Tryb wiązania: soft

Pokazujemy wszystkie trafienia.

[pokaż transkrypt] [ukryj transkrypt]
[00:03.25 → 01:30.12] A: Panie, panowie, dobry wieczór. Muszę się państwu na początek do czegoś przyznać. Kiedy skończyłam czytać tę książkę, to nie pamiętam kiedy ostatni raz zdarzyła mi się taka sytuacja. Mam nieznane wrażenie, że nigdy, bo owszem, czasem wracamy do lektur, czasem nawet często wracamy do lektur, ale w przypadku tej opowieści ledwie skończyłam ją czytać i w ułamku sekundy postanowiłam, że zacznę ją czytać od nowa. Nie tylko, a może nawet w ogóle nie dlatego, że chciałam jeszcze pobyć w świecie językowym stworzonym przez autorkę. To kawał literatury jest, choć objętościowo rzecz niewielka. Nie z bardzo wielu innych powodów, które mogłabym tutaj teraz państwu wymienić, Ja po prostu chciałam wiedzieć i przez ułamek sekundy byłam pewna, że to możliwe, czy jeśli zacznę czytać od nowa, to ta historia się powtórzy, czy też może będzie przebiegała zupełnie inaczej. Pierwszy raz w życiu miałam takie uczucie, za które bardzo dziękuję Katarzynie Groniec, która jest dzisiaj z nami w Teatrze Starym. Zapraszam.
[01:32.40 → 01:35.40] B: To
[01:42.96 → 04:53.42] A: i jeszcze wiele innych dziwnych uczuć towarzyszyło mi, kiedy czytałam tę książkę. Mam nadzieję, że państwo zechcą się dzisiaj podzielić z nami swoimi wrażeniami po lekturze. Dużo dzisiaj będzie o słowach. Słowach, które zdaniem jednego z bohaterów tej książki krążą w fonosferze, przenikają przez nas, ale czasem ich nie słyszymy, więc one się nie zahaczają i płyną sobie dalej, aż trafią w końcu na jakiś dobry odbiornik i wtedy ten odbiornik nie pozwala im odejść w niebyt, w niepamięć, tylko je rejestruje, zapisuje. Oto między innymi, kiedy stała się odbiornikiem. Katarzyna Groniec będziemy dzisiaj rozmawiać, ale najpierw powiem, że takie słowa ulatujące ze sceny tłumaczyć na polski język migowy będą Marta Stępniak i Jewelina Lachowska, a fragmenty książki Kundle Katarzyny Groniec będzie czytać Jowita Stępniak. A skoro już zostały złapane słowa, które mi mogłabym przedstawić Katarzynę Gronic, to pozwolą państwo, że do nich sięgnę. Znajdą je państwo na ostatniej stronie książki. Jestem piosenkarką. Urodziłam się w Zabrzu 22.02.1972. Nie podobało mi się, że w tej dacie jest tak dużo dwójek, Szybko zaczęłam mówić, ale nie chciałam się chodzić. Żeby mnie sprowokować do wysiłku, zabierano mi zabawki, kładziono je trochę dalej niż na wyciągnięcie ręki. Bawiłam się palcami. Piosenkarsko zadubiutowałam na Komunii Siostrze, mając półtora roku, ku ogólnej konsternacji Mazurkiem Dąbrowskiego. Lubiłam pisać, ale nienawidziłam dwójek i pytania, jak ktoś, kto tyle czyta, może walić tyle ortów? Postanowiłam komunikować się śpiewem. Po pięćdziesiątce nabrałam odwagi. Wynikiem tej odwagi kundle książka, która jest pretekstem do naszego spotkania. Książka, która być może, jeśli Pani oczywiście będzie miała taki plan albo tak się wydarzy, zaczyna nowy etap w Pani życiu. Spieszę z radosną informacją. Tu będzie więcej jedynek. Pierwsza książka. w dwudziestym trzecim roku, a po drugie mniej więcej w tym samym czasie ukazała się pani jedenasta płyta, Konstelację, więc mamy już trzy jedynki i jest to jakaś zapowiedź nowych czasów. Celowo wymieniam tytuł tej płyty nie tylko dlatego, że jestem piosenkarką, pisze Katarzyna Groniec, ale także dlatego, że ja widzę bardzo wiele podobieństw między płytą, a tą właśnie książką. Najpierw jednak proszę powiedzieć, czy tę książkę sobie pani zaplanowała?
[04:55.12 → 05:53.13] B: Dobry wieczór. Nie, nie planowałam tej książki i właściwie żadnej książki nie planowałam. Nie miałam zamiaru zostać pisarką. I w ogóle nie jestem osobą, która kiedykolwiek pisała wcześniej. To znaczy oprócz oczywiście tekstów piosenek, które dla siebie pisałam i które nie dawały mi poczucia wolności żadnej, chciałam się nauczyć pisać piosenki. Chciałam powiedzieć coś, co byłoby wyłącznie moje. I stąd ta potrzeba pisania piosenek. Natomiast nigdy nie miałam jakiejś potrzeby pisania prozy. Nie.
[05:54.57 → 05:55.71] A: Aż tu nagle.
[05:56.38 → 08:52.31] B: Aż tu nagle. Jakby to powiedzieć, żeby za dużo nie powiedzieć. I nie za bardzo się obnażać. Moja mama zachorowała i zachorowała 8 lat temu, miała udar i stała się zupełnie inną mamą, trochę inną mamą, potem jeszcze bardziej inną mamą. No i tak oswajałam ten czas. bycia przy rodzicach, przy ich starości i ich odchodzeniu i co się wydarzyło w tym roku. Więc miałam, nawet nie wiem jak to powiedzieć, bo nie odzyskałam swojego pokoju, bo też nigdy nie miałam swojego pokoju, dzieliłam go z siostrą, ale wracając do rodziców, Dostałam pokój, dawny pokój babci i tam w tym pokoju rezydowałam, kiedy przyjeżdżałam do nich na jakiś czas. No i po południu był taki moment, kiedy miałam czas żeby usiąść tam w tym pokoju i trochę pomyśleć. I właśnie tam się zaczęło to pisanie. Zastanawiam się, dlaczego... Chyba chodziło o oswojenie świata, który przemijał i potrzebowałam jakiejś takiej może poukładania go sobie, Choć on nie jest poukładany zupełnie. Mówię o tym, że nie jest poukładany, dlatego że tam czas nie płynie linearnie w tej książce. Opowiadam o rzeczach, które się dzieją w latach 80., potem nagle są zupełnie inne lata. Jest wojna, potem jest już po wojnie, potem są lata dziewięćdziesiąte. I właściwie pisałam tę książkę tak, nie przekładałam później niczego, niczego nie porządkowałam. Nie układałam tego później pod jakąś dobrze czytającą się historię. Ona tak wypływała, takie dygresje mną miotały, więc tak została zapisana.
[08:52.98 → 10:22.61] A: To jest dla mnie wielka przyjemność, że w ciągu ostatnich kilkunastu dni przeczytałam pani zupełnie aczasową opowieść i przygotowywałam się intensywnie do słuchawiska na podstawie trzy po trzy Fredry. To są jego pamiętniki napolańskie. Jakby pani była jego prawnuczką, dlatego że u niego też nic nie trzyma się jednej linii. Skacze sobie dokładnie tak, jak chce. po rozmaitych czasach i wydarzeniach. To było zresztą głównym powodem, dla którego Fredro był akurat trzy po trzy, niezbyt chętnie przyjmowany, zwłaszcza przez sobie współczesnych, no bo przecież czas biegnie od punktu A do punktu B, potem jest C i D, a nie w jakikolwiek inny sposób. Ja natomiast miałam wielką radość w czytaniu pamiętników Fredry z tego powodu, że wychowałam się w rodzinie, w której tak się opowiadało historię. Tak się opowiadało bajki, których początek był czasem na końcu, a dygresję przy kolacji czasami prowadziły na manowce i zupełnie w inne strony. Dlatego czułam się z tą Pani książką po prostu jak u siebie, jak w domu, zwyczajnie jak w domu. Ale chciałam zapytać, kto Panią prowadził? Powiedziała Pani i wtedy przyszła do mnie ta książka. Kto Panią prowadził? Czy prowadziły Panią myśli, wspomnienia? A może pojawiający się bohaterowie? A może podążała Pani za słowami, które się wysypywały?
