Tryb wiązania: soft

Pokazujemy wszystkie trafienia.

[pokaż transkrypt] [ukryj transkrypt]
[00:00.81 → 00:03.81] A: Panie,
[00:06.61 → 02:44.26] B: panowie, dobry wieczór. Pozwolą państwo, że spróbuję poradzić sobie z ciężarem, nie tylko gatunkowym, ale naprawdę też fizycznym książki, która jest pretekstem do naszego spotkania, książki wokół której dziś potoczy się rozmowa. policzone Miklosza Banfiego. Jeśli zapytam, czy coś mówi państwu to nazwisko, to szczerze mówiąc nie spodziewam się wielu twierdzących odpowiedzi, ale tym bardziej się cieszę, bo wyjdą państwo dziś z tej sali bogatsi o znajomość, zawarcie której nie mogło ominąć nas w życiu. To jest książka, która którą wydawnictwo Oficyna dało nam dwa miesiące temu. Ledwie dwa miesiące temu, a już mnóstwo znakomitych opinii od czytelników. Krytycy nie mogą się nachwalić. Tłumaczka ma już kolejkę do podróży po Polsce w sprawie spotkań autorskich. Cieszę się, że jesteśmy jednymi z pierwszych. No tak, ale książka została napisana i wydana na Węgrzech 90 lat temu. To dlaczego dopiero teraz jest w Polsce? Dlaczego dopiero 30 lat temu na Węgrzech wznawiono tę pozycję? To pierwszy tom, będą trzy, będziemy dzisiaj o tym też jeszcze rozmawiać. A przez lata całe, przez kilkadziesiąt lat, autor Miklosz Banfi był, delikatnie mówiąc, miał pod górkę. Był na indeksie książk zakazanych itd. Zresztą Miklosz Banfi, który nie doczekał się jeszcze swojej biografii, przez ostatnich kilkadziesiąt minut w karterobie namawiałam na to tłumaczkę. Może nam się uda wspólnie namówić ją na napisanie biografii Miklosza Banfiego, bo miał życie, Tak ciekawe, tak różnorodne, tak fascynujące. Zaznał tak naprawdę chyba wszystkiego, co człowiek może w życiu zaznać, a i dał od siebie bardzo wiele. Chciałabym, żeby go państwo poznali, ale najpierw poznajmy Irenę Makarewicz, tłumaczkę trylogii siedmiogrodzkiej.
[02:44.54 → 02:44.94] A: Zapraszam.
[02:51.45 → 03:38.53] B: Ta jest mikrofon dla pani. Nasze spotkanie na polski język migowy tradycyjnie tłumaczą Ewelina Lachowska i Marta Stępniak. Bardzo dziękujemy. Irena Makarewicz, tłumaczka Miklosza Banfiego, dała nam w prezencie Miklosza Banfiego, ale nie tylko. I choć dziś nasza rozmowa skupi się wokół przede wszystkim tego autora, to ja bym przez chwilę chciała się pochylić nad Szandorem Marain, To nazwisko już Państwu jest na pewno znane. Tymczasem zanim jeszcze Szandora Marajego poznaliśmy w Polsce, a zanim w ogóle zaczął być znany na Węgrzech, to Irena Makarewicz już się z nim zdążyła zaprzyjaźnić.
[03:38.84 → 06:39.46] A: To prawda? Tak, to prawda, ale przede wszystkim dobry wieczór i bardzo dziękuję, że Państwo tak licznie przyszli porozmawiać. Mam nadzieję, że też będą różne pytania. Mam ściągawkę na wszelki wypadek, gdyby pytania były za głęboko sięgające. A co do Szandora Maroyego, to rzeczywiście w 1990 roku byłam w Budapeszcie na stypendium z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, tak to się chyba wtedy nazywało. i miałam takie zadanie, żeby znaleźć sobie pisarza, którego chciałabym tłumaczyć na język polski. Przez kilka miesięcy czytałam, chodziłam do teatrów, nic mnie tak naprawdę nie pociągało, aż wreszcie w teatrze w Budapeszcie spotkałam się po raz pierwszy w życiu z nazwiskiem Szandora Maroyego, obejrzałam jego sztukę Przygoda. I wtedy jako tłumaczka młoda, naiwna, nie mająca kompletnie wiedzy na temat tego, jak działa rynek wydawniczy, przyjechałam do Polski i zaczęłam Szandora Maroyego proponować w 1991 roku. Oczywiście odpowiedź była zupełnie negatywna. Mówiono mi, to było już po transformacji ustrojowej, mówiono mi, proszę pani, my tutaj książki kucharskie, słowniki angielskie, a pani przychodzi z jakimś węgierskim pisarzem, jak on się tam nazywa? No i oczywiście po iluś takich rozmowach kompletnie odeszła mi ochota od tłumaczenia literatury w ogóle. Zupełnie zmieniłam zawód i przez wiele lat tłumaczeniami się nie zajmowałam. No ale miłość do Szandora Maroyego nie wygasła ani wtedy, ani dzisiaj. W dalszym ciągu jest bardzo, bardzo silna i po wielu latach Kiedy Krystyna Janda zdecydowała się wystawić, wiem, że była niedawno, był Teatr Polonia tutaj, właśnie pani Krystyna Janda zdecydowała się wystawić tę sztukę i rozmawiałyśmy chwilę po premierze i ja do niej mówię, ale jak to teraz będzie? To jest spełnienie mojego marzenia życiowego i co ja teraz będę dalej robiła? Pani Krystyna powiedziała wtedy, że znajdzie pani coś innego i rzeczywiście udało się znaleźć. i w Szandorze Maro im wiele różnych ciekawych utworów, ale też innych pisarzy, których próbuję tutaj w Polsce gdzieś ulokować w jakichś wydawnictwach. To są takie nazwiska, z których część się przyjęła lepiej, część gorzej. Jestem takim lodołamaczem, taką pionierką, która wymyśli sobie, że jakiś pisarz jest warty zaprezentowania, no i później albo czytelnicy, kochają tego pisarza tak jak ja albo nie kochają? Nie, chyba tak nie było.
[06:39.88 → 07:14.77] B: Ja już zdążyłam pokochać Banffiego po tym pierwszym tomie, ale wracając do tego, o czym pani powiedziała, mówiła pani o tych kłopotach związanych z próbą udostępnienia na rynku polskim węgierskich pisarzy. Myślę sobie, że to była po prostu kwestia wyboru, że byłoby Pani zdecydowanie łatwiej, gdyby zamiast węgierskiego polubiła Pani wino francuskie albo wino brytyjskie. Brytyjczycy mają naprawdę świetne i bardzo z tradycjami winiarnie.
[07:16.55 → 08:04.42] A: Pani się uśmiecha, ale ja wiem do czego ta aluzja. Państwo być może nie wiedzą, że ja z mojego pierwszego podstawowego wykształcenia jestem technologiem napojów alkoholowych. Konkretnie skończyłam na Węgrzech winiarstwo. Jestem dyplomowanym inżynierem winiarstwa, z tym że pracę magisterską pisałam z pienienia się piwa. Do tej pory wiem jak zrobić, jak zatrzymać taki bardzo nieprzyjemny proces, kiedy nalewamy piwa do szklanki i ta piana zaczyna wylatywać. Właśnie jak zmniejszyć napięcie powierzchniowe tak, żeby piwo zatrzymało się w szklance. Więc jakiś efekt tych studiów był.
[08:04.62 → 08:12.28] B: Pojechała pani Irena Makarewicz na Węgry studiować właśnie enologię. Po czym w połowie stwierdziła, że...
[08:12.28 → 10:30.34] A: Nie, już od razu na samym początku. Ten wybór studiów wynikał z tego, że wtedy nie można było pojechać na wybrane studia. Ja chciałam studiować hungarystykę. Można było tylko pojechać na to, na co wysyłano. No i na przykład mogłam pojechać na piekarnictwo do Berlina, na coś tam do Związku Radzieckiego, albo właśnie na technologię żywności, na Węgry do Budapesztu. No i ja wybrałam Węgry z przyczyn osobistych, ale od samego początku, przez ten pierwszy rok, kiedy uczyliśmy się języka w takim specjalnym instytucie międzynarodowym, Mówiłam, że właściwie ta technologia to tak nie bardzo, ja bym chciała hungarystykę. No i wtedy dano mi wprost, znaczy nawet nie do zrozumienia, tylko powiedziano mi wprost, że jeśli chcę zmienić kierunek studiów, to niestety po pierwsze zostanę wyrzucona w ogóle ze studiów, po drugie dostanę wilczy bilet. czyli w ogóle nie będę mogła żadnych studiów kończyć w Polsce. No i tak to się stało, że trzeba było to winiarstwo ukończyć. No i to jest właśnie moje podstawowe wykształcenie. Zresztą w tym zawodzie nigdy w życiu nie pracowałam, bo później się tak złożyło, że zaczęłam pracować w Warszawie na SGGW, no ale tam też długo miejsca nie zagrzałam, ponieważ zajmowałam się suszeniem ziemniaków, co też mnie niezbyt interesowało, ale to był trudny okres, kiedy się wracało wtedy ze studiów za granicą, był nakaz pracy. Dzisiaj jakieś zupełnie egzotyczne sytuacje, o których młodzi ludzie nic nie wiedzą. Po prostu kiedyś życie nie układało się tak, jak my chcieliśmy, tylko było bardzo wiele różnych instytucji, urzędów, władz, które się wtrącały i popychały nas w tym, a nie innym kierunku. Początki zupełnie niezwiązane z literaturą węgierską w sensie studiów, natomiast cały czas ta skłonność do literatury węgierskiej i do tłumaczenia we mnie żyła.
[10:31.04 → 11:46.42] B: Taka niezależność musi jednak w pani bardzo głęboko być, bo choć zmuszana do podejmowania różnych decyzji niezgodnych ze sobą, bardzo stanowczo upiera się pani przy tym, co uważa pani za naprawdę ważne. Uznała pani Banfiego za ważną postać, w jego literaturę za ciekawą. Jest to naprawdę fantastyczna literatura i postanowiła dać tę książkę polskiemu czytelnikowi. Ja nie bez powodu wspomniałam o tym winie francuskim i brytyjskim, a na przykład nie o niemieckim, choć przecież wiadomo, że Rieslingi mają świetne, bo zarówno literatura węgierska, jak i na przykład niemieckojęzyczna, ma dziwnym zbiegiem okoliczności w naszym kraju pod górkę. Chętnie wydajemy pisarzy anglojęzycznych, mówimy o nich, nie najgorzej mają się ci francuskojęzyczni. Natomiast jeśli chodzi o naszych najbliższych sąsiadów, Węgry, Niemcy, no to tutaj właściwie jeśli nie determinacja tłumaczy i tłumaczek, to nie specjalnie jestem pewna, czy wydawcy chętnie po nią sięgają.
[11:46.99 → 15:46.95] A: Wydawcy są w trudnej sytuacji o tyle, że oni też podlegają, trochę stanę w ich obronie, ale nie do końca. Oni też podlegają cięciom, kosztów i tak dalej, więc skończyło się to, że na przykład w wydawnictwie jest osoba, która zna język węgierski, czy jakiś inny mniejszy, tak zwany mniejszy język, albo chociaż ma pojęcie o tej literaturze. Takich osób w wydawnictwie już nie ma, także każdy z nas, kto zajmuje się tłumaczeniem na przykład z języka węgierskiego, właściwie musi tę robotę wykonywać od samego początku, czyli od tego, żeby szukać na rynku węgierskim, wśród węgierskich pisarzy, kogoś kto mógłby tutaj na naszym rynku jakoś zaistnieć. Musi zbierać argumenty, przekonywać, chodzić, szukać możliwości, stukać, pukać, błagać, żebrać, argumentować i czasami to jest taki strasznie długotrwały proces. Nie zdradzę wielkiej tajemnicy, bo to już mówiłam, że w przypadku Banfiego to też trwało kilkanaście lat, zanim wreszcie udało się tę książkę wydać. I oczywiście jestem zachwycona, że czytelnicy ją czytają, krytycy oceniają ją bardzo dobrze, ale myślę sobie, no przecież zmarnowaliśmy kilkanaście lat. Przez ten czas można było wydać Banfiego i zająć się jakimiś kolejnymi wielkimi nazwiskami. Niestety z literaturą węgierską jest tak, ani nie poznajemy jej w jakimś porządku właściwym tej literaturze. Zawsze podaję ten przykład, że jak u nas już zaczął być słynny Chandor Maroy, no to później na przykład mówiono o Giuli Crudim, albo to taki mistrz Maroyego, podczas gdy właściwie Maroyego można zrozumieć dopiero jak się najpierw przeczyta Crudiego, czy tak samo jest z Kostolanim, Derzy Kostolani. autor takiej książki Ptaszyna czy Złotego Latawca, którego tłumaczyłam, to też był mistrz Maroyego. I teraz, żeby wiedzieć, dlaczego on był mistrzem i co Maroy wziął od niego, a co jest jego własnego, to trzeba by to było czytać w odpowiedniej kolejności. U nas jest inaczej. Kolejna trudność to jest taka, że mamy białe plamy, jakieś punktowe nazwiska, osobowości, zjawiska literackie. Nie ma czegoś takiego ogólnego, co by dawało pojęcie o tym, jak ta literatura w ogóle wyglądała, gdzie tam są te ważne nazwiska, jakie są ciągi literackie, jakie były procesy, co się zadziało, co przyjęło się. na Węgrzech, co się nie przyjęło, dlaczego. Tego wszystkiego my nie wiemy i wiedzieć nie możemy. Dlatego bardzo trudno jest, na przykład jak się tłumaczy na polski Krudiego i Krudi tak nie do końca działa po polsku, bo my, to pani Teresa Worowska ostatnio wspominała, ona tłumaczy Krudiego, wspominała na naszym spotkaniu w Budapeszcie, gdzie we dwie występowałyśmy, ona właśnie mówiła, że Polacy po prostu nie wiedzą, Do kogo Crudy czyni aluzję? Węgrzy oczywiście się zachwycają, bo oni to wszystko wiedzą, mają Crudiego w jakimś kontekście. My mamy Crudiego wyrwanego z tego kontekstu, no i albo nam się spodoba, albo nie. Więc z tym jest bardzo trudno. Wszystko polega na determinacji, przebojowości konkretnych osób tłumaczących, ale też na takim łucie szczęścia, że spotka się po drodze jakąś osobę, która się tym nazwiskiem czy tą książką zachwyci. Jest łatwiej, nie powiem z górki, bo z Banfim też znalazł się cudowny wydawca, oficyna, ale też z panem Łukaszem Urbaniakiem wiele lat się zmagaliśmy i nadal się zmagamy, żeby ten Banfim rzeczywiście zaistniał w taki sposób, na jaki zasługuje.
