Tryb wiązania: soft

Pokazujemy wszystkie trafienia.

[pokaż transkrypt] [ukryj transkrypt]
[00:01.80 → 02:31.02] A: Panie i Panowie, dobry wieczór. Kiedy niemal 200 lat temu do Krakowa wyruszył, szczerze mówiąc z pewności nie mam czy z Lublina, ale w końcu nasz, bo tu w Lublinie urodzony, Wincenty Pol, to powodów tej podróży było kilka, ale jednym z zasadniczych było to, że miał do wygłoszenia opowieści na uniwersytecie, poświęcone etnologii. I to były pierwsze w historii uniwersyteckie wykłady etnologii poświęcone. Kiedy dziś w 2018 roku z Krakowa do Lublina przyjechał nasz gość, etnolog, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że po pierwsze zajęło mu to zdecydowanie mniej czasu, po drugie środki lokomocji były inne, po trzecie świat, który obserwował przez okno, wyglądał zupełnie inaczej. Bo 200 lat, przyznają Państwo kawałek czasu, świat miał prawo się zmienić. Ale o tym, że świat potrafi się zmienić na dużo węższej przestrzeni czasu i czasem nawet zniknąć, o tym między innymi chciałabym dziś z naszym gościem, który dziś przyjechał z Krakowa, ale upewniłam się za sceną, bo równie dobrze z drugiego końca świata mógł do nas przybyć, Andrzej Dybczak. Dzień dobry. Cieszę się, że przyjął pan nasze zaproszenie. Zechce pan zająć miejsce, a ja przez ten czas ustawię książki, z których do jednej przywiązana jestem specjalnie, a druga jest pożyczona od autora. pożyczona od autora, bo pana Wszystkich Krów mają państwo prawo nie zdobyć w księgarniach. Podobno chwilowo nie ma ich nawet w hurtowniach, o czym przed chwilą poinformowałam autora, dodając, że próbowałam kupić tę książkę, bo czytałam ją, kiedy tylko się ukazała, ale to już było jakiś czas temu. Próbowałam ją kupić jeszcze zanim pan Wszystkich Krów otrzymał kilka dni temu, o czym państwa informuję autorowi gratulując, nominację do nagrody Nike.
[02:31.44 → 02:32.22] B: Dziękuję bardzo.
[02:33.22 → 02:33.52] A: Działa.
[02:33.66 → 02:33.86] B: Działa?
[02:34.14 → 02:35.12] A: Tak, działa.
[02:35.52 → 02:37.88] B: To powinienem się cieszyć, że nie ma w hurtowniach, czy martwić?
[02:38.00 → 03:23.36] A: Dzisiaj niech się pan cieszy, jutro proszę dzwonić do wydawcy, a pojutrze ja będę chciała uzupełnić swój księga ospiór. Chciałabym, żeby zabrał nas pan dzisiaj w drogę, nie dał Krakowa swojego, chociaż pewnie o Kraków zahaczymy, jedno z moich ulubionych opowiadań, właśnie z pana Wszystkich Krów, na granicy miasta i lasu się rozgrywa, krakowskiego miasta. Chciałabym, żebyśmy powędrowali dziś po świecie, żeby pan był naszym przewodnikiem, ale jak pan widzi, jest nas trochę. I tu, i przed ekranami komputerów. Proszę powiedzieć, czy to dla pana wygodna sytuacja? Czy dobrze się podróżuje w grupie, czy woli pan sam?
[03:25.62 → 03:29.66] B: No, raczej sam. Wolę sam.
[03:29.94 → 03:35.94] A: Dużo kłopotu z takimi towarzyszami? Każdy ma swoje wymagania? Czy to jest zupełnie inna sprawa?
[03:36.24 → 03:58.55] B: To zależy, o jakich towarzyszach pani mówi, ale tak naprawdę to chyba nie jest wcale takie znowuż oryginalne stwierdzenie, że dobrze się podróżuje samemu, ale to chyba też zależy od osoby, która podróżuje. Zależy, co się chce uzyskać, zwłaszcza, że nawet jak się podróżuje samemu, przynajmniej tak
[03:58.55 → 04:00.11] C: jak ja to robię, nigdy się nie
[04:00.11 → 04:02.71] B: podróżuję samemu, ponieważ zawsze w tych miejscach,
[04:02.73 → 04:04.37] C: do których się jedzie jest mnóstwo ludzi.
[04:04.63 → 04:14.85] B: Nawet w najbardziej niedostępnych i takich słabo zaludnionych obszarach zawsze znajdzie się ktoś, kto nie chce odstąpić.
[04:15.45 → 04:20.17] C: Dlatego właściwie nigdy, też jakbym się tak
[04:20.17 → 04:47.38] B: zastanowił, to bardzo rzadko tak naprawdę człowiek jest sam, ponieważ wszędzie są ludzie. z których się zapoznaje, którzy są, a zwłaszcza taka rola ludzi jako przewodników, ponieważ znaleźć właściwego przewodnika, ale takiego w cudzysłowie przewodnika, taką osobę, która jest tak naprawdę kluczem do danego miejsca, to jest bardzo ważne.
[04:48.50 → 05:51.14] A: Wszędzie są ludzie, którzy mogą być naszymi przewodnikami, ale też bez tych ludzi można nie przeżyć w miejscach, na przykład w których Pan się także znalazł. Zastanawiam się, od której podróży rozpoczniemy, ale pomyślałam sobie, że może spróbujmy posługiwać się pewnymi hasłami i żeby mógł Pan te hasła rozwinąć, pewnie odbędziemy podróż, a to do Ewenków, a to w zupełnie inne strony. Zacznijmy od takiego słowa jak cisza. Cisza i w ogóle dźwięk, Od ciszy rozpoczyna się film, którego współautorem jest nasz dzisiejszy gość. Bo Państwo pewnie znakomicie wiedzą na spotkanie z kim przyszli, ale ustalmy, nie wiem tylko czy kolejność właściwa według Pana, podróżnik, etnolog, pisarz, No, prawie filmowiec, bo jednak współautorstwo jednego filmu zalicza Pana już także w ten krok.
[05:51.16 → 05:59.18] B: Ja bym powiedział prawie podróżnik, prawie etnolog. Nie etnolog, bo mam dyplom. Prawie, co tam było? Prawie reżyser. Prawie pisarz.
[05:59.84 → 06:01.54] A: No trochę pilarz też, prawda?
[06:01.98 → 06:03.34] B: A nie, akurat pilarz, tak.
[06:03.74 → 06:04.74] A: Zcertyfikowany.
[06:04.86 → 06:05.06] B: Tak.
[06:06.16 → 06:35.53] A: Jednym słowem Andrzej Dybczak człowiek wielu zawodów, ulepiony z roboty, jak większości jego bohaterów. Zacznijmy od dźwięków. Jeśli państwo zechcą zobaczyć film pod tytułem Gugara, jest dostępny w internecie, usłyszą państwo, wejdą państwo w niebywały świat dźwięku. Świat składający się z ciszy, z dźwięku ognia. Chciałam powiedzieć z dźwięku tajgi, ale tajga, której spędził pan dużo czasu, za dużo dźwięków zdaje się nie wydaje, prawda?
[06:37.29 → 08:00.10] B: No nie. Właściwie w ogóle nie wydaje dźwięków, dlatego że tam Jak jest zima, to nie wydaje dźwięków, bo jest bardzo dużo śniegu najczęściej. A jak jest lato, to jest dużo mchu mokrego, który też, jak gąbka, tłumi dźwięki. I też nie ma za wiele osób, które mogłyby, ani nikogo, kto mógłby te dźwięki wydawać, bo większość zwierząt, które tam żyją, są takie ciche. A dodatko, oczywiście ludzie są najbardziej hałaśliwi. i zwłaszcza ostatnio większość osób, które mieszkają tam głęboko w tajdze, na przykład też generuje dźwięki cywilizacyjne mocno, ponieważ jak zapada noc, to wszyscy odpalają takie generatory prądowe, diesel, które robią drrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr I przynajmniej dopóki jest potrzebny prąd, dopóty ten dźwięk jest cały czas, jakby ktoś wiercił w mieszkaniu obok. Więc trudno się odnaleźć, ale w pewnym momencie oczywiście z powodów tam wszczędzania paliwa w końcu jednak ta cisza musi zapaść. No i wtedy jest cicho bardzo.
[08:00.64 → 08:36.46] A: Nie tak znowu całkiem, bo na przykład słychać ogień. Dźwięk ognia to jest taki dźwięk, który przypominał mi trochę Dźwięk zegara w kuchni mojej babci. Mam takie wrażenie, że kiedy on cykał i kiedy bił, to świat miał jakiś określony porządek. Ten dźwięk ognia, bardzo wybijający się na pierwszy plan i przechodzący ze sceny na scenę jest czymś takim, co jest czymś stałym, wokół czego organizuje się i porządkuje życie. Czy to jest jeden z tych ważniejszych dźwięków w tamtym obszarze?
[08:37.01 → 11:07.59] B: Tak, to jak to ma pani rację, rzeczywiście też tak na to patrzę. Zwłaszcza, znaczy zależy też właściwie o czym i o kim mówimy, ale ogień przynajmniej dla ewenków czy dla ewenów, on nie jest, zresztą w ogóle ciekawe czym jest ogień, prawda? Gdybyśmy się zastanowili, jest najprostszym do uzyskania przez nas wszystkich żywą energią, bo tak naprawdę czym jest ogień? Jest czymś, co się rusza, Bo się rodzi, co umiera, gaśnie, może się bardzo rozprzestrzenić, trzeba go kontrolować. Dla ludzi, przynajmniej tych, o których mówimy, ogień ma swoją autonomię i przynajmniej ci ludzie, u których ja byłem, Ewenkowie, a ostatnio też Ewenowie, mają w tradycji rozmowę z ogniem i oni ognia słuchają, zadają mu pytania, Ogień odpowiada, jeśli się go umie słuchać. Potrafi ostrzec przed przyjściem kogoś złego według nich. Ale też potrafi przekazać dobrą jakąś nowinę. Ogień też potrafi być bardzo mściwy. I tak na przykład Selkupowie Sami mi opowiadali taką opowieść o tym, jak ogień został obrażony przez jedną z kobiet i zgasł. Ona poszła do sąsiedniej ziemianki, bo Sylkupowie jeszcze do dzisiaj mieszkają w ziemiankach w Tajdze, niektórzy. I zaraz jak weszła, to ogień też zgasł. i w pewnym momencie w ten sposób zagasiła wszystkie płomienie w obozie. No i tu się przydał szaman, który, szamanka, która porozumiała się z panią ognia i dogadali się, dobili targu, kobieta musiała zabić swoje dziecko i ogień znowu, znaczy złożyć jakby w ofierze swoje dziecko i ogień znowu zaczął płonąć. Więc ogień nie jest tylko rzeczą. Ma swoją własną opiekunkę, ma swoje własne zdanie i dąszenie.
[11:07.91 → 11:13.15] A: Ale ogień nie zareagował zbyt przechylnie na pana przyjazd.
[11:14.13 → 11:25.15] B: Początkowo. Potem już mnie Boże polubił. Przynajmniej jeśli mówimy o tych czasach, z których pochodzi Gugara książka.
[11:26.22 → 11:41.48] A: Ogień nie zareagował przychylnie, co spostrzegli gospodarze, naszego gościa. I kazali panu wtedy się wkupić w łaski bóstwa. Posłuchał pan ich, żeby nie robić sobie kłopotu?
[11:41.84 → 13:01.53] B: Tak, oczywiście. Zawsze tak robię. Zresztą jest to coś, co jest bardzo charakterystyczne w ogóle dla całego obszaru azjatyckiej części północnej Rosji. że jest ciągłe dobijanie targu z jakimiś tam istotami. I bardzo ważna tutaj jest ta relacja daru. Nie można poprosić, bo się nic nie dostanie, trzeba to kupić, trzeba podarować, trzeba obłaskawić jakoś duchy. No i robi się to, a zwłaszcza Ale robi się to w sposób bardzo prosty, bardzo symboliczny. Do tej pory co prawda niekiedy w różnych przypadkach składa się na przykład ofiary z głów, leniferów. Ale najczęściej to są po prostu papierosy, kopiejki, monety. Po prostu chodzi o gest. Chodzi, żeby duchy pamiętały, że coś się dla nich zostawiło. No bo jak się nie zostawi, to może być źle. I wszyscy to robią, więc nie ma powodu. Jeśli wszyscy to robią, a wszyscy ci ludzie są Poczytalni są inteligentniejsi i tak dalej, więc naprawdę nie ma powodu, żeby to podważać.
[13:04.21 → 13:06.81] A: Wszyscy to robią i to działa przede wszystkim.
[13:07.15 → 13:07.65] B: Myślę, że działa.
[13:08.35 → 14:11.06] A: Wie pan, kiedy czytałam to i zdałam sobie z tego sprawę, to pomyślałam sobie, że to bardzo prosta sprawa, dogadać się z duchem i mieć go po swojej stronie. Bardzo szybko to wytłumaczyli panu gospodarze. Dużo trudniejsza sprawa z człowiekiem. I tu chciałam pana podpytać, wypytać, poprościć o opowieść. Dlatego, że my czytając Gugarę, jesteśmy już z panem u nich. Jest pan przez nich zaakceptowany? Mieszka pan z nimi w namiocie, w czumie? Ale jak to się dzieje? Pytam z punktu widzenia osoby, która boi się otworzyć obcym drzwi. Pytam z punktu widzenia tego świata, z którego pan wyjechał do Tajki, a później zamieszkał pan po prostu z rodziną w niewielkim namiocie? Gdzie przebiega granica między swoim a obcym? Czy też nie ma takiej granicy?
