[pokaż transkrypt] [ukryj transkrypt]
[00:07.13 → 02:51.19] A: Panie, panowie, dobry wieczór. Witam w Teatrze Starym. Przed nami kolejna bitwa o literaturę. Państwa dzisiejszy gość to Marek Bieńczyk. Czy literatura ma sens? To hasło dzisiejszego spotkania. Czy literatura ma sens? Tak prowokacyjnie ufam, pyta kurator programu literackiego Teatru Starego, Krzysztof Warga. Dorzucając do tego hasła, także takie oto pytania, jak to, czy przypadkiem nie jesteśmy oto świadkami tego, że literatura schodzi ze sceny, a właściwie nawet umiera śmiercią naturalną. Czy przypadkiem, skoro nie przynosi żadnych konkretnych korzyści, nie lepiej zostać kimś, Kto ma taki zawód, który te korzyści przynosi? Na przykład politykiem albo jeszcze lepiej celebrytą, co w przypadku polityka często wdzięcznie się łączy. Czy literatura ma sens? To pytanie tak naprawdę, zgodnie z panującymi tendencjami, powinniśmy zadać dziś albo jakiemuś politykowi, albo socjologowi w najlepszym wypadku. Dobry byłby też na tym miejscu jakiś psycholog, bo takie mamy czasy, że pytania o literaturę Takim właśnie osobom najczęściej się zadaje, jeśli w ogóle zadaje się pytania dotyczące literatury. A my, wbrew tym tendencjom, postanowiliśmy o literaturze porozmawiać z pisarzem. Marek Bieńczyk jest naszym dzisiejszym gościem i jak mało kto na takie pytanie, właściwie jako adresat takiego pytania, jest idealny. Marek Bieńczyk bowiem uważa, że świat wart jest tekstu, że świat ma w sobie tak bardzo wiele szczegółów i spraw, jest tak szalenie intensywny, że wszystko to da się przerobić na tekst. Właśnie, przerobić. Usłyszeliśmy w laudacji, kiedy otrzymywał pan nagrodę Nike, przerobić, a nie opisać, bo zdaje się, że tu istnieje pewna subtelna różnica. Ale potem na początek pytanie, proszę powiedzieć, dlaczego pisarze, dlaczego pan też dał się wysadzić z tego miejsca, w którym rozmawia się w Centrum Uwagi o literaturze? Dlaczego w mediach na przykład o ważnych sprawach, o języku, o duszy nie rozmawiają pisarze, poeci? [02:53.71 → 02:54.99] B: Ja się dałem wysadzić, tak? [02:55.17 → 02:59.21] A: Tak, a może Pan w ogóle nigdy nie wsiadał w to siodło? [03:02.65 → 03:08.27] B: No, Pani, tak, rzeczywiście, teraz się czuję wysadzony, ale... [03:08.27 → 03:14.17] A: Nie powie mi Pan, że jest Pan częstym gościem programów telewizyjnych i mówi Pan Polakom, jak żyć. [03:14.31 → 04:06.88] B: Nie jestem, wie Pani, znaczy miałem różne propozycje, pamiętam kiedyś, Państwo pamiętają taki program teraz, I tam, widzi Pani, dzwoniono do mnie, usprawiedliwiam te rewizje i decydentów, że zapraszali pisarza, żeby wtedy dyskutować z jakimś politykiem. Nie pamiętam, na jaki temat to było, wiele lat temu ja mówiłem, nie pamiętam, że jestem w Krakowie, albo że mnie bolą zęby i tak dalej, więc trochę sam siebie wysadzałem, widzi Pani. No tak, to rozumiem, że za tym pytaniem jest pytanie o dzisiejszą rolę pisarza, o miejsce pisarza w świecie współczesnym. Tak jak Pani tutaj słusznie powiedziała, na początku wymieniając zawody, które powinny się na temat tytułowego pytania wypowiedzieć, psycholog, socjolog, kto tam jeszcze, księgowego Pani... [04:06.88 → 04:08.14] A: Nie, ale czemu nie? [04:09.36 → 07:26.12] B: a nie pisasz, no bo piszący to wobec tego pytania jest troszeczkę jak owad, prawda, którego się pyta, dlaczego lata, czy coś takiego. Ja się też tak trochę czuję wobec tego rodzaju pytań. Panie, wydaje mi się, że tak naprawdę jest, znaczy Panie pytanie dotyka Takiego obrazu pisarza, pisarza intelektualisty, do jakiego byliśmy przyzwyczajeni być może w naszym takim myśleniu o literaturze jeszcze lata temu, jeszcze pod wpływem naszego dziedzictwa romantycznego, jeszcze pod wpływem takiego wielkiego dziedzictwa europejskiego, wielkich pisarzy jak Thomas Mann przede wszystkim. Więc to jest taki obraz pisarza intelektualisty i wydaje się, że to jest taka jedność. Mnie się ta jedność słabo, że tak powiem, jednoczy. To znaczy, to znaczy ja jestem raczej bliższy takiemu odczuciu, nie mówię, że rozumieniu, bo to się raczej w sferze odczuć odbywa, takiemu odczuciu pisarstwa czy pisania, które jest, bym powiedział, takie bardziej No bardziej zmysłowe, bardziej takie obsesyjne, troszkę takie bardziej cielesne niż, niż misyjne. I spróbuję to może jeszcze troszeczkę wyjaśnić. Kiedy, kiedy jechałem tutaj do Pani, sobie przeglądałem Zebarda, bo będziemy fragment jego czytać i tam jest taka, taka opowieść o Frobercie, o Gustawie Frobercie, który siedzi u swojej znajomej na krześle i się denerwuje i płacze i krzyczy i wstaje, bo ma wrażenie, że wszystko co napisał jest bez sensu i każde zdanie jest bez sensu i że następne zdanie, które ma w głowie się może nie utrzyma, to jest bez sensu. Więc on jest w takiej relacji, w toczkę historycznej wobec własnego języka, wobec własnego pisania. I wydaje mi się, że pisarz, jakim ja go widzę, jest bliżej takiej takiej frobertowskiej niepewności własnego bytu niż takiej intelektualnej potrzeby wygłaszania sądu na temat stanu rzeczy. Od tego bym zaczął, od takiego zastrzeżenia czy od takiego credo wręcz. Więc szczerze mówiąc, kiedy widzę, tak jak Pani o tym mówi, Właściwie nie widzę, bo nie oglądam, ale kiedyś się zdarza oglądać tę scenę, debat w telewizji na temat wszystkiego, czyli na temat polityki, kwestii różnych i tak dalej, to nie czuję jakiejś takiej nadmiernej potrzeby zobaczenia tam akurat pisarza. Ludzi mądrych tak, ale niekoniecznie pisarza. Od tego zacznę. [07:26.36 → 07:42.64] A: Dobrze, a to pytanie, proszę powiedzieć, pytanie postawione w temacie dzisiejszego spotkania. Czy literatura ma sens? Rozumiem, że wobec takiego poglądu na temat pisania nie stawał Pan wobec takiego pytania? Nie stawiał go Pan sobie nigdy? [07:44.18 → 14:34.94] B: Oczywiście, że sobie stawiamy, taka sobie stawiamy pytanie na temat każdej czynności, którą wykonujemy. Czy to ma sens? jest w pisaniu, tak sobie to wyobrażam, czy raczej tak to odczuwam, jest taki rodzaj dwoistości, czy takiej sprzeczności, to znaczy z jednej strony pojawia się to pytanie o sensowność, No bo jednak to jest pani kawał życia, który się spędza przed papierem, przed komputerem. Ja to już wielokrotnie mówiłem, tutaj chętnie powtórzę, no bo każdy lubi pokazywać swoje rany w tym kraju, więc chętnie powtórzę, że pisanie jest jednak dosyć cierpiętniczą czynnością, która wymaga ogromnej ilości czasu. Ja tak sobie nawet kiedyś to próbowałem masochistycznie obliczyć, ile ja czasu spędzałem, spędziłem w życiu przed kartką, czy przed ekranem komputera. I to są, no to jest, tak jak mówię, to często to jest wyrok, to jest 10 lat, no to jest wyrok 10-15, czystego czasu, tak? 10 lat jakby no w celi. A może więcej, czyli to jest jednak wyrok za napaść z bronią w ręku co najmniej. To jest dużo czasu, więc wobec takiej inwestycji własnego życia, inwestycji czasowej, cielesnej, nie jestem połamany, bo siedzę cały, od 20 lat tak siedzę, czy od 30, wobec takiej pewnej niedogodności bytu, człowiek sobie zadaje pytanie, czy to ma sens. Jeszcze do tego pytania wrócę, a z drugiej strony jest ta druga część tej sprzeczności, znaczy ten drugi biegun to jest jakby nieodparta siła, która każe pisać i z tą siłą się nie dyskutuje, z tą siłą się nie dyskutuje i jej się ulega i kiedy powiedzmy przychodzi taki moment takiej refleksji, po co to wszystko, to ona i tak ta nieodparta siła wróci, wyrzucona oknem, wróci drzwiami i każe pisać. I bez względu na to, czy to coś przeczyta 100 osób czy tysiąc, czy 50 tysięcy, oczywiście lepiej 50 tysięcy. Ale ja zawsze miałem świadomość, że kiedy piszę, piszę dla 7, 8, 9, 3, 4 osób. Tak to sobie wyobrażam i w zasadzie nigdy nie miałem, wiedzą Państwo, nigdy nie miałem przed oczyma rzesz czytelników, bo to jakby nie było takie istotne. Ten paradoks pisarski, ciągle powtórzę jak ja go rozumiem, polega na tym, że się pisze dla siebie samego, jedno i oczywiście pokazuje się to inne, ale pisze się dla siebie samego. Także w tym sensie, że pani nie ma chyba większej satysfakcji, kiedy się coś skończy, bo to jest jakby takiego rodzaju stępla, który się stawia na własnym istnieniu. Skończyłem, wyprodukowałem, wytworzyłem jakąś formę. jakąś rzecz, przedmiot. Ta książka, którą właśnie skończyłem, zawiera mnie, jest moim wizerunkiem, moim rysunkiem, moją częścią, moim ciałem, moim ciałem nawet. I w tym sensie pisze się jednak dla siebie, żeby zachować formę, żeby się nie rozpaść, żeby się nie zamienić w jakąś taką prazmatyczną obecność. Ale z drugiej strony wracamy do