Tryb wiązania: soft

Pokazujemy wszystkie trafienia.

[pokaż transkrypt] [ukryj transkrypt]
[00:02.39 → 03:47.71] A: Jak miło, to znaczy stosowniej byłoby powiedzieć dobry wieczór państwu, ale nie mogłam się powstrzymać. Jak miło państwa widzieć. Dobry wieczór paniom, dobry wieczór panom. Bardzo pięknie witam państwa na pierwszej w nowym sezonie bitwie o literaturę w Teatrze Starym w Lublinie. Cieszę się, że Państwo przyszli. Cieszę się też ze swojej tu obecności. Cieszę się po prostu, że jest nas trochę, tych, którzy chcemy, żeby im ktoś wytłumaczył świat. Nie wiem, jakie są wszystkie powody, dla których decydują się Państwo spędzać wtorkowe wieczory w Teatrze Starym, ale podejrzewam, że jednym z nich jest właśnie to, że jest to spotkanie z kimś, to tłumaczy swój kawałek świata. Łatwo się jest pogubić w nadmiarze tego wszystkiego, co dookoła nas. Nawet jeśli media próbują nam tę wiedzę jakoś systematyzować, choć może czasem lepiej, żeby tego nie robiły. Łatwo jest się pogubić i dlatego zawsze jest dobrze spotkać na swojej drodze kogoś, kto pokaże kierunek, zada pytanie, z którym zostaniemy, wytłumaczy coś, co od tej pory będzie nam nieco bliższe, co będzie cząstką także naszego doświadczenia. Kiedy dziś rano po raz kolejny przeglądałam książkę, księgę, zawahałam się, bo to nie książka, to księga, która będzie głównym pretekstem naszego dzisiejszego spotkania, przypomniałam sobie o pewnym artykule sprzed dziesięciu lat. że miałam wtedy chomikarskie zapędy, znalazłam artykuł z Gazety Wyborczej z 2005 roku. Pani też? Mówimy o Kapuścińskim? Proszę. Obie chciałyśmy widocznie przypomnieć sobie, jaką rolę w dzisiejszym świecie odgrywa tłumacz. W 2005 roku w Polsce odbył się pierwszy światowy zjazd tłumaczy. Pierwszy, proszę Państwa, 10 lat temu, to była ledwie dekada, Kapuściński został wtedy poproszony o wygłoszenie opowieści na temat roli tłumacza w świecie. I to on wyprorokował to, czego właściwie świadkami zaczynamy powoli być. Mianowicie powiedział, że tłumacz jest najważniejszą osobą XXI wieku. Że oto stanie się najważniejszą osobą XXI wieku, bo bez kogoś, kto nam przetłumaczy kawałek świata innego, trudno nam będzie egzystować w dzisiejszym świecie. Tłumacz to ktoś, kto nie przekłada słowo na słowo. To ktoś, kto przekłada kulturę na kulturę. Ale tłumacz, co podkreśla Kapuściński, co jest przecież tak bardzo dla nas już w tej chwili oczywiste, tłumacz to ktoś, kto tłumaczy nam świat tego innego. A inaczej funkcjonować się nie da. Biorąc pod uwagę, że od niedawna też, a urowym święto to mieliśmy w minionym tygodniu, obchodzony jest Dzień Tłumacza, no to sami Państwo rozumieją, że nie brakuje powodów, a to naprawdę nie jedyne, dla których tłumaczka właśnie jest pierwszą bohaterką bitwy o literaturę, bitwę, od której rozpoczynamy sezon. Bogusława Sochańska, zapraszam.
[03:53.33 → 03:57.17] B: Dzień dobry Państwu.
[03:58.90 → 05:51.97] A: To jest podstawowy pretekst do naszego dzisiejszego spotkania, choć ufam, że sięgać będziemy też przynajmniej w opowieści do baśni, które Bogusława Sochańska także przetłumaczyła. Bogusława Sochańska, tłumaczka, laureatka Duńskiej Nagrody dla Tłumaczy Literatury za Całokształt Twórczości, to jest nagroda z ubiegłego roku, laureatka także Duńskiej Nagrody Hansa Christiana Andersena, Bogusława Sochańska, dyrektor Duńskiego Instytutu Kultury. Bogusława Sochańska, nasz dzisiejszy gość. Biografia Hansa Christiana Andersena, właściwie jego dzienniki zostały też nominowane do Nagrody Literackiej Gdynia. Uroczystość wręczenia nagród odbyła się we wrześniu, sama nominacja to ogromne wyróżnienie, ale też przypomnijmy, że ta nagroda dla autora przekładu obowiązuje, została wprowadzona jako kategoria dopiero od ubiegłego roku, co potwierdzałoby też słowa Kapuścińskiego, który mówił, przypominał, że jeszcze kilka dekad temu nazwisko tłumacza nawet nie funkcjonowało czasem na stronach tytułowych, w ogóle nie trudno go było znaleźć w książce, nie zwracano po prostu zupełnie na to uwagi. To jaki jest obraz danej kultury i osoby, w tym wypadku to ważniejsze w naszej kulturze, zawdzięczamy tłumaczowi, wyłącznie tak naprawdę tłumaczowi. I albo postać wielka ma szczęście, albo niekoniecznie. Zaczynamy od stwierdzenia, że Hans Christian Andersen miał mnóstwo szczęścia, trafiając na Bogusławę Sochańską.
[05:52.57 → 05:53.79] B: Jak mi miło, dziękuję.
[05:55.00 → 06:26.06] A: W związku z tym chciałabym zapytać Panią na początek o Panią, bo skoro mamy taki a nie inny obraz Andersena od czasu ukazania się jego dzienników i jego baśni 9 lat temu, dobrze żebyśmy wiedzieli kim jest i co myśli o świecie, a przede wszystkim o literaturze osoba, która postanowiła nam tę kulturę i tę osobę przybliżyć. Czym jest literatura dla Bogusławy Sochańskiej? Czym jest słowo?
[06:27.86 → 08:05.77] B: Ojej, to jest pytanie, które właściwie ma mnóstwo odpowiedzi, bo nie ma jednej odpowiedzi. Literatura, myślę, dla każdego z nas jest takim swoistym zwierciadłem. Trochę się przeglądamy w tym, co czytamy. W tym świecie, o którym opowiadamy, konfrontujemy nasz własny świat wewnętrzny i nie tylko ze światem wewnętrznym autora, bohaterów, z historią. Szukamy magii, szukamy wsparcia, szukamy wiedzy, szukamy informacji, szukamy przeżyć. Więc w różnych momentach życia, myślę, ta literatura pełni różne funkcje i jest dla nas czymś bardzo ważnym, co zawsze dobrze mieć blisko siebie gdzieś. Dobrze jest czytać literaturę, nawet jeśli jesteśmy zabiegani, zmęczeni. Teraz to już ja wypracowałam taki bardzo dobry patent. Czytam w tramwajach, czytam w autobusach i nagle się okazuje, godzinę dziennie, jak wcześniej nagle czytam dwie i pół godziny dziennie, bo te wszystkie minuty pozbierane razem dają tego czasu znacznie więcej. Oczywiście to jest czytanie niekomfortowe, ale mimo wszystko. No i ważne jest Też to stwarzanie takiego intymnego, wspólnego świata z dziećmi, którym też powinniśmy czytać i czytamy dzisiaj znacznie więcej niż, czy powszechniej powiedzmy niż dawniej. Bo dla dzieci to jest też punkt odniesienia literatura i to jest też takie swoiste zwierciadło, w którym one się przeglądają.
[08:06.11 → 08:16.97] A: Zwierciadło, ale też świadectwo mogłaby pani powiedzieć? Świadectwo i życia i czasów. W literaturze pani pokłada nadzieję. że tym świadectwem będzie?
[08:17.71 → 09:36.94] B: Myślę, że tak dotąd było w każdym razie i myślę, że tak jednak również będzie. Czasy się zmieniają, literatura się zmienia, zmieniają się również gusta, zmienia się język, zmienia się język literatury. To wszystko jakoś ewoluuje i cały czas obcujemy i z nowymi formami, i z nowym sposobem myślenia o literaturze, i z nowymi funkcjami literatury również, bo dzisiaj przecież literatura pełni też funkcje terapeutyczne, np. psychologowie się posługują literaturą. psychoterapeuci. Więc ten obszar jest ogromny i myślę, że te wszystkie troski o to, że mało ludzi czyta, że książkę wypiera internet. Ja nie jestem taką pesymistką. Mnie się wydaje, że wszystko trochę faluje. Internet jest nowy, te multimedia, to wszystko jest czymś nowym, czym jesteśmy zachłyśnięci, ale ta nisza na literaturę sądzę, że pozostanie. I proszę państwa, nigdy przecież tak nie było, że wszyscy czytali. Nie, czyta pewien procent każdej społeczności. Gdzieś większy, gdzie indziej mniejszy. I trudno, tak zawsze było, więc nie łódźmy się i nie budujmy takich mitów, że ach, dawniej to wszyscy czytali, a dzisiaj to nikt nie czyta. To nie jest prawda.
[09:37.34 → 10:22.51] A: Chociaż mam wrażenie, a przyznaję się do ignorancji, nie wiedziałam tego aż tak bardzo, zanim nie sięgnęłam do dzienników Andersena, Choć w takiej Danii na przykład, to wtedy chyba czytali naprawdę wszyscy. Ale zaraz do tego dojdziemy, bo myślę, że obraz społeczeństwa duńskiego, jaki możemy poznać z dzienników Andersena, jest jednym z bardziej fascynujących powodów, dla których warto sięgnąć po tę książkę. Powiedziała Pani, użyła Pani takiego określenia, literatura dzisiaj ma funkcję, może mieć funkcję także terapeutyczną. Czy przypadkiem, czy to nie był podstawowy powód, jakie były powody, dla których Andersen pisał dzienniki?
[10:25.81 → 16:55.45] B: Tak, bardzo możliwe. Tego nie wiemy oczywiście. Bardzo możliwe, ale jest też jeszcze taki drobiazg, o którym powinniśmy pamiętać. Ja na przykład doskonale pamiętam jeszcze z mojej młodości, że pamiętniki, wtedy to się nazywało pamiętniki, się pisało. Po prostu się pisało w młodości. Większość osób z mojego pokolenia przez jakiś przynajmniej okres pisała jakieś pamiętniki. To są takie właśnie dzienniki. To jest taka rozmowa ze samym sobą. To jest rozważanie. To jest teatr jednego aktora i ten aktor jest również widzem. Ja sądzę, że Andersen miał, że pozostało w nim to jako nawyk, dlatego że on po prostu tak miał. On po prostu musiał pisać bez przerwy. I ten dziennik znakomicie o tym świadczy, bo w tym okresie życia, kiedy już Weena nie dopisywała tak bardzo jak wcześniej, to zapisków w dzienniku jest znacznie więcej i one są znacznie dłuższe niż wcześniej, w innych poprzednich latach. To świadczy o tym, że po prostu miał potrzeby pisania. I nie było jego intencją zanotowanie dla potomnych obrazu świata, który oglądał, czy jakiegoś jego wewnętrznego świata. Wystarczy przeczytać, tam jest mnóstwo dowodów na to, że to są dzienniki pisane w sytuacji intymnej i pisane dla siebie, nie z myślą o czytelniku. To naprawdę pojawiają się w późniejszych latach, kiedy już był wielką sławą międzynarodową, wcześniej był międzynarodową sławą, ale w końcu pod koniec życia był już po prostu gigantem w świecie kultury ówczesnej, w skali światowej w ogóle, no to momentami miał taki odruch obronny, ojej, a jeśli ktoś to przeczyta i nawet takie zdanie jest, jeśli kiedyś będą czytali moje dzienniki, to zdziwią się, dlaczego tak dużo piszę o obiadach. Bo rzeczywiście dużo piszę o obiadach. O tym też można by od razu opowiedzieć. Nie chcę w tę uliczkę wchodzić, żebyśmy nie zgubiły głównego wątku. Może jednak, chociaż dwa zdania. Te obiady były takim... Instytucja obiadu była ośrodkiem życia kulturalnego i społecznego. Przynajmniej w tym świecie mieszczańsko-arystokratycznej Danii, ale i chłopskiej też, bo też są na to dowody. Myślę, że u nas było podobnie i wszędzie w Europie. że było podobnie, tylko że jakoś zapomnieliśmy o tym. Mianowicie spotykano się na tych obiadach w zwykłe powszednie dni, na obiadach proszonych. Oczywiście artyści byli zapraszani, to jasne, bo oni byli celebrytami wtedy, tak jak dzisiaj mamy celebrytów. Andersen był szczególnym celebrytą rzeczywiście ze względu na swoją sławę wielką. był pożądanym gościem przy stole, ale to nie tylko o to chodziło. Miał też bardzo wielu przyjaciół, wiele zaprzyjaźnionych rodzin, przyjaciół i przyjaciółek i oni po prostu chcieli go mieć przy sobie, więc niemal każdy dzień tygodnia jadał obiad poza domem, bardzo rzadko w jakiejś restauracji. swojej kuchni nie prowadził, wynajmował tylko pokoje w mieszkaniach takich większych. Taka była tam norma wówczas, że osoby samotne albo małżeństwa bez dzieci starsze na przykład lub dwie siostry czy dwaj bracia i młodzi jeszcze zanim założyli rodziny i już starsi, kiedy już nie mieli rodzin. wynajmowali w takich wielkich, mieszczańskich mieszkaniach, które liczyły po siedem, po osiem, po dziewięć pokoi, takie do dzisiaj są w Kopenhadze, wynajmowali na przykład trzy pokoje. I tym sposobem w jednym mieszkaniu zdarzało się, że mieszkały trzy różne obce sobie osoby, a właścicielka mieszkania miała służącą i ta służąca obsługiwała, że tak powiem, również tych wynajmujących te mieszkania, więc przynosiła kawę na zamówienie czy herbatę, czasem nawet śniadanie. za co oni dodatkowo oczywiście płacili. Więc taki tryb życia prowadził Andersen. I on tylko tę kawę pijał rano albo biegał do Związku Studentów, żeby tam ją wypić i przeczytać poranną gazetę, a już dzisiejszym językiem mówiąc lunch, czyli podobiadek, a tak naprawdę to było właściwe śniadanie. W południe jadał już przy stole u którejś z zaprzyjaźnionych rodzin. No i podobnie wieczorem obiad. po tych obiadach wieczornych, ale na dworach arystokratycznych, gdzie spędzał często lata, to znaczy letnie tygodnie, letnie miesiące całe. Tam się to zdarzało również po tym posiłku południowym, mianowicie po posiłku odbywało się czytanie na głos. I ja Ponieważ to jest wybór z dziesięciu tomów, to jest około dwudziestu pięciu procent. Tak, około jednej czwartej całości tych dzienników. Ja wybierałam wszystkie te miejsca, gdzie, albo prawie wszystkie w tym przypadku, gdzie on notuje, że czytał baśnie i wymienia tytuły, które czytał. Bo wydawało mi się, że dla badaczy i dla miłośników Andersena będzie interesujące to, co on uważał za ciekawe czytania na głos i co w ogóle szczególnie lubił czytać. Potem jak już się człowiek zanurzy w lekturze, to orientuje się, że on również czytał, dlatego że taka była, wyrobił to sobie jako rodzaj metody twórczej, to znaczy czytał na głos, słuchał tekstu, jak on brzmi i wracał potem do domu i notował, co należy zmienić, co należy poprawić. To pierwsza była funkcja tych czytań, taka poza tą funkcją towarzyską. A druga jeszcze była funkcja ich taka, że konfrontował nowo napisany utwór ze słuchaczami, był ciekaw ich oceny, ich komentarzy. I czasem coś zmieniał albo poprawiał, zwłaszcza jeśli chodziło o sprawy obyczajowe. Natomiast jeśli ktoś go poprawiał w kwestiach artystycznych, to zawsze reagował ze złością i nie lubił tego.
