Tryb wiązania: soft

Pokazujemy wszystkie trafienia.

[pokaż transkrypt] [ukryj transkrypt]
[00:01.72 → 02:48.93] A: Panie, panowie, dobry wieczór. Witam państwa bardzo serdecznie podczas wtorkowego spotkania z cyklu Bitwa o kulturę. Kto tu rządzi? Tak zatytułowaliśmy sobie ten dzisiejszy wieczór. Do bitwy nie dojdzie, ustaliliśmy to z naszym gościem. Atmosfera będzie łagodna i przyjemna. Tak postanowiliśmy, tak się stanie. Żeby jeszcze tę łagodność Podkreślić. Wrócę na chwilę, jeśli państwo pozwolą, do swojego dzieciństwa, bo u nas w domu rządziła babcia. Zwłaszcza w kuchni oczywiście rządziła babcia. Kiedy gotowała, to słuchała radia. Najchętniej muzyki poważnej. Nie wiem, kto prowadził wtedy orkiestrę, ale że babcia gotowała jak bogini, to pewne i to znakomicie pamiętam. Nie jest wykluczone, że z tego właśnie powodu, iż słuchała wtedy muzyki. Słuchała do momentu, aż popsuło się radio. To były jeszcze czasy, w których radia były lampowe. Przyszedł do kuchni dziadek, odkręcił tylną ściankę. Babcia stanęła nad nim, spojrzała na te wszystkie śrubki, lampki i druciki i powiedziała, matko kochana, że też ktoś się na tym wszystkim wyznaje. Dziadek zreperował, muzyka znowu popłynęła z radioodbiornika, babcia wróciła do gotowania, ale zanim wróciła, kilka razy spojrzała na dziadka z tak ogromnym podziwem, że ten wzrok pamiętam do dzisiejszego dnia. Zapewniam Państwa, że z jeszcze większym podziwem spoglądam w stronę tych, którzy nie tylko na śrubkach, drucikach i lampkach znają się znakomicie, ale na jeszcze większej tajemnicy. Bo tamte przedmioty z tyłu radia miały przynajmniej jakieś przeznaczenie. A kreseczki i kropeczki? Też to prawdziwa tajemnica. Jakże ten świat symboli na papierze przełożyć na dźwięk, który odgrywać może, jeśli tylko zechcemy w naszym życiu tak ogromną rolę. Zapraszam Państwa na spotkanie z magikiem, czarodziejem, z dyrygentem, Sławek Adam Wróblewski. Tu jest mikrofon dla pana, niepodobny do batuty, zupełnie niepodobny, ale proszę spróbować się z nim zaprzyjaźnić.
[02:49.05 → 03:09.09] B: Dobry wieczór Państwu. To faktycznie dla mnie nowe doświadczenie trzymać w ręku Mam nadzieję, że będę pamiętać, że nie mogę się kręcić, a jak się kręcić, to razem z mikrofonem. Ale mam nadzieję, że tutaj wspaniała prowadząca pani Grażyna będzie mi pilnować i dyscyplinować, jak będę coś psuć.
[03:09.51 → 03:39.65] A: Nie jestem pewna, czy uda mi się to dzisiaj zrobić, panie Sławku, z tego prostego powodu, że to pan poprowadzi dzisiejszy wieczór. Myślę, że trudno jest panu wychodzić z roli. Ale zacznijmy od tego, jak w tę rolę się w ogóle wchodzi. Czy pan, dziecięciem będąc, skoro ja zaczęłam od swojego, już wykazywał takie zdolności przywódcze? Czy to się gdzieś zarysowywało, ta dyrygentura?
[03:40.75 → 06:36.66] B: Ja myślę, że trzeba powiedzieć, że dyrygent W pewnym sensie mówią o nim, że to jest przywódca, ale ja już po tylu latach pracy myślę, że to jest przede wszystkim odpowiedzialność. A przywództwo, tak, to jest na tej zasadzie, jak wielcy, charyzmatyczni przywódcy jakichś korporacji tworzą taką sytuację, że ludzie chcą za nimi iść. Ale to musi być w ten sposób właśnie zorganizowane, że nie na zasadzie przymusu, tylko na zasadzie dobrej woli, bo przecież ja to już dokładnie wiem i swoim studentom to powtarzam, że od tego, żeby muzyka na scenie, na estradzie Filharmonii popłynęła, oczywiście dyrygent rozpoczyna, ale czy wszyscy razem skończą, to już jest dobra wola muzyków. I trzeba stworzyć, więc tutaj jeśli ktoś będzie dyktatorem, te czasy minęły. Te czasy minęły wielkich dyrygentów, którzy byli bogami. Teraz myślę, że, a może ja taki jestem, że uważam, że partnerstwo w muzyce, może dlatego, że jestem uczniem też profesora Jerzego Marchwińskiego, kameralisty wspaniałego, który cały czas mówił o tym, że nawet jak dwie osoby się spotykają, to raz jedna prowadzi, raz druga prowadzi, a wtedy, kiedy ta druga prowadzi, to ta pierwsza towarzyszy. No dlatego z dyrygentem to różnie jest, ale pytała pani o moje dzieciństwo, Myślę, że od samego początku byłem jakby zmotywowany, żeby zostać dyrygentem, chociaż jakby nie zawsze o tym głośno mówiłem. Pierwszy raz publicznie to powiedziałem, gdy jako mały, młody pianista kończący szkołę podstawową zostałem zaproszony do TeleEcha. To było naprawdę jedno z piękniejszych audycji w polskiej telewizji prowadzoną przez panią Iranę Dziedzic. Oczywiście wyglądało to jak nasze współczesne talk show, ale tam nie było żadnej możliwości improwizacji. To było wszystko świetnie przygotowane i ja niestety to świetnie przygotowane złamałem, ponieważ było tak, no chłopczyku, no zagrałem coś, no chcesz być pianistą, jak to dla nas wszystkich jest miłe. Ja wtedy, łamiąc wszelki scenariusz, który był przygotowany, który był ćwiczony ze mną, Powiedziałem, nie, pianistą to ja jestem, będę, chcę uczyć się, ale marzę o tym, żeby być dyrygentem. I wtedy konsternacja wielka. Wtedy to po raz pierwszy się okazało, że chcę być dyrygentem. Ale naprawdę przywództwo...
[06:36.66 → 06:38.46] A: Ale co na to dziadek, panie Sławku?