[14:14.00 → 14:22.84] B: To jest jakby cały czas wszystko istnieje. Żyjemy wszyscy w tym samym świecie, prawda? To nie są różne światy. Od nas zależy.
[14:24.18 → 14:26.82] C: Myślę, zresztą każdy etnograf tak naprawdę, nawet
[14:26.82 → 17:10.11] B: student, ostatnio na przykład, bo w tym momencie dość dużo zajęć moich jest związanych z Muzeum Etnograficznym w Krakowie. I z różnych względów musieliśmy zdobyć dzierżę. Dzierża to jest takie naczynie, które dawniej robiono chleb na wsi, jest chlebkowe. No więc kupiliśmy to naczynie na Allegro, w internecie. Tylko pan, który nam sprzedał to naczynie, mówi, on jest z Rakszawy. bardzo duża wieś tak naprawdę, nie tylko Rzeszowa. No ale my koniecznie chcieliśmy dotrzeć do osoby, której ta dzierża była. Więc pojechaliśmy tam do tej Rakszawy i natychmiast przekroczyliśmy tę granicę. Dlatego też w Polsce jest to możliwe. Już pomijając, że oczywiście gdzie by się człowiek nie ruszył w takich sprawach, to zaraz wejdzie na trop jakiegoś po prostu nielegalnego biznesu. Ale dobra, może nie będę tutaj rozwijał tematu. W każdym bądź razie ludzie są otwarci, ludzie są... ludzie są dobrzy ogólnie. A tam, jeśli mówimy o takich miejscach, gdzie jest po prostu mało ludzi, to nie da się człowieka jakby całkiem zignorować. Inne są relacje w momencie, kiedy... kiedy jest po prostu dużo ludzi, myślę, gdzieś. a wtedy my się tych ludzi jakoś boimy ogólnie, nie wiem. A tam człowieka raczej nikt się nie boi, w sumie człowiek jest jakimś takim, no, czymś pozytywnym ogólnie rzecz biorąc, dla drugiego. No nie zawsze, czasami nie, ale takie jest ogólne podejście. Jest taka gościnność, to się nazywa, chociaż takie strasznie oklepane słowa, No ale istnieje coś takiego. Inna sprawa, że jest to bardzo niebezpieczne. Bardzo fajnie się otworzyć. A mówię o nich. Ale konsekwencje tego otwarcia czasami są, to jest czasami różne, zależy od kogo przyjmują. Jakby następstwa tego są bardzo różne, najróżniejsze. No. Być może to, że przyjęli na przykład mnie, też spowodowało jakieś konsekwencje, którym oni może nie do końca byli zadowoleni czy szczęśliwi.
[17:11.81 → 17:15.01] A: To oni widzieli film, który pan u nich zrobił?
[17:15.57 → 18:14.67] B: Tak, widzieli, aczkolwiek jest to film, znaczy nie wszyscy, dlaczego, że część bohaterów tego filmu, z różnych względów, ale też bohaterów książki, z różnych względów po prostu zmarło. Natomiast część ludzi, społeczność akurat film Gugara widziała. No i oczywiście film ich bardzo podzielił, bo część jakby, no nie tyle, film jest dość specyficzny filmem i na pewno nie jest to film optymistyczny, jest to film bardzo ostry i brutalny w pewnym momencie. Natomiast część przyjęła go z, z takim, no rzeczywiście, no dobra, jakoś opowiedziałeś tą rzeczywistość, która nas tutaj dotyka i która nas boli. Ale oczywiście część osób w ogóle nie była zadowolona z powodu tego filmu. No ale to jest film, prawda? To jest film.
[18:16.97 → 18:59.68] A: Jeśli, żeby przybliżyć nieco tym z Państwa, którzy filmu nie widzieli, książki nie czytali, gdyby Pan zechciał parę zdań na temat tego świata, którego film dotyczy powiedzieć, ale tak naprawdę moje pytanie dotyczy tego, czy jadąc tam, pan wiedział, jaki film chce zrobić? I czy jadąc tam, wiedział pan, że to będzie opowieść na książkę? Czy jechał pan tam jako etnolog, żeby zobaczyć, jak żyje się na końcu świata, gdzieś w lasach, bo gdzieś w pobliżu lasów też pan się wychował, zawsze jakaś droga, Gdzieś się zaczyna pewnie. To też może z powodów.
[18:59.94 → 20:20.48] B: To była konsekwencja jakichś tam moich wyjazdów właśnie akurat w tamtą miejsce. Najpierw powstała książka, potem jakby siłą rzeczy powstał film. To wszystko było oczywiście nie zaplanowane, nie w miarę spontaniczne. Po prostu jakby w człowieku jest potrzeba opowiadania o tym, co widział. Więc kiedy bardzo ta potrzeba się rozwinęła we mnie, usiadłem i napisałem książkę. Potem książkę przeczytał Jacek Nagłowski, mój kolega, który zajmował się filmami fabularnymi w tamtym czasie. No i zdecydowaliśmy, żeby zrobić film. Pojechaliśmy, ale film oczywiście już był zupełnie czym innym, bo gdzieś tam w głowie mieliśmy Film o pasterzach reniferów akurat w tym przypadku. Natomiast musieliśmy zrobić film o pasterzach reniferów, którzy nie mają reniferów, bo stracili je, bo rozpada się ich kultura. Tak to wyszło, ale taka była kolejność i co prawda tytuł jest ten sam, aczkolwiek dość zawartość jest jakby inna w książce i na filmie.
[20:21.65 → 20:29.03] A: Mateusza Nowaka chciałam poprosić o fragment Gugary, jeden z końcowych fragmentów tej opowieści.
[20:31.91 → 32:20.58] D: Tylko popatrz, jaki młody. Swieta pochyliła się nisko nad tabliczką, ostrożnie, żeby nie upuścić torby z cukierkami, którą trzymała pod pachą. Padają jak muchy. Na tabliczce rodzina zmarłego nakleiła czarno-białe zdjęcie, z przysięgi pewnie, bo w mundurze. Chronione było od wilgoci szybką, za którą ktoś wsunął kartkę w kratkę z wypisaną niebieskim długopisem datą narodzin i zgonu. Swój worek, znacznie większy i też po brzegi wypchany śliwkami w czekoladzie, bombonierkami, karmelkami i innymi, Odstawiłem pod jedną z chudzieńkich brzus, gęsto nas tutaj otaczających. Rzeczywiście przyjrzałem się z bliska. Zaraz, to ile miał? Dwadzieścia cztery lata. Młody. Mówiłam ci, niedługo ich wszystkich tutaj szlak trafi. Pokręciła głową z dezaprobatą i rozejrzała się po grobach, wśród których staliśmy. Tkwiły w niewielkich odstępach. wszystkie całkowicie zatopione w pochylonym od nadmiaru wody brzozowym młodniku, tak zbitym i gęstym, że z trudem znajdowaliśmy w nim miejsce dla siebie. W dolnym piętrze tego gąszczu plenił się inny, złożony z metrowej długości przypominających pale na grobków, z których każdy obwieszony był pokaźnym, parcianym workiem. Niektóre z tych pakunków zwisały też z drzew, jedne nowe, inne szare i poprzedzierane, grożące uwolnieniem strzewi całej napierającej na nadwyrężony materiał zawartości. Gdzie niegdzie coś już wystawało, jakieś szmaty, kawałek buta w jednym miejscu. Swieta, przeciskając się przez drzewa, ostrożnie przechodziła od jednego wysokiego nagrobka do drugiego. Czytała ciekawie tabliczki, jeśli jakieś były, i zagłębiała się w ten zagajnik, zaciągnięty podnoszącą się z ziemi mgłą, jak to zwykle bywa w lesie po długim deszczu. Postępowałem za jej korpulentną postacią, okrytą szarą chustą z kosmatej baszkirskiej wełny, starając się nie stracić jej zupełnie z oczu w tej białej parze pośród gęstych jak trzcina brzus. Kiedy dzień wcześniej na rzece wyszedłem odetchnąć świeżym powietrzem, brała właśnie prysznic na rufie. Zanim zdołała się zakryć białym prześcieradłem służącym za ręcznik i wygonić mnie ze śmiechem z powrotem do sterówki, widziałem jej jasną skórę okrywającą luźno duże ciało, piersi, ramiona, wydatny brzuch. tworzące jedną, gładką i krzepką całość zwieńczoną mokrymi blond lokami. Gumowym szlauchem do mycia statku kierowała na siebie strumień lodowatej wody, który spłukiwał z niej obfitą warstwę mydlanej piany, spływającej po silnych nogach na blaszany pokład, a z niego prosto do niżnej tunguski. Cała zaróżowiła się od tego, Była mocna, tryskała energią, która zdawała się promieniować na ciemne brzegi, prowadzące chlupoczącą pod nimi wodę. Teraz kluczyła między drzewkami z reklamówką kolorowych cukierków w ręce i rezygnacją wymalowaną na jej rumianej twarzy. Mogił było pełno. Trzeba było uważać, żeby na którąś nie nadepnąć, czy nie oprzeć się zamiast o drzewo. Jedne były ogrodzone maleńkimi pomalowanymi na niebiesko lub zżartymi przez rdze ozdobnie kutymi płotkami. Na kilku widziałem resztki plastikowych kwiatów. Czasami jakaś rzecz leżała, butelka po wódce czy piwie, rozpaćkany papieros. Pójdziesz! Krzyknęła nagle głośno, schyliła się gwałtownie, wyprostowała i cisnęła jakiś spróchniawy spróchniały kawałek gałęzi w kierunku psa, który obwąchiwał pozostawiony przeze mnie pod drzewem foliowy worek. Gałąź przeleciała strzaskiem, po czym mokro pacnęła o jedną z brzus, łamiąc się na pół. Pies, który albo tropił nas od wioski, albo przechodził drogą i się zainteresował, zawarczał groźnie, ale odstąpił od worka. jakby nigdy nic zaczął się kręcić węsząc w pobliskich krzakach. Hej tam, pilnuj naszego skarbu, krzyknęła do mnie. Chcesz, żeby nam go tutejsi zeżarli? Widzisz, dodała z wyrzutem, porozsypywałam cukierki. Pochylona zaczęła kręcić się w kółko, szukając uronionych na ziemię krówek. Wyglądała jak Pulchny derwisz w tej rosnącej mgle wysoka, otulona szarą chustą pośrodku zarośniętego cmentarza. Odgarniając mokre liście natrętnie przylepiające się do twarzy ruszyłem w stronę leżącego pod drzewem na skraju lasu pakunku. Był nienaruszony. Kolorowe złotka i sreberka skrzyły się przez cienką folię. Niedaleko zza wilgotnych drzew przebijała droga ogrzewana promieniami niedawno co uwolnionego zza chmur słońca. Statek uchodził do uczami. Na mostku za serem sam kapitan patrzył uważnie przez wielką lornetkę. Odkładał ją, sprawdzał coś w grubej mapie w postaci książki od A do Z. po czym znowu przykładał lornetkę do oczu. Obok miał kapitanową, lustrującą daleki brzeg z dłonią przy czole. Ja stałem trochę z boku w otwartych, jajowatych drzwiach, przyglądając się wąsatemu szturmanowi, który krzątał się na dziobie, szykując już jakieś liny i bosaki, co najmniej jakby miał zaraz przystąpić do abordażu. Daleko przed nami, maleńki w porównaniu do komina różowych chmur wiszących nad nim, majaczył kawałek wolnego od lasu brzegu. Pewny znak ludzkiej osady. Niedługo potem skakałem już na mokry piasek, a następnie pomagałem Wladymirowiczowi położyć przypominający drabinkę do kurnika mojej babci trap. Kiedy tylko jako tako udało się go osadzić, ostrożnie balansując ciałem i rękami, zeszła po nim z cwieta. Odsapnęła ciężko, kiedy znalazła się na stałym lądzie. Na brzegu było zupełnie pusto. Żadnych łodzi, śmieci, znaków obecności człowieka. Pasza, to ma być tu? Z powątpiewaniem zapytała swojego męża opartego teraz od drzwi mostka w skupieniu spoglądającego gdzieś nad naszymi głowami. Na pewno. Z ładowni wygramolił się jeszcze ktoś. Pojawił się na pokładzie mrużąc oczy. No już myślałam, że zaspał. Zwróciła się do niego Swietlana. Wysiadka. Tamten odburknął coś, zlazł po trapie i stanął obok nas. Chłopak wracający do domu zabrał się na statek tak jak ja. Podobno służył w Czeczeniu, ale w to akurat Pasza nie wierzył. To jest u Czami? Zapytała go kapitanowa kiwną głową. No to gdzie są domy? Wskazał palcem przed siebie powyżej skarpy dalej w lesie. No to leć powiedzieć, że jesteśmy. Tonem rozkazu rzuciła Swieta. Tamten bez słowa, nie oglądając się, ruszył przed siebie. Widzisz, powiedziała do mnie, oni wszyscy tacy. Słyszałeś, żeby choć dziękuję powiedział? Już nie trzeba, zawołał z wysokości pokładu Pasza. Ktoś jedzie. Dołączyła do mnie z zafrasowaną miną. Dźwigałem wcale nielekkie słodycze i wyszliśmy na oświetloną słońcem drogę pełną przepastnych kałusz pokrytą grubą warstwą błota. Biegła w górę przez środek lasu jeszcze z kilometr aż do osady. My wracaliśmy w dół. Gryzły nas komary. Co jakiś czas musieliśmy się przedzierać przez lewitujące chmury zajadłych meszek. Swieta dyszała ciężko po czole spływał jej pot. To już nie na moje siły takie historie stęknęła. Jeszcze żebym zdrowa była. Minęliśmy kilka zawalonych chałup. W jednej chyba ktoś mieszkał, bo na płocie suszyły się sieci, a o ścianę oparty były dwie długie wędki. Domy te stały już prawie na skraju skarpy, skąd rozciągał się widok na rzekę. W dole i nasz statek zacumowany u brzegu. Widziałem stąd Wladmirowicza opartego na relingu palącego papierosa. Na gigantycznym niebie toczyła się statyczna walka tytanów ze smokiem rozciągniętej ciemnej chmury. Potężny ogon był już skręcony w agonii, podczas gdy rozwarta paszcza pochłaniała białe bicepsy unoszących się w klinczu olbrzymów. Wybujała trawa falowała pod gwałtownymi podmuchami wiatru, który marszczył też powierzchnię rozlanej w tym miejscu jak jezioro z rzeki. Swieta westchnęła ciężko, odkładając reklamówkę na ziemię. Weszła między sięgające jej do pasa trawy i pochylając się nisko zaczęła wyrywać te zwieńczone fioletowymi kwiatkami. Szarpana na wszystkie strony wiógała jej wełniana chusta, co w końcu zmęczyło ją na tyle, że zwinęła ją i odrzuciła w pobliże cukierków. – Pomogłbyś mi – powiedziała z wyrzutem. Zacząłem wyrywać z ziemi mięsiste, ciemnozielone łodygi nieznanych mi kwiatów, które tutaj, na tym górującym nad wodą wzniesieniu rosły w obfitości. Na co to jest? Zapytałem, kiedy mieliśmy już pełne na ręcza. Zziajana i spocona, z szelestem ruszyła w kierunku ścieżki. Na herbatę rzuciła. To bardzo zdrowe. Dodała, kiedy udało się jej już wydostać. Reguluje ciśnienie, wszystko leczy. Zrzuciliśmy plon na jedną stertę, którą związała wydobytym z kieszeni sznurkiem. Dożyjemy setki, jak to wszystko wypijemy. Zażartowałem, widząc o rozmiary snopka. Mi to już nic nie pomoże, spojrzała w stronę czekającego na nas statku. To dla paszy. On musi mieć dużo siły. A co wam właściwie jest, Swietlano Aleksiejewna? Mam raka.
