[pokaż transkrypt] [ukryj transkrypt]
[00:01.79 → 02:14.74] A: Dobry wieczór Państwu, jesteście bardzo mili. Dziękuję za te oklaski, którymi witacie mnie, Kaja Klimek. Być może z częścią Państwa już się znamy, tutaj ze spotkań do filmów z bitew o kulturę. Dzisiaj mamy rzecz, którą my się przytulacie do swojego serca, bo kino lubelskie tak zwane. a moimi gośćmi po seansie filmu Budka in the Village będą ludzie, których już dzisiaj tutaj widzieliście, czyli pan Tomasz Zeliszewski, perkusista i obecny lider zespołu Budka Suflera. Co za przyjemność móc to powiedzieć. Przywitajcie go gorąco, wielkie brawa. Piotr Metz, dziennikarz muzyczny, którego też mogliście oczywiście zobaczyć jako towarzysza wyprawy budki do studia Village. Tak, chyba, że chcecie jakoś inaczej. Nie, ale myślę, że tutaj będzie fajnie. Drodzy Państwo, tak jak zawsze to spotkanie jest również dla Was, jeśli będziecie mieć pytania, komentarze, będziecie się chcieli podzielić jakimiś swoimi spostrzeżeniami, to jak najbardziej jest na to Ja się bardzo cieszę, że my się spotykamy w kontekście tego filmu, bo po pierwsze odkrywa on taką historię, kartę nazwijmy to, historii polskiej muzyki czy muzyki w ogóle, o której ja nie miałam wcześniej pojęcia. Dopiero jak pan Piotr do mnie zadzwonił i zaczął mi przypominać te nazwiska, to było jeszcze zanim ja obejrzałam film, Głowa kręciła mi się bardzo mocno dookoła. Myślę, że nie jestem osamotniona. Dużo młodych ludzi, młodszych ode mnie szczególnie, pewnie nie ma zielonego pojęcia, że coś takiego miało miejsce, więc to jest jakaś niebagatelna rola i walor tego filmu. Ale to było 21 lat temu, już trochę czasu minęło. Można się tak zadumać nad tym. Chciałabym zapytać na początek o to, jak wy na ten film dzisiaj patrzycie, bo wiem, że zapowiadaliście go dla publiczności, troszeczkę o kontekście powiedzieliście. Będziemy też wchodzić w to głębiej, ale też jestem ciekawa tego, że spotykamy się, żeby o tym filmie porozmawiać dzisiaj. Jakie to jest dla was spotkanie z tym, że ten film powstał? [02:16.04 → 02:54.55] B: Ten film to było tak naprawdę drugie życie, w momencie kiedy wyszła wasza biografia, taka autoryzowana, książkowa, duża. Bo wtedy chyba nawet trochę wspólnie naradzaliśmy się, jak przy promocji książki, w momencie kiedy zespół już nie gra koncertów, można by było zaistnieć. No i trochę przypomnieliśmy sobie o tym, że jest ten wielogodzinny tak naprawdę chyba materiał filmowy, który miał tylko dwa takie króciutkie, dziesięciominutowe wcześniej, jakby best-offy, no powiem, montaż. No i powiem tak, i to chyba była dobra decyzja, Tomek, żeby to zrobić. [02:56.05 → 03:36.32] C: Ponownie dzień dobry, witam Państwa. Decyzja była wspaniała. Ja po ponad 20 latach patrzę na ten film, a wiele razy go widziałem z radością, dumą. I ta radość to właściwie nie tkwi we mnie dlatego, że Ameryka, Los Angeles, technologia, wielkie gwiazdy, które nam towarzyszyły, są też tam przez dwa prawie tygodnie doświadczaliśmy różnych cudów, do których bardzo szybko człowiek się przyzwyczaja. [03:36.72 → 03:37.84] B: których nie ma w filmie. [03:38.14 → 04:13.76] C: Trudno było, żeby na dużym obiekcie studyjnym byli nasi kumple z Warszawy, Krakowa, Gdańska i tak dalej, więc jak wpadał zajrzeć ten czy ów, czy ta pani, to były wielkie globalne gwiazdy i mówiły cześć, machały, kto wy jesteście. Aha, no bardzo miło was tu widzieć. Już na czwarty, piąty dzień specjalnie się nie przejmowaliśmy tym, że wpadł tam gitarzysta, wokalista czy bardzo znana gwiazda piosenki, Maria Carey. [04:13.84 → 04:21.96] B: Maria Carey zajrzała i mówiła, a co wy tu robicie, a nagrywamy, a skąd jesteście, a z Polski. Ja miałem okazję poznać Berta Bacaraka, ty chyba też, nie? [04:22.06 → 06:25.32] C: Ja też, tak. I to są właśnie te drobne rzeczy, które przez te kilkanaście dni prawie nam wytłumaczyły, że jesteśmy też częścią globalnego rynku. Dumny jestem też z tego, że... Cieszę się do dzisiaj, że mieliśmy dużo dystansu do tego. Pragnęliśmy zrobić coś, co jak wspomniałem już, co... odbierze nam jakąkolwiek możliwość narzekactwa i tłumaczenia się z własnych niedoskonałości rzeczami, które przez mnie są prawdziwe. Te dwa tygodnie to była, nie wiem, czy nie najpiękniejsza decyzja, jaką podjęliśmy. I to taka decyzja, która się nie skończyła na gadaniu, na planach, na flaszeczkach nocnych, i różnych tego typu dziwnych opowieści, jak tylko została zrealizowana. Lubię ten film, po prostu go lubię i to jest coś, co mi podpowiada, jak mam jakiegoś doła, a w dzisiejszej rzeczywistości nie trudno o to. Zresztą ten film jest zaprzeczeniem dnia dzisiejszego. No, nas nie otacza podziw dla prawdy, wartości, piękna czy sztuki. Troszeczkę to wszystko zostaje inaczej, ale nie dołujmy się na scenie, ani tutaj, tu i tu i teraz. Jest inaczej. Ten film jest, jest godzinką zupełnie innego świata i dobrze, że tak się stało. i że tam zdążyliśmy. [06:26.42 → 06:27.42] B: Bo studia już nie ma. [06:27.88 → 06:48.54] C: Tak, bo studia już nie ma i chciałem też powiedzieć, że znakomicie, że byliśmy tam we trzech, że był Romek, że był Krzysiek i że udało się tam dotrzeć z prawdziwych, dobrych, normalnych, artystycznych powodów. [06:50.14 → 08:05.62] B: Ja teraz nie mogę nie wtrącić dwóch rzeczy, bo to chyba właśnie ten moment. Pierwsza to będzie rzecz, której nie ma w filmie, o której Tymkowi jest trudno opowiadać, bo jest głównym aktorem tego wydarzenia w wydarzeniu, więc ja opowiem jako obserwator. Mianowicie, pierwszego dnia sesji Greg Fillingains, ten wspaniały czarnoskóry producent sesji, którego tak a propos miałem, proszę państwa, okazję zobaczyć jesienią zeszłego roku w Royal Albert Hall na koncercie Davida Gilmura z Pink Floyd. Mówiąc szczerze, nie wiedziałem, nie sprawdzałem wcześniej, kto tam gra z nim. Patrzę, wychodzi zespół Gilmura, patrzę, no znam tego człowieka. Na after party po koncercie. Mówiąc szczerze, rzuciliśmy sobie trochę w ramiona, bo dla niego to było też przeżycie wtedy. Rokmeni z Polski przyjechali, prawda? To samo z Marcusem Millerem, który w Polsce dość często grywa i on nam na mój widok już teraz mówi, not you again, jak mnie widzi, ale oczywiście wspominamy stare czasy, to wszystko jest piękna historia, ale tenże Greg Fillinganes, czyli producent sesji, pierwszego dnia nas zebrał chyba na dachu w ogóle studia, prawda? Tak on nam zrobił. [08:05.75 → 08:07.19] C: Na dachu nas zebrał, to prawda. [08:07.21 → 09:19.27] B: W Kalifornii akurat na dachu nie jest źle, bo powiedział tak, no będziemy pracować teraz przez ponad tydzień, poznajmy się, niech każdy coś o sobie opowie i tak dalej, Więc panowie opowiadali, a ja tłumaczyłem na angielski i przyszła kolej Tomasza, który powiedział tak, że w 1971 roku pojechał do sali kongresowej w Warszawie na koncert zespołu Blood, Sweat and Tears, który wtedy rzeczywiście dzięki ambasadzie amerykańskiej przyjechał do Polski na koncert. Zobaczyłem jak gra na