Tryb wiązania: soft

Pokazujemy wszystkie trafienia.

[pokaż transkrypt] [ukryj transkrypt]
[00:08.50 → 57:20.64] A: Żeby dojechać rowerem z warszawskich Kabat do Lizbony trzeba ciąć na piaseczno, a potem przez Jazgarzew i dalej prosto na Grójec. Oto cała wiedza o geografii, która potrzebna jest na początku. Następne miasteczka, przystanki, następne mapy będą odsłaniać się stopniowo. Zbytnia skrupulatność może stać się przyczyną cierpienia. Odbiera przyjemność niespodzianki, pęta głowę i nogi. Do Portugalii jedzie się przez Grujec i tyle. Więc wyruszyłem. Niewyspany. Z ulgą, że wreszcie. Papierosy odstawione kilka dni wcześniej będą przypominały o sobie jeszcze długo. Chciałoby się być minichem, ale się nie jest. Pogodnie. Dzień drugi. Rower ma dwa koła. To takie proste, że się o tym nie myśli. Kiedy jednak rano odkrywasz, że tylko w jednej dętce jest powietrze, prosty rachunek przestaje się zgadzać. Buddyjski spokój pryska, a przez zaciśnięte zęby dobywa się swoiskiek. Tak, tak się mówi, albo myśli, w każdym razie trzeba to jasno stwierdzić. Buddyjski nastrój ulatnia się, jeśli warto jednak szukać jego resztek, to po to, aby nie kopać roweru, ani siebie. Duża sztuka dla zaawansowanych. Dzień czwarty. O Panie, o świcie usłysz mój głos. O świcie zwracam się do Ciebie i czekam. Wziąłem ze sobą psalmy w tłumaczeniu Miłosza. Leży się wieczorem, włókienka mięśni pulsują, odparowują napięcie. Wieczorem także głowie dobrze dać odpocząć i sprawić, aby zajęła się czym innym niż samą sobą. Nie trzeba czytać psalmów po kolei, a tym bardziej od deski do deski. To nie znaczy, że nieuważnie. 150 osobnych pieśni, modlitw, wykrzykników i szeptów o których nie wiemy, kim byli autorzy, w jakich terminach powstały, a potem jak się ucierały i ucierały i ucierają do dzisiaj. Czyta się kawałek wieczorem, a potem wystarcza na cały następny dzień. Trzyma długo w ustach jak pestkę po zjedzonej czereśni. Bada jej kształt językiem długo. Ostatecznie nigdzie się nie śpieszy. Nie mam dzisiaj nic, Ale to absolutnie nic do załatwienia. Absolutnie nic. Tylko jechać rowerem. To cud. To prostsze niż życie. Wystarczy tylko równo oddychać. A jeszcze łatwiej jak się o oddechu zapomni. Tego dnia ostrożnie świeciło słońce. Ani kropli deszczu. Przy drogach o polszczyzny szeregi poniemieckich drzew. O Panie. O świcie usłysz mój głos. O świcie zwracam się do ciebie i czekam. Czekanie trwa, jest, dzieje się. Teraz czekam. Powiedziałem, co wiedziałem i teraz czekam. Nadstawiam ucha, zamieniam się w słuch. Próbuję już tylko jechać rowerem i nasłuchiwać. Niezupełnie się udaję. Nie udaję się zupełnie. Im jest ciszej, im dłużej jadę rowerem, mijam przydrożne słupki, drzewa i milczę, tym głośniej dochodzi do głosu zgiełk świata. Pstrykanie przerzutek, traktor z daleka, kosiarka, ptaki, zamykana furtka, nieuporządkowany strumień wspomnień. Skąd tu nagle zielony rower z ósmej klasy podstawówki? Huczy mój mózg. Co jest ważne, a co pozostaje zaledwie miłą dygresją? Chciałoby się więcej niż czekać. Chciałoby się wiedzieć. Znać kierunek, cel, sens. Dojechać do jakiejś Portugalii. Z doświadczenia poprzednich wypraw wiedziałem, że przez pierwsze dni mózg huczy. Że najlepsze, co można zrobić, to dać się wyszumieć myślą. Nawet cytatom dać się zacytować. Potem przyjdą dni prostsze. polegające coraz bardziej na jechaniu rowerem, coraz bardziej na jedzeniu i spaniu, choć do końca głowy i myśli się nie wyłączy. O Panie, o świcie usłysz mój głos, o świcie zwracam się do Ciebie i czekam. To wiersz prawdziwy, to czysta praktyczność. Dzień siódmy. Cały dzień w słoneczku po magicznych czeskich pagórach. Pod wieczór dojechałem do końca czeskiej mapy. Do granicy z Niemcami została tylko krótka, czarna kreseczka przecinająca zieloną plamę lasów. W rzeczywistości była to spora góra porośnięta wielkimi świerkami. U jej podnóża gnieździła się mała osada. Na zeplaczu stacyjki benzynowej znalazłem nocleg. Wsyciłem się piwem i sukcesem dnia. Przejechałem kawał drogi, jak za dawnych czasów. Zrobiłem pranie. Gadki i koszulki obciekały w kabinie prysznicowej. W otwartym oknie szumiał las. Gdybym zapisał wszystkie słowa wypowiedziane w czasie tego miesiąca, wyszłoby zaledwie kilka kartek. Jazda rowerem sprzyja milczeniu. Przez miesiąc padło niewiele słów. Dzień dobry, do widzenia, ile kosztuje, którendy, woda, piwo, frytki, dziękuję. W wielu językach. Jednak od samego milczenia nijak się nie mądrzeję. Inna sprawa, że milcząc trudniej jest zgłupieć. Milczenie, nawet jeśli to tylko zewnętrzne, nawet jeśli oznacza tylko niegadanie, jest dobre. To pierwszy filtr szumów. Ale gdy umilknę, słowa wlewają się kaskadą, zupełnie niepowstrzymane, lżejsze od pojedynczej głoski, postrzępione, tylko pomyślane. Cholera! Nie daje się umilknąć. Dzień dziewiąty. Nudno. Znudziłem się. Leżę. Patrzę w sufit. Plastikowy sufit udający rustykalną powałę. Leżę i nie ruszam się. bo ruch boli. Ciekawe, że w człowieku jest aż tyle sprężynek, aż tyle kółeczek i trybików. Wszystkie naraz dają sobie znać i mówią, że nie będą się kręcić, sprężynować i obracać się. Bez ruch i nuda. Znudziło mi się ruszanie. Moim nogom się znudziło, plecą, ramionom, szyi. Właściwie mnie nie ma. Nie mam nie ani po chrześcijańsku, ani po buddyjsku. Nie mam nie głupio. Zwyczajnie nie mogę się ruszyć. To trwało od wczoraj. Wjechałem w przedburzowej duchocie do miasteczka, które miało w nazwie wszystkie Heimburg und Stein naraz. Siadłem w ogródku piliarni w Ryneczku i szluz. Dziewiątego dnia Leżałem bez ruchu i patrzyłem w plastikowy sufit. Zwlekałem się kilka razy do łazienki, a raz nawet zaryzykowałem wyprawę schodami w dół na pobliskiego kebaba. Na szczęście poręcz była solidna. Cieszyłem się, że mnie nikt nie widział. Nie krzyczałem na siebie i nie popędzałem. Nie było komu dowodzić. Nie było też dowodzonego. Zejście po schodach, a potem wspięcie się po nich, to najważniejsze wydarzenie tego dnia, więc odnotowuję. Nie rozmawiałem z psalmistą. Nie rozmawiałem ze sobą. Tyle co ostrożne pogaduchy z lewym kolanem, bo wyglądało na to, że śrubek i sprężynek ulakowało się tam zbyt dużo, że się nie mieszczą i rozpychają, że dziwnie kolano się rozpucza, więc gadałem kolano. Żeby było spokojne, że jeszcze wszystko się jakoś ułoży. To pasuje. Sprawy i myśli poprzednich dni dziwnie się ulotniły. Przypomniałem sobie dymek z dawnego rysunku Andrzeja Mleczki, przypisany kawiarnianemu inteligentowi. Ciekawe, że kiedy boli mnie ząb przestaje się interesować konfliktem na Bliskim Wschodzie. To prawie takie proste. Dzięki Dzień za oglądanie! dziesiąty. Na Ziemi istnieje około sześciuset gatunków dębów. Około stu pięćdziesięciu gatunków klonów. A po drugiej stronie takie dziwactwa jak mydleniec wiechowaty. Albo drzewo chusteczkowe. A co dopiero magnolie drzewiaste. Tulipanowce, krujeczniki, ambrowce. Przostownice, orzeszniki, korkowce, kłęki, bożodrzewy. Pomyśleć, że nie istnieje sosna, której kształt byłby identyczny z inną. Każda jest jedna i niepowtarzalna. Nie ma fizycznie takiego drzewa, które byłoby takie samo jak drugie. Oczywiście mają swoje rodziny, powiaty, województwa, kraje, kontynenty, dowody osobiste. Każde ma nazwę. Własne imię rodowe. Liliodendron tulipifera. Acer griseum. Ailantus altissima. Quercus fraineto. Betula pendula. Fraxinus excelsior. karyja owata, sercidifilium japonicum, abies alba, pinus ponderosa, tilia cordata, corylus avellana, fagus sylvatica. Te nazwy brzmią jak zaklęcia, jak msza przedsoborowa, jak wiedza tajemna, która daje poczucie rzeczywistości rzeczywistej. jest przedsionkiem dla niezawansowanych w treningu oswajania śmierci i bycia poza czasem. To oczywiście prowizorka. Drzewa tak samo jak my przewracają się. Dzień jedenasty, Dunaj i podwieszony mostek na linach, huśtam się, jeżdżąc w tę i we w tę. Jestem po pięćdziesiątce. W tym wieku człowiek zaczyna powoli przyznawać się do dziecka. Za młodu zajadle pilnuje swojej dorosłości, a dziecko w nim wstydliwe i głupie. Młodość pozwala też przywalać ociężałej sklelorozie starego, bo posiada lekkość braku pamięci i często zbawienną, spektakularną, bezkompromisowość w sądach. Młodość, choć opatrzona wewnętrznym cierpieniem, jest dobra. Dojrzałość, choć opatrzona innym cierpieniem, też jest dobra. Ale dziecko w dojrzałości, równie wstydliwe i głupie, nie uchodzi. Generalnie cały świat bez względu na wiek chciałby być młody. Ja też jadąc rowerem próbuję udowodnić sobie, że jeszcze mogę jechać. Młodość i starość czy dojrzałość jest walką o władzę, walką o pojęcia i terminy, walką o wiedzę i rozumienie świata, o życie. Przywoływać tu dziecko, w sobie uznawać dziecko, to jakby stawać pośrodku pola bitwy, machać białą flagą, która jeszcze bardziej wścieka obie armię. Uczniowie Jezusa wspierali się, który z nich jest pierwszy. Nie byli małostkowymi głupkami, nie było żartów. Janowi, który kłosił na tejście ich nauczyciela, po prostu ucięto głowę. Im bardziej zostawili swoje łodzie i domostwa i pożycili urzędy, tym bardziej było istotne, jak rozumieć to, w czym biorą udział. Ich spór nie mógł przecież dotyczyć tytułów naukowych ani prasowych, ani tego, kto jak do kogo się odezwał. Przecież to byli nasi najlepsi ludzie, najlepsi, najuczciwsi z możliwych. Musieli spierać się o sens, o najlepsze rozumienie sensu. Szczegółów sporu nie znamy. Może cała dalsza historia myślenia, już zapisana w tekstach filozofów i teologów i