Tryb wiązania: soft

Pokazujemy wszystkie trafienia.

[pokaż transkrypt] [ukryj transkrypt]
[00:01.92 → 02:31.40] A: Dobry wieczór Państwu, Łukasz Drewniak. Witam w kolejny wtorek na bitwie o literaturę. Proszę Państwa, ten odcinek nazywa się Kontrola artysty nad światem i spróbujemy w nim zastanowić się, w jaki sposób właściwie artysta, pisarz może skomunikować się ze światem zewnętrznym. Może sprawić, że jego pisanie ma jakieś znaczenie, odmienia świat, odmienia niego samego. Kontrola artysty nad światem to próba także wpisania siebie chyba w jakiś układ, który jest wokół nas, w jakąś rzeczywistość, która oplata nas jakimiś mackami, ale w każdej chwili można te macki chyba przeciąć. W jaki sposób radzi sobie z tym światem zewnętrznym Dorota Masłowska, dowiemy się już za chwilę i właśnie chciałbym ją powitać. Doroto, zapraszam cię. Dorota Masłowska, pisarka, laureatka Nagrody Nike, performerka, piosenkarka, MC Doris, Mr D. Zapraszam. Oczywiście pretekstem do naszego spotkania jest książka, którą już Państwo chyba dobrze znacie, bazująca na felietonach z dwutygodnika, jak przyjąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu. 21 tekstów chyba, tak? 17 z dwutygodnika i kilka dodanych. I oczywiście to hasło, które pani daje w swoim tytule, można interpretować na każdą stronę właściwie, ale można się też zastanawiać, czym jest ten świat, który chcemy skontrolować, bo kiedy zaczniemy wnikliwie czytać pani felietony, okaże się, że bohaterka masłowska, pytanie na ile tożsama z panią, na ile będąca takim tworem na potrzeby tego cyklu, komunikuje się ze światem za pomocą telewizora albo wychodzi po papierosy, jedzie do najbliższej miejscowości koło Warszawy, czasem robi jakąś dziwną wyprawę do Tatarstanu, ale tak naprawdę między nią, a światem zewnętrznym jest telewizor, między jej światem wewnętrznym, a polską jest coś, coś nazywaniem forma literacka, język, którym próbuje to opisać i jest jeszcze coś dziwnego trzeciego, jakaś taka magma, sieczka medialna, którą próbuje zrozumieć. Czym jest ten świat, który Tama Słowska z tej książki próbuje nazwać, zdekonstruować, zrozumieć?
[02:35.29 → 03:11.24] B: Muszę na początku zaznaczyć, że zanim tę książkę napisałam, to miałam wyłącznie ten bardzo efektowny, nawet dla mnie nie do końca zrozumiały tytuł. On jest bardzo poetycki i szalenie chciałam go wypełnić tekstem, ale nie mogę powiedzieć, żebym dobrze go przemyślała i wiedziała teraz co odpowiedzieć.
[03:13.99 → 03:22.65] A: Ale czy naprawdę chodzi o kontrolę nad światem, czy kontrolę nad sobą, próbującą ten świat zrozumieć za pomocą telewizji, za pomocą pisania?
[03:23.25 → 03:27.67] B: Ja bardziej skupiałabym się nad fragmentem nie wychodząc z domu.
[03:28.15 → 03:42.47] A: Co jest w tej figurze nie wychodząc z domu? To jest ta wieża z kości słoniowych, gdzie zamyka się pisarz, czy po prostu taki rodzaj odseparowania od świata, oburzenia na niskość, na byle jakość, która jest dookoła?
[03:43.51 → 03:44.23] B: Coś takiego.
[03:45.69 → 04:12.49] A: Dobrze, to tak będziemy walczyć. Jest pani pisarką, także w tej książce, która uwielbia pławić się w niskościach, w takiej sferze profanu. Jeśli coś jest nisko, to tak rozumiem Dorotę Masłowską, warto się temu przyjrzeć, warto w tym pogrzebać patykiem. No i co tam się znajduje, jak się tak grzebie patykiem w tych brudach na dole, w telewizorze, w ludziach dookoła?
[04:13.41 → 05:26.29] B: Rzeczywiście ze wszystkich półek interesuje mnie najbardziej ta najniższa półka, dlatego że, owszem, jest bardzo niska, ale najczęściej rzeczy, które się na niej znajdują, są dosyć brudne, ale za to jest bardzo duża, bardzo szeroka i bardzo dużo osób na nią zagląda razem ze mną. Tak naprawdę to myślę, że nisko są te wszystkie takie mikroświaty, flory bakteryjne, warstwy rzeczywistości, do których takie rzadko przeglądane, rzadko wietrzone sfera fermentu, jakiegoś takiego gnicia, ale też odrzutu I to, co w sumie w tej książce uprawiam, to taka antropologia kulturowych śmieci, która może tak naprawdę dostarczyć bardzo interesujących wiadomości o świecie, w którym żyjemy.
[05:27.11 → 05:53.25] A: Pani Doroto, jak te śmieci wokół pani się zbierają? Czy to są takie świadome wyprawy? Dobrze, otwieram oczy zamiast je zamknąć Wchodzę w ten telewizyjny, paradokumentalny czy celebrycki świat telewizji. Dobrze, muszę w tym pogrzebać, bo inaczej umrę. Nie zrozumiem siebie, nie zrozumiem świata. Czy raczej to jest coś, co wciska się każdą szparą w drzwiach?
[05:53.59 → 06:54.74] B: Powiedziałabym, że raczej... przynajmniej mnie, to po prostu szalenie nęci, to mnie magnetyzuje. To nie jest tak, że ja po prostu muszę przykleić sobie powieki na taśmę klejącą, żeby to oglądać, jak Alex z Mechanicznej Pomarańczy, tylko że dla mnie to ma coś w sobie szalenie uwodzącego. Te audycje, programy, muzyka z najniższej półki, to są niedrogie narkotyki i na mnie tak samo, mimo że zdaję sobie sprawę z ich taniości, to one na mnie działają tak jak na wszystkich i po prostu mnie uwodzą. Więc to, co jest pierwsze, to taka nieprzyjemna przyjemność, niezbyt godna przyjemność, niezbyt honorowa przyjemność, którą z tego odnoszę.
[06:55.10 → 07:23.23] A: A jak by pani miała doprecyzować działanie tej bieda heroiny, tak to pani nazywa, czyli telewizji i rzeczywistość? Jak ona działa? Oczywiście uzależnie, ale co robi z organizmem artysty, kobiety, wrażliwego człowieka? Co się dzieje z nami? Próbuję to pani analizować na kilka sposobów, ale jakby znaleźć jeden taki naczelny, najbardziej trujący sposób oddziaływania tej niskości, tego badziewia dookoła. To co by to było?
[07:24.15 → 09:34.65] B: Wydaje mi się, że tak naprawdę ta najgorsza telewizja, najgorszy strumień medialny, najgorszy internet wcale w pierwszym momencie nie oddziałuje na... wrażliwą i inteligentną mnie, tylko uderza prosto do warstw sobie bliskich, czyli najniższych, czyli do mnie żądnej sensacji, żądnej emocji, żądnej krwi, żądnej głupoty, szpetoty i że tym się zawsze najpierw upajam, Z innej strony można na to spojrzeć tak, że za tymi wszystkimi zjawiskami kulturowymi stoją przecież takie psychoinżynierie. One są zaprojektowane i zrealizowane tak, żeby wywoływały intensywne emocje, żeby ludzie się nie nudzili albo wręcz przeciwnie, żeby uspokajały, żeby koiły. odwołuje się do jakichś takich prymitywnych i mało chlubnych instynktów, ale wszyscy je mamy, ja też je mam i wydaje mi się tylko, że po prostu bardzo interesująco jest je obserwować. Natomiast już po chwili łapiemy się na tym, że zaczynamy im naprawdę ulegać, a po... w paru dniach, tygodniach praktyki takich sympatii, okazuje się, że jesteśmy pełnoprawnymi widzami, że już nie oglądamy tego meta ani para, tylko oglądamy to upajając się tymi najgorszymi elementami.
[09:35.33 → 10:10.64] A: Czytając zbiór tych felietonów próbowałem skonstruować na własne potrzeby taki wykres uzależnień Doroty Masłowskiej i sprawdzić od czego się zaczęło. Czy od kupowania czy zbierania tych gazetek z przepisem, twoim przepisem kulinarnym, potem co doszły? Seriale doszły, para dokumenty, wywiady rzeki, książki pokazujące złą stronę miasta. Czy to były mechanizmy uzależnień, które pani sobie dawkowała do jakiegoś planu? No dobrze, skoro zrobiłam ten pierwszy krok w kałuże, no to teraz w ten większy stawik trzeba wskoczyć. Czy raczej to osaczało panią z każdej strony? No dobra, no to nurkuję.
[10:11.29 → 10:56.99] B: Rzeczywiście zaczęłam od przyszlich przepisów. Mam do dzisiaj taką bardzo pokaźną taką górę w domu. A poza tym dobierałam te różne obiekty swoich zainteresowań takim systemem. Jeżeli coś mnie magnetyzuje, budzi moje silne emocje, moje silne obrzydzenie, coś wydaje mi się szczególnie paranoiczne, to zaczynam z tym obczować, zaczynam się w to wkręcać, zaczynam to nałogowo oglądać i patrzę, jak to na mnie wpływa.
[10:57.55 → 11:37.13] A: Pani Doroczo, tu nie ma jednej rzeczy w tych uzależnieniach telewizyjnych, uzależnieniach z rzeczywistością, nie ma polityki. Pojawiają się wprawdzie o dobrej zmianie jakieś wstawki, czy o memach z Macierewiczem, ale nie ma czegoś, co byśmy nazwali spektaklem politycznym, czy takim naszym przejmowaniem się, co będzie. Oczywiście jest, wisi jakaś wojna nad tymi felietonami, ale co będzie, co się stanie, dlaczego ludzie zwariowali, dlaczego rząd źle rządzi, opozycja jest złą opozycją i tak dalej i tak dalej. Celowo wykreśliła to pani z kręgu zainteresowań, czy to jest poza skalą po prostu uzależnień? To jest już tak niskie, że nie nadaje się nawet do książki Doroty Masłowskiej, która uwielbia niskość.