[10:25.05 → 13:30.99] B: Podążałam za ciszą. I w ogóle cisza w moim przypadku wydaje się wobec zawodu, który wybrałam i tej ilości dźwięków, która mnie otacza, Cisza wydaje się jakimś kompletnym nieporozumieniem, bo przecież nie wybrałabym tego zawodu, gdybym lubiła ciszę. Właśnie bardzo lubię ciszę. Nie wiem, jak to się stało. To się wszystko tak potoczyło szybko, że poleciałam z lawiną dźwięków i tak już zostało. Natomiast ja jestem ciszą. Te cisze, może inaczej, ta cisza jest we mnie i była w moim rodzinnym domu, więc ja postanowiłam, że nawet teraz używam już takiego słowa, konstruując tę książkę, bo wcześniej nie wiedziałam, że można tak powiedzieć, wymyślając tę książkę, pomyślałam sobie, że fajnie by było, gdyby narratorem nie była sama cisza, tylko taki wysłannik ciszy, nie chcę używać wszystkiego słowa, szybko je powiem, przydupa z ciszy. I chodziło mi o to, że on miał On miał być tym kimś, on, ona, nie wiem, bo ten ktoś był zupełnie poza płcią. Był takim kimś, który towarzyszy ludziom w ogóle, tylko wszystkim ludziom. Tylko niektórzy go w ogóle nie czują, nie widzą, nie przeczuwają, nie wiedzą, że jest, a niektórzy jakoś tam tym szóstym zmysłem się ocierają. o tego kogoś, nie tylko ludziom, zwierzętom też, bo jestem taka bohaterka, która ma na imię Pirani i ona też tego kogoś zobaczyła, czuła. No ale działa na rzeczy właśnie ciszy, ciszy, która właściwie jest obojętna na los ludzi i której nie zależy, na ich dobrobycie ani na złu oczywiście też. Na niczym właściwie jest i po prostu jest. I ten ktoś, który ma doprowadzić do ciszy moich bohaterów ma właściwie pełne ręce, o ile ma ręce roboty, no bo musi wszystkich ogarnąć, obskoczyć.
[13:31.71 → 13:53.71] A: Uwielbiam narratora. Nie wiem, czy państwo już poznali narratora z książki Kundle. Narrator oczywiście wie wszystko, ale nie ingeruje. Oprócz jednej sytuacji, jak trzeba wyrzucić brudne ręczniki do pralki, to je tam upycha. W związku z tym, żeby kobieta mogła
[13:53.71 → 13:57.59] B: sobie... Na chwilę posiedzieć w ciszy i spokoju.
[13:58.41 → 14:09.44] A: Tak jest. Powiedziała pani, mój dom był ciszą, ja jestem ciszą. Co to znaczy? Bo przecież rzecz nie polega na włożeniu zatyczek do uszu, prawda?
[14:10.12 → 15:37.94] B: Nie, ale i na tym. Ja nie chodziłam do przedszkola, byłam takim dzieckiem, które po prostu nie chodziło do przedszkola, bo miało babcię i siedziało z babcią w domu. A babcia... Lubiła czytać, zresztą tutaj chciałam być, właściwie te takie wątki, babciny też tam gdzieś zostały uchwycone. Babcia lubiła czytać trendowatą, w kółko właściwie czytała. Lubiła czytać trendowatą, nastawiała kartofle i tyle. Tyle się działo, od czasu do czasu włączała radio, Więc ja w tej ciszy, zanim... Moja siostra już chodziła do szkoły, bo jest sporo starsza. Rodzice byli w pracy, ja siedziałam z babcią i tak sobie siedziałyśmy. Ja sobie robiłam coś, co mnie interesowało, babcia co ją. Od czasu do czasu wymieniałyśmy jakieś zdania. I to było, ale mnie to bardzo pasowało. Lubiłam tę ciszę, lubiłam spokój, lubiłam nawet takiego pewnego rodzaju samotność, która temu towarzyszyła. No, co jeszcze?
[15:39.54 → 15:41.32] A: Kto Pani czytał te bajki śląskie?
[15:41.98 → 18:06.70] B: Bajki śląskie, ja? Ja chcę czytać... Szybko się nauczyłam czytać, bo było nudno, więc czytałam książki dość szybko. I to takie, których nie rozumiałam. Zresztą nie mieliśmy wielkiej biblioteki, właściwie nie mieliśmy biblioteki, mieliśmy kilka książek. One od czasu do czasu się tam jakieś nowe pojawiały. I pamiętam, że... Tak, nauczyłam się. Babcia mnie nauczyła czytać... Boże, teraz już mnie ciągnie, żeby powiedzieć coś innego. Bo muszę wytłumaczyć, dlaczego tak mnie nauczyła czytać, a nie inaczej, po rosyjsku mnie nauczyła czytać. No bo babcia pochodziła spod Zamościa i nie wiem dlaczego umiała i po polsku, i po rosyjsku. Nauczyłam się i jednego, i drugiego języka. Ja jestem właśnie tym tytułowym kundlem, bo jestem z takiej bardzo mieszanej rodziny. Mama się urodziła na Śląsku właściwie i pierwszym językiem był niemiecki, więc tak się rodzice jakoś poznali. Wbrew wszystkiemu powiedziałabym, że zakochali. No i popełnili naprawdę głęboki mezalians chyba, jeśli można to tak nazwać, bo tutaj nie chodzi o jakieś... Chodzi o to, że rodziny nie były zachwycone tym związkiem, bo trudno być zachwyconym, bo jeszcze się rany nie zagoiły po wojnie, a coś takiego. W każdym razie... W każdym razie nauczyłam się czytać, czytałam azbukę najpierw, a potem po polsku elementarz, a potem już składałam na tle szybko i sprawnie, że zaczęłam czytać wszystkie książki, które mi wpadały w ręce i to mi sprawiało ogromną radość.
[18:09.34 → 18:31.78] A: I sprawia je chyba, znaczy nawet nie chyba, sprawia do dziś, i to nie tylko w tej ostatniej, w Pani płytach dużo literatury. Tym bardziej miło mi jest powitać Panią w mieście, w którym urodził się, no i zginął niestety tragicznie pierwszy w Polsce tłumacz Eliota, a Eliot staje się jest Pani bardzo bliskim.
[18:31.82 → 18:32.54] B: Bardzo tak.
[18:32.96 → 20:21.84] A: Czyli Józef Czechowicz, w mieście, w którym urodziła się, debiutowała Julia Hartwig, też bliska Pani osoba. Dużo w Pani literatury, dużo w Pani ciszy i z tej właśnie ciszy myślę też ta książka. To o czym Pani mówiła i to co znajdujemy w tej książce przywołuje mi też Stanisława Radwana. Dlatego, że nie wiem czy Pani zna tę jego książkę rozmowy z Jerzym Illgem. Jest tam taki jeden z rozdziałów zatytułowany, jeżeli dobrze się skupisz to w ciszy usłyszysz też skrzyp Bacha. I to jest tytuł rozdziału, prawdopodobnie przeze mnie trochę przekręcony, ale Stanisław Radwan myślę bardzo jest blisko pani pojmowania ciszy, bo on właśnie mówi, że nie chodzi o wyzerowanie, wetknięcie sobie z atyczek, bo wtedy się pozbywamy dźwięku w ogóle, że cisza jest rodzajem absolutu, że cisza jest rodzajem istnienia po prostu, że zastanawia się nawet w tej książce, bardzo serdecznie i władzę państwa polecam, jak bardzo duża musiała być intensywność ciszy 15 miliardów lat temu, zanim był wybuch i narodził się świat. Przecież powstał z ciszy. Myślałam dużo o tym, nie tylko dlatego, że kilka dni temu Stanisław Radwan zmarł, bo myślałam o tym w ogóle, czytając jeszcze wcześniej Pani książkę, jakoś bliskie mi były te poglądy. Czy Pani tę ciszę, która jest pisana zresztą tutaj dużą literą, wzięła sobie skądś jeszcze oprócz siebie? Czy czyjeś poglądy są pani jakoś bliskie?
[20:23.17 → 22:28.86] B: Chyba już, chyba nie. To było zupełnie... Wydawało mi się takie bardzo moje. Cisza też brała się stąd, że... Na pierwszej stronie zaczynam również... wzięła się z mojego chodzenia. Ja lubię chodzić, że zapowiadało się na to, że nie będę lubiła chodzić, bo nie chciało mi się ruszać, tak jak pani przeczytała w tym opisie. Bardzo lubię chodzić i lubię chodzić szybko. I chodziłam do szkoły pieszo, miałam do przejścia niespecjalnie daleko, bo dwa kilometry, ale nie wybierałam autobusu, bo to były lata osiemdziesiąte, naprawdę mega trudno było się dostać do środka, szczególnie z tornistrem, dokąd idziesz chłopczyku, gdzie się pchasz tym tornistrem, więc było zawsze bardzo dużo ludzi i bardzo mało autobusów, więc żeby się przejechać tym autobusem, to trzeba było wracać o jakiejś takiej sensownej porze typu pierwsza, kiedy ludzie nie wracali z pracy i do tej pracy nie jechali. Więc ja wybrałam chodzenie pieszo i ta cisza i ten rytm chodzenia jakoś był dla mnie mocno uspokajający, lubiłam to. I przypominam, że to jeszcze też nie były czasy nawet walkmanów, Dopiero później one się pojawiły, więc po prostu szłam z niczym. Tylko z sobą samą, więc... Niewyobrażalne dzisiaj właściwie, kiedy wszyscy mamy komórki i ciągle w nich czegoś szukamy.