tego pytania o sens. To jest oczywiście pytanie, które ma tysiące, tysiące konotacji, bo co ma być tym sensem? Sensem jest odniesienie sukcesu, najmniejszy może z tego wszystkiego. Sensem jest jakieś przekazanie treści, doczekanie się, jakieś dyskusji, wywołanie jakiejś dyskusji. Powiedzenie czegoś, co jest dla innych ważne i tak dalej i tak dalej. Czy to są pytania, które sobie tak piszący pisarz stawia? Bardzo często wątpię. Przynajmniej teraz wątpię. Wydaje mi się, że jakby sposób w tej chwili negocjacji pisarza z odbiorcą jest troszkę inaczej wygląda niż to wyglądało kiedyś. Coś się stało, oczywiście, coś się stało. My mamy taki obraz, ale chyba on jednak w jakiejś mierze musi być prawdziwy, skoro go mamy. Ten obraz pisania w przeszłości, w dawnych latach, 50 lat temu, 100 lat temu, że właśnie tutaj piszemy, żeby dać komuś, narodowi, społeczeństwu, książkę, która coś powie o nim samym itd. Ten rodzaj świadomości wydaje mi się coraz mniej istotny. Coś innego w tej chwili wchodzi w grę. Oczywiście wchodzi w grę rynek. To jest jasne, że tutaj piszący są pod presją rynku większą niż kiedykolwiek. Zmienił się pewien taki układ właśnie wydawnictwem między autorem, a odbiorcą i wydawnictwem. Coś tu się stało. Wydaje mi się na przykład, że nie powstają dzisiaj arcydzieła literackie. Nie mówię o Polsce, a mówię w ogóle o świecie. Nie ma ich dużo, albo w ogóle, Tak to czuję, nie z tego powodu, że ludzie nie chcą, nie są w stanie ich napisać, tylko z tego powodu, że właśnie coś się zaburzyło troszeczkę na tej, na tej linii, na dawce odbiorca, że, że, że odbiorcy, że ludzie, że my nie czekamy, my czytelnicy nie czekamy na, na arcydzieło tak jak czekaliśmy kiedyś. Czekamy na hiciora, tak? Czekamy na hit, ale nie czekamy na arcydzieło. Takie mam, takie mam poczucie, że jakby, że środowisko, w którym żyje pisarz, nie wymaga od niego, tak naprawdę, nie oczywiście w tekście to tak, że czekamy na kolejne pana Arcydzieło, ale tak naprawdę tego od niego nie wymaga. Coś tutaj się jakby zmieniło, zaburzyło. [14:36.08 → 15:58.80] A: Tylko, że tak naprawdę to, o czym on w tej chwili mówi, chciałabym wrócić do tego, od czego zaczęłam to spotkanie, tak naprawdę dużym Powodem takiego stanu rzeczy jest także to, że zrezygnował Pan, że zrezygnowali Państwo, że pisarz, poważnie traktujący to, co robi, traktujący to organicznie, fizycznie, tak jak Pan, odsunął się z tego miejsca, zwolnił to miejsce. Ono jest puste. Moim zdaniem to jest jeden z tych powodów, bo oczywiście, że pojawił się rynek. Bardzo konkretnie nazwała to kilka lat temu Dubrówka Ogresić pisząc Esej, czytanie Wzbronione, gdzie oświadczyła koniec literatury, zaczął się rynek. Rzeczywiście coraz mniej czekamy na arcydzieła, coraz bardziej czekamy na rzeczy popularne, hitowe, na bestsellery. Tylko, że to jest trochę tak, że my jesteśmy pod wpływem. Trochę tak, że ludzie dają sobie wmówić różne rzeczy. Trochę tak, że to w dużej mierze media właśnie tak, że decydują o tym rynku i o tej całej sytuacji. I teraz jeżeli w mediach nie ma Marka Wieńczyka, bo nie lubi właśnie swoją drogą, zdaje się, że dopiero Ponikę zaczęło być Pana ciut więcej, ale gwiazdą tabloidów Pan zdecydowanie nie został. Ja nie namawiam Pana do tego, żeby Pan został. [15:58.80 → 16:00.42] B: Z takim wyglądem, no co ja mam? [16:00.58 → 16:01.60] A: No ale proszę Pana. [16:01.68 → 16:02.62] B: Szampon mam reklamować. [16:02.64 → 16:27.21] A: Jest o czym rozmawiać tutaj. Tutaj kajaki, tutaj tenis. Proszę Pana, celebrytą mógłby Pan zostać od ręki po prostu. Jest co wykorzystywać. To są oczywiście żarty, ale prawda jest też taka, że Pan unika takiego stanu. Chciałbym oglądać w telewizji ludzi mądrych, mówi Marek Bieńczyk, ale ja nie, ja niczego nie powiem. To Wasza wina. Tak naprawdę to trochę jest Wasza wina. [16:27.39 → 16:38.05] B: Słabo, wie Pani, przyjmuje tę liczbę mnogą. Dosyć słabo, tak, jak Pani mówi, Wasza. Jednak każdy jest samotnym wilkiem z piszących. [16:38.37 → 16:40.09] A: To Pana wina, proszę Pana. [16:43.25 → 16:48.11] B: Dobrze, ale co pani sądzi, że są jacyś mądrzy pisarze w telewizji? [16:48.37 → 17:14.57] A: No właśnie nie ma. Proszę pana, jeżeli Paris Hilton wydaje książkę, w której podaje 23 sposoby na temat tego jak żyć, czyli na przykład, że trzeba być opalonym, że dwa razy na jedną imprezę nie można pójść w tym samym ubraniu i trzeba nosić kolor różowy, i wszystkie media o tym później piszą, to ja przepraszam, dlaczego nie mówią, co mówi Marek Bieńczyk na temat tego, jak żyć? [17:15.59 → 27:04.17] B: Pani, bo ja mam wiedzieć, jak żyć. Proszę Pani, to nie jest takie proste, bo Pani mnie bierze za spadkobiercę z Seneki, nie wiem kogo jeszcze. Bardzo dziękuję. Ostatnio podeszła do mnie uczennica na jakimś spotkaniu w liceum i powiedziała, Pan mi wpisze, jak żyć do książki. Tak, teraz powiem, chociaż się wstydzę. Tak mi się wydawało, że już młodzi tak nie potrzebują autorytetów. Potrzebują, prawdopodobnie potrzebują. I myślę, to co ja mam jej wpisać, mam pięć sekund, bo tutaj parę osób prosi o wpis, więc napisałem głupio, napisałem nie bój się kochać. Nie bój się kochać. Taką syntezę własnego życia zrobiłem błyskawiczną. Pomyślałem, co było złe, co było dobre, co powinno być lepiej, gdzie zrobiłem błąd. Nie bój się kochać. Potem myślę, Boże, w co ja ją pakuję. Ona jedzie w tym mecze, nie bój się kochać. Ona to bierze dosłownie do siebie, tak. I pani idzie do apteki czy coś. No, pani rozumie. Więc słabo wypadłem jako nauczyciel życia. Ale pani ma ciągle taką romantyczną wizję właśnie pisarza, który który powie jak żyć, który powie jak, wie Pani jak, no właśnie, co z sobą zrobić przez te 70 lat i tak dalej. Ja słabo, mówię, słabo tak łapię się na tę Pani definicję pisarza, także ze względów osobowościowych. Panie, to nie jest tak, że grupa piszących to jest taka grupa zawodowa i oni są właśnie zawodowcami od bycia jak żyć. To nie jest grupa zawodowa. To nie jest grupa charakterystyczna. To nie jest grupa Wie Pani, no powołana. Tutaj każdy dochodzi własną drogą, każdy jest kompletnie inny, każdy jest kompletnym szaleńcem, każdy jest mimozą i tutaj jak komu po drodze troszeczkę. Czytałem niedawno chyba jakiś wywiad z Jerzym Pirchem, czy może fragment jego dziennika i on taką rzecz tam napisał, że w literaturze takie rzeczy, rzeczy ważne, czy jakoś istotne, zdarzają się niejako po drodze, niejako po drodze, powtarzam. To znaczy nie w takim długofarowym projekcie, tylko w trakcie pisania coś się zdarzy, że jakaś, że jakaś, jakieś zdanie, jakaś scena, jakieś coś się pojawi i to, i to coś jest dobre, ważne. Niejako po drodze mówi, mówi Pirch. I mnie to, mnie to dosyć przekonuje, że to, że rzeczy się, takie rzeczy no dzieją się niejako po drodze, czyli To też mówię dlatego, żeby tak Pani zilustrować tę moją niechęć do takiego właśnie czucia się powołanym. Czucia się powołanym po to, żeby pójść do telewizji i wystąpić. Byłem w telewizji, tylko ja mówię 7 minut, a z tego zostaje 30 sekund. To nie to, że ja Pani nigdy nie byłem w telewizji. Mówię ABC, a z tego zostaje C i wtedy jest cała wypowiedź jest bez sensu i tak dalej i tak dalej. Ale to nie ma znaczenia, bo mówimy, rozumiem o sprawach podstawowych. Oczywiście, kiedy się myśli o Wiktorze i go. Ja w książce twarzy opisałem jego pogrzeb. i oczekiwanie na, no to Wiktor i go 80 lat, duch Francji, to wszyscy wiedzą, duch Francji, to jest nasz duch i 50 tysięcy ludzi czeka przed oknem, za którym on kona. A to wtedy, myślę, to jest rzeczywiście apogeum kondycji pisarskiej. A to jest ktoś, kto ma jakby papiery, sobie daje papierę, epoka mu daje papiery, społeczeństwo mu daje papiery, żeby głosił tą prawdę, jaka jest. I wszyscy czekają jeszcze na jego ostatnie słowa. Jakie są jego ostatnie słowa? Co jeszcze opowiem na koniec? To jest dosyć karykaturalne oczywiście, ale tak to wygląda. I potem jest jego pogrzeb i 100 tysięcy ludzi, przyjeżdża i właściwie nie wiadomo, czy to jest pogrzeb, czy to jest wesele, jest jakiś wybuch takiej euforii żałobno-miłosnej, bo ludzie kopiują w parkach, coś się dzieje jakiegoś niesamowitego. Więc to się skończyło, tak mi się wydaje, to się skończyło. I już, i już. Ale czy tak naprawdę to było w XX wieku? Czy tak naprawdę to było XX wieku? Było w XIX oczywiście pogrzeb Mickiewicza, pogrzeb IGO, pogrzeb słowackiego przeniesiony, przeniesienie serca i tak dalej. To były wydarzenia narodowe, ale coś jest inaczej, tak? To jest inaczej, jest inaczej, już jest inaczej. Jakby mądrości się