perkusji Bobby Columbi i postanowiłem zostać perkusistą. Skracam tę opowieść, prawda? I w tym momencie Greg Feeling Gaze najpierw powiedział brzydkie angielskie słowo, ale nie dlatego, że się zezłościł, tylko dlatego, że nie chciał to uwierzyć. Wziął telefon, wykręcił numer i powiedział, Bobby, ja tu mam twojego kolegę z Polski, mógłbyś przyjechać do nas do studia? Okazało się, że ten perkusista Black Student jest z 1971 roku, z koncertu, mieszka 15 minut od studia i przyjechał. I przyjechał i ja do tej pory pamiętam, jak Tomek, który nie zna angielskiego i Boby Columby, który nie zna polskiego rozmawiają gestykulując dość barwnie w kącie przez 15 minut. [09:19.41 → 09:28.83] C: To jeszcze nie jest takie dziwne, najdziwniejsze to jest to, że to się odbyło bez alkoholu. A gadaliśmy z godzinę. [09:29.09 → 09:39.15] B: Ale to jest taka jedna z magicznych historii, która po prostu jest magiczna, bo co tu dużo mówić, prawda? No to jest historia, która dodaje tej całej opowieści jeszcze dodatkowych znaczków. [09:39.15 → 10:19.24] C: Absolutnie tak. To był taki młodzieńczy idol, właściwie pierwszy idol taki po całości, gdzie mnie impionowało wszystko, postać, wizerunek, sposób grania, rodzaj muzyki. Blas Wooden też zuprawiał taki bardzo przyjazny, nawet dla bardzo młodego człowieka, jakim wtedy byłem, rodzaj jazzu, Wszystko było wspaniale, do głowy mi nie przyszło, że kiedyś wlezie na dach, na którym ja też sobie będę siedział i będziemy nawijać w nie do końca znanym mi narzeczu. [10:19.83 → 10:22.01] A: W języku muzyki. [10:23.43 → 10:40.49] B: Jeszcze było pod skryptum, dlatego że jak już Bobby się pożegnał i poszedł, i wyście poszli na dół nagrywać, i Tomek nagrał solówkę perkusyjną, i Greg Filipeis popatrzył mi w oczy i powiedział, że zagrał właśnie najlepsze solo w swojej karierze. Więc to są takie magiczne historie, ale prawdziwe. [10:41.11 → 10:55.53] A: Szkoda, że tego nie ma też w filmie, tych właśnie momentów, bo mam wrażenie, kiedy go oglądam, że to jest przede wszystkim film o tym spotkaniu, właśnie za pośrednictwem języka, muzyki, że wiadomo, nie każdy musi znać angielski, nie każdy musi znać polski, aczkolwiek zawsze nad tym ubolewam. [10:55.55 → 11:03.73] B: Myślę, że wtedy nie było ekipy po prostu, bo to było takie spotkanie półprywatne, którego myśmy chyba nawet nie chcieli filmować, prawda? A ten Bobby Columbi to była improwizacja [11:03.73 → 12:25.77] C: pod tytułem... pewnie byśmy się nawet nie odważyli. Na dzień dobry przyjechaliśmy i byliśmy tak, za dorośli, żeby nie zdawać sobie sprawy, że jesteśmy w Stanach Zjednoczonych. Jesteśmy głęboko w branży globalnej, najwspanialszego rynku na świecie, I to na pewno nie jest tak jak ja, no jak unażymy sobie wszystko możemy, nie jesteśmy w domu, szanujmy pewne procedury, obyczaje i zwyczaje, więc nawet nam do głowy nie przyszło wyciągnąć komórkę czy coś takiego, bo byłoby to nie tak. To ja myślę, że tym bardziej, że z nami przyjechało parę osób, które rejestrowało, no to się ten film, który Państwo obejrzeliście, przecież ktoś go zrealizował, to Polacy zrobili. I to była rzecz świadoma, ale ona była w momencie, kiedy myśmy uprzejmie poprosili, ustalili i... To było wszystko autoryzowane przez studio, że możemy... Tak jest, wszystko się odbyło tak, żebyśmy dzisiaj z lękiem nie patrzyli tam, Czy jacyś żandarmi po nas nie idą? [12:26.55 → 12:48.07] A: Właśnie chciałam o to zapytać. Kiedy jechaliście tam, już był jakiś zamysł na ten film? Czego mniej więcej, na co zwrócić uwagę? Czego możemy się spodziewać? Jak chcemy to nagrywać? Rozmawialiście w ogóle o tym wcześniej z twórcami? Czy to było trochę na żywioł? Zobaczymy jak będzie i wtedy zdecydujemy, co będzie ważne, a co nie. Tak od tej strony dokumentalnej też pytam. [12:48.89 → 12:49.99] B: 100% na żywioł. [12:50.59 → 14:52.94] C: Świadomie. i według artystycznego, przede wszystkim, planu pojechaliśmy zarejestrować dwie piosenki. Obie były kompozycją Romka Lipko. Angielskie teksty napisał ten Jonathan Carroll. Mieliśmy te utwory zaaranżowane, opracowane, jechaliśmy do studia i to był Jedyny wątek, który podlegał jakiejś, jak to się mówi, planizacji i wiedzieliśmy, gdzie przód, gdzie tył i to było nasze zadanie. Myśmy bez tego nie powinni wracać do domu, bo to było naszym celem. Ekipa filmowa to właściwie... Panowie, bądźcie czujni, wszyscy, i wy, i my, nie wiemy, co tutaj się stanie. To był każdy nasz krok, każda godzina, każda sesja była naszym debiutem, niespodzianką, dużym przeżyciem, bo mało tego, jeszcze zdawaliśmy sobie sprawę jakoś dorośli faceci muzycy, że Gdzie byśmy się nie obrócili, to dla nas muzyków z Polski rzeczy, budynki, miejsca stanowią bardzo kuszącą historię. Przecież byliśmy zakwaterowani w hotelu Kalifornia, z tym hotelu Kalifornia, o którym jest Bardzo znana piosenka i właściwie czego byśmy tam nie dotknęli, to tak było, że myśmy tak te pierwsze dwa, trzy dni troszeczkę chodzili jak po muzeum. [14:54.06 → 15:06.40] A: Albo jak w filmie zawsze jest to też doświadczenie, jak się jest w Ameryce, że trochę się nie wie, czy to jest plan filmowy, czy my już to widzieliśmy, czy jesteśmy w prawdziwym miejscu, czy to jest część inscenizacji, jest to dziwne doświadczenie. [15:06.40 → 15:17.16] C: Ale człowiek się bardzo szybko do tego przyzwyczaja. zastanawialiśmy jeszcze dwa tygodnie, może trzy, to byśmy uwierzyli, że my w ogóle jesteśmy u siebie. [15:18.48 → 15:44.49] B: Ale do tego, co dodał, co powiedział Tomek, ja bym chyba dodał, że ekipa jednak była przez nas uczulona, że ich pierwszym zadaniem jest nie przeszkadzać. Oni mieli rejestrować, no bo trudno nie zarejestrować takiej wyprawy, ale oni naprawdę musieli być przeźroczyści i niewidzialni, co pewnie w 100% się tam nie udało. Ale to musiało być bardzo mocno postawione, że oni nie mogą w niczym naruszyć świętości nagrania. [15:44.87 → 16:33.55] A: Szczególnie jak myślę sobie o filmach, o albumach albo o zespołach, to wiadomo, że są biograficzne opowieści, które obsadzają aktorów w roli muzyków, czy nawet dokumentalne filmy, które śledzą całą karierę. Ale są też te wspaniałe niejednokrotnie filmy o koncertach. Nagrane powiedzmy z trzech koncertów, zmontowane, można to stworzyć jako coś naprawdę takiego niebywałego. Ale mało mamy właśnie takich opowieści, które zabierają nas za kulisy powstawania muzyki. Więc to też jest taka niewiarygodna wartość tego filmu, że możemy zobaczyć jak album w studiu się nagrywa. Więc to jest też coś, dla mnie jest jakimś takim wielkim walorem tej sytuacji, że możemy zajrzeć właściwie za kulisy do tej kuchni, kiedy te rzeczy się tworzą. [16:33.81 → 17:14.23] B: I głównymi aktorami są muzycy i realizatorzy, bo na filmach koncertowych bardzo często publiczność jest co najmniej równa artystom jako bohater filmu, a często jak na Woodstock na przykład, to jest może i ważniejsza nawet, prawda? W koncertowych filmach bardzo się stawia na