[22:29.24 → 22:29.98] A: Albo słuchawki.
[22:29.98 → 22:40.60] B: Albo słuchawki, słuchamy muzyki czy jakiejś radia. Ciągle są dźwięki wokół.
[22:42.20 → 22:58.12] A: To było w latach osiemdziesiątych, powiedziała pani. Książka zaczyna się w latach osiemdziesiątych. Babcia czytała trendowatą. Mamy tutaj takie sceny. Tymczasem pewnie gdybym zadała pani pytanie, czy to jest książka autobiograficzna, stanowczo odpowiedziałaby pani?
[22:58.40 → 22:59.50] B: Nie, nie.
[23:00.70 → 23:09.30] A: To proszę powiedzieć w takim razie, do czego pani te nawiązania do bardzo realnych postaci, do bardzo realnej rzeczywistości?
[23:10.08 → 23:57.82] B: Prawdopodobnie to jest związane z debiutem w ogóle, bo czytałam, że wszyscy debiutanci tak robią, więc nie jestem tutaj jakimś wyjątkiem. Podobno pierwsza książka musi się wziąć z tego, co się przeżyło w jakiś sposób z dzieciństwa. Oczywiście nie jeden do jednego, bo tak nie jest, Ale ona musi się pojawić z tego, co się przeżyło i te konkretne rzeczy, te jakieś drobiazgi, które właściwie są później przetworzone tak, że są nie do odgadnięcia, nie do odnalezienia w tym realnym czasie, tam muszą być.
[23:59.60 → 24:01.64] A: A bohaterowie?
[24:04.14 → 24:18.06] B: No właśnie, oni też mają swoich ludzi w latach osiemdziesiątych. Mają swoje wzory.
[24:21.42 → 24:27.12] A: A może poznajmy goryla, dobrze? Poproszę Panią o fragment.
[24:36.68 → 26:07.08] C: O czym myślał goryl było dla wszystkich tajemnicą aż do 111 dnia tego roku, w którym goryl miał iść do szkoły dla dzieci opóźnionych w rozwoju. Tego dnia w Barbarze był zawał i ojciec goryla z sześcioma kamratami już nigdy nie wyjechali na powierzchnię żywi. Wyjechało po czterech dniach jego martwe ciało i odebrało ciszę gorylowi. W kościele na pogrzebie podczas podniesienia goryl już nie mógł jej wytrzymać i zaczął gulgotać jak ingor, ryczeć jak zarzynana krowa, wyć i bić się pięściami w chudziutkie ciałko jak King Kong. Z tą chwilą cisza, która była jego najlepszą przyjaciółką, stała się znienawidzonym wrogiem. Od tej pory goryl ciągle coś do siebie mamrotał. Na początku mieszał wszystkie wymarłe języki świata, Ale powoli zaczął dodawać słowa, które rozpoznawali otaczający go ludzie. Matka goryla musiała iść do roboty i goryl zostawał sam. Ale nauczył się nosić klucz na wstążce i otwierać nim drzwi, nie zapruszać ognia, nie bawić się nożem i nie robić żadnych innych głupot. Sąsiedzi nawet szeptali, że to wygląda tak, jakby ojciec goryla ofiarował się za syna i miłosierny pan oddał dziecku rozum. Może nie cały. bo też życie ojca goryla nie było aż tak cenne, żeby od razu żądać całego rozumu dla debila.
[26:10.56 → 26:23.62] A: Wybrała pani akurat taki fragment, bardzo intensywny fragment. Nie da nam się tutaj poznać goryl ze swojej wielkiej radości życia, prawda?
[26:24.62 → 28:05.94] B: Goryl jest taką postacią, która jest szczęśliwa, po prostu wbrew temu, co mu się... co mu się przytrafiło wbrew nieszczęściu właśnie, jest dzieckiem szczęśliwym. Ma swoje marzenie, chciałby mieć kraba, pustelnika. I dowiedział się w jakiś cudowny sposób, że taki krab potrzebuje muszli, że będzie rósł, że będzie coraz większy, więc chodził, zbierał muszle po deszczu. Jest dzieckiem upośledzonym i jest takim chyba strasznie kochanym, taką kochaną postacią, taką dobrą, taką niewinną, najbardziej niewinną ze wszystkich, które w tej książce się tutaj przewijają. Gorylak się cieszy wszystko, nawet zero, jak go potrafi ucieszyć. Bardzo lubię go, w ogóle wszystkich lubię. To są dziwni ludzie, może trochę skrzywdzeni, może trochę doświadczeni przez życie, a ja ich strasznie lubię.
[28:07.38 → 30:05.43] A: Ja też. Zresztą przyznałam się pani w kartelobie, że chciałabym zamieszkać w takim świecie, chociaż jest on naprawdę wcale nie do końca, a może nawet zupełnie nie jest słodki. Ale jakoś dobrze się tam w nim osadzam. Słowo jeszcze o Gorylu, dlatego że tam jest taka scena, przy której chwilę chciałabym się zatrzymać. Mianowicie, goryl w pewnym momencie dowiaduje się, że ziarno lotosu może żyć trzy tysiące lat i dopiero później zakwitnąć. I reaguje na to w ten sposób, że on też tak może. Na co jest mu tłumaczone, ta młoda osoba mu tłumaczy, że to jest niemożliwe, że człowiek tyle czasu nie żyje. A ile żyje, pyta rozumnie goryl. No góra 100 lat. A dlaczego 100 lat dopytuje? Andrzej, bo tak naprawdę ma na imię. I słyszy w odpowiedzi, bo tyle się śpiewa w piosence. 100 lat, 100 lat. Dla mnie ta scena jest fenomenalnym pokazaniem, jak bardzo najpierw sobie tworzymy pewne historie, pewne opowieści i pewne mity, a potem one tworzą nas. Skoro stworzyliśmy sobie opowieść pod tytułem 100 lat 100 lat, to się teraz do tego dopasowujemy. Czas więc być może na stworzenie zupełnie nowej. Na przykład opowieści, nie tylko jeśli chodzi o to, ile człowiek ma żyć, ale w ogóle jak powinien wyglądać świat. Dla mnie ta pani książka jest taką właśnie nową opowieścią i mam wielką wiarę w to, że może spróbujemy żyć w ten sposób. Idziemy dalej. Lubię wszystkie te postaci. Jak one do pani przychodziły? Pojedynczo, grupą, jedna ciągnęła drugą za rączkę?
[30:08.39 → 32:22.77] B: One mają... Powiedziałam, że to nie jest autobiografia, bo nie jest. Nie ma tam... No niewiele jest tam rzeczy takich naprawdę... które ewentualnie się mogły czy zdarzyły. Natomiast postacie, które się pojawiały, one mają swoich... Ja miałam takiego kolegę, może nawet jeszcze inaczej. Był chłopczyk, który w pewien sposób przypominał mi tę postać, którą stworzyłam i którą nazwałam gorylem. Był taki nauczyciel muzyki, który był ciapłowatym nauczycielem i któremu bardzo dużo zawdzięczam. Właściwie w podstawówce uczył mnie grać na mandolinie radzieckiej, bardzo twardej, którą dostałam od rodziców. i gdzie tam bardzo trudno było docisnąć struny, bo fatalnie była skonstruowana. Ale mimo tego ten nauczyciel zauważył mnie, to było ważne dla mnie wtedy, zauważył mnie, bardzo mnie chwalił, stawiał mi piątki właściwie bez pytania, bo uważał, że jestem umuzykalniona, więc na pewno potrafię to wszystko, o co chciałby mnie zapytać. I uczył mnie gry na mandolinie, pokazywał nuty. Nauczył mnie zapisu nutowego właśnie w tej podstawówce. I miał na imię Adam. Więc dałam temu nauczycielowi na imię Adam. No i cóż.
[32:24.61 → 32:27.29] A: Też słuchał odgłosów w łazience?
[32:28.37 → 34:31.87] B: Nie wiem. Nie wiem, czy on słuchał, nie wiem, natomiast podarował mu swój sen. To jest sen, który mi się przyśnił. Ja wiem, jak nudne jest opowiadanie o snach, ale szybko go opowiem. Śniło mi się, że jestem światowej sławy kompozytorem, ale takim po prostu, że już wyżej się nie da. Mieszkam w takim przepięknym dworku, wspaniałym. Jedyne pomieszczenie, które jest naprawdę zrujnowane i nieodnowione, to jest łazienka. Łazienka z rezerwuarem takim podwieszanym, z łańcuszkiem do spłukiwania. i moja tajemnica, która powoduje, że drżę, jest taka, że ja nie piszę tej muzyki, tylko ją spisuję. Spisuję jej z tych kapiących kropel z tego rezerwuaru, który jest uszkodzony i tym sposobem... Jestem już starszym panem w tym śnie. I tym sposobem udaje mi się przeżyć życie i tylko po prostu drżę, że ktoś odkryje to miejsce albo, nie daj Boże, wejdzie jakaś ekipa remontowa i to wszystko ponaprawia i będę po prostu w kropce. Więc podarowałam mu ten sen, to znaczy on rzeczywiście zmagał się z tym rezerwuarem i rzeczywiście chciał usłyszeć tę muzykę. A działo się to wtedy, kiedy przebywał w towarzystwie swoich nieżyjących sióstr, które go dopingowały do tego, żeby on jednak coś więcej zrobił niż tylko to nauczanie dzieciaków muzyki w szkole.