wytwarzają inaczej. Tak mi się wydaje. Nie mówiąc o tym, że wie Pani, że status intelektualisty dzisiaj, no bo to się mówi, że upadek autorytetu jest mniej, no właśnie intelektualiści nie mają już takiej roli, nie spędza mi snu spowiek, bo kiedy myślę o największych arcydziełach literatury europejskiej, opowieściach z pierwszej połowy XX wieku, no pierwsza połowa XX wieku, koniec XIX o tym, Powiedzmy między 1850 a 1940 powstają jedne z może największe europejskie arcydzieła literatury, czy jedne z największych. Każda epoka ma swoje, ale to są takie naprawdę wielkie rzeczy. Malarstwa, muzyki, wszystkie. Wracam do literatury i mamy dwie najgorsze wojny w dziejach świata. Dwie najgorsze wojny w dziejach świata. Żaden intelektualista nigdy, nawet wie Pani nawet Wiktor Hugo, nie powstrzymał żadnej wojny. To się dzieje inaczej, historia się trochę inaczej toczy. To mnie zawsze uderzało, że ten kontrast, może tak to naiwnie opowiadam i to też jest troszkę taki może z trochę tak to mówię redukcyjnie i za szybko, kontrast między, no na przykład pierwszą wojną światową i Tomaszem Manem, drugą wojną światową i Tomaszem Manem. Nikomu się nie udało niczego tam zrobić. Teraz się wyspecjalizowała taka kategoria, myślę na przykład o intelektualistach francuskich, taka kategoria myśliciela, filozofa, piszącego książki, ale raczej nie prozę, która ma wpływ. Tam są takie postacie jak Bechner-Henri Lévy czy André Griegsmann, to byli ludzie, którzy chodzili do Mitterranda, chodzili do do Siraka, chodzili do Sarkoziego i mówili, trzeba zbombardować albo przestać, trzeba zbombardować Serbię, bo ta wojna bałkańska się za bardzo rozrosła i są rzezie masakry, trzeba zbombardować Liban, trzeba, trzeba interweniować w imię praw ludzkich. Więc teraz jest taki, to się przeniosło, tak, z literatury to się przeniosło na, No właśnie takich intelektualistów, że tak powiem, bez literatury, czego może wcześniej nie było. Oni się jakby bardziej wyspecjalizowali w takiego rodzaju interwencji intelektualnej. Wie Pani, ja piszący, no wie Pani, jak ktoś pisze, tak jak pisze, powiedzmy, nie wiem, Andrzej Stasiuk, nie? który ma taką frazę jaką ma, prawda, filami magiczną, nieprawdopodobną, magiczną frazę hipnotyczną. Czy jeśli ktoś pisze jak, no nawet jak Pierre, który ma też taką swoją zakręconą, gombrowiczowską frazę, to jego zmartwieniem jest fraza następna jednak. Kształt artystyczny. słabo bronię swojego krzesła poza telewizyjnego. [27:04.97 → 27:40.05] A: Swoją drogą, jeśli chodzi o telewizję, to jeśli państwo zechcą raz jeszcze wysłuchać tego wszystkiego, o czym dziś wieczorem mówi i mówić będzie Marek Bieńczyk, to przypominam, że Transmisja internetowa trwa i rzecz cała do odsłuchania w internecie. To zresztą mógłby być przyczynek do kolejnego punktu naszej rozmowy, czyli do zostawiania śladów, czego absolutnie nie jest miłośnikiem Marek Bieńczyk, ale może o tym za chwilę. Sięgnijmy do fraz, które wybrał pan na dzisiejszy wieczór. Jarosław Zoń jest razem z nami. Od czego zaczniemy? Proszę powiedzieć. [27:44.97 → 27:47.03] B: Może od Joyce'a. [27:47.17 → 27:51.19] A: Może od Joyce'a. Czy krótki wstęp, wprowadzenie? [27:51.21 → 31:35.64] B: Tak, wybrałem, bo coś trzeba było wybrać, oczywiście nie wiadomo co, bo jest parę książek na świecie. To wybrałem zakończenie opowiadania, które Państwo może znają, które się nazywa Zmarli. Dead Man z tomu Dublinczycy Joyce'a. Takiego Joyce'a, bym powiedział, łatwiejszego, to jeszcze potem skomentuję. Najpierw zobaczyłem film, pamiętam, mogę to opowiedzieć, tak to nie jest takie, nie jest to jakoś szczególnie ważne dla lektura, ale zanim przeczytałem to opowiadanie wiele lat temu, poszedłem, pamiętam, w niedzielę rano do kina. na właśnie film pod tytułem Zmarli na podstawie tego opowiadania. I tak trochę jeszcze śpiący byłem, to się tak bardzo powoli rozwijało i potem nadchodziła ta scena finalna, ja się coraz bardziej budziłem i potem już jakby nie mogłem wyjść z kina pod wrażeniem tej sceny. To był ostatni film, o ile mnie pamięć nie myli, Johna Hustona jeszcze, już kręcony na wózku inwalidzkim. A jest to takie opowiadanie niezwykle tradycyjne w pewnym sensie. To jest opowieść o świątecznej kolacji w Dublinie, gdzie ciotki, stare ciotki przyjmują różnych znajomych i siostrzeńców i kuzynów. I toczy się takie normalne życie świąteczne. Kroi się indyka, Tańczy się, rozmawia się o Anglii, o Irlandii. Niektórzy są bardziej pro-irlandzcy, niektórzy zdradzają Irlandię i piszą w angielskich gazetach, więc troszkę jest dyskusji o tym. Ciotka gra muzykę. Oczywiście nie chce grać, no bo znowu się nie uda, oczywiście znowu się udaje. Podaje się cider czy inne napoje. Rozmawia się o dziadku, który już nie żyje i o jego koniu. Śpiewa się. No mamy taka duża, duża scena świąteczna. Taka społeczna też, no bo to są właśnie ludzie z różnych, z różnych miejsc w tym dabrińskim społeczeństwie i z różnych też orientacji politycznych, ale to wszystko się tak jakby spotyka i te różnice się łagodzą w tym świątecznym cieple. I już, i już koniec. Już oni się rozchodzą do domów i w zasadzie się wydaje, że się już nic nie stanie I jeszcze ktoś tam zaproszony, taki śpiewak, śpiewak operowy śpiewa na zakończenie arie, kiedy oni już buty, znaczy nie buty, tylko kiedy już płaszcze, płaszcze zakładają. Śpiewa arie i bohatereka tego opowiadania, jak się okaże, słyszy tę arie i nic. I wraca ze swoim mężem Gabrielem do, do pokoju hotelowego. No i tam nagle zaczyna płakać, bo ta aria przypomina jej, młodego człowieka, którego kiedyś kochała, który ją kocha i który śpiewał jej tę piosenkę. I który umarł stając na deszczu przed jej oknem. I ona płacze i ten Gabriel jakby troszkę ją wypytuje, jej mąż. I to, co usłyszymy, to są to, co on sobie myśli po tym, jak ona już taka utulona i w tych łzach jakby skąpana zasypia. [31:37.91 → 31:39.09] A: I Jarosław za nim. [31:43.39 → 31:46.39] B: Usnęła [31:51.35 → 36:36.78] C: głęboką. Gabriel wsparty na łokciu patrzył bez urazy w sercu na jej potargane włosy i półotwarte usta, wsłuchując się w jej głęboki oddech. A więc przeżyła romans swego życia. Ktoś umarł dla niej. Myśl o tym, jak ubogą rolę w jej życiu odegrał on, jej mąż, prawie nie sprawiała mu bólu. Przyglądał się jej jak spała, jak gdyby nigdy nie żyli razem jak mąż i żona. Jego zaciekawione spojrzenie długo zatrzymywało się na jej twarzy i włosach. Kiedy myślał, jak musiała być wtedy ładna, w całym blasku swojej dziewczęcej urody, ogarnęło go dziwne, przyjacielskie i serdeczne uczucie litości dla niej. Nie chciał przyznać nawet przed samym sobą, że z jej twarzy znikła już uroda, ale wiedział, że to już nie była ta twarz, dla której Michael Ferry oddał życie, by móc na nią spojrzeć. Może nie powiedziała mu wszystkiego. Wzrok jego padł na krzesło, na którym leżało jej ubranie. Tasiemka od halki zwisała na podłogę. Jeden z bucików stał prosto, z holewką przekrzywioną w dół. Drugi leżał na boku. Gabriel zastanawiał się nad podnieceniem, jakie czuł przed godziną. Co się na to złożyło? Kolacja u ciotek? Jego własne głupie przemówienie, wesoła rozmowa w holu przed wyjściem, urok spaceru po śniegu. Biedna ciotka Julia. Wkrótce i ona stanie się cieniem, tak jak Patryk Morkan i jego koń. Pochwycił błędny wyraz, jaki przez chwilę pojawił się na jej twarzy, kiedy śpiewała w stroju weselnym. Może wkrótce będzie siedział w tym samym salonie w czarnym ubraniu z cylindrem na kolanach. Żaluzje będą opuszczone i ciotka Kate usiądzie przy nim zapłakana i wycierając co chwila nos będzie mu opowiadać o tym jak odeszła Julia. On będzie szukał słów pociechy, ale znajdzie tylko frazesy nieudolne i proste. To nastąpi już wkrótce. W pokoju było chłodno i dreszcz przebiegł mu po plecach. Ostrożnie wsunął się pod kołdry obok żony. Wszyscy, jeden za drugim, stanął się cieniami. Lepiej śmiało przekroczyć progi tamtego świata w pełnym rozkwicie jakiejś namiętności, niż więdnąć i schnąć bez nadziei w miarę jak płyną lata. Myślał o tym, że ta, która w tej chwili leży obok niego, przechowała w swym sercu przez tyle lat wyraz oczu swego kochanka, gdy powiedział jej, że nie chce żyć. Łzy szlachetnego wzruszenia napłynęły do oczu Gabriela. Sam nigdy nie doznał podobnego uczucia w stosunku do żadnej kobiety, ale wiedział, że to uczucie jest miłością. Łzy napływały coraz obficiej. W półmroku wydawało mu się, że widzi postać młodego człowieka stojącego pod drzewem w strugach deszczu. Obok stali inni. Dusza jego zbliżała się do granicy tego miejsca, gdzie