[11:37.81 → 13:09.11] B: To jest tak naprawdę bardzo trudne pytanie, dlatego że chociaż wielokrotnie w tych felietonach po prostu staram się być szczera co do swojej postawy względem tego, co dzieje się w polityce, to na pewno nie jest to sfera, której chciałabym na przykład poświęcić tekst. Po pierwsze, zbyt mnie to przygnębia, zbyt mnie to oburza. Nie potrafiłabym chyba o tym pisać, nie wytaczając jakichś czołgów i kawalerii. A po drugie, Wydaje mi się, że nie potrafiłabym o tym pisać w momencie, kiedy wszyscy o tym piszą i tak łatwo ludziom przychodzi generowanie opinii albo raczej przeklejanie ich z innych opinii, komponowanie swoich opinii z opinii innych ludzi, że wydaje mi się, że wyrażanie poglądów kompletnie się zdewaluowało i obciążałoby tą książkę, upośledzało ją taką publicystyką i taką bieżączką, więc ja liczę na to, że dobra zmiana przeminie i jej nieobecność w tej książce będzie kompletnie uzasadniona.
[13:10.11 → 13:50.39] A: Mówiła Pani o pewnych mechanizmach, które odkrywała w tych złych programach, mechanizmach oddziaływania na widza, uzależniania od obrazu, od fabuł, od złego aktorstwa, od wizji świata, która jest tam zaprezentowana. Teraz co pisarzowi daje ten sam moment, aha, już wiem jak oni to robią. Czy to służy, może się przydać do wymyślenia własnej strategii usidlania czytelnika, czy raczej do takiego pastiszowania, no dobra, ja wiem jak wy to robicie, więc ja stosując hiperbole i inne wspaniałe tropy literackie, zrobię to tak, że to się samo skompromituje.
[13:51.88 → 14:24.05] B: Wydaje mi się, że to co... Części mojego mózgu, które się aktywowały podczas tych moich wycieczek do kultury najgorszej, to były te części mojego mózgu, które są ukierunkowane, uwarunkowane i zainteresowane antropologicznie i że pytania, które sobie zadawałam podczas oglądania czy czytania, miały naturę socjologiczną.
[14:24.72 → 14:28.18] A: Przepraszam, Dorota Masłowska-Kolewicz-Strozbadziewia polskiego?
[14:28.92 → 15:34.40] B: Tak, samorzywańczy. Natomiast nie potrafię powiedzieć, czy to było jakkolwiek interesujące dla mnie jako dla osoby piszącej. Oczywiście bardzo inspirują mnie te takie kostropate, kalekie języki, którym posługują się Polacy w paradokumentach w programach typu Kuchenne Rewolucje. Bardzo dużo te programy mi dostarczają wiedzy o Polsce. Natomiast nigdy bym nie... Takie procesy, o których pan mówi, przynajmniej u mnie, nie wiem jak u innych pisarzy, ale rozgrywają się zupełnie nieświadomie gdzieś z tyłu głowy. Ja nie potrafiłabym knuć takich intryg przeciwko czytelnikowi, że jakby tak tego przeliczać, tak kombinować w ogóle to nie leży w mojej technice.
[15:34.40 → 15:38.36] A: Pisarka, której wszystkie trzy powieści są perfidną pułapką na czytelnika.
[15:38.75 → 15:48.17] B: No tak, ale ta pułapka trochę sama się konstruuje. Ja nie jestem taka inteligentna, żeby ją po prostu skonstruować sama.
[15:49.19 → 16:18.33] A: Mówimy o pożytkach z oglądania złych filmów, złych programów telewizyjnych, czytania złej literatury, nużania się w okropnej prasie. A co złego przychodzi od tego złego? Bo coś musi z mózgiem... młodego polskiego inteligenta, młodej polskiej pisarki robić ten badziew, który się stamtąd wylewa. Nie ma tak, że tylko jesteśmy badaczami na czysto, w łodzie laboratoryjnym sobie preparujemy, jak oni to zrobili, czemu ludzie tak reagują. Jakieś ślady zostają w głowie.
[16:18.71 → 19:23.65] B: Wydaje mi się, że w mojej głowie, tak jak w głowach prawdopodobnie wszystkich widzów i odbiorców tych rzeczy, wytrącają się jakieś okropne substancje uboczne i efekty uboczne. Wydaje mi się, że po pierwsze jest to w dużej mierze obcowanie z taką beznadzieją, z takim wrzaskiem, z taką kakofonią i chaosem, bo np. paradokumenty po prostu ukazują rozmaite chaosy ludzkie, bo wydaje mi się, że najdłużej tam np. przeciągane są sceny, w których ludzie się awanturują, kłócą, szamoczą, szarpią na jakieś zupełnie niezrozumiałe sposoby. więc my stajemy się, szcząc czy nie szcząc, odbiorcami tego durnowatego zamętu. Poza tym obniżają nam się oczywiście standardy, podwyższa nam się odporność na durnotę i coraz bardziej otwarcie i tolerancyjnie zaczynamy podchodzić do niej, przestajemy to widzieć ostro. Zaczynamy źle mówić po polsku, dlatego że te programy pokazują, eksponują i ekscytują się najgorszymi absolutnie wzorcami językowymi. Bardzo bonusują i eksponują wulgarność. Wydaje mi się, że też po prostu tutaj To, w jaki sposób mówią ludzie w telewizji, bardzo też pokazuje, jakich bohaterów takiej publicznej wyobraźni przyniosły nowe czasy i jakie cechy są najbardziej pożądane u współczesnego Polaka. pewnego rodzaju przebojowość czy zdolność do przepychania się łokciami i to się bardzo manifestuje w języku, który bardzo często jest po prostu ekstremalnie chamski, ale to jest pokazywane jako zaleta, jako zdolność postawienia na swoim, jakby pewien rodzaj charyzmy i neutralizujemy się na to i bardzo szybko się tym infekujemy. I co jeszcze? No i siłą rzeczy przez ten język infekujemy się jakąś okropną mentalnością, która często jest tam po prostu ukazywana i promowana.
[19:25.33 → 20:16.98] A: Mówi pani o języku i tak pierwsze wrażenie, skojarzenie na hasło masłowska to jest grzebanie językiem w niskości. Wydaje się, że ten język, który Panią przeraża, któremu to przerażeniu daje Pani wyraz w swoich książkach, w konstrukcji swojego zdania, staje się także Pani własnością. Przyjmując rzeczywistości, zmienia Pani ten język, nie chcę powiedzieć w wzniośle, ale zmienia go w język masłowski i my zaczynamy mówić masłowską, która mówi mówi polską. Czy to jest jedyna metoda, żeby na tą rzeczywistość lepiej spojrzeć, lepiej jej słuchać, zmienić ją w literaturę i wtedy to zło, badziewie, niskość staje się czymś lepszym? Bo spojrzała na to Masłowska, wysłuchała tego Masłowska, a my przeczytaliśmy, wysłuchaliśmy to dzięki niej. Przepraszam za tą konstrukcję, ale tak jakoś...
[20:16.98 → 21:09.06] B: Ja rozumiem, o co panu chodzi, ale ja nie mogę tak powiedzieć, to znaczy... Ja mogę na własne potrzeby sobie odczyniać te... Ten okropny język, który jest pokłosiem i symptomem okropnej mentalności, ja mogę na własne potrzeby sobie z niego lepić, po prostu czynić go materią jakichś swoich artystycznych działań i rzeźbić z niego, ale nie mogę się podpisać pod takim zdaniem, że... Nie wiem jak na państwa to działa po prostu, Ja to lubię robić i to mnie ekscytuje, ale jakie to ma dalsze losy, ta moja zabawa?
[21:10.78 → 21:35.34] A: Czyli w żadnym momencie nie zakłada pani... że ten język przejęty z rzeczywistości miesza nam tutaj w głowie, ale w takim dobrym sensie, że jakby przestawia klocki, które zostały już poruszone przez telewizję, przez rzeczywistość, przez obcowanie z brzydotą wokół nas. Pisarz nie planuje sobie działania języka, to że ryczymy ze śmiechu, a jednocześnie za chwilę po lekturze kolejnego zdania zamieramy, bo ona trafiła w jakiś najczulszy punkt.
[21:35.76 → 24:17.63] B: Moim zdaniem to w ogóle nie jest tak. Nie mogę wypowiadać się za innych pisarzy. Mogę mówić o osobie piszącej. Ja nie siadam do książki z pomysłem czy z jakimś planem, jak język stworzę i jak będę nim oddziaływać na czytelnika, tylko bardzo ślepo i bardzo instynktownie podążam za tym, co słyszę, za jakimś zdaniem, za jakimś fragmentem, za jakimś zlepkiem słów, który wydał mi się wielomówny, a który najczęściej pochodzi skądś inąd, gdzieś go usłyszałam, ktoś inny go stworzył, stworzyła go jakaś inna osoba albo stworzyła go publiczna inteligencja, bo taka publiczna inteligencja też jest po prostu nieskończonym rezerwuarem takich superinteligentnych zdań, które po prostu nagle w kilku słowach potrafią powiedzieć wszystko. i ja jestem ich tropicielką i ja za nimi podążam i dopiero na ich podstawie zaczynam na ślepo i improwizować i budować coś, co jeszcze nie wiem czym będzie i nie wiem co będzie mówiło. I tak naprawdę wydaje mi się, że to jest, tu dochodzimy do momentu, który w tworzeniu literatury jest najbardziej ekscytujący i najbardziej niezwykły i nawet powiedziałabym taki parareligijny, czyli że ograniczony człowiek, taki jak ja, siada do pisania książki i jeżeli uda mu się otworzyć na to, co nadchodzi, na to, co ma do powiedzenia świat czy Polska, tak jak pan powiedział, przez niego, to nagle doświadcza tej magii, że to się za niego mówi, za niego dzieje i tak naprawdę on nie za bardzo sobie zdaje sprawę z tego, co się przez niego mówi. Czyli wydaje mi się, że najgorsze, co można zrobić, to usiąść z jakimś planem i projektem. że wszystko, co ja przynajmniej mogę zrobić, to otworzyć się po prostu na to, co się mówi samo przez państwa, przeze mnie, przez różne przejawy życia, przez tramwaj, przez metro, że to wymaga jakiegoś wysłuchania i ewentualnie podrażnienia, skonstruowania, ale na pewno nie da się tego robić z planem w ręku.
[24:18.76 → 25:10.38] A: Trochę boję się zadać to pytanie, bo ono idzie krok dalej wobec tych ostatnich pani zdań. Ale spróbuję. Jak w takim razie nazwać rolę pisarza wobec społeczeństwa? Bo kiedyś oczywiście ustawialiśmy go bardzo wysoko. To jest ten, który powiesz to dzieła. Teraz tutaj to jest ten ktoś lepszy, cierpi więcej, widzi wyraźniej, słyszy dokładniej. To jest ktoś, kto gdzieś poprowadzi albo powie prawdę, kiedy trzeba dać jakieś świadectwo. Jednocześnie, pisze pani w jednym z felietonów, że właściwie teraz się skończył czas wielkich powieści, wielkich narracji, wielkich historii, takich fabuł, które ogarniają cały świat, że o tym opowiedzą seriale. Pisarz właśnie nie ma tu z czym konkurować. Więc jak się dla tych pani ostatnich zdań moglibyśmy zdefiniować rolę pisarza, pisarki, pisarki Doroty Masłowskiej dzisiaj? Pasożyt na społeczeństwie, ucho społeczeństwa?