otoczenie, a nie na samą muzykę, bo to jest bardziej Cała sytuacja taka eventowa trochę, a nie nagranie. A tutaj rzeczywiście, jak się ogląda, Tomek, te zdjęcia, to jednak ja wiem, że myśmy tam byli, mamy inne do tego, że tak powiem, wdrukowane rzeczy w głowę, ale tam się oddycha tym, co tam było, tym studiem, prawda? On ładnie łapie atmosferę w studio. [17:14.49 → 17:35.53] C: Ale rzeczywiście, to tak, to jest rzeczywistość, która przede wszystkim, ona jest prawdziwa. Ten film nie ma w sobie nawet małego ziarenka sztuczności czy bycia w roli. [17:35.59 → 17:36.59] B: Takiej kreacji trochę. [17:36.71 → 18:48.76] C: Tam nikt nie może wypaść z roli, bo nie stara się w niej być. Zmęczenie jest zmęczenie. Ono jest od razu narysowane. z zachwytem, wszystko to jest prawdziwe i naturalne. To jest niezwykłość tego filmu również. To jest niezwykłość tego filmu, bo jak ja po raz kolejny na niego patrzę, jak my wyglądamy, to pomijając, że to było jakiś czas temu, to widać jak na dłoni, co w danym momencie w kim siedzi, bo to ma narysowane na twarzy, w gestach i tak dalej. To jest niezwykłość tego filmu i ja nawet chyba nie potrafiłbym określić gatunku tego, co państwo zobaczyliście, Nie przypominam, właściwie nie potrafiłbym wymienić jakiegoś pierwowzoru. [18:48.86 → 18:49.58] B: Ukryta kamera. [18:49.88 → 18:51.66] C: A na pewno? No tak. [18:51.96 → 18:52.40] B: Trochę tak. [18:52.54 → 19:23.56] C: Ale ukryta kamera w pewnym momencie nie jest ukrytą kamerą i dalej widzimy, a film leci dalej. I widzimy, że to jest ściema. A tutaj nie ma, że... A my pana wkręcamy i... Nie, nie, nie ma. Rzecz się kończy... w sposób dla muzyka najbardziej naturalny z możliwych. Mamy zgrane dwa utwory i jedziemy do domu. [19:23.90 → 19:24.72] A: Misja wykonana. [19:25.22 → 19:31.70] C: Tak. I to nie misja na zlecenie jakiejś mega agencji czy kogokolwiek. [19:31.86 → 19:32.00] D: Nie. [19:32.46 → 19:58.06] C: Nas samych. To jest, jak to się mówi, na własne życzenie za własne pieniądze. To temu nie towarzyszy magiczny moment, że przed kimś musimy się rozliczyć z tego wszystkiego, zdać sprawozdanie, napisać raport. Nie pisałem żadnych raportów ani nikt z moich kolegów. [19:58.56 → 20:06.28] B: Choć dodajmy, bo to z Tomkiem wielokrotnie rozmawiając podkreślaliśmy, że dziś to by się nie zdarzyło. [20:06.74 → 20:11.48] A: Tak, nawet w naszej wcześniejszej rozmowie pan też tak mówił. Może pan to rozwinąć, dlaczego to by się nie zdarzyło? [20:12.80 → 20:41.34] C: Przede wszystkim otacza nas świat, gdzie nie ma zapotrzebowania na takie ekscesy. Mimo wszystko 21 lat temu było troszeczkę inaczej. Słuchało się troszeczkę innej muzyki. System wartości, no dajmy spokój, nie był taki jak dzisiaj. Od technologii po to, co w nas jest. Było troszeczkę inaczej. [20:42.67 → 21:15.16] B: Więc ja bym tutaj ci wszedł w słowo i powiedział, bo trudno jest to opowiedzieć trochę, ale postaram się, że dziś skomputeryzowanie i technologia, która zmieniła kompletnie proces nagrywania i często nad utworem pracuje sześciu tekściarzy i ośmiu producentów i to jest po prostu fabryka z filmu Czaplina. A myśmy tam pojechali nawet nie do końca po technologię. Myśmy tam pojechali po rzemiosło tamtych ludzi, prawda? [21:15.78 → 23:00.52] C: I jeszcze bardzo ważne i dobrze, bo ja troszeczkę chciałem przejść do innego pokoju. Przez te 21 lat zmieniła się wszystkim, sam to mówisz, rola muzyki, rola piosenki, rola sztuki. Dwie dekady temu wartość i rola społeczna, to może nie pasujące słowo, ale obrazujące przeboju bardzo popularnej piosenki była zupełnie inna niż dzisiaj. Dzisiaj starszy, młodszy klika sobie, ogląda taniec wesołej krowy czy kota, który spuszcza deskę w kibelku Jest zachwycony. Znakomity utwór muzyczny. Ma bardzo krótki żywot, jest zastępowany następnym i tak dalej. Nie chce się w to wmądrzyć, tym bardziej, bo jestem, powiedzmy, lekkim dyletantem, jeżeli chodzi o technologie cyfrowe, ale jako obserwator, to każdy z nas przecież widzi to samo. I to jest ta różnica dla mnie też olbrzymia, że w jakiej sprawie mielibyśmy dzisiaj tam pojechać, żeby co udowodnić. Komu? Tak, to opowieść o jakimś Don Kiszocie pokręconym zupełnie, który nadal żyje w innej rzeczywistości. [23:02.40 → 23:32.28] B: Myślę, że jeszcze jedna rzecz, Tomek, dlatego, że nie chcę tego zbyt szczegółowo opowiadać, bo to są takie branżowe historie, ale człowiek, którego już wspominaliśmy, czyli ten czarnoskóry Greg Fillinganes miał tam rolę, która w Polsce praktycznie nie istniała, bo u nas, ja pomijam, że w latach 90. producentem muzycznym był człowiek, którego było stać, żeby sobie kupić technologię i już był wtedy artystą, bo miał studio z wyposażeniem. [23:32.50 → 23:34.34] A: Środki produkcji określały status. [23:34.42 → 23:35.16] B: Dokładnie tak. [23:35.34 → 23:53.49] C: Same to słowo nie do końca było zdefiniowane. Nawet muzycy nie do końca wiedzieli, czy ten producent to ten z portfelem, który coś kupił i jest posiadaczem, czy to jest ten, który nie ma pieniędzy, ale ma talent i wyobraźnię, i kreuje, i wie jak to, ma wizję. [23:53.93 → 24:08.79] B: I w tym filmie jest to bardzo wyraźnie pokazane. Tam jest znakomity inżynier dźwięku, ten człowiek, który w uproszczeniu kręci tymi wszystkimi tam pokrętłami, Y-feeling gaze, który się w ogóle nie dotyka stołu. [24:09.23 → 24:10.15] C: Ale ma wizję. [24:10.25 → 24:10.89] B: On ma wizję. [24:11.33 → 24:12.31] A: I słucha tego, co się dzieje. [24:12.31 → 24:23.37] B: On słucha i on jakby projektuje sobie w umyśle, maluje ten obraz dźwiękowy. A tamten człowiek tylko wie, jak to zrobić. Czasem mu pewnie coś podpowie, że może by tu odwrócić, a tutaj dodać, prawda? [24:23.47 → 24:55.50] C: Przepraszam się, Stasiu. Warto powiedzieć, że my już wtedy dorośli faceci. Byliśmy jak takie małe szkraby w przedszkolu, bo po raz pierwszy znaleźliśmy się w roli, kiedy był producent za szybą i on do nas mówił. Tak, nie tak, nie, nie, nie, nie, nie, to nie ma być o tutaj, to ma być słyszalne tutaj. Panowie, powtarzamy, jeszcze nie jest tak. O pięknie, o baby, dobra. [24:55.50 → 24:58.46] A: To ciekawe doświadczenie nagle mieć takiego. [24:58.56 → 26:13.79] C: I to dotyczyło wszystkim, to nie było jakiejś hierarchii, że jeden był gorszy, drugi był lepszy. Każdy, kto tam wydawał dźwięk, czy za pomocą głosu, czy instrumentu jakiegoś, podlegał tego typu ocenie. Mało tego, my patrzyliśmy, a jakie to dla nas było przeżycie, no przychodzi taki Marcus Miller, Steve Lukather i usiada na kanapce, bierze na kanapie, Marcus Miller bierze tą basówkę i on jest wpatrzony w Marcusa Millera i zagrał kwestię i patrzy na niego, czy jemu się to spodoba, czy on to kupi. A to dla nas niewyobrażalna gwiazda, która się kojarzy w ogóle z zupełnie innymi realiami, że co by nie zagrał, to w ogóle jest genialne. Nie. Zobaczyliśmy, jak wygląda sesja. Tam Bogiem jest producent. I dopóki Greg Fillinga nie powiedział, no dobra stary, kupujemy. to