[16:56.26 → 18:19.31] A: Natomiast jeśli go ktoś chwalił, to wtedy pełen zapału wracał do swojego wynajętego wcześniej pokoju i szlifował jeszcze ten utwór, żeby był jeszcze doskonalszy. No po prostu wolał zdecydowanie marchewkę i właściwie dlaczegoż tu się dziwić. Ważne jest także to, komu czytał. Bo wydawać by się mogło, powiedziała pani, że wymienia baśnie, które czytał na rozmaitych wieczorach, ale o tej porze po kolacji dzieci już dawno były w łóżku. Andersen wcale nie tak często czytał po pierwsze swoje baśnie dzieciom. Tu zresztą chciałabym zwrócić państwa uwagę na to, że kiedy Bogusława Sochańska odbierała nagrodę dla, duńską nagrodę tłumacza, to w uzasadnieniu czytamy między innymi, że między innymi za to, że oto Andersen przestał być dla nas wyłącznie pisarzem, który jest pisarzem dla dzieci. Więc to jest jedna sprawa. Dla kogo czytał? Że nie tylko dla dzieci, ale także, co może budzić nasze zdziwienie, bo jesteśmy trochę przyzwyczajeni do nieco innego obrazu Andersena, który nam wkładano do głowy przez lata. Że Snob, że wyłącznie wyższe sfery. No właśnie. Nie wyłącznie wyższym sferom czytywał swoje opowieści.
[18:19.65 → 18:26.72] B: To, co nam wkładano do głowy, to w ogóle są bajki. To są baśni i opowieści.
[18:26.76 → 18:28.02] A: Inna bajka o Andersenie.
[18:28.10 → 18:43.52] B: Tak, jest inna bajka o Andersenie. Oczywiście w każdej opowieści i w każdej historii jakiś tam element prawdy może być. Naturalnie tutaj też są te prawdy. Ojciec był szewcem, matka była niepiśmienna, to wszystko prawda.
[18:43.52 → 18:50.57] A: Do mitów za chwilę dojdziemy. Skupmy się na razie na tym komu czytał, bo parę mitów musimy dzisiaj obalić, a muszę o to panią poprosić.
[18:50.57 → 23:07.04] B: Więc jednym z nich jest to, że czytał dzieciom. To nawet mamy takie wyobrażenie. Często się widzi gdzieś w jakichś rysunkach. wokół jakichś projektów związanych z Andersenem, pan Andersen czyta dzieciom. Jest taki przebrany pan, ma cylinder na głowie w jakichś domach kultury czy bibliotekach i on siada w takiej pelerynie i tam przy nim siadają dzieci, on im czyta. Otóż nie, nie czytał dzieciom. Czytał dzieciom bardzo rzadko. Tak naprawdę czytał głównie dorosłym. To można po prostu zobaczyć w tych dziennikach, bo nie wycięłam, czy raczej nie, Pominęłam żadnej sytuacji, w której jest mowa o tym, że czytał dzieciom, więc te sytuacje są, jest ich kilka może. Czytał dorosłym, bo dla niego słuchaczem liczącym się i czytelnikiem liczącym się był czytelnik dorosły, a baśnie adresował na jednym piętrze do dorosłego, na innym piętrze do dziecka. I ja nie bez powodu tak to obrazuję, bo dla dziecka była opowieść, anegdota, ta historia, którą opowiadał, mniej lub bardziej baśniowa, bo czasem to były baśnie, czasem to były tylko opowiadania. Tam zawsze były zresztą, jeśli baśnie nawet to elementy realistyczne, bo one często były osadzone w Kopenhadze wręcz te baśnie, Natomiast na tym drugim piętrze był tekst adresowany do dorosłego, czyli sporo humoru, sporo ironii, sporo przytyków pod adresem zwłaszcza różnych wad i przywar osób dorosłych. No to nie były przecież adresy do dzieci. Dzieci tego nie dostrzegały, nie czytały i dzisiaj też tak jest, bo w moim przykładzie to wszystko jest tak, jak być powinno. Dzieci tego nie zauważają, bo nie rozumieją. Dlatego, że te ironiczne często uwagi, to były też ironie o różnych odcieniach. A to taka dobrotliwa, nawet pieszczotliwa, a to bardzo zjadliwa. One są w dwuznacznościach, podtekstach, zaszyfrowane. Dziecko tego nie odczyta. Natomiast oczywiście odczyta to dorosły. Więc to jest ten czytelnik z tego powodu, ale również z innego. To nie są bajeczki opowiedziane dzieciom. To są wysokiej próby teksty artystyczne. Wprawdzie bardzo często pisał bardzo szybko, ale cyzelował w taki sposób, jak się tłumaczy, to się czyta w sposób... I ja nie wiem jak to określić, ale chyba nikt nie czyta tak jak tłumacz, bo tłumacz musi, jak ja to czasem określam, obrócić, po prostu wejść pod potrzewkę zdania dosłownie, przefiltrować to wszystko, intencje autora, dlaczego użył takiego rzeczownika, a nie innego, dlaczego tak, a nie inaczej wyraził coś, co chciał, wyrazić. Tych środków artystycznych, które powtarzają się, jego ulubionych, jest cała paleta. To są bardzo świadomie konstruowane teksty artystyczne. Gdyby adresował je tylko do dziecka, to by tak nie troszczył się o te o te różne niuanse, to ta opowieść, opowiastka byłaby najważniejsza, no i klimat oczywiście byłby ważny. Natomiast ten cały sztafaż literacki, to jest też adres do czytelnika dorosłego, zresztą w tamtych czasach czytywało się baśnie. To był gatunek literacki, który w naszych czasach jakoś, czy przez Te dziesięciolecia, czy już około stu lat on tak troszeczkę ewoluował w kierunku opowiastki dla dzieci tylko, ale wtedy w okresie romantyzmu, bo Andersen to romantyk, też jesteśmy przyzwyczajeni do takiego widzenia Galb, to jest romantyk, to jest jedna z największych postaci duńskiego romantyzmu. On był oczywiście inny niż polski romantyzm, ten duński romantyzm, ale pewne cechy wspólne miał, no zamiłowanie do ludowości, do baśni właśnie. To wszystko oczywiście można doszukać takich wspólnych cech.
[23:07.72 → 23:19.94] A: To skoro jesteśmy przy tym głośnym czytaniu, to jeszcze o tej drugiej części mojego pytania słowo, gdyby pani zechciała, o tej publiczności dorosłej, o bardzo różnych klasach tej publiczności dorosłej.
[23:20.26 → 24:27.41] B: No właśnie, bo mit mówi, dwory królewskie, także szastał się po Europie i zabiegał rzekomo o wizyty u królów. Tak nie było, to o niego zabiegano. A w dziennikach opowiada często ze wzruszeniem, o tym, jak interesowali się jego twórczością chłopi. Tu wkraczamy w cały bardzo interesujący obszar, o którym pani wspomniała. Bardzo się cieszę z tego szerokiej panoramy życia społecznego Danii w tamtym okresie, ale to mówimy o latach 1825 do 1875, czyli długie 50 lat XIX wieku. Częściowo okres, który można też określić mianem Biedermayerów, czyli takie mieszczańskie życie, ale w tym także i troska o słabszych. On zresztą był takim właśnie dzieckiem słabym, któremu pomogło społeczeństwo wyrwać się z tego życia ubogiego do wielkiej literatury.
[24:27.59 → 25:54.94] A: Ja nawet bym chciała, żeby pani przy tym się nieco dłużej zatrzymała, bo tak sobie myślę, że to jest Tak jak wspomniałam, jeden z bardzo ważnych powodów, dla których warto, żeby nie tylko czytelnik dla przyjemności i dla poszerzenia wiedzy sięgnął po dzienniki Andersena, ale tak czytając historię Hansa Christiana, pomyślałam sobie, politykom dać ją obowiązkowo do czytania w odcinkach, nawet zamiast wszelkich obrad sejmowo-senatowych, dać do przeczytania, żeby zobaczyli, Jak funkcjonować może społeczeństwo, w którym kładzie się nacisk na wzajemne relacje, odpowiedzialność tych, co mają więcej i wiedzą więcej za tych, którzy tego nie mają. Co osiąga społeczeństwo, któremu daje się, w którym to co najważniejsze to kultura, więc stawia się na kulturę. Do czego może dojść? Przecież rozwój Danii w tym okresie był absolutnie błyskawiczny i to, że Andersen miał wśród swoich czytelników zarówno przedstawicieli dworów, jak i chłopów, którzy dwa dni szli po to, żeby się z nim spotkać. i posłuchać jego czytania, to jest efekt wyłącznie, nie tylko pięknego pisania Andersena, ale przede wszystkim tego, że to społeczeństwo funkcjonowało w taki sposób.
[25:55.22 → 28:35.62] B: To ja może zatrzymam się na moment przy tej anegdocie. Zanim wrócimy do tych generalnych uwag, rzeczywiście jest taki bardzo piękny zapisek o tym, jak to po jego wizycie w Odense, już to było w latach 60., już był bardzo sławnym pisarzem, W Odense, gdzie czytał właśnie w teatrze czy w jakimś takim, nie, to była sala Urzędu Miejskiego bodajże, czytał na głos swoje baśnie, to oczywiście o tym pisały wcześniej gazety. Chłopi duńscy oczywiście czytali gazety. Jego ojciec Szewc 50 lat wcześniej już czytywał codziennie gazety. a także jemu jako dziecku czytał książki, literaturę, baśnie Tysiąca jednej nocy między innymi, ale i sztuki teatralne, komedię słynnego duńskiego pisarza Holberga z XVIII wieku. Więc oni byli czytający, oni byli bardzo świadomi. No i po powrocie do Kopenhagi Andersen dostaje wiadomość któregoś z notabli miasteczka Odense o tym, że dwóch chłopów szło 18 mil, nie wiem ile to jest kilometrów, ale to jest zdaje się dużo więcej niż 18 pieszo, żeby posłuchać tego czytania. No i nie zdążyli, czy nie, oni byli, tylko nie udało im się do niego się dostać. Potem szli, i on notuje, Boże, i potem szli te 18 mil z powrotem. Więc on, bo byli miłośnikami jego powieści Improwizator, więc on postanawia wysłać im za pośrednictwem tego urzędnika w Odense wysłać im swoją fotografię z dedykacją. Innym razem notuje, że przysłała z pewnym zniecierpliwieniem, że przysłała do niego list pewna, dosłownie pisze, afektowana chłopka. Więc przysłała do niego list afektowana chłopka, do pisarza. Innym razem wspomina o 14-letnim chłopcu z Jutlandii, pastuchu, który napisał wierszowaną wersję Brzydkiego Kaczątka i tę wierszowaną wersję Brzydkiego Kaczątka zamieściła lokalna gazeta. Co oczywiście od razu spowodowało zainteresowanie się różnych możnych tym chłopcem i on podobnie jak Andersen wcześniej dostał stypendium po to, żeby mógł się uczyć w gimnazjum, ale ten chłopiec był pastuchem i on zrobił tę wierszowaną wersję wcześniej, zanim do tego gimnazjum poszedł. Więc takich opowieści jest mnóstwo. Są też służące, które czytają, z którymi on rozmawia o literaturze.