[32:22.58 → 32:55.76] A: Dziękuję bardzo. Granica między witalnością a śmiercią przechodzi czasem niemal niezauważalnie, tak jak w tym fragmencie. Wędrówka po cmentarzu i powrót do wspomnienia, kiedy widział pan ciało, witalne ciało, swiety, nagie ciało kąpiące się na statku. Jaki jest stosunek do śmierci, do umierania?
[32:58.71 → 32:59.87] B: A mój?
[33:01.51 → 33:25.51] A: Nie, Ewenków, których pan odwiedził, ale to jest właściwie dobre pytanie. Czy pana się pod tym wpływem nieco zmienił, a może nie? Kola, jeden z bohaterów tej opowieści, w pewnym momencie zapytany o to, czy się boi śmierci, zapytany przez pana, mówi, że nie, bo w nią nie wierzy. Tak prosto sobie załatwia tę sprawę, ale Kola to zdaje się w ogóle osobna postać.
[33:25.86 → 34:41.10] B: Tak, tak. Myślę, że stosunek do śmierci właściwie jest taki sam. Jesteśmy tak samo poddani tym samym procesom. Akurat Swietlana w tym momencie już dawno nie żyje. Natomiast ich stosunek jest taki jak i nasz, myślę. Poza tym, że są bardzo mocne. To, co kiedyś tutaj też było. po prostu relacje między ludźmi a zmarłymi ludźmi pod postacią duchów. One są jakby wciąż podtrzymywane i jakby to, że człowiek umiera nie oznacza, że traci się z nim kontakt. Myślę, że tutaj też kiedyś tak było. Być może w wielu przypadkach jest i do teraz, prawda? Dlatego to doświadczenie jest chyba właśnie bardzo uniwersalne. A propos tego, że Swieta mówiła, że ja ci Ewenkowie, patrzcie, nie powiedział ani dziękuję, ani do widzenia. To jest jednego prostego płodu, po prostu w języku ewenkijskim nie ma słowa na do widzenia i na dziękuję. Nie ma takiego słowa, takich słów.
[34:41.76 → 34:54.10] A: Porozmawiajmy o języku w takim razie. Proszę powiedzieć, czy ten język, którym posługują się Wękowie, który pan próbuje poznać, bo porozumiewa się pan z nimi po rosyjsku.
[34:54.52 → 35:37.44] B: Tak, po rosyjsku. Nigdy nie miałem takiej mocy, żeby się wękijskiego uczyć, zwłaszcza, że w tym bardzo bym chciał, może kiedyś to nastąpi. Natomiast oni wszyscy porozumiewają się po rosyjsku i część ma, właściwie Oczywiście zależy od miejsca, bo to jest naród, który jest w różnych miejscach bardzo rozrzucony po całej tak zwanej Syberii. Są miejsca, gdzie więcej osób posługuje się swoim rdzennym językiem, a są miejsca, gdzie w ogóle. Akurat to miejsce, z którego pochodzi akurat ten tekst, jest miejscem, w którym bardzo niewiele osób już mówi swoim językiem.
[35:38.40 → 36:02.41] A: Z pewną drogą to bardzo ciekawe. Jeśli nie ma słowa, dziękuję. To znaczy, że nie ma za co dziękować. To znaczy, że to jest naturalne w takim razie, pewne gesty, które się wykonuje, za które w innej kulturze wypowiada się to słowo. Czy braki pewnych słów mogłyby być powodem do opisywania pewnych cech charakterystycznych dla tej kultury?
[36:02.66 → 36:33.84] B: Chyba raczej chodzi o to, że w ogóle nie ma tam ta kultura, Przynajmniej to, z czym ja się zetknąłem, to jest raczej kultura faktów dokonanych, działania, robienia, bardziej niż wyrażania wdzięczności przez dziękowanie wielokrotne. To jakby jesteśmy chyba przyzwyczajeni, że trzeba za coś podziękować, bo wtedy jakby dajemy znać tej osobie, że jesteśmy wdzięczni, a tam odbywa się to w inny sposób. A nawet wylewne dziękowanie jest traktowane z ogromną podejrzliwością.
[36:34.91 → 36:39.01] A: To jak się wyraża wdzięczność? Czy nie ma takiego powodu? Czy sprawy są oczywiste?
[36:40.05 → 36:51.05] B: Zależy kiedy, zależy o czym mówimy. Zawsze są sposoby na wyrażenie wdzięczności, choćby nawet wystarczy spojrzeć w odpowiedni sposób. Ale nigdy nie robi się tego wylewnie.
[36:52.39 → 38:02.70] A: Zostańmy jeszcze przy języku, który wygląda, jak twierdzą badacze, w taki sposób jak futro z saka. Im zimniej, tym na przykład mniej samogłosek, i nieprzypadek to podobno, że po włosku jestiamo, amore, a w Polsce jest miłość i tego typu historie. Tam, gdzie jest ciepło... Tam, gdzie jest ciepło... Artykuł sprzed kilku dni też dla mnie był odkryciem, ale powiązałem go trochę z pana książką. Tam, gdzie jest ciepło, używa się mało samogłosek, także dlatego, że ludzie są daleko od siebie. Używa się dużo samogłosek, bo ludzie są daleko, można do siebie krzyczeć. Natomiast tam, gdzie jest chłodno, ludzie są w pomieszczeniach zamkniętych. Skojarzyłam sobie Czumę z kraju Ewenków. W związku z tym mówi się też zupełnie innym językiem. Zwrócił pan na to uwagę, że te miejsca, które pan odwiedzał, to jest język, który brzmi także pod tym kątem inaczej?
[38:03.60 → 38:15.46] B: Trudno mi, szczerze powiem, jakoś się od tego odnieść, dlatego że ja jestem językowo, nie jestem tutaj specjalistą i właściwie trudno jest mi się ustosunkować do tego.
[38:15.52 → 38:22.26] A: A kiedy pan ruszy w drogę, zna pan język tych, do których pan jedzie, czy też to nie jest do końca potrzebne?
[38:22.58 → 39:47.87] B: To jest cudowne, wspaniale oczywiście, byłoby znać ten język, ale ja go nie znam. I raczej podstawowym takim zadaniem to, co ja chciałem uzyskać, to komunikacja. Jeśli komunikuję się po rosyjsku, to musiałem się nauczyć rosyjskiego, bo go nie znałem wcześniej. Więc to mi jakby wystarczyło. Oczywiście są wspaniali etnografowie, etnologowie, antropologowie, którzy studiują latami języki rdzenne. którzy mówią tymi językami o wiele lepiej od samych ludzi zainteresowanych, którzy ich potem uczą tych języków. No ale to nie jest ten przypadek, jeśli o mnie chodzi. Ja nigdy tego języka nie studiowałem. Kiedyś, bo miałem też taki epizod afgański, byłem w Afganistanie i wtedy, ale też potrzebowałem języka, którym byłbym w stanie się z ludźmi skomunikować. No i wtedy nie było innego wyjścia, tylko rok wcześniej rzeczywiście uczyłem się perskiego, żeby jakoś móc wejść w dialog, ale i tak oczywiście roczna nauka perskiego owocuje tylko podstawowym znajomością tego języka i tak skończyło się na persko-angielskim jakimś takim dialogu, więc wspaniale byłoby oczywiście, nie wiem, są może ludzie, którzy są w stanie w bardzo szybki sposób przyswoić sobie język, ale ja niestety do nich nie należę.
[39:48.30 → 39:51.48] A: Czyli język nie jest podstawowym narzędziem komunikacji w podróży?
[39:52.54 → 39:57.46] B: Jest, tylko nie akurat nie ten, o którym mówimy, czyli awankijski.
[39:58.02 → 40:45.47] A: Pan powiedział teraz przed chwilą, że są być może etnografowie, że są, nawet nie być może, którzy znają tak doskonale język, że jadą do określonej społeczności i nawet uczą tych, którzy tam są tego języka. To jak to jest? to tak naprawdę, czy to nie jest przypadkiem czasem tak, że to naukowcy stwarzają sobie jakiś świat na własne potrzeby albo na potrzeby naukowych rozwiązań, które ma niewiele wspólnego z tym światem, z którego podobno te nauki wychodziły. Jest też taka scena w filmie, kiedy oglądają bohaterowie pana opowieści, opowieść o sobie sprzed jakiegoś czasu. Tak szybko się to zmienia?
[40:47.13 → 45:21.67] B: Ja też nie jestem tutaj w żaden sposób człowiekiem, który może w jakiś sposób zrecenzować prace naukowców, którzy naprawdę dużo wspaniałych rzeczy robią. Natomiast tak, naukowcy tworzą modele rzeczywistości. Myślę, że wszystkie różne gatunki naukowców i dziedziny naukowe tworzą modele rzeczywistości. Etnografowie też tworzą modele rzeczywistości. Zadziwiające jest to, że bardzo specjalistyczni i bardzo wnikliwi etnografowie radzieccy badają te języki już bardzo wnikliwi od 70-80 lat. a one właściwie już w tym momencie są w stanie zaniku w większości. Tak więc coś jest... To nie działa w ten sposób. Oczywiście wspaniale, te języki są zapisane, prawda? I w ten sposób już nigdy nie zginą. Ale z jakichś powodów też zawsze sobie zadawałem to pytanie. Z jakichś powodów. To nie wpływa na to, że ludzie chcą z nimi rozmawiać. Ludzie chcą się komunikować. Ludzie używają rosyjskiego, przynajmniej tam. Nie wszyscy oczywiście. I zależy od narodu, bo tam jest dużo narodów. Są w różnym stopniu używający swojego języka rozmaicie. No ale jeśli mówimy tutaj w przypadku Ewenków, tutaj mówimy o Gugarze, no to, ale to też nie jest ich wina, bo jeśli na przykład, jeśli weźmiemy pod uwagę, że języki od, jakby pokazują świat, w którym się zajmę. Tam bardzo wiele słów, język ewenkijski jest związany ze sposobem życia. Jeśli ten sposób życia odchodzi, trudno jest przekazać pewne treści w tym języku, więc trzeba przejść na język, dla którego ten sposób życia jest właściwy, czyli na przykład na rosyjskim. I oni to robią, bo na przykład jak znajdują się w tajdze, często słowa same przychodzą, ewenkijskie na przykład. ale we wsi, w osadzie oni natychmiast przychodzą na rosyjski w większości. Zresztą akurat jeśli mówimy o osadzie, w której ma miejsce akcja książki, tam właściwie już nie ma o czym mówić, bo tam jakby to światełko zgasło, jeśli chodzi o język i stało się to parę lat temu. No też nie chcę za bardzo wchodzić, bo zrobi się bardzo smutno, ale Po prostu ostatnia osoba młoda, która mówiła, zginęła w takich tragicznych okolicznościach, więc tam po prostu już nie ma tego i tyle. W szkole oczywiście naucza się języka ewenkijskiego, ale z tym też jest problem, bo ci ludzie mają bardzo wiele różnych dialektów, to jest ogromny teren. I te dialekty ze sobą się nie komunikują bardzo często, są trudno zrozumiałe dla innych ewenków. a tworząc wspólne podręczniki, bazuje się na jednym rodzaju dialektu, więc dziecko uczy się w szkole, przychodzi do domu, próbuje coś powiedzieć do dziadka, a dziadek go nie rozumie i mówi mu, a dobra, to już lepiej po rosyjsku, tak się dogadamy, bo po ewangijsku ja cię nie rozumiem. Oczywiście tak było bardzo mocno za czasów sowieckich, Więc jest to taki mechanizm takiego zdobania o nich, że aż prawie do śmierci dbali o nich właśnie w ten sposób, że zmuszali ich na przykład do uczenia się dialektów, które są dla nich obce. Na szczęście istnieje w tym momencie oczywiście ruch, jeśli już mówimy o tych etnologach, ludzi, którzy działają wśród lokalnych społeczności, tworzą na przykład słowniki oparte o konkretną wieś, konkretną dolinę, charakterystyczne słowniki, I jakoś się to kręci, ale to jakby się nie kręciło, to moje osobiste doświadczenie, ostatnio dość dużo jeżdżę w tamte strony, no to wszędzie wygląda podobnie. Po prostu młodzież coś rozumie, ale już nigdzie nikt nie mówi. Czy to po sylkupsku, czy po ewangijsku, czy po ewańsku, czy po koreacku, czy po italmańsku. Nie ma tego. To się robią takie języki bardzo... Bardzo, bardzo odległe dla nich.