[06:38.92 → 07:58.49] B: Chyba byłby szczęśliwy, niestety już wtedy nie żył. ale on jako kapelnisz orkiestr dętych przedwojennych prowadził najpierw orkiestrę we Wronkach. Tak, to były takie czasy, że więzienia miały swoje orkiestry złożone z pracowników. Niestety nie mogę go już zapytać, czy lepsi więźniowie w ramach resocjalizacji byli proszeni o granie, ale prowadził orkiestrę we Wronkach. a też był kapelmistrzem orkiestry wojskowej w armii Poznań u generała Kutrzeby. I myślę, że byłby bardzo szczęśliwy. Niestety, jak miałem 8 lat, zmarł. I tylko jakby taki początek mojego życia muzycznego jemu zawdzięczam. I myślę, że gdzieś to może miałem w sobie. ten gen czy zainteresowanie. Zresztą do dzisiaj jak słyszę orkiestrę dętą, to gdzieś we mnie jakaś taka wielka tęsknota się budzi i marzy mi się na przykład, że na wydziale, którego jestem dziekanem, żeby była możliwość studiowania specjalizacji w dyrygowaniu orkiestr dętych, bo to jest też bardzo specyficzna i bardzo ciekawa rola dyrygencka.
[07:58.65 → 08:15.35] A: I już sobie nawet wyobraziłam taką sytuację, że w naszym pięknie odnowionym parku w ogrodzie saskim pojawia się taka orkiestra dęta i w każde niedzielne popołudnie daje stosowny koncert. Przyjąłby pan zaproszenie do poprowadzenia takiej orkiestry?
[08:16.19 → 08:45.33] B: Myślę, że tym bardziej, że właśnie mój dziadek, moja babcia urodziły moją mamę w Lublinie. W opowiadaniach słyszałem o pięknie Ogrodu Saskiego, bo moja mama urodziła się na ulicy Głowackiego, więc za Ogrodem Saskim. Myślę, że byłem teraz po remoncie w Ogrodzie Saskim, jestem zachwycony tym miejscem i tam faktycznie brakuje orkiestry dętych.
[08:46.78 → 09:21.99] A: Ale nie zawsze przecież było tak, że dyrygent prowadził orkiestrę. Tak naprawdę to pana zawód, jeden z najpiękniejszych zawodów, jakie można sobie wyobrazić pod wieloma względami, także z tego powodu, że dyrygent... Zresztą do tego dojdziemy. W każdym razie tego zawodu nie było zawsze. Tak naprawdę dyrygent, jakiego znamy dzisiaj, to jest wynalazek, drugiej połowy XIX wieku. To jak semiorkiestra radziła bez dyrygenta i co się takiego musiało wydarzyć, że dyrygent się pojawił?
[09:23.41 → 11:05.13] B: Myślę, że problemem było to, co tak w żartach można powiedzieć, że bez dyrygenta jest przyjemniej, ale z dyrygentem bezpieczniej i różne komplikacje partytur I choćby to, że w ogóle wytworzyła się taka rola muzyka od twórcy, że nie kompozytor siedział przy klawesynie, czy siedział w pierwszym pulpicie skrzypiec i prowadził orkiestrę sam, wiedząc dokładnie, co sam napisał. Przez komplikacje, przez wiele nowych... po prostu przez trudności, które partytury ze sobą niosły, był potrzebny ten, który będzie wprowadzał porządek. Tak pani powiedziała, że taki dyrygent współczesny to faktycznie to jest wynalazek połudrugiej połowy XIX wieku, ale przecież wcześniej byli tacy, którzy wielkim kijem wystukiwali rytm i nawet mówią, że to jest jedyna ofiara wśród dyrygentów, bo zazwyczaj to dyrygenci nieścili wszystkich dookoła, a słynny francuski dyrygent, kompozytor Jean-Baptiste Lully Tak ten rytm wystukiwał o podłogę, że być może nierówno grali, że ze złości trafił w swój wielki palec u nogi i zaczęło się, nie było antybiotyków, zakażenie, gangrena i chyba jedyna znana ofiara, dyrygent, który zmarł podczas wykonywania swojego zawodu za karę chyba, za karę.
[11:05.45 → 11:15.83] A: To w takim razie czasy się wprawdzie zmieniły. Dyrygent, bo w czasach, o których pan opowiada, stał w ogóle przodem do publiczności. Odwrócił się dopiero później.
[11:15.97 → 11:20.65] B: Jak mógł przed suwerenami, przed królami, przed cesarzami stanąć tyłem.
[11:21.47 → 11:35.45] A: No ale to w takim razie to niebezpieczny zawód jest. Wprawdzie dyrygent się już odwrócił, batuta waży zdecydowanie mniej i wywija się nią w powietrzu, ale ma swoje niebezpieczne strony?
[11:37.87 → 13:01.21] B: Czy ma swoje niebezpieczne strony? Ja cały czas pamiętam, jak zacząłem dyrygować po wielu latach grania w trio fortepianowym, moi koledzy, z którymi byłem, Myślałem, że byłem zaprzyjaźniony, powiedzieli, no to teraz się skończyła nasza znajomość, jesteś po drugiej stronie. No i tak się właśnie nauczyłem, że dyrygent często jest sam. Ponieważ ja nie mówię, że musi być w opozycji do całej grupy orkiestry, ale są takie opowieści, jak jeden z dyrygentów wielkich był w konflikcie z połową orkiestry. To dla bezpieczeństwa pokłócił się już ze wszystkimi, żeby wszyscy mieli równe szanse, żeby wszystko było w miarę spokojnie. Zawód dyrygenta jest niebezpieczny. Karajan mówił, że to jest najgorzej słyszalne, a najlepiej płatne miejsce w filharmonii. Znowuż wielki wiolonczelista Mścisław Rostropowicz mówił, że jak grał na wiolonczeli, Ruch smyczka to był jeden dolar, dwa dolary. A jak zaczął dyrygować to było 100 dolarów, 200 dolarów. Nie powiem, że ciągle marzę o tym, żeby tak było w moim przypadku, ale coś jest. Czy to jest niebezpieczny zawód? Nie wiem.
[13:01.51 → 13:46.53] A: Ja bym miała na myśli raczej taki rodzaj niebezpieczeństwa polegający na wiecznym rozpięciu. Kiedy myślę o pana zawodzie, to wydaje mi się, że bezustannie musi się pan poruszać od bieguna do bieguna. No bo z jednej strony pan wprawdzie mówi, że dyktatorstwo to już nie, no ale jakiś rodzaj dyktatorstwa w sobie trzeba jednak mieć, a z drugiej strony ogromną wrażliwość. Już dwa bieguny. Jerzy Waldorf, kiedy pisał opowieści o słynnych dyrygentach, zatytułował to opowieści Anioły i Diabły i coś w tym jest. Nie można być tylko aniołem, ani tylko diabłem, kiedy się ten zawód uprawia. Trzeba raz tak, raz tak.
