[pokaż transkrypt] [ukryj transkrypt]
[00:01.15 → 00:10.61] A: Dzień dobry Państwu, we Stardaczy na bitwie o literaturę i od razu zapraszam naszego gościa Marcin Meller. Wielkie brawa. [00:15.45 → 00:17.27] B: Dzień dobry Państwu. [00:17.75 → 00:48.01] A: Dzień dobry Panu. To my siadamy. Państwa również do tego zachęcam. Przypomnę, że Na Państwa pytania jak najbardziej czekamy, na Państwa reakcje jak najbardziej są oczekiwane. Fragmenty książki Dzieci Lwa będzie czytała Natalia Saharczuk i od tego też zaczniemy nasze spotkanie, od fragmentu ostatniej powieści Marcina Mellera. Zapraszam Pani Natalia Saharczuk. [00:50.77 → 04:24.89] C: Ja tutaj postoję, mam taki specjalny krzyżyk. 17 września 2023. Bomba wybuchła w niedzielę wieczorem. Właśnie zaczynały się fakty w TVN-ie. Marszałek Sejmu Elżbieta Witek walczyła na orędzia z Marszałkiem Senatu Tomaszem Grodzkim. Powodem była afera wizowa, którą opozycja wykorzystywała do atakowania rządu w brutalnej, skrajnie emocjonalnej kampanii wyborczej. Polscy siatkarze po raz drugi w historii sięgnęli po złoty medal Mistrzostw Europy. W piwnicy wiejskiego domu na Pomorzu policja odkryła ciała trzech noworodków i postawiła zarzuty zabójstwa i czynów kazirodczych. Ukraińcy wyzwolili miejscowość Kliszczyjówka pod Bachmutem, a irlandzki turysta uszkodził kamiennego lwa strzegącego giełdy papierów wartościowych w Brukseli. Wiktor Tilscher siedział w ulubionym przetartym fotelu. Jednocześnie oglądał telewizję, przeglądał w komórce serwisy informacyjne i odkopywał piłkę, którą podawał mu trzyletni Mundek. Z kuchni słychać było śmiechy Agaty i Lilki. Mała uczyła się gotować. Śmiech był tak zaraźliwy, że Wiktor podniósł się z kanapy i rzucił do syna. Chodź młody, zobaczymy co dziewczyny znów odwaliły. Mundek kopnął piłkę prosto wstojący na ziemi wysoki wazon, który się zachwiał, ale nie wywrócił. Chłopiec zachichotał, złapał tatę za rękę i poczłapali do kuchni. Agata siedziała na podłodze pod lodówką i wyglądała jak mims horroru. Po kredowo białej twarzy spływały łzy śmiechu. Cała była w mące, którą dosypywała jej na głowę mała lilka. Agata próbowała się zasłaniać, a jej śmiech przechodził w coś pomiędzy piskiem i sapaniem. Mundek rzucił w stronę mamy i siostry, by dołączyć do zabawy. Agata dostrzegła stojącego w drzwiach Wiktora i zanim zdążył się zorientować, podniosła coś z ziemi i rzuciła w jego stronę. Dostał surowym jajkiem w sam środek klatki piersiowej. Przez moment stał osłupiały. Po czym zebrał gluty z koszuli, przeskoczył do reszty rodziny zastanawiając się, co idiotycznego może wnieść do zabawy, kiedy zadzwonił jego telefon. Spojrzał na ekran Darek Zawadzki, jego zastępca w tygodniku Reflektor. Jutrzejszy numer już poszedł do drukarni, wszystko było pod kontrolą, a Darek nie miał w zwyczaju dzwonić bez powodu. Zwłaszcza w niedzielę. Co mogło się stać? Wiktor zmarszczył brwi, podniósł się niezdarnie, pośliznął na jajku, zaklął, złapał się kamiennego blatu wyspy i kliknął zieloną ikonkę. Widziałeś, Naczelniku? Co? Głos narodowy wrzucili przed chwilą. Darek na litość boską, co wrzucili? Jego zastępca był zastępcą doskonałym. Nieskończenie wiele razy ostrzegał szefa przed nadciągającymi burzami i górami lodowymi, krył go w trudnych momentach, ale miał nienajprostszy sposób komunikowania myśli. Czasem zbyt barokowy. Długo dochodził do sedna, zaczynając od sprzeczki w raju. Kiedy indziej rzucał dwa słowa, święcie przekonany, że Wiktor resztę doczyta z jego myśli. Wiktor czasem doczytywał, a czasem nie. Tym razem domyślał się, o co chodzi. ale tym bardziej nie wiedział, skąd popłoch w głosie Darka. [04:26.11 → 04:50.15] A: Dziękuję Natalia Zacharczuk, wielkie brawa. Jeszcze powiem, że rozmowę tłumaczeń przedstawia Polski Język Migowy Ewelina Lachowska i Łukasz Grzesiuk. Bardzo serdecznie wam już teraz za ten przekład dziękuję. Jak usłyszałeś o kampanii, kampania wyborcza, bo teraz aż ciepło zrobiło, cieplej się zrobiło na scenie. [04:50.23 → 05:36.34] B: Nie, bo wiesz, jak pani przeczytała to zdanie o wyjątkowej emocjonalnej kampanii wyborczej z 23, to przecież nie tylko my, połowa państwa się zaśmiała, biorąc pod uwagę, w którym momencie tej kampanii jesteśmy i że tamta kampania to były jakieś przedszkole w porównaniu z tą kampanią, a wiadomo, że tamta była, poprzednia była niczym w porównaniu z tą i taka eskalacja, więc to jest jedna rzecz, a druga to się uśmiechnęłem, bo tam jest, że siatkarze zdobyli mistrzostwo Europy, a mam teraz córkę siatkarkę i właśnie w soboce gra w mistrzostwach Mazowsza dwójek, Jak się zakwalifikują to jadą do Katowic na finał Mistrzostw Polski, więc wiesz, dumny tata będzie tam w sobotę na krawędzie zawału serca. [05:37.21 → 05:49.17] A: to my trzymamy kciuki i będziemy z tobą. A na razie jeszcze porozmawiajmy o powieści, bo ja wiem, że kampania, kampania, kampania. Chociaż już mam takie pytanie, czy to przypadkiem nie grozi nam. [05:49.17 → 06:29.17] B: Chodź, powiem jedną rzecz. Wyjdę słowo, że byłem w gościnie u dziennikarza Jacka Nizinkiewicza, który na co dzień zajmuje się polityką, a po godzinach sobie robi w radiu Nowy Świat, tak, czy 357. W każdym razie w radiu, w jednej z tych dwóch, robi program muzyczny. I on powiedział, że zabierał się do dzieci lwa, że mu się ostatecznie bardzo podobały, ale nie mógł się zabrać, bo jak przeczytał ten początek, gdzie zobaczył polską politykę, to go tak odrzuciło, bo się tym zajmuje na co dzień, że pół roku później dopiero wrócił do niej. Jakbym pisał ją jeszcze raz, to bym wyciął ten pierwszy fragment. [06:29.29 → 06:41.69] A: A ciebie nie odrzucało właśnie pisania chociażby o mediach, bo jest tu książka też, właśnie tak jak ten fragment się zaczął, to jest też książka o polskich mediach i o tym, jak one się kształtowały na samym początku demokracji naszej. [06:41.91 → 07:51.33] B: Nie, media... Mój stosunek do mediów to jest miłość i nienawiść, to znaczy na jakimś metapoziomie dzisiaj mam bardzo krytyczny stosunek do polskich mediów, natomiast jakby całe życie w nich siedzę i wszystkie najfajniejsze rzeczy z okresu od ukończenia studiów to mi się zdarzyły z racji pracy w mediach. Poza tym To jest tak, że znam to naprawdę od środka, w związku z czym być może w którymś momencie przy pisaniu następnej powieści już włączę więcej dokumentacji, że będę pozyskiwał wiedzę, natomiast miałem tyle rzeczy do wykorzystania też insajderskich, wewnętrznych, Nawet się na tym nie zastanawiałem, wymyślając na początku postać, że główny bohater powinien być dziennikarzem, bo dzięki temu po prostu wiele rzeczy, które dla mnie oczywistych oczywistości, a dla czytelników często ojej, jakie to ciekawe, albo że niewiarygodne, przecież to niemożliwe, plus możliwość zastosowania czarnego poczucia humoru. [07:51.47 → 07:53.59] A: To jakim dziennikarzem jest Wiktor Tilszer? [07:54.29 → 07:54.65] B: Jakim? [07:54.75 → 07:56.69] A: Jakim, tak. Jakim dziennikarzem? [08:01.48 → 08:48.93] B: Byłym idealistą, byłym chuliganem, który teraz jest mężczyzną w średnim wieku, szefem gazety. I zresztą to gdzieś alwa zrobiłem coś takiego, że... Zdradzę państwu też trochę kulis. Jest nawet taka książka, podręcznik pisania scenariuszy Uratuj Kotka. W uratowaniu kotka chodzi o to, że kiedy się przedstawia jakąś postać i na przykład chce się pokazać, że postać jest dobra, to powinna w jakiejś trzeciej, czwartej scenie dobra amerykańska szkoła uratować kotka, bo wiadomo, że tylko dobrzy ludzie ratują kotki. Jest to podręcznik, zresztą bardzo fajny, jak Państwa to interesuje. Ta książka jest w ogóle fajną książką o pisaniu... [08:48.93 → 09:00.89] A: Przerwę Ci, Państwa bardzo interesuje. My tu już na poprzednich bitwach układaliśmy scenariusz kryminału, wymyśleliśmy bohaterów dla Grzebałkowskiej kolejnej biografii, więc państwo są bardzo zaawansowani. [09:01.12 → 10:04.92] B: No to super. I kiedy napisałem pierwszą wersję i mi redaktor mówi słuchaj, ale powinien być tam, wiesz, no jakiś, Tilsher powinien uratować kotka, bo nie ma na początku od razu, że jednak on powinien być fajny. Ja tak myślałem, jak może redaktor naszelny uratować kotka. No i wymyśliłem historię, że młoda dziennikarka, która pisze na tematy społeczne, bodaj strajk kobiet, protesty, etc., Nie może z powodów rodzinnych, bo nie wiem, coś się stało, nie pamiętam teraz co wymyśliłem, mama chora i tak dalej, musi pojechać. No i generalnie rzecz biorąc, boi się, że straci materiał. No i tutaj redaktor Tilscher macha ręką, trudno niech dziewczyna ma ten swój materiał. możemy przejść nad tym i jednocześnie można było wpleć zdanie, że widział w niej, w jej ogniu siebie samego sprzed lat. Więc to takie, więc to jest, tak mniej więcej wygląda Wiktor Tilszyk. [10:05.06 → 10:13.56] A: A zacząłem się zastanawiać, który redaktor naczelny aktualnych mediów uratowałby Kotka, a który nie? Na przykład myślę, że Jerzy Baczyński z Polityka by Kotka uratował. [10:13.76 → 10:27.41] B: Wiesz co, ileś tam lat temu, jak byłem podwładnym Baczyńskiego, Nieraz, wiele razy ratował kotka Mellera, dopóki nie wyrzucił kotka Mellera z pracy, ale kotek Meller już tak przygięł pałę, że się nie dało inaczej. [10:28.43 → 10:29.61] A: Jakim kotkiem byłeś? [10:30.95 → 12:51.39] B: Wiesz co, jak odchodziłem z polityki do Playboya, to moja ówczesna bezpośrednia szefowa, szefowa działu społecznego Ewa Wilk, do dzisiaj współpracująca z polityką, powiedziała, jakie takie chińskie przekleństwo obejrzył w ciekawych czasach, chińskie chyba, to ona powiedziała, abyś miał takich podwładnych, jak sam byłeś. Ponieważ... Zresztą było tak, że w redakcji Polityki dwójka najbardziej nieterminowych reporterów to był siedzący tutaj, i Ewa Winnicka, znana polska reporterka, która pisze wspaniałe książki o Polakach np. w Anglii, w Ameryce. I był taki żart redakcyjny, że koniec polityki nastąpi, jeżeli do jednego numeru dwa najważniejsze teksty na ostatnią chwilę będzie pisał Meller i Winnicka. I to się zdarzyło 11 września 2001 roku. To