jemu aż się dymi po prostu w głowie, co ulepszyć, jak to zagrać, o co jemu chodzi, jak zgadywał myśli. [26:14.47 → 26:36.67] B: Ale to jest trochę też morale pracy, którego można by się było u nas uczyć, bo Marcus Miller nie był tam basistą Maisa Davisa. On był sesyjnym muzykiem, który, jeżeli dobrze pamiętam, nie wiem czy dobrze, to myśmy się nawet śmiali, bo tam był taki taryfikator na ścianie, ile za sesję. Tam było chyba 2,5 tysiąca dolarów za taką sesję, jaką zagrał. I to jest po prostu jego zawód. [26:37.33 → 26:41.15] A: I on to traktuje poważnie, z szacunkiem. [26:41.59 → 27:00.33] B: I nie robi łaski nikomu, tylko jest... Oczywiście pomaga w tym ten Greg Fillingance, który jest tutaj też dla niego z kolei w jakiejś tam warstwie tego, co potrafi Bogiem. I to wszystko działa. Wszyscy się uśmiechają. [27:00.68 → 27:17.64] C: Ależ oczywiście. Tam jest cudowna, na filmie w pewnym momencie jest rozmowa. To warto dopowiedzieć. To może ty zrób komentarz, zrobisz to o wiele lepiej. Mówię o dialogu Fillingace'a z Marcusem Millerem. [27:18.14 → 29:01.16] B: Wspomnieniowe. Panowie się znali chyba tylko z takiego mijania się czasami gdzieś na jakichś koncertach. Wiedzieli oczywiście o sobie dużo, ale ewidentnie to spotkanie było dla nich też ważne, bo oni zaczęli wspominać i tam była taka opowieść o Majsie Dewisie, który trochę ich tutaj Nie poróżnił, tylko jest to piękna, prawdziwa opowieść o dwóch ludziach, którzy inaczej poprowadzili swoją karierę. Marcus Miller, który jako niespełna dwudziestolatek był prawą ręką Davisa, napisał mu kiedyś całą płytę, grał, aranżował, a Mice tylko go jakby błogosławił mu i grał te swoje cudowne historie na trąbce, a Greg Filling jest opowiadał w tym filmie jak nie został muzykiem Maisa Davisa, ponieważ miał kiedyś szansę w Montre kiedy to był słynny festiwal Montre, kiedy Davies się tak naprawdę żegnał trochę już z publicznością, ze światem, był bardzo ciężko chory i to był taki przekrajowy wspomnieniowy występ, gdzie Quincy Jones zaaranżował Maisowi słynną siestę i To był jedyny wypadek w karierze Majsa, kiedy on wrócił do starych utworów, bo on nigdy tego nie robił. I tam Greg Fillingen, który pojechał z Queensim, miał szansę zagrać, ale on mówi w tym filmie, że jego obracał strach. On się przestraszył i schował się do myśli dziury. I to była opowieść dwóch panów, którzy inaczej poprowadzili ścieżkę swojej kariery. I mówiąc szczerze, ta opowieść, trochę przypadkowo zarejestrowana przez naszą kamerę dokumentalną, jest bardzo ciekawym wkładem w historię muzyki, nigdzie nieopisanym poza tym. [29:01.18 → 29:18.09] C: Myśmy to zobaczyli i coś co bez zastanowienia, gdybyśmy się temu nie przesłuchali, o czym oni mówią. to pewnie by to wyleciało i nigdy byśmy się paru rzeczy nie dowiedzieli, jak Piotr powiedział w końcu, z historii muzyki. [29:20.77 → 30:28.59] A: Pan Panie Piotrze powiedział, że Studio Wylicz już nie istnieje, co jest dla mnie kolejnym zaskoczeniem, bo sprawdzałam sobie, jak tam Jeff Greenberg jest jak najbardziej jeszcze obecny w świecie muzyki, bo oczywiście czas biegnie. Też jestem ciekawa, bo on tam na początku tego filmu opowiada i przywołuje, tu Maharishi, tutaj ci masoni. Kolejne piętra dobudowuje do tego miejsca. Mnie zawsze interesuje też poczucie bycia w jakimś miejscu, czyli tak zwany genius loci, czyli duch jakiegoś miejsca, w którym jesteśmy. Myślę, że ten teatr ma swój... i to studio pewnie też coś takiego miało. Czy to wam pomagało, dodawało energii w tym działaniu muzycznym i też w tworzeniu tego filmu? Ciekawa jestem jakby na te wszystkie historie, bo to o czym tu mówicie, to są też te niezliczone spotkania na tych sesjach, te wszystkie piosenki, te tytuły, które się tam pojawiają i zespoły wymieniane po przecinku, no to szczęka jednak mocno opada, że tak powiem kolokwialnie. Jestem ciekawa, czy to był taki zastrzyk energii, czy coś, co też tak budowało taki, nie wiem, mały respekt. [30:28.81 → 30:49.11] B: Ponieważ on nagrywał, ja to tam przyglądałem się bardziej, ale wydaje mi się Tomek, że ta atmosfera, którą wprowadził tą rozmową, o której mówiliśmy, feelingi z tym poznaniem się i to wszystko spowodowało, że te złote płyty Dorsów na ścianie nie ciążyły, wręcz przeciwnie. [30:49.59 → 32:08.40] C: No też starszy pan, który jest, zwłaszcza w początkowych scenach, narratorem, Pan Greenberg, on był takim dobrym wujkiem czy tatą, który... Dowiedzieliśmy się na tej sesji jednej banalnej rzeczy, które przecież to nic tajne przez połówkę. Jak ważna przy tworzeniu muzyki, rejestrowaniu muzyki jest prosta rzecz, dobrej atmosfery, życzliwej, uśmiechniętej klimatu, radosnego klimatu tworzenia. Wszystkie te, przecież on nam opowiadał, pamiętasz, w pewnym momencie, jak zarejestrowaliśmy sekcję, czyli bęben, basówkę i podstawowe gitarę, przeszliśmy do następnego studia, bodajże B, I tam była opowieść, bo to Studio B było... Tam bardzo ważną swoją płytę, bodajże Rumors, nagrywał zespół Fiddle Mac. [32:08.86 → 32:11.46] A: Kocham, mam ją w domu, słucham jej bardzo często. [32:11.82 → 33:59.47] C: Ja też bardzo lubię tą płytę, natomiast oni to nagrywali i nagrywali, niczym budka, ona przyszła prosto z gmur. Prawie rok albo jeszcze lepiej. opowieści o balangach, jakie tam były, to jest jedno. Natomiast ostatecznie stworzyli dzieło sztuki. Znagrali płytę, można powiedzieć, życia, która i wzbudza szacunek na całym świecie, i dostarczyła jakichś niemożliwych wyników komercyjnych. Więc nagle włazimy z następnymi instrumentami, a raczej już byliśmy na etapie wokalu. Już tam Krzysiek zaczął śpiewać i nasi goście zaczęli tam też rejestrować gitarę. Lukater już tam też przyszedł. I to było... Gdzie byśmy się tam nie ruszyli, była świetna atmosfera. Oczywiście, że to unosi, no to jest... To jest naturalne. Cały czas nam towarzyszyło poczucie i atmosfera zupełnie czegoś innego. I nawet powiedzmy już w drugim tygodniu, kiedy zaczynaliśmy inaczej, pełną piersią oddychać tym klimatem i właściwie mówiliśmy do tych ludzi cześć, zaczęliśmy być... częścią tej malutkiej społeczności, która tam pracowała każdego dnia oraz przychodziła czy odchodziła. No i już specjalnie... Do pracy, tylko [33:59.47 → 34:00.81] B: nie na siódmą, tylko na dziesiątą. [34:00.83 → 35:12.20] C: Tylko na dziesiątą. Oczywiście, to robi, drodzy państwo, niesamowite wrażenie i to wszystko wyglądałoby inaczej. Mało tego, utwory, które nagraliśmy, Świetne utwory. One nigdy nie były ani wielkim przebojem, ani nawet piosenkami powszechnie znanymi. Oczywiście one mają swoje wersje polskojęzyczne. Natomiast dla nas i jako element, trochę nie wiem jak to nazwać, jako element naszego świadomego życia na scenie, te dwa utwory są symboliczne, są niesamowite, są czymś, co było dobre. Cały ten wyjazd odbył się naprawdę [35:14.11 → 35:14.15] A: w [35:14.15 → 35:38.87] C: dobrej, miłej atmosferze i tam właściwie oprócz grania i nagrywania byśmy o