[01:06:41.69 → 01:07:49.37] A: To jest ta tęsknota za rytuałem, o której ja próbowałam powiedzieć, bo akurat ta pieśń wydała mi się bardzo przydatna, by była w dzisiejszych czasach, kiedy problemem wydaje mi się często nieodseparowanie dorosłych ludzi od własnych rodzin pochodzenia. I to, że oni mają kłopoty w związku bierze się właśnie z tego, że ten status jest taki niejasny. I nie chodzi o to, że oni się nie mogą rozwieść. Chodzi o to, że oni się nie wyprowadzili mentalnie od swoich rodziców. I to są te osoby, które dzwonią codziennie do matki albo matka do nich. A jeśli matka do nich dzwoni, to nie sposób nie odebrać tego telefonu, bo ona się obraża. I myślę, że to jest głęboka mądrość w tych akurat w tym fragmencie. Nie, że nie można się rozwieźć, że nie można mieć innego partnera, tylko że nie jest się już dzieckiem swoich rodziców. Teraz są inne obowiązki. Teraz trzeba być być może matką czy ojcem dla swojego dziecka, ale też żoną czy mężem dla kogoś, kogo się wybrało.
[01:07:51.63 → 01:08:15.29] D: Ale to zupełnie inaczej wygląda w mieście, inaczej nasz. Do mikrofonu,
[01:08:17.61 → 01:08:20.45] A: jeśli można prosić, bo nie wiem, czy Państwo z tyłu Panią słyszą.
[01:08:22.68 → 01:09:58.83] D: którym można się zająć i byłoby to świetnym tematem na film kolejny. Jest książka, nie pamiętam autorki, natomiast pamiętam tytuł, Chłopki, o losach. Panie pewnie wiecie, o kim mówię. Ja kupiłam tę książkę, jeszcze jej nie przeczytałam, ale ja znam ten temat, bo ja pochodzę ze wsi i wiem, co to znaczy, że w naszej rodzinie nie ma rozwodów i ta dziewczyna skazana na życie na wsi, gdzie ona nie ma gdzie wrócić, bo matka ją nie przyjmie, a teściowa jej nienawidzi i ona nie może sobie kupić mieszkania. Nie ma w ogóle środków do życia, bo jest skazana na to, że ten mąż ją będzie utrzymywał, a ona tymi rękami będzie pracować na roli. Ta dziewczyna, kobieta, która mówi, że ma takie wielkie ręce, prawda? Co prawda ona mówi, że ona to kochała, tę pracę, ale załóżmy, że ktoś tego nie kocha, ale też nie ma możliwości wyrwania się z tego kręgu. Dla mnie wydaje się, że to jest ogromny temat, bo łatwo się rozwiedź dziś, Sprzedać dom, rozstajemy się, kupujemy dwa małe mieszkania albo dzielimy, to mamy środki do utrzymania, bo jesteśmy wykształcone, możemy być niezależne finansowo. Natomiast los kobiet na wsi, które były skazane na to, że pójdą do teściowej, gdzie w mojej rodzinie ja mam bardzo dużo przykładów różnych, że te życie nie były udane. a mimo wszystko te kobiety cierpiały. Dla mnie najważniejszym momentem tego filmu to było to powiedziane, czy ty wyszłaś za mąż z miłości. No co ty? Tak to jakoś tak brzmi? To był moment, który mnie najbardziej wstrząsnął.
[01:09:59.23 → 01:10:00.11] A: Dziękuję bardzo.
[01:10:00.37 → 01:10:02.99] C: Dziękuję bardzo. A skąd pani pochodzi?
[01:10:03.29 → 01:10:25.70] D: Ja tu bardzo milionko. Właściwie teraz to już jest luki. To już jest miasto, ale ja znam to środowisko i moja rodzina była tzw. wywołana w Polsce. Byłam bardzo przyzwyczajona do spotkania z kolegami z Akademią Rodzinniczą Polska. To nie było typowe w Polsce.