był czysty zbieg okoliczności. Ja pisałem raport, czyli otwarcie numeru chyba o terrorze, A Winnicka, która była akurat z biegiem okoliczności w Nowym Jorku, pisała na własne oczy z Nowego Jorku z 11 września. Sytuacja była dramatyczna. Pamiętacie państwo 11 września, co się działo. Natomiast redakcja polityki była pełna czarnego poczucia humoru. Nie tyle o tym, co się dzieje w Nowym Jorku, tylko co z Mellerem i z Winnicką. A my byliśmy tak zestresowani tym, że inni są zestresowani, że chyba ten jeden raz napisaliśmy na czas. No więc pisałem zawsze na ostatnią chwilę. Byłem młodszy, więc organizm sprawniejszy, więc nocami, także pisałem np. do 9 rano i prosto z marszu szedłem do redakcji. Potrafiłem nie spać po parę nocy. Byłem... Natomiast z drugiej strony dostarczałem... na tyle ciekawe materiały, że mi wybaczano różne grzeszki. No wiesz, Putyc Ban wodę nosi. Przegiąłem ostatecznie z powodu Disco Polo, a mianowicie w roku 1995, kiedy Disco Polo już było bardzo silne na wschodzie i powiedzmy w Świętokrzyskim, Zaczęło wkraczać wtedy... Na [12:51.39 → 12:53.07] A: Dolnym Śląsku też było silne. [12:53.09 → 14:09.30] B: Zaczęło wkraczać do miast i to było takie inteligenckie łapanie, co to takiego. No i kto opisze nowe zjawisko? Wiadomo, Meller lubi dziwne rzeczy. Bo ja wiem, bo ja wróciłem wtedy wiosną 95 z Jugosławii z wojny i tam wszyscy żołnierze słuchali Disco Polo. Więc ja już byłem ekspertem, wiedziałem, co to za zespół i tak dalej. Więc było naturalne, że ja jadę. Ja pojechałem. Jeździłem od Augustowa po Rzeszów i bawiłem się fantastycznie. To był jeden z najlepszych dokumentacji reporterskiej. Jeździłem z fotografem, który niestety był dosyć kochliwy. Pamiętam w województwie świętokrzyskim grał zespół dwóch barczystych panów. wokalistów i były chórki kobiece, dosyć atrakcyjne. I tam widziałem, że fotograf od razu coś kombinuje i w którymś momencie jest przerwa między tymi setami, no bo to oni grali takie sety i to wielka hala, taka stodoła i nagle podchodzi do mnie jeden z tych karków i gdzie ten twój koleżka? No ja nie wiedziałem o co chodzi, się okazało, że zniknął z jedną z chórzystek, a nie wiedząc o tym, ja nie wiedziałem, on nie wiedział, że to jest dziewczyna jednego z karków. Więc wiesz, ja przerażony, jesteśmy gdzieś... Jakby [14:09.30 → 14:12.44] A: z jakimś karkiem zniknął, to dopiero by było. [14:12.92 → 16:34.77] B: Więc wiesz, goniłem dookoła stodoły, szukając. Oczywiście znalazłem go, tam się migdalił gdzieś, wiesz, za stodołą, więc go wyrywałem. Pamiętam, uciekałem moim maluchem kawa z mlekiem. z jakiejś miejscowości niedaleko Kielc. Bawiliśmy się świetnie z panem fotografem, do tego stopnia, że nie dostarczyłem tekstu na czas, a problem polegał na tym, że akurat to było wtedy, kiedy polityka przychodziła z tej wielkiej płachty na format ten, co jest do dzisiaj. Zmiana polegała na tym, że o ile wcześniej przewalałem terminy, to najwyżej za kary spadałem z pierwszej strony czy z trzeciej na siedemnastą. Dla mnie to nie miało znaczenia. Ale to się dało upnąć. Tutaj się nie dało, dlatego że po pierwsze pisałem do trzeciego numeru w ogóle nowej polityki, więc wszyscy byli podminowani. Po drugie, strony szły do druku tak zwanymi szesnastkami, czyli pierwsze osiem stron w gazecie było połączone z ostatnimi ośmioma stronami. I krótko mówiąc, mój przewał wywracał całe pismo i Baczyński nie wytrzymał. i po prostu powiedział, że co za dużo i że nie uratuje kotka, Iwonę z kotkiem. Ale dzięki temu... Wszystko czemuś służy, rozumiesz? Nie byłoby mnie tutaj. Bo wiesz jaka jest sekwencja? Wyrzucili mnie. Miałem pisać potem... nieżyjący już Piotr Adamczewski, sekretarz redakcji polityki i Zdzisław Pietrasik, nieżyjący szef działu kultury, poszli do Baczyńskiego, powiedzieli, że może nieodpowiedzialny, znaczy o mnie, może nieterminowy, ale dobre teksty pisze, żeby mu dać jeszcze szansę. No i wtedy Baczyński uratował kotka, bo powiedział, dobrze, jeżeli tam przez ileś miesięcy będzie pisał na termin, tylko za wierszówkę, żadnego ryczałtu, pensji, nic tak dalej, to będzie się mógł ubiegać o przywrócenie do pracy. I kiedy ileś tam miesięcy później przyszedł Piotr Adamczewski i powiedział mi, że mogę się stawić przed szanownym obliczem Zarządu Współdzielni Pracy Polityka i prosić o przywrócenie do pracy, ja się stawiłem z tym, że powiedziałem, że bardzo dziękuję za szansę przywrócenia, ale ja bym wolał jechać do Afryki, a w zasadzie to jadę. Jakby byli tak mili, dali mi trochę kasy, to będę wdzięczny. Jest takie powiedzenie, jaki jest szczyt bezczelności? Zrobić komuś na wycieraczce pod drzwiami, zapukać i poprosić o papier toaletowy. No to ja uważam, że tutaj przybiłem tę definicję, a oni w swym osłupieniu dali mi kilkaset dolarów. [16:34.99 → 16:39.83] A: To się tłumaczy na polski język migowy również. Jestem pod wielkim wrażeniem. [16:40.75 → 16:49.47] B: A ja mam nadzieję, jak się rozkręcę, nie wiem czy państwo widzicie, ostatnio tłumacze języka migowego są coraz bardziej ekspresyjni, potrafią tańczyć, w trakcie relacji widziałem... Tak, jak [16:49.47 → 16:52.95] A: zaczną wizualizować twoje dowcipy, to będzie... Słuchaj, [16:53.01 → 16:59.09] B: ja mam taki zapas dowcipów, ja wiem. Żeby tylko powiedzieć, więc pojechałem do tej Afryki... Skończmy kotka. Co? [16:59.23 → 17:00.65] A: Skończmy kotka najpierw. [17:01.83 → 17:22.93] B: Wiesz, gdybym nie pojechał wtedy do tej Afryki, no to lata później moja debiutancka powiedzieć Czerwona Ziemia jest efektem tamtego... tamtego czasu, więc mogę powiedzieć, że dzięki Disco Polo jestem tutaj dzisiaj. Jeszcze jedno, mogę? Błagam, uwielbiam to, proszę cię, muszę to powiedzieć. [17:22.99 → 17:26.19] A: Znaczy uwielbiasz co? Uwielbiasz, jak ci nie zadaję pytań, czy uwielbiasz co? [17:27.77 → 17:34.27] B: Robiłem jakiś wywiaz z Szymonem Majewskim. Zadałem jedno pytanie. Przez 4,5 godziny on cały czas gadał i mówił, w tym momencie można by [17:34.27 → 17:39.73] A: zadać pytanie... Świetny wzorzec dla mnie. Nie, no naprawdę, po tą naukę tu przyjechałem do Lublina. [17:39.93 → 17:40.89] B: A, wiem, przypomniałem. [17:40.89 → 17:50.57] A: To ja zadam jedno pytanie. Te 4,5 godziny, no nie? Państwo będą mieli tą drugą turę wyboru, to trwają. Będzie cisza wyborcza, Meller będzie musiał się [17:50.57 → 17:53.83] B: już... To powiem jedno i naprawdę będę się grzecznie odpowiadał na pytanie. [17:53.91 → 17:54.55] A: Tak ci nie wierzę. [17:55.31 → 19:34.87] B: Ja naprawdę... To nie był żart. Moi znajomi wszyscy myśleli, że ja sobie żarty jakieś robię, że ja lubię disco polo i tak dalej. I był taki moment, że zadzwoniła do mnie dokumentalistka z rozmów w TOK-u, Ewy Drzyzgi, chcąc zaprosić na nagranie programu. Ja od razu mówię, że tak, nie pytając się o co chodzi, bo wiem, że nagrywają w Krakowie, stawiają hotel, transport, kto by nie chciał pojechać do Krakowa, do ładnego hotelu. No i tak dla przyzwoiteści pytam się, a jaki temat? A oni mówią, ulubiona piosenka. Ja mówię, nie, no spoko, coś wymyślę. A ona mówi, ale nie, my chcielibyśmy, żeby pan powiedział, o, jesteś szalona. A ja mówię, znaczy wie pani, no, bardzo cenię ten utwór, jak każdy normalny Polak, zwłaszcza jak się napije. Na moim weselu trzy razy leciało, jesteś szalona, ale żeby tak od razu, że ulubiona? A ona mówi, najlepszy jest to pana największy przebój. A ja mówię, pani chyba dzwoni do Marcina Mellera zespołu Boys, a dodzwoniła się do pani do Marcina Mellera a ona, ojej, przepraszam, przepraszam. Już jak odkładałem słuchawkę, żałowałem, że to zrobiłem, bo trzeba było jechać do Krakowa, wiesz, wszedłem cały na biało i... Dobra, mija tam rok czy dwa i to jeszcze było w czasach Dzień Dobry TVN i dostaję info, że będzie Marcin Meller z zespołu Boys w Dzień Dobry TVN. Więc ja podekscytowany, wszyscy patrzą na mnie jak na idiotę. No i przychodzi on, witam się, mówię, dzień dobry, Marcin Meller i tak dalej. I opowiadałem mu tę historię. I zanim jeszcze zadałem pytanie, on mówi, człowieku, a wiesz ile razy do mnie dzwonili w sprawie Gruzji? A ja mówię, i co, odpowiadałeś? A on, nie, mówię, to zacznij. Słuchaj, i tak się nie zorientują. I teraz już cię słucham. [19:35.73 → 20:12.87] A: Myślę, że musimy przemyśleć może bitwę o Disco Polo następnym razem. Trzeba będzie to zorganizować. Na pewność wszyscy zaktywizują państwo. Dobrze, to jesteśmy już na tej pierwszej powieści w takim razie, bo powiedziałeś, że to wszystko Cię jakoś do niej doprowadziło. Człowiek, który napisał tysiące znaków, postawił w prasie, napisał dziesiątki tekstów, setki tekstów, jak nie tysiące, nagle musi napisać tekstury, jednak jest fikcją. Korzystaje z jakichś podręczników pisania, wspomniałeś dzisiaj już o jednym, ale jak nagle stać się prozaikiem? [20:16.41 → 20:36.80] B: Ja się pytałem nawet, pamiętam akurat razem byli braci Miłoszewskich w jakiejś sytuacji towarzyskiej. Oni mi poradzili, wtedy jeszcze nie było po polsku to uratuj kotka, save the cat. Ale tak naprawdę ktoś inny mi udzielił porady takiej, jak chcesz napisać to siądź na pupie i zacznij pisać. To chyba moja żona mi to poradziła. [20:37.60 → 20:39.71] A: Nie ci wszyscy wcześniej, jeśli twój naczelnik... [20:39.71 → 20:49.22] B: In a way prosiła, żeby cię spytać, kiedy oddasz książkę do wydawnictwa. Bo moja żona jest dyrektorką wydawnictwa, gdzie wydać książkę ma Wojtek Szot i zdaje się, opóźnia się z terminem. Tak? [20:49.26 → 20:53.44] A: Tak, tak, ale załatwianie tego na scenie nikomu nie pomoże. [20:53.86 → 21:04.76] B: Ale zobacz, jak państwo się cieszą, zobacz, zobacz. Nie, dobra, żarty na... To nie były żarty, ale żarty na bok. Wiesz co, ona prosiła, żeby cię pozdrowić, a ja postanowiłem... [21:04.76 → 21:06.74] A: A jak tam z twoimi opóźnieniami, Marcin? [21:06.74 → 26:18.34] B: Ja postanowiłem ukrócić intrygę. Dobra. To było tak, że historia po prostu mi kliknęło w którymś momencie. Ja wiedziałem, że chcę napisać powieść. Tylko szukałem tego pomysłu, takiego jądra, tego o