mieszkali zmarli. Wyczuwał ich drżący, złudny byt, nie mogąc go zrozumieć. Jego własna osobowość pogrążała się w szarym, nieuchwytnym świecie, Świat dotykalny, w którym zmarli niegdyś wzrastali i żyli, rozpływał się i ginął. Usłyszał leciutkie uderzenie w szybę i zwrócił głowę w stronę okna. Znów zaczął padać śnieg. Sennym wzrokiem przyglądał się srebrnym i ciemnym gwiazdeczkom, które spadały z góry ukośnie przecinając smugę światła latarni. [36:37.68 → 36:39.94] B: Tak. [36:41.41 → 37:39.10] C: Nadeszła już pora podróży na zachód. Gazety miały rację. Śnieg pada w całej Irlandii. Okrywa każdą pięć ziemi, każdą pięć równiny centralnej. Nagie pagórki miękko spływa na bagniska Allen, a dalej na zachodzie w ciemne i groźne fale Shannonu. Obsypał także samotny cmentarz na wzgórku, gdzie leży Michael Ferry. sutą okiścią srebrzy pochylone krzyże i nagrobki, pręty niskiego ogrodzenia, nagie, bezlistne krzaki. Słyszał śnieg cicho spływający na wszechświat i dusza jego zamierała zwolna, jakby nadeszła ostatnia godzina dla wszystkich żyjących i zmarłych. [37:49.57 → 37:52.81] A: Powiedział Pan słowo komentarza jeszcze po, tak? Bardzo proszę. [37:54.43 → 48:06.99] B: Jeszcze parę rzeczy, bo jeszcze chciałbym coś dopowiedzieć do tego, co było wcześniej. Nie wiem czy, jak to się Państwo słyszało, słuchało tego bez kontekstu, dodatku opowiadania, które było wcześniej, który tylko mogę streszczać tak bardzo, bardzo szybko, bo ono jest duże. Ono ma ze 40 stron. I to jest 35 czy 40 stron takiego opisu, że tak powiem, życia społecznego. Na pewno małą skalę, ale tutaj jakby cała Irlandia się jakoś w tym odbija. Jest taki pewien konkret życia irlandzkiego. I potem nagle przechodzimy z takiej perspektywy właśnie świątecznej, a tutaj jest taką perspektywą tu i teraz, na nutach tej usłyszanej piosenki przechodzimy nagle w taki wymiar, mówiąc szybko, metafizyczny, chociaż ja nie lubię tego słowa, w rzeczywistość o wiele szerszą, kiedy Gabriel W jego głowie powoli ta scena świąteczna zaczyna maleć i maleć jako taki rodzaj komedii ludzkiej, coraz mniej znaczącej. Kiedy jego to długie życie z żoną nagle staje się takim też skomasowanym obrazem, czymś co w zasadzie już było. I kiedy ten śnieg, który wszystko pokrywa, pokrywa wszystkie cmentarze i ranty i tak dalej i tak dalej. Zaczyna jakby wyczyszczać tę, tę, tę chwilę z tej codzienności i nas przenosić w taki rodzaj nieokreślony, białej nieokreśloności, która chwyta za gardło. Mnie to chwyta za gardło szczerze mówiąc i za każdym razem, kiedy to słyszę, a słyszę to już nie wiem, może 50 raz, znaczy może czytam to 50 raz, no i jestem wzruszony. No i to jest takie, katarzys czuję, mówiąc tak szybko. Wydaje mi się to wielkie opowiadanie właśnie przez to, że ono łączy te dwie rzeczywistości, tę codzienną i tę niecodzienną, metafizyczną w taką całość, że ta jedna wypływa z drugiej w taki sposób naturalny i z tego śniącego, smakowitego, roztańczonego, chwilami troszkę rozkapryszonego, chwilami troszkę sferliwego, bo oni tam się też kłócą chwilami. W wieczoru nagle przenosimy się w taki rodzaj zupełnie innego bytu, innego bytowania. To jest jedna z takich Taka literatura, która jest dla mnie bliska. Właśnie dlatego, że jest i rzeczywistość społeczna, jednocześnie jest coś, co ją bierze w nawias i mówi coś wprost o naszej egzystencji. To jest dla mnie dosyć ważne, mówienie o naszej egzystencji. Ja tutaj jestem taki trochę ponieważ dużo tłumaczyłem Kundere, to w tej jednej rzeczy się jakoś z nim identyfikuje, że pisarz jest kimś, kto mówi o naszej egzystencji. W takim sensie ustala jej prawa, oczywiście ujawnia, albo nazywa, bo my jakoś znamy, nazywa jej prawa, jej różne jakby postaci. Więc tak pomyślałem sobie, że to Państwu zaprezentuję. Jest to trochę meancholijne, szczerze mówiąc, nie kryję. Użyłem słowa wzruszenie. To jest dla mnie ważne słowo, bo mam taki temperament pisarsko-osobowościowy, że dla mnie wzruszenie jest ważnym czynnikiem literatury. Uważam, uważam, że, znaczy lubię literaturę, która wzrusza, powiem wprost, tak, lubię literaturę, która wzrusza. Lubię łzy nad literaturą. I w zasadzie najlepsze świadectwa, jakie znam na temat własnych książek, to są świadectwa łez, ewentualnie. To jest dla mnie ważne. Jeszcze chciałem wrócić do tego, o czym mówiliśmy, bo, bo nie dopowiedziałem jednej ważnej rzeczy, kiedy, kiedy tak przeciwstawiałem się troszeczkę pani takiej takiej właśnie romantycznej wizji pisarza, który głosi pewne prawdy dla zbiorowości, no w taki sposób ekskatedra niejako, prawda, bo pani to sobie wyobrażała w telewizji, niejako z trybuny czy z krzeczy, czy z fotela telewizyjnego. Więc kiedy to kontestowałem, to oczywiście nie znaczyło, czego może nie dopowiedziałem, że nie uważam, że literatura jest terenem niewalecznym i że tam ma się nie odbywać walka. Z wiekiem coraz bardziej myślę o tym, że literatura jest, kiedyś tak mniej myślałem, że literatura jest terenem walki dla tego, kto pisze, takim terenem granicznym, ogromnie niebezpiecznym, że to jest walka na śmierć i życie, że to jest czynność, że pisanie jest czynnością śmiertelnie poważną na śmierć i życie. I kiedy, kiedy sam zaczynałem, kiedy sam zaczynałem pisanie, no to tak bardziej byłem zauroczony takimi możliwościami, że tak powiem, kreacyjnymi na poziomie języka, metafory, zdania. To mnie się podobało. Podobała mi się taka literatura Nie to, że wykwintna, ale taka artystyczna. A z biegiem lat coraz bardziej, coraz bardziej była mi bliska literatura, która na swój sposób była zaangażowana, a nie w taki bezpośrednio, w społeczny sposób. Nie, że powiedzmy opisywała coś z lewicowego, czy z innego punktu widzenia, tylko taka zaangażowana w istnienie tak zupełnie bez pamięci. I w zasadzie tak sobie myślę, że pewnym modelem, czy ideałem takiej literatury jest jakby połączenie jednego z drugim. Mi się to jeszcze nigdy nie udało, ale teraz myślę, że to by mnie kusiło. Zawsze czytałem Froberta, Panią Bovary, która jest takim Właściwie jest jednym i drugim, bo ona w sposób analityczno-czysty przedstawia pewną sytuację społeczną we Francji połowy XIX wieku. Jednocześnie każde zdanie jest doskonałe pod względem artystycznym. I żeby to każde zdanie z siebie wydobyć, Frobech, jak Państwu opowiadałem, histery, który po prostu się krzyczy na krześle wobec świadka, wobec, nie wiem, kole, to mojego kobietę, czy wobec kogoś innego. Nic nie napisałem dobrego, to wszystko jest... Więc Frobech pisze 1200 stron, żeby z tego 300 wydobyć. I oczyszcza i czyści ten swój tekst. sposób, sposób niebywały. Tak o nim mówiono, Chrystus literatury, jego przyjaciela, jesteś Chrystusem literatury. A kiedy myślimy o XIX wieku, no to francuskim, tak historycznie, o życiu na prowincji, to to jest w zasadzie pierwsza rzecz, która przechodzi do głowy pani Bowary, żeby mieć obraz Francji prowincjonalnej XIX wieku. Więc tutaj jakby naciska na to słabo ryzyko, chociaż może słabo je precyzuje. Na przykład czytam ostatnio dużo takiego chilejskiego pisarza, który się nazywa Roberto Bolanio, który jest w tej chwili takim rodzajem kultowej postaci. kultowej postaci w pewnych kręgach. To był Chiriczyk, poeta, wagabunda, taki właściwie pierwszej wody, który tam po zamachu Pinocheta siedział w więzieniu, ale został wypuszczony przez kumpli, którzy byli strażnikami z jego klasy. No i który taką, właśnie taką, taką pisał literaturę niesamowicie, właśnie taką o pełną poezji, o poetach, którzy rzucają wszystko, którzy się sprzeciwiają wobec wszystkiego. I to z takich byśmy powiedzieli rybackiego punktu widzenia, a jest to jednocześnie zarazem bardzo artystyczne i to, i to połączenie tych dwóch punktów widzenia bardzo mnie, bardzo mnie u niego zainspirowało. [48:09.08 → 49:31.79] A: Może to jest tak, że jednym z powodów, dla których mówi się o kresie i stawia się takie pytanie, czy literatura ma sens, prowokacyjny, nie prowokacyjny, ale stawia się je, jest właśnie to, czym Pan w tej chwili mówi. Literatura ucieka trochę od swojej literackości. To się zdarza na przykład, jeśli mówimy o ogromnej popularności książek literatury faktu. Pisarzom bardzo często wydaje się, że opisanie konkretnych faktów sprawi, że będą bliżej życia. Literatura, ta, o której Pan mówi, ta, która daje wzruszenie, czyli rzecz dużo ważniejszą niż opowieść, sama opowieść, czy historia w książce, ta literatura nie trzyma się blisko tych faktów. Zresztą nigdy nie dogoni ani internetu, ani żadnych innych mediów. Tu zawsze będzie z tyłu. A jednak ta