poetów, staje się odwzorowaniem tamtych dylematów. Na pewno wiadomo niewiele. Wiadomo, że nikt nie został z nich wygoniony na cztery wiatry. Wiadomo też, że Jezus wziął w ramiona jakieś dziecko, chłopczyka albo dziewczynkę i postawił na stole. Gapiło się na mnie wybałuszone, zasmarkane, zdziwione w pampersie. I bądź tu mądry. Wytłumacz teraz znaczenia pięciu księgów. Wytłumacz, że tatuś nie kocha już mamusi. Albo na przykład, że kapitalizm jest zły. Wytłumacz słowami znaczenia swoich uczynków i znaczenia słów przy tym wypowiedzianych. Wytłumacz choćby powody jechania rowerem. Nie bądź młody ani stary. Bądź dzieckiem, które wyjaśni dziecku. Dzień dwunasty. Miałem dużo czasu i zdążyłem się pogodzić, że czekam. Zdążyłem pogodzić się z faktem, że nigdzie nie pedałuję, bo nie zgina mi się noga. Po prostu. że kolano jest żywą reklamą napompowanego ludzika Michelina. I to jest koniec zabawy. Że na pewno w Lippheim, w takiej dziurze, muszą mieć połączenia kolejowe albo autobusowe z jakimś większym miastem, a stamtąd choćby do Monachium, czy do Pragi, czy Auf Wiedersehen. Nie, że kara za pychę. Pycha, owszem, ale nie od razu, żeby kara. Każdemu wydaje się, że może podbiec do autobusu, aż kiedyś dowiaduje się, że nie może. Tylko tyle. To tylko prozaiczna procedura dowiadywania się o możliwościach albo o niemożliwościach. Zazwyczaj dzieje się to w przychodni. A więc to teraz. W przychodni w Lippheim. W takiej dziurze. A jednak... A jednak takie rzeczy się zdarzają. Tak, takie rzeczy się zdarzają. Jak nie na tym świecie, to w innym. Jest nieskończona liczba światów. Tak powiada profesor Schlemiel, postać z opowiadań dla dzieci Singera. Lekarz, który mnie przyjął, nazywał się Kuczewski. Jego specjalizacją okazała się być medycyna sportowa. Opiekował się drużyną kolarską w pobliskim Ulm. Wystarczyło mu kilka razy przycisnąć palcami opuchły staw, aby zdiagnozować, będziesz żył. Zrobił mi miejscowy zastrzyk, dał maść i sięgnął na górną półkę po tabletki. Siedem wypasionych tabletek ścisłego zarachowania dla kolarzy Tour de France. Z tym Tour de France oczywiście przesadzam, tam przecież nie jeżdżą ludzie. Tabletki jednak były specjalistyczne. Nie do uświadczenia w szeregowej przychodni. Na wzmocnienie jakiejś tkanki, która przyczepia mięśnie do kości. Były prawdziwe. Doktor Kuczeski w Lippheim też był prawdziwy. Takie rzeczy się zdarzają. Jak nie na tym świecie, to w innym. Jest nieskończona liczba światów. Dzień trzynasty. Od doktora Kuczewskiego dowiedziałem się jeszcze, że gdyby mnie to lodowate zimno w czerwcu, gdyby mnie ten deszcz za oknem, już bym nie jechał. Powiedział, że zimno ocaliło mi przeczepy w kolanie. Gdybym jechał w upale, to rozeszłoby się na cztery strony świata, a tak? Zimnie przetrwało. Zimno jest dobre. Trzynastego dnia lał równo i obficie na całej trasie. Około siedmiu, dziesięciu stopni Celsjusza. Celsjusz. Cóż to za piękne miano. Że też człowiek jest taki prosty. Wystarczy mu powiedzieć, lubię cię. Nawet nie, że kocham, ubóstwiam, bo to raczej wytrąca z równowagi. Działa na każdego. Na ciecia. Nawet na ciecia, który gnieździ się we mnie. W Lippheim usłyszałem, lubię Cię. I teraz prułem w deszczu, równe osiem godzin, po jednym z najpiękniejszych zakątków świata, do źródeł Dunaju. Lubię Cię. Mały guziczek gdzieś blisko ciała, rozluźnia sploty mięśni, sploty w mózgu też jakoś inaczej układa. Mała, całkowicie ekologiczna tabletka z najwyższej półki. Wypisywana bez recepty. Może właśnie dlatego, że bez recepty, bez instrukcji stosowania udzielana jest sobie i sobie wzajemnie. Jakoś tak na chybił trafił i zbyt rzadko. Nie ma obawy przedawkowania. Ci, którzy takie obawy mają, mylą to lekarstwo z kłamstwem, ze sterydami. Lubię Cię. ponieważ działa nieoczekiwanie, wytrąca człowiekowi oręż dotychczasowej wiedzy o sobie i o całej reszcie. Czyni bezbronnym, ale zarazem otwartym na siebie i na całą resztę. Lubię Cię jest białą flagą, chwilowym zawieszeniem broni na kołku, jest porzuceniem pola walki i ostrożnym, chybotliwym zbliżaniem się do zdziwionej buzi dziecka. Zobaczyłem sarny. Dwie duże i kilka młodziaków w luźnej gromadzce. Stały na poboczu żwirowej drogi, w gęstych zarąszlach i wszystkie wyciągały szyję. Gabiły się nieruchomo. Nie, to było inaczej. Sarny mnie zobaczyli. Zbliżałem się i prychałem, strząsając z powieki nosa krople deszczu. Przestanąłem od razu w oddaleniu jakichś dziesięciu metrów i tak wymienialiśmy dyplomatyczne spojrzenia i uprzejmości. Dowiedziałem się, że nie wybierają się do Portugalii. Przyroda też ich nie zachwyca. Nie słyszały słowa Bóg i nie zastanawiały się nad śmiercią. Nad niczym się nie zastanawiały. Kilkanaście par ciemnych oczu nie zdradzało niczego. Patrzyły nieruchomo. Chciałem zadać jakieś pytanie nieszczegółowe, jak żyć albo coś w tym rodzaju, ale na niezauważalny znak głównej mamy pierzchły przez drogę na drugą stronę, gdzie za chwilę zaczynał się las. I tyle było rozmowy. Ten dendracic. Połowę ciała, gracja, logika, prostota, obojętność. Wszystko się mieści w opisie. Stałem w deszczu, w takim kapuśniaczku, a potem prowadziłem rower przez dobry kawałek. W takich razach pojawia się stały zestaw pytań. W innych razach, na przykład na pogrzebie bliskiej osoby. Mamy zupełnie podobny zestaw, ale zupełnie inaczej formułowany. Ale zestaw powracających pytań jest stały. O wszystkie pierwsze przyczyny. I nawet na pogrzebie zachwyt i groza idą w pierwszej parze kontaktu. To po prostu niemożliwe. Aby takie nieziemskie piękno, jak to stado pieszkających saren, a wcześniej ich nieruchome, błyszczące oczy, nie miały żadnego znaczenia. To po prostu niemożliwe. Rozrzutność i rozpiętość cudu stworzenia jest zbyt wielka. A człowiekowi, któremu dane jest spojrzeć w oczy zwierzęcia, pozostaje do końca życia dziękować za tę chwilę, okrutnej konfrontacji. Dzień osiemnasty. Po południu zatrzymałem się gdzieś. Gdzieś w Europie, we Francji, wśród pól. Zatrzymałem się nagle między wioseczką a wioseczką, w środku nigdzie albo wszędzie i szukałem noża, aby obciąć długą, elastyczną nitkę, która powiewała od jakiegoś tysiąca kilometrów z kolarskiej rękawiczki. Powiewała i łaskotała przegub. Zapominałem o tym na długie kilometry, aby naraz, po raz setny znów odganiać jakąś natrętną muchę. Nic nie dawała się urwać, więc dawałem spokój i jechałem dalej. I tak to było gdzieś od środkowych Czech. Aż tu nagle, po kolejnej walce z muchą stanąłem. Nagle postanowiłem zrobić z tym porządek. Takie stawanie jest zawsze zaskakujące. Nie tyle dla głowy, ale dla ciała. W tym sensie też dla głowy. Głowa nagle zbudzona, słyszy podwyższony puls krwi, słyszy inaczej dźwięki, nieprzypruszone powietrze ani warkotem bieżnika opon. Bo jazda rowerem to trochę takie latanie tuż nad ziemią. Inny stan skupienia. Czasem męka, ale znacznie częściej błogość, jak piękny sen. I to właśnie, Chciałem powiedzieć od początku, od pierwszego dnia. To jest najważniejsze, co chciałem o rowerze. Wszystko, co było wcześniej i później, to tylko dygresja i zawracanie głowy. Dlatego jedzie się cztery tysiące kilometrów i chce się jeszcze, tylko Atlantyk przeszkadza i zmęczenie. No więc budzę się. Wygrzebuję z sakwy nóż. Ale dłoń natrafia jeszcze na inny kształt, co przecież w absolutnej dyscyplinie pakowanego ekwipunku jest niespodzianką. Wyciągam puszkę ciepłego, kupionego jeszcze w Niemczech i już wtedy paskudnego piwa. Cóż to było za święto. Siedziałem na skraju pola kukurydzy, pod jesionem. Było niedzielne, późne popołudnie. Siedziałem, a wszystko wokół trwało. Gramatka dzieci przyjechała, na czym popadło ze śmiechem, wrzeszcząc za siebie «Bonjour, monsieur!» Odkrzyczałem płynną francuszczyzną «Bonjour, bonjour!» Tym zachęconym długo jeszcze trenowałem inne poznane słowa, sczytane wcześniej z turystycznej tablicy informacyjnej. W, Z i C. W, W, Z i C. Jesteś tutaj. Jesteś tutaj. Bo byłem tam. W tamtym właśnie miejscu. W niedzielne popołudnie. Huragan Dąbrówka. ♪ Dzień dziewiętnasty i kilka następnych. Z Cluny do Atlantyku i granicy z Hiszpanią było jakieś 700 km. Zanurzyłem się w najprostszej czynności. Prostszej niż życie. Kiedy teraz zaglądam w mapy Googli, błądzę, nie potrafię odtworzyć trasy. Mieszają się średniowieczne nazwy wsi i miasteczek, jakaś zaćma. Zniknąłem. Jechało się. Śniłem. Gdyby nie zdjęcia drzew, pod koronami których opozowałem, sam zwątpiłbym w prawdziwość swoich zeznań. Coś się tam pamięta, ale którego to było dnia? Co się wtedy myślało? Jaki to był chłodek, kiedy o świcie w otwieranym właśnie bistro studiowałem na ścianie galerię chwały miejscowej drużyny piłkarskiej. Miasteczko niewielkie, aż dziw, że od lat dwudziestych ubiegłego stulecia udawało im się w takiej dziurze co sezon gromadzić jedenastkę. Coś jak perła, złodokłos albo huragan Dąbrówka. I taki pan, co pomagał wcześniej właścicielce rozstawiać stoliki na zewnątrz, we flanelowej spranej koszuli zapiętej pod szyję, widząc zainteresowanie przybysza, zalał mnie falą sepleniącej francuszczyzny i wędrując palcem po oprawianych zdjęciach wymieniał dziesiątki nazwisk. Przy niektórych mgliły mu się oczy. Był kustoszem skarbów luwru. Cmokał przez chwilę i rzucał się do drugiego z kraju ściany, aby opisać skład juniorskiej drużyny, która w 1969 zdobyła brązowy medal w gminnym turnieju o puchar rolnika. Może przesadzam, może to był wojewódzki turniej? Też cmokałem, ale bardziej chciało mi się znów płakać