[25:13.16 → 28:30.65] B: Wydaje mi się, że odpowiedź na to pytanie jest o tyle trudna, że to jest zjawisko w tej chwili w bardzo intensywnym procesie. I na pewno ta funkcja pisarza w społeczeństwie niesamowicie się zmieniła od czasu, kiedy liczono, że pisarz powie, jak dalej żyć. Wydaje mi się, że mniej więcej przebiegło to tak, że w momencie, kiedy literatura zamieniła się w rynek, Bardzo wyraźnie widzimy pisarzy rozszczepiających się na tych wolnorynkowych, na pisarzy popularnych, użytkowych, którzy piszą książki do czytania i takich, którzy chcą wyrazić coś więcej, chcą w jakiś sposób powiedzieć coś ważnego, coś ważnego dla wspólnoty. I to już w tym momencie rozszczepia. A druga rzecz, która się dzieje to to, że coraz bardziej widzimy, że pisarze w związku z tym trafiają trochę do jednej szatni z celebrytami. Tutaj te funkcje w społeczeństwie zacierają się. Owszem, są na jakimś panteonie, ale niekoniecznie mówią rzeczy ważne albo niekoniecznie się do tego poczuwają, albo mówią rzeczy ważne w reklamach albo w czasopismach kolorowych. Wydaje mi się, że o ile Ja bardzo opowiadałabym się za taką ideą, że literatura jednak wygrywa i zawsze będzie wygrywać z serialem, bo jest duchowa, jest w jakiś sposób metafizyczna i serial, mimo że wygrywa z nią, wygrywa z nią jako pewien produkt fabularny, bo zawsze będzie po prostu sprawniej wiązał fabuły w pęczki i w bardziej, w łatwiejszej w konsumpcji formie podawał ludziom. i więcej ludzi będzie go oglądało i ta platforma porozumienia pod tytułem serial będzie się rozrastać i dominować literaturę, to jest oczywiste, ale z drugiej strony nie oszukujmy się, że literatura niesie treści głębokie, których ten serial nigdy nie dotknie, chociażby przez to, że musi być kasowy. I ta rola niewątpliwie zostanie zachowana, tylko że Wiadomo, że zmniejsza się liczba osób, które czytają i które potrafią jeszcze czytać. Mówię tu o umiejętności czytania po prostu na głębokim poziomie.
[28:32.51 → 29:45.93] A: Ostatnie pytanie przed tym, zanim przeczytamy większy fragment pani Felietonów. Miałem wrażenie podczas dwukrotnej lektury, jak przyjąć kontrolę nad światem, że oprócz tego, że pani sobie grzebie w głowie, która jest infekowana pewnymi treściami, obraca to swoje ja i sprawdza, co się z nim podziało, także podstawia pewne lustro już nie tyle całej generacji, a nawet całej takiej klasie społecznej jak inteligencja. I co w tym lustrze widać? Bo to jest trochę tak, jakby pani sama stawała jako reprezentantka polskiej inteligencji przed tym lustrem, patrzyła, aha, no to żyję w takim świecie, w takiej niskości, jestem otoczona takim językiem, tak próbuję z tym walczyć, ale co jeszcze oprócz tego zostaje? Kto stoi przed tym lustrem? To nie jest pytanie o prywatność oczywiście, nie jest pytanie ukrytą Dorotę Masłowską, tylko o to, co z siebie stworzyliśmy, co pani stworzyła jako reprezentantka pewnej klasy, jak to nazwać, grupa, klasa, nie mam słowa tutaj, jako reprezentantka kogoś z Polski. Co widać w tym lustrze wtedy? To jest dobry obraz, czy zły?
[29:45.97 → 29:54.03] B: Nie, bo nie do końca rozumiem to pytanie, bo chodzi o taki krajobraz ogólnospołeczny,
[29:54.13 → 30:32.39] A: czy co zobaczyłam... Pisarz w pewnym sensie jest reprezentantem generacji, klasy, grupy ludzi, mieszkańców jakiegoś terenu, jest reprezentantem jakiegoś nurtu w literaturze, jakaś biblioteka za nim stoi. powinności społeczne albo ich brak. No i teraz stoi przed tym lustrem, żeby zobaczyć, co ja mam silnego w sobie, co ja mam wielkiego w sobie, ważnego w sobie, żeby przeciwstawić się temu wszystkiemu dookoła, które pani nazywa w swoich felietonach. Czy jest jakaś siła, jakaś wartość dodana, którą w tym lustrze widać? Jeszcze zaciemniłem, ale spróbujmy,
[30:36.74 → 30:37.66] B: Widzę ciemność.
[30:39.64 → 31:05.46] A: To są też felietony o ciemności, prawda? To jest takie, jak pisze pani często, o wchodzeniu w mrok, prawda? W głąb serialu, w głąb jakiegoś strasznego uwikłania. Jest z nami pani Natalia Sacharczuk. Poprosimy teraz o fragment z Jak przejąć kontrolę nad światem. I chyba Magda Gessler, prawda? Kuchenne rewolucje. Ten fragment wybrała pani... Bo ludzie to kochają. Ludzie to kochają, więc posłuchajmy.
[31:07.35 → 37:10.14] C: Wszyscy już dobrze wiedzą, że w kuchennych rewolucjach supergesler przemierza Polskę z kagankiem gastronomicznej oświaty, z którym nieustraszenie zagląda do najbardziej zapowiedziałych zakamarków, gdzie oprócz niedomytych naczyń, zielonego mięsa, kubeczków po jogurcie Jople i pudełek po mleku Kenny, granatów z II wojny światowej, soli drogowej i oleju silnikowego w baniakach po paliwie lotniczym, spotyka nierzadko społeczne mikrokosmosy, równie nieświeże i nabrzmiałe od toksyn. Emitowany od 2010 roku program powstał na licencji brytyjskiego Kitchen Nightmares, jednak stanowi szczególnie udany przypadek formatu, który nie jest tylko mimowolną parodią oryginału, nieprzyjmującym się przeszczepem z innej kultury, z innych wartości, emocji i ich ekspresji. Zapożyczono tu wyłącznie schemat, a bardzo barwny, mimo że czasem są to kolory mało różowe, choć czasem właśnie strasznie, okropnie, monstrualnie różowe, świat polskiej gastronomii po 1989 i silna osobowość prowadzącej sprawiły, że mamy do czynienia z wybitnie ciekawym dokumentem o Polsce trochę A, ale raczej B, C, D, E i F, G, H, I, J, K. I chociaż nosi on pozór kulinarności, nieco chyba mimochodem te VN-owskie kamery gmyrają tam, gdzie zazwyczaj błądzą tylko studenci łódzkiej filmówki w poszukiwaniu tematu na zaliczenie dokument społeczny Polska w dobie przemian. Budząca skrajne emocje, fotografująca się z kłębowiskami kiełbas, nieznośnie kompetentna, erotyczna, ubrana po bandzie i podkreślająca swoje artystyczne konotacje Gessler, zdaje się na tle TVN-owskich koleżanek medialnym fenomenem. chociaż reprezentuje jedną z najbardziej znienawidzonych i otoczonych w mizoginicznej Polsce głębokim lękiem figur, figurę baby. Baby z piekła rodem. Baby, którą diabeł posyła tam, gdzie sam nie może i w której piecu pali. Polacy i Polki nienawidzący wychylających się kobiet mogą kamieniować się do utraty tchu. Jednak jeśli taka kobieta mimo kamieniowania ciągle wstaje i dalej się wychyla i jeszcze robi awanturę, że kamienie są twarde, a do tego nie ubiera się w kolory jesieni, dżdżu i nadchodzącej niechybnie śmierci. W takim wypadku lepiej uważać, lepiej nieco się odsunąć, a może nawet na wszelki wypadek okazać nieco zabobonnego respektu. Ewidentnie Magda Gessler w swoim programie jest taką właśnie archetypiczną Herodbabą. Kamera rozmyślnie podbija momenty jej napadów furii, przewracania mebli, rzucania naczyniami, tłuczenia brudnych szklanek, załamywania rąk, gdy krzyczy, co ja mam z wami wszystkimi zrobić? W ostatnich odcinkach coraz częściej powtarzają się roztrzęsione deklaracje restauratorów, no może raczej właścicieli barów. Wiedziałem, że pani Magda będzie rzucać, ale nie, że aż tak. Coraz częściej widać bladą ze strachu załogę, która rozpieszcza się w popłochu po kątach, widząc nadciągający jak Armagedon Gesslerolot, a nieraz zwalnia się tuż przed jej przyjazdem lub znika w trakcie programu i przestaje odbierać telefon. Symbolem takiej postawy mogą być Adam z Pruszcza Gdańskiego, który popłakał się z rugany za brudne garnki. Gabryś z Bielskiego relaksu, który w trakcie zdjęć ratunku zaczął szukać w alkoholu wysokoprocentowym. albo ciocia z nieco starszego odcinka, Karczmał Bartka, którą kamera przyłapała na dosłownym, panicznym umykaniu zaśnieżonymi ulicami z reklamówką. Nie można zapominać, że zwłaszcza dla osób funkcjonujących na co dzień w niewielkich społecznościach, bycie pokazanym w telewizji, w niekoniecznie korzystnym świetle, to sprawa ostateczna. Społeczne być albo nie być. W szczególnie niekomfortowej sytuacji są tu mężczyźni, bo choć zdarzają się odcinki kobietocentryczne, w przeważającej mierze gastronomia piastowana jest bardziej lub mniej nominalnie przez mężczyzn. Każdy z nich, wchodząc z Herodbabą na ring na oczach całej Polski, musi liczyć się z tym, że być może zejdzie z niego popłakując, bity przez kobietę. i nikt nie da mu już nigdy świętego spokoju. To moim zdaniem jeden z największych generatorów napięcia w programie. Magda Gessler jest gastronomiczną Larą Croft, kurpulentną fajterką sprzedającą rytualne, może nieco wrestlingowe, laczki na ryj polskim mężczyznom. I niezwykle ciekawie jawią się tu podejmowane przez nich w tej niekomfortowej sytuacji psychostrategie. Nie muszę zaznaczać, że przytomne partnerstwo jest najrzadszą z nich. Jest postawa bogobojna. którą reprezentuje Robert, psycholog z Jelcza, płożący się u stóp, prowadzący jak męskie postacie z rycin Szulca, recytując słabym głosem wyuczone psychobiznesowe komunały w rodzaju, dla mnie nie ma czegoś takiego, jak nie da się, rozumiesz? Ze swadą aktorską statystów z sędzi Anny Marii Wesołowskiej pokornie znosi krytykę i ciosy, a swój bar, boczek i spółka, Oprószył lawendą i podpuri. Wszystko, by zdobyć serce dużej, silnej, pięknej pani. W tym odcinku highlightem psychologicznym jest też erotyczne napięcie między nikczemnego wzrostu depresyjno-agresywnym pizzermenem, a piękną, erotycznie rozchichotaną kelnerką, która z nudów torturuje go swoim powabem, jak chłopiec, co nadmuchuje żabę. Polecam. Jest prezentowana przez Walt K. z Bistro Obora w Zielonkach postawa przeniesionej agresji. Ten cały czas balansujący na granicy napadu szału, bardzo nieblady mężczyzna, swoje negatywne emocje z bycia obstracowanym przez babę, odreagowuje na swojej konkubinie Marioli. Im bardziej Magda Gessler krzyczy na niego, tym bardziej on rozdziera się na Mariole, a Świat według Kiepskich przy tym odcinku wydaje się realistycznym serialem obyczajowym. Nie będzie się ze mnie robić po miotła", piekli się Waldek, zmuszony przez Manią Magdę do wycierania podłogi.