literatura faktu jest w tej chwili niezwykle popularna. Czy pan to też mógłby tak tłumaczyć? Czy ta literatura pana zdaniem też od literackości, od tego dążenia do doskonałości odchodzi? Ucieka? Proszę mi też powiedzieć, jaka jest przyszłość? Co będzie z literaturą? [49:31.79 → 49:34.28] B: Nie mam pojęcia. Nie mam pojęcia, nie chcę udawać. [49:34.30 → 49:35.96] A: I przyjdą kosmici i nie zabiorą? [49:37.05 → 56:04.72] B: Być może przyjdą kosmici, zabiorą nam książeczki. Pani, już raz powiedziałem, jak żyć młodej dziewczynie i nie chcę powtórzyć tego błędu. Trochę żartuję. Oczywiście czasami, wie pani, parę rzeczy powiem na raz. Czasami mam w głowie, państwo może pamiętają, niektórzy taki film Fahrenheit 451 albo książkę. potem zrobiono z tego film, to jest film o przyszłości, to było ze 30 lat temu kręcone i pisane, o przyszłości bez książek, że w przyszłym społeczeństwie, dosyć to jest wizjonerskie może, w przyszłym społeczeństwie Policyjnym, jak to zostało wymyślone przez brat Berlego, nie wolno czytać książek i czytelnicy po prostu uciekają z miast, uciekają przed policją, zaszywają się gdzieś tam nad rzeką w dzikich odstępach i nie czytają książek, bo już ich nie ma, ale znają na pamięć. i każdy ma swoje imię, nie własne, a imię książki albo imię autora, którego on zna na pamięć. Jest Proust, jest Tolstoy, jest Anna Karenina itd. Taka wizja apokaliptyczna, której echa gdzieś tam słyszę właśnie. Mówimy o upadku książki, o końcu Elly Gutenberga itd. O tym, że już wszystko się skończyło i teraz tkwimy tylko w takim kręgu powtórzenia, symulacji, jak to się modnie mówiło 15 lat temu, czyli takiego jakby symulowania, tylko pozorowania, pozorowania właśnie pisania, pozorowania czytania, że to już żyjemy w takim świecie posta. Właśnie nie mam pojęcia co będzie, ale specjalnie się tym nie przejmuję. Kiedyś się troszkę bardziej może przejmowałem, ale moja przyjaciółka Małgosia Łukasiewicz, tłumaczka ze Barda kiedyś ukryła takie pojęcie płaczki postmodernizmu. No że płaczki postpodrenizmu to właśnie byli ludzie, którzy mówili, że już wszystko się skończyło, że nastąpił kres i teraz tylko żyjemy w takim świecie posthistorycznym, gdzie jest postliteratura, postpolityka, postksiążki i koniec. I to się jakoś opłakuje. Na sposób czasami wesoły, śmieszny, żartodliwy, ale to już właśnie opłakujemy ten koniec. Ja nie opłakuję, wie Pani, raczej po pierwsze jeszcze tego kresu tak całkiem nie ma, po drugie nie opłakuję z dwóch względów. Po pierwsze z takiego względu, że poczucie historycznego, że poczucie kresu i końca zawsze, zawsze występowało w dziejach historii europejskiej. Każda epoka powiedzmy od czasów nowożytnych miała już, miała swoje poczucie końca i kresu. Już to widać u Cervantesa zapewne. I to jest taki rodzaj fantazmatu, czy tematu, który się powtarza i który co jakiś czas ożywa. Oczywiście teraz to doznanie kresu jeszcze w związku z kryzysem jest mocniejsze niż powiedzmy dziesięć lat temu. Ale ja je troszkę relatywizuję poprzez ten, poprzez tę pamięć o tym jak to było zawsze. Kiedy się bierze pisma romantyków, to często powtarzam, po upadku Napoleona. Dla nich to był koniec świata. Pierwsze pokolenie romantyków. Koniec. Nastąpił koniec świata. W zasadzie już nic tak nie będzie. Już nic tak nie będzie. Nastała noc, jaki będzie świt, nie wiadomo, czy w ogóle będzie świt, nie wiadomo. Więc my teraz też żyjemy w takim poczuciu, nastała noc, jaki będzie świt. I zapewne to się będzie jeszcze tam powtarzało przez jakiś czas. To jest jeden powód, dla którego tak strasznie nie ubolewam. A drugi powód jest, bym powiedział, taki... Nie wiem, czy ja potrafię wypowiedzieć. No tak, że coś, że będzie inaczej, będzie inna cywilizacja i tak ma być, tak? Tak ma być. To jest... Mamy 5 miliardów lat mniej więcej, bo tyle podobno słoń już... Przepraszam fizyków, a może, czy astrofizyków, może to są tylko 3 miliardy, a może 10, nie wiem. Mamy tych 5 miliardów lat, ile będzie świeciło słońce i... No muszą, muszą się pewne rzeczy wydarzać, tak? I pewnie się, no i, no i się muszą wydarzać przemiany cywilizacyjne. I trochę się jakby z tym godzę, tak? Oczywiście jestem wychowany w świecie książek, tak? I bez książki sobie nie mogę wyobrazić życia. Bez dotyku książki, nie? Jednak, no to jest dotyk miłosny, nie? To jest dotyk miłosny. Ja tak, ja to mam w palcach. Ludzie, którzy mają kindla, tak się mówi, kindla w palcach, jeszcze pewnie nie mają tego poczucia, że dotykają miłośni, ale być może to się zdarzy za jakiś czas, że to dla nich będzie też taki miłosny przedmiot. Więc należy do tej cywilizacji, która gdzieś tam pewnie powolutku, bo to jeszcze będzie trwało, My jakby troszkę też patrzymy, tutaj otwieram naraz, patrzymy na to, o czym pani mówi o tym jakby tak, rozumiem, że mówimy troszkę o upadku książki, prawda? Patrzymy też... [56:04.72 → 56:07.36] A: Nie, o tym innym, które przychodzi, ewidentnie innym. Słucham? [56:07.62 → 56:44.97] B: O tym innym, które przychodzi. O tym innym, znaczy trochę też na to patrzymy z punktu polskiego... gdzie rzeczywiście czyta się mało, ale jak pojedziemy do Francji, tam się czyta bardzo dużo, jeszcze, no, także to jeszcze tam, jeszcze trochę potrwa, jeszcze, jeszcze nas, jeszcze nas nie obejmie i nawet tych tutaj najmłodszych Nassari jeszcze pewnie nie obejmie, a może, może jeszcze, jeszcze, jeszcze. No, ale tutaj, tutaj zamykam nawias. Oczywiście w nawiasie uciekła myśl, O czym mówię? [56:45.25 → 56:58.91] A: O innym zdecydowanie. Postanowił się Pan przeciwstawić i słusznie płaczkom postmodernistycznym, bo też rzeczywiście nie ma to chyba specjalnej racji bytu. Zaznaczył Pan nadejście nowego. Powiedział, że się tym nie martwi. [56:59.05 → 57:05.77] B: Nie, nie martwię się, bo nie jestem antytechnologicznie nastawiony na przykład. [57:06.25 → 57:14.49] A: Ale ta technologia ma też, co potwierdzają badania naukowe, wpływ na nasz mózg. On zaczyna zupełnie inaczej funkcjonować. [57:14.99 → 01:01:29.66] B: Tak, oczywiście, bo to jest tak, że wynalazki techniczne zmieniają dane egzystencjalne. To jest mój taki przykład, który wyciągam zawsze z kieszeni, z telefonem komórkowym. Jeżeli ktoś na sali z Państwa był, był zakochany w roku 75, no nie wiem czy są tacy ludzie jeszcze, nie mam okularów i nie widzę twarzy dokładnie, no to, no to wiedzą czym było czekanie na telefon, nie? I listonosz. I listonosz. Wiedzą czym, czy jeszcze w latach 80-tych, wiedzą czym, wiedzą czym była cierpliwość, tak? Wiedzą, że cierpliwość to było tydzień na przykład. To był tydzień, że mieliśmy ciepliwość wpisaną w nasze, tak powiem, kod egzystencjalny. Przez tydzień wytrzymamy bez listu od osoby, którą kochamy, przez pięć dni wytrzymamy bez telefonu, albo przez pięć dni będziemy czekali na telefon. Będziemy wariowali, nie będziemy wychodzili z domu, ale będziemy czekali. I pięć dni damy radę. Szóstego może padniemy już, ale pięć dni damy radę. Ja teraz, to już jest ograny chyba przykład, teraz go wypowiadam, że jak nie mamy smsa zwrotnego w ciągu minuty, to już idziemy się wieszać, niemalże. Znaczy, że jakby cierpliwość stała się czymś kompletnie innym. Ona została jakoś zedrukowana i mamy To pojęcia cierpliwości, niecierpliwości uległy przemianie, przemianie takiej egzystencjalnej pod wpływem, pod wpływem technologii. To samo z kwestią wstydliwości i prudeli, to też coś się stało, nie, poprzez, poprzez internet. że w internecie jednak dochodzi do pewnych ujawnień, których nasza pruderia, wstydliwość by nie dopuściła wcześniej, ileś tam lat temu wcześniej przed internetem. Więc tutaj internet też zmienia pojęcie wstydliwości i zmienia pojęcie pruderii. wynalazek technologiczny, jak mówię, zmienia egzystencję i stwarza nową możliwość innej, nowej katastrofy. Jeszcze w jakiś, no bo to wiadomo, że jak jest, że kiedy wybucha centrala nutra, nuklearna w Japonii, no to to jest katastrofa, która będzie trwała w czasie. i przestrzeni przez setki lat, więc to jest nowy rodzaj katastrofy wymyślony przez wymyślenie centrali nuklearnej. Widziałem w Nowym Jorku takie zdjęcia metra z początku XX wieku, to się nazywa High Line. To było metro, które chodziło na powierzchni i przed tym metrem jechał Przed tą kolejką jechał jakby szeryf na koniu, urzędnik miejski i ostrzegał ludzi, że jedzie kolejka. Trochę zwalnia, bo ludzie jeszcze nie byli przyzwyczajeni do tego, było za dużo wypadków, nie byli przyzwyczajeni do tej nowej technologii. To musiało troszkę czasu zająć, ale w końcu musiał ten szeryf na koniu