[45:22.81 → 45:59.11] A: Jak szybko zachodzą te zmiany, jest taka scena w filmie, kiedy pana bohaterowie oglądają program i są wśród tych, którzy oglądają, tacy, którzy rozpoznają nawet ludzi, których doskonale znali kiedyś na tym filmie, ale są też tacy, którzy widzą renifery przechodzące przez rzekę, dziwią się, że renifery potrafią poruszać się w wodzie. Renifery, czyli coś wokół czego tak naprawdę ta kultura, ta społeczność się budowała. Jest to dla nich już jakaś egzotyczna sytuacja.
[46:00.22 → 48:33.38] B: Tak, ale to jest taki dość komplikowany, rozbudowany temat i związany właśnie z tym akurat film. No rzeczywiście, oczywiście, no tak, dla niektórych osób tam to, co kiedyś było, no ale to jest trochę tak jak i u nas, no tak jak siew, zbórz, oranie i tak dalej, dla nas też w tym momencie jest już odległym kulturowym wspomnieniem. Tak samo i tam to odbywa, ale nie wszędzie oczywiście, to nie można tak powiedzieć, bo chociaż to wszystko jest naprawdę bardzo, bardzo skomplikowane i w różnych odsłonach, w różnych miejscach. Na pewno Renifer jest tam rodzajem takiego zwierzęcia mitycznego w nowej mitologii. Takiej, która mówi... Wszyscy kochają renifery, wszyscy powtarzają, że bez reniferów nie ma ewenków, bez reniferów nie ma selkupów, bez reniferów nie ma ewenów i tak dalej, i tak dalej. Ale bardzo mało osób w ogóle chce mieć z tym reniferem naprawdę coś wspólnego. I to jest trochę tak jak te tatuaże tej mumii z epoki pazryckiej, gdzie odkryto neolityczne mumie, gdzie to było w Nautaju, gdzie ludzie mieli wytatuowane renifery na sobie, na ciele. Ale wykopaliska archeologiczne udowodniły, że ci ludzie zajmowali się hodowlą koni, a nie reniferów. Więc jakby te renifery dla nich już wtedy były czymś w rodzaju takich mitycznych stworzeń, które były być może świadectwem ich wcześniej, jakby takiego dziecięctwa. Bo w ogóle renifer jest towarzyszem ludzkości od bardzo, bardzo dawna. Chyba w ogóle jako pierwszy został udomowiony. I pierwsze społeczności pasterskie to były społeczności właśnie pasterzy reniferów tutaj, w Sandomierskim. Więc jest to... Bardzo takie, jest to zwierzę świętym Mikołajem. Redifery żyją w tej takiej przestrzeni mitologicznej. I tam w tym momencie trochę też tak jest, ale oczywiście też zależy gdzie. Bo tam, gdzie jest tego kasa, gdzie są pieniądze z hodowli, są też takie miejsca, a jest ich cała masa. Ludzie chcą zarabiać pieniądze i prowadzić gospodarstwa swoje. Więc tam są tysiące stada ogromnych unieńców na przykład. A tam, gdzie nie ma korzyści z tego, po prostu oni tym się nie zajmują i tyle. I tyle i aż tyle.
[48:34.46 → 49:04.61] A: Teraz, kiedy pan wraca tam, nie wraca pan w sprawie kolejnej książki, chociaż kto wie, tylko jest to bardzo konkretny projekt związany z Muzeum Etnograficznym w Krakowie. Więc tym razem w przeciwieństwie chyba do tych pierwszych wyjazdów jedzie pan po coś konkretnego, po bardzo konkretną wiedzę. Ale pewnie przywozi pan rzeczy, których się pan nie spodziewał tam znaleźć.
[49:05.47 → 55:20.18] B: Tak, tak. Przede wszystkim przywożę opowieści, bo tego powiem szybko. To jest taki w ogóle temat, dlatego że Muzeum Etnograficzne w Krakowie dość taką rozbudowaną kolekcję rzeczy z Syberii XIX wieku, które zostały przywiezione przez różne osoby. To jest XIX wiek, część z tych osób oczywiście miała związek z syłkami różnego rodzaju, część pojechała dobrowolnie na Syberię i sami przywozili różne rzeczy stamtąd. Ale jest to bardzo ciekawy, taki ogólny zbiór, który reprezentuje praktycznie większość tych narodów, które tam żyją w Azji Północnej. Ale nie było zbyt wielu informacji, niekiedy w ogóle nie było informacji, czasami te informacje były po prostu nieprawdziwe, więc Muzeum Etnograficzne zaczęło taki projekt rzeczywiście, takiego jakby ukontekstowienia tych rzeczy, czyli pojechanie, zapytanie, co to jest, próba dowiedzenia się, zarejestrowanie jakichś kontekstów rzeczy. Bardzo ciekawe historie wychodzą, naprawdę bardzo. od tego, bo na przykład część rzeczy jest Benedykta Dybowskiego. I pamiętam, że to jest taki najświeższy, niedawno wróciłem z Kamczatki, bo Dybowski właśnie przywiózł rzeczy z Kamczatki, od Ewenów. Państwu opowiem historię, gdzie Dybowski jeszcze zostawił, przywiózł piękne i bardzo unikatowe ubrania Ewenów z XIX wieku, z Kamczatki. Ale co było w ogóle niezwykłe, Dybowski też sfotografował Ewena, który mu te rzeczy podarował w tych rzeczach, które są w muzeum. Dybowski zapisał, Gawryło Prokopiewicz Czulewól, Ewen, z takiego i z takiego miejsca. Więc ja w to miejsce pojechałem, spotkałem innych Ewenów, pokazuję im zdjęcie, mówię im, Czulewól, takie nazwisko, widzieliście, znacie, był tu taki. No i Ewenowie mówią, nie, to nie jest ewańskie nazwisko, on się pomylił, to niemożliwe, nikt, zaczęli wymieniać dziesiątki nazwisk Ewenów, nie ma takiego nazwiska ewańskiego, nawet nie ma takiego przezwiska. Aż w końcu doszedłem do jednej starszej pani, która spojrzała mi głęboko w oczy i powiedziała, nie ma takiego nazwiska, ale jest takie słowo, uciulewul. I wiesz, co ono oznacza? Ja pytam, co oznacza? Jakby tu powiedzieć, oznacza mam cię dość. Oznacza mam cię dość. Po ewańsku. Tak więc jest to dość zabawne i wspaniałe, bo tak naprawdę pokazuje, że ludzie rdzenni to nie były takie, bo czasami chuliganili tym etnografom w papierach, więc bardzo poważnie napisane nazwisko, okazuje się nie do końca być nazwiskiem i więcej mówi tak naprawdę o badaczu niż o samym panu. który go poinformował jak pan nazwiska, prawda? Zresztą ja powiedziałem mam cię dość, ale jest to mniej cenzuralne. Nie będę przeklinał. Ze sceny szacownej instytucji. Ale też są cała masa naprawdę innych bardzo ciekawych rzeczy, jak na przykład w muzeum jest, znaczy były niesamowite ubrania, które w jakiś sposób udało nam się zidentyfikować jako nienieckie. czapa z rosomaka z miedzianymi kołami, niesamowita rzecz i taki płaszcz z futra psa Irenifera. To zajęło trochę i też byłem tam u nieńców. W podobnych instytucjach jak muzeum w Petersburgu, tam w ogóle nie było takich obiektów, przywiózł je Izidor Sobański, człowiek, o którym też bardzo niewiele wiadomo. I przywiózł oprócz tego stroj, czyli tej czapki z rosomaka i tej futra z psa. I to został zidentyfikowany korzeński komplet stroju. Przywiózł też ubranie męskie, ewidentnie męskie nienieckie ubranie. I dopiero tam u Nieniek dowiedziałem się, że to co on ze sobą przywiózł, to jest strój ślubny dziewczyny. To jest strój, który był używany tylko dawno, już dawno tego nie używany i właściwie trudno jest znaleźć jakąkolwiek analogię. Była jedna, za którą pojechaliśmy nad Morze Barenca, która spłonęła, więc została już tylko pamięć o tym. Okazało się, że Sobański przywiózł strój ślubny dziewczyny niemieckiej. I pytanie, i Nienki oczywiście mówią, nie, takich rzeczy nikt by mu nigdy nie sprzedał. Pytanie, skąd wziął strój ślubny niemieckiej dziewczyny? Izyder Sobański i same Nienki mi mówiły jedno możliwe rozwiązanie, czy miał żonę Nienkę. No ja z taką nadzieję musiał się zakochać w Nience, a on, nie, na pewno ją kupił za wódkę. Więc ciekawe, wychodzimy od rzeczy zupełnie zidentyfikowanych, pojawiają się historie, już nie mówiąc o w innych obiektach, jak kultowe figurki selkupskie, które w ogóle nie było wiadomo, że są kultowe i że selkupskie. Natomiast odkrywa się cała historia tych akurat figurek i ich działania. I w momencie, kiedy wychodzimy od obiektów i rzeczy, wracam po dwóch wyjazdach właśnie do selkupów i pobytach tam u nich, z informacją, że słuchaj, ale to one są żywe. One nie są martwe, tak jak ci się wydaje, one są żywe. Traktuję je dobrze. No więc siadam w magazynie, patrzę na pudełko, gdzie leżą i myślę sobie, no dobra, to cześć, skoro jesteście żywe. Czego potrzebujecie?
[55:20.52 → 55:23.96] A: Ale co to znaczy żywe? To znaczy, że wciąż jeszcze mają to działanie, które miały?
[55:24.36 → 55:58.02] B: Zawsze mają, nigdy nie tracą. Dlatego, że one zostały ożywione przez szamana i zawierają w sobie część jego mocy. I one nigdy jakby nie umierają, dopóki fizycznie się nie rozpadną. A biorąc pod uwagę, że zostały obiektem chronionym przez Muzeum Państwa Polskiego, to prawdopodobnie nigdy się nie rozpadną. Nie zostanie im dana to szansa, bo jest konserwacja i są przechowywane profesjonalnie. W ten sposób być może muzeum zagwarantowało im nieśmiertelność.
[55:58.66 → 56:01.42] A: No ale to kontakt z nimi też ma jakieś konsekwencje, proszę pana.
[56:02.92 → 56:26.28] B: No być może. Bardzo możliwe, tak, tak. No tak. O tym też była część tego badania wśród selkupów. I mam taką dość rozbudowaną instrukcję, jak ewentualnie do nich się odnosić, żeby było w porządku.
[56:28.12 → 56:33.74] A: Zapytam tak, jak pan czasem pyta swoich bohaterów. Nie boi się pan?
[56:34.58 → 56:37.88] B: A czego konkretnie?
[56:38.12 → 56:41.14] A: Że się pan pomyli, że działanie będzie nie takie?
[56:42.18 → 59:10.32] B: Nie, no nie. Bardzo często się mylimy wszyscy, prawda? I to jest jasne. Oczywiście jest zawsze, pracuje się z ludźmi, jest wszystko bardzo skomplikowane, dlatego że tak jak na przykład te małe społeczności, bo w ogóle dlaczego my rozmawiamy o Syberii? To jest ciekawe, prawda? Możlibyśmy sami siebie zapytać, o co nam chodzi z tą Syberią? Czego my o tej Syberii chcemy tak naprawdę? A fakt jest faktem, że Syberia ogromnym jakby takim, taka mityczna ziemia, do której ciągną. Ja miałem, mam wielu znajomych, który, rosyjskich etnografów. Oni mówią, a poszli, o no, tej Syberii wszystkich etnografów stamtąd trzeba wykopać, wywalić, zamknąć, zostawić tych ludzi w spokoju. Niektórzy tak mówią, ale to są oczywiście wyjątki, bo większość badać. No ale co znaczy badanie ludzi? To znaczy co? W Radcie, w miejscowości, w osadzie selkupskiej, społeczność selkupów została tak straumatyzowana przez etnografów, że oni jak słyszą, że ktoś jest etnografem, to właściwie nie tyle, że nie chcą mówić, co uciekają i regulują po prostu domy. Dlatego, że praktyka była taka, że wiele rzeczy od nich zabierano po prostu. Te rzeczy są w muzeach i stroje szamańskie na przykład, Ale nie będę może roz tutaj jakieś historii wielkich roz... Ale jest to zadziwiające, bo są rzeczy, które zostały wzięte bez zgody, z ogromnymi konsekwencjami dla ludzi, którzy oddali te rzeczy, którzy po prostu złamali tabu. Kara, sankcja za złamanie tabu jest jedna. Bardzo dużo tragedii, rzeczywistych tragedii zostało spowodowanych właśnie przez etnografów tam. One są te rzeczy w muzeach w tym momencie. Wiem gdzie, kto je oddał, jakie zostały pozyskane. Nie będę może tutaj tego tematu ciągnął, ale to są bardzo takie traumatyczne sprawy. Dlatego trzeba uważać się z ludźmi, bardzo. Bardzo trzeba z ludźmi uważać. Swoją drogą, rzadko kiedy uważano właśnie z ludźmi, mam wrażenie. A być może do teraz się z nimi nie uważa. Też.