[28:35.64 → 28:37.08] A: Daje im bilety do teatru.
[28:37.32 → 30:28.33] B: Daje im oczywiście nieustająco, tym służącym bilety do teatru. On zresztą w teatrze bywał niemal codziennie, bo po obiedzie u kogoś i po czytaniu szło się do teatru. To raz, że teatr rzeczywiście w Kopenhadze był ośrodkiem życia kulturalnego, niewątpliwie najważniejszym, Nikt jednak codziennie nie chodził do teatru. Andersen chodził codziennie. Notuje w dzienniku na przykład, że po raz 17 ogląda fragment Fausta. Notabene opera to była też i w ogóle muzyka to była kolejna jego pasja. Więc te bilety do teatrów Otrzymywał oczywiście za darmo, również dlatego, że jego sztuki grano w tych dwóch już później teatrach kopenhaskich, więc dostawał te bilety i obdarowywał nimi właśnie służące. Ale służącym w majątkach arystokratów także czytał. To nie było może tak, że on zabiegał o to, żeby im czytać, ale ta służba zabiegała o to, żeby im poczytał. Pani, zwłaszcza to były kobietek, Andersen pisał notabene, że życie kulturalne zależy od kobiet, że to kobiety są motorami życia kulturalnego. I rzeczywiście te kobiety, te gospodynie tych domów, te hrabiny i inne księżne, one rzeczywiście są takie bardzo dbające również o swoich poddanych, o to, żeby oni mieli dostęp do literatury, więc wielki Andersen... Nawet w salonie jest taka jedna sytuacja, kiedy ta służba przychodzi do salonu i on w salonie im czyta. ale czasem wychodzi tam, gdzie oni pracują i na schodach gdzieś i ogrodnicy i stajenni on wymienia, którzy tam byli i te dojarki i jacyś jeszcze inni. On ich wymienia, on zauważał, kto był. Dla niego było ważne, że oni wszyscy byli, że wszyscy chcieli przyjść posłuchać.
[30:28.77 → 31:07.89] A: Więc mit, że Snop i że Próżny absolutnie po przeczytaniu jego dzienników Pada. Jest tam też taki jeden fragment, może nie a propos czytania, a propos dedykacji, ale bardzo ładny, kiedy ktoś, nie pamiętam kto, bez jego wiedzy napisał do księżnej wali, po wydaniu lodowej pani staje się, że czy Andersen mógłby lodową panią zadedykować księżnej wali. Księżna wali łaskawie się zgodziła. Andersen się wściekł. że po pierwsze ktoś bez jego wiedzy i zgody, a po drugie, że to nie jest książka dla młodej kobiety.
[31:08.53 → 31:57.06] B: A to dlatego, że w tym tomie była baśń Psyche. I to jest właściwie nieznane u nas wcześniej, dopiero w moim przykładzie po raz pierwszy się u nas pokazała. To jest opowieść, nie wiadomo, trudno powiedzieć, na ile Andersen świadomy był. Nieświadomy jednak, nie było jeszcze wtedy pojęcia podświadomości. Nie było jeszcze, to są czasy przed Freudem, wiele, wiele. jeszcze dziesięcioleci do Freuda, a on pisze trochę tak, jak gdyby przeczuwał, że podświadomość istnieje, że jest coś takiego jak podświadomość i to trochę o tym jest w baśni, a poza tym tam jest, no trochę jest takich kwestii, które on uważał za niestosowne właśnie dla, absolutnie to nie jest utwór dla dzieci, zdaniem Andersona, a już szczególnie dla dobrze wychowanych panienek.
[31:57.06 → 32:17.37] A: Tylko tak sobie z drugiej strony pomyślałam, użyła Pani dzisiejszego bardzo określenia, że celebryta i słusznie, ale pomyślałam sobie, którego z dzisiejszych celebrytów stać by było na to, że ktoś załatwia dedykację, a właściwie taką zgodę księżnej wali, a ten celebryta mówi, nie dziękuję, proszę się nie wtrącać w moje sprawy.
[32:17.82 → 34:16.18] B: Więc tak, po pierwsze, ja użyłam tego określenia celebryta troszeczkę dlatego, że ktoś go użył i ja trochę bezrozumnie powtarzam. Nie chciałabym tego określenia używać, bo ono się nie stosuje do Andersena. On był tylko może w tym sensie rozumienia tego słowa, że był osobą bardzo, bardzo znaną, powszechnie znaną, tak? Ale nic więcej, bo akurat ten przypadek, jak i wiele innych sytuacji, które też w dziennikach można znaleźć, pokazują jego taką głęboko, głęboko etyczną postawę w życiu w ogóle, na każdym kroku, w każdej sytuacji. Jemu oczywiście jak każdemu zdarzały się różne sytuacje mniej lub bardziej istotne. Zwykle one były bardzo nieistotne, kiedy zrobił coś niestosownego albo powiedział coś niestosownego. to potem tak cierpiał przeraźliwie i w tych dziennikach kartuje się dosłownie i sobie wyrzuca i raz, drugi, trzeci, wraca jeszcze po tygodniu, jeszcze po dwóch. Tam jest taka historia z listonoszem, z poczmistrzem, któremu wysyłał jakieś monety na znaczki, razem z listami, które miały pójść. Okazało się tam jakieś nieporozumienie drobne, dość, że ten, wyszło na to, że ten poczmistrz uznał, że dostał mniej niż Andersen sądził, że zapłacił za tę wysyłkę tych listów i ten poczmistrz się oburzył. Andersen był przekonany, że akurat tyle wysłał, a nie mniej, ale straszliwie cierpiał, że sprawił temu poczmistrzowi przykrość, że może one gdzieś wypadły po drodze. No krótko mówiąc, Tak katować się potrafi tylko człowiek, który jest głęboko empatyczny i bardzo, bardzo troszczy się o to, żeby bliźniemu, swemu krzywdy nie zrobić. Czyli taki... No nie wiem, nie chcę używać wielkich słów.
[34:16.66 → 34:45.08] A: No właśnie, to myślę, że kolejna cecha, która jest przeciwną do tej, jaka obowiązuje w Miciu Andersenie, w jakim się właściwie wychowaliśmy. empatyczny, raczej nie funkcjonowało to słowo, raczej zapatrzony w siebie, raczej historycznie rozedrgany na punkcie wyłącznie własnej osoby, co niewątpliwie też jest prawdą. ale nie jedyną na jego temat.
[34:45.16 → 37:38.90] B: Właśnie, jest tylko fragmentem prawdy o Andersenie. Był rzeczywiście artystą nadwrażliwym, był człowiekiem nadwrażliwym w ogóle, czy powiedzmy inaczej, był człowiekiem bardzo wrażliwym. artystą miał prawo do tego, żeby z jakąś szczególnym rozedrganiem reagować na to, jak reagują na jego twórczość inni. Miał do tego po prostu prawo. Dlaczego jemu się tego prawo nie dawało? Dlaczego mu odbierano to prawo? Dlaczego miał być, nie wiem, niczego nie ujmując, nie odbierając szefcom? Dlaczego miał być szefcem? Czyli zachowywać jak ktoś, kto robi interes, wykonuje robotę, oddaje i o niej zapomina i do widzenia. Ja myślę, że to, co robiono z Andersenem przez dziesięciolecia, to wynika trochę z potrzeby takiego, no już dzisiaj to się mówi, jest na to bardzo specjalne słowo, mówi się o dekonstruowaniu człowieka, ale wtedy W tych pierwszych latach, kiedy zaczęto pisać o Andersenie różne takie rzeczy, to było już tuż po II wojnie światowej, zaczęło się tak na szerszą skalę. Po prostu potrzeba sensacji. Zrobić z wielkiego pisarza, a może też i w Danii sami, bo to również w Danii miało miejsce, może też i po prostu naturalna potrzeba odbrązowienia postaci, która obrosła takim spiżem przez te pierwsze dziesięciolecia po śmierci, bo tak rzeczywiście było i potem kolejne pokolenia miały potrzebę. To też jest skądinąd naturalne. Dzieją się takie rzeczy. Zazwyczaj jednak taki okres mija i potem się na tego autora czy twórcę znów spogląda jakoś trzeźwiej. Tymczasem w tym przypadku, ponieważ to tak niesamowicie malownicza postać i takie niezwykle baśniowe życie, no bo w końcu jednak syn Szewca staje się gwiazdą w skali światowej w literaturze i nie tylko w kulturze w ogóle, bo wtedy literatura to była przede wszystkim, literatura i teatr to były te najważniejsze dziedziny w kulturze w ogóle. Więc to było życie niezwykłe i ono w naturalny sposób przyciągało uwagę. I on też przyciągał uwagę jako ten przedziwny fenomen człowieka, który czegoś takiego dokonał. No i to rozbieranie go na części, proanalizowanie od prawa, od lewa, od potrzewki. No i skończyło się w ostatnich latach już na bardzo szeroką skalę o dyskusji na temat jego seksualności.
[37:39.22 → 37:58.69] A: Do tej seksualności, do kolejnego mitu dojdziemy za moment. Chciałabym, żebyśmy zajrzały do dzienników Andersena. Jest z nami aktor Teatru Andersena. Daniel Arbaczewski. Danielu, prosimy cię bardzo serdecznie. Przy okazji witamy dyrektora Teatru Andersena, Arkadiusz Klucznik.
[38:05.05 → 38:09.53] B: Dyrektora Teatru Andersena nie mogło zabraknąć na tym spotkaniu.
[38:11.81 → 38:14.81] A: 1833.
[38:17.29 → 46:36.47] C: Piątek, 16 sierpnia. Francja jednak bardzo przypomina Danię. Częste były chwile, gdy zdawało mi się, że jestem w kraju. Pisałem w Dilijansie wiersz. Ach, pięknie tu tak, jak serce marzyło. Mont Blanc widzę miła w oddali. Gdyby tak tylko pieniędzy starczyło, bawić tu byłoby wspaniale. Niedziela, 18 sierpnia. Piękna górska okolica, duże partie dzikie. Rankiem dotarliśmy do granicy i wkroczyliśmy do Szwajcarii, canton de lente. Smutno tu. W domach niemal nie ma okien, nieprawdopodobna cisza. Rozbrzmiewały tylko dzwonki krów. Idąc zostawiliśmy delizant tak daleko za sobą, że w końcu myśleliśmy, żeśmy zbłądzili i zawróciliśmy. Dotarliśmy do jakiejś gospody w lesie. Po pewnym czasie zjawił się delijans jadący z Genewy do Paryża. Stanąłem na pniaku i zaśpiewałem. Król Christian stał przy maszcie i narzeczono z Lamermoru. Po chwili podeszło dwóch podróżnych. Jeden powiedział, Pan pewnie jest Duńczykiem. Ja słabo mówić po duńsku. Pochodził z Altony. Z pieśni zorientował się, że jestem Duńczykiem. Drugi był Niemcem z Rumunii. Wziął mnie za Niemca i ucieszył się ze spotkania. Od tego miejsca droga prowadziła niemal cały czas już nad przepaścią. Lasy rozciągały się pod nami niczym pola kartoflane. Chłopskie chaty wyglądały jak zabawki. Sprawiało mi dziwną przyjemność patrzenie w tę głębię. Wisiałem nad tym grobem jak na włosie. Gdyby wóz się wywrócił, rozstrzaskalibyśmy się. Nagle między dwiema górami otworzył się widok na, jak mam to nazwać, grę mgieł płynące góry chmur. To były Alpy i Mont Blanc. Skręcaliśmy teraz wciąż nad przepaścią. Chroniło nas tylko kilka kamieni ustawionych na sążeń jeden od drugiego. Jechaliśmy szybko. Zdawało się, że płyniemy w powietrzu, bo lasy i domy były pod nami. Z dołu unosił się gęsty dym. Pomyślałem, że to z kopalni węgla, ale gdy byliśmy w połowie wysokości, zobaczyliśmy, że to wielka chmura po chwili już płynęła nad naszymi głowami. Jezioro Genewskie wyglądało na tle gór jak jezioro Soro. Góry miały w sobie coś, czego nie potrafię wytłumaczyć. Najniżej było morze mgiełu, a ponad nim, niczym chmury, wznosiły się sięgające nieba ciemne masywy. Wysoko lśniły lodowce. Tło wydawało mi się całkiem ciemnozielone. Cały górski horyzont widziałem jak przez błękitnawy welon. Gdy zbliżaliśmy się do Genewy zaczęło lać. Muszę cieszyć się tym co widziałem z przełęczy w górach Jury. Środa, 28 sierpnia. Wiosną spaliła się część Le Loc. Teraz trwa odbudowa, mnóstwo pracy przy kopaniu i murowaniu. Widziałem nowe maszyny, za pomocą których czterech ludzi może przemieszczać nawet największe słupy. Byłem w azylu Pour-en-Femme-le-Ros, dla dotkniętych nieszczęściem dzieci, założonym przez Madame Callam. Niektóre dzieci miały delikatne rysy. Ojciec opływa może w bogactwa. Jeden czy drugi młody podróży, nacieszył się może wśród gór przez godzinę pasterskim życiem. A teraz skutki tego muszą znosić te nieszczęśliwe dzieci, które przyszły na świat. Zaśpiewały dla nas wzruszającą pieśń. Do oczu napłynęły mi łzy. Obiecałem w duszy Bogu nigdy nie uwieść żadnej istoty i nie spowodować przyjścia na świat takiego nieszczęsnego stworzenia. Jedna z dziewczynek zainteresowała mnie swoją piękną twarzą, szlachetną postacią. Jest w niej jakaś melancholia. Nie zna pewnie ani matki, ani ojca. Żyje tu wyobcowana, samotna wśród gór i ury. Mają szwalnię, pokój do nauki szycia butów, jasną jadalnię i przyjemne sypialnię. Mieszka tam 250 dzieci. Egzaminowano ich dla nas z geografii. Stolicą północy jest Sztokholm. Niedziela 1 września. Ból brzucha. Lodownia, zimna sztańcze, leje jak z cebra. Wieczorem musiałem śpiewać znajomym wszystkie duńskie piosenki, jakie znam, a stare panny Uri grały stare sonaty. O dwudziestej przyszedł list z Danii, to od Jette Wulf, kochanej, wiernej siostry. Jest nieopisanie piękne, niemalże się rozpłakałem. Och, gdyby tak mogła przyjechać do Włoch. Wtorek 3 września. Kiepska pogoda. Nie czuję się wcale dobrze. Dziś mija 14 lat odkąd opuściłem Odense i rozpocząłem wielką baśń mojego życia. Teraz jestem daleko od Danii w górach Jury przyjaznym rodzinnym gronie. Mogę w marzeniach wyczarowywać z fal moją łanet i mam z kraju list od kochanych przyjaciół. Boże jaki jesteś dobry. Czwartek, piąty września. Dostałem listy od Dysenena, Nerygarda, Kastenholda i Mullera. Z dwoma pierwszymi miałem się spotkać w przyszłym tygodniu, ale rezygnuję z tego spotkania w Szwajcarii, żeby skończyć Annette. W Danii ktoś o mnie powiedział, że jestem młodym poetą, który kiedyś dobrze się zapowiadał. I to po tym, jak zrobiłem postępy. Zalega to w moim sercu jak krople trucizny, oby dzięki powodzeniu anet zaświeciło mi słoneczne światło, które je rozpuści. Sobota 14 września. Stare ciotki zrobiły dla mnie na drutach mówki. Mały August rozpłakał się, gdy usłyszał, że wyjeżdżam. Nie spodziewałem się, że będą po mnie w Szwajcarii płakać niewinne dzieci. Dziewczęta też zdawały się zasmucone, zwłaszcza Maria. Ciotki dały mi na drogę słodkości i piękną flaszeczkę eau de Cologne, a Madame Ruy podróżną butelkę likieru. W ostatniej chwili zrobiłem dla dzieci i dla ciotek wycinanki. Przykro mi było opuszczać tych dobrych ludzi. Gdy zbliżaliśmy się do krańców Jury, byłem jedynym pasażerem, Alpy ukazały się znacznie piękniejsze niż wtedy, gdy ruszaliśmy. Podnóże gór było błękitne jak niebo, a szczyty w słońcu śnieżno-białe. Wokół mnie rosły drzewa liściaste, żółte i czerwone, pomiędzy ciemnymi świerkami, pośród wielkich paproci berberysy i głogi. Alpy wydały mi się teraz złożonymi skrzydłami ziemi, a gdyby tak je uniosła, rozpostarła wielkie pióra z wielobarwnymi obrazami czarnych lasów, dzikich potoków, lodowca i chmur. Co za obraz. W dzień sądu uniesie może tylko te wielkie skrzydła, poszybuje do Boga i w jego słonecznym świetle rozpryśnie się jak bańka medlana. Jezioro było takie spokojne. Rzeką płynęła mała łódka z białym żaglem jak list miłosny. Ludzie rzucali z drogi do wody kasztany. Na winorośli zwisały wielkie czarne grona. Zatrzymałem się w fuko. Wiktoria, mam aż dziewięć Luidorów i drogę opłaconą do Lozanny.