[34:32.57 → 35:32.96] A: Jak państwo widzą, rzeczywistość jest niekoniecznie taka, jak nam się wydaje, że jest. Dlatego, że w rzeczywistości spokojnie mogą z nami być nasze nieżyjące siostry. W rzeczywistości spokojnie na jednej stronie możemy mieć lat kilka i kilkadziesiąt. W rzeczywistości święty Jerzy też może się pojawiać i jego historia może mieć odniesienia do naszego życia. Mam pytanie o to, czy pani to sobie... Przepraszam, że drugi raz używam słowa, które wyraźnie nie jest pani bliskie, ale trudno. Czy pani to sobie zaplanowała? Czy pani to sobie wykombinowała? Czy też po prostu to była wielka swoboda i wielki lust tego, że przygląda się pani rzeczywistości takiej, jaka ona jest naprawdę, a nie jak wydaje nam się, że powinna być.
[35:33.61 → 41:50.85] B: Po pierwsze, zawsze zastanawiała mnie definicja czasu, co to jest. I czy czas rzeczywiście płynie tak, jak my myślimy, że płynie. No bo przecież czasami czas płynie szybciej, a czasami strasznie się dłuży. A przecież nie przyspiesza, nie zwalnia. Że może Może kręcimy się w kółko, może po prostu ciągle wracamy do pewnego punktu, z którego wyruszyliśmy. Lubię po prostu dzielić włos na czworo. No i to pisanie oczywiście, no niezaplanowane. Zaczęłam pisać, zaczęło mi to sprawiać przyjemność. No ale nie myślałam o tym. Pierwsza myśl, która gdzieś tam się pojawiła po jakimś już dłuższym czasie pisania i kolekcjonowania tych kartek, że może napiszę opowiadania po prostu luźno ze sobą powiązane. A potem wyszło to, co wyszło. Pierwsza pojawiła się Aszer. a potem zaraz po niej goryl. No i zaczęłam pisać historię goryla, właściwie tak w tej kolejności, tak jak już mówiłam, jak pisałam. Pierwszym moim czytelnikiem był mój mąż, który przeczytał i potem zaczął lobować, zaczął przychodzić i mówić, jak coś zrobisz gorlowi. Więc to mnie też nagręciło, ale już przestałam pokazywać, co piszę, bo zaczynały się ingerencje z zewnątrz. Potem, kiedy już miałam 30 stron, pokazałam przyjacielowi, który długo się nie odzywał i po jakichś trzech tygodniach zadzwonił i myślałam, że mu się nie podobało, że tak długo, ale on zbierał się, jak mi opowiedzieć, co przeżył czytając. No i fajnie, to było dla mnie takim bardzo... tym wiatrem, który mi te skrzydła trochę rozwinął. No i nie wiem, dotarłam powiedzmy do jakiejś pięćdziesiątej którejś strony, czyli do połowy książki i zaczęłam się zastanawiać, czy to w ogóle ma jakąś wartość i czy to jest literatura. Potrzebowałam kogoś, kto bym powiedział szczerze i to nie mógł być mój mąż, bo wiadomo, że bym się bał, ale kogoś, kto nie bałby mi się powiedzieć, że słuchaj, to jest spokój, fajne, to pisz, jasne, jak lubisz, to pisz. No i zaczęłam szukać takich możliwości. Są szkoły, takie wspierające debiutantów, które prowadzą kursy pisania. Ale ja wiem, że gdybym poszła na taki kurs, to koniec ze mną. Nie skończyłabym tego. Dowiedziałabym się za dużo. Zaczęłabym myśleć, jak mam pisać, co mam pisać, jak mam konstruować. W ogóle słowo, już wspomniałam, konstrukcja, już jest dość przerażające. Bo techniczne, więc jakby odcina od źródła przynajmniej. To tak jak ze śpiewaniem, kiedy zaczynałam śpiewać i dowiedziałam się, że jest coś takiego jak warsztat wokalny. Jak się tego dowiedziałam, to mi się zblokowałam totalnie. Nie byłam w stanie, bo nie znam warsztatu. bo jeszcze nie byłam na tych lekcjach, które pozwolą mi, a przecież, żeby dobrze to robić, to na pewno nie są trzy lekcje, tylko trzysta. Więc to też było bardzo blokujące. Wiedząc to o sobie, jednak postanowiłam, że może uda mi się dotrzeć do jakiegoś mądrego człowieka, najlepiej kogoś, kto zajmuje się redakcją, kto rzuciłby okiem i wiedziałby po trzech stronach, co to jest. Zaczęłam przeglądać strony wydawnictw i tam jest zawsze taka strona, taka zakładka dla debiutanta. tam jest w większości, a właściwie w niemal wszystkich napisane, proszę przysłać 30 stron. Jeśli w ciągu trzech miesięcy nie będzie odpowiedzi zwrotnej, to znaczy, że nie będzie odpowiedzi zwrotnej, Proszę już więcej tutaj nie pisać.
[41:51.73 → 41:54.57] A: Przynajmniej tak to... I jeszcze nie uzasadniamy?
[41:54.93 → 46:24.42] B: Nie uzasadniamy, bo nie uzasadniamy, bo nie uzasadniamy, bo wszyscy chcą wiedzieć, ale dlaczego? Nie. Bo nie. No i jedynym wydawnictwem, które miało telefon, pod który można było zadzwonić i się zapytać, dzień dobry, I twarz było wydawnictwo Nisza, które ma twarz pani Krystyny Bratkowskiej, która jest wydawnictwem Nisza. Więc to było już mało skomplikowane i bardzo mi bliskie, i bardzo bliskie tej ciszy we mnie i tej takiej kameralności, którą zawsze lubiłam bardziej niż duże przestrzenie. Więc zadzwoniłam do pani Krystyny, Powiedziałam, że jestem pięćdziesięcioletnią debiutantką i czy byłaby tak miła i przeczytała. Tak, proszę wysłać. Dwa dni później pani Krystyna oddzwoniła i powiedziała, że wydaje to. Więc było to bardzo miłe, ale również przerażające, bo ja miałam pięćdziesiąt stron, a powiedziałam, że już skończyłam. Więc... Więc powiedziałam, że a, to ja jeszcze potrzebuję trochę czasu, żeby to jeszcze przeczytać. Pani Krystyna, oczywiście tak, tak, no bo jak pani skończy, no to musi się odleżeć, no wiadomo, że to tak nie można, na świeżo. Więc ja ów, to co się miało odleżeć, to się odleżało, a resztę rzuciłam się do pisania dalej. I to było też takie fantastyczne. Nie nudzę państwa? Nie. Bo chcę powiedzieć, że to było naprawdę niesamowite przeżycie, to pisanie. To było coś tak fantastycznego, co mi się dawno nie zdarzyło. Kiedyś była dla mnie tym piosenka. Czyli taką ucieczką do własnego sposobu komunikacji, do swojego świata. Tutaj nagle się... Ale do piosenki jest mi potrzebny jakiś jeszcze człowiek, który mi towarzyszy więcej tak samo tę piosenkę czuje, albo przynajmniej podobnie i potrafi za mną podążać, a ja jego rozumiem, co on ma do powiedzenia jako ten akompaniator, więc to już jest bardziej skomplikowana sprawa. Natomiast pisanie jest działaniem samotniczym i to było super. Po prostu... Właśnie tu się pojawiły te zatyczki, bo potrzebowałam takiej totalnej ciszy. I muszę powiedzieć, że nie wiem, kiedy czas mijał. A wychodziłam czasem z jednym zdaniem. Więcej się nie pojawiło. A czasami miałam poczucie, uwaga, horror, jakby ktoś mi to dyktował. Więc to było... ale jakbym spisywała te słowa rzeczywiście, jakby one gdzieś płynęły i dały się spisać. I bardzo lubię przytaczać taką właśnie, bo akurat natknęłam się na taki żart obrazkowy, nie wiem czyjego autorstwa, ale lubię go przytaczać, bo to były takie, jak się pani pisało, bo to jest częste pytanie, które myśmy, i co z tym pisaniem. No więc to było tak, to było, Zamykałam się w pokoju, siedziałam w jakiejś zazwyczaj nawet jednej pozycji przez kilka godzin. I to było jak na tym obraz, na tym żarcie obrazkowym, który przedstawiał Buddę w pozycji medytacyjnej, medytującego Buddę. Na drugim obrazku był ten Budda, też w tej samej pozycji. I na trzecim obrazku znowu on w tej samej pozycji. i podpis, niesamowite przygody Buddy. I to było to, co mi się przytrafiło podczas pisania. To po prostu nie ruszając się nigdzie, siedząc w miejscu, właściwie nawet w tej samej pozycji, przeżywałam niesamowite przygody.