[59:12.84 → 01:00:01.24] A: Jeśli chodzi o rzeczy, o których pan powiedział, jest taki fragment w Kugarze. Chciałabym zwrócić państwa uwagę na ten fragment, jeśli będą państwo pochłonięci lekturą. Pan dzisiaj w czasie tego wieczoru bardzo często powtarza to tak jak u nas. I ten fragment, kiedy do niego doszłam, mnie otworzył oczy, że to wszystko jest tak jak u nas. Jest taki moment, kiedy rozmawia pan z Tatianą, gospodynią w Czułmie, w tym namiocie, w którym pan mieszka, o szczęściu. I ona mówi, że ma szczęście, bo i tu wyjmuje taką specjalną kość Renifera, tak? To jest...
[01:00:01.24 → 01:00:07.18] B: Ja wtedy tego nie wiedziałem, co to jest, ale teraz już wiem. Zgłębiłem literaturę etnograficzną.
[01:00:07.54 → 01:00:08.18] A: Co to jest?
[01:00:09.36 → 01:00:43.74] B: To jest coś, co oni nazywają, po rosyjsku olienny jest ciastie. To znaczy, to jest rodzaj talizmanu, ale chodzi tak naprawdę o, naukowcy to już przebadali, chodzi o taką gródkę, która się formuje w szyi renifera, więc jak się renifera zabija, to jak się znajdzie coś takiego, to jest uznawany za wielki, zwłaszcza, że to ma często różne kształty. za wielki, taki rodzaj talizmanu i jest to przechowywane. Nie powinno się tego nikomu pokazać, zresztą Tatiana mi tego nie pokazała, no i tak już w tym momencie nie żyję, mogę powiedzieć.
[01:00:45.41 → 01:00:48.12] A: Bo to jest opowiadanie, nie reportaż.
[01:00:48.76 → 01:00:59.84] B: Tak, tak. Ja myślę, że nie ma sensu za bardzo czepiać tych gatunków, bo ja się w tym gubię sam, ale wydaje mi się, że to jest opowiadanie. Nie wiem.
[01:01:00.06 → 01:01:11.38] A: Do gatunku za moment dojdziemy, chciałabym jeszcze chwilę o tym szczęściu. Natomiast bohater opowieści, czyli Andrzej, jak nazywają pana gospodarze?
[01:01:11.74 → 01:01:12.92] B: Nazywali też Andrzej.
[01:01:13.44 → 01:01:37.09] A: Andrzej. I Andriusza. Poczulaj bardziej. Pan natomiast wyjmuje inny przedmiot i pokazuje, że pan ma szczęście, bo też ma pan talizman. To był woreczek z lnem. Rzeczy najpierw są, a potem znaczą. W zależności od tego, jakie znaczenie im nadamy, taką rolę odgrywają w naszym życiu.
[01:01:37.75 → 01:03:12.02] B: Tak, to prawda. Każdy ma przecież takie sprawy ze sobą. Ciekawe, że Teraz jak byłem u Ewenów, dlatego że taką zagadką tych strojów, które mamy eweńskich jest to, że mają zaszyte w połach takie kieszonki skórzane z kamyczkami w środku, takimi płaskimi kamyczkami. Ja odkryłem, znaczy odkryliśmy to, jakoś nikt na to nie zwrócił uwagi. To są wspaniałe rzeczy. No i te kieszonki. Pytałem etnografów, którzy są specjalistami w Petersburgu, co to za kamyczki tam są wszyte. Etnografowie mi mówią, dla ciężkości, co tam wiatry są zimno, to muszą kamyczki obciążać te stroje. Tylko, że te stroje w ogóle są bardzo ciężkie same w sobie, a kamyczki bardzo lekkie. Mówię, no dobra, nie będę się tutaj z nimi wchodził w spory, bo oni wiedzą więcej i są mądrzejsi. No i jedną rzecz przywiozłem od Ewenów, którzy mi podarowali ją. I to był kamyczek. Podarowali mi, weź to na tym, dla siebie. No więc wygląda na to, że nie do końca chyba chodziło tylko o obciążanie tych ubrań, tylko oni po prostu też przykładają wagę do pewnych spraw. A to zwłaszcza, że one są o tyle charakterystyczne, że akurat ten, który mi podarowali, to był skamieniały drzewo. Więc nie zawsze wszystko jest oczywiste, ale i rzeczy oczywiście znaczą to, wiadomo, różne.
[01:03:13.04 → 01:03:16.78] A: Poroże Renifera dostał pan też w prezencie, słoik.
[01:03:16.88 → 01:03:18.40] B: Poroże Renifera dostałem?
[01:03:18.76 → 01:03:29.50] A: Tak, przynajmniej pan pisze. Jak pan się z tym zabrał do samolotu? I słoik z konfiturami dostał pan w prezencie. I tu jedno z lepiej.
[01:03:29.50 → 01:03:37.76] B: Małe takie. Nie było takie, że Renifera. Mają też, ale nie wziąłbym faktycznie. Zapomniałem o tym, bo to strasznie dawno było.
[01:03:38.69 → 01:04:14.22] A: Chciałam pana zapytać o jedno zdanie z tej książki, kiedy z tym odlatuje pan już szczęśliwie, zabrawszy się do helikoptera, a nie jest to najprostsze zadanie, żeby się tam dostać. Kiedy zajmuje pan miejsce na ławce, a helikopter rusza, pisze pan o tym, trzymam się słoika z dżemem. Nie trzyma pan słoika z dżemem, tylko trzyma się słoika z dżemem. specjalny słoik, czy też trzymanie się tego, co pan zostawia, bo nie chce pan jednak stamtąd.
[01:04:14.32 → 01:04:59.21] B: To są bardzo szczególne momenty, kiedy stamtąd się wyjeżdża. Do tego stopnia, ale można nawet trzymać słoika z czoła. Oczywiście to są takie rzeczy rzeczywiście za każdym razem obecne i każdy też ma na pewno z państwa też tak, że Gdzieś musi jechać, ale coś w nim odciska bardzo wyraźne piętno. Także można trzymać się słoika z drzewem, faktycznie. Ale co było z tym drzewem? Na pewno go zjadło w końcu. Tylko nie wiem, w którym momencie. Czy jeszcze tam, czy już... Chyba bym nie wiedział. Myślę, że od razu po prostu go zjadło. Może nie w helikopterze, ale... Tam to
[01:04:59.21 → 01:05:05.11] A: pana spokojnie z drzewem przepuścili, ale myślę, że przez lotniska w Europie jednak ze słoikiem z drzewem tam by nie przeszedł.
[01:05:05.70 → 01:05:57.14] B: Zwłaszcza, że ostatnio chciałem przywieźć, znaczy miałem w głowie, żeby przywieźć muchomory, bo nie wiem, czy państwo wiedzą, ale czerwone muchomory nie są trujące. Znaczy, ojej, jesteśmy przecież w internecie, to proszę nie próbować. To od razu muszę powiedzieć, że proszę samemu nie próbować. Ale na przykład na Kamczatce muchomory są produktem powszechnego użytku. Być może muchomory Kamczatki są inne, ale też są czerwone. Ale powiedziałem, jeszcze ktoś zje i będę go miał na sumie. W każdym bądź razie, Koreacy używają muchomory, tak? Czerwone do różnych celów i czukcze. Więc myślałem, ale właśnie z tych powodów lotniskowych nie wziąłem ze sobą. Muszę się dowiedzieć, czy to są te same muchomory i wtedy okaże się, może one są też i tutaj.
[01:05:57.86 → 01:06:03.14] A: Zostalmy może jednak na użytek transmisji internetowej, że to nie są te same muchomory.
[01:06:03.36 → 01:06:14.74] B: Nie, absolutnie nie próbuję czerwonych muchomorów, jeśli chodzi o mnie, bo ja sam nie próbowałem tutejszych, więc nie mogę powiedzieć.
[01:06:14.84 → 01:06:18.58] A: Ja proponuję takie wyjście z tej sytuacji. Pojedźmy do Norwegii.
[01:06:18.60 → 01:06:20.98] B: Zdecydowanie odradzam, zdecydowanie proszę tego nie robić.
[01:06:21.50 → 01:06:30.29] A: Zbierzmy się do Norwegii. Mateusz, bardzo cię proszę o kolejny fragment. Tym razem będzie to fragment z książki pan wszystkich krów.
[01:06:31.93 → 01:13:53.09] D: Po wszystkim w nocy poczęstowali mnie w aucie piwem i podwieźli do domu drogą wzdłuż zmąconego sztormem fiordu. Prowadził Putin raz za razem pociągając ze swojej puszki, którą trzymał w ręce. Jak cię nazywać? Zapytał. Rambo. Rambo. A ciebie? Wladymir roześmiał i roześmiał się głośno. Nie, Waleryj. Tak bym go może zapamiętał, gdyby nie Nord Star. Trawler starszego typu, ogromny, zapuszczony. Nigdy nie zdrapane pomyje ciągnęły się długą, kolorową wstęgą od okna kambuza aż po linię wody. Już samo to nie wróżyło nic dobrego. A Putin? Leżał rozciągnięty z rozkrzyżowanymi rękami na noszącej się z dna ładowni palecie, jak na marach. Z miejsca na pokładzie przy luku rozładunkowym widziałem, jak się wyłonił. Uniósł wysoko w powietrze i z największą delikatnością, na jaką było stać oporującego dźwigiem redżepa, opadł na betonowy brzeg. Przez chwilę jego rozbita głowa i wywrócone białka oczu kołysały się tuż obok mnie. krew kapała do ładowni i po pokładzie, obficie znacząc nieświadomą drogę Putina na ląd. Tam, między paletami z rybą i wózkami widłowymi udzielano mu pierwszej pomocy, aż bardzo szybko nadjechała karetka i go nieprzytomnego zabrała. Wieczorem okazało się, że Putin miał na miejscu ładną żonę, bo przyjechała zabrać jego rzeczy. Torba z nadrukiem naszej firmy była dla niej za duża. Wszyscy patrzyli, jak obija jej się o zgrabne kolana, kiedy z wysiłkiem szła do samochodu. W takiej torbie każdy zakontraktowany pracownik mógł znaleźć broszurkę informującą, że duża liczba wypadków to wynik niefrasobliwości i pracowników przeceniających swoje możliwości. Pamiętaj, safety first. Było grubo po dziesiątej, kiedy wreszcie się z tym statkiem uporaliśmy. Przy trapie stał Jorgen z listą w tej swojej ręce i każdemu schodzącemu wyznaczał zadanie na jutro. Piąta trzydzieści, rype fjord, trzysta ton rzucił, kiedy go mijałem. Przejebane stary, skomentował Tomek. Ja znam ten statek, same pięćdziesiątki z czarniakiem, niezapakowane w papier, posklejane, trzeba łomem odrywać od siebie po całości. Gdzieś ty był tak długo. Srałeś czy co? Rzucił litwiniec Andrius przez opuszczoną szybę starego Mercedesa kombi stojącego przy bramie. Wskakuj, podwiozę cię do domu. Pusta ładownia była jak medal olimpijski, jak bilet na Hawaje, jak coś niemożliwego, co stało się możliwe, jak spacer po księżycu. Dałeś radę człowieku, żyjesz, ręce całe, głowa cała i wreszcie możesz pójść do domu. Tak było za każdym razem na tym całym Rypefjordzie. Pusta ładownia była wysoka, obszerna i mroźna. W słupie światła przed pod otwartym lukiem padał do środka gęsty śnieg. Uścisnęliśmy sobie wszyscy dłonie, bo pracowaliśmy jak szaleni. Teraz chłopaki Gęsiego gramoliły się po drabińce i znikały w wąskim włazie. Ja ostatni, bo tak chciałem. Na poziomie przetwórni, gdzie pełno było jakichś ciepłych, poskręcanych rur, panowała duchota, a cały pokład, sieci, cumy, liny i brzeg pokrywała gęsta warstwa oślepiającego śniegu. Tylko morze było niezmiennie czarne. Jakieś ostre powietrze znad, nie wiem, Islandii, Grenlandii, czy też tych wspaniałych gór Jotunheim powodowało, że chciało mi się tańczyć. dokładnie jak ten człowiek singing in the rain, tylko w wersji in the snow. W intensywnej pomarańczowej kurtce, której kołnierz mogłem postawić i schować w nim twarz przed zacinającym mokrymi płatkami wiatrem. Rytm wybijałyby moje ciężkie kroki po blaszanych schodkach stromego trapu. Stuk, stuk, stuk. Na brzeże przykryte było świeżym, bielutkim dywanem. Samochody rozjeżdżających się chłopaków wyznaczały nowe, czarne trasy na wskroś rozległej i płaskiej jak stół przestrzeni rozładunkowej. Mijali mnie i trąbili, machali, uchylali okna i mówili narazka Rambo, narazka chłopaki. Nie chciałem jechać, bo tym razem miałem blisko. Czarna torba z firmowym nadrukiem obciążała ramię. Przystanąłem fachowo, żeby ustąpić miejsca przejeżdżającej obok wielkiej ładowarce trzymającej pewnie na wysięgniku ogromny kontener. Dookoła piętrzyły się całe piętra takich samych skrzyń z nazwami krajów i armatorów. Obok stał zacumowany frachtowiec spowiewającą banderą Wysp Owczych. bo samo niebo zastawiony był tymi skrzyniami i właśnie go rozładowywali. Pracowały dźwigi i te jeżdżące po brzegu kolosy, ale nie miałem się czego bać, byłem widoczny dzięki tej ekstrakurtce. Port, a ja w nim, po robocie, wolny i swobodny, na ulicy wychodząc z bramy, podchwyciłem spojrzenie ładniutkiej panienki, chyba wracającej ze szkoły. A co? Brodaci dokerzy z życiowym zmęczeniem na twarzy chyba mogą być przystojni, nie? Do domu miałem blisko, otworzyłem z rozmachem drzwi, powiedziałem cześć, ale nikt nie odpowiedział. W swojej części jednopokojowego mieszkanka na poddaszu drzemał przyjaciel, chyba upalony marihuaną, bo pachniało, że hej, śniły mu się dzieci zostawione w Polsce. Otworzyłem lodówkę i wyciągnąłem sobie bardzo dobre piwo. Zapadłem w sowkę. Ściemniało się. Z trudem wstałem i pokuśtykałem do okna dachowego. Szyba była bardzo zimna. Śnieg przestał padać. Wypogodziło się. Światełka portu i światełka domów wzdłuż brzegu. Frachtowiec z wysp już odpłynął. Podszedłem do okienka po drugiej stronie poddasza. W domu naprzeciwko ktoś na wielkim ekranie oglądał pornosa, tak zwany blowjob. Górą ponad dachem pełgała zielona zorza.