ze wzruszenia, bo jak się tak jedzie i milczy i ogołaca ze skorup, to łatwo wtedy ulec Nawet jednej nucie ludzkiej melodii. Chciało się śnić i chciało się wyć. Śledziłem chaotycznie przedstawianą chwały juniorów, seniorów i oldboyów, huragana Dąbrówka i nic nie rozumiejąc uśmiechałem się do pana we flanolowej koszuli zapiętej na ostatni guzik. Wszystko widziałem. Jego bezinteresowny entuzjazm, żenadę, kuraganu Dąbrówka, siebie w tym panu, tego pana we mnie, na zdjęciach widziałem cały świat i swoje w nim uczynki. Stałem w tych pomiętych spodenkach, w ściskojajkach, w drugim rzędzie, trzeci od lewej. Którego to było dnia? W jakiej miejscowości? Przekonanie o istnieniu świata nie jest tak powszechne, jakby się wydawało. To prawd nie jest powszechne. Mało tego, nawet o istnieniu własnego kolana się zapomina, kiedy nie boli. A co dopiero inni ludzie, zwierzęta, drzewy, kamienie? Życie jest snem? Na jawie istnieje tylko wtedy, kiedy boli? Czy tylko mój ból istnieje? Ewentualnie pamięć o nim? Masz, babo, placek. Wiadomo, że mądrzy od wieków wielokrotnie przecierają się przez ten gąszcz. W głowie się kręci od platońskich cieni. Czy teraz, kiedy wgapiam się w Google na ekranie laptopa i nie potrafię rozpoznać przejechanej trasy i złorzecze swojej pamięci, czy to oznacza, że te dni nie istniały, nie zapisały się w żadnym rejestrze? A teraz, czy istnieje tylko świata, ile ogarnia moja mózgownica i ta nieudolna relacja? Gdzie, kiedy i czy w ogóle nastąpiło moje spotkanie z huraganem Dobrówka? Miałem ze sobą całe królestwo. Szczegółowemu opisowi sakw, namiotu, śpiwora, rękawiczek, kasku, gatek z pampersem, koszulek, czerwonego kubka, obrusika, okularów należały poświęcić osobną opowieść. Teraz niech je uczci specjalny tuż. Na koniec pozostaje sam rower. Srebrny. Turystyczny. Nowoczesny. Kilkanaście lat temu. Mój rower. Kawałek metalu. Jak się człowiek gapi przez tysiące, tysiące kilometrów w tę samą kierownicę, siedzi na tym samym siodełku ze startym logo producenta, przez lata dokręca te same śrubki, to ma prawo ten kawałek żelaza traktować szczególnie. Może nie jak drzewo, ale szczególnie. Człowiek się przyzwyczaja do przedmiotów, a jeszcze bardziej do wspomnień o wydarzeniach, w których owe przedmioty uczestniczyły. Nie ma się co śmiać albo wzdychać niecierpliwie, że frazes. Raz, dwa, trzy, zamknij oczy, wspomnij zabawkę z dzieciństwa, choćby to dzieciństwo było okropne. Wspomnij misia, któremu robiło się zastrzyki, traktorek z przyczepką, szmatkę, mebelki, dziuple za garażem, studzienkę kanalizacyjną, gdzie się sikało z kolegami, aż któryś powiedział, że stamtąd może porazić prąd. Jechałem rowerem, moim ukochanym, cierpliwym, srebrnym Mustangiem, moją srebrną strzałą, z ostrymi hamulcami podrasowanymi w czeskim mieście Tabor, Ta dwukółka była królową mojego królestwa. Dzień 24. Wjeżdżałem w hiszpańskie góry. Już po godzinie, dwóch, mogłem weschnąć, że skończyła się turystyka rowerowa, a zaczęła prawdziwa jazda. Bo prawda objawia się w górach, duża i mała. Ta mała oznacza, że przestają liczyć się kilometry, a znaczenia nabiera każdy osobny obrót pedałów. Oddech, o którym zapomina się przy innych okazjach, teraz jest bezcenny, połykany żarłocznia. Dopiero w górach sztuka jeżdżenia rowerem odsłania się w pełni. Tamteż surowo oceniani są jej średnio i mało uzdolnieni adepci, czyli większość śmiertelników, czyli ja. W sumie to proste. Jest góra. Jej szczytu nie widać. Najczęściej zaczyna się niepostrzeżenie od równo, równo, równo i za chałupką lekka stromość, która po chwili ginie wśród drzew za zakrętem. Albo bardziej przekornie. Zaczyna się wszystko od długiego, malowniczego zjazdu do mostku przerzuconego nad potokiem w Dolince. A dopiero potem, lecz zawsze za zakrętem, kiedy głowa i mięsień nieuważnie zrelaksowane, dopiero potem za zakrętem ostro w górę. Tak ostro, że rower rozpędzony do 50 km na godzinę staje w miejscu na paru metrach. Przerzutki zgrzytają, panika, sztawanie na pedałach, bezdech, gwiazdki w oczach, chybotanie nagle bardzo kobielastego żelastwa i wielkiej dupy bagażu. Obocki w papierowej torbie przymocowanej na wierzchu sakw wysypują się na asfalt i toczą w dół. Bęc, bęc, bęc. Zwykle jest cisza. Albo cisza zapada. Słychać tylko głęboki pomrók góry. Trochę ściska w dół. Mieszanka dziwnego, atawistycznego lęku i adrenaliny. Ten lęk jest prawdziwy, trudny do uśmierzenia. Choć przecież wiem, że prędzej czy później, w lepszym bądź gorszym stylu, dzisiaj albo jutro, się wreszcie wdrapię. Przynajmniej tym razem. Ten pomórk góry jest prawdziwy. Czujesz pod sobą wielkie, zwaliste cielsko, którego rozmiarów nie sposób objąć. Jesteś owadem, który mozoli się, wędrując po fałdach skóry na brzuchu hipopotama. W sumie to proste. Wystarczy próbować zaprzyjaźnić się z górą. Z tym monstrum, którego zakryty łeb układa się gdzieś wśród ostrych traw i piargów na samym szczycie. To najpiękniejsze w jeździe rowerem. To, że droga Ciebie prowadzi. To, że godzisz się na ograniczoną perspektywę do najbliższego zakrętu nieskończonych serpenty. W sumie nie ma innego wyjścia, jak tylko zaprzyjaźnić się z drogą. Próbować nie bać się pomruków olbrzyma. Próbować kontrolować oddech. Oddech zerwany jest zgubą, małą miejscową zgubą. Trzeba wtedy po prostu przestanąć i go odzyskać. Powtarzam, jazda rowerem jest prostsza niż życie. Dzień dwudziesty ósmy. Z mapy wynikało, że przed portugalską granicą będzie jeszcze rzeka. Wieczór taki piękny, że jechałem piechotą. Żyłem chleb z oliwą i czosnkiem, który został mi z kolacji. Nie śpieszyło mi się, bo wiedziałem. Po prostu było się pewnym, że będzie most. A z mostu jakiś zjazd do rzeki, a tam miejscówka, która wzdycha. Czekałam od miesiąca. No wreszcie gości w dom. No i zjechałem w ostatnich promieniach słońca. Rzeka też ledwo dyszała. Znalezienie noclegu oznaczało tego wieczoru tylko tyle, aby wybrać głaz, o który oprę rower. Oparłem. Sam wybrałem sobie drugi i wyciągnąłem nogi. To wszystko. Wyciągnięcie nóg nie było ostateczne. Głazy tkwiły w ostrym piasku. Wystarczyło odgarnąć tylko parę garści, aby stworzyć sobie przytulny grajdołek i wyłożyć go śpiworem. Ale to za chwilę. Za długą chwilę. Tymczasem opierałem się o skałę, nogi wyciągnięte, stopy bez butów i skarpetek, paluchy wypuszczone na wolność. Mogły sobie poszorować wśród ostrych grudek rzecznego żwirku. I tyle. I długo to trwało, długo. Gwar biesiednego grilla po drugiej stronie rzeki za mostem był dobry, bo tylko podkreślał ciszę. Powietrze stało i rzeka stała. Kiedy siedzenie mnie znużyło, ruszyłem się. Bateria małych puszeczek wylądowała w wodzie przy brzegu pod kamieniem, A sam, po odklejeniu od ciała zgrubiałego od potu ubranka, stanąłem gonusieńki na głazie, strażniku mojej nocnej uczty. Przystępowałem z nogi na nogę, trzymając się za przyrodzenie jak olle w dzieciach z bulerby. Woda była nieruchoma, dopiero zanurzony po szyję poczułem nurt. Skąd ten grehut? Czechowicz mruczany w Hiszpanii na granicy z Portugalią. Nagły i niespodziewany, zupełnie nieodłączny od tego wspomnienia. Coś tam, coś tam w dolinę. Czechowicz. W dolinę gór cień. Moja miła. Już późno, już późno. Nie ma się czego bać. Nie ma się czego bać. To tylko księżyc idzie Zrebrne chusty prać Coś tam, coś tam I Twoja postać Jasna postać Taką Cię znam Taką Cię znam I jeszcze coś tam Ludzie są dziećmi bożemi Nie ma się czego bać Pływałem a raczej unosiłem się na wodzie. Starałem się nie hałasować. Kiedy mnie znosiło pod most, wracałem, wypatrując mojego srebrnego mustanga, mojego rumaka, który pasł się na brzegu wśród skał. Byłem apaczem. Byłem częścią świata sprzed podbojów białego człowieka. Golusieńki. Starałem się nie hałasować. I długo to trwało. Długo. Znosiło mnie do mostu, wracałem, stawałem na śliskich kamieniach, piłem rzeczną wodę. Nie wiem, czy to było rozsądne, ale smakowała jak woda. Miała smak. I to było przyjemne. Nawet, a może zwłaszcza to, że nie mogłem wypić jej całej. Że pijąc wodę z rzeki, byłem pewien, że nic jej nie ujmę. I to było dobre. Rzeka wpływała do morza, a morze nie wylewało. Wracała się do źródeł swych i znowu płynęła. I ja z niej piłem. I długo to trwało. Długo. Leżałem na cieniutkim spłachetku śpiwora w grajdołku wygrzebanym w ostrym piasku wśród głazów. Gapiłem się w górę. Noc była jasna. Nie pamiętam gwiazda, nie księżyca. Pamiętam jedną wielką łunę. I tyle. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to nocne święto będzie takie ważne, takie spełnione i prawdziwe. Wtedy przeżywałem raczej fakt, że Heineken w małych puszeczkach nie miał wzięcia, nie paślił, mimo zachowania wszelkich prawideł. Małe puszeczki wyławiane spod kamienia do świtu zachowały temperaturę letniej zupy. Nie spałem. Ciało leżało sobie wdzięczne za bezczynność, tajemnicza reszta, Wędrowała po kamieniach, po górach, po łunie. Słuchałem ryb. Nie doznałem oświecenia. Nie słyszałem, jak rosną i kruszeją kamienie. Ryby zwyczajnie. Z trzepotem wyskakiwały z letniej rzeki. Powietrze stawało się chłodniejsze niż woda i z głośnym pluskiem, pacnięciem, klaśnięciem, uderzały o prawie nieruchomą taflę. Bęc, bęc, plas. Bęc. W dziwnych synkopach. W niezrozumiałym metrum. Długo dotrwałem. Długo i ucichło. Grill po drugiej stronie za mostem dawno już się wyprowadził. Wśród kamieni nie było słychać nawet cykat. Mostem przejechały jeszcze ze dwa samochody i tyle. Leżałem sobie wśród skał. Cichutko. Nie gadałem. Nieruchomo wirowałem 1800 kilometrów wokół własnej osi, w poczuciu pełnego obywatelstwa i przynależności. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że tak oto spełnia się moja droga do Lizbony. Jak w okopie, w ciszy przed ostateczną bitwą. Jak przed premierą, kiedy wszystko już rozstrzygnięte i przesądzone. Ale jeszcze nie dopuszczamy do siebie nieuchronnego, rozczarowania. Dzień 31 i ostatni. Dojeżdżałem do Lizbony starą drogą. Taką sprzed autostrad i dróg szybkiego ruchu. Taką z gospodami i stacjami benzynowymi, gdzie wszyscy się znają. Lokalne szroty, magazyny, lokalne koloseum, korydy. Zardzewiałe drogowskazy ze zmniejszającą się liczbą kilometrów do Lizboa. Minąłem nawet Fatimex, co wyglądało na jakąś firmę transportową. Ostatnie sto kilometrów niepotrzebnie się bałem. Niepotrzebnie jechałem i hamowałem jednocześnie. Przecież było wiadomo z góry, że nie ustalę zeznań, nie przygotuję się do odpowiedzi. Gnało mnie zmęczenie i perspektywa spotkania z żoną, jutro rano, pod hotelem o buńczucznej nazwie American Diamonds. Gnała mnie ciekawość, komu oddam swój rower. Hamowało rozczarowanie, że dojeżdżam do Lizbony, że to wszystko trwało tylko sekundę i nie zdążyłem się napatrzeć i naoddychać. Runda honorowa po Lizbońskiej Starówce okazała się nieprosta. Takich zjazdów i wspinaczek nie zaznałem w żadnym z mijanych miast Europy. I nigdzie, może poza Słowenią, nie poczułem tak odświętnej swoiskości miejsca. Zdobywałem kolejne wzgórza na ekstremalnych przełożeniach. Trząsłem się wraz z rowerem wydudniony na nierównym bruku. Ustępowałem wagonikom tramwajów, które w wąskich stromiznach uliczek ocierały się burtami o moje sakwy. Zaglądałem przez firanki do knajpek, skąd buchał aromat krilowanych ryb. Moczyłem nogi w fontannie. Na murku obok podeszwa kolarskiego buta szczerzyła się zabawnie, odklejona od całej reszty. Widomy to był znak. O zmierzchu wygramoliłem się z miasta na okoliczne szczyty i gapiłem prawie nieruchomo z wysokości na prawie ocean. W nocy Dotarłem na wysokogórskie, zalesione przedmieścia. Na największy, najludniejszy, najdroższy i najgłośniejszy kemping, w jaki dane mi było kiedykolwiek wtepnąć. Oczywiście trzeba było zostać na dole i na ławce, pod fontanną przekimać w piworze. Co za brak fasonu, zafundować sobie takie ludziowisko na sam koniec. A może to było dobre, ponowna aklimatyzacja w Babilonie. Pokornie dotarłem do sektora X ileś tam umiejscowionego na wierzchołku Sosnowego Wzgórza. Nawet nieźle pomyślałem powyżej kortów, dyskotek i basenów. Wybrałem wolny skrawek między dwoma milczącymi namiotami. Nie rozbijałem własnego. Zawinięty w śpiwór, raczyłem się piwem, bananami i resztką ciastek. Nad miastem w oddali biła łuna. Działo się. Nic się nie zatrzymywało. Ziemia, do której byłem przytulony, wirowała wokół własnej osi z szybkością 1800 km na godzinę. Próbowałem się dostroić. Próbowałem głęboko oddychać. Szyszki uwierały w dupę. Co chwilę pojawiała się nowa. Jeszcze tego nie wiedziałem, że jutro to kimam, siedząc sobie na sakwie, w bocznej uliczce, przy wejściu do American Diamonds, czekając na kasie. Jeszcze nie wiedziałem, że będziemy później wylegiwać się na ławkach w lisbońskim ogrodzie botanicznym, włóczyć PKS-ami po prowincji i jeść najpyszniejsze ryby świata. Nie wiedziałem, że będę oddawać rower w języku niemieckim w zabawnej rozmowie z przypadkowo spotkanym czarnoskórym wikarym. Teraz widzimy niejasno, jak we mgle. Widzimy i myślimy wszystko z osobna. Osobno zachwyt i osobno rozpacz. Osobno przeszłość, osobno przyszłość. Osobno jakiś okropny Auschwitz. Osobno dziecko. Próbowałem tylko głęboko oddychać. Wdech, wydech, wdech, wydech. Trenowałem cały miesiąc i jeszcze dobrze się nie nauczyłem. Wcześniej też trenowałem, ale to nie takie proste. Wdech. Wydech, nie płakałem, szyszki i kamienie trochę uwierały, łuna nad Lizboną nie gasła, było jasno jak w dzień, albo tak się wydawało, mieszało się ciemne z jasnym, jasne z ciemnym, wdech z wydechem, nie płakałem, piwo piłem. Nad ranem przyszli mieszkańcy sąsiednich namiotów i mój zaciszny sektor X coś tam stał się centrum światowego afterparty z elementami party właściwego. Nie złościłem się. Przebiegające po mnie pary balangowiczów wołały sorry, pardon, a ja wołałem nada, nada. Przez grzeczność, ale też dla oznaczenia własnego terytorium rozpiąłem swój kilogramowy namiocik. Moją latającą trumienkę. Nasypałem do środka trochę igliwia, żeby się ustała. Trochę szyszek. Na pamiątkę. Nastawiłem na wszelki wypadek budzik. Wczoraj przezornie naładowaną komórkę. Jutro American Diamonds. Spóźnić się na koniec. Na spotkanie z żoną i kochanką w jednym Próbowałem oddychać, nie płakałem Muna też nie dogasała Jaszczurki szmychają spod kół Patrzą na mnie sarny i ryby i drzewa Wysyłam jeszcze SMSa Wdech, wydech, wdech, wydech Przecież dojechałem do Lizbony! Wystarczy już tylko oddychać Oto niewiedza w praktyce. Łatwo się mówi, trudniej oddycha. Dziękuję bardzo. Dobry
[57:24.16 → 58:12.33] B: wieczór jeszcze raz Państwu. Łukasz Drewniak. Zajmę pozycję. Piotr Cieplak zaraz do nas powróci. Ja tak zastanawiam się, czego właściwie byliśmy świadkami. Czy były to medytacje przy muzyce w wykonaniu reżysera filozofa, czy taki metafizyczny stand-up, w którym Widzi się jasno w zachwyceniu. Na pewno mieliśmy do czynienia z podróżą. Tutaj podróżą muzyczną, zamiast roweru była muzyka przecież. A w tej opowieści Piotra z podróżą prawdziwą. I teraz wydaje mi się, że są takie podróże, które są od początku puste w środku, ale są też podróże, taka jak ta, w których jest dużo myśli, głowa huczy od myśli i potem wraca się i trzeba te myśli zapisać, wypowiedzieć,
[58:12.49 → 58:13.57] A: podzielić się z kimś.
[58:14.45 → 01:02:40.57] B: Myślę, że my dzisiaj nie potrafimy podróżować, że te dzisiejsze podróże są zbyt szybkie. To są transfery na lotniskach, to są szybkie przejazdy samochodami po autostradach, jakieś takie skoki między światami, krajami. A przecież była tradycja listów z podróży, dzienników podróży, czyli rodzaj takiej literatury, która jest nie tylko opowieścią o wędrowaniu, ale także o kraju, przez który się wędruje, o tym, co dzieje się w głowie podróżującego. Kiedy cierpienie i trudy podróży zamieniają się w opowieści, w litery, w listy wysłane do kogoś z wołaniem o pomoc, o wysłuchanie, o coś jeszcze. Znamy listy z Rosji, listy z podróży do Ameryki, dzienniki motocyklowe Che Guevary. Chyba Gabriel Bern, jedna z ikon muzycznej sceny rockowej, pisał dzienniki rowerowe i on objeżdżał wszystkie miasta europejskie i światowe. Jak gdyby ten rower miał mu pomóc opasać i opisać każde miasto. On swoimi trasami dodawał siebie do tych przestrzeni, próbował poczuć atmosferę. I tak jak państwo słyszeliście, w tym programie Piotra Cieplaka, który od dobrych kilku lat prezentuje na różnych scenach, jest opowieść o podróży, ale też jest opowieść o człowieku, który, który wędruje. Piotr wydał o niewiedzy w praktyce, czyli podróży do Portugalii w zeszłym roku, wydawnictwo Teatr Nietaki. Można tą książkę dostać myślę, nie tylko chyba w internecie, ale w niektórych lepszych księgarniach. I ona jest chyba nie tylko dla rowerzystów, dla podróżników, dla ludzi teatru, ale także jest jakąś taką zdumiewającą, olśniewającą, literaturą, która, tak jak próbowałem państwu na wstępie powiedzieć, jakby została stworzona do wygłoszenia, do wypowiedzenia w obecności innych ludzi. I chyba pomysł tego koncertu, nawet nie wiem, czy to można nazwać koncertem, czy tej muzycznej opowieści z literaturą i muzyką w jednym, zrodził się chyba z takiej potrzeby, żeby żeby był jakiś rodzaj spektaklu, jakiś rodzaj spotkania po podróży, która była chyba jednak samotnością. I myślę, że już za chwilę Piotr Cieplak nam rozjaśni kilka tajemnic związanych z tym tekstem, opowie do czego ta podróż była mu potrzebna. Państwo wysłuchali się chyba jakieś 1.3, 1.4. Tego, co Piotr zapisał, wiele fragmentów chyba zmieniło się od czasu, jak pamiętam, kiedy pierwszy raz wykonywał je na scenie. Doszły nowe kawałki, niektóre fragmenty zostały tylko w książce, część jest teraz wygłaszana. I myślę, że dzisiaj było inaczej niż zwykle jest na bitwach o literaturze, bitwach z literaturą, bitwach literackich naszych wtorkowych, bo ta bitwa rozegrała się gdzieś w głowie jednego człowieka i teraz dostaliśmy relację z niej. I za chwilę może Piotr jeszcze coś dopowie. Czy Piotr Cieplak może być już z nami? Czy jeszcze jest papieros? Cisza, więc... Drodzy Państwo, duet Szaza towarzyszy Cieplakowi zawsze w tych muzycznych podróżach z tym tekstem. Ta książka została wydana chyba także po to, żeby pokazać czym różni się podróż artysty od podróży podróżnika. Artysta chyba po coś innego wędruje, podróżnik ma cel, jakieś zadanie do wykonania, a ja mimo jak tego słuchałem po raz kolejny dzisiaj, wydawało mi się, że mimo tego celu, który Piotr sobie zaznaczył, czyli podróży do oceanu, podróży miesięcznej, Piotr Cieplak, witam serdecznie, zapraszam cię, że Piotr chyba do końca jeszcze nie wie, nie wie po co jedzie w tej książce i każda kolejna strona, każdy kolejny dzień musi coś nowego odkryć. Piotrze, wyruszasz do Portugalii na początku swojej książki, a z podróżami to jest tak, że jedzie się dokądś, ale także od czegoś się ucieka. I ciekawi mnie, co wtedy, te kilka lat temu tobą powodowało, chęć ucieczki od tego kraju, od siebie, od teatru? To była ucieczka?