[13:46.93 → 14:45.90] B: Wielki polski dyrygent Henryk Czyż mówił, że dyrygent powinien mieć skórę z jednej strony tak wrażliwą jak noworodek, a z drugiej strony jak hipopotam, żeby wytrzymać wszystkie nieprzyjemności, które go mogą spotkać. No i ta właśnie ta wrażliwość. Ja wiem o tym, ja powiedziałem, że dyrygent nie jest dyktatorem, ale jest odpowiedzialny za wszystko, więc tutaj zależy od tego, jaką rolę się chce prowadzić w swoim zawodzie. Ja myślę, że to, co ja stosuję od wielu lat, że ja na przykład nauczyłem się do muzyków mówić, że zapraszam ich, żeby coś zagrać. denerwują się, czy w jakimś momencie będą wiedzieli, gdzie mają zacząć grać i gdzie wejść, to ja mówię, zaproszę Państwa. I oni czują się zaproszeni do grania. Może jestem demokratą, ale...
[14:45.90 → 14:47.10] A: A może dobrym psychologiem?
[14:48.36 → 18:23.29] B: Nie wiem. Miałem po prostu świetnych nauczycieli. Profesor Stanisław Wisłocki, który był moim mistrzem i naprawdę To, co jestem muzykiem, dyrygentem, to jemu zawdzięczam. Nauczył mnie szacunku dla muzyków. I to tylko na tym musi polegać, ponieważ skończyły się czasy tak, że w orkiestrach siedzieli muzycy, którzy nie do końca byli wykształceni. Byli jakby przyuczeni do zawodu. Teraz to są naprawdę fachowcy. Zawsze to powtarzam, że tak się wszystkim wydaje, o, przychodzimy na koncert, filharmonia, siedzą muzycy, ale oni co najmniej 16 lat się kształcili. 6 lat szkoły podstawowej muzycznej, 6 lat szkoły średniej, potem, to już jest 12, i plus 5-4 lata studiów wyższych i ciągłe też ćwiczenie, to są bardzo wykształceni ludzie. I teraz jeśli dyrygent staje, ja nie zagram tak dobrze, w ogóle nie zagram na skrzypcach tak jak skrzypek, nie zagram na oboju jak oboista, jestem pianistą z wykształcenia, co bardzo mi pomaga w wielu sytuacjach, ale jednocześnie szanuję tych bardzo dobrze wykształconych muzyków, I wiem o tym, że każdy jest mistrzem w swoim zawodzie. Jeszcze jest jedna rzecz, że ta zbiorowość to jest zbiorowość elementów i teraz najlepszy element albo najgorszy element mówi o poziomie całej grupy. To naprawdę są ludzie, których trzeba szanować. To mnie nauczyło na przykład współpraca z wielkimi wokalistami. Adam Kruszewski, który kiedyś mi radził, jak jechałem do Opery Bałtyckiej, miałem przejąć spektakl Wesele Figara, to powiedział mi wiele tajemnic wokalistów, żebym tutaj na przykład, jak zadam takie pytanie, to na pewno hrabia, czyli pan Leszek Skrla, który miał śpiewać, poczuje respekt przede mną. A jak zadam takie pytanie, to natychmiast będą wiedzieli, że ja pewne rzeczy wiem. I to musi polegać bardziej na autorytecie, na szanowaniu się, bo jak z Adamem Kruszewskim rozmawiam o jakimś fragmencie partytury, to on czasami mnie zawstydza, bo on mówi, aha, to jest to miejsce, w którym oboista gra takie dźwięki, za chwilkę klarnet mu odpowie w ten sposób, a tutaj w kontrabasach są takie nuty. Ja mówię, wokalista, który wie wszystko. I ja zakładam, i dobrze na tym wychodzę, że muzycy również wiedzą, o swoim, co mają zagrać wszystko, ale również o tym, co w tym momencie koledzy grają. Przecież to jest ich dobra wola, że jest razem. Ponieważ oczywiście dyrygent ma wprowadzić porządek, nadaje puls, pokazuje wszystkie wejścia, ale to muzycy, słysząc się nawzajem, ze sobą, mając interakcję, tworzą bardzo dobre wykonanie.
[18:23.75 → 18:30.93] A: Dużo jest rozmów, pan powiedział, rozmawiamy o fragmencie partytury. Dużo jest rozmów przy przygotowywaniu muzyki?
[18:31.37 → 19:35.84] B: Z solistami tak, z solistami tak. Dużo jest rozmów również takich, ja sam ze sobą rozmawiam, bo ponieważ to, jak staję przed orkiestrą, to nie jest początek pracy, tylko to jest, można powiedzieć, koniec pracy. To są po wielu godzinach spędzonych tylko sam ze sobą nad partyturą. Ja mam taki zwyczaj, że w partyturze różnymi kolorami sobie zaznaczam pewne rzeczy. To jest taki warsztat mój, dyrygencki. Ale jak staję przed orkiestrą, to jest oczywiście początek wspólnej naszej pracy, ale muzycy też zakładam, że przejrzeli swoje partie, wiedzą, że za chwilę Są jakieś fragmenty, które mogą ich zaskoczyć, które mogą być dla nich trudne. I to nie może być tak, że pierwsza próba to jest pierwsze spotkanie z utworem. To jest już po wielu godzinach ze strony dyrygenta, to naprawdę wiele, wiele godzin pracy, zastanawiania się nad utworami.
[19:35.98 → 19:47.88] A: Ale jak to jest? Rozmawiam ze sobą, pan powiedział, Panie Sławku, to znaczy... Ale ta rozmowa dotyczy tylko partytury? Czy też na przykład wielu kontekstów, w jakich powstawała?
[19:47.90 → 20:48.41] B: Przede wszystkim kontekstów, bo przecież ja tutaj jak słuchałem, jak pani rozpoczynała to nasze spotkanie, z zazdrością patrzyłem, jak pani potrafi tak ładnie nawiązać i mówi o tych kropkach, liniach. No właśnie, bo te kropki, linie, one są w jakimś kontekście i żeby dobrze je rozpoznać, to między tymi kropkami jest muzyka. Nie w kropkach jest muzyka. Między kropkami. Trzeba mieć świadomość co w tym czasie się działo. w ogólnej historii, w historii sztuki. Przecież to wszystko są naczynia połączone, zwłaszcza im później, im bardziej skomplikowane utwory, tym bardziej. Przecież popatrzmy na twórczość impresjonistów, która wręcz nawet odwołuje się do takiej synestezji sztuk, obraz plus dźwięk. No i jak może dyrygent, nie wiedząc o epoce, dobrze próbować interpretować?