czym ma być ta historia. Jak masz opowiedzieć w jednym zdaniu o czym to jest. I usłyszałem historię znajomych znajomych, kogo znałem z widzenia. że kto miał dziecko z jakiegoś wczesnego związku i to dziecko de facto porzucił, olał, po latach kiedy chciał naprawić to, to dziecko nie chciało mieć z nim kontaktu, potem trwało nawiązywanie kontaktów i kiedy wreszcie wydawało się, że nastąpił happy end, Z tym synem stało się coś bardzo złego, w sensie dopustu bożego. I to się zbiegło w czasie, kiedy ja zostałem ojcem pierwszy raz, 13 lat temu. I to mi strasznie weszło na psychikę. I nagle jednocześnie sobie uświadomiłem, że napiszę historię o ojcu, który chce uratować syna. I to było wyjście. Ja wiedziałem, że o tym będzie ta historia. I potem było drugie zastanawianie się, co ma się stać z tym synem. I potem nagle znowu było olśnienie, że spędziłem mnóstwo czasu w Afryce, że ojciec będzie taki jak ja tam korespondentem kiedyś między innymi w Afryce. I że syn śladami ojca, a potem jak się pogodzili, jedzie do tej Afryki, znika. I ojciec de facto znika, nie wiadomo co się stało, nie wiadomo czy jest porwany, nieporwany, nikt mu nie chce pomóc i w związku z czym ten ojciec musi rzucić wszystko. Właśnie pytanie czy musi? bo żona nie jest taka przekonana, czy musi, ale on uznaje, że musi i jedzie do Afryki. Nagle się okazało, że jak wymyślałem ten początek, to kolejne elementy układanki same dochodziły. Kluczowa potem decyzja była taka, że postanowiłem jak najmniej wymyślać. Nagle stwierdziłem, że mam tyle autentycznych swoich historii, które bądź wykorzystałem w reportażach do przerobienia, bądź historii, których nie wykorzystałem. Wiedziałem, że mam w kartonach swój dziennik z 1996 roku, wtedy kiedy cały rok siedziałem w Afryce z powodu Disco Polo. I stamtąd wykorzystałem dużo historii. I potem nagle, i to było wspaniałe też odkrycie, że wiesz, że się możesz bawić rzeczywistością, to znaczy, bo ta powieść jest fikcją, jest po prostu fikcją, natomiast tam, wiesz, jakby algorytmem sprawdzić to 70-80% rzeczy zdarzyło się w jakiejś formie. No tylko, że wiesz... Prosty przykład, jak się bawiłem z rzeczywistością. W powieści bohater Wiktor Tilscher w 1996 roku wsiada do autobusu, który jedzie w konwoju wojskowym w Ugandzie, jedzie na północ Ugandy, żeby opisać toczącą się tam wojnę domową. I obok niego siada urocza, piękna, młoda Ugandyjka, która wyciąga z plecaka kapuścińskiego po angielsku, na co widzę, o kapuściński, zaczyna się rozmowa i nie trzeba być geniuszem, żeby wiedzieć, że wyniknie z tego, Ognisty romans. W rzeczywistości w roku 1996 wsiadłem do takiego autobusu, żeby pojechać w konwoju wojskowym na północ Ugandy i napisać reportaż o wojnie i naprawdę siadła obok mnie osoba, która wyciągnęła Kapuścińskiego, ja Kapuściński, zaczęliśmy gadać, tylko nie była to piękna młoda Ugandyjka, trzydziestoparoletni, rudy, piegowaty Anglik i nie wyniknął z tego płomienny romans. Natomiast zamieniłem rudego Anglika na młodą Ugandyjkę, którą z kolei jakoś oparłem z kolei na matce trójki dzieci, u której mieszkałem przez jakiś czas, rozumiesz, no po prostu nieustająca zabawa i się bawiłem w którymś momencie jak dziecko po prostu podkręcając, wiesz, rzeczywistość. No tak naprawdę totalnie wymyślałem, wiesz, nie strzelałem w Afryce. To jest zupełnie, wiesz. Natomiast robiłem i to samo zresztą w Dzieciach Lwa. To znaczy bardzo dużo rzeczy wziąłem, które przeżyłem, widziałem, pozmieniałem, podkręciłem. Postaci zazwyczaj sklejałem z kilku drugoplanowe. Bywało, że opierałem jeden do jednego. Natomiast bardzo ważną dla mnie postać w Dzieciach Lwa, Maxa. Nieżyjącego przyjaciela naszego, Wiktora Tilszera, oparłem. Punktem wyjścia był ktoś zupełnie z innego świata. I tak samo postaci kobiece po prostu sklejałem z kilku. Na przykład główna bohaterka Dzieci Lwa, Tamuna. Pytało się kilka... Może poczekaj, poczekaj, poczekaj. [26:18.52 → 26:32.22] A: Może powiedzmy, zarysuj w ogóle, gdzie jesteśmy w Dzieciach Lwa. Bo my już tak troszkę wyszliśmy, że jest Tilszer, że właśnie jest Max, że jest Gruzja, ale powiedzmy jeszcze może dla tych państw, którzy nie czytali, gdzie my tu lądujemy. [26:32.56 → 30:00.99] B: W tym momencie, do którego pani doczytała, za chwilę Wiktor Tilszer przeczyta o sobie w Dzienniku Narodowym internetowe wydanie, bo zbliża się właśnie wręczenie nagrody imienia Maxa Jelskiego. Nagrody dla młodych dziennikarzy. Max Jelski zginął w 1993 roku w Gruzji, a konkretnie w Abchazji, w momencie kiedy padało Suchumi i Gruzini tracili miasto w czasie wojny gruzińsko-abchazki. Był to najbliższy przyjaciel Wiktora Tilszera i kiedy Wiktor Tilszer dorobił się jakiejś pozycji zawodowej, stworzył z przyjaciółmi nagrodę imienia Maxa Jelskiego dla młodych dziennikarzy, prestiżową nagrodę. No i teraz właśnie początek powieści Dziś Lwa jest taki, że tenże głos narodowy, dziennik narodowy, nie pamiętam jak nazwałem tę szmatę, ogłasza, że tak naprawdę to Wiktor Tilszer doprowadził do śmierci przyjaciela 30 lat temu na wojnie. Oto dowody i jest pokazany jakiś film, który czytelnik nie wie, co jest na tym filmie. Niemniej film jest na tyle przekonujący, że wszystko zaczyna się walić. To znaczy jest kampania wyborcza, wspominaliśmy, więc szefowie Tilszera żądają, żeby się zawiesił. Znajomi, przyjaciele się pytają, nawet żona, czy to jest prawda, co to jest prawdą, nieprawdą, etc. No i on z jednej strony musi dowiedzieć się, co się stało, skąd ten film, o co chodzi, etc. No a z drugiej strony wracamy do początku ich znajomości. Ja poznałem się w roku 1987 na praktykach robotniczych w Górze Kalwarii. Pamiętacie państwo starsi, że jak się dostało na studia, to trzeba było na praktykę. Ja byłem właśnie w Górze Kalwarii w fabryce mrożonek i to wykorzystałem, bo to wspaniała historia. No i idzie historia od 1987 do 1993. Ja zastosowałem jeden myk, tylko taki, że o ile w Czerwonej Ziemi też były dwa plany czasowe, ale główny plan czasowy to był ten współczesny. A tu świadomie zrobiłem coś takiego, że tam nawet moi bohaterowie na tych praktykach robotniczych dyskutują o kochanych filmach i dyskutują o dawno temu w Ameryce. Świadomie zrobiłem coś takiego, na dobre i na złe, bo redaktor mi na to zwracał uwagę, ja się upierałem przy swoim, że tutaj te dawne czasy będą podstawą, że tak jak kto pamięta dawno temu w Ameryce, kiedy De Niro wraca po latach do Nowego Jorku, żeby zrozumieć co się stało lata wcześniej, to to jest tak naprawdę tylko tam 15% filmu, bo wszystko się dzieje dawnymi czasy, kiedy oni są młodzi. I specjalnie tak chciałem zrobić, chciałem W związku z czym akcja się dzieje między 1987-1993 rokiem i z jednej strony jest końcówka komuny, Jarocin, strajki uniwersyteckie, demonstracje, ZOMO, wojny zaczynające się w tej części Europy i dwóch przyjaciół piękno duchów, którzy po prostu w pogoni za przygodą jadą, w którymś momencie za mało im przygód w Polsce i jadą na wojnę. Od początku wiadomo, że jeden z nich nie żyje, więc wiemy, że to się nie może dobrze skończyć. I to są dzieci. [30:01.11 → 30:02.85] A: A ty byłeś takim pięknym duchem wtedy? [30:06.03 → 30:32.28] B: Jak to śpiewał Jacek Kaczmarski w takiej piosence, że ojciec za K, syn za L, o tym synu najlepszy wiek, żeby najgłupszy wybrać cel. I nie piękno duchem, bo jakby się było piękno duchem, to by się... Nie no, młody i głupi. Młody, głupi i wierzący, w sensie... [30:32.28 → 30:32.71] A: W co? [30:33.84 → 32:26.23] B: W lepszy świat. Znaczy, dobra, ja tak trochę kpię, natomiast... No wiesz... W liceum osób angażujących się w jakąś działalność, ja i tak byłem w liceum warszawskim, w takim dobrym liceum, młodszy kolega z liceum Rafał Trzaskowski, starszy kolega Kazik Staszewski, Więc tego 11 LO im. Mikołaja Reja. Niemniej, w klasie powiedzmy 25-7 osobowych, to osób coś tam chciały działać, jakaś nastoletnia konspiracja, to były trzy osoby powiedzmy. Kiedy poszedłem na studia, na najbardziej rozpolitykowany wydział na Uniwersytecie Warszawskim, czyli na historię. Ich historia była totalem, absolutnym totalem. Zresztą pani prodziekan Wierzbicka, prodziekan do spraw studenckich, żartowała, że jej główne zajęcie to jest wyciąganie studentów z komisariatów i aresztów. I na tej najbardziej radykalnej historii na 100 studentów około 30 było zaangażowanych i to był rekord uniwersytetu. Normalnie to było około 10%. Dla mnie to było normalne, dlatego że ja zawsze funkcjonowałem w różnych kręgach towarzyskich. Więc z jednej strony byłem w tym kręgu na przykład na studiach takim rozpolitykowanym, NZS-owskim, demonstracji, zadymy itd. a z drugiej strony byłem w towarzystwie czysto zabawowym, gdzie jedni mówili, polityka dla mnie to w krysztale pomyje, ja się do polityki nie mieszam i tak dalej. Okej, mnie to zupełnie nie przeszkadzało. Zresztą w Dzieciach Lwa jest scena, jak Wiktor z Maksem, wypuszczeni z aresztu, nawet nie przyjdą przez dom, żeby się umyć, tylko jadą prosto na imprezę. [32:27.69 → 32:30.62] A: Faktem jest to, że Higiena w tej książce to jest dość oryginalne. [32:31.20 → 33:13.14] B: Tak, dokładnie. Było, pamiętam jak wyszedłem z tego aresztu, zadzwoniłem do rodziców, żeby mnie puścili, na co mama, tam mówię, przyjeżdżasz Marcin? Mówię, nie, mamusiu, jeszcze muszę tam coś... i wiedziałem, że jest impreza na roku i że tam, wiesz, fajne dziewczyny będą, pojechałem na imprezę. Więc piękno duch, to nie jest chyba to słowo, natomiast był mieszały się sprawy poważne ze sprawami przygodowymi. Jak się ma 20 lat, to mnie w ogóle zawsze ciekawił ten wątek, jak się ma 20 lat w bardzo różnych niekorzystnych okolicznościach historycznych. [33:15.28 → 33:18.24] A: Rzadko kiedy się ma w korzystnych. [33:19.30 → 34:45.97] B: Ale wiesz, jak masz 20 lat, to druga wojna światowa i najgorsze miejsca świata wydają ci się piękne. Jeszcze jak się zakochasz czy coś. Więc poza tym ja też miałem... Znaczy tak, jestem absolwentem historii. Pamiętam z drugiej strony tamte czasy. A większość rzeczy, które czytam, to