[37:10.38 → 37:11.26] B: – Pierdolę to!
[37:11.46 → 37:20.46] C: – krzyczy Magda Gessler. – Ja też pierdolę! – odpowiada Mariola. – Też pierdolę! – dopowiada Waldek. – Tu już Miarka się przebiera. Magda nie dowierza.
[37:20.82 → 37:21.16] B: – Co?
[37:22.04 → 42:39.71] C: Wy to pierdolicie? Jest podjęta przez Krzyśka z Kaskady Smaku w Pruszczu Gdańskim próba zbliżenia się i podpięcia pod charyzmę prowadzącej przez szorstkość odejścia. Nie lubię jak ktoś wchodzi w dupę bez mydła, deklaruje Krzysiek. Przecież to dupę rozwali, mówi z chłopską, zdrową rozsądkowością o jednej z potraw. A gdy wychodzi na jaw niegospodarność pracowników, oburza się, że go walono na siano. I od razu widać, że tylko on i Magda wiedzą, co tu jegrane. Proszę korektora o niepoprawianie, je na jest. A reszta tych niewolgarnych, rozmemłanych, nieposiadających ciętego języka melepet, jedynie plącze im się pod nogami. Ciekawe jest, jak wiął się w kontakcie z nią mężczyźni, ale nie mniej interesująco na Magda Geddon reagują kobiety. Odcinki o lokalach zarządzanych damską ręką są nieco inne. Mniej tu konfrontacji, więcej łez. Gessler występuje w roli matki boskiej i nagle nadchodzącej pomocy, która wyśle na terapię alkoholową, do fryzjera, przytuli i okrzyczy męża, że nie płaci ZUS-u. Widać, że kobiety zarówno z Polski A, jak i C, przypisują w niej właściwości magiczne i bioenergoterapeutyczne. Tulą się do niej jak do czekramu życiowej staminy. I chociaż omnipotentna Magda pozwala wylewać łzy bezradności na swoje szalone szale i tiule, przyprowadza do porządku, kołczuje i daje kopa w dupę na szczęście, i już, już człowiek zaczyna się rozmarzać, rozklejać. By i do niego przyszła, do restauracji jego życia, i wszystko naprawiła, wyrzuciła obijających się pracowników, zmieniła menu, kazała zerwać zatłuszczone zasłony i wylać starą fryturę, to jednak powraca myśl, że to tylko kreacja, telewizja. Jak wtedy, gdy zaryczana właścicielka pogrążonej w chaosie karczmy w komorowie nie chce mazać się w obecności kamery i Magda wykonuje ten uspokajający gest. O, nie przejmuj się tym, taka tam kamera, jakaś bzdura, płacz sobie, płacz, płaczcie oczyści. Jednak potem zdjęcia bez sentymentu zostają wmontowane do programu. Matka Boska kocha swoje dzieci, ale bez przesady. To jest jednak show, nie leczenie ran przy cudownym źródełku. Zresztą w internecie grzmią przeciwnicy Magdy oskarżający program o nadużycia, manipulacje, kłamstwa i malwersacje finansowe. Na szczególną uwagę zasługuje tu kultowy kontrmateriał z telewizji Podhale, gdzie w antygeslerowym buncie jednoczy się cała społeczność. Tymczasem słońce zachodziło, miarowe tąpnięcia piłki o asfalt powoli cichły. Słyszałam, jak mama wstawia wodę na herbatę, herbatkę, herbateczkę, herbateczkę czeczeczkę. Wiedziałam już, że moje wypracowanie to niewielka praca magisterska, przewyższająca wypracowanie Jakuba Sochy mnogością wątków i zamaszystością wniosków. A przede wszystkim swoją wspaniałą, niezaprzeczalną objętością. Niepokoiło jedynie, że ostateczna refleksja pozostaje całkiem podobna. Bo zapewne dopiero za parę lat będzie wiadomo, czy program spełnił swoje zakusy edukacyjno-modernizacyjne i realnie zmienił wyboisty krajobraz polskiej gastronomii. Czy nowe szyldy nie poodpadały, a na ich miejsce z oszczędności nie przywieszono starych? Można zmienić kartę dań i nazwę, ale zły gust, zły smak, syficzność i chamstwo to sprawy dużo bardziej ponadczasowe, uniwersalne, jeśli nawet niewieczne. Jednak nawet jeśli wprowadzone unowocześnienia zarosną na powrót gyrosem z frytkami i prowansalskimi wazonikami z lawendą, wysłanina od wykładu alkoholicy wrócą do nałogów, a dziwaczne nieraz wnętrza pomysłu Magdy z powrotem zostaną przemalowane na pistacje, melbę i frutu wąszać, jednej zasługi nikt jej nie będzie w stanie odmówić. Kuchenne rewolucje to monumentalna panorama społeczny Polski ostatnich lat. Galeria twarzy niespotykanego rozmachu. Ta i Bóg. Cóż to za wielki zbiorowy portret Polaków. Kopalnia fargoidalnych zupełnie typów. Feria, pus, min, tonów, akcentów, regionalizmów, biblioteka dialogów, pogaduszek, powiedzonek. Archiwum ludzkich kwasów, chorych układów i toksycznych więzi. Nie sposób pominąć waloru dokumentalnego całego przedsięwzięcia. Jestem pewna, że kiedy na przykład w 2086 roku 123-letni Wojciech Smarzowski będzie przygotowywał się do superprodukcji o czasach dobrej zmiany, Niewątpliwie jego scenografowie, kostiumografowie i charakteryzatorzy będą siedzieć dniami i nocami właśnie przed kuchennymi rewolucjami, wpatrując się w niefortunnie wykonturowane twarze, tatuowane brwi, biurowe irokezy, wrywolne stylizacje i inne ekscesy estetyczne epoki. Bohaterowie polskiej literatury i kina ostatnich lat mają przy tym wszystkim realizm i głębię psychologiczną ludzików narysowanych patykiem przez dwulatka. Chciałoby się wrzasnąć do ucha pisarzom, scenarzystom i dramaturgom. Siadać wszyscy i oglądać, a nie wymyślać farmazony.
[42:41.81 → 44:26.60] A: Dziękuję pani Natalia. Nie wiem jak państwo, ale ja słyszę w każdym zdaniu Doroty Masłowskiej z tego zbioru felietonów taką perwersyjną przyjemność rozkrawania na cząstki najmniejsze takie kawałeczki dzieła, zdarzenia, programu, który jej wpadł w oko, dostał się przypadkiem pod ten, albo nie przypadkiem, pod ten skapel. Pani Doroto, metafora z lustrem nam trochę nie wyszła, znaczy mnie nie wyszła, Ona miała być takim podprowadzeniem do pytania innego. Z każdej pani książki bije coś, co możemy nazwać wykonaną pracą nad rzeczywistością, nad językiem, że jest pisarz, który otwiera oko, ucho, bierze bohaterów, język, krajobraz, zmienia w literaturę. ale przez te lata, prawie 15 lat chyba od debiutu, tak to trzeba liczyć, od wojny polsko-ruskiej, pisarz także wykonuje jakąś pracę nad sobą. Albo ona się dzieje bez jego udziału, bo kolejna książka wprowadza na wyższy stopień, albo kolejny projekt poszerza zainteresowania w zupełnie inną stronę. Ale jednak chyba możemy zakładać, że jest w pisarzu taka właśnie potrzeba, dobra, to zmieniam. Dobrze, tutaj jeszcze muszę pogłębić wiedzę, elastyczność stylu. Czy zdradziłoby pani, w którą stronę pani szuka, kiedy myśli, dobra, coś zmieniamy, pracujemy nad sobą, szukamy jakiegoś nowego tonu?
[44:29.13 → 46:25.47] B: Nigdy jeszcze w życiu w ciągu tych 15 lat u siebie w głowie nie usłyszałam, że dobra, zmieniamy coś. To znaczy nigdy tego tak nie nazywałam. To są rzeczy, które chyba dzieją się w głowie artysty trochę nieświadomie. Natomiast jeżeli miałabym podjąć się jakiejś takiej autorefleksji pod względem tego, jak kiedyś pisałam, jak piszę dzisiaj, to wydaje mi się, że absolutnie kiedy zaczynałam pisać, poddawałam się sile chaosu. A to, co w tej chwili instynktownie, to w co staram się inwestować, to w porządkowanie tego chaosu, to znaczy to, co było żywiołowe, ale też w tej żywiołowości bełkotliwe, staram się ciągnąć w stronę pewnej klarowności. Samo mnie to cieszy, bo myślę, że w takiej pracy nad sobą, nad swoim warsztatem jest jakiś rodzaj praktyki też, że to nie jest tylko praktyka ściśle intelektualna, że to jest też w jakiś sposób duchowe, że po prostu w tym mozoleniu się, bo to piszanie często wydaje mi się taką czynnością zupełnie mandaloidalną. że użyję takiego nieistniejącego słowa.
[46:27.77 → 46:30.47] A: Zbliżającą się do mandali czy tworzącą mandalę?
[46:31.73 → 47:52.46] B: W swoim mandalowidalnym bezsensie albo w swojej takiej perwersyjnej koronkowości, że jest to tak naprawdę takie bardzo zaawansowane rzeźbienie, które prowadzi trochę donikąd, to znaczy ogrom moich wysiłków nigdy nie jest widoczny, kiedy skończę pisać zdanie. Nie widać, ile razy zmieniałam spójniki, przecinki i różne. Szczegóły, które dla czytelnika są niewidoczne, obojętne albo zabierają się już potem tylko w aurze zdania, w jakichś takich bardzo, bardzo subtelnych rzeczach, a po prostu ja nad nimi siedzę godzinami i wpatruję się w to zdanie. i instynktownie czuję, że coś jeszcze jest źle, ale nie wiem, czy to jest kwestia po prostu kreseczki nad EŚ czy przecinka, no jakaś po prostu taka bardzo syzyfowa, skomplikowana i dziwna praca. Więc czasami mi się wydaje, że to, że u osoby niereligijnej, takiej jak ja, to jest trochę praktyka religijna.