[20:48.93 → 21:12.87] A: Czyli tak naprawdę zdecydowaną większość czasu spędza, no może nie większość, ale bardzo dużo czasu spędza Pan nie tylko słuchając muzyki, nie tylko przygotowując się do koncertów, ale także oglądając obrazy, chodząc do teatru, zwiedzając muzeum, tak? Musi być nakarmiony po prostu dyrygent porządnie.
[21:13.69 → 21:48.19] B: Ja ubolewam nad tym, że ostatnio jest taki zwyczaj, że studenci zaczynają studiować dyrygenturę, będąc zaraz po szkole średniej. Uważam, że to jest bardzo potrzebne być przede wszystkim najpierw świetnym muzykiem, potem w ogóle erudytą. I tak naprawdę studia dyrygenckie powinny być studiami podyplomowymi. dla ludzi, którzy mogą być partnerami dla tych muzyków świetnie wykształconych.
[21:48.57 → 21:54.53] A: To jest właśnie jeden z tych powodów, dla których wydaje mi się, że zawód dyrygenta to jest jeden z najpiękniejszych zawodów.
[21:54.93 → 21:57.45] B: Bardzo dziękuję, że Pani tak uważa. Też tak uważam.
[21:57.75 → 22:24.11] A: Oprócz tego, że niezwykle mnie fascynuje, bardzo imponuje i to jeszcze właśnie im człowiek dość żalszy, tym lepiej. W czasach, w których żyjemy, w czasach kultu młodości i fascynacji tylko tym, co się wydarza w pewnym okresie życia, nagle okazuje się, że jest zawód, który spełnia swoją rolę tak naprawdę im dalej, tym lepiej.
[22:24.90 → 24:00.25] B: Proszę popatrzeć, ile na przykład Karajan nagrał wersji Symfonii Beethovena. Ile jest... różnych interpretacji wynikających, że człowiek po prostu doświadczenie, nabiera doświadczenia i zaczyna inaczej o pewnych sprawach myśleć. Ja się nie będę prześmiał, nie mogę się porównywać z największymi, ale mam już takie chwile, że powtarzam jakiś utwór, który dyrygowałem kilka lat wcześniej i potem wracam do niego i czasami sobie mówię, co ja tu powymyślałem, bo zawsze dyryguję ze swojej partytury. To jest mój obowiązek. Często przyjeżdża się do jakiejś filharmonii, bibliotekarz przynosi partytury, które są dołączone do głosów, z których grają muzycy. Ja zawsze taką partyturę wcześniej oglądam, żeby wiedzieć, Czy numery taktów moje zgadzają się z numerami taktów u muzyków? Czy wersja utworu się zgadza? Bo przecież są symfonie w różnych redakcjach. Biorąc symfonię Brucknera, to są różne utwory, a ta sama symfonia. Ale nie wyobrażam sobie tej sytuacji, że biorę czyjąś partyturę i z czyjejś partytury dyryguję. Muszę mieć swoją. Muszę mieć ze swoimi znakami. A jak po latach wracam do tej partytury, to właśnie w rozmowie ze sobą mówię, coś ty tu powymyślał.
[24:00.39 → 24:30.48] A: Czyli tak naprawdę, jeśli uważnie wsłuchamy się w koncert prowadzony przez dyrygenta i na przykład będzie to koncert zarejestrowany jakiś czas temu, to znakomicie odczytamy, nawet jeśli kompozytor w żaden sposób nie nawiązywał do aktualnej wtedy sytuacji, to znakomicie możemy, mamy szansę na odczytanie tego, jaki to był wtedy świat, co się działo, jaki rodzaj napięć towarzyszył wydarzeniom, tak?
[24:31.12 → 24:33.06] B: Oczywiście, oczywiście.
[24:33.99 → 25:01.71] A: Dobrze, to skupmy się na tej partyturze, na tym, co jest między kropkami i kreskami. Łatwiej jest, kiedy prowadzi pan koncert kompozytora żyjącego i ma okazję porozmawiać z nim na ten temat? Czy też łatwiej jest, kiedy kompozytor nie ma już nic do powiedzenia i można próbować go odczytać?