[46:25.64 → 46:37.57] A: Opowieść jest wszędzie, dźwięk jest wszędzie, tak mówi pani bohater Adam, prawda? Zresztą nie tylko on, opowieść też jest wszędzie. Posłuchajmy jeszcze kolejnego fragmentu.
[46:40.77 → 46:43.77] B: Adam
[46:45.97 → 49:48.57] C: bał się radia. Zdarzyło się już, że usłyszał przez nie dźwięki, których nie chciał słyszeć, a potem długo nie mógł wrócić do siebie. Choćby soloskrzypiec, Stevena Staryka w szeherezadzie rymskiego Korsakowa pod batutą Tomasa Behama z 1958 roku. Bo Adam w końcu wybrał skrzypce. Co matkę tylko rozeźliło przecież. Wiadomo, że do skrzypiec trzeba się tulić od kołyski. Nie zaczyna się gry na tak wymagającym instrumencie, walcząc już z pryszczami. Było jasne, że jej syn nie stanie nigdy na światowym podium. Na ogólnopolskim podium. właściwie na żadnym podium, bo każdy jest poza jego zasięgiem, że nigdy nie wyjdzie poza poprawność wykonawczą. Dlatego namawiała go na kompozycję. Wierzyła, że skoro Chaya miała tak wspaniały dar, a Hava tak imponującą dyscyplinę, niemożliwe, żeby on nie miał nic. Jej chodziło o sukces, jemu o ratunek. Nie mogła pojąć, że zadowala go bycie uświnionym kredą nauczycielem muzyki w śląskiej podstawówce, taszczącym na plecach skrzypce, akordeon, siedem trójkątów, sześć tamburynów i pęk rozklekotanych kastanietów powiązanych miękkim drucikiem przyniesionym w ramach przeprosin przez jedną z matek pracujących w fabryce drutu dwie przycznice dalej. Za każdym razem, kiedy Adam próbował zapisać te strzępki fraz, które czasem słyszał ponad hałasem szkolnego korytarza, zapadała cisza, przez którą nie mógł oddychać. bo położyła się na nim peleryną niewidką zaraz po tym, jak wszystkie dźwięki wzięła na siebie haja, a przed nią tata i chawa, a przed nimi ta z niemowlakiem, a przed nią tych kilkoro, których już nie zobaczył, bo siedemnastoletni Zbyszek, pseudonim Kula, znalazł go o świcie na czerwonym bagnie, prowadzony może i przez tę najjaśniejszą ciszę, której on teraz jest winien swoje życie, a której tak się lęka, niepotrzebnie przecież, bo to ona była jego salwatorem, przykrył mu głowę swoją kurtką i wyniósł stamtąd, nie pozwalając patrzeć. Sam nie mógł nie zobaczyć i nie zapamiętać. Także kiedy siedemdziesiąt lat później, jako zagorzały filosemita, wdychał w swoim ogródku nadmorskie zielone powietrze i po raz ostatni wygrzewał w wiosennym słońcu słoniowate odbicia na łbę nogi, ten obraz znów piegł go w gardle i nie mógł nawet powiedzieć akysz, Bo wiedział, że jak się teraz odezwie, to się rozszlocha i wyjdzie na starego durnie. Adam wyprowadził się od matki i ze strachu przed ciszą kupił radio. A kiedy uznał, że jest w nim za dużo muzyki, dokupił telewizor. Głównie, żeby oglądać programy dla rolników, kiedy miał do szkoły na 11.40. Bo dla niego poranki były bardziej dojmujące od wieczorów. Zwłaszcza tych poprzedzających białe noce, przez które przepychał się za pomocą wolnej Europy.
[49:51.07 → 49:56.57] A: Dziękuję bardzo. Cisza zawsze była po pani stronie. Nigdy nie bała się pani ciszy?
[49:58.15 → 51:30.88] B: Nie. Nigdy. Chciałam jeszcze tylko dodać... Mogę? Chciałam jeszcze tylko dodać o tym, że wszędzie są dźwięki i wszędzie są słowa, które się gdzieś tam pałętają, a wystarczy je usłyszeć, że takim... tym wzorem dla Hai, czyli dla tej nieżyjącej siostry, tej, która próbowała Adama zmusić do komponowania i do spisywania tej muzyki spadających kropel, była Björk, taka piosenkarka, państwo na pewno doskonale ją znają. Ona jak była młodziutką dziewczyną w latach 90., kiedy debiutowała swoją pierwszą chyba płytą. Był taki wywiad z nią, gdzie ona... Angielski jest bardzo taki specyficzny, islandzki. I właśnie mówiła z takim zachwytem, everything is music, everything. I to było takie piękne, ja to zapamiętałam. Było urocze po prostu. Więc dałam tej, włożyłam to w usta Chai, tylko Chaja jest troszeczkę bardziej straszna i mówi w innym języku to zdanie.
[51:32.18 → 51:53.51] A: Historia w przyrodzie nic nie ginie. Zupełnie nowego znaczenia nabrało dla mnie to sformułowanie. Znają mnie Państwo oczywiście znakomicie, prawda? Moja babcia mówiła, jak zgubiłam klucze. To mówiła w przyrodzie, nic nie ginie, na pewno się znajdą i tak dalej, ale tu w książce zupełnie o co innego chodzi.
[51:53.64 → 52:41.89] B: Tutaj Adam w szale twórczym oczywiście tworzy tę muzykę, gra ją na akordeonie, potem ją śpiewa, szczęśliwy i oszołomiony tym, że ona z niego w końcu wylatuje. ale już jej nie zapisuje, bo nie może, bo już oszalał, więc nie ma szans na zapisanie tej muzyki, ale w przyrodzie nic nie ginie. Cztery lata później spiszę ją Arvo Part, który jest estońskim kompozytorem i nazwie tę kompozycję Stabat Mater. Zresztą polecam tego kompozytora, bo to wspaniała muzyka.
[52:43.70 → 52:46.97] A: To jest też jeden ze znaczniejszych fragmentów. Dlaczego to jest takie krótkie?
[52:48.68 → 53:53.78] B: No właśnie, musiałam się bardzo dyscyplinować, żeby było takie krótkie, bo ciągnęło mnie, myślałam, że skończę w jaskini, bo ja się tam tym czasem przemieszczałam do tyłu coraz dalej i postanowiłam, że jednak zakończę na tej wojnie drugiej, bo miałam ochotę rzucić się jeszcze dalej, jeszcze dalej, jeszcze dalej, jeszcze dalej. Miałam taki pomysł, że skończyłoby się tym malunkiem w jaskini i ktoś by powiedział, weź przestań, co to ma być? Co to za bazgrzesz? Oczywiście żartuję. Gdzieś tam była taka pokusa, żeby tego nie kończyć. ale przestraszyłam się, że to się rozrośnie, że będzie niezjadliwe, że to będzie za duże, za ciężkie i że ja muszę skończyć, żebym miała sukces, że skończyłam. Taki dla siebie, że napisałam książkę, żebym mogła powiedzieć napisałam, a nie, że piszę.
[53:55.44 → 54:00.18] A: Były też takie podejrzenia, że to krótka forma piosenkowa Panią tak wytrenowała.
[54:00.26 → 54:35.27] B: Tak, ja też właśnie lubię taką krótką formę i mimo tego, że lubię, tak jak się zwierzyłam Pani, bardzo rozbudowane zdania i bardzo bym chciała się w tym szkolić i pisać jedno zdanie na kilka stron, to też lubię takie... Lubię gęstość jakąś taką, która nie lubię rozwadniać, nie lubię zbyt długich opisów. Konkret mnie interesuje.