[47:53.58 → 47:59.96] A: Pani pracując nad tekstem modli się. ale nie do tekstu, nie do siebie, tylko jeszcze do czegoś innego.
[48:00.44 → 48:08.28] B: Tak, do języka i do rzeczywistości, żeby przez ten język pękła i pokazała swoją prawdziwą naturę.
[48:08.98 → 49:27.09] A: Strasznie mi się podoba to słowo chaos, którego pani użyła, bo pamiętam jak stykałem się z Pawiem Królowej, czy z wojną polsko-ruską, miałem takie wrażenie, że chaos dookoła nas próbuje opowiedzieć dziewczyna, która też ma chaos w sobie i ze zderzenia tych dwóch chaosów coś jakaś supernowa, Superchaos powstaje. Superchaos się rodzi, na przykład. Ale pisarz tak pracujący nad tekstem, nad zdaniem, nad językiem jak pani, doprecyzujmy to, pracuje także na sobie, używa siebie jako tworzywa, jest instrumentem, jednocześnie kimś, kto gra na tym instrumencie. Czy te wszystkie pani równoległe zainteresowanie, jak muzyka, jak pisanie dla teatru, tekstów piosenek, powieści, felietonów i granie z czytelnikami zwierciadła przy felietonach kulinarnych. To są te momenty, kiedy staje Pani z dłutem przy sobie i tak, a tutaj, postukamy tutaj, a zobaczymy, czy się sprawdzę w tym. Formułuję to pytanie dlatego, bo znalazłem pod jedną z Pani piosenek jako Mr. D, taki krótki wpis internautów, powiedział, to jest tak, ta płyta, społeczeństwo jest niemiłe, to jest tak jakby nowa książka Masłowskiej. I wydaje mi się, że coś w tym komentarzu bardzo ważnego wybuchło w odbiorze.
[49:28.59 → 50:21.40] B: Podoba mi się ten komentarz, dlatego że sama uważam, że właściwie nie ma znaczenia to, co... forma po prostu, którą wybieram. to znaczy ma znaczenie, w jakimś sensie bardzo determinuje to, co stworzę, to, co z siebie, jakby czego z siebie użyję poprzez nią. Natomiast ja jej uważam za pełnoprawne. Ja nie uważam, że na przykład Moja płyta różni się jakościowo od moich książek, dlatego że nie umiem grać ani śpiewać. To znaczy, że zawsze po prostu pewien ładunek duchowy pozostaje tak samo wysoki i w sumie nie ma znaczenia jak bardzo opacznych narzędzi użyję.
[50:21.95 → 50:31.18] A: Czego zależy decyzja, w jakim materiale teraz się zanurzę, jaki materiał z siebie wyciągnę tym dłutem obtłukującym marmur pod tytułem Dorota Masłowska?
[50:31.41 → 50:56.64] B: Wydaje mi się, że to trochę tak działa, że ten materiał po prostu jest, że mam jakieś sprawy swoje do przepracowania, że coś się we mnie gotuje, coś się we mnie buntuje, coś we mnie wrze i szuka jakiegoś wyrazu. I często bardziej wydaje mi się, że ten... sposób wyrazu jest przypadkowy bardziej niż to, co płynie.
[50:57.04 → 51:04.92] A: Czyli nie szukajmy konsekwencji w przechodzeniu z literatury do teatru i do muzyki i w powrocie do literatury?
[51:05.62 → 52:17.04] B: Ja nie potrafię zobaczyć w tym jakiegoś celowego działania. To wszystko po prostu jest trochę siła przypadku. Ja po prostu na przykład zaczęłam pracować w teatrze, bo po prostu dostałam taką propozycję, a chciałam zobaczyć, czy sprawdza się w tej formie. Chciałam zaeksperymentować. Wydaje mi się, że tak zwane badania amerykańskich naukowców wykazały, Człowiek jest najbardziej szczęśliwy, kiedy robi coś, co potrafi, ale odrobinę trudniejszego niż to, co potrafi. Więc mnie się to bardzo zgadza. Po prostu piszę, tylko zawsze stawiam sobie poprzeczkę odrobinę wyżej, dalej i komplikuję sobie to zadanie, żeby się nie znudzić albo żeby się nie... Bardziej chodzi mi o niepowielanie się, to znaczy bardzo się boję pułapki samopowielenia.
[52:17.90 → 53:16.89] A: Co roku jedna książka podobnie skonstruowana, mówiona masłowską, to byłaby śmiertelna pułapka. Proszę jeszcze powiedzieć, bo to mnie ciekawi przy tych przeskokach do różnych dziedzin, nie każdy pisarz to potrafi, a na przykład pani przechodząc do teatru przypomniała wielu literaturoznawcom, Tekst dramatyczny jest literaturą na przykład, bo wszyscy zaczynali o tym zapominać i większość krytyków nie pisała na przykład o dramatopisarstwie polskim, uznając, że to już teatr sobie zagarnął jako teksty dla teatru. Czy przechodząc do tych kolejnych dziedzin, w których się pani spełnia, stosuje pani tak zwane działanie okresu przygotowawczego, że dobra, mam pisać sztukę dla TR-u, no to oglądam wszystko, co tam jest. Wchodzę w świat teatru, no to dobrze, co jest współczesnym teatrem, jak się teraz pisze? Czy przy projekcie Mister Dino, dobrze, no to w jakim gatunku zaatakujemy? Jakie dźwięki będą najlepsze do hasła, bo to Masłowska śpiewa, Masłowska pisze teksty.
[53:18.87 → 54:36.67] B: Nie mogę powiedzieć, żebym stosowała tak zaawansowane inżynierie, Nie jestem osobą na tyle porządną i systematyczną, żeby researche, czy właśnie działania okresu przygotowawczego były tak zaawansowane. Jeżeli chodzi o Mr D, to po prostu wszystko, co nagrałam, wszystko, co zaśpiewałam wynikło z jakiegoś takiego porywu serca i było dokładnie takie, jak chciałam, żeby było i nie musiałam się do tego w żaden sposób przygotowywać. Natomiast zanim zaczęłam pisać do teatru, to była mi to dziedzina tak obca i ja nie miałam pojęcia o teatrze nawet jako teatromanka. Dlatego, że po prostu jestem z małego miasta i ja w teatrze prawie, że nie bywałam. Dlatego był to dla mnie gatunek zupełnie obcy. I pamiętam, że kiedy dostałam to zamówienie od Teatru Rozmaitości, to poszłam do biblioteki i wypożyczyłam Macbetha.
[54:39.13 → 54:42.71] A: Przypomnę, że powstali wtedy biedni Rumuni mówiący po polsku.
[54:43.84 → 57:10.51] B: Macbetha? Nie wiem, czy go przeczytałam jakąś połowę. I owszem, byłam na paru przedstawieniach w Teerze, ale jednak to było raczej jałowe. Pamiętam, że to jest moja główna anegdota a propos tego pisania rumunów, Miałam wtedy kolegę, który studiował teatrologię i po prostu zadzwoniłam do niego, żeby mi powiedział, jak się pisze sztukę. I on udzielił mi kilku bardzo przypadkowych i wydaje mi się, że mało praktycznych porad, ale miałam się czego złapać. Miałam jakieś trzy zasady, typu, że bohater powinien mówić co innego niż myśli. Mógł mi powiedzieć kompletnie coś innego, ale ja po prostu miałabym się czego trzymać. Po prostu było to bardzo eksperymentalne. Wydaje mi się, że to bardzo w tej sztuce widać, że... To znaczy właśnie to jest paradoks tej sztuki, że tego nie widać, że ona jest tak partacko napisana. Natomiast wydaje mi się, że to bardzo zawsze wychodzi przy jej inscenizacjach, że ona jest bardzo... tak jak pan powiedział, atrakcyjna w czytaniu jako literatura? i reżyserzy bardzo chętnie po nią sięgają. Właśnie na przykład za parę dni jadę do Havany na jej wystawienie i ona była naprawdę w bardzo wielu miejscach na świecie wystawiana. Ale po tym, kiedy przychodzi do prac nad nią, okazuje się, że na przykład jest w niej bardzo niepraktyczna bardzo źle sprawdzająca się w teatrze figura osób jadących samochodem, bo bardzo trudno jest w sytuacji stacjonarnej, jaką jest teatr, ukazać podróż przez całą Polskę. Więc za każdym razem dochodzi do tej samej nierozwiązywalnej zagadki, takiej niemalże buddyjskiej w swojej nierozwiązywalności. No i parę innych jest tam jakichś takich rozwiązań, których profesjonalny dramaturk nigdy by nie użył. Natomiast jest to wszystko świetnie zamaskowane tą zabawną warstwą językową, która wydaje się szalenie atrakcyjna i taka jest, tylko że są tam pewne takie wybuchy pod spodem.
[57:11.11 → 57:28.56] A: Bardzo ciekawe, że użyła pani tego słowa maskowanie. Czy w takim razie... Wypada Panią zapytać, co tak naprawdę maskuje Pani w tych różnych projektach? Bo jeśli w tej sztuce są zamaskowane pewne zadziory... Większość reżyserów by się nie zgodziła z panią Dorotą, bo wyzwanie pokazania czegoś nieruchomego...
[57:28.56 → 57:39.76] B: Ale to jest może twórcze po prostu. Ja tak kokieterynie trochę to mówię, bo mnie się też wydaje, że takie zagadki są tak naprawdę twórcze i gdzieś tam zmuszają tych reżyserów do gimnastyki.
[57:39.78 → 57:50.54] A: Dokładnie, ale jeśli ta zasada maskowania byłaby jakąś zasadą, załóżmy hipotetycznie, obowiązującą w kilku pani utworach czy projektach tych jak Mr. D, to co pani najintensywniej zakrywa?
[57:52.05 → 58:18.59] B: Ależ nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, bo ja użyłam tego słowa maskowanie. Ja nie maskuję niczego. Myślę, że to było raczej... Powiedziałam, że zamaskowane są niewybuchy, ale ja ich nie maskowałam. Nie stoję za tym ja, tylko pewna niedołężność mojego utworu.