[25:02.56 → 29:31.98] B: Ja uwielbiam tę sytuację. Bardzo dużo gram muzyki specjalnie nowo pisanej. Często są to utwory pisane, dokonuje prawykonania. To jest fascynujące, jak można pobudzić do życia, bo to jest wielka odpowiedzialność. Utwór, który jest od lat znany, można zadyrygować lepiej, gorzej, ale krzywdy się nie zrobi. A w momencie, kiedy nowa kompozycja jest prawykonanie, bardzo wiele zależy od tego, co będzie dalej się działo z tą kompozycją. Oczywiście były takie przypadki w historii muzyki, że pierwsze wykonania okazywały się wielkimi katastrofami, skandalami, można tu przywołać świętowiosny Strawińskiego, ale na przykład Carmen, pierwsze wykonanie Carmen było bardzo źle przyjęte. Może to wynikało ze złego wykonania, może wynikało z tego, że publiczność była zaskoczona, tą prawdą, która w tej operze i w librecie jest. Ale myślę, że dla mnie kontakt z kompozytorem jest fantastyczny. Często tak jest, że jak wykonuję utwory wielkich, którzy już dawno nie żyją, na przykład jak się pomylę coś, czy zmieniam zdanie, to mówię orkiestrze, w nocy przyśnił mi się i powiedział, że jak tak będę to interpretować, to mi nos odgryzie. No bo przecież warto się przyznać do pomyłki, a jak jest kompozytor, to jest rozkosz, bo Roma locuta causa finita. Kompozytor powiedział święte. On za to bierze odpowiedzialność. Miałem wiele takich przygód z kompozytorami. Piszą kompozytorzy dokładnie określenie tempa. Więc ja, jak widzę określenie tempa, metronom, dokładnie, Ustawiam, dyryguję tak jak napisał. No i raptem słyszę wielki krzyk na próbie, że za wolno, za szybko. Ja mówię, ale mistrzu, przecież jest tak napisane. On mówi, pan jest technokratą. Ja mówię, no ale to trzeba było napisać około, tempo, cirka, a nie dokładnie napisać, zwłaszcza współcześni kompozytorzy teraz piszący na komputerach, Ja od razu widzę, czy to jest dobry kompozytor, czy zły. Na przykład pisze ćwierćnuta 70. Na metronomie mecla, tym takim mechanicznym, który tak ładnie tyka z ciężarkiem przesuwanym, nie ma tempa 70, jest 69, jest 72, 76. I ja wtedy dokładnie wiem, że to jest kompozytor, który przy komputerze siedzi i sobie wymyślił tempo 70 ćwierćnuta, 70 razy będzie w ciągu minuty ma się pojawić. I jak kompozytor jest, można z nim porozmawiać, no to fantastyczna przyjemność. Można coś zmienić jeszcze. A najbardziej lubię takich kompozytorów, którzy W trakcie jeszcze prób coś zmieniają. To też jest bardzo ciekawe, bo przecież oni mają jakieś swoje wyobrażenie tego utworu, ale to wyobrażenie próbują w dość sposób nie do końca precyzyjny tymi tajemniczymi kreskami zapisać. Oczywiście był taki moment w historii muzyki, że prawie każda nuta była opisana. na przykład partytury Szymanowskiego, to jest rozkosz czytać, jak najdrobniejsze elementy interpretacji są po włosku opisane bardzo szczegółowo, różne odmiany zwolnienia, odmiany przyspieszenia. Ale też są takie partytury jak przepiękne partytury Bacha, na których nie ma prawie żadnego określenia, ani znaku dynamicznego, ani akcentu. Tylko wszystko się opierało na tradycji, na mądrości, na wiedzy. No bo jak kompozytor był wykonawcą, to on wiedział najlepiej. Nie musiał wszystkiego opisać. potem zaczynali opisywać, a dlatego ja bardzo lubię rozmawiać z kompozytorami, z tymi nieżyjącymi też, no tak w żartach mówię, bo to warto tak spytać się, a może podpowie.
[29:33.42 → 29:38.54] A: A dostaje pan, że jeśli wolno mi zapytać jakieś sygnały, bo pan w ogóle jest przesądny, prawda?
[29:39.42 → 30:38.68] B: Och, no chyba każdy człowiek, który ma coś związanego ze sztuką, musi być przesądny, ale to w takich najdrobniejszych sprawach. Dzisiaj jadąc do państwa, wróciłem się, bo zapomniałem garnituru. Tak się spieszyłem. Rano jeszcze miałem na uczelni ważne spotkanie. Przyszedłem do domu, szybko się... Byłem już niby spakowany. Wyszedłem z domu i tak mówię, czegoś mi brakuje. Nie ma mojego... takiego nosidełka na marynarkę, spodnie. Wróciłem i już wiedziałem, że coś się wydarzy. Co się zdarzyło? Przed Dęblinem było ograniczenie prędkości 50 na godzinę, ja jechałem 63, 13 kilometrów więcej, ale bardzo miły policjant zatrzymał. Okazało się gorsza rzecz, że od 9 miesięcy nie miałem badania technicznego samochodu zrobionego. Pani się pyta, czy jestem przesądny. To się wszystko sprawdza.
[30:38.78 → 30:42.06] A: Widocznie miał pan jechać wolniej, żeby dojechać.
[30:42.08 → 30:42.74] B: Jechałem wolno.
[30:45.13 → 30:51.31] A: O takie sygnały właśnie pytam od kompozytorów nieżyjących. Czy dostaje Pan czasem pomoce?
[30:51.91 → 31:26.54] B: Nie, to aż tak nie jest, ale bardzo lubię jak można pojechać na grup jakiegoś kompozytora. Teraz przez dwa tygodnie byłem w Moskwie i z wielkim wzruszeniem. Zostałem zawieziony na Nowodziewicze Kławdiście, gdzie są pochowani Prokofiew, Skriabin, Glier, Taniejew. I tak sobie myślałem, że warto w takich miejscach być. Naprawdę, ja nie rozmawiam z nimi tak bezpośrednio, ale lubię wiele o nich wiedzieć.
[31:28.02 → 31:45.57] A: Właśnie, wyjazd do Moskwy. Pan dużo podróżuje, prowadzi pan orkiestry nie tylko w Polsce. Proszę powiedzieć, czy ten rodzaj porozumienia jest różny w zależności od kręgu kulturowego? Czy inaczej należy komunikować się z orkiestrą, mając tę samą partyturę?
[31:46.37 → 32:57.24] B: Oczywiście. To jest taka anegdota. Dyrygent pojechał i próbował prowadzić próbę w Tel Awiwie. No i tam orkiestra strasznie hałaśliwa, bo temperament południowy. Przypomniał sobie, że tak można powiedzieć, że będzie cisza. W tym momencie wstaje koncert i mówi, że panu nie wolno. Czyli dyrygent nie zawsze może uciśnić orkiestrę. Profesor Wisłocki tak mówił do mnie, Jak orkiestra zaczyna grać szybciej, to znaczy, że coś źle zrobiłem i teraz przez chwilę mogę próbować z nimi walczyć, ale pociąg może odjechać. Więc lepiej pojechać z tym pociągiem niż zostać na peronie i doprowadzić do jakiejś katastrofy. Oby to nie było na koncercie, ale na próbie to zawsze można przerwać i najlepiej wtedy powiedzieć, że coś się źle powiedziało, nie zrozumieliśmy się, Dyrygent powinien używać słowa przepraszam, nie za często tylko.
[32:58.96 → 33:11.82] A: Gdzie te opowieści, Pani Sławko, o tych dyrygentach bijących muzyków po głowie, despotycznych, wymagających?
[33:11.94 → 34:11.51] B: Ja takich muzyków, dyrygentów nie widziałem, ale widziałem takiego dyrygenta, Wielki polski dyrygent Jerzy Semkow, nieżyjący już, który jak wchodził do budynku Filharmonii Narodowej, wchodził do budynku, na estradzie zapadała cisza. On nie uciszał muzyków. I to było wspaniałe. Jak jeden z muzyków uważał, że zada jakieś pytanie wielkiemu Jerzemu Semkowowi, to Semkow tak zareagował. Zaraz, ktoś do niego mówi, ale widocznie chce coś powiedzieć. I tak popatrzył się na tego śmiałka. W ogóle orkiestra zamarła z przerażenia. Czym to się skończy? I odpowiedź krótka była Semkowa. On powiedział, powiedziałem. I raptem nikt nie miał już pytań. Wszyscy wiedzieli o co chodzi. No ale to są ci najwięksi. Ale czy ktoś bije muzyków? No nie, no niemożliwe. Ja w to nie wierzę.