[01:02:41.91 → 01:02:45.15] A: Przez mikrofon, tak? Raczej.
[01:02:45.39 → 01:02:46.85] B: Bardzo bym prosił, żeby przez mikrofon.
[01:02:48.18 → 01:04:05.64] A: Zresztą nie była to pierwsza, raczej ostatnia z takich dużych, podejmowanych wcześniej dziesiątki razy podróży. Tak daleka jeszcze nie była żadna wcześniej, później. Ale rzeczywiście dziesiątki tysięcy kilometrów przyjechałem w sumie i chyba Dosyć wcześnie się zorientowałem, że jeśli miałoby to być uciekanie, to słabo. Że to wtedy nie ma pożytku. Więc jako taka próba zatupywania czegoś. Dbałem, albo starałem się, albo wydawało mi się przynajmniej, że nie z tego wynika ten zapał. że to nie jest ucieczka. Oczywiście to jest... A jeśli już to ucieczka, to raczej od jakiejś takiej rutyny, od czegoś, co jest zastane, co jest z tego grajdoła jakiegoś własnego. A już na pewno nie z Polski. To na pewno nie.
[01:04:08.17 → 01:04:08.87] B: Teatru?
[01:04:09.49 → 01:04:28.75] A: To chętniej już, tak. Nie powiem, że to jest przynajmniej przez pierwsze dni, to jest przyjemne od żony też trochę. Ale fajne jest z kolei, jak na końcu tej podróży się z tą żoną spotykamy, to jest fajne.
[01:04:29.01 → 01:04:38.59] B: A hasło pielgrzymka, by to coś w twojej podróży otwierało? Czyli taka podróż z umartwieniem się? z wejściem w głąb siebie, z oddaniem się komuś Bogu?
[01:04:39.05 → 01:06:38.20] A: Jeśli dokładnie, tam głowy sobie nie dam uciąć, ale chyba takie słowo nie pada w tej książce, a jeśli już, to chyba w jakiś taki bardzo ironiczny, w ironicznym kontekście. Nie no, bardzo się pilnowałem, żeby tak tego nie nazywać, bo to wtedy już jest jakaś taka pieczątka. Ale to jest oczywiste, że jakby tego tam nie nazywać, to jakieś takie... Jakie to są słowa teraz? Wszystko już od razu grzęźnie w takich... Jak się powie Boże, duchowa... Jakby tego nie nazywać? Jakby tego nie nazywać? i nie indianinem, być murzynem prawosławnym, buddystą, jakimkolwiek, no to jak się siedzi, jak się milczy, no to te pytania do człowieka przychodzą. O tym wyciszeniu dużo tam pisze. Trochę to wyostrza jednak i przywołuje pytania, czy wywołuje pytania. No ale taka świadomość, że się tam nie jest samemu jakoś. Różnie to można potem i nazywać i raz zauważać, raz nie zauważać, ale to jest coś takiego i ten taki wymiar tej podróży jest. Chociaż strasznie się pilnuję, żeby go jakoś i mówiąc o tym, czy pisząc o tym, nie pieczętować tego jakimiś takimi dużymi słowami.
[01:06:38.88 → 01:07:22.32] B: Powiedziałeś, że jak ty jechałeś, jak się jedzie, nie jest się samym, a przecież to była samotna wyprawa rowerowa. I nie jechał, przepraszam za kliszek, no zwykły śmiertelnik, ale jechał artysta. Myślę, że artysta trochę inaczej jedzie na rowerze niż zwykły śmiertelnik. Nie chodzi mi o technikę jazdy, ale o jakąś wartość dodaną. Teraz pytanie jest o ten rodzaj samotności, z którym się tam zetknąłeś. Powiedziałeś, nie byłem sam, ale jednak byłeś sam, bo jechałeś sam, był tylko rower, maszyna i ty. Ty byłeś częścią tej maszyny. Do czego artyście jest potrzebna samotność w takiej wyprawie? Oczywiście uciekając od banału wejścia w siebie i tak dalej, przemyślenia drogi. Czy ty potrzebujesz takiej samotności?
[01:07:22.46 → 01:07:23.22] A: Boisz się jej?
[01:07:23.42 → 01:07:25.86] B: Ona cię kusi? Co w niej chcesz odkryć?
[01:07:26.92 → 01:07:34.18] A: Trochę z tym artystą to jakoś...
[01:07:36.06 → 01:07:47.78] B: Rusza reżyser i wraca z podróży i jest książka. Mamy taki podwójny... Podwójny punkt. Jeden punkt na początku, jeden na końcu. To się kończy dziełem.
[01:07:48.61 → 01:08:05.05] A: Ale ta książka, zapewniam Państwa, że ona, jadąc, nie miałem bladego pojęcia, ani śladu, myśli, aby to zapisać.
[01:08:05.59 → 01:08:07.97] B: Nie notowałeś na Markinesa, Pzanów, Miłosza?
[01:08:08.32 → 01:09:08.65] A: Nie, nie, nie. To jest zresztą zdumiewające, taka prawidłowość, że to tak intensywny czas, że jak się okazuje, jak tak człowiek się tak spręży, albo rozpręży, nie wiem, sprawi, że tak jakoś zapadnie, to można odtworzyć, że to po prostu ten rejestrator To, co sejwuje tutaj w mózgu te fakty, obrazy, twarze, że to jest niesłychanie silne, że wystarczy tylko jakoś tak się jakoś spiąć, żeby móc. Teraz już nie potrafię tak... Nie pamiętam tego tak. Natomiast wtedy tam, pisałem to jakieś pół roku, Dzień po dniu jakoś ta lawina tych detali i szczegółów była niesłychanie silna.
[01:09:09.19 → 01:09:10.90] B: Po powrocie przejechałeś to jeszcze raz?
[01:09:11.49 → 01:11:35.24] A: Tak. Jakieś pół roku jechałem. Oczywiście, to jest oczywiste, że to jest jakaś selekcja tych faktów. Coś się zapomina. Stąd taki rozdział, który zatytułowałem Dzień XIX i kilka następnych. Właśnie o tym, że nagle miałem dziurę. Nie byłem w stanie w ogóle się... Nie byłem w stanie odtworzyć pracy, co mnie przeraziło. Ale z tym... To jest sprawa wyjaśnienia tego, że tu powstaje książka. Ona jakby... źródła były jakby zupełnie inne. To... Te powody jechania rowerem mają kilka płaszczyzn. Wtedy, kiedy rozmawiam z kimś, kogo interesuje, ile robiłeś kilometrów dziennie, co jadłeś, jak ze spaniem, jakich przerzutek używałeś i tak dalej, to wtedy, kiedy tak ta rozmowa wygląda, to wtedy mówię, nie wiesz, ale to jest milczenie, duchowe sprawy, że to nie jest taki tam sport, ale kiedy jest mowa o tym, że to medytacja, to wtedy chętnie przywołuje przerzutki i przywołuje jednak tego chłopaka, resztki tego chłopaka albo do końca... że poza tym miłoszem i psalmami jestem zrobiony z piłki nożnej, z piwa, z papierosów, często z żartów nie najwyższego lotu, mówiąc krótko, z Ligi Mistrzów. Interesuje mnie to, jaki jest nowy trener Legii Warszawa itd. Słowem, i ta taka sportowo, czysto męska impreza, taki kowbojski rzeczywiście challenge, wyzwanie, no to to miało też ogromne znaczenie i było wielkim bodźcem.
[01:11:36.74 → 01:12:00.10] B: W tym fragmencie, który dzisiaj Melory cytowałeś, chyba tak to trzeba nazwać, pojawiło się słowo pycha. Czułeś się dumny, że maszyna działa, że dajesz radę, że wszystko jest na swoim miejscu. Czy to było tak, że... Mówisz, że zrobiłeś tę wyprawę po pięćdziesiątce. To było takie pożegnanie z młodością, z chłopakiem, czy próba obudzenia tego chłopaka jeszcze raz?
[01:12:00.18 → 01:13:12.72] A: Nie, nie. To była taka końcówka, żeby z fasonem zakończyć jakieś coś. Tak, tak. To też miało taki swój... Byłem na tyle już doświadczonym i jakoś ułożonym ze sobą samym człowiekiem, bo mówimy ciągle o amatorze, a nie o jakimś człowieku, który jest wyczynowcem. Byłem na tyle już dojrzały, że jeszcze to mogłem zrobić, że już to mogłem zrobić, a jeszcze na tyle dawałem radę fizycznie, że to było jeszcze możliwe i osiągalne. Więc taka myśl o tym, to jeden z tych powodów właśnie, żeby na koniec życia, żeby tak sobie samemu... Wydaje mi się, że to jest sprawa dojrzałości, żeby sobie w pewnym momencie powiedzieć, stary, to jest tyle, pewnych rzeczy już nie. I żeby to właśnie zrobić z fasonem, to sobie takie coś...
[01:13:12.72 → 01:13:15.76] B: Oddać rower na koniec, dojechać do oceanu, przed tobą już nic?
[01:13:16.12 → 01:13:18.96] A: Tak, dalej już niestety nie, sorry.
[01:13:19.18 → 01:13:43.65] B: Jechały z tobą psalmy w tłumaczeniu Miłosza, czyli słowo Boże i literatura jednocześnie, a jechał teatr? Masz takie fragmenty, kiedy porównujesz pracę w teatrze już nie pamiętam, organizacji dnia rowerzysta, gdzie jest to proste, a gdzie jest to skomplikowane. Teatr jechał? W myśl o przedstawieniach, o projektych?