[15:47.41 → 16:24.95] B: Przedstawmy bohatera dzisiejszego wieczoru. bohaterką jest książka, ale tak naprawdę chciałabym, żebyśmy zaczęły od autora i od jego życiorysu, dlatego że taki, a nie inny życiorys wpłynął na to, jak wygląda ta książka. Miklosz Banfi przychodzi na świat, na Węgrzech wtedy, kiedy ten kraj ma się bardzo dobrze. W takim też kraju dorasta, Musimy mieć świadomość, że to nie są te Węgry, do których jeździmy na wakacje.
[16:25.51 → 25:57.98] A: Tak, to jest kolejny problem właśnie z tą literaturą węgierską, że nam się Węgry kojarzą z tym krajem, który ma dzisiejszą powierzchnię dzisiejszych mieszkańców. Natomiast akurat wtedy, kiedy urodził się Miklosz Banfi rocznik 1873, Węgry są częścią dualistycznej monarchii, Austro-Węgier. Jest Unia Realna, jest cesarz na dworze w Wiedniu i na Węgrzech cesarz, ten sam, ale na Węgrzech jest królem Węgier. Rzeczywiście to jest bardzo dobry okres dla Węgier, rozumianych jako kraje Korony Świętego Stefana, czyli mamy te Węgry jakby dzisiejsze, mamy Siedmiogród, który dzisiaj jest częścią Rumunii, tam było kilka milionów Węgrów, ale jest też część Chorwacji, część dzisiaj, ja oczywiście teraz idę dzisiejszymi państwami, część Słowacji, trochę Ukrainy, trochę więcej Rumunii, czyli to wszystko, co otacza Węgry dzisiejsze w dużej mierze było w tym samym organizmie państwowym. Miklosz Banfi urodził się w Siedmiogrodzie, co nie jest bez znaczenia, dlatego że wbrew pozorom Siedmiogród i dzisiejsze Węgry to nie był taki do końca jednolity organizm. Tam było wiele napięć, sporów. inna historia, troszeczkę inna mentalność. Ja zresztą też od razu, prawie na samym początku książki daję taki przypis, w którym jest mowa o tym, że właśnie były te napięcia pomiędzy tym, dzisiaj stanowią, czym są Węgry, a Siedmiogrodem. W tym Siedmiogrodzie rodzina Banfich to jest jedna z najbardziej znamienitych rodzin, bardzo bogata, jeśli nie najbogatsza w pewnym momencie. Każdy pierworodny potomek tej rodziny musiał pełnić jakieś bardzo wysokie funkcje państwowe albo też komitackie. Komitat to jest Coś takiego jak województwo mniej więcej. Każdy taki potomek najpierw zdobywał odpowiednie wykształcenie. To nie była osoba, która tylko dlatego, że się urodziła w danym rodzie, dostawała pozycję. Nie, musiał się też wykazać, przygotować. Musiał mieć też pewne predyspozycje, a jeśli nie miał, to musiał się podszkolić. Miklosz Banfi, tak jak i inni członkowie tego rodu, jak jego ojciec, jak jego dziadek, od razu byli przeznaczeni do tej służby państwowej, a oprócz tego równolegle musieli się zajmować tym olbrzymim majątkiem. Ja próbowałam ustalić, ile wynosił majątek Banffich, ale to mi się nie udało, ponieważ, tak jak już było wspomniane, Banffich nie ma swojej biografii. Są bardzo różne źródła, oczywiście po węgiersku, i te źródła przytaczają różne anegdoty, różne dane, fakty, które później według innych źródeł okazują się nieprawdziwe. Także trudno się w tym rozeznać, ale można na pewno powiedzieć, że to było kilkadziesiąt tysięcy hektarów. W reformie rolnej w Rumunii, kiedy Siedmiogród już należał do Rumunii, ten majątek wynosił kilka tysięcy hektarów i to była podobno jedna dziesiąta tego pierwotnego majątku. Także można sobie wyobrazić, jaka to była rodzina. Oczywiście oni mieli swoją siedzibę. Ten pałac nazywa się Bonsido, nazywany też Wersalem Siedmiogrodzkim. 70 mniej więcej apartamentów, dwie olbrzymie biblioteki, księgozbiór 26 tys. woluminów. wielkie zabytki piśmiennictwa węgierskiego, książki z całej Europy Zachodniej, ale też wiele książek węgierskich, rumuńskich, po prostu wspaniała biblioteka. Wszystko to zostało stracone, zniszczone w czasie II wojny światowej. Z takiej rodziny pochodzi Miklosz Banfi, Najpierw uczy się w domu, później zdaje maturę, idzie na uniwersytet zarówno w Budapeszcie, jak i w Kolożwarze, bo Kolożwar, dzisiejszy Kluszna Poka, to jest to wielkie miasto blisko majątku rodzinnego Banfich. No i później już miałby się zajmować różnymi funkcjami państwowymi, ale jak to młody człowiek ma troszeczkę inne zainteresowania, inny temperament, więc na początku dochodzi do takiej sytuacji, że w związku z tym, że Miklosz Banfi miał skłonność do hazardu, bardzo ostro grał w karty, zdarzało mu się też przegrać bardzo wiele pieniędzy, a nawet sfałszować weksel podpisem ojca. jest na rada rodu Banffich i oni skazują Miklosza na roczny pobyt w takim opuszczonym zamku, gdzieś na peryferiach tych wszystkich majątków, żeby on zrozumiał, na czym polegają jego obowiązki wobec rodu, komitatu, kraju, korony świętego Stefana itd. I wydawałoby się, to nie jest taki człowiek, który mógłby się sprawdzić na stanowiskach państwowych, zwłaszcza, że on od samego początku miał inklinację do twórczości artystycznej. Jego marzeniem było, żeby zostać malarzem i tak z przekąsem mówił o sobie, całe życie chciałem być malarzem, ale zostałem pisarzem. A tak naprawdę to on został i scenografem, i projektantem kostiumów, i reżyserem, i dyrektorem takich instytucji jak banki, ale i teatry, opera i na przykład liceum dla panien w Kolorzwarze. Człowiek, który oddał serce ruchowi spółdzielczemu, który krytykował politykę zagraniczną Węgier, ale jednocześnie był posłem na Sejm, był też nadrzupanem, czyli wojewodą powiedzmy. właśnie tego komitatu Kolosz, czyli województwa, w którym stolicą był Koloszwar. Pełnił bardzo różne funkcje i też można by powiedzieć, a jak to się stało, że on przy okazji jeszcze mógł zająć się pracą twórczą. Miał bardzo skomplikowane życie. Dlatego, że po pierwszej wojnie światowej, kiedy Siedmiogród trafił do Rumunii, Miklosz Banfi został na Węgrzech, czyli w tej części dawnego kraju, który my dzisiaj znamy jako Węgry. No i tam na przykład był ministrem spraw zagranicznych albo był prezesem takiej rady artystów węgierskich przez wiele lat. aż wreszcie trochę mu ta polityka zaczęła przeszkadzać, ponieważ on miał zupełnie inne nastawienie niż było dominujące w czasach Horthiego i w 1926 roku zdecydował się, że w takim razie zostawia Węgry, Budapeszt i wraca do Siedmiogrodu. To też nie było takie proste, bo jako że Siedmiogród był już rumuński, a Miklosz Banfi był bardzo znanym politykiem węgierskim, zażądano od niego, żeby złożył przysięgę osobiście królowi rumuńskiemu i postawiono jako warunek to, że przez 10 lat nie będzie się zajmował żadną działalnością polityczną. Miklosz Banffy oczywiście to uczynił, ponieważ chciał wrócić do swojego rodzinnego miejsca, do Boncidy, ale oczywiście najbardziej to się ucieszyli tamtejsi politycy węgierscy, którzy obawiali się, że Miklosz Banffy jako ten liberał, człowiek wolnomyślący, w sensie tych różnych wolnościowych idei, tym takim bardziej nacjonalistycznie nastawionym politykom, po prostu będzie przeszkadzał w ich działalności. Rozwiązał to król rumuński, zabronił mu działalności politycznej, więc Banfi skupił się na działalności społeczno-oświatowej, kulturalnej, podjął bardzo wiele różnych takich działań, które najbardziej dowodziły tego, że dla niego najważniejsze było pokojowe współistnienie. To znaczy oczywiście mniejszość węgierska bardzo liczna, ale już w organizmie państwowym rumuńskim i musimy nauczyć się żyć razem. Jeżeli mamy energię, środki, to poświęćmy je na to, żeby nie zginął język węgierski, żeby rozwijała się kultura, żeby wydawane były książki węgierskie, ale też tłumaczmy pisarzy rumuńskich, wydawajmy pisarzy rumuńskich, żebyśmy nawzajem jako sąsiedzi wiedzieli, Kim są ci drudzy, żeby nie było napięć w miarę możliwości?
[25:58.01 → 26:14.89] B: To nie była specjalnie popularna postawa. Do dzisiaj zresztą nie jest, dlatego że to, że Węgry straciły 2 trzecie terytorium i 2 trzecie społeczeństwa zamieszkało poza granicami, do dzisiaj uwiera Węgry.
[26:15.03 → 29:14.00] A: Tak, to jest bardzo ciekawa sprawa. Jeśli będą mieli Państwo okazję porozmawiać z Węgrami na temat pokoju w Trianon, to mogą Państwo usłyszeć, że oni nie mówią o tym jako o układzie pokojowym, jakbyśmy to nazwali, tylko oni mówią o dyktacie. To jest dla nich trauma, która przechodzi już od 1920 roku. Proszę Państwa, mamy pięć pokoleń co najmniej. To tak jak my byśmy jeszcze strasznie przeżywali jakieś bardzo, bardzo odległe sprawy. Albo na przykład sposób mówienia o tych terenach, które już nie należą do Węgier. Porównać z tym, jak my mówimy o terenach, które znalazły się, były kiedyś polskie, ale obecnie są na przykład w Ukrainie. Są tutaj bardzo istotne różnice i w Węgrach jest jakaś taka trauma, która jest nieuleczona. Czy ona jest nieuleczalna, to ja z tym bym polemizowała. Tylko właśnie chodzi o to, że pojęcie narodu może trzeba by było troszeczkę inaczej definiować. Może mówienie o narodowym państwie niekoniecznie musiałoby oznaczać nacjonalizm itd. Nie chcę teraz wchodzić w sprawy polityczne. Chciałabym tylko państwu uwypuklić ten taki niepopularny właśnie rys, jaki dominował także w myśleniu Banffiego, że możemy kochać Węgry, możemy się różnić z naszymi sąsiadami, ale skoro przyszło nam żyć, na tej samej ziemi, to żyjmy pokojowo. Jeszcze chciałabym też dodać taką rzecz, że Miklosz Banfi napisał bardzo dużo różnych rzeczy, namalował dużo różnych rzeczy, robił karykatury, doprowadził na przykład do plebiscytu, dzięki któremu Węgry odzyskały, to była jedyna rewizja granic, odzyskały część ziem np. z miastem Szopron. Inaczej to miasto i okolice trafiłyby do Austrii. On ma naprawdę bardzo wiele zasług, ale to nie są takie zasługi jak byśmy powiedzieli jakiegoś bujownika, który walczył, poległ, wzywał do jakichś militarnych zachowań. Nie, on miał zupełnie inną koncepcję. Starał się ją przedstawić w trylogii siedmiogrodzkiej, którą zresztą pisał też trochę ku przestrodze, po to, żeby politycy węgierscy, elity węgierskie, żeby ci ludzie się zastanowili i nie wpadli drugi raz w te same kolejne, bo pisane to było w międzywojniu, Węgrzy i Miklosz Banfi mieli już za sobą I wojnę światową i to były lata trzydzieste. Szykowaliśmy się, Europa, świat szykował się do II wojny światowej. Jak się okazało jego przestrogi nie zostały wzięte poważnie, a szkoda.
[29:14.36 → 29:19.10] B: Bo jak mówi Hegel, historia uczy, że niczego się z niej nie uczymy.
[29:19.62 → 29:23.56] A: Tak, nawet można trzy razy popełnić ten sam błąd jak dowodzą Węgrzy.
[29:24.45 → 29:43.75] B: Jeszcze zatrzymajmy się przy tych gęsto wymienionych przez panią funkcji i zasług Banfiego. Postawmy przy tym kilka kolorowych kropek, bo np. Bartok pojawił się dzięki Banfiemu na węgierskiej scenie.