[46:38.93 → 49:46.24] A: Dziękujemy Danielu. Mamy jeszcze jeden mały fragment, ale później poprosimy o przeczytanie tego fragmentu, autorkę przekładu, tłumaczkę Bogusławę Sochańską, bo w pewnym momencie pan dyrektor z panem Danielem będą musieli zniknąć, sami państwo rozumieją, Taki patron jak Andersen zobowiązuje. Panowie mają dzisiaj próbę, z której się troszkę urwali, ale niestety będą musieli na nią za moment, zdaje się, wrócić. Kilka refleksji, kiedy słuchałam Daniela Arbaczewskiego, czytającego fragment dzienników. Pierwsza to taka, że przypomniała mi się... Jeśli państwo trafili na recenzje związane z dziennikami Andersena, było ich sporo, Ale ja chciałabym zwrócić uwagę na dwie. Jeden z autorów recenzji, Jarosław Mikołajewski, który zresztą za miesiąc z własną książką będzie tutaj naszym gościem, nazwał tę książkę i podpisuje się pod tym i lewą, i prawą ręką, arcydziełem, jednym z najlepszych tekstów, jaki ukazał się w języku polskim w ciągu ostatniej dekady. Powiedział też przepiękną rzecz, że tak właśnie człowiek powinien poznawać drugiego człowieka poprzez opis jego stanów bez silenia się na definiowanie. Bardzo wnikliwa analiza tego tekstu. Ale jest też inna recenzja Marka Bińczyka, który bywał tutaj też naszym gościem, z której wynika, że Andersena, tak sądzi po przeczytaniu dzienników, nie interesowało wiele więcej niż jego zęby, jego żołądek, jego penis i to chyba koniec. Że nie znajduje tutaj nic ponad to, że bez przerwy uskarża się na siebie. Tymczasem słucham fragmentu tekstu, który czytałam już przynajmniej dwa razy i widzę człowieka, który rzeczywiście ma zęby. chodzi na obiady i ma problem z seksualnością, o czym porozmawiamy, ale który oprócz tego jest zafascynowany światem. Widzi ten świat w jak wielu szczegółach, choćby na podstawie tego krótkiego fragmentu. Jest wrażliwy na to, co się na tym świecie dzieje. Pomyślałam sobie, przeczytawszy najpierw książkę, a później te dwie recenzje, że albo panowie czytali dwie różne książki, albo też, no właśnie, jak wiele zależy od tego, co sami myślimy o świecie, tego też poszukujemy być może w tekstach innych. Właśnie, taki był Andersen, tak bardzo wrażliwy na to wszystko, co się dzieje, prawda?
[49:46.70 → 54:48.48] B: Tak, taki rzeczywiście był. Był też bardzo zdolnym reportażystą. i są całe wspaniałe fragmenty, które opisują świat lub jakieś bardzo szczególne sytuacje, których był świadkiem, na przykład powracający kilkakrotnie motyw emigrantów, ubogich, europejskich emigrantów, czasem żydowskich, czasem niemieckich, czasem jakichś skądinąd, wyjeżdżających do Ameryki. On zawsze z takim przejęciem opisywał te te właśnie sytuacje, te rozdzierające sceny pożegnań, to, że ci ludzie robią na nim to ogromne wrażenie, że przecinali właściwie drogę swojego życia, no bo wiadomo było, że taki wyjazd to już był raz na zawsze, nie ma powrotu, wszystko trzeba było spieniężyć, zabrać te parę groszy i wyjechać. To są bardzo przejmujące fragmenty, ale wracając do tego talentu reportażysty, to chciałabym Państwu powiedzieć, że Anderson jest też autorem nieznanych jeszcze u nas pięciu książek reportażowych, można powiedzieć. Wtedy to się nazywało książki, czy mówi się o nich, można o nich mówić, jak o książkach, o pisach podróży. I część tych notatek, zawartych w dzienniku, to był dla niego materiał wyjściowy do budowania później, po powrocie już do domu, tych książek. One także były w swoim czasie wielkim sukcesem. Może najmniej ta pierwsza, kiedy był jeszcze bardzo młodym, dwudziestopięcioletnim autorem i odbył taką pierwszą swoją w życiu zagraniczną trzymiesięczną podróż do Niemiec. ale już później druga książka pt. Bazar poety, gdzie opisuje długą podróż i m.in. Grecję i Turcję, ta odbiła się bardzo szerokim echem w Europie. I rzeczywiście jest to fantastyczny tekst. Ja tropiłam trochę relacje dziennika i tych książek podróżnych, I rzeczywiście fragmentami to są całe partie po prostu wyjęte z dziennika i lekko tylko podrasowane i umieszczone w tychże książkach. Notabene są też, ale z kolei bardzo nieliczne w dzienniku, notatki, które potem wykorzystywał w baśniach. na przykład ta, którą słyszeliśmy tutaj pod koniec tego fragmentu, który czytał pan Daniel Arbaczewski, o tych, o Alpach, jak o skrzydłach ziemi, zwinięte skrzydła ziemi, a jeśli kiedyś je uniesie i poszybuje do Pana Boga, to jest jedno z bardzo niewielu zdań, które w całości zostało zamieszczone w baśni, ale co ciekawe, Ten tekst, którego słuchaliśmy, ten fragment zanotował Andersen w 1834 roku. Był wtedy 28-letnim człowiekiem, a baśń, w której to zdanie się znalazło, jest z roku 1862. I jeszcze co, te dzienniki miały formę notatek takich bardzo, mówiąc wprost, bardzo odręcznych. Notował na tym, co miał. Przeważnie w tych wcześniejszych latach to były małe karteluszki, takie, które się mieściły w kieszeni po prostu. i zapełnione, tak jak listy zresztą ówczesne podobnie, zapełnione tekstem od krańca do krańca. Jeśli zostały trzy milimetry marginesu, to jeszcze poziomo coś tam napisane dalej, żeby tę linijkę dodatkową zmieścić. Tak widocznie i drogi był, i cenny był papier, że jak on się... Ba, to jest jedna rzecz i kolejna jest taka, charakter pisma, to zresztą widać tutaj, bo mamy wyklejkę w książce zrobioną właśnie z wykorzystaniem autografu z dzienników, charakter pisma miał tak nieczytelny, że to trochę przypomina nawet notatki takich fachowców od notowania referatów, nie pamiętam jak to się nazywa. Więc sam oczywiście potrafił to odczytać, ale że potrafił odszukać po 40 czy 30 paru latach, swoją notatkę, bo zapamiętał, że mu się udało jakieś takie fajne zdanie napisać, bo to jest zdanie niezwykłe. Ja pamiętam, dlatego zauważyłam akurat to zdanie, bo tłumaczenie tego zdania zajęło mi kilka tygodni prawdopodobnie. W każdym razie pamiętam to jako bardzo wielki wysiłek, cierpienie, nieustające szlifowanie tego, wracanie, zmienianie do, jeszcze ulepszanie, ulepszanie, Musiał sam to zapamiętać, że to zdanie mu się jakoś szczególnie udało i wyszukał je po tylu latach po to, żeby je zamieścić w baśni pod wierzbą.
[54:49.24 → 55:03.90] A: Tak sobie myślę, słuchając Pani i przypominając sobie, ile oprócz 160 przetłumaczonych przez Panią baśni, te już w tej chwili znamy, bo to jest największy wybór, jaki mamy.
[55:04.14 → 55:04.90] B: 164.
[55:04.94 → 55:20.38] A: 164, tak. Do tego mamy jeszcze przecież pięć tych ksiąg, o których pani mówiła, podróżniczych. Do tego mamy osiem tomów wierszy. Do tego mamy jeszcze pięćdziesiąt jeden sztuk teatralnych, zdaje się.
[55:20.68 → 55:22.80] B: No i pięć powieści.
[55:23.20 → 55:34.46] A: No i bagatela, trzynaście tysięcy listów. Przynajmniej to są te, o których wiemy. Ale chyba wiemy o wszystkich, bo Andersen prowadził rejestr listów.
[55:34.94 → 55:57.43] B: Te, które dostała Tak, oprócz dziennika prowadził również to, co się nazywa almanachem, czyli takie już bardzo rzeczowe, króciusieńkie notatki każdego dnia. W młodości on służył mu, ten almanach, po prostu za notowaniu wydatków, ilości pieniędzy, jakie przeznaczał na co i także właśnie korespondencji. I te almanachy się zachowały w całości.
[55:57.85 → 56:17.56] A: Pomyślałam sobie, że byłby wielkim admiratorem komputerów i internetu. Jakby mu to ułatwiło zadanie, prawda? Ale to wtedy te 13 tysięcy listów i te osiem tomów wierszy i cała reszta wzrosłaby jeszcze bardziej, skoro to zadanie byłoby jeszcze prostsze.
[56:17.66 → 56:25.78] B: Tu wypada mi tylko na moment się wstrzelić i skorygować, że te ponad 13 tysięcy to jest korespondencja, czyli to są listy Andersena i listy do niego.
[56:28.08 → 57:09.50] A: Kolejne mity. Kilka już udało nam się zahaczyć ledwie, ale mamy nadzieję rozwijałyśmy Państwa wątpliwości w kilku sprawach. Kilka jeszcze mitów, które narosły wokół postaci Andersena, a które po lekturze dzienników... Obraz sprawy wygląda zupełnie inaczej. Zanim do tej seksualności, która od zawsze budziła najwięcej zainteresowania, to zacznijmy od początku, czyli od rodziny, bo rzeczywiście tutaj też wychowywaliśmy się wśród różnych poglądów na temat tego, jak upływało dzieciństwo Andersena.