[01:13:56.61 → 01:14:59.32] A: Dziękuję Ci Mateusz. Pan Wszystkich Krów, dziesięć opowiadań, bardzo różnych opowiadań i w bardzo różnych geograficznie przestrzeniach się rozgrywających. Kiedy słuchałam teraz Mateusza i kiedy wcześniej czytałam te opowiadania, to pomyślałam sobie, że daleko wprawdzie do Syberii z tych przestrzeni, o których pan pisze, ale i blisko. Bo właściwie tu i tu chodzi nam wszystkim dokładnie o to samo. O to, że wstajemy i krzątamy się wokół swojej rzeczywistości. Ogarniamy ją w jakiś sposób. Próbujemy zorganizować, zabezpieczyć swój byt. Nie wszystko jedno, czy mieszkamy w czumie i jesteśmy pasterzami reniferów, czy rozładowujemy trawlery w Norwegii, czy zbieramy złom, Czy jesteśmy poważnym etnologiem?
[01:15:01.02 → 01:19:43.63] B: No pewnie, taki jest. Przy czym akurat ja po Gugarze, po tym jak napisałem książkę, ja nie czułem i film zwłaszcza. Ten temat dla mnie się wyczerpał z wielu względów. Między innymi taki, że nie widziałem żadnego innego powodu już więcej, żeby tam jechać, ponieważ większość osób, z którymi miałem do czynienia, zmarła. Dla mnie to był temat po prostu zamknięty. No i trzeba faktycznie dalej żyć, prawda? W jakiś sposób, więc człowiek żyje i już trudno się tak wyspecjalizować w takie wąskie dziedziny i w ogóle byłoby to chyba bez sensu. No i jakby to zrodziło To zrodziło pewne doświadczenia, które niektóre z nich są opisane w tych opowiadaniach. Natomiast to, że akurat ostatnio znowu jestem na Syberii, często wynika po prostu z projektu, przy którym pracuję, czyli ten badawczy projekt muzeum. Bardzo ciekawy. Ale gdyby go nie było, wątpię, że bym kiedykolwiek tam jeszcze pojechał, bo po co tak naprawdę. No, a właśnie to, co pani mówi, wszędzie jest tak samo. Wszędzie są tacy sami ludzie, ale swoją drogą ostatnio się bardzo, to doznałem pewnego rodzaju szoku, bo taki wniosek, o, wszyscy jesteśmy tacy sami. Tak naprawdę, gdybyśmy wzięli za to sposób trochę bardziej naukowy, jednym z pierwszych osób powiedział to ojciec założyciel antropologii, czyli Taylor powiedział, hola hola, wszyscy jesteśmy ludźmi takimi samymi ludźmi, żadnych różnic między nami nie ma. Natomiast jednym z naszych darczyńców był Konstanty Podchorski, bardzo barwna osobowość, który to nigdy nie był zesłany na Syberię, ale robił interesy na złocie, na alasce. W czasie gorączki złota, to był 1904 rok, W 1907 roku został zastrzelony tam z powodu romansu, który się wydał z żoną nie tego człowieka najwyraźniej. W każdym bądź razie został zastrzelony, ale zostały potem przesłane przedmioty do muzeum, które są do dzisiaj, to są przedmioty związane z Czukczami, natomiast są też jego zapiski. Wtedy, kiedy żył on kilka lat, żył tam właśnie na lasce, cały czas jeździł na czukotkę w interesach. Był dla mnie czymś w rodzaju takiego takiego agenta, którego pisał np. Konrad w Jądrze Ciemności, tego Kurca. Chociaż do tej pory zawsze uważałem, że był raczej wesołym człowiekiem w sensie, a jednak okazuje się, że on pisał reportaże, takie okazywały się w Dzienniku Kijowskim z jak wielkim Przerażeniem przeczytałem jeden z tych reportaży, w którym napisał on tak 1904 rok. Przytoczę tekst pamięci, bo dokładnie nie zacytuję. Generalnie Azjaci, mieszkańcy Afryki, Czukcze są dla mnie z gatunku, z dziedziny zoologii, nie antropologii. Najlepszym tego dowodem jest to, że zawsze miałem ogromną ochotę zapolować na Japończyka, do Chomejczyka czy innego Azjatę. Nie czując do niego żadnej nienawiści tym samym. Kropka. 1904 rok. Więc coś, co było wtedy absolutnie akceptowane i przypominam, że w ogóle to w 1904 to gdzieś w tych okolicach Konrad był właśnie w Kongo. Rozkwit europejskiego kolonializmu, I takie myślenie o drugim człowieku, które wtedy było dość przerażające. Na pewno nie podzielane przez wszystkich, ale samo to, że to mogło się ukazać w Dzienniku Kijowskim, Kijów wtedy był dużym ośrodkiem też polskości, tylko daje nam jakby próbkę tego, jaki był stosunek do tych właśnie innych ludzi. No więc taki być może całkowicie banalny wniosek, bo chyba do tego wracam. że właściwie wszędzie jest tak samo, dajmy sobie spokój, nigdzie nie jeźdźmy, to będzie lepiej. Bo wszędzie generalnie ludzie są tacy sami i jest dość nowym wnioskiem, mam wrażenie, bo antysamotorzy są tacy sami jak my.
[01:19:44.69 → 01:20:00.95] A: Czytywanie się w dzienniki Malinowskiego też zdaje się niespecjalnie Znaczy nie pozostawia złudzeń, że nie była to relacja między nim a ludami, które badał tak kryształowo, jak zwykło się mówić, zanim dzienniki nie ujrzały światła.
[01:20:01.67 → 01:20:16.09] B: Nie, nie, no ale to już był jakby kolejny poziom, to już nie ten poziom, o którym mówię w przypadku Podchorskiego. Oczywiście nie było mowy o jakimkolwiek chyba rodzaju właśnie rasizmu ze strony Malinowskiego, czegoś takiego nie było.
[01:20:16.95 → 01:20:40.28] A: Proszę powiedzieć, jak Kiedy pan decyduje? Proszę, gdyby pan zechciał spróbować nazwać, jeśli to w ogóle możliwe, ten moment, kiedy decyduje pan, że sytuacja, a właściwie człowiek jest tym, który może stać się bohaterem pana opowieści. Jak go pan sobie wybiera?
[01:20:41.89 → 01:21:22.18] B: Właśnie sam się jakoś tak wybieram. Trudno jest mi powiedzieć. Ja nie wybieram specjalnie, chociaż czasami po prostu oczy się otwierają i to się widzi. Już w momencie działania się, że to jest coś niezwykłego, spotyka nas coś niezwykłego. Coś, co się da jakoś tak uogólnić. W sensie, co nie dotyczy tylko tego osoby, ale też jest jakąś metaforą czegoś. Coś czasami jest po prostu interesujące albo po prostu tylko dlatego, że to doświadczyłem i wydaje mi się to specjalne jakieś dla mnie.
[01:21:23.56 → 01:21:25.50] A: Tak było z tym zbieraczem złomu na przykład?
[01:21:26.08 → 01:22:16.70] B: Tak, tak było, bo też byłem świadkiem jego po prostu końca. I dopiero po tym, jak się to stało, tak naprawdę ta karta się zamknęła i zobaczyłem, że to musi być opowiedziane. Chcę to opowiedzieć, bo W momencie, kiedy to się działo, oczywiście w ogóle nie miałem najmniejszego zamiaru, dla mnie po prostu denerwował. To był po prostu straszny, koszmarny sąsiad, którego naprawdę nikt z państwa nie życzyłby sobie, ani nikomu nie życzyłby nikt takiego sąsiada. A że to wszystko się zamknęło też właśnie na naszych oczach, na moich oczach, No to to samo się jakby napisało wtedy życiowo.
[01:22:18.76 → 01:22:47.47] A: Ja wiem, że pan się broni. Przed chwilą na scenie też się pan bronił, ale ja jednak chciałabym spróbować, żebyśmy może jakoś razem to określili. To są opowiadania. To jest książka. Wygląda trochę jak reportaż. Proszę spróbować się zaszufladkować, jeśli to możliwe, czy zostawiamy sprawę zdecydowanie otwartą i dlaczego? Niech mi pan powie.
[01:22:48.95 → 01:23:21.03] B: Rzeczywiście nie ma sensu się szufladkować. Wydaje mi się, że nie ma sensu się szufladkować. Po co właściwie komu to potrzebne? A jeśli ktoś jest bardzo zainteresowany studiowaniem gatunku, literackich, to nie, ale to jest inna sprawa, bo reportaż, tak jak ja sobie wyobrażam, nie chcę wyobrażać, ale reportaż jednak bardzo ma pewne ramy i jednak odpowiedzialności, które musi opowiedzieć jakąś sytuację, przekazać ją, sprzedać tą sytuację.
[01:23:21.69 → 01:23:27.75] A: To moje pytanie o te szflatki, to jest tak naprawdę pytanie o granice między fikcją a rzeczywistością.
[01:23:30.31 → 01:25:56.11] B: Jak by to powiedzieć? Jak by to powiedzieć? To jest w każdym... To jest bardzo trudny temat. Choćby wszyscy, którzy śledzili wszystkie te wielkie odkrycia, że Kapuściński coś zmyślił. O jak on mógł coś zmyślić? Albo ktoś pojechał do Afryki i zobaczył, ten dworzec wygląda inaczej. I po prostu inaczej wygląda ten dworzec. No jak to może być? Co za oszust, nie? Ten Kapuściński. No to jest, nie wiem o co chodzi tak naprawdę. Zwłaszcza, że ja też miałem kontakt akurat na przykład z filmem, ale też z książką, gdzie na przykład wstawał ktoś w publiczności podczas spotkań i mówił, ja byłem na Syberii i to wcale tak nie jest. Naprawdę, ja nie twierdzę, Wydaje mi się, że tak jest jednak, ale może ktoś widział coś innego i tak dalej. To jest oczywiście w momencie, kiedy się pisze. Zresztą czasami rzeczywistość... Są różne metody, też nie chcę w to wchodzić. Są różne metody pisania reportażem. Ja nie piszę reportażem. Także nie znam się nawet na tych metodach. Raczej chodzi o to, że to, co ja piszę, często wychodzi po prostu z doświadczeń życiowych. I często nawet chyba, jak też patrzę na przykład po jakimś czasie na te swoje rzeczy, to mam wrażenie, że one są zbyt prawdziwe. Po prostu i powinienem był o wiele bardziej je pozmieniać i lepiej bym się czuł. Natomiast nie pretenduję do tego i nikogo nie mam zamiaru przekonywać, że ktoś jest reportażem albo nie reportażem, albo prawdziwy, widziałem, nie widziałem. Jest jak jest w tekście i skupmy się na tekście. A w życiu każdy może sobie sprawdzić, może się wybrać, może pójść. Właściwie nabór trwa. Przynajmniej jeśli chodzi o firmę Jurgena w Norwegii, która rozładowuje trawlery, każdy może sobie sprawdzić.
[01:25:56.13 → 01:25:59.35] A: Ale jak pan tam trafił w ogóle? Jest tyle pięknych zawodów.
[01:25:59.49 → 01:26:00.55] B: Ale to jest piękne.
[01:26:00.67 → 01:26:06.63] A: Ale to jest potwornie ciężkie. Potrzebował pan się zmierzyć z własną siłą?
[01:26:07.45 → 01:26:17.19] B: Nie, potrzebłem pieniędzy. Taki banalny temat. Bardzo. I akurat wtedy... Słucham?
[01:26:20.47 → 01:26:24.69] A: Ktoś wyraził wsparcie tej myśli, którą pan wyraził.
[01:26:25.45 → 01:26:44.63] B: W każdym bądź razie... Także jeśli chodzi o... bo zaczęliśmy o tym reportażu o prawdzie czy fikcji. Nie wiem, to... Są opowieści. W każdej opowieści jest przynajmniej krztyna prawdy. W większości. I to już coś.
[01:26:44.99 → 01:27:36.29] A: Ja akurat bardzo jestem wdzięczna, że to nie są reportaże. Z kilku powodów, o których nie chciałabym tu teraz mówić, ale jednym z tych powodów jest także to, że taka tendencja, która obowiązuje od pewnego czasu w reportażu, a nawet w tej chwili największa światowa konferencja, która właśnie w tym momencie trwa w Pradze, reportażu radiowego, ma w tytule tę tendencję, czyli zobaczyć autora. Trzeba zobaczyć autora, kiedy się robi reportaż. jakoś do mnie nie przemawia, natomiast kiedy państwo będą czytać książki naszego gościa, to tu tego autora, choć jest autorem, jest mało. Jest świat, który autor postanowił uczynić czymś, punktem wyjścia do opowieści.