[58:22.28 → 58:33.70] A: W takim nagłym szale autoanalizy zaczęła pani myśleć na tym, no dobrze, co ja maskuję tym językiem, co ja maskuję tymi bohaterami, tym złym, strasznym, śmiesznym też pokraśnym światem. Nie, to wydaje mi się, że ja
[58:33.70 → 58:41.26] B: w ogóle nie potrafię myśleć o swoim pisaniu w kategoriach maskowania, że ja coś tym maskuję.
[58:41.43 → 58:42.76] A: Raczej wymazujemy tę metaforę.
[58:44.12 → 58:46.84] B: odczuwam to jako czynność demaskującą.
[58:47.12 → 59:45.11] A: Ale tak kojarzy mi się to z pewną taką niedogodnością, która nastąpiła po publikacji pani wywiadów, które Agnieszka Drodkiewicz przeprowadziła, to była dusza światowa. Później był jeszcze jakiś wywiad dla Rzeczypospolitej, gdzie część powiedzmy polskiej sceny literackiej zaatakowała pani za niektóre myśli, za niektóre odczucia, za niektóre konstrukcje intelektualne, które tam wyniknęły. I teraz, co na przykład pisarz może począć z takim błędnym odbiorem własnych intencji albo z taką reakcją na moment, kiedy odsłania coś, czego tak wprost nie ma powiedziane w literaturze? To jest taki wtedy lęk, no zaszufladkowali mnie, tak? To jest ten błazenek, który tutaj obśmieje nas językiem, przystawi nam lustro, ale jak zerwie maskę żartownisia i demnistyfikatora, to... To
[59:45.11 → 59:45.89] B: już go nie lubimy.
[59:45.91 → 59:46.65] A: To już go nie lubimy.
[59:48.91 → 01:01:45.55] B: Oczywiście to jest trudna sytuacja, dlatego że wiadomo, że dużo milej jest być lubianym albo chociażby hołubionym, bo to nie zawsze się pokrywa. Oczywiście dużo milej jest być akceptowanym i dużo milej jest się zgadzać ze zgadzającymi się. Myślę, że tamta sytuacja, również mój blog na warszawskich spotkaniach teatralnych, również ta książka i rzeczy, które wtedy mówiłam sprawiły, że wpadłam wręcz w jakiś taki konflikt z częścią środowiska artystycznego, które zaklasyfikowało mnie jako osobę o poglądach prawicowych, których myślę, że nie posiadam. Natomiast wtedy przemawiała przeze mnie jakaś taka niezgoda na ten wzajemny masaż, który uprawia środowisko artystyczne. I myślę, że na dłuższą metę Dla artysty lepszym rozwiązaniem jest utrzymywanie się w pozycji pewnego nieporozumienia ze środowiskiem. Wydaje mi się, że to jest bardziej twórcze i wydaje mi się, że artysta powinien ćwiczyć się w pewnej niezgodzie i w sytuacji bycia nielubianym, że tak naprawdę to miłe ciepełko, które wytwarzają różne koterie, kliki i towarzystwa wzajemnej adoracji jest bardzo zgubne dla sztuki i dla charakteru.
[01:01:48.30 → 01:02:14.70] A: czyli taką dewizą, jeśli istnieją dewizy, dla pisarza. Wracam do tego problemu. Pisarz, społeczeństwo, pisarz, środowisko. Miałoby być hasło nie należy, ja na przekór nie należy, nie chcę być z wami, zawsze będę w poprzek, na przekór, wbrew swoją literaturą, swoimi wypowiedziami, swoim stylem bycia, nieistnieniem na Facebooku itd.
[01:02:16.93 → 01:02:27.69] B: Ja nie mogę tego tak nazwać, ale ja to tak czuję. Wie pan, to po prostu byłoby w bardzo złym guście, gdybym ja to tak nazwała.
[01:02:28.41 → 01:02:28.93] A: Ale ja mogę?
[01:02:29.45 → 01:02:32.99] B: Tak. Dziękuję. Ale mniej więcej tak to odczuwam.
[01:02:34.87 → 01:04:16.68] A: Jeszcze jedna kwestia, też wynikająca z tego, bo jest taki przejmujący, właściwie dwa przejmujące teksty w tym kosmicznie śmiesznym tomie. Myślę o latach dwutysięcznych, chyba tak to się nazywa ten felieton. Nie wiem, czy już felieton zająknąłem się. I Warszawa, taki siedmio-ośmioczęściowy opis Czarnego Piątku w Warszawie, Pani myśli. I tu wychodzi inna Dorota Masłowska. Te fragmenty łamią tę książkę. To są jakieś takie dziwne pęknięcia, gdzie ta perwersyjna laborantka, ten wirus krążący po naszym świecie, telewizji i naszych głowach nagle skierowuje skalpel albo obiektyw kamery na siebie. I dzieje się jedna niezwykła rzecz. Dorota Masłowska wspomina. Dorota Masłowska wspomina świat sprzed 15 lat. albo jak w Warszawie, widzi Warszawę sprzed 15 lat i siebie utopioną w tych dziwnych ceremoniach, świętach, niczego, dziejących się nigdzie w Warszawie. I czytając to poczułem oczywiście zmianę konwencji. Te hiszpanie felietony, takie mini eseje, one rzeczywiście przełamują ten układ. Ale co one podpowiadają czytelnikowi, że pod tymi wszystkimi panicharcami na popkulturze jest jeszcze jakaś inna potężniejsza rana osobista? Czy raczej pokazują, no dobrze, przepraszam za cudzy słów otworzę, dojrzałam. I teraz będzie taka tonacja inna mojej twórczości, mojego myślenia o świecie.
[01:04:16.70 → 01:04:18.36] B: Aż tak pan odczuwa te teksty?
[01:04:19.34 → 01:04:24.03] A: Nie czuję, że one są ciałem obcym tutaj, bo one bardzo dobrze robią w tym tomiku.
[01:04:25.95 → 01:04:28.16] B: Ale że mają taki ton funeralny?
[01:04:28.16 → 01:04:53.54] A: Może nie funeralny, że pani się żegna ze światem, z twórczością. dojrzałam, żegnajcie czytelnicy, teraz nowa Dorota Masłowska się narodzi", tylko nagle jakby cały czas, nie chcę tej maski wprowadzać, ale jakby objawia się inna narratorka, narratorka, której to zło nie prowokuje do kontruderzenia i do wydrwienia, pastiszowania, tylko tak, przepraszam, są cholernie rani.
[01:04:54.74 → 01:06:06.84] B: Ja tego tak... nie odczuwałam, mnie się wydawało, że chociaż czy ja wiem, rzeczywiście może one są jakieś takie bardziej poetyckie i melancholijne. Może dlatego, że właśnie są rodzajem zapisu takiego dosyć nieprześmiewczego, nie biorącego sobie za obiekt łatwych żartów przyszli przepisu i tego, co po prostu tym żartom bardzo łatwo się poddaje, tylko ja opisująca moją taką bardzo realną rzeczywistość i jej pewną jałowość. Więc może stąd ten niezbyt wesoły ton, ale wydawało mi się, że na niego też w tej książce jest miejsce, to znaczy być może ten ostatni tekst jest na przykład takim po prostu moim zdjęciem z prawdziwego życia na tle tych wszystkich głupot, o których piszę.
[01:06:08.08 → 01:06:46.26] A: Oczywiście te teksty są zapowiedziane na przykład takim fragmentem z pick-up masterami, kiedy idzie pani przez pasaż, wjecha i dziwny chłopiec trenujący techniki podrywu. Nie można powiedzieć, że zrobił pani dzień, jak mówią Anglicy, ale coś dziwnego się wydarzyło i dobrał się do jakichś pokładów, do których nie dobrałby się, gdyby pani była opancerzona tego dnia idealnie. Czyli ten fragment o precyzumie Warszawa to nie jest wychylenie w przyszłość. Otwarcie jakiegoś nowego rozdziału w pisarstwie, Masłowskiej, tylko fotografia z dnia, fotografia z złego miesiąca?
[01:06:50.68 → 01:07:11.72] B: Wydaje mi się, że z tego co pamiętam, to co za tym tekstem stało, to moja chęć opowiedzenia o Warszawie, o miejscu gdzie żyję i o sobie w tym miejscu. No i widocznie okazało się to po prostu mało śmieszne. Mało zabawne.
[01:07:12.50 → 01:07:45.70] A: Nie nazwałbym tego tekstu jako nieudany żart. A te wspomnienia, to wspominanie początku lat 2000, pojawia się Lampa Iskra Boża, Paweł Dunin-Wąsowicz bawiący się kolejką na dywanie, na podłodze redakcji, dyskusje, Mirek Nohacz, z którym smsujecie chyba do Roberta Sankowskiego. Więc duchy, duchy, duchy, miejsc, ludzi, sytuacji. To jest już taki czas w życiu pisarza, że się wspomina, że sprawdza się, w fali burzy i naporu byłam częścią? Co po nas zostanie?
[01:07:46.14 → 01:10:04.94] B: Ja w ogóle muszę tutaj zaznaczyć, że ja jestem wielką przeciwniczką anegdoty i ja nie cierpię anegdot ani swoich, ani siebie, mimo że tutaj jedną anegdotę przytoczyłam, to po prostu nie cierpię bohemiczności i anegdociarstwa. I wiem, że to jest zawsze atrakcyjne i ludzie uwielbiają czytać i słuchać anegdoty, ale staram się nie eksploatować tego, uważam, taniego potencjału. Natomiast w momencie, kiedy dwutygodnik zapytał mnie, czy nie napisałabym tekstu o latach 2000, nagle uległam tej pokusie zajrzenia tam, zajrzenia do swoich wspomnień z tego okresu, bo ja je ciągle brałam za obiektywne, za coś, co zdarzyło się chwilę temu i nagle odkryłam, że to było jednak bardzo dawno temu. Nie przez to, że 10 czy 15 lat to jest bardzo długo, tylko dlatego, że w ciągu nich po prostu w Polsce dokonała się jakaś kolejna przemiana, kolejne przetasowanie, kolejne po prostu Myślę, że to tak naprawdę zasadza się na zmianie technologicznej, że po prostu zmieniły się technologie, zmieniły się gadżety, przez to nasze życie kompletnie się zmieniło i tam to się wydaje już bardzo stare, bardzo analogowe. Ale nagle gdzieś tam odkryłam, że te rzeczy, które uważam za za swoje życie są już zakurzone, po prostu, że leżą na nich jesienne liście i są opajęcznione. Bardzo mnie zaciekawiło to, że one już są jakąś tam elementem historii, literatury, a bardziej niż rzeczywistości, jakiejś takiej aktualnej. No i z przyjemnością mi się to pisało. Może rzeczywiście, tak jak pan powiedział, pojawiają się tam duchy, no bo autentycznie po prostu pojawiają się tam przynajmniej dwie osoby, których już z nami nie ma na padole ŁERSZ.