albo czytam o jakichś, wiesz, po prostu... koszmar dziejący się każdego dnia krwawej dyktatury albo z drugiej strony jakieś takie relatywizowanie wszystkiego, jak to było super i tak dalej. Natomiast to było gdzieś pomiędzy, to znaczy i tak chciałem też w Dzieciach Lwatu opisać, no czy tam są i areszty i pobicia i są jakieś dramaty, a jednocześnie oni się bawią, no bo mają 20 lat i się przynajmniej w Warszawie można było też i w roku 1987 w specyficzny sposób bawić. Dlatego też wplotłem tyle muzyki do tego. Na przykład jak rozmawiałem z ludźmi urodzonymi w latach 90., którzy to czytali, to dla nich za wskoczką było tyle festiwali, bo o Jarocinie jeszcze słyszeli, ale że był festiwal Marchewka, festiwal Poza Kontrolą, Rupregge, a to wszystko się działo z tego samego lata. Ja pamiętam to lato 1987, tak jak opisuję je. [34:45.99 → 34:52.37] A: Kto grał na festiwalu Marchewka? Kto grywał na festiwalu Marchewka? [34:52.59 → 35:43.52] B: Słuchaj, Marchewka to był taki najbardziej alternatywny i to była taka muzyka, której ja nawet nie byłem w stanie słuchać, ale chodziłem tam z powodów sonobistycznych, bo się chodziło, rozumiesz? Ale teraz po latach zadzwoniłem... Wiele lat przepracowałem najpierw w Playboyu, a potem w wydawnictwie WAB z niezrównanym Rafałem Księżykiem, jednym z najlepszych w Polsce dziennikarzy muzycznych, autorem wielu wspaniałych wywiadów, rzekł ze wspaniałymi muzykami. Księżyk jest chodzącą encyklopedią. On po prostu, wiesz, zapytasz go tam w 1951 roku w Canberrze, kto nagrał koncert na pile mechaniczne, on mówi tak, tak, tak i ci wymieni pełen skład. Więc ja do niego dzwoniłem, co było zresztą błędem, bo zadałem mu tylko jedno pytanie tam, to mi przez tydzień wysyłał jakieś print-screeny, wiesz, wywiad z jakimś muzykiem, czegoś, który coś mi opisał, że na poza... [35:43.52 → 35:44.60] A: Nie, nie dzwoniłem z PRL-em. [35:44.60 → 36:06.42] B: Ale to było wspaniałe, ale był też taki numer, że jak... Swoją drogą, jak opisywałem koncert zespołu Wańka, Wstańka, Endelu, Dojades, to mój redaktor, Rotnik91, myślał, że ja sobie to wymyśliłem, bo to tak pasuje do Mellera, Wańka, Wstańka, Endelu, Dojades. I dopiero jak zgooglował i zobaczył, że to był prawdziwy zespół z Rzeszowa, i zresztą zobaczył, jest na YouTubie ich koncert z Jarocina. [36:06.86 → 36:09.82] A: Uwierz mi, festiwal Marchewka dalej dla mnie jest nieprawdopodobny. [36:10.04 → 36:19.01] B: Wiesz co, nie znam twoich gustów muzycznych, ale wydaje mi się, że Marchewka mogłaby ci przypasować. Tak mi pasujesz na marchewkę. Serio. Nie, to nie była ironia. [36:19.53 → 36:20.87] A: Ale że wegetariański? [36:21.11 → 37:19.60] B: Słuchaj, tam są, nie powtórzę ci nawet tych nazw. Okej, Wolfgang Press, to pamiętam, ale to były bardzo niszowe zespoły i jak sprawdzałem je na... na Spotify. Zresztą zrobiłem playlistę Dzieci Lwaj, jak kogoś interesuje, jest na Spotify, gdzie są wszystkie kawałki, które się pojawiają w powiesi. To są takie zespoły, których słucha dzisiaj 700 osób, 1500, ale ta marchewka to było bodaj w hali Gwardii i to były takie bardzo alternatywne zespoły, bo to był taki podział. Jarocin to była masówa, Rupreggae, jak sama nazwa wskazuje, to było z jednej strony reggae plus takie już wtedy popularne zespoły w stylu Kult, T-Love i tam... Poza Kontrolą, która u mojej powieści odgrywa rolę, to robił Grzegorz Brzozowicz, dziennikarz muzyczny i tam było ambitniej, tam było mroczno-rockowo. [37:19.80 → 37:23.36] A: To ten Brzozowicz to jest su Kazika, prawda? Że on się na muzyce zna, tak? [37:23.70 → 37:23.86] B: Co? [37:24.20 → 37:26.44] A: To Brzozowicz jest su Kazika w piosence w dwunastu głosach. [37:26.44 → 38:29.31] B: Tak, tak, tak. I na przykład tam był... Pierwszy bodaj jest taki zespół amerykański z takiego ciężkiego rocka Swans, który wtedy wystąpił. Ja jak pisałem powieść, robiłem dokumentację, a ja byłem wtedy na tym rupregie i dosłownie dwa dni po tym, znaczy na poza kontrolą, i odbieram dzieci ze szkoły, nagle spotykam Traff, kolegę z tamtych lat, byłego dziennikarza muzycznego Aleksa Kłosia, który, właśnie mu opowiadam, co słychać i tak dalej i mówię do niego, że właśnie tak robiłem to na dokumentację i ze zdziwieniem przeczytałem, że na tym poza kontrolą grał The Swans. A on tak patrzy na mnie, bo też odbierał dziecko z tej samej szkoły i mówi, idioto, byłeś na tym koncercie. A ja mówię, jak to byłem na tym koncercie? No tak, no wymienił z kim byłem, dzisiaj to poważni panowie, no po prostu przesadziliśmy z pewnymi używkami i nie pamiętałem. My w dokumentacji to zrobimy. [38:29.83 → 38:50.41] A: Dobrze jest mieć dzieci w przedszkolu. Mam pytanie do państwa. Zawsze staramy się z państwem rozmawiać, nawiązać coś, trochę się porozummy. To jest perspektywa, powiedzmy, tutaj warszawska trochę. A teraz pytanie, kto z państwa był na Jarocinie? W Jarocinie? Na Jarocinie? W Jarocinie? [38:50.69 → 38:51.43] B: W Jarocinie. [38:51.55 → 38:59.80] A: W Jarocinie. Kto z państwa był w Jarocinie? Nikt nie był w Jarocinie. A kto słuchał w latach osiemdziesiątych jakiegoś zespołu o dziwnej nazwie, którą jeszcze do dzisiaj pamięta? Bo te nazwy były fascynujące. [38:59.82 → 39:01.04] B: Wańka, wstańka, indyluzja, wiesz? [39:01.26 → 39:01.72] A: Na przykład. [39:01.78 → 39:03.34] B: Ale wiesz co, teraz dręczną... Poczekaj, może [39:03.34 → 39:08.42] A: państwo jednak mają jakieś pomysły. Pamiętają coś? Nic nie pamiętacie z lat osiemdziesiątych? [39:08.46 → 39:56.75] B: Mówić zewnętrzowe rzeczy, no. Ale Wańka, wstańka to... Może ktoś się za chwilę ośmieli. Ale tylko ci powiem, bo wyszła teraz książka Rafała Księżyka, właśnie się nazywa bodaj Fala, o muzyce kontrkulturowej z połowy lat osiemdziesiątych. I właśnie m.in. od księżyka się dowiedziałem, że wokalista tejże Wańki Wstańki, Buffet, niejaki on zmarł parę lat temu. Zresztą dosłownie dwa dni temu dostałem maila od jakiejś czytelniczki, która przeczytała Dziś i Lwa i się okazuje, że ona jest z Rzeszowa i że pamięta Buffeta, pamięta Wańkę Wstańkę, gdzieś tam grającą po rzeszowskich piwnicach. Nie mam chyba w Dzieciach Lwa żadnego zespołu z Lublina. z tamtych czasów, niestety, Rzeszów jest. [39:57.37 → 40:00.95] A: Może państwo tak podali jakieś lubelskie... [40:00.95 → 40:08.77] C: Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, [40:08.77 → 40:08.87] D: nie, [40:12.89 → 40:15.21] B: nie, nie, Grupa nie, nie, jaka? O, jest mikrofon. [40:15.21 → 40:30.23] C: nie, Nie, nie, bo mówię o tym, że szukamy jakichś nazw grup z tamtych lat, no wszyscy mamy PSL nie, jaki mamy, a mam na myśli to, że dużo tych zespołów nie, nie, o przedziwnych nie, nie nazwach, typu ta Wańka Stańka, była promowana w audycji rozgłośnia harcerska, którą pewnie już więcej osób kojarzy na sali. [40:31.97 → 40:37.59] A: Tak? O, o, o, już nie było, pani mówi, tutaj rozgłośni harcerskiej, nie? [40:38.43 → 40:41.29] C: No później było, ale też te zespoły potem tam gdzieś funkcjonowały. [40:42.53 → 41:11.86] A: Uważałbym z tym, że mamy PESEL jaki mamy, bo widzę tu różne jednak ze sceny, tak muszę powiedzieć, że jednak widzę różne PESEL-e, chociaż staram się nie zaglądać się w PESEL-e. No dobrze, to Państwo jeszcze do tych zespołów lubelskich może wrócimy. A jednocześnie w tej książce jest Gruzja, jest twoja największa pasja, chyba geograficzna, tak mi się wydaje, której poświęciłeś książki, dużo występów i często o nim mówisz. Kiedy po raz pierwszy byłeś w Gruzji? [41:12.59 → 42:09.50] B: Tak jak bohaterowie książki w 1992, z tym, że ja byłem wiosną 1992, a z powodów konstrukcyjnych w powieści mi pasowało, żeby oni byli jesienią, ale tak jak oni w 1992. Zresztą jak myślałem przy pierwszej powieści, to co opowiadałem państwu i tobie wcześniej, gdzie ma ten syn głównego bohatera zniknąć, to mój pierwszy odruch to był, że w Gruzji. Tylko dosyć szybko pożegnałem się z tym pomysłem dlatego, że wiedząc, że to będzie moja debiutancka powieść, Gdyby w debiutanckiej powieści pojawiła się Gruzja, to się po prostu bałem tak pragmatycznie, że ludzie uznają, że to jest jakiś dalszy ciąg książki, którą napisaliśmy z szanowną małżonką Gaumardzio z powieści z Gruzji. Więc dlatego wtedy wiedziałem, że nie Gruzja. [42:09.62 → 42:10.50] A: Zbyt oczywiste. [42:11.00 → 44:17.41] B: A, że wiesz, że spędziłem w Afryce w sumie dwa lata, w związku z czym to było dosyć proste do zamiany. Natomiast w przypadku Dziś Lwa jakby od początku wiedziałem, że że to będzie Gruzja, to znaczy tu nie było jakby innego, to miała być Gruzja, zwłaszcza że chciałem właśnie, bo o czym nie wspomniałem, że wiedziałem, że będzie trójkąt miłosny moich dwóch chłopaków z Warszawy i Gruzinka. I swoją drogą, to chyba ty pisaliś w recenzji, sympatycznej skądinąd, ale tam taką lekką szpileczkę a propos postaci Tamuny, że właśnie jak to gruzinka musi tańczyć pięknie, coś w tym stylu itd. A ja ją, jak mówiłem, wzoruję zawsze na prawdziwych postaciach i właśnie jedna z moich znajomych, która stanowi 30% głównej bohaterki, była zresztą kilka lat szefową Reutera na Kaukazie, Maka, ma na imię. Ona tańczyła w tym bruzińskim balecie narodowym. I nawet ją pytałem, czemu zrezygnowała. Ona mówiła raz, że to było właśnie w czasach przełomu, a dwa, że przez to, że rodzice ją pilnowali, żeby się uczyła angielskiego, a się pojawili korespondenci zagraniczni, to nagle się zorientowała, że może zarabiać. na tych tłumaczeniach, a jednocześnie wiedziała, że nie ma aż takiego talentu, żeby stać się gwiazdą baletu, więc odpuściła. A inna sprawa, prawda, jest taka, że tam nie spotkałem jeszcze gruzinki, która by nie... No nie, no zdarzy się, zdarzy się jakaś, ale wiesz, mężczyźni kobiecy to są, którzy mają to coś, tak tańczą, więc... Ale tak, przyznaję, że tam Specjalnie taką jedną scenę, którą pisałem, wiedziałem, że balansuje na cienkiej krawędzi Kiczu, ale chciałem to zrobić. [44:17.71 → 44:32.37] A: Tak się zastanawiam, jakiś pisarz, na szczęście nie było takiej sytuacji chyba, ale jakiś