[57:10.32 → 01:01:56.60] B: Postaram się krótko, chociaż to jest temat, który bardzo rozbudza moje emocje, jak tylko zaczynam o tym mówić, ale z drugiej strony sporo już na ten temat w ostatnich latach myślę, że No i sama mówiłam i jednak troszkę jakoś ten mit wydaje mi się, że udało mi się już skutecznie złamać, chociaż może niekoniecznie wszyscy zwrócili na to uwagę. Otóż tak, Jarosław Iwaszkiewicz napisał w wstępie do trzytomowego wydania w 1956 roku, do wydania, w którym zamieścił sześć swoich przekładów baśni, znaczy sześć baśni spośród 155 w tym tomie było tłumaczonych przez Jarosława Iwaszkiewicza, pozostałych 149 było tłumaczonych przez Stefanie Bejlin, która jako tłumaczka, wspomniała Pani na początku o tym, jak tłumacze są traktowani, bo ja nie sądzę, że można powiedzieć, że byli, nadal są, nadal Najczęściej nie ma nazwiska tłumacza pod tytułem książki w mediach różnych, zwłaszcza w elektronicznych. Również na stronach internetowych wydawców zdarza się to. Notorycznie na stronach internetowych księgarni internetowych. Więc wtedy Stefania Bailey została właściwie pozbawiona jakoś, a to była do tego czasu, czyli do połowy wieku XX niewątpliwie największa i najważniejsza tłumaczka Andersena. Ona po prostu znikła w cieniu Jarosława Iwaszkiewicza. I o tym przekładzie, jak państwo teraz usłyszycie, mówi się Iwaszkiewiczowski. I teraz już państwo wiecie, że to jest... Autorką tego przekładu w zasadzie była Stefania Bailey. Ale Jarosław Iwaszkiewicz napisał ten wstęp i on był takim opiekunem tego wydania, być może również inicjatorem, i bardzo ważnym promotorem Andersena w ogóle w Polsce. Te zasługi trzeba mu absolutnie oddać. No ale i on w tym wstępie napisał i później Anna Milska, autorka wstępu do znanego nam wszystkim wydania wyboru dwudziestu kilku baśni Andersena z ilustracjami Jana Marcina Schanzera. W tym tekście Anna Milska również zarysowała taki wizerunek Andersena jako człowieka wywodzącego się z jakichś dołów społecznych. Iwaszkiewicz pisze o dramatyzmie, o rozpaczliwej sytuacji. Jeszcze jednego słowa takiego. używa bardzo mocnego, które powoduje, że ja zaczynam się rzeczywiście wewnętrznie burzyć. Mianowicie i przytacza argumenty na to, że tak straszne było dzieciństwo Andersena takie oto, że matka miała nieślubną córkę starszą, że w rodzinie były przypadki demencji, że matka była niepiśmienna. Rzekomo, co nie jest prawdą akurat, ale że jeszcze jakieś dziecko zmarło w niemowlęctwie. Do tego później doszły opowieści o alkoholizmie matki, który rzeczywiście stał się faktem po wyjeździe młodego Andersena z Odense, kiedy ona została sama, powtórnie obdowiała, opuszczona przez syna, zarabiająca na życie praniem bielizny w rzece. gdzie rozgrzewała się alkoholem i się po prostu uzależniła i rzeczywiście spędziła resztę życia w takim przytułku publicznym. Ale to nie dotknęło w żaden sposób dziecka. chłopca, synka jej, który był oczkiem w głowie obojga rodziców. Ojciec Szefc, to też ja nawet w tym miejscu mówiłam, kiedy rozmawialiśmy o tematach tabu w Literaturze i Sztuce dla Dzieci, że też nie rozumiem dlaczego, i to wtedy w latach 50., w okresie... Ja myślę, że to wydanie przygotowywano jeszcze w czasach stalinowskich, bo wtedy procesy wydawnicze były długie. Ukazała się książka w 1956 roku, niewykluczone, że ten klimat jeszcze był taki. I dlaczego wtedy tak deprecjonowano ten fakt, że ojciec był szewcem? I co to w ogóle znaczy? Dlaczego w ogóle tak się myśli? Dlaczego ktoś sobie pozwala na to, żeby jakoś uważać, że to jest coś, co odbiera coś człowiekowi, godność?
[01:01:56.96 → 01:02:03.75] A: Może chodziło o takie podkreślenie, że z nizin, a jednak... A jednak się udało?
[01:02:04.05 → 01:06:35.23] B: No nie wiem, no może, może. No to już na usprawiedliwienie powiedzmy, że może taka, bo jeśli taka była intencja, no dobrze, niech będzie. Ja tego w każdym razie mam problem z akceptowaniem tego. I potem jeszcze ta sytuacja z matką. Opowiadano historie różne o tym, jak to ta matka, a że niepiśmienna, no to w ogóle był już dramat dla Iwaszkiewicza też, że była niepiśmienna. A to, że ojciec dziecku czytał, i że dziecko w zasadzie zostało wykreowane, w cudzysłowie, jako artysta we wczesnym dzieciństwie, w moim przekonaniu, właśnie dlatego, że ojciec rozbudził w nim potrzeby realizacji twórczej. Ojciec mu czytał, ojciec go prowadzał do teatru, ojciec zbudował mu teatrzyk, bawił się z nim w ten teatr, sam miał potrzeby twórcze. Ten ojciec Szewc nie jest realizowany. Marzył o edukacji, o wykształceniu, nie udało mu się. Więc po śmierci ojca, a Andersen miał wtedy 11 lat, rzeczywiście stracił go bardzo wcześnie i dopiero wtedy jego dzieciństwo zaczęło być trudne. Do tego momentu, w moim przekonaniu, mowy nie ma. To jest perspektywa też duńskich andersenologów, którzy z tej perspektywy osób i społeczeństwa w ogóle zasobnego dość, żyjącego na dobrym poziomie przez cały wiek XX już, jakoś nie mogli przeskoczyć tego, że ktoś, kto rodzi się w rodzinie biednej, to może być szczęśliwy. Jakoś stawiano znak równania między biedą a stanem emocjonalnym człowieka. Przecież Ja akurat mam z dzieciństwa swojego takie doświadczenie, dlatego mówię o tym z pełnym przekonaniem, że podczas kiedy dorosły, dlatego że jest biedny, może być nieszczęśliwy, to dla dziecka małego to naprawdę nie ma znaczenia, czy rodzice są biedni, czy nie są biedni. A zwłaszcza nie miało znaczenia wtedy. Może ma większe dzisiaj przy tym świecie, jaki znamy. Ta konfrontacja z dziećmi bogatszymi może być dla dzieci ubogich problemem, ale nie wtedy. Dlatego moje widzenie dzieciństwa Andersena jest diametralnie różne. Dla mnie to jest dziecko, które miało wyjątkowo szczęśliwe wczesne dzieciństwo wtedy, kiedy dziecko jest kształtowane jako człowiek, kiedy jego osobowość i wrażliwość przede wszystkim, jego emocjonalność jest kształtowana. Spędzał, spędził 10 lat życia z ojcem i matką. nie bywał pod opieką osób trzecich, uczestniczył w życiu domowym. Ojciec poświęcał mu sporo czasu i To, co też lubię troszeczkę wyśmiewać, mianowicie bodajże ze wstępu Anny Milskiej właśnie do tego szancerowskiego wydania, że, a może to Iwaszkiewicz napisał, proszę wybaczyć, nie pamiętam w tej chwili, że ta skrzyneczka z pietruszką to było jedyne dla dziecka, jakaś uboga, nędzna skrzynka z pietruszką. No to wtedy to ja już w ogóle się strasznie denerwuję, no bo chciałabym, żeby tak każde dziecko miało taką skrzynkę z pietruszką. przysłowiową. Które dzieci mają swoją skrzynkę z jakąś roślinką? Ile dzieci? I jaki procent dzieci współczesnych ma? A postrzegano to jako jakiś przejaw jakiejś straszliwej nędzy. Krótko mówiąc, spowodowało, że i dopełniło takiego obrazu tego nieszczęśnika Andersena, który nie dość, że potem w życiu dorosłym taki się rozchwiany, jakiś taki tragizujący i nieszczęśliwy, bo krytykowany, że to, no to jeszcze w dodatku to dzieciństwo takie miał straszne, dramatyczne. Moim zdaniem dlatego wyrósł z niego wspaniały artysta i w gruncie rzeczy, Gdzieś głęboko, bardzo harmonijny człowiek, jeśli będziemy abstrahować od seksualności, to dlatego, że miał właśnie bardzo kochających rodziców, w pełni mu oddanych we wczesnym dzieciństwie.
[01:06:35.67 → 01:07:24.81] A: Proszę też zwrócić uwagę, chyba że się mylę, ale jak wiele uwagi przez te wszystkie dziesięciolecia poświęcało się dzieciństwu Andersena, temu biednemu, okrutnemu dzieciństwu, a później takiemu wybitnemu rozwojowi, a jak właściwie niewiele było wiadomo o tym momencie, kiedy nagle społeczeństwo przejmuje odpowiedzialność za Andersena. Tak naprawdę o tym się już niemal zupełnie nie mówiło. Pomijało się ten fragment jako może zbyt bajkowy, może niemożliwy w naszej sytuacji, więc dlaczego do niego sięgać? Nie wiem. Ja z kolei tu nie potrafię znaleźć usprawiedliwienia i wytłumaczenia tej sytuacji. Dlaczego stosunkowo późno skupiamy się na tym momencie jego życia?
[01:07:26.03 → 01:17:11.82] B: Ja tak myślę sobie, że może też i zaważyły na tej sprawie te, no jednak ta rzeczywistość PRL-owska jeszcze tych, tych zwłaszcza lat bliskich okresowi stalinizmu, że no nie wiem, może Iwaszkiewicz również i dlatego w tak czarnych barwach zarysował to życie Andersena, że to był jednak kapitalizm. I trzeba było pokazać, jak to w tym kapitalizmie strasznie było. To był jakiś bardzo przedkapitalistyczny świat Andersona, ale pakowano wszystko prosto do jednego worka. Może to trochę i o to chodziło. A z kolei ta... fantastyczna rzecz, która go spotkała, ale nie tylko jego, bo także inne uzdolnione dzieci w tej społeczności, czyli ta pomoc, o której pani wspomina, to by świadczyło dobrze o tym, więc raczej należało to pominąć wobec tego, żeby to zbyt różowo nie było. A może po prostu wizerunek Gandersona miał być taki mroczny i koniec, a ta rzecz niezwykła. To może opowiem w dwóch słowach, jak to było. Otóż on rzeczywiście wyjechał z tego Odense. Oficjalna interpretacja jest taka, że wyjechał dlatego, że marzył o tym, żeby być aktorem. I to jest oczywiście prawda. Marzył o tym, żeby być aktorem, bo zaraził się tym teatrem we wczesnym dzieciństwie. Wielki Teatr Królewski był w Kopenhadze, więc tam należało szukać tego szczęścia. już całe lata wcześniej uczył się na pamięć wierszy i całych scen z różnych utworów dramatycznych. Potrafił to recytować, potrafił to grać, potrafił również bardzo pięknie śpiewać. Miał takie wyobrażenie, że łatwo będzie mu zostać aktorem i wyjechał do tej z jakimiś zaoszczędzonymi pieniędzmi. On te pieniądze zaoszczędził właśnie na tym, że dawał tego typu koncerty w bogatszych rodzinach mieszczańskich Odense. Nawet go zapraszano, bo już wiedziano, że on pięknie śpiewa, pięknie recytuje wiersze, więc był zapraszany. Parę groszy tam zawsze dostał. Zaoszczędził jakąś tę sumkę i pojechał do Kopenhagi. Okazało się, że tych pieniędzy wystarczyło na tydzień mieszkania w takim zajeździe czy karczmie. czy gościńcu raczej powiedzmy. No i prędko ta rzeczywistość, ta przyszłość przybrała dosyć takie niepewne kształty. I tu jest, zaczyna się ten rys Andersena, który też pomijano. Człowieka bardzo dobrze zorganizowanego, co przeczy temu wizerunkowi histeryka. Świetnie zorganizowanego, planującego, realizującego co do Joty swoje plany człowieka i niezwykle zdolnego PR-owca, a przede wszystkim człowieka, który świadomie dąży do obranego celu. Jego celem było zostać artystą takim czy innym, ale artystą w związku z teatrem. I on wszystko położył na jedną kartę, niewiele tego było, no ale poszukał w księgach adresowych, bo takie były wtedy bibliotece oczywiście, taka księga była dostępna, poszukał, gdzie kto mieszka, czyli wyłuskał tam wszystkie osoby znaczące w mieście, w życiu kulturalnym miasta, a to profesorów, a to kompozytorów, a to literatów, a to dyrektora teatru, dyrektora chóru między innymi przy teatrze i pukał do tych drzwi, chodził i prezentował to, co potrafił. To też obśmiano. Obśmiano w tych różnych biografiach, bazując na jednym świadectwie jednej z tych osób, a to była akurat aktorka, która gdzieś komuś opowiedziała, że jest taka notatka z tego wydarzenia, kiedy to ten 14-latek, a był dość wyrośnięty, chudy i nie bardzo zgrabny. Oczywiście bardzo ubogo ubrany. zastukał do jej drzwi i w trochę pewnie nerwicowy sposób, bojąc się, że ona je zamknie, prędko zaczął tam deklamować na tej klatce schodowej, tańczyć. I ona zareagowała, no historycznie właśnie to ona zareagowała historycznie tak i wyrzuciła go inaczej zupełnie niż inne osoby. I otóż siódmego dnia W pobytu w tej Kopenhadze on trafił do mieszkania wspomnianego