[01:13:44.23 → 01:17:11.10] A: Nie, nie, bo jak tropiliśmy to, czy to się ucieka od czegoś, to raczej wspomniałbym właśnie od teatru, od tego takie wypuszczenie się na wolność. No a przywoływania czasami, w tych akurat wybranych fragmentach nie za wiele było takich odsyłaczy teatralnych. W pozostałej, tej większej części książki jest ich więcej. Ale to bierze się z tego, że to zwyczajnie jednak większa część mojego życia na tym polega. To jest to moje normalne, naturalne środowisko. Tam odnajduję przykłady, mogę ilustrować swoimi doświadczeniami teatralnymi, praca, rytuały teatralne, zasady pracy w teatrze. Często właśnie odwoływanie się do nich służyło mi do wyjaśnienia i eksplikacji swoich myśli, ale też mi się tam wydaje jakoś, jakoś to było dla mnie, miało znaczenie z tego powodu, że ten teatr to nie jest, on jest taki, teatr jest sztuczny, teatr jest sztuczny. Teatr jest o 19, ludzie kupili bilety i to jest na niby. to co tam się odbywa, ale posiada w sobie ten paradoks, że on jest sztuczny, wszystko jest umówione, wyćwiczone, mniej lub bardziej, ale jest naprawdę. To jest ten fantastyczny paradoks teatru i że w tej części teatru, która jest prawdziwa, to on w sobie zawiera jak w takiej jakiejś esencji, kondensacie, życie. Że to jest życie tylko takie bardziej ściśnięte w dłoni, sprowadzone do takiego kwadratu sceny. W tym sensie powoływanie się na teatr nie jest takie abstrakcyjne powiedziałbym. Wierzę, że mówiąc o tym, Tak jak pisze co w trzeciej stronie, że jazda rowerem jest prostsza niż życie i różne złote myśli tam opisywane na rowerze sobie na to można pozwolić, a w życiu to jednak znacznie więcej jest komplikacji i różnych, ale z drugiej strony coś tam, coś tam. Co za słowo coś tam, coś tam. Przepraszam. Jeszcze jak moje dzieci mieszkały z nami, to goniłem za coś tam strasznie. Zmierzam tylko do tego, że powoływanie się na teatr to nie jest coś sztucznego i ekskluzywnego, tylko to jest właśnie takie powoływanie się na życie w takim kondensacie.
[01:17:12.30 → 01:17:22.46] B: Kilka razy podczas tego dzisiejszego czytania, melorecytowania i także podczas lektury książki pojawia się takie uczucie nierzeczywistości. Czy to się dzieje naprawdę?
[01:17:22.80 → 01:17:24.12] A: Czy on rzeczywiście to widzi?
[01:17:24.24 → 01:17:25.40] B: Czy on rzeczywiście tam był?
[01:17:26.36 → 01:17:27.56] A: Czy to się zdarzyło?
[01:17:29.23 → 01:18:22.05] B: Jeśli opisujesz te fragmenty, te momenty, czułeś się wtedy jakimś obserwatorem, gościem, widzem jakiegoś teatru natury, spektaklu Boga, spektaklu ludzi, w którym ty jesteś odwrotnie niż na co dzień tym intruzem, który przychodzi, no i pokażcie mi coś, bo przyjechałem do tego świata. Miałeś takie wrażenie, że to jest dla ciebie specjalnie zaaranżowane, żeby jeden człowiek przyjechał i to zobaczył. Pamiętam taki fragment, że jedziesz drogą i widzisz staruszka, który na drabinie albo przycina gałązki w sadzie, albo coś zrywa. Jedziesz dalej, błysk i ten obraz zostaje. I zawsze jak to czytałem, miałem wrażenie, że to zaaranżowali dla niego. Żeby on z tego obrazu stworzył myśl, może scenę w spektaklu, może coś tam. Miałeś wrażenie, że taki aranż, taki...
[01:18:22.05 → 01:20:58.39] A: Nie, chyba nie, że dla mnie, tylko że taka perspektywa i rodzaj... przez to, że się właśnie jedzie samemu i się nie gada, to wtedy ten świat i to wewnątrz i to, co jest wokół, ono się jakby nasyca i przychodzi, jest jakąś taką... niesłychanie barwną i taką przepyszną, w sensie przepychłą, aż na datku tego, co przynosi. Jak się jedzie, dlatego jest fajniej jeździć rowerem niż samochodem, wtedy rzeczywiście te furteczki, Te panie, które te pieski wyprowadzają, te kwiatki, te rabatki, te miliony spraw, które ludzie mają, te firanki, te problemy, te dziewczyny, co na tym przystanku stoją i takie uszykowane, bo tam jadą na dyskotekę. Te miliony historii, które tam jest. Oni nie były specjalnie dla mnie, ale że rodzaj takiej Tak, czasami zachwytu. I takiego poczucia, że można się tym żreć. Człowiekowi leci sok po gębie. Że to jest takie niesłychane, te drzewa. I że jeszcze to w dodatku nie jest do złapania, nie jest to zatrzymania, do wejścia tam do tych wszystkich domów. To jest niesamowite. Oczywiście też przeraża przez swój nadmiar, tego, że się to nie ogarnie. No nie ogarnie się. Że się mija, że się nie zauważy, nie będzie się na tyle uważny, żeby to jakoś pojąć wszystko. tyle zachwytu, co rzeczywiście może nie grozy, ale jakiegoś takiego poczucia, że się raczej jest taką kropelką w tej rzece.
[01:21:01.29 → 01:21:30.31] B: Testujesz chyba wszystkie emocje, jakie w tej książce, jakie może doznać podróżnik, człowiek, samotnik w zderzeniu ze światem. Mówiliśmy o dumie, powiedziałaś o zachwycie. Jest jeszcze strach, bo ja na przykład ze swojego podróżowania rowerowego pamiętam taki zbiorowy strach, kiedy jest ciemny las, godzina 24, nie wiemy gdzie jechać, zgubiliśmy drogę i piątka ludzi nagle się boi, albo nadciąga burza, nie mamy się gdzie schować, piątka
[01:21:30.31 → 01:21:31.51] A: ludzi razem się boi.
[01:21:31.94 → 01:21:43.84] B: Pamiętam strach pojedynczy, indywidualny, kiedy gubisz drogę i nie wiesz gdzie jechać, albo coś się zepsuło w rowerze i nie wiesz, czy dojdziesz gdzieś, czy coś się stanie. Twoje największe strachy z tej podróży?
[01:21:46.18 → 01:25:45.78] A: Te, o których mówisz, takie, że nie zgubiłem drogę, albo jadę i nie wiem gdzie, albo las. To te lubię, te strachy lubię albo burza nadciąga i po prostu widać, że za chwilę rąbnie, zmyje po prostu ten świat. To jest przyjemne. To jest też sprawa jakiegoś takiego doświadczenia i trenowania tego. To jest przyjemne. To jest taki rodzaj odsłonienia i trenowanie polega na tym, żeby się odsłaniać, żeby to przyjąć. Aha, okej, zleję mnie. Aha, zgubiłem się. Nie zawsze się udaje, ale to jest część tej praktyki. rowerowej i też teatralnej. To znaczy tej, że aha, jest próba i jest kataklizm. Nikt nie wie co zrobić. I ten reżyser, czyli ja stojący tam, no jesteśmy w dupie. I to trenowanie tego aha jest tak. Jak Tischner mówił, jak nie wiesz ska iść, to zesiednij. I to jest jedna z... można po buddyjsku, w różnych tłumaczeniach można to... Aha, jest ciemno, dobra. I to jest przyjemne. Na pewnym poziomie to jest przyjemne. Takich strachów nie. Strachy raczej związane z takimi cywilizacyjnymi sprawami. Jazda przez tunel. W tunele. To jest w wyprawach rowerowych największy horror. Mam wręcz jakiś rodzaj traumy. Akurat nie w tej podróży, ale po Włoszech jak jeździłem, tam jest mnóstwo tych tuneli i to było rzeczywiście przerażające. Spaliny, duszenie się, kapiąca woda, brak tego wylotu, bo gdzieś za zakrętem jeszcze ten tunel, nie prosto, tylko jeszcze się wspina i rzeczywiście spadają przerzutki i te tiry nadjeżdżające to masakra i jakieś moje fobie z tym związane. To jest strasznie buńczuczne i ryzykowne. Kto wie, czy na tym nie polega wywoływanie wilka z lasu. Ale myślę, że bardzo dużo, nie wszystko, ale bardzo dużo zależy od wewnętrznych dyspozycji. co się sobą wywołuje, przyciąga albo ściąga. To jest bardzo ryzykowna teza, w dużej mierze prawdziwa, że się sobą przyciąga albo nie przyciąga, ale tylko ona jest ograniczoną prawdziwość. Ale mogę powiedzieć, że w czasie tej wyprawy i wielu tych poprzednich, Poza tym, że parę razy tiry mnie zrzuciły z drogi, lądowałem w rowie, to naprawdę takie historie o tym, że spotkała mnie przykrość, że ktoś mnie zranił albo zrobił mi coś złego, że to mi się nie zdarzyło. Ludzie są na ogół w miarę normalnie i fajnie.
[01:25:47.12 → 01:26:10.55] B: Też jedno z doświadczeń rowerowych mówi, że kiedy rowerzysta wjeżdża do jakiejś zagubionej wioski, biegną ku niemu dzieci i szaleńcy. Doświadczyłeś czegoś takiego? Bo to coś chyba oznacza. Tego, który przybywa, wita zawsze ktoś podobny do niego, prawda? Rozpoznaje jakieś swoje marzenia, pragnienia, kogoś o podobnej duszy, biegł za tobą sznur dzieciaków,
[01:26:11.39 → 01:28:40.30] A: Niektórzy chłopacy podejmują wyścigi, jadą ze swoich kilometrów i się cieszą, że wyprzedzili. To jest fajne. Uwielbiam te rytuały pogaduszek z takimi panami spod GS-u. GS-y już teraz... To słowo jest już chyba niezbyt... Wyszło z użycia już, te GS-y. Pod rzapki albo spod biedry albo coś takiego. Ale ci panowie spod tym sklepem na wsi, na takich małych jakichś osadach, Oni są wspaniali, rzeczywiście patrzą na ciebie jak na wariata, na kosmitę. Trochę napięciej, trochę tacy, że patrzą, nawet jak nie padają żadne słowa, to patrzą czy ja ich obrażam, czy nie. Czy ja jestem jakiś taki pan, który przyszedł. Oni są strasznie na to czuli i bardzo uważam, żeby nie wysyłać takich sygnałów, że ja tutaj przyjechałem pan z miasta i zdejmuję swój... Właśnie trzeba zdjąć wtedy te okulary, zdjąć ten kask, powiedzieć dzień dobry albo bonjour, albo guten tag. I to jest niesłychane, że w tym sensie ci panowie z GS-u w Polsce i spod GS-u w Czechach i w tych I w Bawarii, i na całej trasie do Portugalii wyłącznie. Te GS-y są wszędzie takie same. I ludzie w takiej małej osadzie, w takim miasteczku są identyczni. Trzeba być bardzo ostrożnym i grzecznym. A wtedy są po prostu na te chwile, na te 15 minut, na te 20 no niesłychanie jacyś pragnął się wręcz jakoś, że ja tutaj aż przyjechałem do nich. Ja, ten facet z takiego świata i do naszej wsi przyjechał.