[29:43.77 → 32:15.26] A: Bartok miał już kilka kompozycji, operę i balet, te jego dzieła zostały odrzucone przez Operę w Budapeszcie i wiadomo było, że skoro Opera Budapeszteńska nie wystawia, to znaczy, że w ogóle nie ma żadnych szans. Kiedy dyrektorem Opery i Teatru Narodowego w Budapeszcie został Banffy, zajął się przebudową tych instytucji. Polegało to m.in. na fizycznej przebudowie, bo np. powiększył wnętrze budynku, usprawnił je, czy dostosował do większej liczby widzów, ale też do większych przedsięwzięć, inscenizacji i oczywiście też zaczął się zajmować repertuarem. Jakbyśmy dzisiaj powiedzieli, wtrącał się dosłownie we wszystko. jakoś tam się dowiedział o tym biednym Bartoku, który nie miał żadnego sukcesu scenicznego. Bardzo mu się jego utwory spodobały, ale napotkał na olbrzymie trudności. My dzisiaj lekko mówimy, że dzięki Banfiemu Bartok został wystawiony, ale proszę sobie wyobrazić, że po pierwsze żaden z pięciu dyrygentów węgierskich nie chciał tym pierwszym baletem dyrygować. Po kolei odmawiali. Jeden mówił, że to się nadaje dla świń, drugi, że to w ogóle nie jest żadna muzyka. Wreszcie jakiś tam najstarszy, ten ostatni powiedział, tak, to jest bardzo dobre, ale ja już jestem za stary. No i co zrobił Banffy? Sprowadził Włocha. I tak naprawdę prapremiera dyrygował tym Włocha, nie Węgier. Jeśli chodzi o tancerzy i muzyków, to Banffy opłacał dodatkowe próby, które trwały kilka miesięcy, dlatego, że ci artyści nie za bardzo rozumieli w ogóle, jak kolokwialnie ugryźć, jak podejść do tych utworów. I to wszystko z własnej kieszeni, dlatego, że po prostu się uparł, że to musi zostać pokazane. I rzeczywiście, możemy dzisiaj powiedzieć, że dzięki Mikloszowi Banfiemu, Béla Bartók zaistniał scenie opery w Budapeszcie, a później już był znany w całym świecie. A jeszcze chciałabym dodać, że na przykład kostiumy do tych przedstawień projektował sam Banffy. Reżyserował Banffy, dyrygenta załatwił Banffy, próby opłacił Banffy itd.
[32:15.84 → 33:21.52] B: Granice przesunął Banffy i upomniał się o wiele rzeczy i osiągnął sukces Banffy. Wspomniała Pani o tym sięganiu do kieszeni. My jesteśmy w tej chwili w opowieści w tym okresie Banffiego, kiedy ta kieszeń jest zasobna, bo pochodzi z bardzo bogatej rodziny. Dodajmy rodziny, co nie jest bez znaczenia i co też znajduje odzwierciedlenie w książce, która zawsze wiedziała, że ci, którzy mają, powinni służyć także tym, którzy nie mają. To w tym kolejnym okresie, kiedy Banffie już wraca do Siedmiogrodu, też będzie nie bez znaczenia. Ale jeszcze zatrzymajmy się przy tych latach, kiedy jest dyrektorem opery i tuż później, bo jest jeszcze taki jeden z dowodów na to, jak bardzo był niepokorny i jak bardzo wiedział, czego chce i jak bardzo pilnował tego, żeby ta jego wizja, jak powinien świat wyglądać, realizowała się. Tu mam na myśli przygotowania do koronacji.
[33:22.40 → 39:55.04] A: Tak, to jest bardzo ciekawy moment. Uwielbiam podkreślać zasługę Banfiego. To jest rok 1916, czyli jesteśmy w trakcie I wojny światowej. Umiera cesarz austriacki, który tak jak mówiłam w Unii Realnej był królem Węgier i musi być koronowany jego następca. Karol I cesarz w Austrii, Karol IV król Węgier. No i czasu na przygotowanie wszystkiego nie było zbyt dużo. Zadanie to zlecono Banffiemu, ponieważ on już miał jakieś tam różne dokonania, więc wydawało się, że sobie poradzi. I on był odpowiedzialny za wszystko. Oczywiście dostał jakiś zespół ludzi, Między innymi taką ważną rolę odgrywał tam Karol Kosz. Oni się później zaprzyjaźnili. To był architekt też z Siedmiogrodu. Razem później prowadzili takie wydawnictwo Helikon. Może jeszcze będzie okazja, w dalszej części to opowiem. No i oni wymyślili, że po pierwsze trzeba przygotować scenografię, ponieważ nie za bardzo są pieniądze i możliwości i tak dalej, to po prostu cały ten wielki kościół zasłonili bordowym aksamitem. Ale bordowy aksamit to jest od razu pompa królewska, więc to wszystko było wspaniałe. Oczywiście panie poubierane w najlepsze stroje, kolie, brylanty, panowie w takich specjalnych galowych strojach węgierskich, paradnych, Wszystko bardzo pięknie wyglądało. W trakcie koronacji był taki moment, kiedy ten król miał odznaczyć bohaterów wojennych. Później jak Banfiego pytano, jak to się odbyło, to padło takie pytanie, jak ich ubrałeś, bo on też był za stroje odpowiedzialne. A Banfie odpowiedział, nie, ja ich nie ubrałem. Właśnie na tym to polegało, że ja im kazałem przyjść. Oczywiście niech oni się tam umyją, wypiorą, wyczyszczą, wyglansują buty, ale niech przyjdą w takich strojach normalnych, czyli w tych połatanych, sfatygowanych mundurach. Ale jak to? I oni tak się tam pojawili wśród tych brylantów, atłasów i tak dalej? Tak, tak, przyszli w dodatku. To już ja dodaję, Banffy wybrał, ta grupa liczyła około 50 weteranów. Banffy też nie miał skrupułów, żeby tym większe było uderzenie w widza, bo chciał pokazać czym jest wojna. Oczywiście dobrał też takich, którzy byli inwalidami wojennymi, czyli a to bez ręki, bez nogi, proteza, Niektórzy już po tej ceremonii opowiadali o tym, że najbardziej przeszkadzało im charczenie, ponieważ tam było, jak to w pierwszej wojnie światowej, te gazy, niegazy, jakieś okropne środki chemiczne, więc opowiadali, że to nie tylko wizualnie było uderzeniem, ale też dźwiękowo. Zrobiło to wrażenie okropne, straszliwe. Później zrobiła się nagonka na Banfiego, że jak on w ogóle śmiał, tutaj mamy podniosłą uroczystość, nowy król Węgier itd. wprowadza ludzi nieodpowiednich, ale on odpowiadał, że właśnie jemu o to chodziło. On chciał pokazać tym wszystkim, którzy uważają, że wojna to jest tak jak przesuwanie żołnierzyków na jakiejś dużej planszy, czy tak jak w Bonsido mieli szachy, figury jednometrowe i dwóch służących przesuwało te figury. On chciał pokazać, że to nie jest tak. Wojna polega między innymi na tym, Ktoś traci rękę, ktoś traci noga, ktoś traci życie i powinniśmy sobie zdawać z tego sprawę. Mamy piękną uroczystość, ale pamiętajmy o tych ludziach, którzy poświęcili swoje zdrowie i życie, żeby w ogóle ta uroczystość była możliwa. To jest bardzo pięknie u niego opisane, on napisał takie, to się nazywa, z moich wspomnień, wspomnienia z młodości, ale też właśnie między innymi z tej koronacji. I tam jest na przykład taki wspaniały też opis, kiedy panie, węgierki, damy czekają na króla i to trwa wiele godzin, jak on to opisuje, że już te fryzury nie takie, już makijaż się trochę zepsuł, one już takie zmęczone i to wszystko już, niby są te brylanty, niby są te paradne stroje, ale to wszystko już jest takie niepasujące, takie już troszeczkę nieładne. I właśnie cieszę się, że i o tym mogę powiedzieć, bo Banffy wykorzystywał każdy moment, każdą sposobność, żeby wyreżyserować scenę, o której wiedział, jak ona ma trafić do odbiorcy i jakie uczucia chce wywołać w odbiorcy. To w policzonych, czy w ogóle w całej trylogii też będzie bardzo widoczne dla uważnych czytelników, że właśnie tutaj ta sprawność reżyserska, twórcza Banfiego jest na najwyższym poziomie. Może podam jeszcze taki jeden przykład. W latach 30. on już wtedy mieszkał w Rumunii, w Siedmiogrodzie, który należał do Rumunii, przyjechał do Segedu, żeby wyreżyserować taką sztukę, dramat Imre Modacza, Tragedia człowieka. To jest oczywiście nie ten moment, ale tak jakby ktoś u nas w Polsce dziady miał reżyserować. I tam też wykazał się takimi bardzo awangardowymi sposobami realizacji tego przedstawienia. Na przykład zatrudnił 500 statystów, podzielił scenę na pięć płaszczyzn, na katedrze w Segedzie wyświetlał pewne przeźrocza i to stanowiło dekoracje. To wszystko było naprawdę bardzo modern, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli. Taki właśnie był Banffy, że potrafił wyreżyserować sztukę w teatrze, na scenie teatralnej, ale też nie bał się bardzo dużych przestrzeni, a nawet ogromnych przestrzeni.
[39:55.70 → 40:15.28] B: Gdyby nie śmierć w 1950 roku, ale do tego ostatniego okresu jego życia dojdziemy nieco później, różni się on znacznie od tego, o czym w tej chwili opowiada pani Irena Makarewicz. Gdyby nie śmierć w 1950 roku, sporo twórczych lat u niego.
[40:16.06 → 45:33.41] A: On miał wtedy już, policzmy, 27 i 57, 77 lat, ale był człowiekiem bardzo zniszczonym fizycznie, bardzo chorym. Proszę sobie wyobrazić, że człowiek, do którego należał, jak to niektórzy mówią, pół Siedmiogrodu, który miał Siedmiogrodzki Wersal jako swoją siedzibę, pałac w Kolożwarze, pałac w Budapeszcie. On został wyzuty ze wszystkiego po wojnie. Mógł zamieszkać przez pewien czas właśnie w tym pałacu w Kolorzwarze, w jakichś dwóch nieogrzewanych pokoikach, bo jego pałac został zniszczony przez Niemców pod koniec II wojny światowej. To była kara dla Banfiego za to, że on prowadził potajemne pertraktacje, żeby Węgrzy przeszli na stronę aliantów. Jak wiadomo Węgry należały do sojuszu państw OSI. I ponieważ Rumunia zaczęła przemyśliwać, że przejdzie na drugą stronę, Banfiemu chodziło o to, żeby zrobiono to wspólnie, żeby Rumunia i Węgry wyszły z sojuszu z Niemcami. I kiedy Niemcy się o tym dowiedzieli, to w momencie wycofywania się już z tamtych terenów, po prostu zniszczono jego siedzibę rodową. Proszę sobie wyobrazić, że Niemcy wywieźli chyba 40 ciężarówek różnych dzieł artystycznych, to znaczy rzeźb, obrazów, mebli, nawet ubrania, osobiste rzeczy Banfiego i jego rodziny zostały wywiezione. Natomiast to, czego nie wywieźli, to wszystko zostało podpalone. Ten pożar bardzo szybko się rozprzestrzenił, dlatego że na jednym poziomie w pałacu był taki szpital polowy, gdzie po prostu były słomiane silniki. I w momencie, kiedy to wszystko podpalono, to wiadomo było, że całość spłonie. I tak właśnie poszła z dymem cała ta biblioteka, 26 tysięcy woluminów. A to, czego jeszcze tam nie udało się Niemcom zniszczyć, bo część jeszcze przez okno wyrzucali, wrzucali do rzeki, to później jak Niemcy się już wycofali, to przyszli okoliczni mieszkańcy i dokończyli dzieła. Część zrabowano, część już kompletnie zniszczono. zachowały się naprawdę bardzo niewielkie części tego skarbu, który był przez tyle wieków w Bonsidzie. Bo trzeba wiedzieć, że ten pałac zbudował nie Banff i Miklosz, ten ostatni z rodu męski potomek, tylko on był budowany przez wiele pokoleń i każde pokolenie coś tam dobudowywało, dokładało, kupowało jakieś zabytkowe rzeczy. uświetniało ten pałac, no ale ponieważ Banffy się, jak to Niemcy ocenili, nie zachował w czasie wojny, no to trzeba go było ukarać. Ale wracając do samego Banffy'ego, on został w Koloszwarze właściwie sam, bo córka i żona były w Budapeszcie. I Banffy najpierw próbował utrzymywać się z pisania, ale bardzo szybko doniesiono władzom rumuńskim, że jak to, no ten minister spraw zagranicznych u Horthiego, on nie był u Horthiego bezpośrednio, tylko był w rządzie i sztwana Betlena, no ale to taki skrót myślowy, wiemy jak to się komuś robi czarny PR, to się też upraszcza pewne rzeczy. Więc no jak to, taki ktoś związany z reżimem węgierskim będzie dopuszczony do czasopisma? No więc zabrano to Banffiemu. Zabrano mu możliwość wystawiania sztuk. On napisał w tamtym okresie sztukę Głupiutki Li, zagrana kilka razy i zeszła ze sceny i kompletne zapomnienie. No a później się okazało, że wywłaszczono go ze wszystkiego. I Banfi od 1947 roku prosił władze rumuńskie o wydanie paszportu, bo chciał dołączyć do córki i żony, które były w Budapeszcie. I dopiero po dwóch latach, kiedy napisał osobiście do premiera Rumunii m.in. takie zdanie, że ponieważ odebrano mi cały majątek, odebrano mi możliwość zarobkowania piórem, mam przed sobą alternatywę. Albo umrę z głodu, albo popełnię samobójstwo, jeśli nie dostanę paszportu wyjazdowego. No i wreszcie po tych ponad dwóch latach ten paszport mu dany, oczywiście paszport w jedną stronę, w 1949 roku w październiku wyjechał do Budapesztu, ale mówię, no już był tak schorowany, tak zniszczony, że pomimo opieki żony i lekarzy, pobytu w klinice, no po prostu nie dało się go uratować. Także niestety później nie mielibyśmy już, nawet gdyby przeżył, to już po prostu jego fizyczność nie pozwalałaby mu chyba na pracę twórczą.