odjechać. Jakie będzie nowe, nie mam pojęcia, nie mam pojęcia. Tam było wśród tych pytań prowadzących czy wstępnych pytanie o to, co piszą, czy będą pisały nowe pokolenia, czy będą pisały nowe pokolenia. Na pewno będą. [01:01:30.43 → 01:02:13.62] A: Ale inaczej, bo tak sobie myślę, że jednak ta cierpliwość, o której pan wspomniał, ta cierpliwość przejawiająca się w nerwowym sięganiu do telefonu komórkowego ze sprawdzeniem, czy przyszła twój czy nie, przekłada się także na sposób czytania większych rzeczy. My zaczynamy mieć osoby, które często korzystają z internetu, zaczynają mieć przeformatowane Nie wiem, jak to się fachowo nazywa, no mózgi domagają się wciąż nowej informacji, nowego źródła informacji. Czy to ma wpływ na to, jak się pisze? Czy to na przykład będzie miało wpływ, proszę pana, na powieść, którą pan będzie pisał? [01:02:17.00 → 01:02:19.36] B: Nie wiem, nie wiem czy to ma wpływ. [01:02:19.46 → 01:02:20.66] A: Czy pan się czuje trochę przeformatowany? [01:02:20.66 → 01:09:29.36] B: Oczywiście na pewno, są zmiany w mózgu, że tak powiem, oczywiście. Coś tam się dzieje. Dam inny przykład, nie wiem czy on jest dobry tutaj. że tak, że piszący był kiedyś bardziej władcą dyskursu w takim mianowicie sensie, że zbierał pewne rzeczy, fakty, które były słabo dostępne dla innych i z tego tworzył książkę, opowieść. A teraz widzę książki, które są no rzeczywiście fantastycznie poinformowane, tak, jest tam taki, taka kwerenda dokonana ewidentnie i one już nie robią wrażenia, no bo to jest łatwa kwerenda. To już nie jest takie myszkowanie po bibliotece, po archiwach, jeżdżenie z jednego miasta do drugiego, tylko to jest kwerenda właśnie internetowa i ona jest łatwa i jest taka łatwość nasycenia książek informacjami, która kiedyś była magiczna, nawet Uze Barda, którego tutaj mam, a dzisiaj przestaje być magiczna. Więc coś tam się będzie, będzie się jakoś to oczywiście toczyło, dalej przesuwało. To, to, to jest okej. To jest, to jest cena, którą, cena, bo to są, no to są zmiany, które, które muszą nastać. Tak, tak ma być. No to, tak ma być. Ja coraz bardziej jestem jakby z tym pogodzony. Oczywiście powtórzę to, co mówiłem 10 lat, 10 lat, 10 dni temu w Lublinie, że rozmawiałem z moim przyjacielem w moim wieku niedawno. Patrzyliśmy na jego dwóch synów. 13-letni, 20-letni młodzieńcy. I on tak na nich patrzy i wzdycha, i mówi, wiesz, kiedy, kiedy byłem mały, miałem takie marzenie. Ja mówię, jakie? A on mówi, żeby zamieszkać w Kiosku Ruchu, żeby mieszkać w Kiosku Ruchu, bo tam jest wszystko, będę miał wszystko, te wszystkie gazety, to wtedy niedostępne lata tam 60., nie będę miał te wszystkie gazety. kolorowe. Ten cały świat, o którym tak marzyłem, będę miał pod ręką. Będę sobie siedział, czytał wszystko. Takie miałem marzenie, mówi, kiedy byłem chłopcem. Kioski ruchu były taką świątynią. Stało się tam, żeby wyżebrać przekrój na przykład. No i się patrzyło na te kolorowe, później na te coraz bardziej kolorowe pisma, że tam wszystko jest w jednym miejscu. I patrzę na tych swoich synów i mówię, oni teraz żyją w kiosku ruchu, już żyją i oni o tym nie marzą, bo mają wszystko pod ręką w każdej sekundzie. Więc tutaj przestrzeń marzeń się oczywiście zmienia, musi się zmienić. Będą inne przestrzenie marzeń. Ja się już na to mniej się załapuję. Oczywiście siedzę w internecie jak każdy, ale mniej się na to załapuję, jak to się mówi. To znaczy, nie mam Facebooka, nie, nie, to już dawno o tym mówiłem, do znudzenia po trzymaniu nickel. Nie lubię widzieć siebie na YouTubie na przykład. W zasadzie zakazuję, jak się da, ale się nie da, żeby mnie ktoś nagrywał i puszczał na YouTubie i tak dalej, i tak dalej. Bo też się zmieniło, zmienił się nasz jakby sposób zostawiania śladów, o czym żeśmy jeszcze w kurłach rozmawiali. U Joyce'a jest ten piękny opis, jak to wszystko śnieg zasypuje. I te ślady wszystkie zasypuje. A teraz już oczywiście ślady są wszędzie. Wszędzie zostawiamy ślady, a jak nie my zostawimy, no to za nas zostawią w internecie, że nas widzieli albo to, albo tam. Tutaj mogę Państwu opowiedzieć jako taki rodzaj kontrapunktu innej postawy, jeszcze takiej staroświeckiej, właśnie to co wiąże się z nazwiskiem Kundery. To jest facet z tej chwili 82-letni już. Państwo wiedzą ten czeski pisarz, który pyta, bo byłem niedawno świadkiem w księgarni w Warszawie, jak ktoś wchodzi i pyta się, czy jest Milan Kandela, jakaś książka. I to jest taka postawa absolutnie anty, właśnie bym powiedział, antyśladowa. Kiedyś, kiedyś mnie to tak nawet zdziwiło, że jak tam płaci, płaci za obiad, no to nigdy nie płaci kartą. A to już było wiele lat temu. Ja się pytam, dlaczego? Mówi, żeby, żeby nie, żeby nie zostawiać śladów, żeby nie zostawiać śladów. Więc to jest takie no niemalże obsesyjne. Ale też na czym to, na czym polega to nie, to nie zostawianie śladów. Już nie mówię, że żadnych wywiadów. o 30 lat, żadnych zdjęć, żadnego pokazywania się w telewizji, żadnych jakby możliwości, na ile się da, uchwycenia go gdzieś w życiu, żeby to potem o tym opowiedzieć w internecie, na Facebooku czy gdzieś. To jest jakby minimalizuj. Ale też coś innego. Mianowicie, jego ja to są jego książki. To jest tylko to, co wyszło drukiem i nic więcej. Nie ma innego ja. Nawet artykuły, które tam wyszły w gazecie, a które się nie dostały do książki, to nie jest on. On to jest tych parę książek, które pozwoli wydrukować. To jest jego ja. Jego jedyne ja. I to jest oczywiście ja artysty, który podpisuje tylko to, co uważa za godne swego nazwiska. Nic więcej. To jest taka postawa skrajna na swój sposób. To oczywiście taka postawa już jest anachroniczna po pierwsze, a po drugie to pewnie ostatni mohikanin, który tak jeszcze woła. [01:09:32.34 → 01:09:42.86] A: To znaczy nie woła. Sebalda wybrał Pan także na dzisiejszy wieczór. Dwa zdania wprowadzenia, zanim poprosimy o fragment. [01:09:46.14 → 01:10:51.64] B: Wybrałem z różnych powodów, też tylko fragment, bo fragment pierwszego jego eseju z pierścieni Saturna. To takie znane nazwisko, znane nazwisko w ostatni, ostatniego ćwierćwiecza. Mogę powiedzieć, że seista, ale właśnie w tym problem, że to nie wiadomo, kto to jest i to mi się podoba. I o tym może powiem troszeczkę później. Niemiecki pisarz, który, który mieszkał w Anglii, który zginął w wypadku samochodowym kilka lat temu i którego taka sława rośnie, Ja go lubię z kilku względów i to może wyjaśnię po tej lekturze. To będzie fragment 40-stronicowego tekstu, a mamy czas na trzy pierwsze stroniczki. W [01:10:54.52 → 01:18:26.86] C: sierpniu 1992 roku Kiedy psie dni zbliżały się do końca, wyruszyłem w pierwszą podróż przez wschodnioangielskie hrabstwo Suffolk, w nadziei, że zdołam wymknąć się pustce rozprzestrzeniającej się we mnie po ukończeniu pewnej większej pracy. Ta nadzieja zresztą spełniła się poniekąd, bo rzadko czułem się tak nieskrępowany jak wtedy, dzień po dniu wędrując godzinami przez skąpo tylko zasiedlone nadmorskie okolice. Z drugiej strony jednak wydaje mi się teraz jak gdyby stary przesąd, że określone choroby duszy i ciała lubią lęgnąć się w nas właśnie pod znakiem psiej gwiazdy nie był całkiem bezzasadny. Tak czy owak w czasie jaki nastąpił później zaprzątało mnie zarówno wspomnienie pięknej swobody, jak i paraliżującej zgrozy, jakiej doznawałem niekiedy na widok śladów zniszczenia, sięgających nawet w tej ustronnej okolicy głęboko w przeszłość. Może więc dlatego dokładnie w rok po rozpoczęciu podróży zdarzyło się, że w stanie niemal kompletnego bezwładu zostałem zawieziony do szpitala Norwich, stolicy hrabstwa, gdzie potem przynajmniej W myślach przystąpiłem do spisywania poniższych stronic. Przypominam sobie jeszcze dobrze, jak to zaraz po przybyciu do szpitala w pokoju na ósmym piętrze poraziła mnie wizja, że przewędrowane poprzedniego lata wsafolkorozległe obszary zbiegły się ostatecznie w jeden ślepy i głuchy punkt. Faktycznie z mojego łóżka nie widać było ze świata nic, prócz bezbarwnego kawałka nieba w ramie okna. Nawiedzające mnie już kilkakrotnie za dnia pragnienie, by wyjrzeć przez dziwacznie osłonięte czarną siatką okno szpitalne i upewnić się co do, jak się obawiałem, na zawsze zanikłej rzeczywistości, stało się w porze zmierzchu tak silne, że kiedy już jakimś sposobem, potroszę na brzuchu, potroszę bokiem, udało mi się zsunąć przez krawędź łóżka na podłogę i doczołgać do ściany, to pomimo towarzyszącego temu bólu dźwignąłem się na nogi, przytrzymując się mozolnie parapetu. W kurczowej pozycji istoty, która