[54:36.07 → 56:24.07] A: Te zdania być może państwo znajdą dłuższe, bo szczerze mówiąc ten brak kropki na trzeciej stronie jeszcze ciągle mi nie przeszkadzał, ale ponad dwie i pół strony to jest najdłuższe zdanie, które ja znalazłam, ale przepięknie się naprawdę za tym podąża. Jestem gotowa powędrować za panią do jaskini Lascaux, także proszę mnie tam ewentualnie ze sobą zabrać. Natomiast ja sobie pomyślałam, że jeszcze może być jedna przyczyna, dla której to jest takie krótkie, bo proszę pani, ja sobie zajrzałam do tych Berów i Bojek Śląskich. Cudowna literatura, absolutnie. Polecam państwu, dostępna w internecie, to jest Stanisława Ligonia, przez niego przygotowaną. Ale tam znalazłam taki fragment, tylko strasznie pokaleczę teraz ten śląski język pewnie. Każdy łospowiadacz musi se zniarkować trzy rzeczy, które są związane z jego fajnym kunsztem. Mianowicie, widz, czyli kąsek, musi być krótki. Fajnie uło pojedziany, koniec zaś nieoczekiwany. Długi widz jest jak nieprzymierzając srogi komin fabryczny, na kiery się włazi na piechty. Toć widok z wierchu, jak się tam wlazło, jest bardzo piękny, ale cóż, Kiejtyn, co w los, zmęczył się przy tym farońsko. Wszystkiego mu się przeto łode chce. Ale teraz już wiem, że się pani Pierońsko nie zmęczyła przy tej książce.
[56:24.71 → 57:07.48] B: Nie, ja się nie zmęczyłam, ale rzeczywiście, a widz to jest dowcip, to jest, to warte przetłumaczenia, że widz musi być krótki i z zaskakującą puentą. No tak, ja lubiłam te opowieści, tam na przykład opis świni, opis konia, opis krowy. że świnia zaczyna się od dwóch dziurek łoptoconych mięsem. Lubiłam to jako dziecko czytać i czytałam to w kółko i zresztą jestem też takim typem, który lubi wracać do tego, co już zna, bo już to zna po prostu i to lubi.
[57:08.24 → 58:26.13] A: Z tym wicem to w ogóle chciałam pani bardzo podziękować, dlatego że ja to słowo znakomicie znam, No bo moja babcia, przepraszam, że znowu się na nią powołam, właśnie zwykła była czasem tak mówić, że cały widz polega na tym. I ja byłam pewna, że widz to widz. No przepraszam bardzo, moja babcia podlasianka, a tu nagle odnajduję w jej podlaskim języku słowo pochodzące ze Śląska. Co to znaczy widz? To ja się dowiedziałam czytając dopiero tę książkę. Ale to też przy okazji dało mi do myślenia, a właściwie przypomniało mi, że wszyscyśmy kundle tak naprawdę. Bo skąd u mojej babci podlasianki kluski żydowskie, dopiero potem się dowiedziałam. Skąd widz śląski, prawda? Ona tam mieszkała z dziada bradziada na tamtych terenach. Ale sąsiadki pewnie nie. Pewnie rozmawiały, prawda? Chciałam zapytać Panią o to, czy słuszne jest moje podejrzenie, że między płytą, konstelację a kundlami jest jednak bardzo duży związek, polegający nie tylko na tym, że powstawały mniej więcej w tym samym czasie, bo to była pandemia, kiedy Pani pracowała nad jednym i drugim.
[58:28.37 → 59:13.35] B: Tak, powstawały w tym samym czasie i to był ten czas odchodzenia rodziców i konstelację, też rezonowały z tym, co było we mnie. Ale też inspiracją dla tej płyty była książka. Książka Georgia Sandersa, Lincoln Bardot. Jeśli państwo będą mieli taką sposobność przeczytania jej, bardzo zachęcam, bo to ja przepadłam w tej książce. Pani czytała? Czytała pani i podobał się pani? No właśnie, bo niektórym nie.
[59:13.77 → 59:19.85] A: Dlatego ta przestrzeń pomiędzy i w płycie i w książce jest mi też jakoś bliska.
[59:20.77 → 01:01:38.39] B: To jest niesamowity w ogóle format wymyślony na potrzeby tej książki. Opowieść o Bardo, czyli o tym miejscu, gdzie dusze się spotykają po śmierci, jeszcze nie bardzo wiedząc nawet, że nie żyją. Myślą, że są w szpitalu i że leżą w takich w skrzynkach szpitalnych. I tam się spotykają, niektóre już tam zasiedziały się przez lata, niektóre dopiero co się pojawiły. I ja chciałam napisać właśnie piosenki, które opowiadałyby to bardo. i też próbowałam zdobyć prawa do użycia fragmentów tej książki, żeby zrobić taki po prostu... Nie ma polskiego dobrego słowa, a kiedyś była śpiewogra, ale to mnie trochę przeraża. Ale no rzeczywiście, musical nie? Śpiewogra, trochę straszne. Ale coś takiego, połączenie muzyki i trochę grania tych postaci. Natomiast to, co mi się nie udało, to nie udało mi się otrzymać żadnej odpowiedzi przez półtora roku. Mimo pisania, szukania przez prawników, dobijania się do wydawcy Sandersa, nie udało mi się otrzymać odpowiedzi. ani tak, ani nie, ani coś tam. Musiałam porzucić ten pomysł, natomiast już kilka piosenek powstało, więc doopowiadając bardzo, dopisałam jeszcze piosenki takie okołokonstelacyjne, żeby to bardzo gdzieś umieścić. w takim miejscu wśród gwiazd, w jakimś kosmosie gdzieś zawiesić.
[01:01:39.99 → 01:02:35.90] A: A zaczyna pani płytę od księgi Koheleta. I to też chyba nie przypadek, bo niedługo przed tym momentem, kiedy pani zaczyna pisać, okazuje się w całości nowe tłumaczenie tej księgi, bo do tej pory znaliśmy je z zupełnie innych tłumaczeń. Sformułowanie marnością, z marnościami, wszystko marność myślę wszyscy z nas jeszcze ze szkoły wynieśli. Vanitas vanitum et omnia vanitas. Natomiast to słowo vanitas jest wzięte z łacińskiego tłumaczenia i oczywiście może oznaczać marność. ale w hebrajskim to jest hevel, czyli ulotny. A później ukazuje się Biblia ekumeniczna.
[01:02:36.10 → 01:04:35.07] B: Tak, i z tej Biblii ekumenicznej są te słowa kohaleta, które ja trochę na potrzeby rytmizacji zmieniłam, Ale brzmi to mniej więcej tak, że pokolenie mija i przychodzi nowe, ciągle wieje ten sam wiatr, wiruje i krąży. Księżyc płynie każdej nocy tylko w jedną stronę, to co było znów się zdarzy. Nic nowego pod słońcem. I to w ogóle wstrząsnęło, bo ja oczywiście, że znałam kochane ta właśnie marność nad marnościami i wszystko, marność, że się pochlastać po prostu tylko, to życie czyta się to, jak gdyby życie nie było wartościowe. A tutaj w ogóle nie o to chodziło. Chodziło o to, że życie jest tak strasznie ulotne i że to, za czym my biegniemy i to, czego szukamy, co nas spala, po pierwsze nie jest niczym, co nie wydarzyłoby się już wcześniej i co się nie wydarzy za chwilę znowu. Więc może właśnie tutaj jest ten czas, który się zapętla. To już może bez nas, ale jakby z tym samym tematem ciągle. Więc tak to mnie też mocno uruchomiło. W ogóle piękne tłumaczenie. Ja bardzo polecam, jeśli ktoś mógłby sobie przeczytać tego Koheleta w tłumaczeniu ekumenicznym, to bardzo polecam. To jest poezja.
[01:04:37.75 → 01:04:51.44] A: No i dokładnie o tym też jest ta opowieść. To też spowodowało, że kiedy skończyłam tę książkę, natychmiast chciałam zacząć ją od nowa, żeby się upewnić, Racja, że wszystko co było będzie jeszcze raz, a może coś się zmieni.
[01:04:51.44 → 01:04:58.88] B: Może Sophie i Judith znowu usiądą, usadowią się w miejsce i znów zacznie się wszystko od początku.
[01:04:59.56 → 01:05:23.29] A: Naprawdę bardzo pani dziękuję, bo to trwały ułamek sekundy, ale ja przez ten ułamek sekundy uwierzyłam, że kiedy jeszcze raz zacznę to czytać, to ta opowieść może się potoczyć w trochę inny sposób. Więc tutaj mamy po pierwsze ten związek, między książką a płytą. Przyszło mi też przez myśl, czy narrator z tej książki nie jest Kocheletem?
[01:05:26.21 → 01:05:52.30] B: Nie, ja już opowiedziałam, kim jest narrator według mnie, ale ja nie wiem tak naprawdę, kim on jest. I prawdę mówiąc, tylu rzeczy nowych się o swojej książce dowiedziałam choćby z recenzji, że nawet nie wiedziałam, co pisze. Okazało się, więc to jest strasznie też ciekawe.
[01:05:52.70 → 01:05:55.32] A: Proszę opowiedzieć o Świętym Jerzym, to bardzo ładna recenzja.