[01:10:05.48 → 01:10:47.27] A: Ostatnie pytanie, oddam państwu głos, bo musimy dzisiaj troszkę wcześniej skończyć. Pani Doroto, Czy jest taki moment w życiu pisarza, w którym może on poczuć, że nie nadąża? Ten moment wspominania mógłby być dla wielu takim sygnałem ostrzegawczym. Lepiej się już czuję po tamtej stronie przeszłości w analizie tego, co zrobiłam, co przeżyłam, niż w pędzeniu czy płynięciu z nurtem tej rzeki. Czy to jest dobry czy zły moment dla pisarza? Nie nadążam. Pilch teraz, oczywiście przy swoim wieku i doświadczeniach, to jest zupełnie inny moment, ale on jest chyba w takiej fazie nienadążania i celebruje to nienadążanie.
[01:10:51.15 → 01:12:29.94] B: Myślę, że pisarze będą coraz częściej to czuć, Uczucie nie nadąża, będzie coraz powszechniejsze, dlatego że technologie zmieniają się tak szybko, a wraz z nimi literatura, to co jest aktualne. Jeżeli literatura gdzieś tam bierze sobie na cel rzeczywistość, to musi posługiwać się adekwatnymi językami. Te języki są w tej chwili w dużej mierze już zawłaszczone i zainfekowane przez technologie. I ja jako osoba 34-letnia w tym momencie czuję, że nie nadążam, że moja córka przynosi ze szkoły slangi, których nie rozumiem, że ten język bardzo, bardzo, bardzo się zmienia. Nawet jeżeli mówimy tylko o języku, nie o całej rzeczywistości, tylko o takim jej wycinku, to on się bardzo szybko zmienia i jeżeli ja uważana gdzieś tam kiedyś za pisarkę bardzo, bardzo nowoczesną, bardzo gdzieś tam łapiącą rzeczywistość na bieżąco. Jeżeli ja przestaję ją łapać, to myślę, że Jerzy Pilch ma dużo większy problem. I nie wiem, jaka jest na to odpowiedź, czy chodzi o to, żebyśmy usiłowali tę rzeczywistość gonić. Czy może niekoniecznie, czy może w ogóle na osoby nienadążające też jest w literaturze miejsce i możemy po prostu uczynić swoją markę.
[01:12:29.94 → 01:12:39.36] A: Ale Pani Doroto, na intuicję celebrować nienadążanie, czy usiedz w inną rzeczywistość, w inną formę, w inną przestrzeń sztuki, żeby zamaskować to?
[01:12:39.52 → 01:13:19.43] B: Ja rekomendowałabym niekoniecznie celebrowanie nienadążania, ale czynienie z niego swojej marki i atutu swojego pisarstwa, dlatego że wydaje mi się, że to nienadążanie tak naprawdę jest lustrzanym odbiciem tego, co rzewiska, które jest dużo szersze i wszyscy gdzieś tam za tym nienadążamy po prostu. Technologia zaczyna nas wyprzedzać i nas gdzieś tam po prostu molestować tym wyprzedzaniem.
[01:13:20.51 → 01:13:32.61] A: To zabrzmiało jak puenta, tylko dam państwu głos, tylko powiem, że zawsze tej pory żyłem w takiej iluzji, że jak ja nie nadążam, to Dorota Masłowska przetestuje ten język, ten świat, także za pomocą tej książki przede mną i za mnie.
[01:13:32.73 → 01:13:33.97] B: No to tak nie będzie.
[01:13:34.07 → 01:15:07.43] A: Tak już właśnie poczułem oddech, oddech czego? Wielkiego stopu, że jak pani ucieknie gdzieś albo zrobi walor z nienadążania, Ja też jako czytelnik gdzieś się zatrzymam. Może to być miejsce fajne, ale może być to miejsce przerażające, bo tak będziemy sobie patrzeć, och, było wspaniale, jest cudnie w tej chwili, och, granulki czasu dookoła nas spływają, a ten język młodzi gdzieś odpłynęli w zupełnie inne miejsce. Ale podoba mi się to, co pani mówi o tym, żeby nie bać się nienadążenia. Pisarz chyba tego powinien mniej bać niż czytelnik. Drodzy Państwo, pytanie do Pani Doroty Masłowskiej. Tak przyspieszyłem dzisiaj, bo musimy skończyć wcześniej. Na koniec przeczytamy jeszcze jeden fragment z jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu. Czasownik się podmienił. Czy są jakieś pytania do Pani Doroty? Podejdziemy z mikrofonem. Można o tą książkę, można o mistera D, można o wszystko właściwie chyba zapytać. Strząsająca cisza. W szkole zwykle w takich momentach pokazuje się, kto ma zadać pytanie, ale nie wykonam chyba tej operacji, bo mnie Państwo zlinczujecie potem. Czy ktoś z Państwa, komentarz polekturowy, komentarz do spotkania, do pytania Pani Doroty o coś, co wybrzmiało, ale może wybrzmiało nie do końca w tej rozmowie?
[01:15:10.63 → 01:15:12.63] B: Tak milczącej publiczności.
[01:15:14.15 → 01:15:19.55] A: Chyba państwo się nie obrazili na nas za to nieodążanie, za maski, za żarty? Chyba nie.
[01:15:19.55 → 01:15:22.49] B: Nie było nawet w Rybniku tak milczącej publiczności.
[01:15:24.29 → 01:15:47.34] A: Chyba, że ja mam inną propozycję, że pani Natalia przeczyta fragment o Słoikach, który jest długim, fajnym fragmentem, a państwo będą mogli podejść do pani Doroty, poprosić o autograf i pewnie zadać na osobności to najważniejsze pytanie, jakie można zadać pisarzowi, czyli jak żyć na przykład. Dobrze? Pani Natalio, proszę na scenę.
[01:15:47.64 → 01:15:52.34] B: Dziękuję państwu bardzo za spotkanie i podpiszę książki.
[01:15:52.46 → 01:16:01.04] A: Naszym gościem była Dorota Masłowska, Łukasz do mnie prowadził. Zapraszamy na scenę egzemplarze autografu. Pani Natalio, czytamy.
[01:16:04.33 → 01:29:37.78] C: Słoiki. Z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że każdy z nas wie już, na czym polega konwencja paradokumentu. Nie mówię o tych, co przez ostatnie 10 lat byli w śpiączce albo w klasztorze. Jednak już ci, co spędzili ten czas w szpitalu czy w więzieniu, słysząc W11 czy Ukryta Prawda, na pewno nie wykrzykują teraz, co to takiego, pierwsze słyszę. Wiedzą nawet ci, którzy wcale by nie chcieli. Nieposiadanie telewizji nikogo tu akurat przed niczym nie broni. Trudne sprawy, szkoła i szpital mogą zawsze wyskoczyć z ekranu i rzucić się na nas w hotelu czy na wigilii u rodziców. Mięsny jeż z pamiętników z wakacji zajął trwałe miejsce we współczesnej polszczyźnie i z powodzeniem patronuje zapiekankom, grosom i pizzy. Fraza, tata zrobił kupę do bidetu, choć o mniejszym potencjale gastronomicznym, również natrwale wpisała się w naszą kulturę i myślę, że wypłynie jeszcze kiedyś jako hasło w kole fortuny w kategorii cytat. Rarogowaty, obłaczający widzowi umysłowo gatunek jest tak jawnie koszmarny, że na świecie rządzącym się prawem boskim powinien zniknąć, nim jeszcze się pojawił. A jednak tak się nie dzieje. Co więcej, produkcje zdają się pokątnie rozmnażać między sobą, problematyzując życie kolejnych grup zawodowych i społecznych i zajmując w polskim krajobrazie medialnym pozycję coraz stabilniejszą, jeśli nie dominującą. Dlaczego tak się dzieje? Na to i na wiele innych pytań będziemy szukać dziś odpowiedzi, analizując serial Słoiki w moim kąciku kultury drastycznej U. Może zastanawialiście się, dlaczego dodałam to U na końcu ostatniego zdania. Tak, pozornie bez sensu. Ale chciałam, byśmy kącik mogli nazywać między sobą kakadu. Oglądanie kolejnych części paradokumentu jest jak schodzenie w mrok, w dół, w nicość. Krótkie i łatwe do zapamiętania hasło, pozwoli nam nawoływać się w ciemności, kiedy i tak prawdopodobnie będzie już dawno za późno. Pierwsze odcinki, pierwsze sceny to zawsze uzasadniony wstrząs. Wprost za nim zaprzeczenie. Z angielskiego denial. Chęć wycofania się. Może się wiązać z niechęcią, rozdrażnieniem, apatią, agresją. Umowność rodem z sesji RPG lub dziecięcej zabawy. Zbrodniczy poziom aktorstwa, natur szczyków, psychiatryczne dialogi, puste wnętrza, w których za rekwizyty codziennego życia robią słomkowe kapelusze i wszędobylskie patery z owocami. Jak to możliwe w roku 2016, gdy serial staje się osobną dziedziną sztuki i sięga po najbardziej innowatorskie środki filmowego wyrazu? Gdy technologiczne zaawansowanie i sugestywność tych ostatnich tak bardzo przekształciły naszą percepcję, że jesteśmy w konsekwencji skłonni nudzić się nawet przy klasykach światowego kina? Dlaczego w takim kontekście mamy do czynienia z rozkwitem filmowej opowieści w odsłonie ostentacyjnie chromej, bezwstydnie pokracznej, wreszcie tak nisko budżetowej, że podchodzi już bardziej pod formę literacką, pod coś w rodzaju opowiadania ilustrowanego ruchomymi obrazami? Dlaczego polscy telewidzowie chcą się tarzać w tej beznadziei od rana do wieczora? Odpowiedź jest złożona i by się do niej zbliżyć, obejrzałam bardzo wiele odcinków serialu Słoiki, opowiadającego o życiu osób przyjezdnych w Warszawie. Kakadu! Kakadu! Krzyczałam bezustannie, jednak odpowiadało mi tylko echo. Może dlatego, że to było jeszcze przed napisaniem tego tekstu i nawet ja nie znałam jeszcze tego hasła. Po ochłonięciu dochodzę do wniosku, że ta formuła jest w jakiś, podkreślam, jakiś sposób genialna. Bo oto w ramach ściśle przemysłowej, cynicznej polsatowskiej produkcji na amerykańskim formacie powstaje polska sztuka ludowa. To cud. To jakby z taśmy produkcyjnej wielkiej fabryki w Chinach wychodziły ręcznie malowane kupki albo pozłacane łabędzie z opon. Jednak każdy cud gdzieś się kończy, a ten kończy się tu. Sędzie Anny Marię Wesołowskie, Słoiki i Szkoły powstają przy najniższych możliwych budżetach jako tło do reklam, które pod pozorem fabularności utrzyma widza przed telewizorem. Już sama ich struktura pełna powtórzeń, przypomnień i podsumowań