po raz pierwszy podniosła się z równej ziemi, stałem potem oparty o szybę i mimo woli przyszła mi na myśl scena, kiedy biedny Gregor drżącymi nóżkami wczepiony w oparcie krzesła wygląda ze swego gabinetu z niejasnym, jak czytamy, wspomnieniem, że patrzenie przez okno zawsze działało na niego wyzwalająco. I jak Gregor zmętniałymi oczyma nie rozpoznawał już cichej Charlottenstrasse, przy której od lat mieszkał z rodziną i uważał ją teraz za szare pustkowie, tak też i mnie, dobrze znane miasto ciągnące się od bram szpitala aż po horyzont wydawało się kompletnie obce. Nie mogłem sobie wyobrazić, by tam na dole, wśród bezładnie zazębiających się murów, coś się jeszcze poruszało. I byłem przekonany, że spoglądam z wysokiej skały na kamienne morze albo żwirowisko, z którego niczym kolosalne głazy narzutowe sterczą posępne bloki wielokondygnacyjnych parkingów. W przechodniu w o tej bladej godzinie zmierzchów W pobliżu prawie nie było. Z wyjątkiem pielęgniarki, która mijała akurat żałosny skwerek przed podjazdem, spiesząc na nocny dyżur. Ambulans z niebieskim sygnalizatorem na dachu zmierzał w zwolnionym tempie, biorąc zakręty z centrum miasta do stacji pogotowia. Dźwięk syreny do mnie nie docierał. Tu, na wysokości, na jakiej się znajdowałem, otaczała mnie niemal całkowita jakby, jak gdyby sztuczna cisza. Słychać było jedynie podmuch powietrza niosący się górą i napierający od zewnątrz na okno. A kiedy i ten odgłos urwał się, już tylko niestety całkiem niemilknący szum we własnych uszach. Dziś, zabierając się do przepisywania na czysto swoich notatek, ponad rok od zwolnienia ze szpitala, nie mogę powstrzymać się od myśli, że wtedy, gdy patrzyłem z ósmego piętra na pogrążające się w zmierzchu miasto, w wąskim domu przy Pottersfield Road żył jeszcze Michael Parkinson, zajęty prawdopodobnie, jak zwykle, przygotowywaniem seminarium albo pochłaniającą go od wielu lat pracą o ramuzie. Michael miał pod pięćdziesiątkę, był kawalerem i, jak sądzę, jednym z najbardziej niewinnych ludzi, jakich spotkałem. Nic nie było mu tak obce, jak własna korzyść. Nic nie leżało mu tak na sercu, jak spełnianie swego obowiązku coraz trudniejsze przy panujących od jakiegoś czasu stosunkach. Ale przede wszystkim odznaczał się niemal ekscentrycznym jak uważali niektórzy, brakiem potrzeb. W czasach, gdy większość ludzi w trosce o samo zachowanie musi nieustannie coś kupować, Michael praktycznie nigdy nie wybierał się na zakupy. Latami, odkąd go znałem, nosił na zmianę granatową albo rdzawą marynarkę, a kiedy rękawy się przetarły albo wyświeciły na łokciach, sam chwytał za igłę i nitkę i naszywał skórzaną łatę. Podobno nicował nawet kołnierzyki przy koszulach. W czasie letnich ferii Michael regularnie odbywał długie, związane ze studiami nad Ramuzem, piesze wędrówki po Valais i Vaud albo też po Jórze i Sevanach. Często, kiedy wracał z takiej podróży albo kiedy podziwiałem powagę, z jaką zawsze wykonywał swoją pracę, wydawało mi się, że Michael na swój sposób znalazł szczęście w jakimś dziś wprost niewyobrażalnym rodzaju skromności. I nagle w maju zeszłego roku przyszła wiadomość, że Majkela, którego od kilku dni nikt nie widział, znaleziono martwego w jego własnym łóżku. Leżał na boku całkiem już sztywny i z twarzą dziwnie upstrzoną czerwonymi plamami. Śledztwo wykazało, that he had died of unknown causes. Do której to opinii dorzuciłem od siebie in the dark and deep part of the night. [01:18:31.64 → 01:21:16.25] B: Tak tam te słowa po angielsku to Szybko przełożę na wszelki wypadek. Krzysztof wykazało, że umarł z nieznanych przyczyn, do której tę opinię dorzuciłem od siebie w ciemnej i głębokiej części nocy. Tak, bo chciałem ze Barda, właściwie wszystko jedno, co ze Barda, niejako, żeby... wspomnieć o pisarzu, który jest bezgatunkowy, bo to mnie jakoś interesuje i to jest, przy zachowaniu wszelkich proporcji, to jest naprawdę wybitny pisarz, co jest też moją przypadłością niejako, o której chętnie bym opowiadał, ale to chyba dzisiaj nie jest naszym tematem. Kimś to nie pisze ani eseju, ani powieści, ani opowiadania jednocześnie, a wszystko naraz, tak i nie. Wszystkie gatunki tutaj są i się znoszą jednocześnie. To po pierwsze. To mnie interesuje w pisaniu. To znaczy takie połączenie właśnie opowieści eseistycznej z jakimiś elementami fabuły fabularnej. Próbowałem to sam robić. Po drugie, Jest to taki rodzaj wykwintności, chociaż to jest złe słowo, bo to jest słowo troszkę negatywnie nacechowane, jest taki rodzaj elegancji i powiedział literackie kinderstuby, która jest porywająca, może akurat nie w każdym zdaniu, niekoniecznie w tym całym fragmencie, ale w całości za bardzo. i w której jest coś takiego, bym powiedział, spokojnie pięknego. Dla mnie pojęcie piękna w literaturze jest bardzo istotne. Czym zapewne wywołabym wściekłość u niejednego z nas. [01:21:18.78 → 01:21:20.30] A: Więc Pan tak na mnie nie patrzy. [01:21:22.52 → 01:23:59.43] B: To po drugie. Po trzecie, jest to taka opowieść, jak Państwo zauważyli, włóczykijska, że ktoś przypomina sobie jak chodził i jest taki rodzaj wagabunstwa, bez żadnej, bez żadnego przymusu. z taką, prowadzonego takiego, takiej włóczęgi literackiej prowadzonej w takim doznaniu, sobie wyobrażam jak to pisał Wolności, która go prowadzi trochę kapryśnie to tu, to tam, bez pytania się o jakieś, o jakieś nadrzędne przesłanie i tak dalej. To mi się, to mi się też bardzo podoba. Po czwarte Pojawia się tutaj też w samym zakończeniu ta postać dziwna. Musiałam urwać cytat. Tam dalej jest opowiedziana Michaela Parkinsona, który mi bardzo przypomina bohatera jednego ze świetniejszych utworów w literaturze światowej, w nowelistyce światowej, Bartlebiego z opowiadania Merville'a pod tym właśnie tytułem, czyli takiego człowieka, który podobnie jak Michael Parkinson nie ma żadnych potrzeb i który żyje w jakimś takim niezwykłym odosobnieniu kwitowanym na zewnątrz jednym zdaniem, jeśli państwo pamiętają, wolałby mnie. Cokolwiek się do niego powie, zwróci się z jakikolwiek pytaniem, czy propozycją on odpowiadał, wolałby mnie. I ta postać tutaj przez Rybarda przywołana mnie, mnie interesuje. Poprzez taki gest w zasadzie, nawet nie odmowy, tylko zawieszenia, zawieszenia odpowiedzi. Ani tak, ani nie. Wolałbym nie. To jest ten trzeci stan nieokreśloności, który mnie w ogóle w istnieniu bardzo interesuje, ale o tym nie chcę już coraz dłużej opowiadać. No to może, to może z takich względów podstawowych bym powiedział. [01:24:01.18 → 01:24:42.94] A: Oto piękno, o wzruszenie, najważniejsze w literaturze, o melancholię, o winę tu. Co tylko chcą Państwo teraz zapytać Marka Bieńczyka, to to jest ten właśnie moment. Na sali jest mikrofon, bardzo prosilibyśmy, żeby dali Państwo znak i mikrofon powędruje w Państwa stronę. Bardzo proszę. Chciałam Pana spytać, czy Pan kocha życie? Czy Pan kocha piękno? Czy Pan kocha zawód swój? [01:24:49.44 → 01:27:55.79] B: Jak w wyborach w czterdziestym siódmym trzy razy tak. Ale to musiałabym, chyba muszę coś dopowiedzieć, bo niestety, jak już wspomniałem, mówię niestety, to nie jest, w ogóle nigdy nie myślałem o tym, że to jest zawód. Ale no to się stało zawodem, bo nie mam innej źródeł utrzymania. Więc mogę powiedzieć, wie Pani, czy się kocha Nie wiem, bo kocha się i go nienawidzi jednocześnie. To jest przeznaczenie niewątpliwie, bo tak się w życiu ułożyło. To znaczy, kiedy miałem tam 7-8 lat, no pisałem, tak? Od tego, coś tam pisałem. Jakąś powieść napisałem, jak miałem 8 lat. Więc coś tam było w przeznaczeniu, Niewątpliwie takiego, co mnie... Nie mówię tego w sposób mistyczny przeznaczenie, tylko taki troszkę metaforyczny. Tak się życie ułożyło, więc lubię to i oczywiście mnie to gryzie, no bo pisanie jest... Pisanie dla mnie. Może są inni literaci, na pewno są inni. Tacy rzemieślnicy, co od siódmej do pierwszej leci. I potem Kapufti o piątej. i pogawędka z sąsiadem nad piwem, czy jak, czy, czy cokolwiek. Więc są tacy, widziałem nawet szczęśliwych pisarzy, mógłbym powiedzieć, ale większość tych, co widziałem, to raczej się miota, tak? No, miota się. Przede wszystkim się miota między, w sobie, między, między niepewnością a, między niepewnością a, Nawet nie z satysfakcją, ale z akceptacją się. I to jest taki ciągły ruch. Ale oczywiście nic innego nie mam do roboty, gdybym... Są takie projekcje, pewnie każdy piszący ją ma, że przestajemy pisać. Zaczynamy i coś innego, zaczynamy i coś innego. Żyć zaczynamy, nie? No to wstaję i co mam robić? Co mam robić? Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Coś innego. Pytała się Pani, czy kocham życie i czy kocham ludzi. Z ludźmi mam... Nie, piękno, piękno. O ludzi Pani nie pytała. Z ludźmi najłatwiej, bo dosyć, bym powiedział, Jest dosyć mało konfliktowy i lubię ludzi w zasadzie. Mogę powiedzieć szczerze, lubię ludzi. No tak, to pani jest bardzo sprytną interlokutorką. [01:27:59.19 → 01:28:13.41] A: To jak to jest z tym pięknem? Odpowiadając na Pani pytanie. [01:28:14.99 → 01:29:07.72] B: Myślę, że to jest pewnie to, co jest najbardziej dotkliwe i najlepsze, co nas może spotkać. To znaczy, Myślę, że jednak życie jest dosyć ciężkim doświadczeniem. Tak, ja patrzę na to jako na dosyć ciężkie doświadczenie i z różnych powodów, nawet nieosobistych, że tak powiem, takich ściśle własnych, że ja z siebie tak na to patrzę, ale z różnych jakby, że tak powiem, informacji jakie mam o życiu z zewnątrz. I wydaje mi się, że piękno jest taką jedną z... A piękno jest zawsze ulotne i zawsze dotkliwe. [01:29:11.06 → 01:29:18.68] A: Sławo Panią słyszymy, może posłuchajmy przez moment [01:29:18.68 → 01:30:21.96] B: jeszcze Pana... Wypowie tą swoją koncepcję piękna, że jest dotkliwe i że jest chwilowe, ale jest gratyfikacją, taką być może jedyną, którą którą naprawdę otrzymujemy. I myślę, że piękno w jakimś tam mierze, w jakiejś mierze jest, wiąże się też z doświadczeniem międzyludzkim, tak? Takim właśnie, ja często powtarzam do takiego, powtarzam w swoich książkach takie pojęcie idyry, które jest dla mnie takie bliskie. Czyli idyra to jest takie właśnie piękne, czyste spotkanie, które bardzo krótko trwa, ale trwa. Ale dotkliwe jest też, też jest dotkliwe, bo na przykład... No bo jest podszyto oczywiście tą swoją przemijalnością. Często patrzę na stare twarze, tak się życiowo żyło. Na bardzo stare twarze, bardzo starych ludzi. [01:30:23.42 → 01:30:28.30] A: Ja właśnie tak, że kocham, twarzy starych ludzi. [01:30:29.12 → 01:30:50.76] B: I w tych twarzach czasami widać, no w tych twarzach odchodzących, widać czasami coś, co jest z innego świata, z innego wieku, ich wieku, z wieku, który już nie jest ich wiekiem. Uśmiech młodej dziewczyny w twarzy staruszki jest czymś dla mnie niebywale takim poruszającym. [01:30:51.14 → 01:31:56.24] A: W ogóle uśmiech jest potrzebny na co dzień. Dobre słowo jest potrzebne na co dzień. Spotykam się z ludźmi takimi, którzy omijają, ale też to są ludzie i jednak ten uśmiech, to serce trzeba im okazywać. I wtedy jest człowiek pełni, zadowolony z życia. Także trzeba znać życie, trzeba kochać życie, trzeba kochać ludzi, pomagać w miarę potrzeb. Tak mnie wychowali w domu. Bardzo Pani dziękujemy. Widzi Pan, ja chciałam, żeby Pan nam mówił jak żyć. A tu proszę bardzo, spotkanie z pisarzem i Pan też może się o paru rzeczach ważnych w tej sprawie dowiedzieć. A chciałabym na moment przejść z bieguna starości do młodości. I zapytacie o książkę dla dzieci. Jakże się ona pojawiła? Czy będą następne? [01:31:57.90 → 01:33:07.43] B: Powinny być, bo mam dług straszny, który wynosi około 600 tysięcy. Ale nie złotych, tylko opowieści. 600 tysięcy opowieści dla dzieci do napisania. Więc na razie spłaciłem jedną 600 tysięczną. Sprawa jest trochę prywatna, ale powiem. Mam w domu osobę, która jest bardzo poważną osobą wiekową, niewiele młodszą ode mnie, która lubi bajki i opowieści. Kiedy poznawałem tę osobę, to ją czarowałem bajkami. Trochę jak szeherezada arybuch, czyli męska szeherezada. Bajeczkami o zwierzątach. Nie potrafię tego słowa wypowiedzieć, bo osoba mówi zwierzątek, bo nie jest Polką. A nie zwierzątko, tylko mówi zwierzątek. [01:33:08.27 → 01:33:10.57] A: O zwierzątkach. [01:33:11.31 → 01:33:51.98] B: Tak. Bardzo mi się to słowo podoba, nie poprawiam. Więc opowiadałem. A potem trochę przestałem, jak Państwo wiedzą, jak to w życiu było. I się zadłużyłem i jedną napisałem. Nie wiem, czy to jest dla dzieci, czy to jest dla dorosłych, czy to jest dla nikogo i już. Nie, to jakoś nowych, jakoś chyba musiałam, nie wiem, może, może, może tak, Napisałem jeszcze jedną, ale w tej chwili może się ukaże. Dwie sześćset tysięcy. [01:33:53.46 → 01:34:03.50] A: Jest jeszcze parę takich przestrzeni, gdzie Nussi by się też odnalazł, myślę, ze swoimi poglądami i pomysłami na życie. A gdzie ta druga opowieść się toczy? [01:34:04.50 → 01:34:12.74] B: W cukierni. Bo tam rozmawia wielki książę z kaktusicą o tym, czym jest szczęście. [01:34:15.11 → 01:34:20.01] A: Czyli najmłodsi dowiedzą się, jak żyć i co to jest szczęście. [01:34:20.21 → 01:34:28.73] B: Według kaktusicy, która jest młodsza od wielkiego księcia, szczęście polega na tym, żeby jeszcze jedno ciastko zjeść, a wielki książę ma wątpliwości. [01:34:30.37 → 01:35:10.40] A: Słucham Państwa. Bardzo proszę, tylko poprosimy o chwilę cierpliwości, zanim mikrofon do Pani nie dojdzie. Chyba się nam wydawało. Czekając na Państwa kolejne pytanie zapytam, czy Pan często sięga po raz kolejny do książek, które zrobiły wrażenie ogromne, takich sprzed lat? Czy to są książki, które stoją gdzieś blisko, które trzeba mieć w pobliżu, czy też raczej nie? One były już swoje i osiągnęły. [01:35:11.17 → 01:37:12.53] B: Nie dlatego, po prostu za dużo książek przychodzi kolejnych i nie daję rady, nie daję rady czytać wszystkiego. Mam, znaczy czasami tak, tak jak wracam do Chandlera czasami, nawet dwie, dwie, trzy stroniczki. Czasami po dwie, trzy stroniczki właśnie z Pani Bowar i czasami Dosłownie po jednej stronie z Hemingway'a, muszę powiedzieć. O Hemingway'u pisałem maturę. Teraz wróciłem, ktoś mnie poprosił na chwilę do Szurca, do Brunona Szurca. I to jest bardzo dziwne, i to była bardzo dziwna lektura. Ale to nie jest tak, że tutaj stoi taki ołtarzyk i czasami coś się przypomina i tak nagle wyskakuje. Najważniejsze są i tak pierwsze książki jednak. Pierwsze książki w życiu są najważniejsze, chyba, tak mi się wydaje. Ja byłem, byłem, widzi Pani, byłem ogromnie, ogromnie wiernym czytelnikiem Ani z Zielonego Wzgórza. I nawet nie jednego tomu, ale wszystkich pięciu. I znałem to na pamięć. Jako dziesięcioletni chłopak, trochę, nie? Chłopak, który czyta Ani z Zielonego Wzgórza, pięć tomów, nie? To mnie, to mnie jakoś w dziwny sposób fascynowało. Taki rodzaj jakby realizmu. Wolałem to szczerze mówiąc trochę się wstydzę, ale wolałem to niż Kubusia Puchatka. Słucham [01:37:15.15 → 01:37:35.87] A: Państwa. Bardzo Pan zmęczony? Nie pytam o dzisiejsze spotkanie, pytam w ogóle o czas taki, za którym z tego, o czym Pan mówił, z tego wynika z Pan nie przepadam, czyli wywiady, spotkania? [01:37:36.29 → 01:38:34.23] B: Nie, tak strasznie dużo. Poza tym, wiadomo, że sława jest lepsza, jak mówi Roberto Benigni w ostatnim filmie UDiN-a. Już się niepokoję, już nie dzwonią. Nie, to spokojnie. Wojtek, mówiłem Panie, Wojtek Kuczok, czyli laureat, Nikę był u mnie w piątek. Państwo pamiętają, Wojtek Kuczok dostał Nikę kilka lat temu za Gnój. No to jemu Nikę kompletnie zmieniła życie, trzeba powiedzieć. Ale on sprzedał 120 tysięcy, 150 tysięcy egzemplarzy powieści Gnój. To jest bardzo dużo. Prawa do filmu i tak dalej. Więc jemu zmieniło życie, znaczy on zaczął inaczej żyć po nik, a ja podobnie właściwie. Jestem w Lublinie drugi raz, to bardzo jest miłe. [01:38:37.23 → 01:39:10.17] A: Pan zmienia nas, czytelników, dostarczając tego wzruszenia, które w literaturze najważniejsze. Marek Pieńczyk, nasz dzisiejszy gość. Jeśli nie mają Państwo pytań, albo mają ochotę na pytanie nieco bardziej intymne, to będzie jeszcze ewentualnie ten moment, chwilę po dzisiejszym spotkaniu. Pewnie znajdą się jakieś książki, jeśli Pan zechce poświęcić chwilę na podpisywanie. Bardzo dziękuję za to spotkanie. [01:39:10.23 → 01:39:12.09] B: Dziękuję bardzo Państwu. Dziękuję Pani. [01:39:12.23 → 01:39:18.19] A: To była bitwa o literaturę. Od wyraz spokojna. Dziękuję.
Bitwa o literaturę. Czy literatura ma sens?
Czy nie jest przypadkiem już sztuką schodzącą ze sceny i niebawem umrze śmiercią naturalną, ze starości? Po co nam literatura skoro nie niesie ze sobą żadnych praktycznych korzyści z jej czytania, jest zwykłą fanaberią. Po co pisanie, skoro lepiej jest zostać celebrytą lub politykiem? Czy dzisiejsi debiutanci są ostatnim pokoleniem, które uprawia literaturę? Bo przyszłe pokolenia wybiorą inny model ekspresji swojej osobowości? Poza tym kino opowiada lepiej historie niż literatura, a w dodatku zajmuje mniej czasu. A czas jest dziś najważniejszą wartością. Krzysztof Varga, kurator programu literackiego w Teatrze Starym