[45:34.95 → 46:37.06] B: Wspomniała Pani o żonie. Dojdziemy jeszcze do niej oczywiście. Zwłaszcza, że kobiety odgrywały w jego życiu ważną rolę. Kobiety zresztą też w trylogii siedmiogrodzkiej. Kobiet tutaj nie brakuje i on je znakomicie opisuje. To są często bardzo pełnokrwiste postaci. około 100 portretów, jeśli nie więcej, w trylogii siedmiogrodzkiej, a wielu bohaterów i wiele bohaterek poznajemy już na samym wstępie. Proszę Państwa, nie wiem czy lektura jest już za Państwem i czy już zdążyli Państwo dorożką przejechać przez 35 stron, bo 35 pierwszych stron to jest podróż głównego bohatera Nabal i wtedy właśnie poznajemy bardzo wiele postaci, które będą pojawiały się, znikały i wracały. Witold Dąbrowski jest z nami. Witku, poprosimy Cię o fragment tej podróży.
[46:42.97 → 51:47.17] C: Wygodnie rozparty w starym landzie, używanym w charakterze fiakra, Balint nie myślał teraz o niczym innym, jak tylko o tym, że znów jest w domu, że pozostanie tu na stałe i niepewnie zaczął snuć plany, jak mógłby wykorzystać w kraju wiedzę zdobytą za granicą. W Niemczech spotkał się bowiem z rozmaitymi formami spółdzielczości oraz z instytucją Homestead, prawem chroniącym gospodarstwa chłopskie przed podziałem i zajęciem za długi. Wspominał już o tym swoim wyborcom. Nad takimi to kwestiami zastanawiał się w tej chwili, chociaż bez przesadnej determinacji, bo krajobraz był nazbyt urzekający, a słoneczna pogoda tak piękna i jeszcze to sklepienie nieba, ono było aż nadto błękitne. Rozmyślania te przerwał mu ciężkawy, zamknięty pojazd, który powoli go dogonił. Był to duży wóz podróżny dawnego typu ze stale i rytmicznie pobrzękującymi, przeszklonymi oknami. Zaprzężony w dwa grubokościste gniadosze, mocno brzuchate konie, być może oba źrebne albo takie, co to niczego innego nie dostają prócz słomy. Na koźle tej staroświeckiej karety siedział stary Stangret. miał na sobie silnie wypłowiały, ale szamerowany, sięgający stóp wiśniowy płaszcz. Modny w latach sześćdziesiątych węgierski strój Stan Greta, na głowie podniszczony okrągły kapelusz, a w nim marne już resztki kilku strusich piór. Stary siedział zgięty i bez przerwy kiwał głową, jakby nieustająco potakiwał koniom. Niemniej jednak kareta wyprzedziła fiakier. Za szczelnie zamkniętymi oknami widać było z przodu młodą dziewczynę, służącą z wielkim koszem na kolanach, z tyłu zaś na poduszkach przycupnęła maleńka starowinka. Balint natychmiast ją poznał, ukłonił się, Ale staruszka nie spoglądała w jego stronę, tylko mrużąc oczy, marszcząc powieki, patrzyła ponad głową służącej wprost przed siebie, gdzieś w dal. Usta zaś miała ułożone w dzióbek, jakby bez przerwy gwizdała. Była to stara Szarmaszagiowa, Tanti Lizinka, jak ją każdy nazywał, bo też ona przez liczne rodzeństwo, niemal dla wszystkich, dla pełnych dwóch pokoleń rzeczywiście była ciotką. Na jej widok powróciły wspomnienia. W Koloszwarze to właśnie do niej jako pierwszej zaprowadziła go matka, gdy był małym chłopcem. Teraz także, wracając do tego myślami, czuł tamten duszny zapach, który go uderzył, kiedy weszli do jej pokoju. Ciocia Lizinka siedziała w wielkim uszatym fotelu, tyłem do wiecznie zamkniętego okna, od którego oddzielały ją jeszcze dwa przeszklone parawany. Choć zawsze była zdrowa jak ryc, okropnie bała się przeziębienia. Chroniły ją warstwę szali, pledów i chust, na głowie miała czepek z czarnej koronki, pod którym na wysokości czoła doczepiona była dziergana poduszeczka, a i pod brodą tłoczył się gruby pęk wstążek. Przez to wszystko ledwie co było widać z jej wąskiej twarzy. Jedynie czarne, malutkie oczy miotające błyski, ostro zakończony orlinoz i cienkie, bezbarwne usta, ku którym spływały gwiaździście, by połączyć się po środku liczne zmarszczki. Chłopczyk trochę się przestraszył tej zgrzybiałej, przypominającej czarownicę staruszki. Wyglądała bowiem tak, jakby pod mnóstwem chust w ogóle nie miała ciała, tylko tę wąską twarz, ten zakrzywiony nos. W taki sposób malec wyobrażał sobie Dorkę Toti z bajki dla dzieci. Jednakże matka pchnęła go naprzód mówiąc, pocałuj ładnie w rękę ciocię Liwinkę. Więc z niejakim wstrętem pocałował tę maleńką, pachnącą, kamforą, wyschłą dłoń. Ale potem nastąpiło coś jeszcze gorszego. Ta mała dłoń o zakrzywionych palcach pochwyciła go nagle i z siłą, o którą nikt by jej nie podejrzewał, przyciągnęła tam pomiędzy te chusty i ciocia Lizinka wycisnęła mu na czole dużego, mokrego całusa. A kiedy go już puściła, długo czuł po środku czoła, jak powolnie schnie mu ten zimny całus. Jednakowoż, jako dobrze wychowany chłopczyk, nie śmiał go obetrzeć.
[51:48.09 → 51:49.17] A: Bardzo dziękuję.
[51:51.82 → 52:30.22] B: Ciocia Lizinka, która jest jedną z postaci pojawiających się podczas tej podróży na 35 pierwszych stronach, powróci oczywiście jeszcze później, ale proszę zobaczyć, ile tu już rzeczy, o ilu sprawach dowiadujemy się, jeśli chodzi o tamte czasy. Książka rozpoczyna się w 1904 roku, czyli 120 lat temu. To jest opis i przyrody, i stroju, i obyczajów, i wyglądu, i charakterów. tamtego momentu, prawda?
[52:30.84 → 01:00:37.82] A: Tak, to jest książka w tym sensie totalna, że ona obejmuje całe życie. To znaczy wszystko to, z czym się człowiek z tej warstwy społecznej, czyli z arystokracji, stykał, to jak żył, z kim rozmawiał, gdzie bywał, czym się zajmował, to wszystko jest opisane i w dodatku nie w taki bardzo powierzchowny sposób, tylko bardzo głęboko i bardzo szeroko. Oczywiście to Dla czytelnika to jest piękna sprawa, bo się czyta łatwo i o wielu rzeczach można się dowiedzieć, natomiast to wszystko trzeba wyszperać, ponieważ jest to świat, którego już nie ma. Zaczyna się akcja w 1904 roku, ale poprzez retrospekcję sięgamy jedno pokolenie, a nawet dwa pokolenia wstecz. I tam też wszystko jest bardzo dokładnie opisane. I podam taki przykład. W czasach monarchii mówiło się na Węgrzech nie dzień dobry, tylko całuje rączki. Ale do pewnego momentu to nie było tylko werbalne całuję rączki, tylko się też całowało. I teraz jeśli w powieści gdzieś w pewnym momencie jest, że ktoś tam wchodzi i całuje rączki, to tłumacz musi, czy tłumaczka musi wyśledzić, czy chodzi o to, że się po prostu przywitał, powiedział dzień dobry, całuję rączki, czy też chodzi o to, że złożył ten pocałunek na tych rączkach. Także ta pieczołowitość, ta dokładność to jest coś takiego, co jest absolutnie na mistrzowskim poziomie, ale też trzeba się bardzo postarać, żeby i po polsku to nie było na gorszym poziomie. Oczywiście opisywane są najważniejsze wydarzenia w życiu tych ludzi. a ponieważ mamy do czynienia z arystokracją, no to tymi najważniejszymi wydarzeniami to są jakieś imieniny, bale, polowania, grafkarty, wyścigi konne, ale to też jest polityka, która jest organiczną częścią tej książki, która łatwiej pozwala zrozumieć, dlaczego pewni bohaterowie zachowują się tak, a nie inaczej. Ten początek, gdzie mamy powozy zjeżdżające na bal i mamy po kolei różne osoby, które kierują tymi pojazdami, to jest moim zdaniem też taki artystycznie niesamowity zabieg, żeby pokazać każdą osobę wykonującą właściwie prawie to samo działanie, czy taką samą czynność, czyli powoże jakimś pojazdem udaje się na bal. Ale tak, jaki to jest powóz? jak ja jestem ubrany albo jak moja służba jest ubrana, jak szybko jadę, jak się zachowuję po drodze. To wszystko od razu sprawia, że chociaż te nazwiska są potwornie trudne rzeczywiście dla kogoś, kto nie zna języka węgierskiego, to na początku może być jakaś taka trudność, żeby te osoby zapamiętać. Ale po chwili, ponieważ uczymy się od razu na tych pierwszych trzydziestu kilku stronach, jaki jest temperament poszczególnych osób, jak te osoby działają, to jest nam łatwiej te osoby poznać. Nie dlatego, że zapamiętaliśmy, że jeden to jest wuj Ambrusza, a drugi to jest Shandor Kendi, a trzeci to jest Daniel Kendi. Nie, bo to nie sposób zapamiętać. Natomiast jak już przyczepi się nam, że Daniel Kendi to jest ten, co się zawsze upija, później już nie mamy żadnego problemu. Czy jak zapamiętamy sobie, że ciocia Lizinka to jest ta malutka staruszka okutana w różne takie ciepłe rzeczy i to jest ta największa plotkara, no to już też ją rozpoznajemy, już nie musimy dokładnie pamiętać, że ona się nazywa Szarma Szagiowa, bo to może być trudno wypowiedzieć, ale kojarzymy ją jako osobę właśnie, bo ci bohaterowie, To nie są takie papierowe postaci, które mają przed nazwiskiem czy imieniem podane trzy przydawki i pisarz zakończył portret. Nie, tutaj każda osoba jest tak indywidualnie podana, że tak jak pani Grażyna powiedziała, mamy tych osób, tych bohaterów ze stu i właściwie każdy jest indywidualnością i to dotyczy Nie tylko mężczyzn, kobiety też są bardzo pięknie opisane i to są bardzo różne kobiety. Są arystokratki najwyższej rangi, są trochę gorsze arystokratki, są służące, są jakieś osoby, które zajmują się sprawami pomocniczymi. A jeśli chodzi o mężczyzn, to też mamy właśnie tych arystokratów, ale ile tam jest niuansów. Jak na przykład jest opis stroju panów, którzy udają się na polowanie. I od razu jest cały wykład o tym, że były dwie szkoły strojów myśliwskich, taka i taka. I że jak na przykład u Antola Saint-Giordiego krawat to była taka kropka w takim a nie innym kolorze, która się ledwie była widoczna tutaj z otworu w ubraniu, to to nie było przypadkowe. Każda jedna rzecz jest tak opisana. Jeszcze przed nami inne tomy. Będzie w trzecim tomie bardzo dużo na temat hodowli koni, ponieważ matka głównego bohatera miała stajnię, bardzo była dumna ze swoich koni i właściwie też jest gdzieś tam na początku jako jej cecha charakterystyczna podane to, Kiedy Balin, główny bohater, chciał pojechać na ten bal, to ona mu zaproponowała, że może wziąć jej zaprzęg, jej konie, ale on z góry wiedział, że ona to robi. Właściwie to jest taki konwenans. Ona mu proponuje, ale bardzo liczy na to, że on powie nie, nie ma musiu. Nie ma co tych koni marnować na takie wyjazdy. Ja sobie pociągiem pojadę, niech one się nie męczą. Więc tutaj wszystko, każda część życia jest oddana w taki sposób, że to widzimy. mówiłam też malarza, rzeźbiarza, jest to, że jego opisy nie są dwuwymiarowe, to są opisy sięgające też na głębokość trójwymiarowe, a w dodatku jest ta dynamika, tak jak w tej pierwszej scenie, kiedy bohaterów prezentuje się w trakcie tych wyścigów, tej drogi na bal, więc właściwie już mamy cztery wymiary. I dzięki temu każdy człowiek, który pojawia się w książce, jest później łatwy do zapamiętania. Tak jak powiedziałam, o nazwiska proszę się nie martwić, to przyjdzie z czasem. Jeszcze przed nami dwa tomy, więc na pewno się Państwo tych nazwisk nauczą doskonale. W pierwszym tomie Warto sobie zapamiętać dwóch bohaterów, to jest Balint Obadi, czyli jeden z tych młodzieńców i drugi jego kuzyn, Laslo Djerfi. I to są właściwie dwaj mężczyźni, którzy są głównymi bohaterami, ale obok nich jest mnóstwo innych panów, których też zapamiętamy. Natomiast jeśli chodzi o kobiety, to w pierwszym tomie mamy przede wszystkim Adrien, czyli tę ukochaną Balinta, I mamy drugą arystokratkę, Clarę, którą kocha Las Lodzieryfi. Adrian i Klara zupełnie inne światy. To jest właśnie bardzo ciekawe, że mamy galerie postaci, które się nie powtarzają. One są typowe w tym sensie, że rzeczywiście tego rodzaju ludzie żyli w tamtych czasach, tak się zachowywali, takie mieli poglądy, tak wyglądali, tak się ubierali, takie mieli poglądy polityczne, taką urodę albo taki brak urody.
[01:00:39.23 → 01:00:49.99] B: Między Balinta i Laszlo, Miklosz, autor tej trylogii siedmiogrodzkiej, mam wrażenie podzielił swoje cechy.