jest zaprojektowana jako stelaż pod treści reklamowe. Wydarzenia wydarzają się, a jednocześnie opisywane są przez bohaterów, podsumowywane przez narratora i opatrywane briefami na pasku. Dzięki temu programy te można oglądać nawet w ostatniej minucie, a i tak trudno czegokolwiek nie zrozumieć. Wspaniale egalitarne integrują przed telewizorami osoby od lat 1 do 100 i z inteligencją od 100 do 1. Tanie, nieaspirujące do jakiejkolwiek jakości, mają socjologiczną reaktywność tabloidu, której najszybciej nawet robiony serial z najlichszymi aktorami i dekoracjami nigdy nie osiągnie. Efekt uboczny to rycząca prymitywność obrazu, ale twistem w całej sytuacji jest fakt, że regresywne, antynowoczesne środki wyrazu, wybierane przez twórców z powodów budżetowych, pracują na sukces konwencji. To już nie są tasiemce o projektantkach mody dla gospodeń domowych i o królach dla żebraków, opowieści rozbudzające marzenia, i aspiracje materialne i uczuciowe, w których nawet zwierzęta gospodarskie są grane przez ludzi pięknych, zoperowanych plastycznie, o czystej dykcji i poprawnej frazie. Paradokumenty to neo-seriale lustra, zaludnione przez niepięknych, niezoperowanych, grubych, bełkoczących, śmiesznych, takich jak ty i ja. Lustra, w których rzeczywistość jest niemal tak brzydka jak w rzeczywistości, a meblościanki ciągle zalepione są kalkomanią. Więc mimo, że ich proweniencja jest skrajnie przemysłowa, to są oddolne, tak jakby szarzy ludzie z bloków wzięli się do kupy i zrobili sobie wreszcie, z drobną pomocą telewizji, własny serial, tak jak umieli. Każdy przyniósł, co miał najlepszego. Albo i najgorszego. We wspomnianej już przeze mnie kultowej scenie, w której okazuje się, że tata zrobił kupę do bidetu i każdy członek rodziny po kolei zagląda do muszli, by stwierdzić tam obecność wypikselowanego balasa, wyczuwalne jest coś jeszcze. Bliźniacza do linczów pod postami pudelka, infantylna rozkosz defekowania w salonie, rzygania jaśnie panu do fortepianu. Zemsta statystycznego Polaka za całą fikcję telewizyjną i celebrycką, za te lata pokazywania mu wyfotoszopowanych twarzy, wypożyczonych samochodów i designerskich wnętrz. Popularność paradokumentu, niestroniącego od tematów tabu, wulgarności i dantejskich scen, obsadzonego ludźmi o pospolitych aparycjach i prostackiej ekspresji, zdaje się właśnie taką medialną rabacją. Chuja tam wielcy aktorzy zdają się krzyżeć na turszczycy. Wcale was nie potrzebujemy, też tak umiemy. Polsat i TVN zdają się tu tylko producentami wykonawczymi, czy też alfonsami całego tego procesu. Pozostaje pytanie, czy ta słynna prawdziwość paradokumentów jest aż taka prawdziwa? Czy rzeczywiście są one bliżej polskiej rzeczywistości niż prawilne produkcje TVP? Moim zdaniem nie. są po prostu w inny sposób daleko. Bo to seriale udające seriale. Imitacje imitacji. Uproszczone dekoracje symbolizują dekoracje. A zatrudnieni zwykli ludzie swą grą odtwarzają grę aktorów grających zwykłych ludzi. Nawet dialogi udają tu dialogi serialowe. Nieprofesjonalni aktorzy próbują zagrać potoczność, jednak odruchowo zbaczają w znany sobie z prawdziwych seriali język oficjalny. Mają też pewne swoje wyobrażenia o elegancji i światowości językowej, z jaką należy występować w telewizji. Efekt wcale nie poraża naturalnością. Gabrysia, to ty? Co za spotkanie, uwierzę. Cieszę się ogromnie, że cię ponownie uwidzę. Hejka, wiesz, mam chwilę wolnego czasu. Nad rzeką jest fajny nowy pub. Może przejdziemy się tam razem? Ciekawe robi się też, kiedy improwizujący porywają się na stylizacje językowe, próbując odgrywać sposób, w jakim mówią na przykład ludzie ze wsi. Najczęściej obierając spontanicznie ścieżkę mieszania staro-cerkiwno-słowiańskiego ze swoją osobistą ekspresją językową. Szczerze? Dobry Bóg mnie cię chyba zesłał, Aniela. Powiem może tak, sama nie będę krasuli doiła, tak? Ponieważ improwizacje bazują na naturalnych zasobach umysłowych naturszczyków, pełne są topornych kalk i komunałów. Wracający do domu lekarz powie więc. Och, miałem ciężki dzień w szpitalu. Leczyłem tam wielu pacjentów. Byli chorzy. Zaś nauczyciel. Jestem zmęczony. No wiesz, jak to w szkole. Lekcje przedmiotu, klasówki, uczniowie, tablica. Skupiając się na samych słoikach, z nie inną głębią i ostrością socjologicznego rozpoznania, zarysowane zostaje tutaj życie osób przyjezdnych we Warszawie. Osób, które czy to niezwyczajne jedzenie na mieście, czy też z gospodarności, przywożą ze sobą do wielkiego miasta pożywienie w szklanych pojemnikach zakręcanych. To rzadki przypadek, kiedy twórcy zdecydowali się wypełnić format socjologicznym w pełni namierzalnym konkretem. Sama mieszkam we Warszawie i z niejednego słoika chleb jadłam. Wybrałam do dyskusji w Klubie Kultury Drastycznej ten, a nie inny serial, bo opowiada poniekąd o moim życiu. Wydawało mi się, że oglądając go będę mogła jednocześnie patrzeć w lustro i w okno, szukając elementów różniących obrazki i w ten sposób łatwo oszacuję, ile w idei para dokumentu jest prawdziwego życia Polaków, a ile tajemniczego pierwiastka para. Zdawałam sobie sprawę, że już sam dobór na motyw przewodni sztucznie wykreowanego stereotypu, choć dość sprawnie wykreowanego, jest zapowiedzią wachlarza wszelkich możliwych uproszczeń i uprzedzeń, które zaraz się rozłoży. Ale nie spodziewałam się, że świat przedstawiony jest zamierzonym teatrem klisz i schematów. Wsie i małe miasteczka to bieda, Kurze fermy i zaściankowa mentalność determinowana lękiem przed szatanistami, księdzem, tym co ludzie powiedzą i będą na nas gadać, że tak bez ślubu. Ale to też uczuciowość, serdeczność, dobre serce prostego człowieka. Warszawa natomiast to demoniczna metropolia. Nowy Jork, Niziny Mazowieckiej, a może i nawet Garbułckiego, pełen występku, zboczeń, buddyzmu i wyścigu szczurów. Świat, do którego akcesu bronią zdeterminowani, chorzy z ambicji pracownicy agencji reklamowych, fryzjerzy geje i bezdzietne dyrektorki kreatywne. To właśnie na tej wojnie światło wywalczył bohaterowie lądujące we Warszawie na z góry przegranej pozycji. Bezbronni jak małże wobec drapieżnych autochtonów. Wałęsają się po stolicy jak jelonek bambi po autostradzie lżeni i wyśmiewani. Przyszywany warszawiak, idź kury macaj. W Warszawie ci się zachciało, kuźwa słoikowi. Jednak źli prędzej czy później wpadają we własne sidła, a oliwa na wierzchu wypływa. Obowiązkowo muszą też pojawić się w pewnym momencie rodzice z torbą, sumką pełną konfitur i bigosów. Bo w tej Warszawie to nie pojesz. I motyw odgrzewania frykasów w garnczku na niezapalonej kuchence. Schemat na schemacie. Banał na banale. Grube nici grubymi nićmi szyte. Ale o to właśnie chodzi. Wszystko to otworzy stabilny, przewidywalny stelaż pod poszczególne historie, które kakadu! Kakadu! krzyczałam, a wszyscy tylko myśleli, że wzywam popularny gatunek papugi. Bo poszczególne ich historie to prawdziwy stek bzdur. Wielka loteria umysłowych śmieci, w której bębnie kotują się tabloidowe awantury, gusła, legendy miejskie i inne potoczności. Łączą je instynktowne ludowe taktyki narracyjne, bezustanna walka dobra ze złem, beztroskie zwody fabularne, pigułka gwałtu ukryta w kanapce z krakowską suchą, nagle odnajdujący się w pobliskich krzakach krewny i baśniowy schemat. Ale te śmieciowe ploty są właściwie nieważne, mają po prostu widza wciągnąć. Liczy się sam proces opowiadania, bajania przy jesiennym obieraniu kapusty, gdy wiatr świszczy w kominie, Ponieważ telenowele paradokumentalne, które w ostatnich latach szturmem wzięły telewizję, i to raczej nie koniec ich ekspansji, to neogawędy ludowe odwołujące się do bardzo pierwotnych funkcji narracji, do opowieści jako formy społecznego współbycia, spędzania razem czasu, wspólnego zabijania go, zimowania, przeczekiwania, mentalnego koczowania. Ich targetem są nie młodzi, niewykształceni i z niewielkich ośrodków, nie łapiący się na grę o Tron i Stranger Things, Ci, którzy chcą, żeby po prostu coś znajomów rzeszczało i szarpało się w tle, kiedy jedzą wodzionkę. Ci, dla których telewizor jest często jedynym rozmówcą i krewnym oknem na świat. I to przed nim, jak zimę, przeczekują zły czas.
[01:29:39.00 → 01:29:55.77] A: Dziękuję bardzo. Czytała Natalia Sacharczuk. A naszym gościem podczas wtorkowej bitwy o literaturę była pani Dorota Masłowska, mobilne dzieło sztuki. Jeszcze podpisuję, ale za chwilę zniknie. Dziękuję Państwu, dobranoc, miłej nocy.

Bitwa o literaturę. Kontrola artysty nad światem

Pisarz i popkultura. Pisarz i polityka. Pisarz i prywatność. Rozmowa z Dorotą Masłowską wokół jej najnowszej książki „Jak przejąć kontrolę nad światem nie ruszając się z domu” i płyty nagranej jako Mister D. Może do czasu debaty ukaże się coś jeszcze.
Łukasz Drewniak

Dorota Masłowska, ur. 1983 w Wejherowie, autorka głośnej „Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną”, za którą otrzymała Paszport Polityki, i nagrodzonego Nagrodą Nike „Pawia Królowej”, dramatopisarka, felietonistka i producentka muzyczna.

Wróć