niczym nie rozmawiali. Jeszcze uświadomiłem sobie jedną rzecz. Przez dwa tygodnie nikt nawet piwa nie wypił. To dopiero było. Możliwe, możliwe. [35:39.85 → 37:09.59] B: Jest jeszcze jedna rzecz, bo zaczęliśmy mówić w którymś momencie, że dzisiaj to by się nie zdarzyło, prawda? Ale nie zdarzyłoby się też dlatego, że branża jest zupełnie inna. Świat jest nawet, wielkie słowa, ale świat jest inny. Ja dam przykład. Ja zostałem przez, no głównie Tomka, bo z nim miałem najbliższy zawsze kontakt, obarczony kiedyś trudnym zadaniem zorganizowania tej sesji. To była trochę wiara na wyrost mojej możliwości, bo to była wiara pod tytułem Ty jeździsz co tydzień do Stanów na jakiś wywiad, bo rzeczywiście to był taki okres, kiedy moja radiowa działalność tak wyglądała. Znasz wszystkich, to przecież możesz to załatwić. To takie proste nie było wcale. Myśmy mieli dużo szczęścia, chociaż czasami szczęściu trzeba pomóc. Nie wiem, czy będziemy mieli czas opowiedzieć całą historię, bo to nie jest to, co byśmy zobaczyli na filmie. Tam jest jeszcze tak zwany prequel, mówiąc filmowo do tego. Natomiast ta przedługa opowieść jest po to, że trzeciego dnia sesji, już po pracy w studio, siedziałem z panią, która nam to wszystko organizowała, miała na imię Emi, popijaliśmy tam jakieś wino, bo ja nie byłem muzykiem, więc ja mogłem. I ja w którymś momencie ją zapytałem, słuchaj, a czemu ty tak naprawdę tak trochę na wyrost, bez umowy, jakichś ludzi z dzikiego kraju po drugiej półkuli tak przyjęłaś tutaj i zgodziłaś się na to wszystko. I ona powiedziała, a bo przekonująco brzmiałeś przez telefon. [37:10.72 → 37:11.55] A: To były czasy. [37:11.57 → 37:19.49] B: To jest dodatkowo święta prawda, ale ja sobie tego dzisiaj kompletnie nie wyobrażam w ogóle w tych sformalizowanych czasach i w tym wszystkim. [37:20.30 → 37:32.15] A: Mówił pan językiem muzyki po prostu, odpowiednim dla tej historii. Też mam wrażenie, że dzisiaj to był zupełnie Jakby coś takiego ktoś chciał załatwić, to nawet nie wiadomo by było, od czego zacząć. [37:32.77 → 40:01.20] C: Fajnie tylko, że dwa tygodnie takiej sesji z pełną obsługą, to oprócz wszystkich fantastycznych, wartościowych i metafizycznych sformułowań, ma też swoje bardzo obliczalne finansowe oblicze. Więc tutaj w tym kontekście zaufanie to naprawdę nabiera pewnej wagi. No bo mówiąc wprost, myśmy wyjechali stamtąd z dwoma utworami świetnie nagranymi, zrealizowanymi i też pewne rzeczy dopiero zamknęliśmy szybciutko i natychmiast w Polsce. Przecież nie byliśmy wcześniej z ludźmi, którzy zajmowali się przedsiębiorczością i biznesem na takim poziomie w wydaniu amerykańskim, zaprzyjaźnieni, więc nie ukrywam, że byłem oczywiście z jednej strony zachwycony, z drugiej strony zdumiony olbrzymim zaufaniem, jakim nas obdarzono. Oczywiście co do ziarenka, to zaufanie ich nie rozczarowało i na pewno tego nie mieli powodu żałować. Natomiast chcę przez to powiedzieć, że właśnie na bardzo wielu obszarach te dwa tygodnie, które wtedy spędziliśmy w Los Angeles było szalenie pouczającym doświadczeniem i które nie tylko w świecie muzyk, sztuki czy rynku, największego rynku na świecie, jakim jest muzycznego, jakim jest rynek amerykański, wiele nam powiedziało, ale również dowiedzieliśmy się paru rzeczy o nas, o ludziach, o tym, jak może być. I nic wielkiego się nie stało. Odrobina życzliwości i zaufania do jakichś muzykantów, którzy w życiu nie słyszeli o jakiejś butce Sufflera. Nie czarujmy się. [40:01.52 → 40:05.24] B: Zadawali dość niemądre pytanie, czemu wyście dopiero teraz przyjechali? [40:05.92 → 40:18.49] C: Tak. No i co? No to Cegowski tam raz bardzo słusznie odpowiedział. No jak to facetowi wytłumaczyć, co to było PRL? No nie przyjechaliśmy, no. [40:18.70 → 40:51.01] B: Ten sam Krzysztof, nie wiem, ja to chcę jakoś powiedzieć tak, jak można publicznie to powiedzieć, ten sam Krzysztof wygłosił w pewnym momencie po nagraniu swojej sesji wokalnej zdanie, które trochę podsumowuje też pracę tam. No w którymś momencie użył słowa powszechnie znanego, która jest zresztą na K, ale tego nie powiem, natomiast powiem, nikt mi już nie będzie mówił w Polsce, że nie da się nagrać mojego głosu. To powiedział po sesji, której się też bardzo bał, bo on był stremowany przed sesją. [40:51.27 → 41:00.01] C: Wszyscy byliśmy zestresowani, no bo to byłbym niewiarygodny, gdybym powiedział, że nie. [41:00.81 → 41:04.79] B: Szczególnie, że akurat ci sędziowie znali się na piłce nożnej, prawda? [41:04.95 → 41:07.29] C: Tak, oni się znali na rzeczy. [41:08.17 → 41:18.67] A: Trochę taki test też, przeniesienie tego, że tu jesteście, na szczycie, a tutaj nagle będzie weryfikacja swego rodzaju. [41:20.77 → 43:17.90] C: Muszę też powiedzieć, że przecież bardzo znani, znakomici muzycy, oni potem nie mając żadnych powodów, bardzo byli po całej sesji dla nas życzliwi i komplementowali to wszystko, co się wydarzyło. Pytanie, o którym wspomniał Piotr. Dlaczego wy się dopiero teraz przyjeżdżacie? Widzieliśmy, że my nie mamy po 18 latach, jesteśmy stare konie. Czemu was do tej pory nie było tutaj? Nie wiem, 20, 30 lat temu. Brało się też stąd, że oni zobaczyli, że myśmy przyjechali z bardzo dobrą muzyką, w sensie twórczą. kompetentni instrumentaliści, znakomity wokalista, piękne teksty, wszystko się zgadzało, ale nie drążyli tego tematu, bo o czym tu gadać? Rzeczywistość była taka, jaka jest i myśmy w takim, a nie innym momencie swojego życia, mając oczywiście ku temu możliwość, podjęli taką decyzję, żeby to zrealizować. Już nikt specjalnie tego tematu nie drążył. Ale to było też bardzo miłe. Pamiętam, wszyscy byliśmy w świetnych humorach, bo dowiedzieliśmy się, że jeżeli komuś, ktoś nas tutaj strasznie krytykuje, że to jest nie tak, tam jest nie tak, to nagle usłyszeliśmy, tam w studio, że to nie do końca tak jest. Zawsze jest to miłe i krzepiące. [43:19.10 → 43:52.80] A: W świecie filmu, w którym ja się czuję tak jak ryba w wodzie, powiedzmy, zawsze jest mowa o czymś takim jak centralny urząd docenienia, że to jest jakiś festiwal typu festiwal w Cannes, że tam kiedy się dostanie nagrodę albo kiedy tam branża przyjmie reżysera z innego kraju, to może się poczuć wreszcie jakby taki spełniony. Mam wrażenie, że to też było takie przytulenie do wielkiego serca muzyki dla was. Tak jak słucham tego, co pan mówi, że to takie utwierdzające w tym, że się idzie dobrą drogą i że się zawsze nią szło właśnie do tego miejsca. To jest jakiś taki naprawdę piękny moment. [43:52.80 → 45:01.89] C: Oczywiście, jeżeli ktoś, kogo podziwiamy, mówi nam, czy to jest sportowiec czy artysta, że to, co napisaliśmy, jest piękne i wartościowe. To, co zagraliśmy, no unosi słuchacza. Czy, że sportowiec skoczył wysoko, daleko, czy osiągnął jakiś fantastyczny rezultat. No przecież to jest miłe i to jest wartość niesamowita, jeżeli to nam mówi ktoś, kto jest dla nas guru. Kto jest czy jodą, czy no kimś ważnym, największym