Brytyjczyk, na przykład jakby przyjechał do Polski w 1992 roku, dla niego byłby to trochę egzotyczny, powiedzmy, dziki kraj, co by uznał, że każdy Polak potrafi zrobić pierogi. [44:33.08 → 47:18.19] B: Wiesz co, powiem Ci tak, kiedy wróciłem w latach 90. z wyjazdu bodaj do byłej Jugosławii, wróciłem i opowiadałem, co mi się przydarzyło w tejże byłej Jugosławii. I któryś ze starszych redaktorów do mnie powiedział, tylko nie pisz tego, bo Ci nikt w to nie uwierzy, tam o jakiejś jednej historii. Na co ja mówię? Ale to jest prawda, mi się to przytrafiło. A on mówi, nieważne czy coś jest prawdziwe, ważne jest czy coś jest prawdopodobne. Twoja historia jest kompletnie nieprawdopodobna. I teraz, jak sobie tak rozmawiamy, dla mnie to, że moja bohaterka i tańczy jak baletnica, z głowy wali strofy Szoty-Rustawelego jest tak oczywistą oczywistością, jak to, że ty dobrze mówisz po polsku, rozumiesz? Znaczy, okej, nie każdy Gruzin, nie każda Gruzinka. Natomiast moje doświadczenie z tych wszystkich lat to jest, wiesz... To jest, wiesz, jest np. taka różnica, że w Polsce znamy, no ile znamy tych tradycyjnych pieśni, no pewnie ze trzy religijne, tam może dwie jakieś tradycyjne, jakaś szła dziewczka do laseczka, wsio. No nie no, taka jest prawda. Natomiast generalnie rzecz biorąc każdy Gruzin, obojętnie jakie ma wykształcenie, czy jest z inteligenckiej rodziny z Tbilisi, czy ze wsi, zna tego kilkadziesiąt. Mówię o pieśniach, które mają czasami po kilkaset lat, co robi oczywiście piorunujące wrażenie dla przyjezdnego, jak oni siedzą i śpiewają. Tam jest po prostu taka kultura, tyle. W związku z czym, ja nawet dopiero jak przeczytałem to u ciebie, i właśnie dlatego przytoczyłem to, czy coś jest prawdziwe, czy prawdopodobne, To znaczy ja w ogóle nie myślałem w tych kategoriach, że z punktu widzenia polskiego czytelnika to się może wydać jak stereotypowa postać, bo moje koleżanki-grudzinki takie po prostu są. Tamuny powieściową, skleiłem z... Zresztą powieść jest dedykowana Tamunie Jaciko, to mój najbliższy przyjaciel. I że tak powiem urodę i cechy charakteru różne i zamiłowanie np. do metaliki wziąłem z Tamuny. połączyłem ją z Maką i tak dalej i brakowało mi jeszcze doświadczenia wojennego i tutaj wykonałem po prostu pracę dziennikarską, to znaczy na jednej z dwóch dokumentacji w Gruzji poprosiłem znajomych, żeby mi znaleźli dziennikarkę, moją rówieśniczkę, która była w czasie wojny w Abchazji jako korespondentka czy tam pracowała i znaleźli mi taką o imieniu Shorena i z nią po prostu zrobiłem kilkugodzinny wywiad i jakby połączyłem te trzy Trzy kobiety w powieściowej Tamuniu. [47:18.63 → 47:30.03] A: A teraz jeszcze do tego 1992 roku i twojej wizyty pierwszej. Dlaczego tam pojechałeś i czego się spodziewałeś? Czy miałeś jakieś przeczucia? [47:30.31 → 47:30.41] C: Wtedy? [47:30.49 → 47:31.29] A: Tak, wtedy. [47:34.43 → 47:39.33] B: Znaczy wtedy, wtedy... [47:39.33 → 47:40.63] A: Czy niewiele myślałeś? [47:40.93 → 52:11.53] B: Wtedy ta Gruzja była trochę... efektem ubocznym wyjazdu do Armenii, to znaczy do górskiego Karabachu, który właśnie w zeszłym roku Azerowie po 30 latach odbili od Armenii. Motywem było, podobnie jak w powieści, to znaczy tak naprawdę pogoń za przygodą. I tutaj ja swoim bohaterom, a zwłaszcza Tiltszerowi chciałem dać to, co wtedy sam czułem, to znaczy, że oni szukając adrenaliny najpierw na ulicach Warszawy w demonstracjach, w bijatykach z zomowcami i tak dalej, idą krok dalej. Ta historia z wyjazdem z pomocą, która jest powieści do Bukaresztu, do Rumunii w grudniu 89 roku, to też jest to moje, to była jakby taka eskalacja i po prostu punkt przełomowy był taki, że wiosną 92 roku, Byłem na imprezie tak zwanej Towarzyskiej, dzielnica Stegny, bądź Sadyba w Warszawie. Po latach się okazało, że to była domówka u niejakiego Wojciecha Tochmana, który wtedy był studentem, zanim jeszcze został reporterem. I tam spotkałem mojego kolegę z Podziemnego Niezależnego Zrzeszenia Studentów, Krzysztofa Millera, który był ode mnie starszy i który był już wtedy znanym wschodząca gwiazda fotografii prasowej wszelakiej. Miller już wtedy jeździł w duecie z Wojciechem Jagielskim z Wyborczej, oni razem jeździli. Tylko coś Jagielski nie mógł, a Miller z kolei mnie znał i wiedział, że właśnie ten pociąg do przygody i spytał, czy bym z nim nie skoczył do Afganistanu, na tej zasadzie do Zakopca na weekend, bo on jedzie, robi zdjęcia, a nie ma Jagielskiego. Ja poszedłem następnego dnia po prostu do Jana Bijaka, to był poprzednik Jerzego Baczyńskiego w polityce, miałem 23,5 roku, wtedy jeszcze się półówki liczyło, i spytałem Bijaka, czy ja mogę z Millerem do Afganistanu. Bijak powiedział, że nie, Afganistan to już nie jest interesujące, zabawne z punktu widzenia tego, co się później działo, ale młode jak cię ciągnie, kto może sobie pojechać do tam Azji Środkowej, postsowieckiej albo na Kaukaz. I wiesz, akurat się zdarzyło, że właśnie ci Ormianie wspomnieni przybili się wtedy z tego Karabachu do Armenii właściwej. Pisali o tym w gazetach, plus była taka rzecz, że sposób relacjonowania tego konfliktu wówczas w Polsce był bardzo proormiański i ja jako młody, ideowy człowiek się strasznie utożsamiałem z tą narracją, jak to się dzisiaj mówi, ormiańską. W związku z czym wydawało mi się, że połączenie przygody, romantyczne i jeszcze będę po słusznej stronie, czyli po stronie Ormian. I wtedy też zaczęło się moje leczenie, że tak powiem, z prostych czarno-białych obrazów. No i tyle. I po prostu mój plan wyjazdowy to był Karabach. Natomiast będąc... I już jak napisałem reportaż z Karabachu i wysłałem go do Polski, tam nawet dwa jakieś, to wtedy były delegacje tak zwane. Czyli ja miałem delegację na 10 dni i do dzisiaj pamiętam, że była delegacja pobytowa i z niej się nie musiało rozwijać, to było 45 dolarów. To było jakąś fortuną na realia byłego sojuza. I była delegacja hotelowa, czyli 90 dolców. Bo takie były stawki, Polacy byli traktowani już jako zachodniacy. Natomiast wychowałem się w komunizmie, więc jakby nauka kombinowania to moje drugie imię, więc robiłem takie numery, że szedłem do tak zwanej etażnej, czyli to była taka trochę dozorczyni, a trochę agentka KGB w hotelach. I po prostu, wiesz, jej dawałem 5 dolarów, Ona mi dawała spać w pokoju za 90 dolarów. W związku z czym miałem delegację na 10 dni i potrafiłem, czy nawet na tydzień, i za tę kasę potrafiłem przetrwać miesiąc z okładem. A jeszcze jak wracałem do Polski, to jeszcze oddawałem tę kasę i starsi dziennikarze patrzyli na mnie jak na frajera kompletnego. [52:11.57 → 52:14.97] A: Nie, no to jak się przeżyło na wojnie, to nawet człowiek wrócił z pieniędzmi. [52:15.43 → 53:07.52] B: Nie. Ale więc chodziło o to, że po prostu zostało mi, wiesz, miałem szmal, I jednocześnie wiedziałem, że obok w Gruzji też się dzieje, więc po prostu... Aha, nie było komórek, więc nikt nie był w stanie sprawdzić, gdzie jestem. Zadzwoniłem do sekretariatu, powiedziałem, że nie mogę się wydostać skądś tam, nikt mnie sprawdzał i tyle. I po prostu wsiadłem w Erywaniu w pociąg do Tbilisi, nie znając nikogo. Przyjechałem do Tbilisi, i miałem tylko jedno nazwisko w jakiejś redakcji jakiejś gruzińskiej gazety. I to było coś takiego, że wtedy przy Alei Rustawelego, to jest główna Aleja Miasta, był tak zwany Dom Prasy. To było jak w byłych Republikach Radzieckich. Wszędzie w Polsce też w niektórych miastach. Na pewno w Krakowie przy Plantach był taki Dom Prasy. [53:07.54 → 53:09.48] A: W Warszawie był chyba nawet Dom Prasy. [53:09.62 → 54:27.18] B: I wsiadłem tam. Tego dziennikarza, co miałem nazwisko, nie było. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Podszedł do mnie jakiś człowiek i się pyta, czy może w czymś pomóc, skąd jestem. Ja mówię, że z Polski. On mówi, ach z Polski, z ojczyzny Adama Mickiewicza. Wiesz, taki gały. Nieszczególnie nazywał się Aljosza Łopatin. Był Rosjaninem, ale tibilijskim Rosjaninem, urodzonym w Tibilisi, który w ogóle kulturę gruzińską znał głębiej, lepiej niż 90% Gruzinów. Ja się tobą zajmę. On był dziennikarzem działu kultury. Przez najbliższe dni on mnie tylko brał od jednego wielkiego artysty gruzińskiego, malarza, reżyserzy. Była tak, praktycznie wojna domowa w mieście. Strzelali nocami. Ludzie wyciągali w domu trochę pomidorów, trochę sera i chleba, nic więcej nie było. Ale to był taki kop mentalny. Nawet znajomi Armiani w Polsce kiedyś mnie pytali, bo oni w ogóle mają zawsze rywalizację, czemu Gruzja nie Armenia? Przecież pierwszy byłeś w Armenii, znaczy najpierw byłeś w Armenii, a ci Gruzini cię przekabacili i tak dalej. No przekabacili, jeszcze za pomocą Rosjanina, żeby było śmieszniej. I tak to się, wiesz, zaczęło. [54:28.68 → 54:51.62] A: I jak to się potoczyło, to Państwo też trochę w książce znajdą. Jesteśmy, już godzina naszego spotkania. Jeszcze nie dotarliśmy... Jeszcze 3,5, stosując grubość Szymona Majewskiego. Tak, 3,5 albo jeszcze nawet dłużej. Ale musicie zapytać o to, kim dzisiaj w ogóle jest Marcin Meller. [54:54.27 → 55:36.89] B: Wiesz co, jak pytają czasem, jak podpisać w jakiejś telewizji, to mówię, żeby podpisywać dziennikarz. Bo jestem dziennikarzem, całe życie dziennikarzem. Ja, i to mówię bez żadnej kokieterii, jak mi ktoś chciał podpisywać pisarz, to ja proszę, żeby nie. Nawet, a jak na żywo mówi, tam w radiu czy coś, to się krykuje, że nie. Mówię, że autor książek, to wiesz, jeśli już. Nie wiem, może jak napiszę jeszcze ze dwie i będę miał cztery na koncie powieści, to już powiem, dobra, pisarz popularny, możecie podpisywać. Ale jakoś tak mam... Nie przyswoiłem... Dziennikarz. [55:37.84 → 55:40.22] A: Polski pisarz popularny, nawet ładnie w skrócie. [55:40.47 → 57:56.19] B: No wiesz, ale ja naprawdę... Miałem dosyć jasno sprecyzowane oczekiwania, przystępując do pisania pierwszej powieści i kontynuując. Ja chciałem, szum nie mówiąc, trafiać pod strzechy, to znaczy pisać rzeczy w tytusie Romku i Tomku, ucząc bawi, bawiąc uczy. Bardzo mi się podobało