[01:28:41.84 → 01:28:50.67] B: Czy ty jako podróżnik, rowerzysta potrzebowałeś podziwu? Podziwiajcie mnie, dojechałem aż tutaj. Potrzeba chwalenia sile kilometrów.
[01:28:50.81 → 01:29:36.91] A: Nie, nie. Tych rozmów właśnie, a ile dzisiaj przyjechałeś, nie. W tych takich małych miasteczkach, czy takich wioseczkach, to dla nich często, że ja jestem z Polski, gdzieś tam, to to w ogóle jest jakaś kompletna abstrakcja. To, że on, że nie wiem... no od dystans z Lublina, nie wiem, do Zamościa, to jest już po prostu jakaś, jakieś niemożliwe, żeby z Zamościa do Lublina, nie wiem, wszyscy mówią, ile jest, nie wiem ile jest Zamościa, to jest 50? 90, no nie, no to już, to, to, to, to, nie, ale no.
[01:29:37.99 → 01:30:01.44] B: Jak było z mapą? No bo mapa sugeruje pewien plan. Mapa jest takim przewodnikiem. Ustalałeś teraz tego dnia tutaj, dalej, czy jechałeś po prostu tak jak prowadzi droga, za nazwami, za kierunkiem ku zachodzącemu słońcu. Potrzebowałeś mapy w takiej podróży? Mapa ogranicza czy mapa pomaga? W sensie oczywiście metaforycznym.
[01:30:02.88 → 01:33:40.56] A: Mapie poświęciłem tam wiele stron w tej książce i to również ma swoją taką paralelę, przepraszam za słowo, Teatralno, tak jak z czytaniem scenariusza. Nie można nie czytać scenariusza. Nie można jechać tak w ogóle. Trzeba przeczytać mapę. Trzeba mieć plan. Kto tak się rzuca, to nie dojedzie zwyczajnie. Trzeba mieć plan. I cała sztuka polega na umiejętnym wiedzeniu, kiedy tę mapę wywalić do sakwy. Między tym, co się ma w głowie, tym wyobrażeniem, które dobrze jest się starać realizować i tym, co zastaje droga. Bo droga nie jest mapą, powtarzam, a mapa nie jest drogą. Mój plan rowerowy, czy plan teatralny, czy życiowy, to jest jedno. I dobrze mieć jakiś plan w sprawie tego, co będę robić, jakieś wyobrażenie, jakąś Portugalię. Dobrze jest mieć. Tylko potem jest ten grójec. Znaczy, że zanim do Lizbony dojadę, to muszę dojechać do Grójca. do najbliższego miasteczka. Czytanie mapy pozwala nam na to, żeby być świadomym, jakoś tam rozkładać siły, wiadomo. Natomiast jakby zbyt sztywne się tego trzymania, to wszyscy wiedzą to, co ja mówię, to jest oczywiste. Natomiast wydaje mi się, że praktykowanie tego, Jeszcze takiego mądrego nieba, który by za każdym razem to wiedział, jak w tym miejscu, w tym momencie rozstrzygnąć to. Aha, tutaj jest droga, tylko leje deszcz. Zaplanowałem, że dojadę tam dzisiaj te 40 kilometrów, ale leje, jest żwir. Brzuch mnie boli, nie chce mi się. I teraz pytanie, czy ja siebie teraz będę łajał za to, bo oj Boże, nie realizuję planu. nie wyrabiam się, czy teraz z tego powodu zrobić sobie awanturę i się tam kopać albo bić pompką po głowie, czy odpuścić. Czasami dobrze jest odpuścić, czasami niedobrze. Nie wiadomo, jakby słuchanie jakiejś swojej intuicji, wyboru drogi. To jest nieustanne ćwiczenie i nie ma takiego człowieka, sądzę, który by żeby to wiedział raz na zawsze. Coś, co było fajne, kiedy miałem 20 lat, nie jest fajne teraz. Coś się traci z życiem, idąc, żyjąc. Jakieś tam ograniczenia. Coś się zyskuje. I coś, co było, sprawdzało się i było fajne. I czytanie tej mapy jeszcze wczoraj było skuteczne. A teraz jest już zawracanie głowy.
[01:33:45.04 → 01:34:24.78] B: Po tej wyprawie, Piotrze, powstała książka, chociaż przyjechałeś tą trasę jeszcze raz, spisując obrazy, myśli, emocje. Czy przyjechałeś też z tej wyprawy z jakimś spektaklem, pomysłem na spektakl? U ciebie też często jest tak, że twoi bohaterowie gdzieś podróżują, a kiedy oni podróżują, to narrator idzie z nimi w podróż. Tak było tak, jak cudowna jest Panama, według Janosza, jest tak w Królowej Śniegu, gdzie za Gerdą, za Kajem, szukając za Gerdą, szukając Kaja też idzie narrator tej opowieści. Można jeszcze kilka chyba takich przedstawień pokazać, gdzie masz wędrówkę.
[01:34:25.44 → 01:36:56.27] A: Ale to się, to bezpośrednio to się, to się nie przekłada. Jeśli to się jakoś, to doświadczenie jakoś mi się odłożyło w teatrze, to raczej ta, ta, Raczej jednak ta większa cierpliwość. Znaczy nie, że jestem mądrzejszy niż byłem. Nie jestem mądrzejszy. Nie przeanieliłem się. Można powiedzieć, nie dowiedziałem się niczego konkretnego. Dojechanie do Lizbony nie sprawiło, że jestem lepszym człowiekiem albo mądrzejszym, albo jakimś w ogóle innym. A jednak ten rodzaj praktykowania i to doświadczenie sprawiło, że jakoś bardziej chyba w teatrze, też z ludźmi, z którymi pracuję, sposób w jaki prowadzę próby. Też krzyczę, też palę tę papierosy, piję to piwo, wszystko. Ale wydaje mi się, że mam jakiś taki większy, większy spokój, nie, ale jednak jakiś rodzaj cierpliwości. Albo rodzaj, powiedzieć dystans, to też może brzmieć tak, że ja tak teraz trochę dyndam nogą. Nie dyndam nogą, nie jest to obojętne, ale jednak rodzaj takiego doświadczenia, które sprawia, że mam chyba więcej trochę cierpliwości. Pozwalam aktorom nie tyle wodzić się w swoich kierunkach, ale jednak Pozwala mi to w sposób taki pełniejszy dopuszczać ich myślenie do głosu. Siedzą tutaj Patryk i Paweł, z którym się przyjaźnie pracowaliśmy wielokrotnie. Nawet ta sytuacja tutaj. Gramy sobie, nam trochę się namawiamy w sprawie tego, co robić, ale nie. Aha, dzisiaj tak, dzisiaj tak. Myślę, że taka podróż jak do tej W Portugalii w tym sensie pomogła mi jakoś przekładać na praktykę swoją teatralną, nie na temat.
[01:36:56.69 → 01:37:11.39] B: Jednym z bohaterów tej książki jest wysiłek fizyczny. Jednym z bohaterów tej książki jest także wysiłek fizyczny, takie udręczenie ciała, takie doprowadzenie się do pewnej granicy, no bo trzeba jechać, bo coś boli, ale też trzeba jechać, bo nic nie boli, nie chce
[01:37:11.39 → 01:37:12.49] A: się, ale trzeba jechać.
[01:37:13.04 → 01:38:05.08] B: I ja pamiętam zawsze taką opowieść o litewskim reżyserze Imuntasie Nekrosiusie, który jak nie była gotowa scenografia, to przyciągnął z lasu kilka pni drzewa, obciosał siekierą, umordował się przez dwie, trzy godziny spocony i mówi, teraz zaczynamy próbę. I aktorzy musieli taki sam wysiłek oddać mu, który on przyrządził przygotowując, który znalazł w sobie przygotowując spektakl. Jak jest tym udręczeniem siebie, ciała, wysiłkiem w twoim teatrze? Reżyserujesz tak na dokresu wytrzymałości, jeszcze 20 kawa, 75 papieros, czwarta godzina albo ósma godzina, musimy skończyć, wy też padajcie, musicie się spocić, musicie rzeczywiście mówić na totalnym zmęczeniu, żeby coś się nagle was obudziło. Stosujesz takie metody?
[01:38:05.38 → 01:39:44.46] A: Kiedyś młodym reżyserem będąc, bardziej jakoś tak miałem takie poczucie, Im bardziej się, przepraszam za słowo, spałujemy, tym zasłużymy na pochwałę, że to będzie wartościowsze. Teraz wcale tak nie myślę. Ja wydaje mi się, że bardzo pilnuję dyscypliny i koncentracji na próbie. ale nie jestem jakimś takim enerdowskim trenerem, powiedziałbym, takim jakimś tyranem dyscypliny, ale bardzo dbam o to, żeby ta praca, która jest wyznaczona, żeby przebiegała w sposób efektywny i na najwyższym skupieniu. Ale wydaje mi się, że do obowiązków reżysera, należy dbałość o higienę pracy. Do obowiązków reżysera, do jego warsztatu należy to, żeby ta próba odbyła się w sposób zorganizowany, żeby aktorzy wiedzieli, co ich czeka, na czym polega ta praca, jakie jest zadanie to szczegółowe, które jest do wykonania. I bardzo dbamy o to, żeby jeśli umawiliśmy się, że do 14, to do 14. I jeśli za jakichś nadzwyczajnych powodów jeszcze 15 minut, bo coś tam, to ich proszę i zawsze to jest za porozumieniem stron. Bardzo o to dbam. Bardzo o to dbam.
[01:39:45.52 → 01:40:19.10] B: Uciekłeś na początku od tego pytania o samotność na rowerze. A kiedy reżyser jest samotny? Na samym początku pracy, kiedy tylko czyta i myśli, jest samotny, bo patrzy na świat, który już się stał i już nic nie może Już po spektaklu, kiedy wszyscy wyszli, widzowie nic nie zrozumieli na przykład, aktorzy tak przeszli obok, a ty wiesz, że to mogło być genialne, ale z jakichś powodów nie było. Kiedy odczuwasz taką największą samotność jako artysta?
[01:40:19.28 → 01:42:22.71] A: Najgorszy jest dzień premiera, ale oczywiście zawsze się człowiek przejmuje, bo co to będzie, co to będzie, ale właściwie to już jest moment chyba raczej przed trzecią generalną. To jest zawsze dramatyczne. taki zewłok, taki zupełnie niepotrzebny. Za każdym razem, tyle lat już trwa i za każdym razem to jest takie dojmujące. Ale chyba ja mam w ogóle taką naturę, że jestem taki fajny, zagadam, raczej miły, tak fajnie, raczej nie krzyczę, ale wydaje mi się, że jestem jednak typem w ogóle faceta raczej osobnego i mam takie poczucie, W teatrze mam... Z tymi aktorami jestem zawsze jakoś bardzo związany, a już zwłaszcza z moim przyjacielem Andrzejem Witkowskim, który najczęściej jest scenografem moich spektakli. Z muzykami to jest jakaś bardzo taka... I lojalność, i wzajemne oddanie, i szacunek, i jakaś pełna życzliwość. Ale jednak to poczucie odrębności, samotności jest cały czas. To jest dobre, tak? Czasami nie za fajne, ale ja to rozumiem, akceptuję i to chyba jest też dla mnie samego jakimś w miarę takim stanem naturalnym.