[01:00:50.19 → 01:01:46.23] A: Tak, ja już wspomniałam o tych kartach. To jest taka rzecz, której się dowiedziałam stosunkowo niedawno i do tamtej pory zawsze prezentowałam taki pogląd, No tak, Balint Obadli to jest właściwie takie alter ego Banfiego, aczkolwiek nie do końca jeden do jednego. Niemniej większość cech Miklosza Banfiego jest w Balincie. Natomiast od momentu, kiedy się dowiedziałam o jego młodości, tak bardziej szczegółowo, jakie on tam różne żarty i żarciki wyczyniał, to oczywiście narzuciło się, że Las Lodzierfy to jest też wzięty z autora tej powieści, przy czym jest to taka projekcja, takie pokazanie, jakby się moje życie potoczyło, gdybym poszedł tą drogą, a było blisko, bo były i właśnie te weksle i pojedynki, także mogło się skończyć i w ten sposób.
[01:01:46.35 → 01:02:00.39] B: Bardzo jestem ciekawa, czy państwo polubią Laszlo. który rzeczywiście czasem stąpa po krawędzi. Bardzo jestem ciekawa, co będzie się z nim działo w drugim tomie, ale proszę oczywiście mi tego nie opowiadać.
[01:02:00.41 → 01:02:46.98] A: Nie, nie będę mówić, tylko powiem, że z dotychczasowych opinii różnych czytelników, to znaczy nie tylko polskich czytelników, wiem, że dokładnie tak jak w książce, bo to już widzimy w pierwszym tomie, po prostu nie ma kobiety, która nie uległaby urokowi Laslo. Balint tak, jest bardzo porządny i tak dalej, no ale przygoda miłosna z porządnym, to taka trochę nudna rzecz. Natomiast tutaj Laslo ma do dyspozycji bardzo różne kobiety, przeczytają państwo w pierwszym tomie. Właściwie nie musi się zupełnie starać, ale zawsze jakaś kobieta go wyciągnie z opresji. Dlaczego? Dlatego, że się w nim zakochała i to na zabój, mówiąc kolokwialnie.
[01:02:47.26 → 01:02:59.68] B: Ale to Balint próbuje uratować świat, to Balint próbuje ułatwić życie, to Balint wzorem Banfiego prawdopodobnie działa społecznie.
[01:02:59.78 → 01:04:23.42] A: Tak, on działa społecznie, zakłada spółdzielnie, to oczywiście na początku zderza się ze ścianą takiego wątpienia, że właściwie co ten arystokrata chce nam tutaj, jakieś kółko rolnicze, jakaś biblioteka, jakieś edukowanie, nie, to w ogóle jakaś spółdzielnia kredytowa, nie, jakiś ogród wzorcowy chce założyć. Aha, on chce swoje warzywa sprzedawać, żebyśmy my nie mogli sprzedawać, więc oczywiście napotyka wiele różnych trudności, ale się nie poddaje i w końcu te spółdzielnie zaczynają jakoś tam funkcjonować. To jest zresztą rzecz jeden do jednego wzięta z jego życia, ponieważ on rzeczywiście też się zajmował działalnością spółdzielczą, napisał nawet takie pismo polityczne dotyczące spółdzielczości i bardzo chciał to przeszczepić na grunt węgierski, ponieważ w tamtych czasach przede wszystkim chłopi nie mieli żadnego kredytu. Już zaczynało wchodzić to, że moglibyśmy sprzedawać więcej płodów rolnych, ale najpierw musimy mieć pieniądze, żeby zaorać, zasiać, zebrać i dopiero jak sprzedamy będą pieniądze. Także Banffy był w życiu prywatnym zwolennikiem współdzielczości i to bardzo pięknie też tutaj na kartach książki opisał.
[01:04:23.64 → 01:04:55.67] B: Te wszystkie polityczne sytuacje, których nie brakuje w książce, bo oczywiście jest to opowieść o miłości, o miłościach właściwie, ale jest to też opowieść o polityce, opowieść o kulisach polityki, bo jest to też ostrzeżenie. Ale Banffy wiedział, co pisze, bo pisze to przecież z zewnątrz, więc moje pytanie jest takie, czy oprócz tych dwóch bohaterów, którzy mają cechy autora, Tu są jeszcze postaci wzięte z rzeczywistości.
[01:04:55.79 → 01:11:17.33] A: Tak, tutaj jest bardzo dużo takich postaci, które rzeczywiście są postaciami historycznymi. Jest na przykład premier István Tiso i całe jego zmagania w parlamencie wtedy, kiedy on traci władzę, jego partia traci władzę, opozycja wygrywa i dochodzi do takiej sytuacji, kiedy po w wielomiesięcznych nawet dwuletnich zmaganiach rząd TIS-y upada, opozycja przejmuje władzę, robią koalicję i trzeba by zacząć spełniać różne obietnice wyborcze, z którymi wiemy jak jest, że łatwo się mówi w trakcie kampanii wyborczej, ale z realizowaniem później to jest różnie z bardzo wielu względów rzecz jasna, więc na pewno postać TIS-y jest odwzorowaniem rzeczywistego polityka, aczkolwiek oczywiście jest to bardziej pozytywnie przedstawione niż było naprawdę, ale jest tam mowa o na przykład rządzie drabantów, to przeczytają państwo o co dokładnie chodzi, Géza Fejrváry to też był premier węgierski, on się tutaj też pojawia na kartach książki i wielu, wielu różnych polityków. Ja czasami też daję przypisy tam, gdzie to jest istotne, żeby wiedzieć o kim mowa, także ułatwia mi i wtedy czytelnik też wie, że to nie jest postać wymyślona przez Banfiego, Ja zawsze mówię tak, że ta książka to jest też taki podręcznik. W tym sensie, że nam Polakom może nawet jest łatwiej, że nie wiemy o kim mowa, bo wtedy nie kojarzymy tego nazwiska z niczym. Nie mamy jakiegoś takiego stereotypu w sobie, a ten to coś tam. Po prostu nic nie wiemy o tym polityku. I bardzo dobrze. Dlaczego? Dlatego, że wtedy możemy się skupić na samej dyskusji, na samej opozycji poglądów, na kłótniach, na procesach, które prowadzą do jakiejś tam zmiany w rządzie czy w parlamencie. Wydaje mi się, że Trylogia Siedmiogrodzka to jest, tak określiłabym to po swojemu, że to jest też taki podręcznik, jak upadają imperia. Pokazane jest to przez Banfiego wiarygodnie, dlatego że on był po prostu w środku tej polityki. On był posłem do parlamentu, on był tym nadrzupanem komitatu, czyli wojewodą, on zarządzał miastem Kolożwar, był ministrem spraw zagranicznych Jest w tej książce kilka takich momentów, bo to jest oczywiście napisane tak jak klasyczna powieść, czyli jest wszystko wiedzący narrator, ale też w kilku miejscach wychodzi nam pogląd Banffiego, autora. I ja starałam się to właśnie tak oddać, jakoś nie zmieniać tego, żeby to nie... żeby zachować właśnie te momenty, kiedy Banffy sam się prezentuje w książce. I też zawsze mówię, że to nie jest taki autor, który napisał książkę i no to już książka idzie w świat, ja już nie mam z nią nic wspólnego. Nie, to jest też jego opinia, jego zdanie na temat Węgier, na temat polityki, Możemy to czytać szerzej. To po prostu jest książka o pewnym państwie, o pewnej elicie, o elitach, które się nie zachowały, które zagubiły ten czynnik chyba najważniejszy moim zdaniem odpowiedzialności. Jesteśmy elitą, czyli jesteśmy za coś odpowiedzialni i o tym też mówi ta książka. Oczywiście muszę powiedzieć, że ja jestem trochę zdezorientowana, bo część czytelników w Polsce teraz z tych pierwszych opinii to mówi, w ogóle nie ma tutaj polityki. A inni mówią, o Boże, ile tutaj tej polityki. Więc trudno mi jest się odnieść do tego i powiedzieć, że jej jest za dużo albo za mało. Ja uważam, że jest po prostu w sam raz, że ona jest podana przez osobę, która była wewnątrz, więc ma ta osoba taką zdolność, żeby kondensować, żeby podawać w sposób bardzo jasny, żeby nie bawić się w jakieś tam niepotrzebne szczegóły, które zmącą obraz i ktoś, kto nie zna się na danej sytuacji w ogóle się pogubi w tych szczegółach i nie będzie wiedział o co chodzi. To jest wszystko tak pięknie podane, że my nawet nie zauważamy ile się uczymy z tej książki. I rzeczywiście to jest wszystko realne w tym sensie, że jak na przykład mówimy w drugim tomie o aneksji Bośni, to rzeczywiście aneksja Bośni była. Jak mówimy o rewolucji w Rosji, no to rewolucja w Rosji w 1905 roku była i tak dalej i tak dalej. To są rzeczywiste wydarzenia historyczne. To, że tam część tych postaci jest przedstawiona w lepszym albo w gorszym świetle, jakby przebija przez to autor, który miał jakieś swoje własne poglądy polityczne. Natomiast na pewno to jest taka książka, która może być czytana na bardzo różne sposoby. Można czytać to po prostu jako opowieść o miłości, można czytać to jako książkę historyczną, można czytać to jako książkę, która będzie najwięcej mówiła o zwyczajach, o kuchni siedmiogrodzkiej, węgierskiej, Można to czytać jako podręcznik etykiety, bo tam też są takie momenty, kiedy ktoś się zachowuje nie tak, jak się powinien zachować, albo np. czy mężczyzna w tym wieku nadany bal może założyć taki strój, czy musi inny strój założyć. albo czy na przykład w karnawale w Wielkim Tygodniu w Kolorzwarze jest bal, czy nie ma balu i czym się one różnią, jeśli jeden jest we wtorek, a drugi jest w środę. Czyli taki właściwie podręcznik, tak jakbyśmy stary podręcznik znaleźli, gdzie nam się wytłumaczy, jak ci ludzie się wtedy zachowali. Także w zależności od tego, ja myślę, Kim jest osoba czytająca? Każdy znajdzie coś tam dla siebie.
[01:11:17.55 → 01:11:23.57] B: To może usiądźmy do stołu. Witku, poprosiłabym cię o ten fragment z usadzaniem gości.
[01:11:26.53 → 01:11:29.53] A: W
[01:11:32.69 → 01:16:59.74] C: wielkiej sali na piętrze, która ciągnęła się w głąb przez cały budynek, dzieląc go w połowie, nakryto ogromny stół. Zasiadło przy nim około 40 osób. Pani domu zajęła miejsce od strony balkonu z miedzianym dachem, a pan domu tam daleko przy drzwiach balkonowych wychodzących na zewnętrzny dziedziniec. Starsi goście zostali ulokowani wedle wieku i rangi. Uczyniono jeden tylko wyjątek. Po prawicy żony Iony Lacoka, a więc na najpierwszym miejscu, siedział Nadrzupan, mimo że stary Krzywus był tajnym radcą i był też od niego dużo starszy. Tego natomiast posadzono z lewej strony gospodyni. Ale akurat tak było dobrze, gdyż Nadrzupan Peter Kisz nie był jednym z nich. Ta jego obcość podkreślono, honorując go właśnie w taki sposób. Nadrzupan oczywiście wcale nie podejrzewał takiej przyczyny swego wyróżnienia i był bardzo za nie wdzięczny. Zwłaszcza, że jego jednego spośród tych, którzy politykowali po południu, poproszono o pozostanie na obiedzie wydawanym w dniu imienin Idy. Nieskończenie łechtało to jego próżność. Już nawet założył w duchu, że wygłosi tu piękny toast, Niech ci magnaci zobaczą, co on potrafi". Tak więc głowił się teraz, z jaką to błyskotliwą uwagą połączyć imię gospodyni Ida i jaką zrobić z tego grę słów. Dlatego był pogrążony w milczeniu, patrzył gdzieś przed siebie. Obok niego po prawej stronie siedziała siostra pana domu, stara panna, kropka w kropkę jak jej brat, tyle że ona w wersji odchudzonej, a on w wersji otyłej. Dalej zaś miejsca zajęli Joszka Kendi, który na czas obiadu schował do kieszeni glinianą faję, a za nim Idusz Lacok i Abadi. U boku Krzywusa śliczna filigranowa Dinora, następnie wuj Ambrusz i Adrian. To sama Lacokowa pomyślała, że tak będzie dobrze, ucieszą się młode mężatki, bo ona uważała wuja Ambrusza za najbardziej zachwycającego mężczyznę. Dalej za nimi po obu stronach stołu zasiadała młodzież, dziewczęta i młodzi panowie na zmianę. Bez specjalnego porządku, tylko tak jak chcieli. Jednakowoż na samym środku, w największej odległości od dwóch głównych miejsc, zarezerwowano przy stole trzy nakrycia dla dwóch braci Lacoków, jeszcze wyrostków, a pomiędzy nimi dla ich nauczyciela domowego. Potem znów siedzieli starsi goście, aż w końcu obok pana domu z jednej strony ciocia Lizinka, z drugiej tęgawa wdowa Gyalakutiowa, bogata Adelna. Ten koniec stołu sprawiał z daleka wrażenie, jakby się przechylił w bok. Ponieważ przy cupniętej, maleńkiej cioci Lizince widać było ponad talerzem jedynie głowę, podczas gdy znajdująca się naprzeciwko wdowa, na stojąco wprawdzie tylko średniego wzrostu, na siedząco o głowę przewyższała sąsiadów, jeny Lacoka i Tichamera Aboniego. Dojrzało to baczne na wszystko oko pani domu. Pomyślała ona, że doszło do pomyłki. Rzuciła więc przez cały stół. – Jene, zamień się krzesłami za delmą. Nie wiem, dlaczego dano jej jakieś wyższe niż innym. Wdowa się jednak wymawiała. – Mnie się całkiem dobrze na nim siedzi. Ale staranna gospodyni nie odpuszczała. – To nie może tak zostać. Wymieńcie się szybko. Tiham Abboni, drugi sąsiad wdowy, zerwał się wielce usłużnie i zaoferował swoje krzesło, jako że pan domu spojrzał tylko w bok i wcale się nie ruszył. Adelma wstała od niechcenia i zamieniła się krzesłem. Aczkolwiek, kiedy znowu usiadła, była tak samo wysoka jak wcześniej. Zapanowała niezręczna cisza. Tu i tam rozległo się wymuszone pokasływanie. I wtedy ciocia Lizinka odezwała się tym swoim złośliwym, ostrym głosem. Adelmo, moja duszko, ty to jak nic możesz powiedzieć, że gdzie byś się nie znalazła, to i tak zawsze będziesz siedziała jak królowa na tronie. Tego już nikt nie wytrzymał. Huknął straszny śmiech. Przewalił się po całym gronie gości. Córka Adelmy, Dodo, która przypominała matkę za młodu, ona też, acz po niejakim wahaniu, dołączyła do śmiejących się. Podobnie jej sąsiad, baron Wikwic, ba, nawet sama Gjalakutiowa, która była kobietą cechującą się dobrym humorem, a pozbawioną próżności. Ale najgłośniej śmiały się dwa niewychowane szczeniaki lacoków. I to zaśmiewały się tak okropnie, że jeden z nich padł głową na swój talerz, drugi zaś, złamany w pół, zniknął pod stołem. Tylko jeden człowiek zachowywał powagę. Ich nauczyciel.