określenie Sergio Leone, reżysera właśnie dawno temu Ameryce i wszystkich tych westernów, spaghetti westernów. On o sobie powiedział, że jest reżyserem klasy A, kina klasy B. I to jest coś, czego ja w ogóle szukam w popkulturze, co jest rzadkim ptakiem, bo zazwyczaj wydaje mi się czasem łatwiej znaleźć rzeczy takie bardzo ambitne, bądź jakieś takie słabe jakościowo, jeśli chodzi o rzeczy popularne. Więc taka była moja ambicja, to znaczy żeby napisać w miarę inteligentną powieść sensacyjno-przygodową, z której jeszcze czytelnik się dowie czegoś w Afryce, o Ugandzie, o Kongo, a tutaj o Gruzji, a teraz pisze następną, gdzie będzie się pojawić Turcja, Etiopia, więc z kolei znowu. I chciałem jakieś takie swoje, wiesz, a to romantyczne love story, a to jakaś nostalgia zastraconą, Ja najbardziej lubię takie love story, co się nie udało. Jeden z moich ulubionych zespołów, czyli Mano Negra, mieli taką piosenkę Love and Hate z refrenem For all the women that I never had. Dla wszystkich kobiet, których nie miałem. Jakoś zawsze mnie bardziej kręciły te rzeczy, które się nie stały niż się stały. No i tak chciałem sobie różne takie swoje, wiesz... coś między obsesją a fascynacją z popkultury włożyć w te moje historie. I zresztą miałem też założenie, że jeżeli się nie uda, w sensie z czerwoną ziemią, to znaczy krytycy wyśmieją, a czytelnicy nie kupią, to dam spokój, no bo nie ma co się bić z koniem, znaczy kopać z koniem. Ale się udało, w związku z czym, wiesz, teraz trzecią piszę. [57:56.31 → 58:01.46] A: A jakie ambicje ma Möller, dziennikarz? Bo powiedziałeś, jakie masz emocje jako pisarz. [58:02.90 → 58:31.97] B: Już się poddałem. Nie, tak na serio dziennikarz... W tej chwili tak czysto dziennikarsko to robię w zasadzie tylko jedną rzecz, czyli podcast, audycję, jak zwał, tak zwał, Melina, Westero, którą można sobie na wszystkich platformach za darmo posłuchać czy obejrzeć i tyle. I nie mam... Plana... Znaczy inaczej, jak ja mówię, że czegoś nie mam plana... [58:31.97 → 58:33.81] A: Jak ty nie masz, no właśnie chciałem ci powiedzieć, że... [58:33.81 → 58:37.67] B: Nie, nie, u mnie to jest zawsze na odwrót. Jak mówię, że coś zrobię, to nie zrobię, a jak że nie zrobię, to zrobię. [58:38.21 → 58:39.55] A: Słuchaj, to ja więc teraz na pewno... [58:39.55 → 59:01.08] B: Słuchaj, najważniejsze jest to. Tak jak ty masz umowę na książkę z Anną Dziewit-Meller, tak ja mam z wydawnictwem znak i muszę do końca roku... Znaczy nie muszę, ale powinienem... Przynajmniej ciebie żona nie pilnuje. Nie, nie, powiecie państwo, przy poprzednich dwóch właśnie wydawałem u wspomnianej Anny Dziewit-Meller i to był koszmar, żebyśmy się nie rozwiedli. [59:01.24 → 59:03.32] A: Chciała, chciała, żebyś na czas oddał książkę. [59:03.38 → 59:12.88] B: Nie, człowieku, ale wiesz, jakie to były akcje? To były takie, że Anka do mnie, kiedy ty wreszcie skończysz to pisać? Ja mówię, nie muszę kończyć, oddam zaliczkę, przestań mi tu gadać. [59:12.94 → 59:18.74] A: No widzisz, a teraz ma mnie. Więc dziękuję bardzo. Teraz się wymieniamy. [59:18.74 → 59:19.66] B: A ja chciałem temat, nie? [59:21.89 → 59:45.49] A: Ale dlatego, że czas na fragment Twojej prozy. Natalia Saharczuk, zapraszamy z drugim fragmentem Dzieci Lwa Marcina Mellera. A już po tym fragmencie czas na Państwa pytania do Marcina Mellera. Więc proszę się już zastanowić, słuchując się fragment książki. [59:46.29 → 01:03:05.14] C: Zgłosili się jeszcze latem, gdy tylko w Abchazji zrobiło się gorąco. Nawet nie wiedzieli, że wstępują do Mhedrionich. Na jakiejś imprezie w oparach alkoholu i w ferworze dyskusji ktoś zakrzyknął, że chcą oderwać Abchazję i że trzeba iść jej bronić. I mnie trzeba było dwa razy powtarzać. Matka błagała, żeby zostali w Tbilisi, ale oczywiście nie posłuchali. Uciec z nimi chciał jeszcze najmłodszy, piętnastoletni brat, ale mu nie pozwolili. Rekrutacja ochotników odbywała się w słynnym Pałacu Szachów w parku Vera. Zgrabny modernistyczny budynek był efektem szachowego szaleństwa, które ogarnęło Gruzję za sprawą nony Gaprinda Szwili przez długie lata szachowej mistrzyni świata i nosił jej imię. Pod pałacem spotkali mnóstwo znajomych, równie jak oni, rozentuzjazmowanych i żądnych chłopackiej przygody. Nie przeszli żadnego szkolenia, nie dostali mundurów ani broni. Powiedziano im, że wszystko otrzymają w Abchazji. i że za dwa dni mają stawić się na lotnisku. Przybalowali te dwa dni i jeszcze wyciągnęli z imprezy kilku kolegów z podwórka. Pochodzili ze starej i urokliwej, choć mocno zapuszczonej dzielnicy Sololaki u podnóża twierdzy Narikala. Mieszkali w jednej z tych niezwykłych tibilskich kamienic z wewnętrznym podwórkiem i galerią porośniętą winoroślą, ogródkami i dobudówkami, gdzie żyje się wspólnie i na kupie, w towarzystwie wzajemnej pomocy. Chłopaków zgłosiło się tylu, że lecieć musieli na stojąco. Na lotnisku w Suchimi pierwszy raz zobaczyli dżabę Joselianiego. Dżaba był w białym płaszczu. Padał deszcz. Zaczęło się dzielenie na oddziały. Ekipa Gegi powiedziała, że są z pałacu szachów, więc nazwano ich oddział szachistami. Dano im broń, mundury i wysłano na pierwszą linię frontu. Obok służyli bardziej doświadczeni mhedrioni z Bordzomi i to od nich dowiedzieli się, że właśnie zostali jeźdźcami. Pięć dni siedzieli pod odstrzałem, sami wystrzelili pierwsze naboje, odnieśli pierwsze rany, pojmali pierwszych jeńców, ochotników z Kaukazu Północnego. Chcieli ich przetransportować do sztabu w Oczamczyrze, ale mhedrioni, którzy byli na froncie dłużej, wyśmiali ich i rozstrzelali jeńców. Dato wymiotował. Wieść o tym, że szachiści próbowali protestować przeciwko egzekucji rozniosła się, w związku z czym zostali wezwani do sztabu, gdzie wytłumaczono im, że bawić to się mogli w Tbilisi. Tutaj jest wojna. W sztabie pojawił się Dżaba. Miał świetną pamięć do twarzy i ludzi i od razu rozpoznał szachistów. Kazał im pogodzić się z tymi, którzy rozstrzelali ich jeńców. A potem wrócili na front. Pierwszy zginął ich przyjaciel z Sololaki, z sąsiedniego podwórka. Dali się zaskoczyć na patrolu w gaju mandarynkowym. Zwłoki zostawili pod ostrzałem, ale Dżaba kazał im wrócić i je odnaleźć. Wrócili. Zginęło jeszcze dwóch. Przy kolejnych egzekucjach Dato już nie wymiotował. [01:03:06.68 → 01:03:10.84] A: Dziękujemy. Natalia Saharczuk, wielkie brawa. Marcin. [01:03:11.45 → 01:07:49.90] B: Tylko powiem, że to jest właśnie taki wątek, a propos wspomnianego Dżaby, który też, tak jak na wesoło, z tym... Wańka w Stankę i do Ludojada jest redaktor, myślał, że to jest wymyślone, tak jak wielu czytelników myśli, że Dżaba i Oceliani to jest jakaś postać przeze mnie wymyślona, bo jest to tak niemożliwe, że niemożliwe. Dżaba i Oceliani to był chłopak sybiliści z dobrej rodziny, w sensie nie żaden margines społeczny, który z własnego wyboru stał się przestępcą. Złodziejem napadał na banki transporty pieniędzy, ale nie w Gruzji, bo był honorowym Gruzinem i rabował tylko poza granicami Gruzji, czyli w innych republikach radzieckich i pochwycony, skazany na obóz. W Łagrze, w których spędził 17 lat, stał się tzw. worem w zakonie, czyli księciem złodziei w tej hierarchii sowieckiej, to taki najwyższy autorytet więzienny. I on w tymże obozie, w Łagrze, w którymś momencie... stwierdził, że trzeba coś zmienić, zdał maturę, wypuszczony wrócił do Gruzji i poszedł na studia. Poszedł na studia, został w ogóle teatrologiem, specjalizował się w Szekspirze. Ożenił się z dziewczyną, kobietą z bliskiej bohemy elity. Został wykładowcą uniwersyteckim. Był niezwykle przystojny w taki kaukawski sposób. W związku z czym dziewczyny za nim szalały, chłopcy, studenci byli w niego wpatrzeni, bo to taki macho, kaukaski, to połączenie tego Janosika, gangstera, intelektualisty, mieszanka w ogóle niezwykła. I tak sobie żył, aż zaczął padać Związek Sowiecki i kiedy Gruzja zaczęła się budzić do niepodległości, Dżaba, który był też klasycznym gruzińskim nacjonalistą, postanowił walczyć za Gruzję i skrzyknął tych, których znał, czyli z jednej strony studentów swoich, a z drugiej strony kumpli gangsterów. I stworzył właśnie jednostki, które nazwał Mhedrioni, czyli jeźdźcy. Mhedrioni do dzisiaj w Gruzji wywołują takie emocje, że na przykład jest wspaniała gruzińska pisarka Nino Heratishvili, autorka ósmego życia. Ona ostatnio wydała, dwa lata temu, jest taka powieść coraz mniej światła o latach 80-tych, 90-tych w Gruzji. Tam ona nawet nie wymienia z nazwiska Joselianiego. Widać, jej rodzina tak nienawidziła go, że on jest tylko wymieniony jako siwy lis, w każdym bądź razie mehedrylni też nie są wymienieni z nazwy. Nie będę tutaj rozwijał wykładu historycznego. Chodzi o to, że oni się później totalnie zdegenerowali. To znaczy po tym jak Gruzini przegrali wojnę w Abchazji, Mhedryoni faktycznie zamienili się w gangi bandytów, złodziei, gwałcicieli. Kompletna degenerka. Natomiast ja ich spotkałem w 1992 roku, kiedy naprawdę jak nie było komu walczyć, przecież Gruzja nie miała armii. Tam, gdzie się wszystko waliło, paliło, tam szli mhedrioni i szli właśnie ci dziwna mieszanka gangsterów i studentów, którzy z czasem sami się zamieniali w gangsterów. No i ten dżaba, który fascynował po prostu ludzi. Ja nawet byłem świadkiem, jak przy mnie moi przyjaciele się totalnie pożarli, którzy się nigdy nie kłócili, nawet nie kłócili się o bieżącą politykę, a pożarli się o dżabę i o mhedrioni. Żeby tylko skończyć ten wątek, robiąc też dokumentację do powieści, tam ktoś mnie poznał z byłym mhedrionim, bo ja po prostu prosiłem o byłych mhedrioni, Zabawna historia, postać, zresztą właśnie tego dato bodaj, którego pani wymieniła, jest wzorowana na tym moim rozmówcy. Był studentem rzeźby na ASP w Tbilisi, kiedy poszedł na front, a później już po końcach wojen, złapany na napadzie na bank, dostał bodaj 5 lat więzienia. Jak mówi, to mu uratowało życie, bo gdyby go nie wsadzili, to by zginął. a dzisiaj jest szefem ochrony w dużej firmy, więc ja się tak zaśmiałem, że ciekawe z swoją