[01:05:56.32 → 01:07:47.58] B: No po pierwsze dowiedziałam się, po pierwsze strasznie mnie ucieszyły dwie recenzje, które ukazały się w tym samym piśmie śląskim. i były napisane przez kobietę i mężczyznę, w tej chwili nie powiem, jak się nazywają, ale na pewno można to odnaleźć, więc to było bardzo dla mnie takie pouczające i rozluźniające, bo się bardzo denerwowałam oczywiście, jak to zostanie przyjęte. Więc w jednej recenzji było napisane, że opowieść o świętym Jerzym rozwala tę książkę, a w drugiej było napisane, że opowieść o świętym Jerzym scala tę książkę. I wtedy się rozluźniłam. No i potem dowiedziałam się też, że wysłuchuję, że jestem tak... W ogóle jak pisałam, to w ogóle nie o to mi chodziło, że później będę szukać recenzji na swój temat, ale rzeczywiście wkręciłam się. No i znalazłam też jakąś dyskusję taką wśród krytyków i też dowiedziałam się, że polemizuję ze Szczepanem Twardochem. To mi się też strasznie spodobało, że podjęłam się polemiki ze Szczepanem Twardochem. którego bardzo cenię. Lubię jego książki. Nie wiedziałam tego i teraz wiem.
[01:07:50.00 → 01:07:56.24] A: Po to człowiek nie tylko książki czyta, ale i pisze, żeby się dowiedzieć, co
[01:07:56.24 → 01:08:00.72] B: tam się kryje w tych zakamarkach.
[01:08:00.92 → 01:08:05.58] A: Z przyjemnością za chwilę oddam państwu głos, ale poprosiłabym jeszcze o trzeci fragment książki.
[01:08:14.48 → 01:11:02.90] C: Było bardzo gorąco. Piranii wytrwale ciągnęła wóz, ale miała już swoje lata i Andreas wiedział, że jeśli chce, żeby Alma jeszcze przed rozwiązaniem zobaczyła Morze Czarne, musi regularnie stawać na popas. Wybrał zacienione rozlewisko, które wczesną wiosną pewnie nie nadawałoby się na obóz, ale o tej porze roku wody już opadły, brzeg był łagodny i suchy, a przy samej rzece piaszczysta łacha jaśniała kolorem spłowiałego złota. Był ciągle zły na Almę. Kątem oka widział, jak ostrożnie, z wielką dbałością o swój już widoczny brzuch, schodzi z wozu, nie wypuszczając z objęć Fatimy, która niedawno zasnęła po długim płaczu. Pirani westchnęła z ulgą, kiedy zdjął z niej ciężar uprzęży i wyraźnie zadowolona pozwoliła przejrzeć sobie kopyta. Słońce stało jeszcze wysoko i gdyby nie upał, mogliby jechać dalej. Wyprzęgając klacz, Andreas zerkał na Almę. Wiedział, że była zmęczona. Brzuch i upał dawały jej się we znaki, ale nie to było powodem jej przygaśnięcia. To małe, nieszczęśliwe dziecko, tęskniące za zapitą matką, dziecko, którego nie potrafiła utulić, rozgrywało jej serce. Wiedział też, że się nie poskarży, nie przyzna do bezradności, bo będzie się bała, że usłyszy. Mówiłem, żeby jej nie brać, Po co Ci takie dziecko teraz, kiedy wreszcie będziemy mieli własne, kiedy musimy je bezpiecznie sprowadzić na ten świat i zadbać, żeby miało na nim swój tabor, swoją kurę i swoje szczęście? I był jej wdzięczny, że milczy. Bo te właśnie słowa drapały go w gardle, domagały się, żeby z niego wyskoczyć, wyciągnąć się między nimi na przypalonej słońcem trawie i pęcznieć od gorąca. Nie pomógł jej nawet wtedy, kiedy widział, jak mokra od potu jedną ręką próbuje rozłożyć na trawie swoją niebieską chustę, rozprostować jej pozagniatane rogi i ostrożnie ułożyć na niej śpiącą dziewczynkę. Andreas klepnął po zadzie pirani, cicho gwizdnął przez zęby i ruchem głowy wskazał jej zejście do wody. Ruszyła regularnymi dreszczami, strząsając z grzbietu wytrwale powracające muchy i powoli zanurzyła pęciny w błękitnej od nieba wodzie. Piła długo i wolno, celebrując podarowaną jej chwilę. W końcu podniosła łeb. Przez moment patrzymy na siebie. To, co mogę dla niej zrobić, to odwlekać, ale nie w mojej mocy jest odwlekać w nieskończoność. Pirani wie. Zna mnie od źrebięcia, kiedy to cudem udało się ją odkarmić i postawić na cienkich, rozkrwianych nogach. W jej oczach nie ma żalu.
[01:11:09.44 → 01:11:10.90] A: To czemu wybrała pani ten fragment?
[01:11:16.22 → 01:11:54.26] B: Żeby pokazać, że ten towarzysz, ten obserwator towarzyszył również zwierzętom. Ale chciałam też... Myślałam o innym fragmencie. Myślałam o tym, jak Fatima w Fatimie po raz pierwszy przyśniła się Matka Boska. Tylko że to jest fragment niestety obarczony gwarą, więc pomyślałam, że tu w Lublinie może będzie trudniej to przeczytać.
[01:11:55.98 → 01:12:02.18] A: Ale szkoda, że nam pani odebrała przyjemność wspólnej fajeczki Fatimy z Matką Boską.
[01:12:02.26 → 01:16:12.38] B: To było tak. Księżka stoi, a nie mam okularów. Nie, no dobra, ja to spróbuję przeczytać. Jak będę dukać, to nie znaczy, że nie umiem czytać, bo jak już wspomniałam, nauczyłam się szybko, ale po prostu nie widzę. Dobra, szukam. Teraz tak nie znajdę szybko. Jest, dobra. Wiedziała od razu, że jest w ciąży, bo przyśniła jej się Matka Boska i powiedziała, Fatima, tyś jest w ciąży. Pierwszy raz Matka Boska przyśniła się Fatimie u jej trzeciej matki, która była bardzo pobożną kobietą i mówiła do Fatimy mową, której na początku Fatima nie rozumiała, bo nie było w niej nic cygańskiego oprócz słówka daj, ale szybko się okazało, że to daj, wcale nie znaczyło mama. Przez to Fatimie chciało się płakać, ale z całych sił walczyła, żeby ten płacz zatrzymać, żeby jej nowa, dajmama nie musiała płakać razem z nią, więc zastygała w półruchu i patrzyła w jeden punkt bez mrugania, bo Fatimie akurat bez ruch pomagał opanować płacz. Na początku Fatima dużo spała i mało jadła, ale jak już zaczęła jeść tyle, ile trzeba, to przestała spać, bo w nocy spływały na nią krzyki i lamenty całego świata. Ten cały świat okazało się wcale nie był całym światem, tylko światem Fatimy, chociaż Fatima go sobie nie wybrała. Tajmama była tęgą kobietą, na którą wszyscy mówili Rubo Erna, bo miała wilczy apetyt i to było widać. Czego nie było widać, to gołębie serce ukryte w ogromnej piersi Erny, do której nocami tuliła Fatimę i wyjątkowy talent kulinarny, którymi otulała dziewczynkę w dzień, bo Fatima była za chudziutka, za krucha i za mała. Już drugiego dnia Rubo Erna zmieniła Fatimie imię na Maryjka. Fatima wydawała jej się jakimś owszem świętym miastem albo może nawet jej świętym imieniem, ale nie bardzo tutejszym, a w niespokojnych czasach lepiej mieć imię jak wszyscy. Jednak pośpiech jest złym doradcą, szczególnie w tak delikatnych sprawach i zamiana się nie udała. Erna nawet starała się być twarda dla dobra dziecka, ale jak to się mówi, trafiła kosa na kamień. Fatima była uparta i przez cały tygodnie nie reagowała na Maryjka, więc Erna dała za wygraną i z czasem tylko skróciła jej imię do Tima. W którejś nocy, kiedy nieszczęścia znowu zaczęły dusić Timę i Tima wyła przez sen, jakby ją kto okładał kijem, a tulenie, lulanie, całowanie i głaskanie nic nie dawało, Erna wreszcie wyszarpała ją z widziadła, kazała klęknąć i westchnęła swoim zaskakująco wysokim głosem, nieprzystającym do rozmiaru ciała, z którego ten głos się wydobywał. Co te ciulaste hachary ci narobili, dziążko. Godaj ze mną, Tymusiu, bo inaczej my cię nie ocalimy. Zdrowaś, Maryjo. I tak Fatima nauczyła się modlić po polsku i godać po śląsku. Fatima, ty się wciąż żyj. I potem w tym śnie zapadła wielka cisza. Ktoś wcisnął przycisk i od tego wciśnięcia świat zaczął się kręcić już bez głosu. a one usiadły na zydelkach, jakby się miały zaraz zabrać do obierania kartofli. Matka Boska wyciągnęła zza pazuchy dwie trochę wymięte, skręcone na prędce cigarety i obie se zakurzyły. Ty już, Tima, teraz nie będziesz mogła kurzyć. I no weź nie se mną. Matka Boska zaciągnęła się i wypuściła kółko. Totyż ja ci powiem, nie najlepiej wygląda jak działucha kurzy. A na wózek nie, wy do wejcie, weźcie se ten od usi zegert. Ona żadnej ciąży nie donosi. albo lepiej nic jej nie godecie, ja to tak zrobię, co by sama wam go dała.