[34:11.51 → 34:14.32] A: Nie, nie, to historia. Ja czytałam. Czytałam takie opowieści.
[34:14.34 → 34:20.79] B: A może to jakieś ubarwienia. Tak właśnie robią demonów z dyrygentów. Diabły i anioły, tak, tak.
[34:21.03 → 34:30.41] A: Partyturę lubi pan mieć swoją. Na co z batutą, proszę powiedzieć? Proszę wytłumaczyć nam, co to za tajemniczy przedmiot.
[34:30.95 → 36:05.33] B: To faktycznie jest tajemniczy przedmiot. Jak byłem studentem profesora Wisłockiego, bardzo dużo wtedy jeździłem po świecie jako pianista w trio fortepianowym, miałem taką manię kupowania batut. No i przywoziłem profesorowi, pokazywałem, a to taka batuta. Tutaj właśnie włókno szklane, drzewo różane, perełka włożona. I w pewnym momencie profesor Wisłocki tak mi zadał takie pytanie, które mnie bardzo zambarasowało. Czy ona sama zadyryguje? I oczywiście, no batuta powinna być dobrze do ręki leżeć, dobrze wyważona. żeby trzymała się ręki, tak mówiąc bardzo w prosty sposób. Ale widziałem dyrygentów, np. Krzysiemir Dębski. Kiedyś próbę w Teatrze Wielkim zapomniał swojej batuty, to przypomniał sobie, że przed chwilą jadł obiad w restauracji chińskiej i pałeczkę miał. No i wyjął pałeczkę z restauracji chińskiej i tak samo zadyrygował. Czy Walery Giergiew, który dyryguje taką prawie jak wykałaczką, takim malusieńką batutą. Czy Jerzy Semko, który dyryguje, znowuż batutą, dyrygował długości 500 milimetrów. Oczywiście są sklepy, w których można kupić 450 milimetrów, 400, 380 milimetrów, ale ja zawsze przypominam sobie mojego starego profesora, który mi zadał pytanie, czy ona sama zadyryguje.
[36:05.43 → 36:05.89] C: No właśnie.
[36:06.46 → 36:24.62] A: Nie zadyryguje. Czyli bez niej spokojnie da sobie Pan też radę? A czy to prawda, że można sobie też poradzić prawie bez ruchu? Oddechem, spojrzeniem, gestem głowy? Czy to też mity?
[36:25.58 → 38:58.83] B: Dyrygent dyryguje całym sobą. Nie zapomnę, jako młody dyrygent pojechałem do Akademii Kiciana w Sienie Wielki Jurij Tymirkanow był naszym wykładowcą i bardzo się zdenerwował na nas wszystkich. Tam coś, żeśmy próbowali dyrygować. Pamiętam, że apogeum jego zdenerwowania było przy szóstej symfonii patetycznej Piotra Czajkowskiego i wstał, powiedział dość tego, ja wam pokażę, jak to należy robić. zawsze chodził w takich lustrzankach, okulary. Zdjął okulary, zobaczyliśmy takie przykrwione źrenice, bo on cały czas, jak każdy wielki Rosjanin, lubił na wspomaganiu być. I stanął przed orkiestrą i nie ruszając rękoma, patrząc na orkiestrę, tylko mimiką, oczami poprowadził VI Symfonię Patetyczną Czajkowskiego. I dla mnie to było... kolosalne wrażenie, że można tak... To była orkiestra taka festiwalowa dla studentów z Bułgarii, przyjechali muzycy, to nie była jego orkiestra, bo oczywiście jak ogląda się wspaniałe nagrania Karajana, to widać jak on panuje nad orkiestrą, ale to jest jego orkiestra i wtedy można ze swoją orkiestrą wiele rzeczy ponieważ oni są już przyzwyczajeni do gestów dyrygenta. Ale jak ten wielki Karajan przyjeżdżał do Salzburga i dyrygował austriacką orkiestrą, to już wtedy kończyły się te jego ruchy tutaj na wysokości pasa, w którym on tam, mówią niektórzy, że takie wymiotne ruchy, że on tam coś tutaj ruszał rękoma i orkiestra gra. Tam już były wszystkie dokładne gesty i było wszystko porządnie dyrygowane. Myślałem, że mówię porządnie, no bo to... to moi studenci przychodzą do mnie na zajęcia i mówią, no, panie profesorze, byliśmy na koncercie, no i my w ogóle nie rozumiemy, jak ten dyrygent dyryguje. Ja mówię, no i bardzo dobrze, że nie rozumiecie, bo wy na razie musicie się nauczyć zasad, a potem będziecie od tych zasad odchodzić, bo to na tym polega dojście do mistrzostwa, że najpierw trzeba wiedzieć, jak się robi, a potem można próbować te zmiany wprowadzać. Najgorzej jak się od razu zmiany wprowadza, nic nie potrafiąc.
[38:58.83 → 39:06.99] A: Tak, czyli od ręki na drugim roku studiów próbuje gałkami albo oddechem poprowadzić orkiestrę.
[39:07.07 → 40:29.87] B: Tak a propos oddechu, to jest bardzo ważna sytuacja, ponieważ dyrygent powinien oddychać. Ja tu mówię takie rzeczy, które są oczywiste, Na przykład ja moich studentów, wręcz oni wiedzą, że jak nie wezmą oddechu razem z gestem przygotowawczym, to ja nie zaakceptuję takiego początka dyrygowania. Musi być wzięcie oddechu i dlatego ja jestem pianistą, ja się tego musiałem uczyć, ponieważ pianista nie ma takiej łatwości. My gramy na instrumencie, który wbrew pozorom jest bardzo perkusyjnym. Jest to masa dźwigni, które wreszcie poruszają młoteczek, który uderza o strunę. Ale już skrzypek, żeby zacząć grać, musi zrobić wspaniały zamach smyczkiem. Dęciak musi wziąć oddech. Dlatego każdy dyrygent musi oddychać, powinien oddychać, a wręcz czasami to jest bardzo potrzebne, Przez wiele lat dyrygowałem w Teatrze Wielkim w Warszawie i wokaliści mówili, że bardzo lubią ze mną spektakle, które ja dyryguję, ponieważ czasami nawet nie widząc mnie, słyszą jak oddycham i dzięki temu czują się właśnie bezpieczniej. Bez jest przyjemniej, ale z bezpieczniej.