przeszłością, a on w ogóle nie zrozumiał żartów, mówił no przynajmniej znam się na tej robocie. Jest w tym logika, także to jest tyle jeśli chodzi o Jabę i Ocelianiego i Mhedrioni. Jest to historia na pewno na dobry serial Jabba jako postać. [01:07:50.67 → 01:08:12.05] A: Dziękujemy za tą opowieść. To jest tak, jak obiecaliśmy sobie przed tym fragmentem, na Państwa pytania, refleksje. Zachęcam. Mamy mikrofon dla Państwa oczywiście przygotowany, żebyśmy się wszyscy słyszeli. Już Pana widzę właśnie. Pani też, zapraszam. [01:08:14.19 → 01:09:10.78] E: W swojej ostatniej wypowiedzi użył Pan terminologii mówiąc o kimś, że on był z bardzo dobrej rodziny. Chcę powiedzieć, że pan też nie jest z przeciętnej, zwykłej rodziny, bo myślę o pana rodzicach i ich rodzicach. I chcę zapytać, jakie to miało znaczenie dla obecnej pana pozycji, dla pana kariery? bo przecież jest pan osobą publicznie znaną. I drugie, może takie w formie żartobliwej, ale prawdziwe. Kiedy pan prowadził swój cykliczny program telewizyjny, to wszyscy zastanawiali się, w jakiej koszuli pan wystąpi, bo występował pan w takich oryginalnych koszulach, że nie można było tego nigdzie kupić. Wszyscy zastanawiali się, skąd pan to pozyskuje i załatwia. [01:09:11.94 → 01:09:16.96] A: Marcin jako influencer ubraniowy rzeczywiście zawsze robi wyrażenia. [01:09:16.96 → 01:09:24.52] B: Zmieniłem, zmieniłem. Teraz żona mi mówi, że w zasadzie każdy co 10 lat zmienia trochę sposób ubierania się. [01:09:24.54 → 01:09:25.54] A: Szafę tak zwana. [01:09:25.54 → 01:18:53.98] B: Szafę, tak. Więc nie, nadal mam te swoje kolorowe koszule, ale już nie kupuję nowych. A wie pan, to jak wszystko w życiu, zaraz wrócę do tego, przypadek. Pamiętam, to był pierwszy wyjazd bez dzieci. Pojechaliśmy sobie z żoną do Paryża na romantyczny, przedłużony weekend. Dzieci u dziadków, u teściów. I szedłem sobie ulicą, pamiętam jak dzisiaj, był taki sklepik. Patrzę, o jaka śmieszna taka koszulka dla dzieci w roboty. I mówię, że kupię dla Gucia, dla syna. Miał wtedy trzy lata. I tak wszedłem do sklepu, żeby mu kupić tą koszulę w roboty. Jemu kupiłem jedną, a sobie trzy chyba, bo były tam też dla dorosłych. I okazało się, że to jakaś mała firma, która... okazuje się, że mają sprzedaż wysyłkową. Ceny w sumie jak w Polsce, może trochę droższe niż w HM-ie, ale żadne cuda na kiju. No i tak założyłem raz, drugi do programu i się okazało, że widzów często bardziej interesuje skąd moja koszula niż co goście mówią. Głównie kobiety pisały, że dla swoich mężów, braci, ojców, synów. Panowie też pisali, więc to już był taki leitmotiv, tylko ja nigdzie publicznie, bo nie chciałem, żeby za dużo ludzi miało. I raz było, pamiętam, na targach książki w Krakowie. Idę. i patrzę, Mariusz Szczygieł, ja się uśmiecham, Mariusz się uśmiecha i w tym samym momencie śmiech nam zamiera, ponieważ rozpoznajemy na sobie bardzo charakterystyczne wzory właśnie tej samej firmy. To były inne koszule, ale ta sama firma. Ja tak, Jezu, skąd ty to masz? No ale na szczęście się okazało, że kolega Szczygieł idzie bardziej w monochromatyczne wzory, on miał coś w koty wtedy, pamiętam, a ja bardziej w kolory. tylko ustaliliśmy, że nie przekazujemy dalej namiarów, ale poczułem się jak czasami na takich portalach w stylu Pudelek jest napisane tam dramat, szafiarki, czy dramat jakiejś aktorki, że na jakimś bankiecie zobaczyła inną aktorkę w tej samej czerwonej sukni, więc ja się poczułem jak ta właśnie aktorka, jak zobaczyłem aktorkę Szczygła. No, więc to były koszule, a jeśli chodzi o dom. Często to funkcjonowało tak, jak ja już tam funkcjonowałem w mediach, że tam było mówione, że ja tam nie wiem, czy syn wiceministra spraw zagranicznych, czy ambasadora, etc. Natomiast sekwencja wydarzeń była trochę inna. To znaczy, byłem po prostu, znaczy po prostu, nie po prostu, z warszawskiego inteligenckiego domu, gdzie mój tata był wykładowcą uniwersyteckim, a mama pracowała w Muzeum Historycznym Miasta Stołecznego Warszawy. I kiedy zacząłem pracować, do polityki poszedłem, do tygodnika polityka w 1991 roku. Tata jeszcze wtedy wykładał w Szkole Teatralnej Warszawskiej i dojeżdżał do Białegostoku, do ówczesnej filii Uniwersytetu Warszawskiego. Teraz to jest już uniwersytet. I jeszcze pamiętam, jak w 1992 roku poszedł na zaproszenie profesora Geremka pracować w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, jako na początku urzędnik w Departamencie Europy. Jeszcze pamiętam, jak mi opowiadał, lekko podirytowany, że spotkał ówczesną gwiazdę ówczesnej prawicy Wiesława Walędziaka, I Walenciak przywitał mojego tatę. A, to pan jest ojcem Marcina. No i tacie trochę tam żyłka skoczyła, no bo co jest grane, on tu profesor, a ty... I to się zmieniło, kiedy on został... Bo on był najpierw wiceministrem spraw zagranicznych. Tak, i z wiceministra poszedł, został ambasadorem najpierw w Paryżu i w Rosji. I wtedy z kolei się odwróciła sytuacja i znowu ja byłem synkiem tatusia. Więc są dwie rzeczy, jedna to po prostu... Tak, w tym sensie jestem dowodem na to, ile znaczy dom rodzinny, no bo jakby kwestia, nie wiem, lektur, znajomych rodziców. Dla mnie na przykład największą nagrodą w dzieciństwie to była pozwolenie na to, żebym mógł posiedzieć, jak przychodzili, rodzice prowadzili bujne życie towarzyskie, więc jak przychodzili znajomi rodziców, żebym mógł posiedzieć i posłuchać, ich rozmów, a rozmowy były właśnie polityka, historia. Plus, że był to dom tak zwany opozycyjny z tamtych czasów. To moja ekscytacja, jak np. była wieść, że tam ktoś wyszedł z więzienia i przyjdzie do nas na kolację i tak dalej, i tak dalej. Ja byłem, Boże, Boże, Boże, Bożenka. Więc to jest jedna rzecz. Druga była taka, że to nieraz o tym mówiłem, że mój tata zwłaszcza miał dosyć nietypowe na tamte czasy stosunek do wychowywania dzieci. Generalnie rzecz biorąc większość ojców moich kolegów Jest taka piosenka elektryczna, gitar z refrenem, z frazą, nie bądź taki delikatny, twardy, bądź jak Roman Bratny. Ojcowie byli, no tam, synu, jak tam w szkole, dobrze, dobrze, no dobra, cześć. A mój tata spędzał ze mną mnóstwo czasu, mnóstwo gadał, rozmawiał, chodzenia do kina, dyskusje, wyjazdy na wakacje, plus... od dzieciństwa jakieś dosyć przekazywanie specyficznego poczucia humoru. Pytałem tę anegdotę 300 razy, ale ją uwielbiam, jak byłem w pierwszej klasie podstawówki. Rok 1976, środkowy Gierek. Pani pokazuje w szkole podstawowej numer 219 imienia Wandy Wasilewskiej na ulicy Smolnej w Warszawie planszę ze zwierzętami. I dzieci mają się zgłaszać, jakie to są zwierzęta. No i pokazuje takie zwierzę, ja wiem jak się nazywa, paluszek w górę. Pani pyta, jakie to zwierzę, ja mówię, że Lenin. bielejąc na twarzy, mówi dziecko, coś ci się pomyliło, to jest jeleń, nie Lenin, a ja mówię Lenin, jeleń leży w mauzoleum na Placu Czerwonym. No i w sumie nauczycielka już się prawie, że osunęła, ona mówi, dziecko, kto ci takich bzdur na opowieść? Ja nie mówię żadnej bzdury, na Placu Czerwonym jest jelen, jego żona sareńka dupenka, w tym momencie telefon do domu, no ojciec siedział w domu, pisał coś, wezwany do szkoły, zaparł się syna swego, mówiąc, że Marcinkowi coś się pomieszało. Ja tam mówię, ale tato, cio, cio, cio. Pamiętam, powiedział nauczycielce, że ten trudny okres ma w życiu coś tam z główką i wychodzę ze szkoły i mówię, tato, ale przecież sam mi to mówiłeś. On mówi, no mówiłem, ale musisz wszystko w szkole powtarzać, więc tak to było. I na pewno jest coś takiego, to zresztą a propos Czerwonej Ziemi, ten właśnie syn, ojciec, mój przyjaciel, profesor od starożytności, Marek Węcowski, właśnie powiedział, że przeczytanie Czerwonej Ziemi to była wielka frajda dla twojego psychoterapeuty, żeby tu odnaleźć jednocześnie twojego ojca, ciebie, twojego syna i tam wszystkich. No więc w tym sensie to ogromna rola. Łącznie z takimi jakimiś tropami kulturowymi. Największy triumf i największa klęska mojego ojca to jest... On trzymał w toalecie swoje, zresztą po nim to odziedziczyłem, ulubione książki, ale to były specyficzne książki. U nas w kiblu byli zawsze 3 muskieterowie, których on czytał w systemie ciągłym. Były Megrety, tak zwane, czyli kryminały o komisarzu Megret. To jest książka, dzisiaj nikt już jej nie pamięta, wspaniała, Burzliwe Życiele i Zorka Rojstwańca Ili Erenburga, Wojak Szwejk i mnóstwo francuskich kryminałów, ale też takich głupich. S.A.S. to takie James Bondy dla ubogich francuskie. Tata to uwielbiał, on się przy tym resetował, tak jak moja żona ogląda jakieś kretyńskie programy telewizyjne, żeby się odmurzyć, to on czytał te sasy. I właśnie za sprawą tych trzech muszkieterów w toalecie, ja kompletnie wsiąkłem w Dima. Przeczytałem naprawdę wszystko, co wyszło po polsku, On pisał dziesiątki, Remigiusz Mruso przy nim jest leniwy pisarz. Przede wszystkim oczywiście trylogia Trzej Muświetarowie, dwadzieścia lat później Wicehrabia de Brażelą, ale ja Hrabiego Monte Cristo czytam naprawdę co dwa lata, te 1300 stron drobnym drukiem, po prostu od nowa, od nowa. Czasami sobie obiecuję, że przeczytam tylko ostatnie 150 stron, tam gdzie już Dante się mści na pełnej, Ale zawsze to jest silniejsze ode mnie i czytam całość. Plus cykle na szyni królowej. Mnóstwo tego. I to był sukces. Już się zamykam. [01:18:54.16 → 01:18:55.60] A: Gdzieś jest ten brzeg, tak? [01:18:55.62 → 01:19:48.50] B: A największa porażka to był Sienkiewicz. Bo on zadowolony oczywiście, że Dimash się mu się trafi, ale że powinienem wielkiego Henryka Sienkiewicza. I ja nie byłem w stanie. Ja po prostu chciałem dla niego, nie byłem w stanie przebrnąć. Po prostu zaczynałem ogniem i mieczem. W końcu jak przyszło tam w lekturach szkolnych, to przeczytałem. Ale to był jakiś dla mnie czytelniczy koszmar, że musiałem przez to brnąć. I on był niepocieszony, bo on uważał, że to nie dość, że wspaniałe, bo dla niego to było wspaniałe, że to obowiązek polskiego inteligenta. Polski inteligent nie może czytać jakichś fajnych rzeczy, że musi cierpieć itd. Polski