autorytetem. pojechali do studia i w miejsce, gdzie funkcjonują najpoważniejsi gracze w tej dyscyplinie. Nie ma nic wyżej. Może się komuś oczywiście podobać to czy owo, natomiast powszechny rynek amerykański, muzyczny jest uznawany za wiodący. Tak jest, jak pani mówi. [45:01.89 → 45:04.83] B: Skoro o sporcie... Wejdę tylko panu słowo. [45:05.33 → 45:14.99] A: Ja tylko powiem, że jak pan Piotr skończy, jeśli państwo by mieli jakieś pytania i komentarze, to będzie można do nas dołączyć. Więc jeśli coś wam krąży po głowie, to już można to tak sobie zbierać. [45:15.17 → 46:53.50] B: To jest moment na dyktoryjkę, skoro o sporcie. Tego nie ma w filmie, dlatego chcę to opowiedzieć. Był taki moment podczas sesji, pod koniec już, kiedy tak naprawdę główną pracę wykonywali właśnie Greg Fillingain z tam inżynierowie i tak dalej, i tak dalej. Muzycy mieli wolne. Tam chyba jeden, ktoś coś tam dogrywał, jakieś dogrywki robił. Greg Fillingace, który jest ogromnym fanem koszyków, KNBA, też miał drugą część dnia wolną i postanowił pójść sobie na mecz Lakersów, bo jako gigant branżowy miał miejsce w pierwszym rzędzie. My w hotelu trochę zbijając bąki, Stwierdziliśmy, że też sobie zobaczymy mecz NBA, na którym jest gra Killing Games. I w którymś momencie, kiedy realizator pokazał publiczność, to zobaczyliśmy taki naprawdę surrealistyczny widok. To był Stępień czy Kominek? Kto to był? Piotruś Kominek. Jeden z naszych muzyków, Piotr Kominek. Zobaczyliśmy mianowicie pierwszy rząd na meczu Lakersów, gdzie siedzieli Jack Nicholson, Greg Feeling Gaines i Piotr Kominek, klawiszowiec budki suflera, którego Greg Feeling Gaines, bo się jakoś zgadali, że jest fanem koszyków i zabrał na ten mecz. I naprawdę trudno było to opisać, ten widok, bo wyglądało, albo zasnęliśmy i nie możemy się obudzić, albo to jest dla mnie też symbol tamtego wyjazdu, takie rzeczy, których Nie ma po prostu, one się nie wydarzają, nie mogą się wydarzyć. No to ten Tercet, Nicholson, Fillingen, Skominek to było coś. [46:53.80 → 47:24.99] A: Nagle świat się skurczył i wszyscy są w tym samym miejscu. Niesamowite. Czy ktoś z Państwa chciałby o coś zapytać albo podzielić się jakimiś swoimi przemyśleniami? Zapraszamy Was. To proszę poczekać tylko na mikrofon. Już nasza wspaniała pani idzie. Tutaj do pierwszego rzędu panią zapraszam. Pani w białej wspaniałej kurtce, która mogłaby iść mniej na koncert rockowy. Proszę bardzo. [47:26.69 → 47:40.59] D: Ja mam takie pytanie. Czy jadąc do tego studia nagraniowego, wiedzieliście panowie, kto będzie muzykiem sesyjnym? Czy znaliście nazwiska? Czy to było dla was wielkie zaskoczenie? [47:42.42 → 49:22.07] C: Nie, nie, to wszystko wiedzieliśmy jak już jechaliśmy. Jeszcze powiedzmy miesiąc, trzy tygodnie przed wyjazdem te rzeczy były troszeczkę ruchome. No bo to jest czas, to jest dyspozycyjność, to są konkretne daty. Wszyscy nasi goście byli aktywnie działającymi artystami na rynku. Natomiast już jak lecieliśmy dzień, dwa przed wylotem, wiedzieliśmy kto, co i te rzeczy już były nam wiadome. Także to, że na gitarze miał zagrać Steve Lukather, Marcos Miller na basie i tak dalej, że Greg zgodził się być producentem. zajmować w razie potrzeby dogrywkami kibordowymi, Sheila E. i tak dalej, te postacie. I bardzo też ważna postać Steve'a Chachiarda, który był głównym inżynierem. To ludziom, którzy się interesują produkcjami, czy w ogóle śledzą nagrania, zwłaszcza dużych rockowych czy metalowych kapel, tam typu Black Sabbath i pochodne, to jest jeden z takich guru od realizacji dźwięku. To wszystko wiedzieliśmy. To już było ustalone. [49:22.95 → 51:12.55] D: Ja podziwiałam Panów od samego początku, od tego momentu, nawet jak w Domu Kultury w Milejowie zaczynaliście, czy mieliście próby przez jakiś czas, Nie wiem, czy dobrze pamiętam to. I zawsze Budka Suflera była dla mnie chyba najwspanialszym zespołem, jaki znałam w Polsce. Bardzo was cenię. I w sumie trochę nie rozumiem, dlaczego obawialiście się tej konfrontacji. Bo przecież wasz warsztat jest wspaniały. i nie potrzebowaliście chyba, to co stworzyliście jeszcze przed tym wyjazdem udowodniło, że jesteście naprawdę genialni w tym, co robicie. Natomiast kiedy spotkaliście się już na przykład z tym Marcusem Millerem, który wiadomo, ja przede wszystkim go znałam z jakichś jazzowych jego wystąpień, I tutaj na tym filmie to doznałam szoku, bo nie wiedziałam, że nagrywaliście właśnie z nim nigdy. To jakie uczucia wam, wielkim gwiazdom w Polsce, towarzyszyły przy tym spotkaniu? Czy rzeczywiście mieliście jakiś lęk, strach? Czy byliście w stanie po prostu jak równy z równym? Czy jednak czuliście, że jesteście z Polski? gdzie my ciągle zawsze mamy jakieś kompleksy, gdzie w sumie warsztat mamy fantastycznych muzyków, którzy tworzyli w tym czasie, kiedy panowie tworzyliście. [51:14.39 → 53:32.95] C: Szanowni Państwo, wyjazd nie miał charakteru konfrontacyjnego. Myśmy nie jechali po to, żeby się z kimkolwiek konfrontować, wyścigować, mierzyć na jakimś w wyimaginowanym ringu czy innej udeptanej ziemi. To nie ta dyscyplina. Myśmy pojechali, bo po pierwsze bezdyskusyjną rzeczą jest to, co już powiedziałem, że to jest wiodący rynek. I powiem państwu jedną rzecz, którą wydaje mi się powinienem powiedzieć, odpowiadając na pani pytanie. Myśmy się dowiedzieli o muzyce i o sobie i o naszym polskim rynku i kraju i wszystkim jednej bardzo ważnej rzeczy. Uświadomiliśmy sobie, że tam, gdzie my pracując, na ile nam talentu starczy i siły na przykład produkcją piosenki, nad jakością nagrania, aranżu i wszystko, pracując nad tą piosenką. W momencie, kiedy my mówimy, no, mamy to, wspaniale, to Amerykanie zabierają się do pracy. I to jest ta dyskretna różnica, która właściwie komentuje wszystko inne. Nie potrafię tego inaczej skomentować. Tam, gdzie my jesteśmy już zachwyceni sobą, jacy jesteśmy genialni, to oni zaczynają pracę, zaczynają kombinować, radzić, pracować, jak z tego momentu, na ile można do góry pojechać. I to jest cała tajemnica tych dwóch rynków podejścia do pracy, do wartości, do sztuki, potem do różnych wyników i tych sprzedażowych, i tych uznaniowych. [53:34.63 → 53:35.01] A: Dziękuję. [53:35.19 → 53:37.89] D: No to jest technologia, gdzie my mieliśmy... [53:37.89 → 53:40.33] C: Nie, nie, nie. To są ludzkie charaktery. [53:40.37 → 53:41.07] D: Ludzkie charaktery. [53:41.09 → 54:28.58] C: To jest to, co powiedziałem, jest o nas. Technologia nie ma nic do rzeczy. Nic. Ani pieniądze. Nie. To jest o tym, co w nas jest. jak my patrzymy na to, co robimy, nie ważne, czy pracujemy fizycznie na budowie, czy piszemy wiersze, do czegoś dążymy. To tu, gdzie my wpadamy w zachwyt nad swoim dziełem, co byśmy nie robili, to tam, na tamtym rynku, dopiero się zastanawiali, co z tym dalej zrobić. I to wszystko. Tu technologia ani pieniądze nie mają nic do rzeczy. [54:29.42 → 54:31.70] D: Dziękuję bardzo. [54:33.97 → 54:43.69] A: Czy to by była rzecz, którą chciałby