[40:30.69 → 40:49.39] A: Czyli to jednak nie mity, że gałkami lewego lub prawego oka i oddechem da się poprowadzić orkiestry. Ale to proszę powiedzieć, na czym polega ten tajemniczy rodzaj porozumienia pomiędzy wieloma muzykami i stojącym na wprost nich dyrygentem? No na czym?
[40:49.49 → 41:48.39] B: No właśnie bardzo dobrze pani powiedziała. Tajemniczy sposób porozumienia. Im dłużej dyryguję, to tym trudniej mi jest na to pytanie odpowiedzieć. Bo naprawdę czasami aż się dziwię, Dlaczego jest między nami takie porozumienie? Może to właśnie wynika z tego, że jak już się zna jakąś orkiestrę, to orkiestra ma zaufanie do dyrygenta. I następuje właśnie jakieś takie tajemnicze, niewerbalne, nawet poza ruchem, porozumienie. I proszę zobaczyć, ilu jest dyrygentów, jak każdy inaczej dyryguje. To efekty są fantastyczne. Można do wielu rzeczy dojść inną drogą, ale sukces jest zawsze przyjemny, nieważne jak to się go zrobi, żeby tylko ten sukces i ten finał był dobry.
[41:49.23 → 42:57.76] A: Ja mam na ten temat taką swoją teorię, na czym polega ten rodzaj porozumienia, choć ona pewnie całej sprawy nie wyjaśnia, ale przypomniałam sobie dzisiaj przed naszym spotkaniem, że fizycy bardzo od lat, setek lat próbują znaleźć teorię wszystkiego. Teorię, która by... Proszę wybaczyć, jeśli państwo na fizyce się znają, bo ja to tak delikatnie rzecz ujmując średnio. Ale to mi się bardzo podobało, że jest ogromne zapotrzebowanie na teorię wszystkiego, czyli teorię, która łączyłaby ogólną teorię względności, wyjaśniającą to, jak działa kosmos, z teorią kwantową, która dotyczy atomów, cząstek, Nie ma takiej teorii, która sprawdza się jednocześnie i tu, i tu, i która powodowałaby, że obie te teorie są połączone. I tak kiedy dzisiaj szłam na spotkanie z panem, to sobie pomyślałam, że fizycy mogliby poprosić do współpracy dyrygenta, bo on właśnie znakomicie łączy poszczególne drobne elementy z wielką całością. Pan po prostu jest taką teorią wszystkiego, której od setek lat szukają fizycy. Na tym być może to wszystko polega.
[42:58.94 → 43:51.18] B: Tak jak powiedziałem, Im dłużej pracuję jako dyrygent, im więcej koncertów dyryguję, tym bardziej jestem czasami zdziwiony, że jest tak jak jest. Tutaj na widowni patrzę z wielką przyjemnością na pana profesora Adama Natanka, który pewnie troszkę się boje te moje teorie tutaj mówi, bo wreszcie Nestor dyrygentów. z który darzę go wielkim szacunkiem. Panie profesorze, mam nadzieję, że nie mówię żadnych herezji, bo przecież Pan znacznie więcej i o wiele dłużej dyryguje i o wiele bardziej ma jakieś swoje zdanie. Ale to jest moje takie, że ja ciągle się dziwię i cieszę, że jest taki efekt, jak staję przed orkiestrą.
[43:52.21 → 44:28.26] A: Bardzo chętnie za moment poprosimy też pana profesora, jeśli zechce zabrać głos w naszej rozmowie, to będziemy zaszczyceni. Ja chciałabym tylko jeszcze dopytać pana o kilka rzeczy, między innymi o to, czy to prawda, że Batuta, że jeszcze przy niej przez chwilę zostanę, jeśli jest dobierana pod kolor stroju dyrygenta? I tu nie chodzi podobno o to, żeby się ładnie prezentowała na tle czarnego lub granatowego stroju, tylko chodzi o to, żeby była widoczna, tak? Czy to też jakieś mity?
[44:28.70 → 46:23.16] B: Nie, no to oczywiście rękawy, które muszą być dłuższe, żeby były widoczne. W operze wręcz się dyryguje na białym tle, za dyrygentem to w kanale orkiestrowym. Wszystko może być brudne, wszystko może być nie do końca czyste, ale za dyrygentem jest piękna, biała przestrzeń, żeby dokładnie wszyscy go widzieli na tym tle, na tym białym tle. Batuta to jest, można i bez niej dyrygować. Teraz właśnie jak Jak w Moskwie byłem, to z przyjemnością patrzyłem na rosyjskich dyrygentów. Byłem na koncercie Fiedosiejewa, który wielki koncert w Wielkiej Sali Konserwatorium Czajkowskiego poprowadził bez batuty. No i wszystko, ale stał przed swoją orkiestrą. Ciekaw jestem, czy jakby stanął przed obcą orkiestrą, czy miałby taki komfort i bezpieczeństwo, bo jednak tutaj pani powiedziała o fizyce, to prawa fizyki właśnie w batucie najbardziej widać, ponieważ po to ona jest długa, ta dźwignia powoduje, że maleńki ruch ręki, który jest prawie niewidoczny, przez dźwignię on jest długi i widoczny. I po to jest batuta, żeby uprecyzyjnić gest, ale są przeszkadzałaby w prowadzeniu. Chórmistrzowie prowadzą chóry bez batuty, bo po prostu jakby mogą kreować ten dźwięk, bezpośrednio tworzyć ten dźwięk swoimi rękoma, bo to jest jakaś taka właśnie taka łączność. Ale o kolorach batut one są zawsze białe.
[46:23.48 → 46:24.64] A: A czy strój ma znaczenie?