[01:10:28.79 → 01:13:00.23] C: No tak, i niesamowita ilość rzeczywiście dramatów też, to czasami jest tak jakoś, czasami w, nie wiem, w jakiejś popkulturze, to jest czasami też jakoś tak żartobliwie traktowane, mi wtedy po prostu włosy stają dęba, ale właśnie jakby właśnie to, że że dziewczyny były też siłą wydawane za mąż i po prostu nic nie mogły z tym zrobić. Znam takie przykłady, że po prostu się popełniały samobójstwo. I coś w kontrze do tego, coś państwu opowiem, mogę tak szybko. Przepiękna historia i brzmi jak bajka, ale poznałam tę parę osobiście. Otóż na Warmii i Mazurach, Boże, na Warmii i Mazurach, na Warmii to było i rozmawiamy z taką, bardzo już z dużym stażem, parą, małżeńską i mój kolega pyta, a czy państwo się pobraliście z miłości? Oni mówią, w pewnym sensie tak, mówi ta pani. Ale co znaczy w pewnym sensie? Otóż bardzo się kochali, byli w ogóle pierwszą, obydwoje pierwszą swoją taką największą miłością życia, ale rodzice, ponieważ ponieważ on był z bardzo biednej rodziny, nie miał ojca, a ona była z bogatej rodziny, więc nie było mowy, żeby ona mogła wyjść za niego za mąż. Po prostu absolutnie rodzice się sprzeciwiali i oczywiście znaleźli jej szybko narzeczonego, żeby połączyć hektary i żeby żeby młoda para na start miała po prostu dużo, żeby żyła w dostatku. Zupełnie na marginesie powiem także to łączenie gospodarstw, to, że chciano, żeby córka wyszła dobrze za mąż, a syn dobrze się ożenił. Oczywiście można na to patrzeć jako wyraz takiej nieczułości i egoizmu rodziców, ale po prostu jak myślimy, mówimy, czytamy, słuchamy opowieści o biedzie na wsi, to to w
[01:13:00.23 → 01:13:01.73] A: ogóle była kwestia przetrwania.
[01:13:01.98 → 01:16:02.97] C: Tak, to to w ogóle jakby kwestia tego, że to było egoistyczne albo nie, na chwilę znika. To też wynikało po prostu ze strachu przed biedą. No i co się dzieje z tą parą? Otóż Rodzice znajdują dla niej chłopaka z bogatej rodziny, są przygotowania do ślubu. Ona jest nieszczęśliwa, po prostu umiera z rozpaczy. I wymyśliła sobie ta pani, moja rozmówczyni, że oni mieszkali tak trochę na kolonii i piechotą szli od niej z domu, wiadomo, po błogosławieństwie, cały orszak miał iść do kościoła. I świeżo we wsi przeprowadzano wtedy w polach melioracje. Mowa jest o czasach przedwojennych, więc to po prostu był szał jeszcze z tą melioracją i były wykopane studzienki melioracyjne. Ona postanowiła się zabić, ta dziewczyna, więc sobie bardzo starannie wszystko zaplanowała. W noc przed weselem sobie taką studzienkę odkryła, wszystko sobie przygotowała, po prostu postanowiła wskoczyć do tej studzienki i się zabić. Więc po prostu tragedia. Ale ponieważ była z bogatej rodziny, to ją tak wystroili do tego ślubu, w te wszystkie nakrochmalone halki, że ona owszem wskoczyła do tej studzienki, tylko się zatrzymała na tych halkach. To było dwie sekundy, ale zdążyli ją złapać. I teraz wyobraźcie sobie Państwo, co stało się dalej. To brzmi jak bajka, ale to jest najprawdziwsza historia. Otóż, no wiadomo, poruszenie, jakieś po prostu olbrzymie poruszenie i rodzice pani młodej mówią, to jest znak Boży. To jest znak. Posłali po tamtego biednego, który był trzeźwy, który w jakiejś stodole umierał z rozpaczy, że ta jego ukochana się żeni. Szybko mu jakieś ubranie skombinowali. szybko księdza powstrzymali i po prostu oni wzięli ślub i się z tym jej ukochanym i się odbyło ich wesele z tamtą rodziną. Wielki skandal, wielka niezgoda też z tamtą drugą rodziną. To też nie poszło tak gładko, ale ona wyszła za tego pana, który siedział przy stole podczas rozmowy. Więc ja kocham takie historie, ale oczywiście dużo więcej znam tych dramatycznych, tych bardzo smutnych.
[01:16:03.61 → 01:16:05.19] A: Mamy pytanie z tyłu.