dyrektora Huru przy Teatrze Królewskim. Był to Włoch. Tego wieczoru odbywało się przyjęcie w tym domu. Drzwi otworzyła gospodyni i kucharka czy jakaś taka zarządzająca domem osoba. No on jej opowiedział. On miał zwyczaj, rzeczywiście tu sprzedawał doskonale swoją sytuację, mówił, że jest ubogim dzieckiem, że nie ma pieniędzy, że nie ma bliskich i tak dalej, potrzebuje pomocy, chce być aktorem, tyle i tyle potrafi. I ona zapytała swojego gospodarza, czy może wpuścić tego chłopca. Wzięła go do kuchni, nakarmiła go i tymczasem czekała na decyzję gospodarza domu. To było zgromadzenie panów, rzeczywiście śmietanki artystycznej, intelektualnej Kopenhagi, kilkanaście osób. I zaproszono go do tego salonu, on tam wyrecytował, wyśpiewał, wytańczył, po czym kompozytor o nazwisku Wejse, u nas nieznany, ale w historii muzyki duńskiej znacząca postać, także syn chłopski. Także kiedyś, kiedyś ubogi i także wyciągnięty z tej rzeczywistości społecznej, w której żył, do świata muzyki, wykształcony za publiczne pieniądze. To były stypendia królewskie, te publiczne pieniądze, ale również arystokraci fundowali i również mieszczanie fundowali stypendie albo się składali wręcz. I on właśnie postawił, jak to Andersen opisuje w swojej autobiografii, że postawił jakiś kapelusz czy coś na stole i panowie powrzucali pieniądze. Starczyło tego na 7 miesięcy już życia, wynajęcia pokoiku bardzo skromnego, rzeczywiście bardzo, bardzo skromnego. Ale oprócz tego rozpisano u kogo będzie jadał obiady, poszczególne dni, tygodnie. Tak się zaczęły te obiady w życiu Andersena bardzo, bardzo wcześnie. I o czym wał również lekcje śpiewu od tegoż dyrektora chóru, lekcje duńskiego i lekcje łaciny od pewnego nauczyciela, który był zresztą bratem pewnego pułkownika, którego Andersen znał jeszcze z Odensek. I tak się nim zaopiekunowano i tak to potem trwało. Ten okres w Kopenhadze trwał trzy lata. On bardzo szybko zorientował się, bo zorientowano się, że przyszła mutacja, ze śpiewu nic nie będzie, z tańca niebo, bo nie ma tego talentu, aktorstwo też niekoniecznie, bo nie ma aparycji, jakiej szczególnie to wtedy się bardzo liczyło. On zaczął pisać. Zresztą pisał bardzo wcześnie, jest zachowana Ocenia się mniej więcej 1800... urodził się w 5.10., w 5.15., 1816-1817 rok, kiedy on miał może 12, może 13 lat. To było już po śmierci ojca. Ojciec miał książeczkę wojskową. I ta książeczka wojskowa zachowała się, w muzeum jest do obejrzenia, w Muzeum Hansa Christiana Andersena w Odense, w tej książeczce wynotował 25 tytułów tragedii, które zamierzał napisać wtedy jako 12-13-latek. Więc te myśli o pisaniu tworzył sobie jakieś te koncepcje tych sztuk scenicznych tragedii, jak to zawsze wtedy pisał. I później, jako kilkunastolatek w Kopenhadze, wziął się na serio za pisanie, ponieważ miał ogromne luki w edukacji. O tym już nie powiedzieliśmy, ale niewiele chodził do szkoły, krótko mówiąc. Był ponadto najprawdopodobniej dyslektykiem. I mimo, że pochłonął wszystkie książki, które były do przeczytania i w zasięgu jego możliwości, tam w Odense jeszcze, i czytał bardzo dużo cały czas, bardzo szybko, całą klasykę dla ówczesnych czytelników, klasykę już miał za sobą, zaczął wysyłać do Teatru Sztuki. Odrzucano mu je, odrzucano, odrzucano, odrzucano. Ale panowie zorientowali się, że jakiś tam talent, jakaś iskra talentu drzemie w tym. Uważali go za grafomana zdecydowanie. On pisał również wiersze już wtedy. I postanowiono wystąpić do króla, który, i taka była w Danii tradycja, przyznawał stypendia twórcze i stypendia na zdobycie wykształcenia, a także na podróże kształceniowe zagraniczne, które wtedy były bardzo modne. No i takie stypendium dla Andersena otrzymano. Został wysłany do gimnazjum. Chodził do jednej klasy z chłopcami o 4 lata młodszymi. Tak był zapóźniony. No ale bardzo szybko nadrobił to wszystko i z pewnymi trudami, bo trudno było rzeczywiście mu się wcisnąć w tą rzeczywistość gimnazjalną pełną rygorów, bo on był wolnym ptakiem, on był rzeczywiście artystą. Uważano, że powinien się wyedukować i jakąś mieć rzetelną, solidną pracę, a może jakimś nauczycielem wiejskim być, a może teologię i jakimś pastorem. Takie wtedy były dla tych przeciętniaków takie kariery. Natomiast on absolutnie wykluczył to. Otrzymał prawo do studiowania na uniwersytecie, bo zdał maturę i tak zwany egzamin drugi rok później, który dawał wstęp na uniwersytet, ale bardzo świadomie z tej możliwości zrezygnował po to tylko, żeby się poświęcić całkowicie pisaniu.
[01:17:11.88 → 01:17:13.54] A: Bo chciał być nieśmiertelny.
[01:17:14.20 → 01:17:15.44] B: I był przekonany, że będzie.
[01:17:16.12 → 01:19:16.73] A: No i proszę bardzo. Mówisz, masz. Tak sobie myślę, że Andersen miał, to drugi raz padnie to sformułowanie dzisiaj ze sceny, szczęście w życiu. Nie tylko dlatego, że trafił na Bogusławę Sochańską, ale także dlatego, że urodził się w Danii w tym właśnie momencie. Ale z drugiej strony zastanawiam się, choć przeczy temu to, że pięknie rozchodzą się jego dzienniki, zastanawiam się, czy łatwo mu będzie u nas na przykład. Miał pecha, kiedy w PRL-u, tak jak pani mówiła, określona sytuacja powodowała, że w określony sposób tłumaczyło się jego biografię i wyciągało z tej biografii to, co pasowało. Ale teraz właściwie jest też podobnie. No bo jakże tu mówić, lansować, pisać na pierwszych stronach o kimś, kto Lubił świat, lubił się zachwycać. Bardzo ciągnęło go do tej jasnej strony rzeczywistości. Może też dlatego, że bardzo dobrze znał tę ciemniejszą. Jakże tu pisać o kimś, kto funkcjonuje dzięki temu, że społeczeństwo pięknie funkcjonuje. że słabsi pomagają, że silniejsi pomagają słabszym, że bogaci zrzucają się, żeby ufundować stypendium, zapraszają do siebie do domu na obiad, bo nie ma pieniędzy, żeby samemu sobie kupić. Znowu nie dzisiejsza sytuacja. Znowu trudno będzie takiej biografii się przebić. No więc wszyscy chwycą się może tej seksualności, prawda? Jest jakiś skandal nareszcie. Właśnie, dojdźmy do tego mitu. Jak to jest z seksualnością Andersena?
[01:19:17.81 → 01:24:55.79] B: Od razu powiem na początku, że nawiązując też do tego, o czym już pani wcześniej powiedziała, nie wyrokować, nie stawiać jednoznacznie, autorytarnie jakoś diagnoz. Poza jedną. Bo o tym niewątpliwie świadczą dzienniki. Mianowicie, że Andersen z całą pewnością nie był homoseksualny. Z całą pewnością to widać. Może przeczytam jakiś fragment, który może też o tym zaświadczyć. Jeden z wielu w dzienniku, bo starałam się te wszystkie zapiski zachować po to, żeby one same Historie, które opowiada i emocje, które się wyczuwa pod tymi historyjkami, same zaświadczały o tym, jak to z nim było. Ja myślę, że, bo może dopowiem, jest bardzo wiele w tych dziennikach w ciągu całego życia świadectw bardzo intensywnych reakcji na kobiety, którymi się fascynował. i to, które poznawał, w których albo się zakochiwał, albo niekoniecznie, albo które tylko były jego obiektem, jego fascynacji wielkiej, jak na przykład taka francuska aktorka wielka, teatralna, Rachelle, gdzie wyraźnie widać, że on jest tak tak głęboko wstrząśnięty jej osobowością, jej grą i tak głęboko zafascynowany. Ona też była osobą piękną przy okazji i w której się kochało połowa męskiego Paryża. Notabene nie tyle żona, ile dzisiejszym językiem mówiąc, partnerka przez pewien czas naszego Walewskiego księcia, wówczas syna Marii Walewskiej, czyli potomka Chopina. Oni mieli razem synka, Taraszel i on. Ale to nieważne. Z tym, że Walewskim Andersen się spotkał też zresztą w Paryżu, bo on pełnił funkcję czegoś, no funkcja ta może można by ją nazywać funkcją ministra kultury. W każdym razie był osobą odpowiedzialną przy rządzie za te rzeczy. Andersen między nimi załatwiał u niego bilety do Comédie-Française w Paryżu w pewnym momencie. Ale wracając do tych historii z kobietami, on wtedy nie pisze tego wprost. To jest właśnie charakterystyczne dla tych dzienników, dla jego sposobu notowania tych rzeczy. Nie pisze uwielbiam ją, nie pisze kocham ją, nie pisze pragnę jej, ale pisze, znowu się to dzieje, znowu muszę to robić, Panie Boże wybacz mi. Nie radził sobie ze swoją seksualnością, reagował w sposób oczywisty na tę fascynację i sobie nie radził, a zarazem był z jednej strony głęboko religijny, ale nie chodzący do kościoła i bardzo serio traktujący przykazania, zakazy, przykazy, nakazy. Masturbacja była zabroniona, Wtedy przywiązywano chłopcom rączki na kołdrze do szczebelków łóżeczek, żeby przypadkiem się nie dotykali. To był temat tabu oczywiście też. Więc on dramatycznie to przeżywał. Walczył z sobą i dziennik jest świadectwem tych walk przez całe życie, od młodości aż po bardzo późne lata. I bardzo często to jest właśnie związane z osobami, z momentami, kiedy poznaje nowe jakieś kobiety. I te kobiety się wtedy intensywnie przez jakiś okres pokazują. Jest też przez kilkanaście lat wielka miłość do szwedzkiej sopranistki Jenny Lind. Ale mimo to ja nie wykluczam wcale tego, co postawiła jako tezę autorka znanej u nas biografii Andersena, Jackie Woolschlager, że ona twierdzi, że był biseksualny. Ja twierdzę, że mógł być, że tego po prostu nie wiemy. Być może był, tego nie wiemy. Argumenty, który się przytacza i ona również, autorka tej biografii, w szeroko w świecie to się przytacza, Są takie mianowicie, że w listach pisał do swoich przyjaciół mężczyzn, kocham cię, nie mogę się doczekać spotkania, tęskno mi za tobą itd. Ci piszący te rzeczy nie zadają sobie trudu z badania obyczajowości tamtych czasów i szerokiego kontekstu kulturowego. Wystarczy wziąć u nas listy Chopina, którymi się posłużyłam, też cytuję we wstępie swoim, żeby wreszcie udowodnić coś, no bo tak trudno udowodnić coś takiego. Pisał, kocham cię, to znaczy, że był zakochany w tym swoim przyjacielu. Nie. Chopin pisał do wszystkich, pisał wielokrotnie goręcej niż Andersen. Ba, znalazłam też list Schumana do Chopina, zanim Schumann Chopina poznał. Uwielbiam pana, bardzo błagam o tak, znaczy prosił o spotkanie. podziwiam pana i tak dalej. Więc takie były konwencje tamtych czasów i posługiwanie się takim argumentem, żeby to twierdzenie swoje udowodnić jest po prostu jakimś śmiesznym nieporozumieniem.
[01:24:55.83 → 01:25:04.90] A: Zwłaszcza, że mówił kocham cię tak, że wykrzykiwał z dorożki, kiedy we włoskich miasteczkach jeździł po mieście. i krzyczał...
[01:25:04.90 → 01:25:05.86] B: A to akurat do dziewcząt.
[01:25:05.94 → 01:25:10.78] A: Do dziewcząt, ale też pewnej staruszce wyznawał miłość, prawda?
[01:25:11.15 → 01:25:49.80] B: Właśnie, ale to było zwykłe kocham cię, właśnie to słowo kocham cię, ono w naszym kontekście jest jakoś rozumiane, jakoś jednowymiarowo, chociaż teraz dzieci zaczynają mówić do rodziców kocham cię, bo tak są uczone, małe dzieci. Myśmy jeszcze nie mówili do rodziców kocham cię, będąc małymi dziećmi, prawda? Teraz dzieci już mówią, więc to się znowu zmienia w dobrą stronę, ale On rzeczywiście jako kilkunastolatek będąc w tym gimnazjum pisze o pewnej starszej umierającej pani, o staruszce w zasadzie. i napisał do niej jakiś liścik, zdaje się, w związku z jakimś urodzinami czy czymś, że ją kochał, bo ją po prostu kochał jako osobę, jako człowieka.
[01:25:50.36 → 01:25:51.54] A: Używał tego słowa.
[01:25:51.70 → 01:25:59.62] B: Używał tego słowa, ale wtedy tak się po prostu mówiło i tak się pisało i to było normalne. W związku z tym nie wolno nadużywać się.
[01:25:59.68 → 01:26:07.59] A: Po raz kolejny mamy taką sytuację, że wyłowiono z Andersena fragment jego życia, fragment jego zachowania i wokół tego.