inteligent musi cierpieć. A potem to już wszedł nastoletni bunt. Nigdy mi się to nie zmieniło. Ja jeszcze robiłem próby za dorosłości, wiesz. [01:19:48.90 → 01:19:51.48] A: Ten nastoletni bunt ci się dalej nie skończył, tak? [01:19:52.65 → 01:22:28.74] B: Słuchaj, jest... Natomiast potem, wiesz, po latach na przykład ja mu... ja pamiętam dałem mu i Masłowską, wiesz, Wojnę Polsko-Ruską i Żulczyka. Zrób mi jakąś krzywdę, jaką oni tam mieli po tych 20-19 lat. No to się ten... on się, tak jak ja, bardziej się Żulczykiem zachwycił niż Masłowską. Ale ten... ale tak czy siak, wiesz, potem ja mu... Podsuwałem te lektury. I też pamiętam super historię, jak go wyciągnąłem na jeden z moich ukochanych filmów, czyli Przed Wschodem Słońca z Julie Delpy i Tannem Hawkiem. I tam jak wyszedł wzruszony z kina i mogłem się domyśleć, że film odpalił jakieś jego młodzieńcze wspomnienia z przedczasów mamy, że tak to ujmę. I tylko już zupełnie na koniec, z tych czasów jego ministerialnych, a raczej wiceministerialnych, to raczej były czasem skomplikowane sytuacje. Jak na przykład był wiceministrem, to był w rządzie Buska, ministrem był Bartoszewski. Ja napisałem wtedy jakiś tekst polityczny, który wyciekł przed drukiem i po prostu była taka szefowa doradców Buska Teresa Kamińska, szara eminencja. No i krótko mówiąc, byłem na nartach, pamiętam, dzwonił tata. Wiedziałem, że coś jest nie tak, bo się tak... Synu? Ups. Ostatni raz tak do mnie mówił, jak tam wracał z podstawówki i dowiadywał się, że coś na huliganiłem. No słyszałem, że napisałeś taki tekst, nieprawda, szło pani minister. Ja myślałem, kurde, czy na posłuchu jest, czy co? Na pewno. Generalnie chodziło o to, że poszedł przeciek, że właśnie ukaże się tekst w polityce jakiś, który może zaszkodzić rządowi. I potem odtwarzałem, jak to się działo. Kamińska poleciała do Buzka. Buzek zadzwonił do Michnika, Michnik zadzwonił do Bartoszewskiego, Bartoszewski do mojego ojca, żeby wpłynąć na mnie, a nie, bo najpierw dzwonili do Baczyńskiego i Baczyński ich pogonił, więc dzwonili do mnie, żebym wykazał się odpowiedzialnością obywatelską i wycofał tekst, więc żal mi było starego, no bo jakby był między młotem i kowadłem. Ty powiedz dla mnie, zadał pan proste pytanie, jak gadam chyba od 15 lat, [01:22:31.17 → 01:22:49.71] A: Ale jesteśmy jeszcze w czasie. Czas na ostatnie pytanie, ale też takie pytanie, które przewidujemy, jak może brzmieć odpowiedź, to przewidzimy, że ona też nie będzie najdłuższa. Ale czas na ostatnie pytanie od Państwa. [01:22:50.55 → 01:22:51.43] B: Ludzie się już boją. [01:22:52.17 → 01:23:08.34] A: Nie, nie możesz, bo jest pytanie. Jest pytanie, pamiętam, przy kolumnie środkowej... Pani w paski. To nie jest zbyt charakterystyczny opis. [01:23:08.46 → 01:25:20.54] D: Nie wiem, czy to będzie krótkie pytanie, ale chciałabym coś powiedzieć na temat tej książki, bo dla mnie zarówno Czerwona Ziemia, jak i Dzieci Lwa po prostu są dla mnie w pewnym sensie książkami edukacyjnymi, bo nawet mimo to, że Pan mówi, że tam w jakimś sensie są to też książki czy też treści fikcyjne, to ja jednak wierzę Panu, bo wiem, że Pan tam był i że Pan to widział i dla mnie to też są pewne informacje na temat właśnie tego, co się dzieje czy w Afryce, czy właśnie tutaj w Gruzji. Ale po pana drugą książkę sięgnęłam przede wszystkim dlatego, że usłyszałam, że jest to książka o przyjaźni. A jakiś czas temu przeczytałam książkę Szandora Maroyego, Żar. No i tam są niesamowite opisy tej przyjaźni tak głębokiej i tak intensywnej między generałem a Konradem, czyli głównymi bohaterami. I byłam ciekawa tej przyjaźni w pana książce. I właściwie Pomimo, że tam opisane są czasy tej monarchii austrio-węgierskiej, to wydaje mi się, że jednak pewne elementy zarówno w tamtej książce, jak i u Pana są takie same. Mianowicie jest ta przyjaźń męska, jest też później takie oddalenie, bo nie wiadomo dlaczego zostaje zerwana ta znajomość i później właściwie pan wraca po tych trzydziestu paru latach, tak samo jak i w Żarze, bohaterowie spotykają się po czterdziestu kilku latach. i właściwie już nie ma tego pana bohatera drugiego, bo już nie żyje, ale jednak informacje dotyczące tego, co się jeszcze w międzyczasie zdarzyło, są. I właśnie zastanawiałam się, czy tak jak w żarze powodem tego rozstania była kobieta, czy też jakieś inne jednak powody były. [01:25:21.82 → 01:25:25.88] B: I Marcin Werner. Krócej niż pytanie. [01:25:26.50 → 01:25:34.74] A: Takie zadanie literackie dla ciebie. [01:25:34.90 → 01:27:51.01] B: Mówię to bez ściemniania, że sam do końca nie wiem i tak to pisałem, żeby czytelnik się zastanawiał, I zastanawiałem się, czy to jest dobre rozwiązanie, ale specjalnie to zrobiłem. Tak jak nie jest do końca powiedziane w którymś momencie, czy bohaterowie, że tak powiem, konsumują swoją relację, czy nie konsumują. I też zrobiłem to specjalnie, żeby zostawić i wyobraźnię, i nawet nie tyle wyobraźnię, żeby czytelnik mógł się zastanawiać. I tam w którymś momencie, któryś z bohaterów mówi, Ja tę powieść pisałem w ten sposób, świadomie i wsadziłem w usta któregoś z bohaterów, nie pamiętam którego, bohaterki, zdanie, że tak naprawdę nigdy nie wiemy, co siedzi w czyjejś głowie. Banał, ale tak też chciałem to konstruować, to znaczy, żeby nie wiedzieć do końca. Żeby wiedzieć, jakie są czyny, ale żeby nie wiedzieć do końca, co za tym... Dlaczego Wiktor osuwa się w to wojenne szaleństwo? No wiemy, że zmarła mu matka, wiemy to, wiemy tamto, więc to było w tym sensie świadomy wybór. Wiem, że mam krótko... W którymś momencie dopiero pisząc... Po pierwsze, dla mnie przyjaźnie... męskie w tym wypadku są mega ważne i czasami to jest tak, że można się latami nie widzieć i można się pokłócić, nie odzywać się do siebie przez kilka lat i potem się spotkać jak jest godzina próby czy potrzeby, etc. A pisząc, ja nawet nie wiem czy pisząc, czy jak już skończyłem pisać, ja sobie uświadomiłem, że ja tak naprawdę w pewnym sensie oddawałem jakiś swój wewnętrzny hołd najważniejszemu pisarzowi mojego dzieciństwa, czyli Edmundowi Niziurskiemu. I że pisałem takiego dla siebie, nie porównując się absolutnie do mistrza. ale jakiegoś takiego Niziurskiego dla dorosłych, [01:27:53.05 → 01:27:53.15] C: bo [01:27:53.15 → 01:29:01.36] B: u Niziurskiego zawsze chodziło o przyjaźń i zawsze przyjaźń jest najważniejszą rzeczą na świecie, a ta przyjaźń z jakichś powodów się tam u niego zawsze waliła. często to było z powodu dziewczyny, na przykład w jednej z moich ulubionych powieści Adelo zrozum mnie, gdzie właśnie... I też zdałem sobie sprawę dopiero później, że w Adelo zrozum mnie jest narrator, czyli Tomek Okis, który jest takim przeciętniakiem i patrzony jest w samca Alfa, czyli w Zygmunta Gnackiego, czyli Gnata. I tak też trochę mój Wiktor Tilscher, który jest takim spokojniejszym w tym wypadku, patrzy się z podziwem na tego Maxa, który jest takim... i dziewczyny i wszystko, i życie wielką chochlą bierze. Więc ten Niziurski na pewno mi nieświadomi, a potem sobie uświadomiłem, więc mówię głośno. I potem ktoś mi nawet, nie miałem tego słowa w głowie pisząc, ale że nawet więcej niż przyjaźń, że to tak naprawdę pisałem powieść o braterstwie. I może nie do końca modna sprawa dzisiaj. [01:29:01.84 → 01:29:57.97] A: Nie do czego nie modna. Praterstwo ważne jest, nie tylko o broni. Marcin Meller w tej wielowątkowej rozmowie z dwóch powieści przeskoczyliśmy do lat 80. i 90. i dotrwaliśmy do 2025 roku. Teraz jak Państwo mnie tak słuchają ważnie, to zaraz powiem, że za tydzień na Bitwie o Kulturę porozmawiają Państwo o kulisach dubbingu, a gośćmi Kamila Bałuka będą Anna Apostolakis i Zbigniew Słuszyński. Bohaterami naszego spotkania są Natalia Saharczuk, również ta czytała fragmenty książki Marcina Mellera. a szczególnie tłumaczy na język migowy Pani Ewelina Lachowska i Łukasz Grzesiuk. Bardzo serdecznie Wam dziękujemy. I wielkie brawa dla Marcina Mellera, który był Państwa i moim gościem. [01:29:58.61 → 01:30:28.32] B: Bardzo dziękuję. A czy ja mógłbym do Pani tłumaczyć, mieć prośbę? Jakby Pani przetłumaczyła refren Wańki-Wstańki? Po pierwsze, nazwa zespołu Wańka-Wstańka, endelu do jades. I teraz, najlepszy w świecie jest leżajski ful. Takiego piwa nie pił nawet król. Piękne, bardzo dziękuję. Dziękujemy bardzo.
Bitwa o literaturę. Wszystkie światy Mellera / Marcin Meller / PJM
Dziennikarz, publicysta, pisarz, niegdyś dyrektor wydawnictwa. Od lat komentuje sprawy społeczno-polityczne, rozmawia z przedstawicielami świata szeroko pojętej kultury, a także zaprasza czytelników do wspólnych literackich podróży. W ostatnich latach dał się poznać nawet jako autor thrillerów – pod koniec ubiegłego roku na rynku ukazała się już druga część sensacyjnego cyklu o Witoldzie Tilszerze. Kim są „Dzieci Lwa”? Co można odnaleźć na „Czerwonej Ziemi”? Jak połączyć wszystkie zawodowe ścieżki? Krótko mówiąc…kim Pan jest, Panie Meller?
Marcin Meller – historyk z wykształcenia, przez dwanaście lat reporter „Polityki”, dziennikarz telewizyjny. Od 2003 do 2012 roku redaktor naczelny „Playboya”, w latach 2016–2020 dyrektor wydawniczy Grupy Wydawniczej Foksal. Gospodarz „Drugiego Śniadania Mistrzów” w TVN24 (2009–2022), „Drugiego Śniadania Mellera” (2023) na YouTubie i od lutego 2024 „Trzeciego Śniadania” w Kanale Zero. Współprowadzący Dzień Dobry TVN (2005–2008, 2013–2019). Od stycznia 2023 gospodarz „Melliny” na kanale Eska Rock. Przez lata felietonista „Wprost” i „Newsweeka”. Razem z żoną Anną Dziewit-Meller napisał „Gaumardżos! Opowieści z Gruzji” (2011). Wydał również zbiory reportaży „Między wariatami. Opowieści terenowo-przygodowe” (2013) oraz felietony „Sprzedawca arbuzów” (2016), „Nietoperz i suszone cytryny” (2019) oraz „Trzy puszki bobu” (2023). W 2022 roku opublikował powieść przygodowo-sensacyjną „Czerwona ziemia”, która od razu stała się bestsellerem. Prywatnie miłośnik pierogów ruskich i pogranicza Warmii i Mazur, gdzie między Reszlem a Mrągowem spędza lepszą połowę życia.