[01:17:00.52 → 01:17:20.19] B: Dziękuję. Prawda, jak płynie lektura tego tekstu, ale przypominam państwu, że Miklosz Banfi nie pisał po polsku. To wszystko zasługa tłumaczki Ireny Makarewicz. Potykała się pani często o góry, o kratowiska.
[01:17:21.61 → 01:21:34.34] A: To jest bardzo trudny tekst do tłumaczenia z różnych względów. Miklosz Banfi jest znakomitym stylistą, ale też ma skłonność czasami do bardzo długich zdań. do opisów czynionych okiem malarza. Ja malarką nie jestem, więc to jest dla mnie dodatkowa trudność. Poza tym dochodzą wyrażenia siedmiogrodzkie, to jest Węgierszczyzna troszeczkę inna. Nie mówiąc o tym, że jest to jednak 100 lat albo i więcej wstecz, więc nawet w samym węgierskim to nie jest dokładnie to, co mamy teraz. Plus do tego dochodzi cała ta obudowa, te szczegóły życia. Jest wiele tematów, które Tłumacz, tłumaczka musi zgłębić tutaj w tym przypadku. To dotyczyło na przykład komponowania muzyki, malowania, strojów, powozów, w ogóle pojazdów. Ja jestem bardzo wdzięczna, że istnieją strony internetowe różnych muzeów pojazdów, gdzie ja sobie mogłam wyszukać różne rzeczy i muszę powiedzieć, że miałam taki wywiad, kiedy już po wywiadzie pan, który ze mną rozmawiał, powiedział, że on na przykład sprawdził jeden pojazd, bo jemu się wydawało, że to jest niemożliwe, że tam panowie o krakiem siedzieli. No a sprawdził i rzeczywiście tak jest. więc wszystko trzeba dopilnować, prawie jak gospodyni na tych imieninach, na tym uroczystym obiedzie trzeba dopilnować się różnych rzeczy, ale to oczywiście sprawia niesamowitą frajdę, jak po kilku godzinach, a czasami dniach, a czasami tygodniach wpadnie się a jednak jest po polsku odpowiednik i można to powiedzieć we właściwy sposób. Ale są też takie tematy, które nie są mi bliskie, a nawet powiedziałabym trochę obce, np. sprawa polowania, zabijania zwierząt. Jest wówczas też tutaj opisane takie wielkie polowanie, kiedy się zabija jednocześnie kilka tysięcy zająców. i później rozkłada się ten pokot, a jeszcze jak się, to akurat będzie w kolejnym tomie, jak się opisuje właściciela tego majątku, do którego się zaprasza na polowanie i właśnie jest taki opis, że on miał różne jakieś tam ptaki, kuropatwy i tak dalej, różne gatunki, dlatego że chodziło mu o ubarwienie pokotu. Żeby nie na przykład kuropatwy, nie wszystkie jednakowe, tylko żeby tam jeszcze były jakieś inne kolory i kształty itd. Więc to są takie fragmenty, z których się każdy tłumaczka spotyka, bo są fragmenty, które po prostu nam nie leżą, bo jesteśmy innymi ludźmi. Banffy to opisuje też dlatego, żeby pokazać, jacy tamci ludzie byli i gdyby to pominął, to tak jakby dokonywał pewnej cenzury, że to mu się podoba, to opisuje, a tamto mu się nie podoba, to nie opisuję. Bardzo dużo rzeczy na temat koni, no to jeszcze też przede mną ta cała hodowla. Tak na marginesie, to powiem Państwu też, żeby uzmysłowić, jakim człowiekiem był Banff. I on czasami z tej swojej stadniny, znamienitej zresztą, sprzedawał konie i w każdym kontrakcie sprzedaży miał taką klauzulę, że jeśli nowy właściciel stwierdzi, że dany konie jest mu już niepotrzebny, że się zestarzał, okulał, zachorował, to Banffy rezerwuje sobie prawo pierwokupu i będzie te konie za odpowiednią opłatą, odbierał tak, żeby one w godnych warunkach mogły dokończyć życie. Wydaje mi się, że to najwięcej mówi o tym, jakim człowiekiem był Miklosz Banfi. Oczywiście to był hrabia, polityk, artysta i tak dalej, ale przede wszystkim to był po prostu człowiek.
[01:21:34.84 → 01:21:46.88] B: A mówiłam, że nie pożałują państwo, że poznają Miklosza Banfiego. Dobrze jest mieć wśród bliskich sobie osób także taką postać, choć i hazardzista.
[01:21:47.69 → 01:24:03.97] A: Tak, to też jest właśnie jeden z elementów pracy tłumaczki. No tu, jeśli chodzi o grę w karty, to był bardzo poważny problem, ponieważ Laszlo Dzierfi popada w uzależnienie i gra w bakarata. i też nie zdradzę tajemnicy, nie udało mi się znaleźć polskiego źródła, w którym byłby nie opis gry, bo opis gry to wiadomo szybko znalazłam, wiem na czym to polega, natomiast chodziło mi o takie o te odzywki, jak się gracze zachowują. Były różne tropy, m.in. ktoś mi podrzucił jedną z książek, na podstawie których został bont zrealizowany. I cóż się okazuje, że tamten tłumacz, znamienity, też chyba miał taki problem, dlatego że tam też nie ma tych odzywek, tam jest po prostu W każdym zawodzie są pewne umiejętności, jak sobie poradzić w trudnej sytuacji. Tutaj też tłumacz się prześlizgnął po pewnych sytuacjach. Co więcej, dowiedziałam się, że ze względu na to, że ta gra w karty przestała być popularna, ludzie nie znają jej zasad i tak dalej, zmieniono ją w pewnym momencie, właśnie w tych adaptacjach filmowych czy w filmach o bądzie, zmieniono ją na pokera. bo na pokerze się każdy zna. Także są takie różne trudności, ale tutaj akurat ta gra w karty bardzo istotna, dlatego że od pewnego momentu zaczyna być w życiu Laszlo Dzieryfiego, czyli tego drugiego, tego jakby gorszego bohatera, w sensie zachowań, postępków i tak dalej, to zaczyna być punkt centralny. To zaczyna być taka rzecz, która mu coś ułatwia, ale ma jednocześnie straszliwe konsekwencje dla niego samego i dla jego przyszłości. Jaka ta przyszłość będzie, to oczywiście nie powiem. Są jeszcze dwa tomy. Też z moich rozmów z polskimi czytelnikami chciałabym powiedzieć, że jak się komuś wydaje, jak to będzie dalej, to od razu pewnie tak nie będzie. Będzie zupełnie inaczej.
[01:24:04.67 → 01:24:11.32] B: Zanim oddam państwu głos, dopytam tylko o kolejny, drugi tom. Wieść niesie, że w tym roku?
[01:24:12.08 → 01:25:21.43] A: Nie wiem jak to ładnie powiedzieć. Otóż nadzieje są wielkie, że drugi tom będzie w tym roku. Natomiast istnieją pewne przeszkody, które są absolutnie niezależne ani ode mnie, ani od wydawcy. Chodzi po prostu o to, że to jest tak olbrzymia książka, której ciężaru nie udźwigniemy my, to znaczy ja i wydawca. I tutaj jest potrzebne spore wsparcie ze strony węgierskiej. Toczą się rozmowy, więc jeśli ktoś z Państwa ma jakieś przełożenie na te decyzje, Kłaniam się nisko i bardzo proszę o pomoc, bo bez tej pomocy po prostu to się nie zrealizuje. Mnie bardzo zależy. Jesteśmy po pierwszym tomie. w środku historii, zaciekawieni, co będzie dalej, jak będzie dalej. Już Państwo wiedzą, że dalej nie będzie tak, jak sobie wyobrażamy, że będzie jeszcze inaczej, bo to jest właśnie to mistrzostwo fabularne Banfiego. No ale to właśnie zależy od czynników wyższych.
[01:25:22.51 → 01:25:34.15] B: Będziemy przynajmniej dobrą myślą wspierać, to pewne. Czy mają Państwo ochotę o coś zapytać? Bardzo proszę, tylko proszę poczekać na mikrofon.
[01:25:34.84 → 01:27:59.03] D: Dobry wieczór. Cieszę się bardzo, że jest pani dzisiaj z nami tutaj w Teatrze Starym. Cieszę się również, że pani redaktor wspomniała o literaturze niemieckojęzycznej i mam nadzieję, że naszym następnym gościem tłumaczem będzie pani Agnieszka Kowaluk, tłumacz literatury niemieckojęzycznej. A wracając do literatury węgierskiej, to tak właściwie do ubiegłego roku, oprócz lektury Molnara, czyli Chłopców z placu broni i książki, którą wydały warsztaty kultury w Lublinie, książki Zoltana Nagiego, Szatański pomiód, w tłumaczeniu Daniela Warmuza. To tak naprawdę nic o literaturze węgierskiej więcej nie wiedziałam, ale w ubiegłym roku byłam też na spotkaniu z panią w ramach tygodnia literatury węgierskiej i właśnie dowiedziałam się o twórczości Szandora Maroyego, dlatego cieszę się, że dzisiaj kolejny autor. Chciałabym zapytać, Jak pani się nauczyła języka węgierskiego? Bo dla mnie, słysząc już nawet same te imiona i nazwiska, to wydaje się, że to jest bardzo trudny język. Jak pani sobie poradziła z gramatyką, ze składnią, również z ortografią? Bo tam chyba te samogłoski mają te znaki diakrytowe, czy one jakąś rolę pełnią też w tych wyrazach? Nawet tutaj w imionach niektórych miałam wrażenie, że tam słyszę jakieś kropki, kreski czy coś nad tymi samogłoskami. Jak pani sobie radzi z tłumaczeniem tytułów z węgierskiego na język polski? Tłumaczenie filmów różnie, to czasami tytułów filmów różnie wychodzi. Chciałabym też zapytać również o geografię, o imiona, nazwiska, jak się tłumaczy, to jeśli chodzi o sprawy językowe. Teraz druga sprawa chciałabym zapytać też, bo też kiedyś byłam na spotkaniu w warsztatach kultury z panem Bohdanem Zaduro, który tłumaczy literaturę ukraińską na język polski.
[01:27:59.61 → 01:28:00.79] A: Ale też w angielską.
[01:28:01.01 → 01:28:58.12] D: Tak, tak. I on tłumacząc właśnie jednego z autorów, i zachęcając do czytania tej książki powiedział, żebyśmy czytając książkę nie oczekiwali, że ona jest taka wygładzona, bo on nie chciał za bardzo ingerować w to, co i jak autor pisał, bo nie chciał, żeby to była książka napisana przez tłumacza, tylko przez tego autora, nawet jeśli ona tam miejscami, powiedzmy, jest taka troszkę toporna. To druga sprawa, czyli na ile tłumacz może sobie pozwolić w ingerencję tego tekstu, czy może coś tam też dodawać od siebie, czy też coś pomijać. I jeszcze jedno pytanie, dlaczego nie tłumaczy pani literatury węgierskiej współczesnej?