[01:26:07.81 → 01:28:01.54] B: I niewłaściwie to zinterpretowano. Była w jego życiu pewna osoba bardzo ważna dla niego, mianowicie to był syn jego najważniejszego bodaj opiekuna w czasach młodości. Tego właśnie człowieka, który wystarał się o to stypendium na gimnazjum. Potem starał się w następnych latach młodości Andersena, starał się o stypendia królewskie na jego podróże zagraniczne. Notabene Andersen, bo tego jeszcze nie powiedziałyśmy, 10 lat życia, blisko jak się policzy te wszystkie miesiące, spędził w podróżach i przez całe życie rzeczywiście takie bardzo długie podróże odbywał, uwielbiał podróżować. Notabene znów, to też się przytacza jako dowód na to, że rzekomo był taki nieszczęśliwy, więc wyjeżdżał w podróże, bo nie mógł, bo jakoś, nie wiem, ja nie potrafię tego, tych argumentów przytoczyć, bo one są niedorzeczne po prostu. On po prostu uwielbiał świat, uwielbiał podróże, a że był fetowany w Niemczech na przykład, to szczególnie chętnie jeździł do Niemiec, bo tam go rzeczywiście uwielbiano, w Danii to było różnie. Duńczycy tacy są bardzo, krytyczni, bywają bardzo ironiczni, tak jak i same teksty Andersena też zresztą. I jak wiemy, nikt nie jest prorokiem we własnym kraju poza tym. Więc te jego rozliczne podróże też pokazują, I jakoś można w nich odczytać jego problemy z seksualnością, bo w późniejszych latach życia podróże czasem służą też temu, żeby podjąć jednak tą próbę zbliżenia się do tej seksualności realnej, czyli do kontaktu z kobietą. Andersen, jak się ocenia, najprawdopodobniej nigdy nie zrealizował się seksualnie. W ogóle.
[01:28:02.04 → 01:28:02.48] A: Nigdy.
[01:28:02.74 → 01:33:27.58] B: Nie odważył się. Moja teza... U Andersenie napisano dziesiątki książek, ale ja nie spotkałam się z taką tezą. Moja teza jest taka, że poza tą kwestią religijności, tu mieliśmy też fragment o tym, że nie zrobię nigdy krzywdy nikomu, nie pozwolę sobie na to, żeby urodziło się dziecko, które potem będzie nieszczęśliwe na przykład. Są inne dowody w dziennikach na to jego bardzo, bardzo etyczne takie myślenie, ale przede wszystkim jest ten lęk przed karą, W przypadku boską, w przypadku gdy, czy też karą, to znów jest za mocne słowo, bo właściwie kategoria kary u niego nie istnieje w kontekście religijnym, ale przed popełnieniem czegoś niestosownego. Z drugiej strony jest lęk, jeśli już mówimy o ewentualnych przymierzaniu się do próby podjęcia jakiegoś kontaktu seksualnego z kobietą, choćby gdzieś w jakimś burdelu, co potem robił. Do tego Paryża jeździł już jako 50-60-latek i chodził do tych burdeli. I wszyscy mu mówili, znajomi, no idź wreszcie, no zrób to wreszcie, no nie męcz się tak. Są takie notatki w dziennikach. On wchodził i rozmawiał z tymi kobietami. I znowu notuję w dzienniku, nie mogę tego zrobić. Ona jest taka biedna, ta dziewczyna. Ona jest taka wykorzystywana. Przecież ja nie mogę jej tego zrobić. To jest etyka i religia raz, ale dwa również strach przed chorobą weneryczną moim zdaniem. To też nie jest powiedziane explicite, ale Ale choroba weneryczna to był dramat przecież w tamtych czasach. Ona była bardzo realnym zagrożeniem, zwłaszcza w jego sytuacji, kiedy był tak szeroko znany i tak wysoko ceniony i szanowany. Upadek z tak wysokiego konia byłby dla niego czymś strasznym, więc to była druga rzecz. A to, że nie związał się z żadną kobietą, pośród tych, z którymi obcował, No tu jest kwestia już, wydaje mi się, lęku przed seksualnością, przed wystawieniem się na ten kontakt, który dla niego musiał coś tajemniczego oznaczać. Moja teza, wracam teraz do tego zdania, jest taka, że kiedy umarł ojciec, a matka po jakimś czasie wyszła ponownie za mąż, to on miał wtedy lat 13, zaczynał się u niego okres burzliwy, hormonalnie burzliwy i jakaś świadomość swojego ciała i seksualności i tak dalej. To oni, podobnie jak wcześniej jego rodzice, mieszkali nadal w jednym pokoju i jego łóżko stało dwa metry od tego łóżka, czy trzy metry, jak widzieliśmy w muzeum, od tego łóżka, w którym, wprawdzie za zasłonką kretonową, jak to również opisuje w swojej autobiografii, Tam toczyło się normalne życie małżeńskie i był ten nowy ojciec, a ten ojciec, którego stracił, był ojcem uwielbianym. Tu był obcy mężczyzna. Ani słowem Andersen nigdzie o tym nie pisnął oczywiście, bo nie mógł. Takich rzeczy się nie pisało. Ja sądzę, bo bardzo łatwo mi sobie wyobrazić, że chłopiec w tym wieku, chłopiec, który utracił ukochanego ojca, nawet abstrahując od tego, Nawet jeżeli ten ojciec nie był ukochany. To jednak obcy mężczyzna z matką w łóżku obok. I te historie o tym, że chciał tak strasznie wyjechać do Kopenhagi, żeby zostać aktorem. Ja myślę, że jeszcze i to drugie za tym się też kryło. Być może z tego dzieciństwa pozostał jakiś uraz. Może pozostał jakiś lęk. Może ten seks był bardzo ostry. Jakiś bardzo gwałtowny. Może był przez niego niechciany. przez tego młodego chłopca. On musiał mieć w sobie sprzeciw. Tak sobie można bardzo łatwo to wyobrazić przecież. Myślę, że ponieważ był nadwrażliwym człowiekiem, to to mogło w nim pozostać. Być może seks mu się kojarzył z czymś wulgarnym, z czymś niepięknym, mówiąc trochę eufemistycznie. I mimo, że kochał się w tych kobietach, no rzeczywiście jedna z nich, właśnie ta wspomniana Jenny Lind, to była jedyna, której właściwie się oświadczył w liście. Nie wprost, nie napisał proszę panią o rękę, tylko jednoznacznie zasugerował, że chciałby, żeby została jego żoną. No a ona mi odpisała, że ona chciałaby, żeby on został na całe życie jej bratem. i sprawa się wyjaśniła jednoznacznie. Bardzo długo nie mógł tego odżałować i do końca życia i te notatki też z pieczołowitością zachowywałam. Wszystkie śpiewaczki porównywał do Jenny Lindh i żadna się nie dała z nią porównać.
[01:33:29.46 → 01:33:41.39] A: Pani teoria, pani domysły otwierają wielość interpretacji, w przeciwieństwie właśnie do tych jednowymiarowych, które były do tej pory, tak?
[01:33:41.61 → 01:38:08.43] B: Ale zaczęłam w pewnym momencie opowiadać Państwu o tym jego przyjacielu ważnym, który był synem tego, Jonasa Collina, opiekuna. Otóż ten Edward miał na imię i on właśnie w tych różnych biografiach Andersena, pisanych zwłaszcza w Niemczech i w Anglii, jest uważany za wielką miłość. Andersena, właśnie z powodu, ze względu na te listy, których tam było sporo, bo oni całe życie ze sobą korespondowali. Także dlatego, że jest jeden taki dramatyczny list zachowany, notabene zachowany przez Edwarda, więc to jest dla mnie też dodatkowy argument, do którego za moment wrócę, w którym Andersen odnosi się do tego, że, i to potem w dzienniku też komentuje, że Edward nie chce przyjąć propozycji przejścia na ty. Wtedy mówiono do siebie per pan pani, I to było dosyć normalne. Natomiast młodzi mężczyźni oczywiście jak się zaprzyjaźniali, to przychodzili ze sobą na ty, podobnie dziewczęta. Ale ten Edward był dość oporny. On był zupełnie innym typem osobowościowym i charakterologicznym niż Andersen. Był chłodny, opanowany, rzeczowy, taki typ urzędasa. Potem w późniejszych latach Andersen dość często z taką z taką zjadliwą ironią odnosi do tego rysu charakterologicznego przyjaciela, ale to był jego przyjaciel przez całe życie. To był człowiek, mimo tego dystansu, który chciał koniecznie zachować w stosunku do Andersena, był jego niewątpliwie największym przyjacielem, bo najwięcej dla niego zrobił. Opiekował się całe życie jego finansami i w ogóle tą materialną otoczką jego. Organizował mu co się dało, włącznie z kupowaniem mebli i załatwianiem różnych paszportów i innych historii. Trzymał w rękach jego finanse i przez wiele lat również przepisywał na czysto jego utwory, bo Andersen pisał z błędami, jak wspomniałam, więc ten mu poprawiał interpunkcje i tak dalej. Andersen był wrośnięty w tę rodzinę. To był jeden z pięciorga, ten Edward był jednym z pięciorga rodzeństwa. Oni wszyscy byli przyjaciółmi pisarza i ich dzieci i ich wnuki były jego dziećmi, jego wnuki. On po prostu wrósł w tę rodzinę i tak było do końca życia. Edward Colleen przechowywał również listy, bo Andersen co ruszto wyjeżdżał w te długie podróże, wtedy likwidował mieszkanie, pakował cały dobytek w kilka skrzyń i to lądowało zazwyczaj to, co najważniejsze, czyli rękopisy i listy lądowały u Edwarda Colleena, przede wszystkim żona Edwarda była wielką przyjaciółką Andersena, lądowały tam na przechowanie. Edward Collin pieczołowicie to wszystko przechował i wcale nie wyrzucił listów, w których Anderson pisze, kocham cię i tak dalej, bo właśnie to było normalne. Gdyby, przecież homoseksualizm był przestępstwem w tamtych czasach, za to się szło do więzienia, gdyby to wyszło na jaw. Więc skoro tak, to trzeźwy taki i bardzo mocno nogami na ziemi stojący Edward Collin wszystkie te listy by powyrzucał. Spaliłby je po prostu. A te listy są. Mało tego, są notatki Andersena, jedna z nich między innymi w pewnym momencie pisze Edward chciałby żebyśmy we dwóch pojechali w podróż po Norwegii, a mnie się nie chce. No więc, no przepraszam. Jeżeli on rzekomo całe życie się kochał w Edwardzie i nagle otrzymuje propozycję wyjazdu długiego we dwóch do Norwegii. i ją odrzuca, to co? Prawda? A poza tym Edward ma syna i ten kilkunastoletni syn podróżuje z Andersonem po Europie wiele miesięcy. Raz, drugi raz, trzeci raz. To co? Gdyby ojciec, jeżeli ojciec wiedziałby o tym, że przyjaciel jest homoseksualny, to by swojego syna dorastającego z nim wypuścił. To jest niedorzeczne wszystko. To jest po prostu niedorzeczne. Natomiast nie możemy oczywiście wykluczyć, że Andersen był czy nie był biseksualny, po prostu dlatego, że nie możemy, bo nie mamy na to dowodów.
[01:38:08.51 → 01:38:08.97] A: Może był.
[01:38:09.85 → 01:38:16.47] B: Tylko, że nic z tego nie wynika, bo na pewno z nikim się nigdy nie związał i na pewno nie ma na to żadnego dowodu.
[01:38:17.98 → 01:39:17.89] A: Wracając do tego artykułu, do którego sięgnęłyśmy razem z panią przed naszym dzisiejszym spotkaniem, w którym Ryszard Kapuściński mówi o tłumaczach i o ich ogromnej roli w dzisiejszym zwłaszcza świecie, a to przypomnijmy było dekadę temu. On tam pisze też tak, że zwraca uwagę na to, że tłumacz dla swojego autora jest kimś w rodzaju ambasadora, że niemożliwe jest, żeby tłumacz, dobry tłumacz, nie był zafascynowany krajem czasami, nie bronił jak lew czy lwica swojego autora. Jest to wynikiem tej fascynacji. Bogusława Sochańska, wypisz, wymaluj, pasuje jak Państwo widzą do tej definicji. Zanim oddam państwu głos, bo może są jakieś pytania, może chcielibyście państwo dowiedzieć o coś jeszcze. Może zapomniałyśmy o jakimś micie tutaj do rozważenia.
[01:39:18.21 → 01:39:18.73] B: Śmierć.
[01:39:19.07 → 01:39:23.83] A: Śmierć. To tak, to tak, to teraz o śmierci.
[01:39:23.93 → 01:39:24.57] B: Bo to bardzo ważne.
[01:39:24.71 → 01:39:43.26] A: Bo to bardzo ważne. Swoją drogą, nie wiem jak państwo, ale ja nie spodziewałam się i nie przygotowałam się kiedy dochodziłam do końca dzienników, ale potrzebna mi była chusteczka. To wyjątkowy moment.