Pan stamtąd przywieźć dla polskiego świata muzyki? Wykreślenie tego sformułowania, już to mamy, czy może być? [54:44.93 → 54:49.61] C: Nie, to była odpowiedź na mądre i rzeczowe Panie pytanie. [54:49.87 → 55:01.63] A: Tak, a ja też dodaję swoje właśnie. Czy to by było coś, co by mogło być pamiątką do przywiezienia z tamtej sesji? Tutaj, dla naszej branży muzycznej i w ogóle chyba dla Polaków, bo to tak trochę brzmi szerzej. [55:01.65 → 59:30.86] C: Ależ oczywiście. Szanowni Państwo, pewnie już tego nie doświadczę, bo nie mam 18 lat, tylko trochę więcej. Natomiast to... Tak, zgodziłbym się z panią, to jest coś arcyważnego. To jest właśnie najważniejsza rzecz, której się nie da kupić. to myśmy tego tam nie kupili. Ja rozmawiałem o tym, parę rozmów się toczyło i z Romkiem, i z Krzyśkiem, i z młodszymi kolegami, którzy nam towarzyszyli, i z Piotrem, z którym uwielbiam rozmawiać, i też się dowiedziałem paru mądrych rzeczy od niego. Najcenniejszą rzecz, jaką właśnie stamtąd przywieźliśmy, Nawet dolara za to nie zapłaciliśmy. To jest właśnie to, zobaczyliśmy, na czym polega ta różnica. Nie na tym, co można kupić, nie na technologiach, na niczym innym. W studio właściwie, jak my wyjechaliśmy, to technologicznie nie było różnic. magnetofony analogowe Studera, to u nas nawet z APRL-u w każdym radio. Mikrofony, kable, preampy. Śmieszną sytuację, kurczę, daję Państwu powiem, jak przyszło do zgrywania materiał, wszyscy już zagrali, zaśpiewali, zatańczyli, zrobili co tam należało, to co się daje zarejestrować następuje na końcu i to jest, tu się jeszcze wszystko da popsuć. albo genialnie opracować, jest zgranie tego materiału, gitarka, basik, wokal, bębenek, to wszystko na tych ścieżkach ustawiamy, ubieramy w piękne ubranka, czyli efekty audio i miksujemy i powstaje utwór, gdzie wokal brzmi tak, organy Hammonda, chórki, wszystko jest tak jak należy. Tak jak reżyser w filmie dokonuje montażu, to tu jest coś takiego, tylko w trybie audio. I no dobra, to właśnie my powinniśmy, zresztą wtedy zwykle realizator wyrzuca ze studia wszystkich muzyków, bo tylko łeb zawracają swoimi radami, pragnieniami, ten co, żeby to było głośniej, tamten, żeby to było głośniej, utrapienie. Więc poszli w on wszyscy. I zostaje tylko inżynier, który jest od odsłuchania rozkazów producenta i tam w tym przypadku Fillingens, który, który ma wizję, jak to ma być. I na końcu, jak napisą towarzyszy utwór tam Briefing You albo czy, czy, czy ten drugi, to On wykreował tak, jak to tam państwo usłyszeliście. I zanim zdążą nam wszystkich wywalić, no to tak patrzymy, co oni tam przynoszą. Jakieś zabawki archaiczne z gałkami, z ebonitu w ogóle. Jakieś takie zabytkowe urządzenia. I tak się dopytujemy, no co przychodzą na świat. Każdy z nas się tym interesuje. No dobra, panowie, ale po co wy ten skansen tu gdzieś z piwnicy przytargaliście? On mówi, no jak to, po co on nic lepszego ludzkość nie wymyśliła? No a te wszystkie, marketing. To było dla nas też duże przeżycie, no bo to taki był dokument na to, że te różnice to są tylko niestety w nas, w sercach, w głowie, w talencie, w woli tworzenia i pracowitości. A niestety, jak nam się nie chce, to żaden majątek tego nie załatwi za nas. [59:33.22 → 59:38.28] A: Padają te słowa, myślę, do serc. Tutaj mamy kolejne pytanie, jeśli mogę prosić mikrofon. [59:42.61 → 01:00:32.78] C: Kciutko, dlaczego pana Romualda Lipko jest tak mało na nagraniu, na filmie? Wie pan, ten film był, nie potrafię panu na to odpowiedzieć, bo, bo to podobnie jak parę innych rzeczy również dla niego w tym nie miało znaczenia. Chcieliśmy pokazać, To nie był film, który kogokolwiek z nas promował, lansował, bo zwłaszcza my trzej byliśmy już odrobinkę znani wcześniej. Po prostu nie potrafię panu na to odpowiedzieć, bo to jest pytanie dla mnie zaskakujące. [01:00:36.78 → 01:01:44.24] B: Ja myślę, Tomek, że możemy spokojnie powiedzieć, że ten film nie miał scenariusza, nie miał planu. Tak naprawdę został zmontowany z tego, co było w wersji godzinnej, a materiału jest więcej, grubo, grubo później. Naszym jedynym celem wtedy była dokumentacja tego, co tam się zdarzało, a nic poza tym. Najprostszym odpowiedziem jest to, bo tak się złożyło, przypadkowo. I jest jeszcze jedna możliwość, że człowiek, który montował ten, miał trochę inny pomysł na montaż i akurat Romka mniej tam uwzględnił, bo śpiewający Krzysiek jest dramaturgicznie bardziej ciekawy. No wygłupiam się, ale trochę to tak wygląda, prawda? Nic się za tym nie kryje, oprócz tego, że to nie był film, który powstawał, tak jak mówię, według scenariusza. To były tylko nakręcone godziny materiału dokumentalnego, z którego potem Spróbowano z dobrym skutkiem chyba zrobić jakąś taką godzinę, którą się szybko ogląda. Zdaje się, że ten film się dość szybko ogląda, tak wszyscy mówią. [01:01:44.78 → 01:02:01.47] A: Bardzo jest dynamiczny i taki wciągający, więc to się w montażu na pewno przeniosło. Drodzy Państwo, czy jeszcze ktoś chciałby o coś zapytać? Ja mam pytanie. Nie kuściło, żeby tego było więcej? Żeby tam jeszcze pojechać kiedyś i jeszcze coś nagrać? [01:02:05.88 → 01:04:50.64] C: Ja odpowiem tak. Gdybyśmy to zrobili, to nie mógłbym powiedzieć właściwie nic, co powiedziałem dzisiaj do pani, do państwa. Bo gdybyśmy to zaczęli konsumować z perspektywy komercyjnej, jakichkolwiek innych powodów, to opowiadanie o wielu rzeczach, które były prawdziwe, troszeczkę by zblakło, stało się niewiarygodne. Nigdy nie próbowałem, nawet nam do głowy nie przyszło, bo ponowny wyjazd do Stanów do studia musiałby być zabiegiem planowanym, komercyjnym, powiedzmy na przykład wejścia na rynek amerykański. Na to, to po pierwsze, troszeczkę byliśmy już wtedy za starzy i no hola hola, to jest jednak rynek amerykański i kariera w Polsce jest zupełnie czym innym niż globalna kariera światowa. Bo o tym rozmawiamy. A ponieważ... Natomiast uczynię jeszcze jedną uwagę. Uświadomili nam nasi wspaniali gospodarze, którzy nas polubili z wzajemnością i rozmawiali z nami w sposób otwarty, że to wszystko byłoby możliwe 20-30 lat wcześniej. Jak najbardziej. Jak Piotr opowiadał o pierwszym dniu, Dach i Bobby Colombo, który przyszedł, i zespół Blood, Sweat Tears, Pamiętam doskonale, jako bardzo młody człowiek, moment, w którym publiczność i polska publiczność żyła takim wątkiem, kiedy po Davidzie Claytonie Thomasie w zespole Blood, Sweat and Tears miał śpiewać Czesław Niemen. ale to było dawno, dawno temu. I tak naprawdę muzyk tego zespołu, Bobby Columbi, no opowiedział nam, no mieliśmy niezwykłą okazję zapytać, no stary, jak to było naprawdę? Prawda, Piotrze? No to żebym niczego nie przekręcił, bo ty masz umysł szczegółowy. [01:04:50.70 → 01:06:40.45] B: Muszę tutaj trochę inną przypowieść, zacząć inną przypowieścią, to łatwiej będzie nam zrozumieć, to Czesław Niemen był, jak wiemy, bardzo mocną i bardzo specyficzną indywidualnością. Kiedy grał, w okresie, kiedy współpracował