[01:28:59.16 → 01:41:12.68] A: Zacznę od końca. Owszem, tłumaczę współczesną literaturę węgierską. Na przykład przetłumaczyłam dwie książki Giorgia Szpiro. To jest jeden z największych współczesnych pisarzy węgierskich. Jedna książka to jest Salon wiosenny. Bardzo państwu polecam. To jest krótka odpowiedź na pytanie, jak to się stało, że Po październiku 1956 roku, który wiemy jaki był, to była rewolucja, gdzie się ludzie rzucili z bronią na wojska radzieckie, na awoszów, czyli tę tajną milicję. walczyli na ulicach, wielu poległo, wielu później miało procesy. Był też taki przypadek, że chłopak jeszcze nie miał 18 lat, kiedy został uwięziony, więc żeby móc wykonać wyrok, to odczekano do jego 18 urodzin i dopiero wtedy go powieszono, więc były to naprawdę bardzo tragiczne wydarzenia. Jak to się stało, że 1 maja na pochód majowy wyległy Tłumy, milion Węgrów przyszło na ten pochód i świętowało kadara, który sprowadził wojska radzieckie. dotyczy Maksyma Gorkiego, który jak wiadomo miał taki okres, że wyemigrował z Rosji, a później jednak wrócił i jednak popierał władzę. I to też jest taka bardzo ciekawa odpowiedź na to, jak artysta, który myśli, że jest taki niezależny i że on pogrywa sobie, mówiąc kolokwialnie, z władzami, jak ten artysta zostaje usidlony i właściwie potraktowany bardzo instrumentalnie. Także staram się tłumaczyć literaturę współczesną. Współczesnych pisarzy mam kilku, których proponowałam do różnych wydawnictw. Niestety poza jakimiś krótkimi fragmentami nic się nie ukazało i przyznam szczerze, że trochę już mi też ze względu na wieki inne sytuacje Trochę już nie mam energii do tego, żeby kilkanaście lat chodzić i prosić o wydanie jakiejś książki. Też uważam, że to jest troszeczkę uwłaczające, żebyśmy aż tak musieli walczyć o każdą książkę. A teraz wracając do tego, jak się nauczyłam węgierskiego. Oczywiście, proszę państwa, najlepiej jest się nauczyć, jak się człowiek w kimś tym obcojęzycznym zakocha, pół roku i można już mówić. Ja dodatkowo wyjechałam na Węgry przez pierwszy rok na studia, ale zanim poszliśmy na studia, tam byliśmy w grupie wieloosobowej Polaków, to byliśmy w takim międzynarodowym instytucie przygotowawczym, Mieliśmy normalnie codziennie zajęcia. Przez pół roku uczyliśmy się języka, żeby dojść do prostego komunikowania się w tym języku. Natomiast w drugiej części tego pierwszego roku po prostu przerabialiśmy szkołę średnią z tych przedmiotów, które miały być później na studiach. No i było to bardzo efektywne nauczanie, ale kiedy już w kolejnym roku z kolegą Maćkiem wysłuchaliśmy pierwszego wykładu, wyszliśmy na przerwę i ja się pytam, Maciek ty coś rozumiesz? A on mówi, no ja też nic. Więc jest to rzeczywiście bardzo trudny język, to znaczy najlepiej sobie w ogóle wszystko wymazać, jeśli chodzi o naukę języków obcych, wymazać wszystko z głowy i przyjąć do wiadomości, że jest kompletnie inaczej, że nic nam się nie przyda. Żadne jakieś międzynarodowe słownictwo nam się nie przyda, żadne jakieś reguły nam się nie przydadzą. Po prostu musimy podejść do tego języka jako do czegoś, co jest na tyle odmienne, że wymaga osobnej przegródki w naszym mózgu. Po jakimś czasie oczywiście można się tego nauczyć, ale jest to utrzymanie tej znajomości języka jest bardzo trudne. Trzeba to naprawdę sobie stale ćwiczyć i dużo mówić, dużo czytać. Właściwie taka niekończąca się, ja tu nawet mówię, orka na ugorze, bo Polakowi jest bardzo trudno mówić dobrze po węgiersku. Tak jak pani zwróciła uwagę, te znaki diakrytyczne są krótkie, długie, samogłoski, jeszcze dochodzą regionalizmy, coś się w tej części Węgier tak wymawia, w innej części się wymawia inaczej. Doszło do tego, też anegdotycznie powiem, że np. ja kiedyś bardzo dobrze znam język niemiecki, Kiedy rozmawiałam z Niemcami, to pytali się mnie, czy ja jestem Węgierką, bo już po prostu w obcym języku nabrałam akcentu węgierskiego, ale można się tego języka nauczyć. Oczywiście, żeby tłumaczyć literaturę, to zawsze podkreślam, znajomość języka jest elementem koniecznym, ale niewystarczającym. To znaczy trzeba do każdego pisarza, którego chce się tłumaczyć, trzeba samemu się wyszkolić. czytać jakieś opracowania, szukać źródeł, rozmawiać z różnymi ludźmi. No tutaj jeśli chodzi o Banfiego, moja największa trudność polegała na tym, że ja właściwie pierwszy tom zrobiłam bez bez pomocy Węgrów, bo po prostu nie miałam takiego kontaktu do osoby, która mogłaby mi w tym tekście pomóc. Tutaj są takie wyrażenia, takie sytuacje, też już się nauczyłam, że Węgrów, Węgrów, nie ma co o to pytać, bo po prostu co osoba to inna teoria, co dane słowo może znaczyć, że trzeba naprawdę pytać fachowców. No i właśnie jak w ubiegłym roku byłam na stypendium na Węgrzech, udało mi się przez koleżankę tłumaczkę znaleźć kontakt do pana, który zgodził się, już będzie mi pomagał, ale ten pan ma 93 lata. Więc naprawdę musimy się sprężać z tłumaczeniem drugiego i trzeciego tomu, bo po prostu, tak jak powiedziałam, to jest świat, którego już nie ma. Jeszcze jakieś pojedyncze osobniki żyją, ale jak te osoby odejdą, to po prostu nie będzie gdzie tego sprawdzać. Czy odpowiedziałam na wszystko? A, tytuły. Tłumaczenie tytułów węgierskich jest dla mnie najtrudniejszą rzeczą w tłumaczeniu danej książki. Dlaczego? Dlatego, że to, co brzmi po węgiersku bardzo pięknie, podam przykład z Szandora Maroyego, o dzierciach, cząkich i ignek. Po polsku my znamy książkę Żar. To co powiedziałam po węgiersku, to tłumacząc literalnie znaczy świece wypalają się, dopalają się do ogarka. I teraz zostawienie tytułu świece wypalają się do ogarka, nie brzmi to. Trzeba coś innego wymyśleć. Tutaj akurat sam Maroy się zgodził na to, żeby jego obcojęzyczne tłumaczenia nosiły inny tytuł, ale na przykład weźmy tę książkę. Po węgiersku ten pierwszy tom to jest Meksamlal Tottal, czyli zostaliście policzeni, policzone, ponieważ w języku węgierskim nie ma rodzajów, więc jak mówimy na przykład, ja poszłam, mentem, elementem, to właśnie, bo jeszcze jest iść, to jest myć, a jak dodam l, to jest, że coś już się dokonało elementem w czasie przeszłym. No i teraz, jak ja to mówię po węgiersku, powiedziałam po węgiersku, mam przetłumaczyć na język polski, a nie mam kontekstu, to ja nie wiem, czy to jest poszłam, czy poszedłem. to muszę z jakiegoś kontekstu, o ile on jest, muszę mieć wiedzę dodatkową. W przypadku tego tytułu ja się sugerowałam przede wszystkim tym, że tak naprawdę to jest ta przepowiednia babilońska o upadku Babilonu, manetekel fares, ale tego Banffy nie umieścił w języku obcym, tylko powiedział czy napisał po węgiersku, po swojemu trochę. Czyli ja powinnam użyć czegoś, co mniej więcej podobnie brzmi na polskie ucho. Rozwiązania w różnych krajach są różne, Oczywiście tłumacze mają do pewnego stopnia wolną rękę. To też jest zależne od kontekstu kulturowego, np. w Wielkiej Brytanii czy w ogóle w anglojęzycznych przekładach tłumacze mają bardzo dużą swobodę. Powiem tylko tyle, że Trylogię Siedmiogrodzką na angielski tłumaczyła córka Banffiego i jeszcze jeden tłumacz anglojęzyczny literatury węgierskiej na język angielski. Jeśli państwo wezmą te książki, nie wiem czy ktoś zna węgierski, to może węgierski oryginał porównywać z angielskim, ale jeśli nie, to proszę wziąć polski i tam będą całe akapity, które się nie będą zgadzać, dlatego że w anglojęzycznym tłumaczeniu to jest absolutnie nieopuszczalne, że się coś opuszcza, coś dodaje. Na przykład właśnie ten pisarz współczesny George Spiro kiedyś zgadało nam się na temat tłumaczeń na angielski i on właśnie mówił, że musiał kolokwialnie objechać tłumacza angielskiego, bo on sobie tam powpisywał różne rzeczy dodatkowe i jak on w ogóle śmie tak traktować jego tekst, który jest jego tekstem autorskim i on sobie nie życzy, żeby tam było coś dopisywane. Po polsku jest z tym inaczej, ale też są różne szkoły, bo niektórzy mówią, a nie, to musimy, to jest tak zwana egzotyzacja, czyli raczej zostawiamy tak, żeby było bardziej czy bliżej oryginału, a inni mówią nie, nie, nie, domestykacja, czyli robimy tak, żeby było bliżej tego, jak to po polsku brzmi. No i stąd mamy na przykład w wielu książkach tłumaczonych z angielskiego, romansach mamy motyle w brzuchu. Podobno już się przyjęło i wszyscy wiedzą, o co chodzi. Albo np. właśnie też ze względu na oryginał angielski się mówi, a zrobiłaś mi dzień. Co to znaczy? Ja dokładnie nie wiem. Domyślam się oczywiście z kontekstu. Ale chciałam państwu pokazać, że to po prostu zależy, jak tłumacz podchodzi. Moje zdanie jest takie, że przede wszystkim jest autor. gdzieś na drugim miejscu i mnie nie wolno dopisywać albo odejmować. No ale oczywiście są takie sytuacje, kiedy po węgiersku jest jedno słowo, a ja żeby to jedno słowo oddać po polsku, muszę zrobić jeszcze zdanie podrzędne do tego. I teraz jak ja zrobię to zdanie podrzędne, to cała ta rytmika, cała ta melodia po prostu się wali i to nie brzmi. Więc czasami są takie kompromisy, że gdzieś w jednym miejscu podejmę, ale dodam za chwilę, bo tam mam trochę jakieś pole manewru, jakąś szczelinę, mogę się z tym wcisnąć, więc są takie, takie możliwości, kiedy, kiedy, ale właśnie mówię, to zależy od osobowości, bo być może ktoś inny by stwierdził, że a tam zamykam książkę, piszę po swojemu i to jest to tłumaczenie. No ja tak, ja tak nie potrafię. Tytuły, okropna sprawa.
[01:41:14.27 → 01:41:27.03] B: Wyjaśnie się, że cudowna i genialna tłumaczka Zofia Chądzyńska dopisała Kortezarowi jednak parę stron, bo uznała, że tam brakuje i jest nieciekawie. W związku z tym wzbogaciła.
[01:41:27.59 → 01:45:24.82] A: Tak, na przykład Kostolani był tłumaczony przed wojną. I ja, kiedy pracowałam nad Złotym Latawcem, to się doczytałam, że jego tłumacz na język polski, co prawda nie Kostolaniego, tylko chodziło o literaturę rosyjską, że na przykład zmieniał zakończenia, bo uważał, że są niepoprawne politycznie. Oczywiście żadnej wzmianki na ten temat nie ma, więc to też jest taki problem dla mnie, że skąd ten biedny czytelnik ma wiedzieć, co ja mam w głowie, co ja sobie dopisuję albo czego nie tłumaczę, bo uważam, że to by szargało czyjeś imię albo to by psuło jakąś tam opinię o autorze, no to pominę ten akapit. Staram się naprawdę zawsze robić tak, żeby było jak najbliżej autora. Oczywiście tutaj, jeśli chodzi o Trylogię Siedmiogrodzką, to muszę podkreślić wielkie zasługi zarówno redaktorki pani Ani Krzywani, jak i korektorki Agnieszki Czerepowickiej, dlatego że właściwie my stworzyłyśmy taki zespół, kiedy ja mogłam od początku do końca wyjaśnić, dlaczego się przy czymś upieram, a one mogą się zastanowić, czy rzeczywiście zmieniamy, nie zmieniamy, do jakiego stopnia zmieniamy, bo muszą też państwo wiedzieć, że redaktorzy i korektorzy nie znają języka węgierskiego. Są, jeśli chodzi o redaktorów, dwie osoby w całej Polsce, które znają język węgierski, a tak no to po prostu dostają jakiś tekst polski i pracują na tym tekście. I na przykład, jak kiedyś tłumaczyłam, to a propos współczesnych pisarzy Johanny Bodor, Nie szkodzi, kiedyś to zrozumiem, taki tytuł, książka o baletnicy, młodej dziewczynie, Węgierce z Siedmiogrodu, której rodzice emigrują na Węgry. Ona zostaje sama i za rok dopiero może dojechać do rodziców. Książka opisuje właśnie ten okres, kiedy ona jest sama w Rumunii. Ale zgubiłam wątek, co chciałam powiedzieć, No nieważne, przypomni mi się na pewno. W każdym razie już wiem, co chciałam powiedzieć. No i też był taki spór, że redaktorka, która robiła, chciała mi zamieniać kolorzwar na klusz. No ale próbowałam jej tłumaczyć, że ponieważ autorka jest węgierska, mamy rodzinę, która emigruje do Budapesztu, Oni oczywiście mieszkają w Klużu, bo tak się oficjalnie to miasto nazywa, natomiast oni między sobą nie mogą rozmawiać w ten sposób, że mówią, że u nas w Klużu, bo to nie jest u nas w Klużu, to jest u nich w Klużu, bo u nas to jest w Kolożwarze. To są takie rzeczy, takie konteksty, które redaktorowi trzeba wyjaśnić, skąd biedny redaktor ma znać wszystkie konteksty świata. Jak dzisiaj redaguję książkę węgierską, jutro portugalską, a pojutrze amerykańską. Tylko że jak ja tłumaczę którąś z kolei książkę i po raz 158 muszę tłumaczyć to samo, to troszeczkę szkoda mojej energii życiowej. Na tym polega właśnie też taka trudność tłumaczenia z języka węgierskiego, że my nie mamy oparcia nigdzie. Po prostu każdy z nas tłumaczy, jest taki sam w sobie dla siebie i sam wszystko musi znaleźć, wyżebrać, a później jeszcze wyjaśniać, a później jeszcze poprawiać i też, żeby się nikt nie pogniewał, że zwraca uwagę, że jednak może nie klucz, tylko kolożwar i tak dalej.
[01:45:25.36 → 01:45:30.14] B: Ale później ma pani na wprost siebie życzliwe twarze.
[01:45:30.32 → 01:45:56.66] A: Tak. I to jest wielka, wielka nagroda. I muszę Państwu powiedzieć, że dla tłumacza, który pracuje samotnie, spędza wiele miesięcy, lat gdzieś przed ekranem komputera, takie spotkania są bardzo ważne. I każde dobre słowo to jest naprawdę przywraca wiarę w sens tego, co robimy. I oczywiście wszystkim zawsze bardzo, bardzo za takie słowa dziękuję.