[01:16:05.83 → 01:17:34.31] E: Tak, ja nie mam pytania, tylko chciałam tak przekazać moją wdzięczność i podziękować panią, że w kulturze znajdujemy miejsce coraz częściej na ludowszczyznę, że jakoś wyciągamy ją gdzieś na wierzch i oglądamy właśnie z różnych perspektyw jak to robimy teraz. I dla mnie jako dla młodego pokolenia jest to po prostu o tyle piękne, że będąc młodą dziewczynką ja może nie miałam takiej świadomości wtedy, żeby w tym współuczestniczyć w życiu moich dziadków. A teraz jak już jestem dorosła i pragnę do tego wrócić, tak jak pani, pani Ewo wraca tymi pieśniami do swojego dziadka, tak jak ja pragnę teraz wrócić, to dzięki Państwu ja mam tą możliwość. Ja na tym filmie wiele razy się wzruszyłam i taka tęsknota do tej ziemi, do włożenia tych rąk w ziemię, do tej pracy rękoma, do tego chleba i nawet do tego poczęcia, do wielu, wielu rzeczy, to ja jestem po prostu bardzo wdzięczna, że mogę tu być i że wyciągam się, panie, to na wierzch i ja mogę tego dotykać, mimo tego, że ta moja koloniowość Rodzina niestety została utracona poprzez śmierć bliskich. Także ja jestem z całego serca wdzięczna i bardzo dziękuję.
[01:17:36.94 → 01:18:28.94] C: Bardzo dziękuję za ten głos i wie Pani co, koniecznie się wymieńmy namiarami, to jak będę robić jakieś warsztaty śpiewu w Lublinie, to bardzo Panią zapraszam, bo co jest dowiedzione, jakby przeze mnie też, ale przez różne osoby, z którymi śpiewam, Prostą rzecz, jaką jest śpiewanie pieśni, na przykład właśnie tych tradycyjnych, bardzo się dotyka. Takiej przeszłości swojej rodziny, przeszłości, jakby no właśnie swojej przeszłości w takim bardzo niesamowitym wymiarze. A ma pani super głos z tego, co słyszę, jak pani mówi, więc bardzo zachęcam, żeby pani śpiewała pieśni po prostu. I no to się niesamowite rzeczy dzieją wtedy. Dziękuję.
[01:18:30.08 → 01:18:55.10] A: Proszę państwa, jeśli nie ma więcej głosów, to będziemy chyba powoli kończyć. Zwłaszcza, że myślę, że to jest w ogóle najlepsza puenta. Nie wiem Zuza, czy macie więcej takich przypadków, że film robi coś takiego, że się kolejne osoby pojawiają i chcą śpiewać. Ale podejrzewam, że może tak być, nawet jeśli o tym nie wiecie.
[01:18:55.36 → 01:19:02.04] B: Mówisz o umuzykalniającej roli filmu w kulturze. Bardzo ładnie to nazwałaś.
[01:19:02.16 → 01:19:19.78] A: Ja raczej myślałam o jakimś takim przepływie duchowości, o transkrypcji genów, o duszach, które tutaj krążą nad nami, ale tak, możemy to nazwać umuzykalnianiem. Czy będą następne filmy?
[01:19:20.64 → 01:19:21.82] B: Filmy tak.
[01:19:24.96 → 01:19:27.96] C: Teraz
[01:19:31.24 → 01:19:57.77] B: robię taki film, który się nazywa Siedem kobiet w różnym wieku i to jest taki film, który zrobił już kiedyś Krzysztof Kieślowski i zrobił go w środowisku baletu klasycznego, a ja bym chciała pokazać, że można inaczej. Trochę podobnie i pewnie jak wszystko się skończy, że tak mam wrażenie, że się zawsze robi to samo jednak. Tak.
[01:19:58.51 → 01:20:13.99] A: Będzie podobnie. A ja mam taki pomysł, żeby pani Ewa jednak nagrała własną płytę. Bardzo państwu dziękuję i zapraszam co poniedziałek na kolejne filmy.
[01:20:14.33 → 01:20:15.07] B: Dziękujemy bardzo.
[01:20:15.37 → 01:20:15.93] A: Dobranoc.

Kino w Teatrze Starym „Ziemia”

KINO

Musical dokumentalny – zapowiada podtytuł „Ziemi”. Zgoda, jeśli uznamy, że musical może być medytacją. Reżyserka Zuzanna Solakiewicz, która gościła w Lublinie ze swoimi „15 stronami świata” o Eugeniuszu Rudniku i Studiu Eksperymentalnym Polskiego Radia, tym razem zapuszcza się w inne rejestry muzyczne. Trzymając się blisko Ewy Grochowskiej, swojej charyzmatycznej przewodniczki, wchodzi w świat białego śpiewu i wiejskich rytuałów. Malarskie kadry Zviki Gregory’ego Portnoya dialogują i wzmacniają ścieżkę muzyczną, pokazując piękno odchodzącego świata.

Magda Sendecka, kuratorka programu filmowego w Teatrze Starym w Lublinie

Spotkanie z twórcami:
Zuzanną Solakiewicz i Ewą Grochowską.

Wróć