[01:39:43.48 → 01:46:33.87] B: Tak, więc tak, o temat śmierci to jest wieloaspektowy temat w przypadku Andersena. To zakończenie dzienników, bo trzeba Państwu wiedzieć, że ostatni zapisek ma miejsce w dniu śmierci Andersena i te ostatnie dni, dwa tygodnie, to już nie były notatki jego własnoręczne, tylko dziewcząt i gospodyni domu kolejnej rodziny zaprzyjaźnionej, u której spędzał ostatnie tygodnie życia, które się nim opiekowały. Jak już nie mógł sam pisać, to notowały, ponieważ wiedziały, że to jest dla niego taka, no już wtedy wiedziano, że to jest tak wielki pisarz, że po prostu trzeba dopełnić tego. i bardzo wzruszający i piękny rzeczywiście. Ja też płakałam. Proszę mi wierzyć, że nie tylko przy pierwszym i drugim czytaniu dzienników i nie tylko przy tłumaczeniu, ale czytałam korekty. Nawet rozmawiałam z moją redaktorką, znaczy z redaktorką tekstu, panią Marią Bosacką i uzgodniłyśmy to między sobą. Miałyśmy to samo doświadczenie. Pierwsza redakcja, to znaczy całe czytanie tekstu, żeby znaleźć ewentualne błędy, jakieś poślizgnięcia językowe itd. Druga redakcja, ona płakała i ja płakałam. Więc rzeczywiście to są proste słowa, prosta sytuacja, bardzo piękna śmierć, spokojna, normalna śmierć we śnie. normalna, taka jakby się chciało, żeby była normalna. Już w okresie takim, kiedy pisarz od dłuższego czasu wie, że będzie umierał, bo sporządza testament i przygotowuje się i jest jakoś pogodny w tym. Inna rzecz, że dawano mu morfinę, bo to był nowotwór najprawdopodobniej, dawano mu morfinę i w związku z tym nie cierpiał tak strasznie w tym ostatnim okresie. To jest bardzo wzruszające, ale ta śmierć jego w kontekście tego wszystkiego, co się mówi i co się przyjęło sądzić o baśniach Andersena, że to śmierć głównie jest ich tematem. I to w takim świetle śmierci jako coś takiego, o czym się nie powinno mówić. Coś okropnego, coś, o czym należałoby raczej zamilczeć, a już na pewno nie opowiadać o tym dzieciom. bo przecież dzieci powinny wierzyć, że nigdy nie umrą i że w ogóle nikt nigdy nie umrze, ani babcia, ani dziadek, ani mamusia, ani tatuś i takie inne bajki. To jest trudne, to wszyscy wiemy, jakie to jest trudne, ale w czasach Andersena, po pierwsze, żeby powiedzieć jednoznacznie, że śmierć jest tematem stosunkowo niewielkiej liczby baśni, ale ponieważ te stosunkowo dobrze znane, a zwłaszcza jedna z nich, Dziewczynka z zapałkami, najbardziej znana, jest znana przez wszystkich. No to i poza tym robi tak wielkie wrażenie na czytelniku, no to to zapamiętujemy. I mówimy, o ten Andersen, autor takich smutnych, pięknych w prawdzie, ale takich smutnych baśni. Tak się myśli, również dlatego, że w poprzednich przekładach nie rozszyfrowano najczęściej humoru Andersena, a właśnie są przesycone humorem. I to za humor najbardziej cenią Andersena-Duńczycy. Zupełnie dla nas niewyobrażalna rzecz. Jeśli nie, przedrzemy się przez ten nowy przekład z takim nastawieniem, że zapominamy o swoim W drukowanym gdzieś w tą naszą podświadomość micie, że te baśnie są takie strasznie smutne, a niektórzy nawet słyszę straszne. No owszem, są takie dwie może dzisiaj dla nas straszne, ale dlaczego śmierć w ogóle się pojawia w baśniach Andersona? No odpowiedź jest bardzo, bardzo prosta. Otóż pojawia się tam dlatego, że śmierć jest elementem życia. A to jest literatura bardzo poważna, mówiąca nie, to nie jest bajdu bajdu, tylko to jest bardzo poważna, głęboko egzystencjalna literatura. Te baśnie, niektóre z nich dzisiaj, ich interpretacje dają, zresztą otwierają, niektóre z nich otwierają wiele pól interpretacyjnych. Odkrywane nieustannie, zresztą przez cały czas, przez wszystkie pokolenia artystów, zawsze znajdzie się ktoś, o dużej wrażliwości, kto znajdzie coś bardzo wielkiego w tych baśniach, jak powszechnie sądzimy, pisanych dla dzieci. Więc śmierć musiała być tam obecna, bo śmierć dla Andersena też była ważnym momentem przejścia. To jest pisarz, który postrzegał życie, tu mamy ten filozoficzny aspekt, postrzegał życie jako element tylko życia, bo życie wieczne perspektywa chrześcijańska, ale jak wiemy, nie tylko życie wieczne następuje po śmierci i to ono jest dopiero tym prawdziwym, wspaniałym, pięknym życiem. Notabene ja tłumacząc, pracując przez kilka, pięć lat nad tymi baśniami, Znalazłam w nich bardzo wiele dla siebie. Właśnie wsparcia, właśnie siły, takiego fundamentu, bo to wszystko mamy gdzieś. Oczywiście z wychowaniem w naszej kulturze to wszystko jest, ale jak się tak to w takim natężeniu, tyle tych utworów, takie wielkie dzieło i to tak wraca znowu i znowu i znowu i ten Bóg jest dobry i ta śmierć jest tylko przejściem, a potem już będzie wspaniale. I Bóg nie jest każący właśnie, bo tu zaczęłam w pewnym momencie mówić o karze. Mało tego, wręcz przeciwnie, Bóg to jest łaska. Więc nawet jeśli my coś zrobimy nie tak, to zawsze istnieje szansa na właśnie łaskę. Kategoria łaski jest niesłychanie ważna u Andersena. Tę warstwę filozoficzną też się ją pomija. Nie wiem dlaczego. Ona jest niesłychanie ważna u Andersena. I na koniec, Jeszcze jedna rzecz. W jego czasach, co widać w dziennikach i właśnie to starałam się również wydobyć, jak wtedy się umierało. Jak szybko, jak dużo dzieci umierało. Te dzieci gasły czasem w ciągu dnia półtora. Nie było antybiotyków. Gdzieś pamiętam, przeczytałam, że w pierwszej połowie, w pierwszym ćwierćwieczu XX wieku połowa dzieci nie dożywa piątego roku życia. Więc jeśli tych tragedii rodzinnych było co chwilę tyle dookoła, sam Edward stracił troje dzieci we wczesnym dzieciństwie również, no to w naturalny sposób to zjawisko znajdowało odzwierciedlenie w literaturze i również u Andersena.
[01:46:35.34 → 01:47:17.03] A: Powiedziała Pani, co znalazła, to miało być moje pytanie, odpowiedziała już Pani na nie, co znalazła w baśniach dla siebie, co sobie wzięła, ale myślę, że gdzieś z dzienników też możemy brać ogromne ilości, żebyśmy nawet nigdy w życiu nie popełnili ani jednego tekstu, nie mieli aspiracji do bycia nieśmiertelnym, choć z drugiej strony, dlaczego nie? to i tak odnajdujemy się w dziennikach, bo bohaterem dzienników jest ktoś tak wielowymiarowy. Ktoś, kto pozwala sobie na słabości. Ktoś, kto cierpi. Ktoś, kto nie chce być samotny. A to jest przecież coś, czego nikt z nas nie chce.
[01:47:17.09 → 01:47:18.81] B: Podstawowe doświadczenie egzystencjalne.
[01:47:20.23 → 01:47:47.52] A: Tak naprawdę każdy z nas szuka swojej metody w życiu na to, żeby tej samotności uniknąć. Jego metodą było pisanie. Stąd np. 13 tysięcy listów i cała reszta, bo to był kontakt z drugim człowiekiem. Więc w tych dziennikach każdy z nas może z nich sobie wyłowić masę rzeczy, które są nim tak naprawdę. Co Pani znalazła?
[01:47:47.85 → 01:48:18.38] B: Poza tym jeszcze jest jedna rzecz. To są dzienniki. On zaczął je pisać, kiedy miał lat 20, umierał mając lat 70. Cała perspektywa życiowa, całe życie człowieka, to jak taki fryz. I te wszystkie emocje, i te wszystkie cierpienia, i to dojrzewanie, i te wszystkie przemiany, to jest tak jak pani mówi, coś w czym możemy się przeglądać.
[01:48:20.58 → 01:49:02.41] A: A co pani odpowiedziała na pytanie na początku, czym jest literatura dla Bogusławy Sochańskiej? No właśnie, czymś w czym możemy się przeglądać. czymś, co jest świadectwem. Bogusława Sochańska, nie tylko wielki ambasador Andersena, nie tylko znakomita tłumaczka, ale także mam niejasne wrażenie, krew z krwi, kość z kości. Dużo wspólnych rzeczy tu widzę w sposobie myślenia, choćby o literaturze. Jest Państwa gościem. Za chwilę powiem, była Państwa gościem, ale może mają Państwo jakieś pytania. Bardzo proszę, tu jest mikrofon.
[01:49:07.49 → 01:52:28.90] D: Jestem. Dzień dobry, witam państwa, dobry wieczór. Nie byłbym sobą, gdybym tutaj nie powiedział o może jednej, może dwóch rzeczach. Ja się zafascynowałem Andersenem dzięki Bogusi, Bogusią dzięki Bogusi. Rozmawialiśmy tutaj dzisiaj wieczorem, czy słuchaliśmy dość sporo o Andersenie. Natomiast ja chcę państwu powiedzieć, czym tak naprawdę ta książka jest i co jest dziełem Bogusławy Sochańskiej. Kiedyś jako wykładowca Akademii Teatralnej we Wrocławiu, wykładowca reżyserii, kiedy zarządziłem na trzecim roku, że wszyscy studenci będą robić Andersena, zapytałem Bogusi, jaka według niej jest najlepsza biografia Andersena, to znaczy co ja tym smarkaczom mam dać do przeczytania. Bogusia wtedy powiedziała żadna. Jest ich aż tyle i żadna nie jest taka, która odpowiada Bogusławie Sochańskiej. To, co zrobiła Bogusława Sochańska w dziennikach, to jest to, że pozwala nam, każdemu z nas, czytając te dzienniki, zrobić swojego Andersena. Jeśli Państwo będziecie czytać te dzienniki, to ja polecam, zróbcie sobie tego swojego Andersena. Ponieważ ja te dzienniki przeczytałem, kiedyś robiłem czytanie takie performatywne u nas na scenie i ja się nie we wszystkim zgadzam z Sochańską. Ale luksusem tej książki jest to, że każdy z nas będzie czytać tego Andersena po swojemu. I walorem tej książki jest to, że Andersen pisał ją nie do druku, nie do czytania dla innych. W związku z tym trochę możemy podejrzeć jakby przez dziurkę od klucza, ale możemy my podejrzeć. Nie przez Sochańską, nie przez Jackie, nie przez nikogo. Dlatego polecam lekturę tego, a jako puentę tego wieczoru jesteście państwo Wszyscy mamy wielkie szczęście. W Lublinie istnieje prawdopodobnie jedyny teatr na świecie imienia Hansa Christiana Andersena i bardzo niewiele osób wie. Ja się o tym dowiedziałem dopiero rok temu od pierwszego dyrektora teatru Andersena Stanisława Ochmańskiego, skąd się wzięła nazwa. Okazało się, że z jednej strony to jest zupełny przypadek, a z drugiej strony lublinianie zawdzięczają to sami sobie. W czasach, kiedy powstawały teatry lalek, Powstawały słuszne takie, ja nie wiem czy ja mogę w tej chwili o tym powiedzieć, ale to też o Andersenie. Powstawały teatry lalek jako teatry dla dzieci kształcące nowego człowieka i obywatela. Nadawiano im nazwy głupsze od poprzednich. Każdy kolejny powstały, to był teatr Hochlik we Wrocławiu, teatr Pleciuga w Szczecinie, teatr Kubuś nadal jest w Kielcach, teatr Kacperek w Rzeszowie, Marcinek, a to jeszcze zupełnie innego, bo tam święty Marcin i tak dalej. W związku z tym Stanisław Ochwański w kurierze lubelskim zarządził, że będą wrzucane nazwy i będziemy głosować lublinianie na te nazwy. On mi to zdradził rok temu. Przyszedł do redakcji. Tak, mamy nazwę. Jak się będzie mój teatr nazywał teatr lubelski? Radość. I Staszek oszalał. Ma 84 lata w tej chwili. Powiedział, to jest niemożliwe. Ja nie mogę prowadzić teatr o nazwie Radość. A co jest pod drugim punktem teatr Andersena? A można stracić kilka głosów? I stracili kilka głosów. Mamy teatr Andersena. 61 lat.
[01:52:30.24 → 01:52:31.01] B: Dziękuję.
[01:52:31.19 → 01:52:47.87] A: Dyrektor teatru Andersena Arkadiusz Klucznik. Czy ktoś z Państwa? Jeśli nie. To zostawiam Państwa z poleceniem dyrektora. W końcu dyrektor nakazał, prawda? Zróbmy sobie swojego Andersena.
[01:52:47.97 → 01:52:55.79] B: Dyrektor przygotował w tym roku czytanie fragmentów dzienników rozpisane na kilka głosów aktorów Teatru Andersena.
[01:52:57.03 → 01:53:07.41] A: Błagusława Sochańska, tłumaczka Andersena, ale jak Państwo słyszeli i wiele, wiele więcej była naszym gościem. Dziękuję Pani. Dziękuję bardzo.

Bitwa o literaturę. Znacie? To posłuchajcie.

“Dzienniki” Hansa Christiana Andersena w wyborze i tłumaczeniu Bogusławy Sochańskiej nominowane były do tegorocznej nagrody literackiej Gdynia w kategorii translatorskiej. W języku polskim ukazały się po raz pierwszy. Czy na pewno dobrze znamy pisarza obecnego w naszej kulturze od blisko stu pięćdziesięciu lat?
Grażyna Lutosławska

Obszernych skrótów ze spotkań można wysłuchać w audycji „Osobowości” na antenie Radia Lublin w każdy poniedziałek o 20:00.

Cykl „Bitwa o literaturę” dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Wróć