[01:45:56.94 → 01:46:11.24] B: Mam taką nadzieję, bo państwo pewnie są jeszcze przed lekturą pierwszego tomu Trylogii Siedmiogrodzkiej, że spotkamy się na początku przyszłego roku przy drugim tomie. Wtedy będzie można już porozmawiać.
[01:46:11.90 → 01:46:16.31] A: Można sprawdzić, czy miałam rację mówiąc, że nie będzie tak, jak państwo myślą.
[01:46:16.35 → 01:46:19.89] B: Jeszcze było jedno pytanie, więc poproszę o mikrofon.
[01:46:22.35 → 01:46:25.09] A: Tutaj.
[01:46:32.35 → 01:48:18.76] E: Dzisiejsze spotkanie było dla mnie pierwszą okazją spotkania się z tym pisarzem. Dziękuję za przyjemność. Przede mną potencjalna przyjemność lektury, ale zrobiłyście mi, panie, obydwie, zrobiłyście mi wieczór. Bo jestem zauroczona Pani historią życiową, Pani pasją, entuzjazmem, taką opowieścią, która płynie i pewnie dlatego, a raczej na pewno, książka też tak będzie płynąć. Więc bardzo dziękuję za to. Pytanie dwa krótkie, trzecie retoryczne, wiadomo, retoryczne. Pierwsze pytanie, ile czasu zajęło Pani przetłumaczenie tej pierwszej części? Drugie pytanie, bo nie do końca zrozumiałam, czy druga i trzecia część jest już przetłumaczona i wymaga tylko pracy redakcyjnej, doróbek, konsultacji, bo tak jakoś nie zrozumiałam, czy ona jeszcze czeka na konkretny przekład. Myślę w tym o swoim interesie, bo jak już zacznę czytać, to bym chciała wiedzieć, Co dalej? I trzecie to retoryczne pytanie, które pozwolę sobie głośno wyrazić. Przede mną przyjemność sprawdzenia, czy czytanie tej książki będzie właśnie taką radością, przyjemnością czytania książki historycznej o czasach, które są mi zupełnie obce, czy będzie wartością czytania książki historycznej w której znajdę współczesne odniesienia prawdy i emocje? Ale na to pytanie postaram sobie sama odpowiedzieć.
[01:48:20.94 → 01:57:14.54] A: To jest bardzo trudne pytanie, jeśli chodzi o to, jak długo trwało tłumaczenie. Ja zaczęłam tę książkę tłumaczyć kilkanaście lat temu w nadziei, że natychmiast znajdę wydawcę i ona będzie wydana. I ponieważ to się nie udawało, to na początku też miałam takie wyobrażenie, no nie udaje się, no bo nie znają tej książki, to może przetłumaczę jeszcze trochę. I tak tłumaczyłam do szuflady w wolnym czasie, kiedy nie zajmowałam się innymi sprawami. więc to było bardzo rozciągnięte w czasie. Jeśli chodzi o kolejne tomy, to w tej chwili pracuję nad drugim tomem i jeśli będzie wsparcie ze strony węgierskiej, to ja i wydawca jesteśmy tak zaawansowani, że ta książka ukaże się na jesieni tego roku, pod koniec roku raczej. I w takim samym rytmie chcielibyśmy też zaprezentować trzeci tom, ale to naprawdę już nie od nas zależy, kiedy się ukaże. Ten drugi tom, nad którym pracuję, można powiedzieć tak, że przetłumaczenie takiej książki dla sprawnego tłumacza, ja myślę, że to jest na pewno więcej niż jeden rok pracy dzień w dzień. 8, 10, 12, 14 godzin, to zależy, bo moja praca wygląda w ten sposób, że ja coś tłumaczę i natykam się na jakiś problem, który muszę rozwiązać i czasami jest tak, że bardziej mi się opłaca, nawet jak już jest to 15 godzina mojej pracy, to bardziej mi się opłaca szukać dalej, bo już wiem, czy idę w dobrym kierunku, już jestem blisko albo wydaje mi się, że jestem blisko i wydaje mi się, że za 5 minut już będę miała odpowiedź i czasami takie dni się przedłużają. To jest wydaje się dosyć powolne tempo pracy, ale Ja bym chyba nawet nie potrafiła pracować inaczej. Przekład rodzi się w taki sposób, że ja, teraz mówię o sobie, bo są oczywiście inni tłumacze, tłumaczki, którzy pracują inaczej. Ja robię najpierw tak zwaną surówkę, to znaczy idę i w miarę to, co mi się od razu udaje, to sobie wyjaśniam, co się nie udaje, czasami zostawiam tymczasowo, robię sobie jakieś notatki. To jest ten pierwszy etap. Później muszę czytać z oryginałem, zwłaszcza przy tak grubej książce. Oczywiście zdarza się, że ta mato jednego zdania nie ujęła, jakiś akapit mi się zgubił. Też oczywiście komputer lubi robić różne rzeczy, coś przekręci, coś zgubi i później niewiadomo właściwie dlaczego. To jest drugi etap. Później trzeci etap to jest takie pierwsze czytanie, Kiedy przede wszystkim zwracam uwagę na logikę tekstu, to znaczy na to, że jak coś gdzieś zostało powiedziane w jednym miejscu, no to musi tak samo brzmieć w innym miejscu, jeśli chodzi o tę samą rzecz, albo na przykład, że nie wiem, nie mogli najpierw wysiąść z pojazdu, a dopiero później wsiąść i tak dalej, i tak dalej, co jest o tyle trudne, W języku węgierskim można się często w takich różnych sprawach, może nie z wsiadaniem i wysiadaniem, ale w różnych sprawach można się pomylić. Po prostu, bo tam się nie zobaczy tego przecinka nad literą albo się jedno słowo zgubi i tak dalej. Co oczywiście nie znaczy, że później redakcja i korekta nie znajdą jakichś uchybień. To jest rzecz naturalna. Trzecie czytanie. Później następuje czwarte, a czasami nawet piąte czytanie. I na pewno zawsze, bo to zależy od trudności tekstu, czasami czwarte czytanie czy czwarty etap już wystarczy, ale czasami mam takie poczucie, że jeszcze nie jestem zadowolona. Chcę jeszcze ten tekst doszlifować, to wtedy jest piąte czytanie i to robię na głos. Zawsze to ostatnie robię na głos, dlatego że dla mnie jest bardzo ważne to, czy to się w ogóle daje wypowiedzieć. A na przykład teraz napisał do mnie znajomy tłumacz, a słuchaj, tutaj taka aliteracja jest, to powinnaś była zauważyć i poprawić. Pomimo tych wielokrotnych czytań jeszcze bardzo czujne oko jakiegoś fachowca jeszcze coś tam znajdzie. Mówi się w naszym zawodzie, że to jest taka praca w nieskończoność, że jak się po kilku latach wraca do tekstu, to jeszcze się znajduje. Ja też mam taki zwyczaj, że jak książka wychodzi, ta papierowa, to ja ją czytam, dlatego że to się naprawdę zupełnie inaczej czyta jako plik w komputerze, gdzie tam też się ma w pamięci te różne poprawki, dyskusje. Proszę państwa, mogę opowiedzieć anegdotę, czym się różni Boston od Kroku Bostona i ile nam zajęło rozmawianie z redakcją, czy tam słusznie Banffy w pewnym momencie napisał o Kroku Bostona właśnie, czy to było jednak jakieś potknięcie ze strony autora. Nie, nie było potknięcie, na muzyce się znał. Więc to wszystko, to znaczy praca tłumacza jest wieloetapowa, i wymaga wielkiej samodyscypliny, ale też wymaga takiego powiedzenia sobie, że to już jest koniec. Dlatego, że każde kolejne czytanie przynosi Kolejny pomysł, kolejną wersję. A teraz też, jak pan czytał tutaj wspaniale, zresztą bardzo dziękuję, to ja właśnie też słuchałam, czy to brzmi, czy może coś powinnam była zmienić. Ale na przykład jeśli jest tak, jak tutaj było, że śmieję się razem z państwem, to znaczy, że jednak to było dobrze zrobione, że nie są wymagane żadne poprawki. Bywa różnie, czasami chciałoby się coś poprawić, bo się, nie wiem, W dwudziestu latach dowiedziałam, co to znaczy, jest takie wyrażenie węgierskie, olojosh sem. I ja do tej pory myślałam o oleju, więc ja myślałam, że to chodzi o jakieś takie zaropiałe oczy czy coś, po czym właśnie ten George Spiro, z którym na różne tematy rozmawialiśmy, on mi właśnie wyjaśnił, że nie, że to jest takie węgierskie określenie używane w stosunku do oczu ludzi, o ciemnej karnacji. Oni mają takie te oczy, one są Nie powiem ani, że żółta, ani, że brązowa, po prostu i Węgrzy mają na to olo już sam. Tak mi to wytłumaczył Dziurcz Szpiro, ale takich wyrażeń naprawdę jest całe mnóstwo i to nie chodzi o jakieś idiomy, pomijam, że nie ma słownika idiomów, że są tylko, właściwie dla nas, to są tylko słowniki węgiersko-węgierskie, co też oznacza, że już ten podstawowy poziom języka trzeba mieć tak opanowany, żeby nie było problemu z korzystaniem z tych właśnie węgiersko-węgierskich węgierskich słowników, ale oprócz tych różnych idiomów takich typowych, które jakoś tam znamy, to są jeszcze te różne regionalizmy, jakieś wyrażenia z danego okresu. Tutaj na przykład w policzonych jest takie określenie Zoltanowie. Zoltan to jest imię. Co to znaczy w parlamencie zoltanowie? Też trzeba było wyszukać, że chodzi o jakichś skrajnych posłów, o skrajnych poglądach. Czy tak jak my dzisiaj używamy podatek Belki, tu jest podatek, to jest tłumacz na obcy język, to już wie, że szukać wśród podatków, ale na pewno są jakieś tam babciowe, weźmy. Jak się nie ma kontekstu, nie żyje się w tym okresie czasu, naprawdę czasami jest bardzo trudno znaleźć, a później jak już człowiek znajdzie, to się śmieje sam z siebie, bo przecież to jest oczywiste. No oczywiście, że to właśnie to znaczy, a nie coś tam innego. Bo to, co jest genialne, to jest właśnie najprostsze. I tak jest też w tej książce. Tu jest bardzo dużo takich wydawałoby się prostych rozwiązań, Ale to nie są rozwiązania prostackie. One są piękne właśnie dlatego, że tutaj nie ma udawania. Tu jest opis od wnętrza życia arystokracji. Taka ta arystokracja była. Takie te elity miały zalety, ale i wady. Byli ludzie piękni, ale byli też ludzie okropni. I dlatego jest tutaj u Banffiego i miłość, i szyderstwo, i rozpacz, i wiele, wiele, naprawdę cała paleta emocji związanych z całą paletą charakterów ludzkich.
[01:57:14.96 → 01:57:31.38] B: Mimo smutnego końca, śmiało możemy powiedzieć, że Miklosz Banffy miał jednak w życiu bardzo dużo szczęścia, ale po śmierci też tego szczęścia mu nie brakuje. Ma Miklosz Banfisch szczęście, że trafił na Irenę Makarewicz, przyznają państwo.
[01:57:31.58 → 01:57:34.04] A: Bardzo dziękujemy. Dziękuję bardzo.
[01:57:36.98 → 01:57:48.28] B: Panie, panowie, czytał Witold Dąbrowski, na polski język migowy tłumaczył Marta Stępniak i Ewelina Lachowska. Spotkanie prowadziła Grażyna Lutosławska.
[01:57:49.49 → 01:57:54.99] A: Dziękuję bardzo. Zachęcam do lektury. Nie pożałują państwo.

Bitwa o literaturę. Policzone. Trylogia siedmiogrodzka / Irena Makarewicz / PJM

Co wspólnego z dzisiejszym światem ma upadek Babilonu? Czy i od czego wymówką jest powoływanie się na niesprawiedliwość dziejową? Kim jest Miklós Banffy? Jak opowiadać o historii i jak historie przekładać?

Grażyna Lutosławska

Irena Makarewicz – Urodzona w Warszawie, studiowała w Budapeszcie i w Warszawie, z wykształcenia enolożka i filozofka, z zamiłowania tłumaczka literatury węgierskiej, od wielu lat zafascynowana osobą i twórczością Sándora Máraiego – przełożyła wiele jego opowiadań (Magia, Stara miłość), powieści (Pokój na Itace, Pokrzepiciel, Sąd w Canudos, Trzydzieści srebrników, Rozwód w Budzie, Ta prawdziwa), esejów i felietonów (Kronika Niedzielna), a także dzienników podróży (Śladami bogów, Porwanie Europy). Ostatnio ukazała się w jej przekładzie obszerna monografia na temat życia i twórczości Sándora Máraiego: Tibor Mészáros, Odyseja XX. Sándor Márai – życie i dzieło. Tłumaczyła również utwory Györgya Spiró (Salon Wiosenny, Diavolina) i Dezső Kosztolányiego (Złoty latawiec), wciąż też odkrywa dla polskiego czytelnika nieznanych wcześniej węgierskich autorów, takich jak Alberta Wassa (Czarownica z Funtinel), Gábora Zoltána (Orgia, niestety tylko we fragmentach) i Miklósa Bánffy’ego (Trylogia siedmiogrodzka – pierwszy tom Policzone ukazał się pod koniec 2023 roku).
Wielokrotna stypendystka węgierskich instytucji kultury, nagrodzona także przez Fundację Milána Füsta przy Węgierskiej Akademii Nauk oraz Węgierskim Krzyżem Zasługi za osiągnięcia w krzewieniu literatury i kultury węgierskiej. Członkini Kapituły Nagrody Literackiej im. Marka Nowakowskiego.

Książkę „Policzone” opublikowało wydawnictwo Officyna.

Wróć