[01:27:37.15 → 01:27:46.59] B: To jest akurat, dziękuję, jeśli tak pani to, bo to jest dla mnie komplement, jeśli Tak by mogło się to udać, to by było wspaniale.
[01:27:46.59 → 01:28:51.63] A: Tak, ja to przeczytałam i za to chciałam panu bardzo podziękować. I chciałam panu też bardzo podziękować za opowiadanie, które znajduje się w tomie Pan Wszystkich Krów, którego już dawno nie czytałam, bo jak mówię, książki ostatnio zdobyć nie mogłam, ale jest to opowiadanie o opowiadaniu. Opowiadanie o Prometeuszu, kiedy siedzi pan z dziewczynkami, z córkami, kiedy bohater opowiadania siedzi z dziewczynkami, przy ognisku i opowiada im mit o Promateuszu. Opowiada im ten mit nie po raz pierwszy. Dziewczynki dodają od siebie różne opowieści, a to zapamiętane z dawnej historii ojca, a to z tego, co widziały w telewizji, w internecie. Pomyślałam sobie, czytając to wtedy, że tak kiedyś musiało być. Tak kiedyś ludzie przecież siadali przy ognisku i opowiadali sobie świat. Niekoniecznie prawdziwie. Dlatego, że musieli też troszkę pofantazjować. Opowiadali sobie wszystkie doświadczenia.
[01:28:51.65 → 01:29:46.49] B: To zależy co mamy na myśli mówiąc prawdę. Zwłaszcza, że większość rzeczy, które przed zapisaniem były w formie ustnej, przekaz taki oralny, zawsze był domeną improwizacji. Ogromnej improwizacji. I w każdym wydaniu brzmiał trochę inaczej. To jest w ogóle wspaniałe też. My jesteśmy przyzwyczajeni, znaczy nie wiem czy jesteśmy, ale spotykamy się często z takimi jedynymi kanonicznymi wersjami jakiejś opowieści, które być może pretendują do bycia kanonicznymi, ale tak naprawdę one zrodziły się stosunkowo niedawno, zostały zapisane. Wcześniej ludzkość mówiła, opowiadała. Nie można powtórzyć jednej historii kilka razy dokładnie tak samo. Zwłaszcza, że ludzie są w różnym nastroju, w różnej kondycji. Każda sytuacja jest inna.
[01:29:48.01 → 01:30:14.20] A: I wyobraża pan sobie, bohater opowiadania wyobraża też sobie, co muszą myśleć o tej grupie skupionej przy ognisku na skraju miasta, przy autostradzie między osiedlem a lasem, ci, którzy tą autostradą jadą. że każdy z nich pewnie wyobraża sobie na temat tej grupy przy ognisku coś zupełnie innego, a niektórzy nawet myślą sobie, o głupki jakieś siedzą przy ognisku.
[01:30:16.90 → 01:30:55.10] B: Może trochę nie fair to postąpiłem w stosunku, to raczej jest, bo nie można tak mówić, że pomyśleć, a na pewno mówią, że siedzą głupki przy ognisku. Też nie mam chyba do tego prawa, ale przyznałem sobie to prawo paskodnie i wrednie, Ale przecież nie wiem tak naprawdę, co ludzie jadący autostradą myślą o ludziach siedzących niedaleko autostrady palących ognisko. Może myślą o debile na przykład, nie? No proszę, jakie debile siedzą i palą ognisko, wydymią to mi. Ale mogłem też myśleć, o jak super, też bym tak chciał na przykład. Nie wiem tego, ale jakoś z jakiegoś powodu może byłem wkurzony na tą autostradę, ale zostawiłem tylko to, że myślą o debile.
[01:30:57.00 → 01:30:57.56] A: To zależy.
[01:30:58.00 → 01:31:19.64] B: Może gdyby to miało być coś bardziej takiego obiektywnego, musiałbym, czułbym powinność zawarcia zdania. Ktoś mówi o debile, a ktoś inny jedzie i myśli. Też bym tak chciał na przykład, żeby dodać pełny obraz. Ale zostawiłem tylko debili.
[01:31:20.17 → 01:31:49.55] A: Obraz z tymi debilami i tak był pełny, bo jasno wynikało z tego, że wszystko zależy od tego, kto kiedy w życiu przeżył. Od tego zależy jego patrzenie. I siła opowieści. To jest dla mnie też opowiadanie o sile opowieści. Proszę powiedzieć, dlatego pan pisze? Właściwie inaczej, źle zapytam. Dlaczego pan czuje potrzebę pisania? Pan opisuje świat, czy załatwia coś sam ze sobą?
[01:31:50.73 → 01:32:05.67] B: To jest pytanie, na które się chyba nie da odpowiedzieć. Nie dlatego, żebym się próbował wyłgać. Odpowiedzenie dlaczego ja piszę. Ale można na to spojrzeć. Jest to rodzaj hobby. Niektórzy kleją samoloty.
[01:32:06.33 → 01:32:07.07] A: Miga się pan.
[01:32:07.89 → 01:32:56.41] B: Nie, nie migam się. Dlatego, że pamiętam rozmowę, kiedy zapytał mnie jeden stolarz, który ja nie wiem, czy kiedykolwiek trzymał książkę w ręku, ale człowiek, taki jak ja, mający dwoje rąk, dwie nogi, głowę, świetnie sobie radzący w życiu, ale chyba nie przeczytał ani jednej książki w życiu, tak mi się wydaje, na pewno nie dużo. Żyje tak samo jak ja, jest taki sam jak ja, patrzy na to samo niebo, cieszy go świat, a nigdy nie widział żadnej książki, znaczy nie czytał żadnej książki, no to właściwie po co te książki są potrzebne? Ja nie wiem tego. I chodzi o to, że on mnie zapytał, a ty Andrzej, po co ty to robisz? Tobie za to płacą?
[01:32:57.27 → 01:32:58.03] A: Marnie.
[01:32:58.35 → 01:33:28.63] B: Sorry, nie płacą mi za to. Jak ja mam mu to wytłumaczyć? Chyba dlatego, że to jest po prostu fajne, to jest świetne. Ja w ten sposób zanurzamy się po prostu w świat. Opowiadamy, przekazujemy sobie jakiś znicz. Jakieś światło. Tak chciałbym o tym myśleć. Ale...
[01:33:28.63 → 01:33:29.61] A: Jak przy ognisku.
[01:33:30.21 → 01:34:05.09] B: Tak, jak przy ognisku. No może być faktycznie, jak przy ognisku. Rzeczywiście. I to jest fajne. To jest po prostu fajne. Ludzie są wspaniali. Ludzie piszą, którzy chcą nam opowiedzieć. Świat jest cudowny. Dowiadujemy się tego świata z książek. I to jest wspaniałe. I ja też chcę opowiadać świat. To jest zresztą bardzo przyjemne zajęcie pisanie. Każdemu polecam. Naprawdę.
[01:34:07.25 → 01:34:16.35] A: Czy o pana pobycie w Afganistanie też będzie książka, czy dopiero się gdzieś ona zaczyna pojawiać w głowie?
[01:34:16.53 → 01:37:58.52] B: Pobyt w Afganistanie, on był taki... To było po filmie i ja koniecznie wymyśliłem sobie, że wtedy wojna trwała w Afganistanie. Dalej trwała niestety i w ogóle ludzie dalej tam giną, ale... Ja wtedy chciałem zrobić, bo strasznie mnie denerwował ten przekaz, który jest, który był wtedy z perspektywy właśnie, nie wiem, żołnierzy, NATO, jak im ciężko i ile oni trudności przeżywają, będąc w Afganistanie. Natomiast bardzo niewiele uwagi poświęcono ludziom, którzy przeżywają stukrotnie większe trudności, będąc tam w Afganistanie, bo na przykład im czołgami jeżdżą po polu, próbują obsiać i wyhodować sobie coś na tym polu, a jak wyhodują, jak im ciągle ktoś przejeżdża po tym polu ciężkim sprzętem i tak dalej. No więc stwierdziłem, że koniecznie warto zrobić film jakby o ludziach, którzy patrzą na to, co się dzieje na tych przybyszów. No ale trochę się... I pojechałem do Kabulu, pomogła mi znajoma, która wtedy pracowała w organizacji belgijskiej, pomocowej, humanitarnej. No i spędziłem tam jakiś czas, chyba po trzy miesiące. I rzeczywiście spotkałem wspaniałych ludzi, którzy zajmowali się produkcją szkła. Szkło generalnie jest taką rzeczą, nie na czasy wojenne, dlatego że jest bardzo kruche. I ostatnią rzeczą, którą się kupuje w czasie wojny, to są zastawy szklane. Raczej jak już się uspokoi, to ludzie się kupują w szkło. Tymczasem oni robili to szkło w sposób tradycyjny, w takim glinianym piecu. Wspaniali ludzie, mistrz właśnie. Ja nie wiem, jak się nazywa po polsku nawet taki ktoś, kto nie jest szklarzem przecież, dmucha szkło, tworzy szkło. Pewne jest jakieś słowo, trzeba sprawdzić w słowniku. Ale spędziłem z nimi bardzo dużo czasu. Też było ciekawe to, że oni mieli swój warsztat w Kabulu, naprzeciwko takiej bocznej uliczki, po drugiej stronie tej uliczki był taki opancerzony hotel obronny, gdzie mieszkali najemnicy amerykańscy z firmy Blackwater. Były wielkie drzwi, zawsze tam codziennie ktoś przyjeżdżał jakimiś samochodami, wychodził uzbrojony i uzbrojony. Gdzieś jechał, a oni cały czas robili to samo, czyli robili to szkło naprzeciwko i każdym o tym nie mówili i nikt nie mówił, ale było jasne, że jeśli nastąpi jakikolwiek atak na ten hotel, to prędzej czy później musiało się stać tak naprawdę, jeśli oni tam byli. W każdym razie mogło się stać, bo duże prawdopodobieństwo. To tak naprawdę zmiecieni z powierzchni Ziemi zostaną właśnie oni, którzy są obok w żaden sposób niechronieni itd. No i spędziłem z nimi trochę czasu i tylko problem też był w tym, że, znaczy mój własny, oczywiście każdy rozwiązuje problemy po swojemu, ale mój problem był tak, co tamto się toczyło, po prostu wojna. Więc ja wyjeżdżając stamtąd, miałem wrócić już z ekipą filmową, ale zrezygnowałem z tego z powodu po prostu bezpieczeństwa. Uznałem, że nie mogę zryzykować życia tych ludzi, Bo oczywiście robią tak ludzie, robią
[01:37:58.52 → 01:38:01.28] C: różne duże firmy, którzy produkują reportaże i
[01:38:01.28 → 01:38:57.97] B: tak dalej, ale ja nie chciałem sprowadzać nikogo tam, kto mógłby po prostu ucierpieć, bo to jest po prostu poważne sprawy już w tym momencie, kiedy gdzieś strzelają, wybuchają i tak dalej. Ale napisałem właśnie tekst taki o tym doświadczeniu. On się ukazał w twórczości kiedyś, dlatego że zrobiłem to też tak trochę nie do końca On nie ma objętości. Pani Krystyna Bratkowska z wydawnictwa Nisha, ona mi też proponowała ostatnio, może to się stanie, że zostanie opublikowany ten tekst osobno. Tekst nazywa się Szkło i opowiada właśnie o tych ludziach. Nawet specjalnie przyniosłem wydruk tego, To ja mógłbym kawałek przeczytać oczywiście, jeśli mieścimy się w formule i w czasie. Jeśli państwo są zainteresowani na przykład.
[01:38:58.33 → 01:39:03.33] A: Bardzo prosimy o fragment. Tylko już nie Mateusza. Pana osobiście.
[01:39:03.67 → 01:39:33.72] B: Tak, tak, tak. Czyli co, przeczytać? Sam tekst jest zatytułowany Szkło. No tak jak mówią się, kiedyś, kiedyś, bo to już w sumie dość stara historia. Parę lat temu ukazał się w twórczości. No więc jesteśmy w Kabulu i jadę na kolejne spotkanie. Właściwie codziennie przez trzy miesiące byłem u tych ludzi.
[01:39:34.62 → 01:40:05.64] C: Ale tego dnia nie jechałem busem, tylko byłem na rowerze. Dobiegający z okien któregoś z aut nieziemski głos Achmada Zahira stopniowo zacichał dławiony odorem mijanej właśnie ulicznej jatki. i łoskotem tłumu przewalającego się wzdłuż obu obmurowanych brzegów rzeki, kloaki wzdłuż której jechałem, tego ledwo cieknącego tak zwanego kabulu, strumyka cieniutkiego jak niteczka pośrodku cuchnącego biegnącego przez sam środek miasta koryta, po obu stronach obsiadniętego zwykle przez defekujących obywateli.
[01:40:05.78 → 01:40:06.06] B: No tak.
[01:40:06.92 → 01:40:31.31] C: I na dodatek o mały włos nie przejechałem nadętego brudatego jegomościa w turbanie, luźnych hajdawerach i z szarą opończą przerzuconą przez ramię. Z wyglądu niestety sunnickiego mówły. Uważaj jak jeździsz obcokrajowy rowerzysto, powinno się takich wieszać. Zawrzeszczał coś w tym stylu za mną, stojąc na nasłonecznionym brzegu, który mimo schodzącej z góry zimy wciąż był ogrzewany ostrym listopadowym słońcem.
[01:40:31.41 → 01:40:32.25] B: Nie mam hamulców.