[01:16:14.88 → 01:16:24.32] A: Czy bohaterowie odeszli sobie od pani? Nie przychodzą do pani już bohaterowie?
[01:16:24.94 → 01:16:29.44] B: Bohaterowie nie, już nie przychodzą. Już mi dali spokój.
[01:16:30.60 → 01:16:43.37] A: Panie i panowie, bardzo proszę. Katarzyna Groń jest do państwa dyspozycji. Jeśli czytali państwo książkę, to może refleksje, a jeśli pytania, to też bardzo proszę.
[01:16:47.99 → 01:17:32.99] B: Otóż to, o to mnie każdy pyta, ja się strasznie stresuję. Już ma pani warsztat. Tak, no właśnie, co to znaczy, bo właśnie chodzi o to, Tutaj nie było żadnej presji, ona się po prostu pojawiła. A teraz tak sobie myślę, że no co, mam pisać tę samą książkę jeszcze raz? No nową właśnie, ale jak to zrobić, żeby ona była nowa? I żeby ona była moim językiem, jeśli już mam jakiś język. Nie wiadomo, co tu zrobić z tym fantem. No czekam, może się to jakoś samo rozwiąże.
[01:17:33.73 → 01:17:50.35] A: Skoro na pierwszą nie miała pani planu, To po prostu proszę sobie kluczyk otworzyć drzwi i dać nam szybko nową. Bardzo proszę, czy ktoś z państwa jeszcze? Czy wolą państwo zostawić sobie czas na indywidualne ewentualnie rozmowy?
[01:17:51.19 → 01:17:51.28] B: Tak?
[01:17:52.55 → 01:18:00.19] A: Przepraszam? Co szczepan twardochna polemika. Obawiam się, że nie wie o tym.
[01:18:02.29 → 01:18:27.91] B: Tak, chodziło o to, że oboje jesteśmy ze Śląska i przypuszczalnie Szczepan Twardoch jest bardziej ze Śląska niż ja jestem ze Śląska, chociaż jestem ze Śląska, ale ja jestem jednak kundlem. Więc ten mój Śląsk wygląda zupełnie inaczej i cóż, nie przystaję do opowieści Szczepana Twardocha o Śląsku.
[01:18:28.15 → 01:18:33.22] A: A jaką Pani jest czytelniczką, proszę powiedzieć? Czego pani szuka w emisjaraturze?
[01:18:34.82 → 01:19:27.57] B: No właśnie, właściwie na początku, to znaczy bardzo długo czytałam wszystko to, co mi wpadało w rękę. I ta książka była taką chyba formą ucieczki jakiejś przed rzeczywistością. ratowała mnie. Jakie lubię książki? Dowiaduję się, że lubię różne, że lubię dobrą literaturę po prostu. I to nie jest dla mnie równoznaczne z tym, że lubię konkretny jakiś rodzaj, Lubię Markeza, ale lubię też...
[01:19:27.57 → 01:19:27.99] A: Czuć?
[01:19:28.39 → 01:20:06.47] B: Tak, no właśnie, czuć. Lubię prawie jak inne czasy tę książkę Olgi Tokarczuk, którą ja uważam, że jest jedną z najpiękniejszych książek, które przeczytałam. Ale też przecież... lubię Demla, więc może to jest jakoś, jak sobie myślę, to też jest jakieś bliskie, bo z kolei pochyla się nad takimi ludźmi.
[01:20:09.83 → 01:20:16.97] A: A Kondle miały jakąś bezpośrednią inspirację też literacką? Czy Kondle miały bezpośrednią literacką?
[01:20:16.97 → 01:20:41.43] B: Nie chyba. Myślę, że to wszystko się pozbierało po prostu, ta suma książek, którą przeczytałam. Jest też taki autor, który się nazywa Krysztówek Dom Głuchego, nie wiem czy pani Dom Głuchego.
[01:20:42.37 → 01:20:43.53] A: To Słowak jest, tak?
[01:20:43.53 → 01:23:07.55] B: Tak, Słowak, który... Właśnie napisał, to jest dość gruba książka, bardzo ładnie pisana i ona jakoś tą swoją narracją jest bliska. I Chrabalowi jakoś, nie wiem, mam wrażenie, że to gdzieś jest w tych okolicach, ale nie chciałabym pakować tego do jednego worka, bo też pewnie tak nie potrafię tego zanalizować. Ale tak pamiętam, tę lekturę Domu Głuchego i że po latach, przed właśnie zaczęciem pisania tej mojej książeczki, pomyślałam sobie, kurczę, zobaczę co Krzysztofek napisał nowego. Słucham? Tak. I dowiedziałam się, że dwa lata chyba po wydaniu tej książki zginął w katastrofie autobusowej, jakaś taka dziwna sprawa, znaczy dziwna, no zdarza się, ale jednak rzadko, więc to było takie... Tak mocno to odczułam tę wiadomość, tę śmierć. No i nie chcę powiedzieć, że... że to wydarzenie zapoczątkowało moje pisanie, ale wyobrażenie tego to zrobiło też w swoje. Nie wiem, nie chcę się jakoś głupio tłumaczyć, bo to jest jakieś takie nawiedzone trochę, ale tak było. chciałam wrócić do tego autora. I po przeczytaniu w ogóle bardo jakoś tak, to wszystko się zaczęło składać w jakąś taką spójną opowieść. Choć wydaje się to teraz, co mówię, chyba trochę chaotyczne, ale dla mnie nie jest.
[01:23:08.97 → 01:23:37.54] A: Nie wiem jak dla państwa, dla mnie też nie jest. Ja bym chciała tylko prosić panią o ewentualnie wykreślenie ze swojego słownictwa pewnego sformułowania. Czyli brzmi to jakoś tak pewnie dziwnie. Otóż nie, proszę pani. Dla goryla wszystko nie brzmiałoby to dziwnie. Ja się w jego świecie czuję bardzo dobrze i świetnie go rozumiem, podobnie jak innych pani bohaterów. W związku z tym może...
[01:23:37.64 → 01:24:30.91] B: Ja to lubię to słowo dziwnie, dlatego że miałam takich znajomych, chłopaków, którzy wszyscy mieli po prostu ksywę tytus, bo dlatego, że jeden dostał ksywę tytus, no i drugi nie chciał być tym tytusem, więc ty też jesteś tytus, więc wszyscy mieli ksywę tytus. Więc mówili, zwracali się do siebie tytusie, I ten jeden zawsze mówił, no nie bądź dziwny, Tytusie. Zrób coś tam, nie bądź dziwny, Tytusie. Dlaczego tak mówisz, nie bądź dziwny, Tytusie? I to nie bądź dziwny tak zapadło we mnie, że nie chcę być dziwna, ale chciałam powiedzieć, że tak to mi się powiązało.
[01:24:32.35 → 01:24:39.54] A: Czy ktoś z Państwa jeszcze? Jeśli nie, to Państwa i własnym imieniu bardzo dziękuję.
[01:24:39.72 → 01:24:40.80] B: Ja też bardzo dziękuję.
[01:24:40.88 → 01:24:57.68] A: Bardzo dziękuję za obecność. Dziękuję za książkę. Marta Stępniak, Ewelina Lachowska i Jowita Stępniak. Spotkanie prowadziła Grażna Lutosławska. Dziękuję bardzo.

Bitwa o literaturę. Kundle / Katarzyna Groniec / PJM

Czy czas musi płynąć do przodu? Jak się plecie opowieści? Kto wszystko wie, a kto boi się ciszy? Jak przekłada się doświadczenie w pisaniu tekstów piosenek na pisanie prozy? Skąd się biorą kundle?

Grażyna Lutosławska

Katarzyna Groniec – Jestem piosenkarką. Urodziłam się w Zabrzu 22.02.1972. Nie podobało mi się, że w tej dacie jest tak dużo dwójek. Szybko zaczęłam mówić, ale nie chciało mi się chodzić. Żeby mnie sprowokować do wysiłku, zabierano mi zabawki i kładziono je trochę dalej niż na wyciągniecie ręki. Bawiłam się palcami. Piosenkarsko zadebiutowałam na komunii siostry mając półtora roku. Ku ogólnej konsternacji Mazurkiem Dąbrowskiego. Lubiłam pisać ale nienawidziłam dwójek i pytania: jak ktoś, kto tyle czyta, może walić tyle ortów? Postanowiłam komunikować się śpiewem. Po pięćdziesiątce nabrałam odwagi.

Wróć