[01:42:24.71 → 01:42:59.43] B: Koniec, chciałbym Cię zapytać o Twoją wielką pasję, teraźniejszą pasję, czyli ogród, róże, drzewa, budowanie ogrodu. Czym byłby w Twoim życiu, w Twoim takim wadzeniu się z światem, sztuką, trochę Bogiem, samym sobą, ten ogród, który budujesz, który pielęgniujesz? To jest co, model idealnego świata, jakaś utopia, azyl? Czy to jest taki ogródek, kandydowski ogródek, prawda? Czyli optymist, który będzie pracował w ogródku, bo lubi ten ogródek. Cokolwiek się będzie działo, jest tylko ogródek. Czym ten ogród jest dla Ciebie?
[01:43:00.67 → 01:45:49.48] A: Jakoś na to wpadłem, jakoś mi przyszło to do głowy, czy do brzucha, do serca, więc 8-9 lat temu. Teraz te nazwy drzew, które wymieniałem dzisiaj, jest to fragment tej książki, to ja tego nie wziąłem z atlasu biologicznego, tylko z głowy, bo ja je znam. Czasami to są prozaiczne, betula, pendula, to jest po prostu normalna brzoza. A brzmi nadzwyczajnie, czy fraksinus excelsior, to jest po prostu jesień wyniosły. Ja tu znam się na tym. To jest to samo co ten rower, tylko to jest to samo co z tym rowerem. Mam półtora hektara ziemi. To jest mało, ale dużo. To jest właściwie taki ocean, co do końca życia będę się tym zajmował. Urządzam go, obsadzam drzew. Zakładam tam ogród botaniczny. I to wszystko, co tutaj w tej książce o rowerze, to tam... Taka książka nigdy nie powstanie, Nie sądzę, żebym się do tego zmobilizował, ale potrafię sobie wyobrazić, że mógłbym napisać taką książkę o tym ogrodzie. Dzień pierwszy, dzień drugi, wiosna, lato, jesień, zima, wiosna, lato, jesień, zima. I tak samo i też bym mógł napisać o tym, jak rosną bąble i trzeba zapieprzać i jest dyscyplina i mógłbym napisać o mapie. Mógłbym napisać o umieraniu, o zachwycie, o zniechęceniu, o takim absolutnym poczuciu, że to jest uprawa takiego ogrodu, to jest takie wylewanie łyżką oceanu po prostu, bo to się nie ogarnie tego, nie zapanuje nad tym. To jest tyle idylliczne i przepiękne i budujące człowieka i piękne po prostu. Te róże, ale też groza wieje z tego. Te róże, których się nie opryska do końca, tym szyce po prostu przylatują i obsiada się to i to schnie i zdycha i choruje i potem znowu kwitnie. Na półtora hektarowym odcinku ziemi mam cały świat w pełnej gamie czerni i wszystkich kolorów.
[01:45:50.16 → 01:45:57.02] B: Często reżyserze mówią, że się jako Demiurgu z ojczyznego świata. Czy ty jako ogrodnik jesteś takim kreatorem, Demiurgiem?
[01:45:57.14 → 01:45:58.32] A: Wszystko zależy od siebie.
[01:45:58.52 → 01:46:04.54] B: To jest trochę pychy, bo że będę jak Pan Bóg w tym ogrodzie? Mojego małego dobra i zła?
[01:46:04.76 → 01:47:06.97] A: A ten ogród po prostu pokazuje... Gdyby on tylko pokazał figę z makiem, on znacznie brzydziej mi pokazuje. co on o mojej boskości, jakie mam niemanie i jak dalece sięga moja omnipotencja. Więc to jest ten taki wieczny... Zawsze jest to pół na pół. Jak z tym rowerem i jak z próbą opisu świata w ciągu 31 dni podróży. Trochę się opisze, a trochę nie. Coś się pamięta, coś się nie pamięta. Chciałbym się dowiedzieć i dojechać do Lizbony z takim przekonaniem, że to sprawi, że jak już tam dojadę i tak się stanie, to coś się spełni, że jakieś będzie takie ta-dam.
[01:47:11.28 → 01:47:15.02] B: A kiedy ogród będzie gotowy, w tym sensie? Co jest oceanem ogrodu?
[01:47:15.66 → 01:47:44.80] A: Nigdy. To znaczy myślę, że jeszcze... Nigdy. Plan jest taki, że sobie wyobrażam, że mniej więcej 70-100 lat potrzeba, żeby on uzyskał wyobrażany przeze mnie kształt. Za 150 lat myślę, że już będzie nieźle. Wtedy będzie może gotowy.
[01:47:45.16 → 01:48:02.42] B: Prawdziwie kosmiczna, boska perspektywa. Czy chcecie Państwo zadać Piotrowicie Plakowi jakieś pytania po tych dzisiejszych medytacjach? O literaturę, teatr, metafizykę, ogród, rower? Podamy mikrofon.
[01:48:06.08 → 01:48:06.74] A: Proszę Państwa.
[01:48:09.70 → 01:48:10.50] B: Proszę do mikrofonu.
[01:48:11.20 → 01:49:31.42] C: Gratuluję, że nie wiedziałam, że to tak wspaniały spektakl będzie, bo myślałam, że raczej rower i wycieczka sobie do Portugalii. Ale tylko powiem, że ja jestem od wieków z rodziny kolarskiej, między innymi. Mój dziadek był organizatorem pierwszego biegu do AK Polski. Ojciec brał w tym udział, ale nie tylko właśnie tak jak pan, że tylko sport, bo dawniej to przecież, bo teraz to są tylko zawodowcy, prawda? A dawniej to było, miało się inny zawód, a to dla przyjemności się uprawiało. Także też ludzie dla mnie, bo mam nie tylko w rodzinie tych kolarzy, bo ja i moje dzieci, moje wnuki jeżdżą po Polsce, po świecie, rowerami też na przykład, to zwiedził ja Ukrainę rowerem i Skandynawię, ale tu mam masę znajomych właśnie też rowerzystów, to są bardzo wrażliwi ludzie i tak jak pan. I chodzi mi o to, czy będzie można, czy jest jakaś płyta, bo mi chodzi o to, żeby nie tylko książkę przeczytać, czy te pana wspomnienia, tylko chodzi mi o to, żeby to było nagrane, żeby moje dzieci, mój syn, na przykład moje wnuki mogły to usłyszeć, usłyszeć pana głos, bo pan jest aktorem i nie właśnie o to chodzi.
[01:49:32.84 → 01:49:56.62] A: W program trzeci Polskiego Radia, Barbara Marcinik, ona nagrała, pozwoliła nam nagrać 45 minut takiego słuchowiska, to jest mniej więcej ten materiał tekstowy, Szaza i ja. I to jest nagrane, natomiast...
[01:49:56.62 → 01:50:15.12] B: Oczywiście można wejść na stronę Starego Teatru w Lublinie i odsłuchać dzisiejsze spotkanie, dzisiejszy występ. Dopóki będzie chyba istniał Teatr Stary i internet, Pani rodzina i pani będzie mogła obejrzeć, czy jeszcze raz uczestniczyć w tej podróży.
[01:50:15.18 → 01:50:15.72] A: A, można w to kliknąć, tak?
[01:50:15.92 → 01:50:18.64] B: Tak, można w to kliknąć i pojechać z Piotrem jeszcze raz.
[01:50:18.80 → 01:50:37.54] C: To wspaniale, bo po prostu ja muszę to do Warszawy, do tych swoich dzieci i wnuków jakoś przesłać, bo syn oprócz tego, że jest adwokatem, to jeszcze chciał dawać do szkoły teatralnej. Oczywiście się nie dostał, a chyba powinien, bo nie tylko...
[01:50:37.54 → 01:50:45.43] B: Wystarczy kliknąć w odpowiednią zakładkę Pani rodzina będzie mogła wysłuchać tego, czego byliśmy dzisiaj świadkami.
[01:50:45.57 → 01:51:03.03] C: Właśnie ostatnio byłam tydzień temu właśnie w Warszawie i na szczęście mój syn mieszka w Aninie i tam są takie tereny rowerowe. Już jestem strasznie stara, ale też jeździłam z całą rodziną, a dzieci moje i wnuki to jeżdżą od dwóch miesięcy na rowerze.
[01:51:03.29 → 01:51:07.69] B: Świetnie, dziękuję bardzo. Czy ktoś z Państwa jeszcze jakiś komentarz, pytanie do Pana Piotra Cieplaka?
[01:51:10.52 → 01:51:16.80] C: że 50 lat temu mój ojciec jeździł w wieku 80 lat w Kazimierz na Łęczu.
[01:51:17.48 → 01:51:18.22] B: Dziękuję.
[01:51:18.86 → 01:51:28.10] A: Czy ktoś z Państwa... Proszę Państwa, nie ma co, już nagadali, znaczy ja się nagadałem już tyle, że już rzeczywiście ledwo...
[01:51:28.18 → 01:51:44.97] B: No bo myślę, że wszyscy możemy i czytać. Ja zachęcam Państwa do nabycia tej książki, o niewiedzy w praktyce Droga do Portugalii, w internecie szukajmy, w dobrych księgarniach. Piotr Cieplak. Bardzo dziękuję Piotrze za ten występ dzisiejszy, za rozmowę, za medytację wspólną.
[01:51:45.05 → 01:51:45.59] A: Dziękuję bardzo.

Bitwa o literaturę. Rower to jest świat

Spotkanie połączone z koncertem Cieplak / SzaZa „O niewiedzy w praktyce, czyli rowerem do Portugalii”. 

Spotkanie, do którego uwerturą jest performance reżysera Piotra Cieplaka, teologa amatora i ogrodnika amatorka na podstawie jego książki „O niewiedzy w praktyce czyli droga do Portugalii”. Cieplak opisał w niej trwającą 31 dni samotną wyprawę rowerową z Warszawy do Lizbony. Bardziej niż książkę podróżniczą jego opowieść przypomina medytację – to zbiór myśli o teatrze, życiu, Bogu i człowieku. Reżyser jedzie na rowerze i obserwuje świat i siebie. Wsłuchuje się w swoje ciało, nie odpędza natrętnych myśli tylko dzieli je na czworo, szuka odpowiedzi, w znakach jakie daje mu przyroda, zapomniane miasta, napotkani ludzie. W Teatrze Starym Piotr Cieplak wykona czyli przeczyta z towarzyszeniem improwizowanej na żywo muzyki fragmenty swojej książki.
Łukasz Drewniak

Obszernych skrótów ze spotkań można wysłuchać w audycji „Osobowości” na antenie Radia Lublin w każdy poniedziałek o 20:00.

Cykl „Bitwa o literaturę” dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Wróć