[01:40:32.81 → 01:42:56.81] C: Można by staremu odkrzyknąć przez ramię w charakterze usprawiedliwienia, gdyby to tylko była dla niego jakaś nowość. Ale na pewno nie była. Bo jak ja miałem mieć hamulce, skoro absolutnie żaden z innych rowerzystów rojących się wokół mnie jak kosmatecz szmiele ich nie miał. Wiem to. Bo chociaż na każdym rogu stali uliczni mechanicy rowerowi, to już nieważne ile lat by mieli, ile zrzuconych wprost na ulicy starych podzespołów, ile rąk, ile nóg, ile oczu i zębów, ile godzin pracy za sobą, a ile odpoczynku byli wobec tych rowerów bezradni. Zawsze tak samo zakłopotani w obliczu tego ewidentnego błędu chińskich, indyjskich i pakistańskich marek rowerowych sprzed pół wieku, na których tu się jeździło. Ciekawe, że naprodukowali tych rowerów w tylu wariantach i nadali im tyle nazw wypisanych na fantastycznych tłoczonych blaszkach poprzyczepionych do ran. Ja miałem Fenixa. To hamulców im porządnych zrobić nie umieli. Takich hamulców dość silnych, żeby w sytuacji drogowej skutecznie zatrzymać ich ogromny, bo ogromny ciężar. Tyle ich było widocznych dookoła, każdy z blaszką i napisem. Jechały po zakurzonej drodze, całym ogromnym stadem, a to wyprzedzał mnie złoty lew, Jin Shi. A to pedałowałem obok okręconej zieloną taśmą samoprzlepną papugi, Ying Wu, jadącej za gołębiem fejk, z którego bagażnika zwisało ciekające krwią krowie skóry, obojęte na wściekłe dzwonienie dobiegające od strony roweru marki czerwone, Sztandar, Huang Yi. któremu drogę zajechał nadszerpnięty zębem czasu Xuanzi, czyli podwójne szczęście. Można by te nazwy mnożyć w nieskończoność, chociaż rowery właściwie były do siebie podobne, na pewno stare i na okołokresu swoich sił. Zwłaszcza pod tą obcą dla nich długością i szerokością geograficzną i pod obcymi brodatymi jeźdźcami. Skąd oni je wzięli, to proste, stąd skąd i ja. Po prostu pewnego dnia wydobyli je z któregoś bezkształtnego, zmieszanego z płem drogi stosu żelastwa rzuconego przed którymiś warsztatem czy na brzegu któregoś rynsztoka, nadając im tym aktem jakby kształt, po czym zapłacili za niesprzedawcy marne grosze, doprawili wielki błyszczący dzwonek i odjechali. Koniec końców, docierając wszyscy razem wielką rowerową gromadą do tego tu i teraz, gdzie spotkałem ich ja, oczywiście łatwo powiedzieć, nikt nie wie, ile przeciwności trzeba było pokonać, żeby to tu i teraz mogło stać
[01:42:56.81 → 01:43:05.24] B: się możliwe, ale zaraz może przejdę do samych ludzi robiących szkło.
[01:43:06.56 → 01:44:28.82] C: Właśnie w środku byli ludzie oświetleni pełgającym światłem ognia buchającego z kilku niewielkich otworów w glinianym piecu rozpostartym na środku niewielkiego pomieszczenia. Z powodu stertych chrustu przygniatającej piec od góry przypominał bardziej wielką grudę błota niż dzieło rąk ludzkich. W dodatku przykrywającą jakąś gorącą dziurę. Zwłaszcza, że wydobywał się z niej ten biały dym, zbierający się warstwami pod niskim sufitem i wypływający w kłębach na zewnątrz. Ściany łuszczyły się od sadzy, było gorąco, twarze ludzi kapały potem, a z zanurzonej raz po raz w piecu stalowej rurki kapały krople roztopionego szkła. Prawdę mówiąc, ta rurka to była lufa po angielskim sztucerze, odziedziczona po dziadku przez pochylonego nad nią brudatego mężczyznę. Chociaż może akurat to nie miało wielkiego znaczenia. Mężczyzna nazywał się Faizullah Majzi. Już od progu widać było, że właśnie nawijał cierpliwie na tą swoją lufę, nie lufę, żółty, oślepiający kłębek. Kłębek szybko pęczniał w powietrzu, jakby był pąkiem jakiejś niezwykłej rośliny na sterydach albo jakby był jakimś podziemnym owadem, który w ciągu kilku chwil przechodzi właśnie wszystkie pośrednie stadia rozwoju, dzielące kokon od larwy i formy w pełni wykształconej. Formy będącej w rzeczywistości gorającą szklanką, która to w kilka chwil się, w którą w kilka chwil się ostatecznie stał.
[01:44:30.94 → 01:44:39.04] B: Czy mój czas się już skończył? Czy mogę jeszcze? Ali ibn Abi Talib nie był żadnym
[01:44:39.04 → 01:45:01.34] C: szyitą, oświadczył Faizullah, odkładając na chwilę rurkę i wycierając twarz leżącym obok jego kolan ręcznikiem. Akurat na te słowa wszedłem do warsztatu, więc dodatkowo gospodarz obdarzył mnie spojrzeniem, jakbym twierdził coś przeciwnego. Świętobliwy Ali ibn Abitali był pierwszym największym szeitą ponury, odpowiedział na to hydraulik sąsiedztwa, notabene z imienia też Ali. Przysiadł na zędelku w kącie tak, że
[01:45:01.34 → 01:45:03.77] B: w pierwszej chwili można by go nawet nie zauważyć.
[01:45:04.56 → 01:46:10.78] C: Na swoje dziobatej twarzy zdawał się mieć wypisane, że zaczyna żałować tego smalonego czajnika, co go tu ze sobą przyniósł i postawił przy jednym z otworów w piecu do zagotowania. Ali Hydraulik był hazardem i zdaje się, że tego dnia popełnił błąd, przechodząc sobie zagotować wodę do jaskini sumnickiego lwa, którym najwyraźniej na ten krótki moment stał się Faizulla. Ali najwyraźniej chcąc, nie chcąc musiał odeprzeć jakiś przemyślany teologiczny atak na patrona jego rodzinnej wersji islamu. Ali był szlita, mechanicznie powtórzył jeszcze Hydraulik. Faizulla weschnął ciężko, oporszył parę razy wielkimi palcami u stóp, Potem skinął na swojego syna, Rafiullaha, siedzącego z boku, żeby zagiętym drutem odsunął glinianą zaślepkę do otworu w piecu naprzeciwko niego. Kiedy młody to zrobił, to Faizullah po raz kolejny zatopił w piecu lufę po przedpotopowym sztucerze. Z tego co opowiadał, lufa ta była w użytkowaniu rodziny już władnych ze 100 lat. Użytkowanie oczywiście pokojowym, bo jak sam Fajzulach powtarzał rodzina Majzy, zawsze składała się wyłącznie z pacyfistów tworzących szkło, a nie tłukących je po cudzych domach. A każda wojna to przede wszystkim masa tłuczonego szkła. A może tyle.
[01:46:10.92 → 01:46:23.56] A: Dziękuję. Jeśli chcą Państwo zadać pytania naszym gościowi, bardzo proszę. Jeszcze chciałam zapytać o to, czy Pan robi notatki?
[01:46:24.55 → 01:46:30.23] B: Trudno mi sobie wprawdzie... Tak, robię. Bardzo dużo robię notatek. Dużo notatków.
[01:46:30.23 → 01:46:36.73] A: Chciałabym powiedzieć, że trudno sobie wyobrazić, było w pana w tym tłumie piszącego, ale też, tak?
[01:46:36.75 → 01:46:47.37] B: Tam nie, ale potem jak mam chwilę, to notuję wszystko. Staram się notować takie rzeczy, żeby ich nie zapomnieć. Bo jestem już stary.
[01:46:47.87 → 01:46:49.91] A: Przy tych rowerach, nazwach rowerów.
[01:46:49.91 → 01:46:50.87] B: I mam sklerozę.
[01:46:52.35 → 01:47:11.73] A: Pomyślałam sobie, że to raczej nie z pamięci. Czy ktoś z Państwa miałby ochotę zadać pytanie? Bardzo proszę. Sekundę. Tylko już mikrofon biegnie nawet. Bardzo krótkie pytanie. Dlaczego Syberia, a nie inne rejony, typu Sardynia, Ameryka Południowa?
[01:47:13.66 → 01:47:21.01] B: To było tak trochę jak z tym ostatnio. Znalazłem u siebie Stary, stary był taki
[01:47:21.01 → 01:47:23.53] C: atlas geograficzny, który mam, chyba był jeszcze
[01:47:23.53 → 01:48:11.77] B: atlas geograficzny mojej mamy. Taka książeczka czarna. Być może państwo to pamiętają. Było coś takiego, atlas geograficzny świata w książce. I znalazłem, że jak byłem mały, to rzeczywiście ten atlas czytałem. I nawet mam, ołówkiem wyrysowałem sobie miejsce, gdzie chcę pojechać. No i to było właśnie tam. I to było takie ciekawe, bo Spojrzałem, o kurcze, tam pojechałem, zapomniałem o tym. Rzeczywiście tu byłem, tu byłem, tu byłem. To widać jakieś takie... Pamiętam, że Konrad na przykład... Jak wraca ten Konrad, to chyba w jądrze ciemności albo w dziennikach, chyba w jądrze ciemności tak zaczyna, że mówi, stoję, stałem jako dziecko przed mapą Afryki i widzę białą plamę.
[01:48:12.76 → 01:48:15.77] C: która wypełniała centralną część tej Afryki i
[01:48:15.77 → 01:50:25.65] B: rzekę Kongo, która wiła się jak wielki oślizgły wąż, jakoś tak to napisał. I powiedziałem sobie, że chciałbym tam, to jest to miejsce, do którego pojadę. I potem jak był na tym statku, który go wiózł w Kongo, pisał, że wygląda na to, że moje marzenie się spełniło, nie wiem czy marzenia powinny się spełniać, coś takiego. No to u mnie to było tak podobnie, bardzo jakoś mnie to miejsce ciągnęło, interesowało, może dlatego, że że jest takie, no oczywiście mówi się, że jest takie bardzo, no nie, biały, taki niezbadany. Oczywiście jest zbadany, przebadany na wszystkie możliwe sposoby, ale na pewno jest bardzo odludny. I kiedy człowiek doświadcza tych przestrzeni, które nie są zamieszkałe, to jest też naprawdę bardzo, bardzo dziwne doświadczenie, kiedy widzi się, no jesteśmy przyzwyczajeni do czego innego, a tam ogromne połacie, które nie są zasiedlane przez człowieka, może nigdy nie były, Może nie nadają się do tego, może nikt, żaden z ludzi nie chciałby tam żyć. Ale są tam takie miejsca, ogromne przestrzenie, które właściwie tylko są, ale nie potrzebują ludzi. W żaden sposób nie potrzebują. Tam świat, są miejsca świata, które nie są po prostu zainteresowane ludźmi w żaden sposób. Oczywiście można by sobie zadać pytanie, jak nie ma tam ludzi, to kto tam jest? Prawda? Pytanie zawsze, które mnie nachodzi na przykład A Bóg jest tam, jak nie ma ludzi. No, ale to tak na marginesie, no nie? A w rzeczywistości, bo miałem taki, jakiś ciągle o mnie tam pojechałem. Potem znowu pojechałem, bo fajnie, ciekawie. I zacząłem, to jest takie bardzo miejsce, w które się wpada. I tu jest bardzo rozległe. No. To mniej więcej tak. Do Ameryki Południowej też bym chętnie pojechał, ale już chyba nie pojadę. Na razie, teraz w sierpniu muszę pojechać na Czukotkę, chcę pojechać na Czukotkę, bardzo
[01:50:25.65 → 01:50:27.95] C: chcę, ale też muszę z powodu tego
[01:50:27.95 → 01:50:38.34] B: Potchorskiego właśnie, który zostawił kolekcję w muzeum. I bardzo chcę też tam pojechać. Bardzo mnie to miejsce ciekawi.
[01:50:38.58 → 01:50:46.08] A: Proszę przyjąć zaproszenie od nas z książką, która powstanie choćby po tych wyprawach.
[01:50:46.28 → 01:51:05.66] B: Bardzo dziękuję. Przyjdę na pewno. Bo tak swoim drogą bardzo też chciałbym, żeby książka powstała. Tylko najpierw muszę skończyć projekt. W sensie, bo nie mogę jakoś pisać, równocześnie robić. Trzeba najpierw zrobić, potem opisać. Więcej tak.
[01:51:06.18 → 01:51:07.22] A: Bardzo panom dziękuję.
[01:51:07.72 → 01:51:08.68] C: Ja też dziękuję bardzo.

Bitwa o literaturę. Jak słuchać, żeby słyszeć

Gugara to dźwięk dzwonków na szyi reniferów i tytuł książki o mieszkańcach syberyjskiej osady, którzy słyszą je codziennie. Jak usłyszeć to, o czym nie mówią ewenkijscy pasterze? A jak opowiedzieć historie robotników z Norwegii, pasterzy trzody z południa Polski, Nieńców czy Selkupów? Jaką przyjąć perspektywę?
Grażyna Lutosławska

Andrzej Dybczak, rocznik ʼ78, z wykształcenia etnolog. Do tej pory ukazały się dwie jego książki: Gugara (Zielona Sowa 2008, wznowienie Czarne 2012) i zbiór opowiadań pt. Pan wszystkich krów (Nisza 2017). Jest współautorem filmu dokumentalnego także zatytułowanego Gugara, który podobnie jak i książka opowiada o syberyjskich pasterzach reniferów. Film był nagradzany min. w Krakowie, Lublinie i Paryżu. Dybczak jest laureatem nagrody fundacji im. Kościelskich.

Wróć