z muzykami SBB na Olimpiadzie w Monachium, zobaczył go szef amerykańskiego CBS-u, który zaprosił go na nagranie płyty do Stanów. Rozprowadzającym, jeżeli mogę użyć tego słowa, był Michał Urbania, który już wtedy z Urszulą Dudziak mieszkał w Nowym Jorku. wysłali po niego limuzynę na Kennedy'ego, przyjechali do biura i Urbaniak wspomina, że, ponieważ tłumaczył, że pan Aronowicz zapytał Czesława Niemena, panie Czesławie, każdy z naszych artystów jest do pana dyspozycji do nagrania płyty. Kogo pan chce? Mahavishnu Orkiestra, Stevie Wonder? Urbaniak przetłumaczył, a Niemen popatrzył i powiedział, a po co? On zmusił Amerykanów, którzy się bardzo przed tym bronili, do tego, żeby na płycie, na debiucie jego amerykańskim, był utwór na całą stronę, który został nagrany w absolutnie fenomenalnej wersji z chórem nowojorskim i nazywał się Bema Pamięci Rapsodżałobny i zajmował całą stronę płyty, 20 minut. Co oczywiście komercyjnie było, artystycznie było pomysłem genialnym, ale komercyjnie było trochę słabszym. Samobójstwem. Czesław Niemian nie chciał być polskim Jamesem Brownem z Europy, który śpiewałby 3,5 minutowe piosenki. On miał własną wizję. Chwała mu za to, że był taki, jaki był. I to jest powód, dla którego oferta, która się wydaje być ofertą życia i marzeniem, dla niego wcale taka nie była. Zupełnie nie była. [01:06:40.69 → 01:06:40.87] C: Oczywiście. [01:06:41.43 → 01:07:40.33] B: Bo on wolał sobie smażyć jajecznicę, jak to mówią w branży, na tych swoich klawiszach, które miał jako jedyny wtedy w Polsce. I co by nie mówić, droga, którą przeszedł Niemen jest drogą fantastyczną. Od jego początków, od kilku rewolucji tej w Opolu, z dziwnym, z dziwny jest ten świat, aż po, no nie wiem, rzadko się o tym mówi. Proszę Państwa, zasługi Niemena dla popularyzacji wśród polskiej młodzieży poezji, Norwida i tak dalej, i tak dalej, paru pokoleń, to jest w ogóle jakaś rzecz niepoliczalna. To jest, to jest nieprawdopodobne. Ja sam pamiętam w moim krakowskim liceum numer jeden, jak pani od polskiego przyszła z płytą Niemena pod pachą. Oczywiście ku naszej ucieszy i tak dalej. I to było do pomnożenia przez półtora tysiąca szkół w Polsce i tak dalej, i tak dalej. I to jest coś, co po nim zostaje, a niekoniecznie to, że zastąpił kogoś w jakimś bardzo znanym zespole. [01:07:40.85 → 01:07:43.31] A: I na grupę hitów. [01:07:43.57 → 01:08:00.93] C: Myśmy doświadczyli naprawdę dobrociz od tego człowieka, pomocy, szczerości i wszystkiego, co wspaniałe. co zawsze to podkreślaliśmy i to w ogóle bez dyskusji. [01:08:00.93 → 01:08:04.25] B: To opowiedz historię, bo ona jest tutaj fajnym kontrapunktem. [01:08:05.29 → 01:11:47.69] C: Jak zupełnie zaczynaliśmy, Czesław Niemen był już wielką gwiazdą. Jak nagrywaliśmy w Warszawie pierwszą płytę, Cień Wielkiej Góry, to on z pozycji wielkiej gwiazdy na płycie początkującego zespołu z Lublina, Wziął w niej udział, zagrał. Myśmy byli, no nie mieliśmy wielu rzeczy, bo nie mieliśmy do tego podejścia, nie było nas na to stać i w ogóle nie było o czym rozmawiać. To o czym mówię miało miejsce w 74 roku ubiegłego stulecia. Pożyczył nam instrumenty. Osobiście targał na dół do studia organy Hammonda, głośniki Lesi, Minimoog. A myśmy takie instrumenty i takie rzeczy znali z telewizji, radia i prasy. Nie mieliśmy w ogóle podejścia do tego. I zagrał tam z nami, na tej płycie. I to nic nie kosztowało. Życzył nam jak najlepiej. I był dzień, dwa, trzy przychodził na sesję. I jeszcze wydarzyła się to najmniej znana rzecz, niezwykła. Na suicie Szalony Koń, no on gra wstępno, to właściwie to jest jego improwizowana część, autorsko wręcz. nigdy nawet słowem się na ten temat nie odezwał, po czym jest w środku suity bardzo konkretna, dosyć trudna do zagrania partia na keyboardzie, na instrumencie klawiszowym. Więc on na minimum próbował to grać, ale doszedł do wniosku, że to jest zły pomysł Mówi do Marka Stefankiewicza, muzyka wódki naszego kolegi. Wiesz co, Marek, ty jesteś wyedukowany, sprawny, poważny pianista. Weź zagraj to. To będzie dużo lepsze niż ja będę się tego uczył. Bo ja tego tak dobrze nie zagram. To wszystko były rzeczy dla nas niepojęte. To wszystko, co Piotr powiedział wcześniej, to ja mogę tylko powiedzieć. Dlatego ośmielam się mówić, że doznaliśmy od tego człowieka wiele dobra. Ja nie wiem, jakie byłyby losy płyty Cień Wielkiej Góry. Pewnie inne. Nie wiem, nie mam pojęcia jakie, bez tego drobnego udziału. Przecież dzisiaj za udział na nagraniu tego typu gwiazdy to nie tylko w Polsce, ale w świecie płaci się bardzo duże pieniądze. No tak ten rynek jest skonstruowany i akurat jest normalny, nie ma w tym nic złego, to tak jak płaci się za to, żeby powiedział, że te chipsy są fajne Robert Lewandowski czy ktokolwiek inny. Tak się kręci maszyna promocyjna reklamowa. Tam przyszedł do studia do nas debiutantów wielki, największy gigant, jaki był na rynku muzycznym i dał nam wszystko, co było potrzebne i uśmiechnął się do nas i powodzenia życzył. Nie mam nic do dodania. [01:11:49.53 → 01:11:57.77] A: Piękna historia, bardzo dziękujemy. Takiego wsparcia chyba też już dzisiaj. [01:11:58.43 → 01:11:59.13] C: Za wiele nie ma. [01:11:59.39 → 01:12:42.75] A: To jest też coś, co nie chcę, żeby to tak ponuro zabrzmiało. Drodzy Państwo, czy ktoś ma jeszcze jakieś pytanie, żeby to jeszcze uwspólnotowić? Nie, ma Pan rację, wie Pan, ja się z Panem tutaj zgadzam. Wielkie brawa dla naszych gości zatem i bardzo Wam dziękujemy. Ja wam dziękuję, że na to wpadliście i że tam pojechaliście i że to zrobiliście, bo to jest naprawdę taka historia, którą już nią zdążyłam opowiedzieć pięciu osobom. Nikt z moich znajomych o tym nigdy nie słyszał, ale wszyscy mówią, wow, takie rzeczy się działy? Więc jest to coś takiego naprawdę wspaniałego. Dziękuję wam bardzo jeszcze raz. Pan Piotr jeszcze się wyrywa do mikrofonu. [01:12:42.85 → 01:12:45.45] B: Chciałem powiedzieć, że właśnie dlatego dobrze, że ten film powstał. [01:12:45.73 → 01:12:51.47] A: Tak, bardzo dobrze. Dziękujemy wam za to spotkanie i do zobaczenia następnym razem. Dziękuję.
Kino lubelskie „Budka in the Village” / Tomasz Zeliszewski i Piotr Metz
„Budka in the Village”. Film ten jest pięćdziesięciokilku minutowym dokumentem opisującym niezwykłą sesję nagraniową, która miała miejsce w Los Angeles w 2004 roku. Gwiazdy takie jak Steve Lukather, Sheila E. czy Marcus Miller to tylko niektórzy z bohaterów tego dokumentu. Film stanowi wyreżyserowaną całość. Wszystkie anglojęzyczne dialogi są przetłumaczone na język polski.
Przez 12 niezwykłych dni Zespół nagrał dwa utwory skomponowane przez Romualda Lipko i Krzysztofa Cugowskiego z angielskimi tekstami popularnego na całym świecie pisarza Jonathana Carolla. Narratorem filmu jest Piotr Metz.
Po projekcji spotkanie z perkusistą, menagerem i aktualnym liderem Budki Suflera Tomaszem Zeliszewskim oraz z dziennikarzem muzycznym Piotrem Metzem.
Prowadzenie: Kaja Klimek