[46:25.98 → 48:26.87] B: Dla mnie tak. Dla mnie tak i uważam, że Jest to w pewnym sensie koncert, to jest misterium. I bardzo się cieszę, że jeszcze w Polsce jest taki zwyczaj, że muzycy siedzą we frakach, że jest to taka odświętność. I ja bardzo lubię we fraku dyrygować. Przede wszystkim praktyczna sytuacja, nie trzeba się zapiąć. Więc frak pomaga w tym, to jest jedyny strój, w którym może być mężczyzna rozpięty. Oczywiście jest kamizelka, jest pas, to wszystko jest cały tam rytualny, w pewnym sensie odświętny strój. Ale żal mi tych dyrygentów, którzy nie lubią fraka. Ja uważam, że powinno się cały czas dyrygować we fraku, ponieważ Tak jak powiedziałem, koncert to jest misterium. To wcześniej trzeba przyjść do Filharmonii, o wiele wcześniej, zapomnieć o otaczającym świecie, wejść jakby w inną energię, bo to jest inny czas. Przecież jak dyryguję koncert, to ktoś może powiedzieć, no dwie godziny. Ja nie czuję, że te dwie godziny minęły. dyryguje spektakl operowy, to jeszcze dłużej to trwa i jest się jakby w innej przestrzeni obcując i do tego jest potrzebny strój. Ja bardzo chciałbym, żeby nigdy muzycy nie przestali występować we frakach. Oczywiście są koncerty, które mogą być bardziej luźne, ale zostawmy to. Ja jestem bardzo wielkim tradycjonalistą i lubię To, co od lat jest dla wszystkich oczywiste.
[48:27.27 → 48:42.83] A: Czy tak też słucha Pan muzyki? Nie na koncercie, nie wtedy, kiedy wychodzi Pan do Filharmonii, nie wtedy, kiedy Pan prowadzi orkiestrę, ale na przykład w domu czy u przyjaciół. Czy tak też traktuje Pan słuchanie muzyki?
[48:43.39 → 51:44.73] B: Tu powiem taką bardzo dziwną rzecz, ponieważ jest taka moda teraz, że wszyscy szukają jakby najbardziej idealnego dźwięku. To są jakieś wspaniałe kolumny, wspaniały sprzęt, płyty. Mam znajomego, który nim zacznie słuchać muzyki, to przez godzinę sprzęt się nagrzewa, żeby to nabrał jakiegoś nie wiem czego. Bo dla mnie najważniejsze jest to, co usłyszę. Jak usłyszę, nigdy nie będzie tak wspaniałe, jak ja stoję przed orkiestrą, czy jak ja jestem na widowni, na koncercie. Każde nagranie jest dla mnie, mówię herezję, ja wiem, wiele osób się z tym nie zgadza, ale mnie nie jest potrzebna idealna czystość dźwięku, wspaniały sprzęt. Dla mnie jest ważne wspaniałe wykonanie. Dlatego najwspanialsze dla mnie są nagrania stare, które wiem o tym, że zostały od początku do końca nagrane jednym ciągiem. Tak jak jest nagranie wariacji Golbergowskich przez Lena Goulda. Usiadł, zagrał, skończył i wyszedł ze studia. Teraz można cudów dokonywać podczas nagrań. Powtarzać, wybierać fragmenty, wersje. Wiele razy jak nagrywam, To męczy mnie to wybieranie. Zazwyczaj proszę, że przyjdę po kilku dniach dopiero posłuchać, bo jak skończę dyrygować, to wydaje mi się, że wszystko jest źle. Jak po kilku dniach słucham, to znowuż wszystko mi się podoba. No i teraz po co to tak? szukać tego ideału. Ideał musi być na koncercie. Ideał musi być wtedy, kiedy słucha publiczność, kiedy ta muzyka jest tworzona dla kogoś. Takie mam zdanie. I tak samo właśnie słucham muzyki. Bardzo lubię słuchać muzyki, ale na żywo. A wszędzie indziej jest to dla mnie już jakieś trudne do posłuchania. ponieważ może zawsze w tym momencie zadzwonić telefon, może ktoś zastuka i do drzwi, a wręcz nawet może być taka sytuacja, że jak słucham wieczorem muzyki, to potem spać nie mogę, ponieważ zaczynam jakiś, wchodzę w jakąś taką interakcję z tym, co usłyszałem i dlatego staram się wieczorem już nie słuchać muzyki. W ciągu dnia Trzeba słuchać, bo przecież po to to jest taki wynalazek, że są wspaniałe koncerty, wspaniałe interpretacje, żeby troszkę się też i sugerować tym, jak wielcy tworzyli tą muzykę. Ale właśnie ze słuchaniem muzyki to, ja mówię, najlepiej na żywo, w filharmonii, w operze.
[51:45.30 → 52:05.50] A: Żeby to wszystko usłyszeć, to o czym pan mówił, że muzyka nierejestrowana, nie we fragmentach, że całość, że zamysł, że reakcja, że interakcja, żeby to wszystko usłyszeć, to trzeba słyszeć. Chciałam pana zapytać, czy my przypadkiem nie głuchniemy? Ja nie mówię o panu oczywiście, ale czy my przypadkiem nie głuchniemy?
[52:05.66 → 53:41.04] B: Jak pracowałem w teatrze, to bardzo cierpiałem na próbach z wokalistkami. zwłaszcza jak soprano śpiewałem, zwłaszcza jak to była próba przy fortepianie. To jest wielką sztuką zaśpiewać na 50% mocy, więc najczęściej wokalistki śpiewają, bez żadnych ograniczeń. Ja czasami odbierałem taką próbę jako fizyczny ból ucha. I wcale nie jestem do końca pewien, czy to nie są takie mikrourazy, które potem mogą kiedyś okazać się, że będę coś gorzej słyszał. Wiadomo, że słuch się z natury nam zużywa, ale też nie szanujemy tego słuchu, bo przecież ile razy jest taka sytuacja, że w autobusie ktoś słucha... Ja nie wiem, co on słyszy, bo ten łomot, który dochodzi do mnie obok, On mnie już niepokoi, a ten człowiek ma włożone słuchawki do samego ucha, do środka ucha, nie ucieknie przed tym dźwiękiem. To jest przerażające. Ja naprawdę bardzo lubię ciszę, bo w ciszy ja słyszę to, co chcę usłyszeć w głowie, jakąś melodię, mogę się zastanowić, porozmawiać ze sobą. A mnie muzyka jest potrzebna do życia, ale nie na zasadzie tła, nie na zasadzie, że ciągle coś ma mi szeleścić dookoła mnie.
[53:41.38 → 54:27.53] A: Tymczasem ciągle szeleści, bo nawet jeśli pan bardzo nie chce, to i tak wchodząc do sklepu usłyszy pan muzykę. Wchodząc do restauracji usłyszy pan muzykę. Właściwie wszędzie gra w tej chwili muzyka, nawet tam, gdzie jest cicho, czyli w autobusie, słychać muzykę ze słuchawek kogoś, kto siedzi obok. Rzeczywiście nasz słuch się zużywa. To raczej idzie w tę niż w inną stronę. Więc jeśli już wszyscy pogłuchniemy, a robimy wszystko, żeby tak się stało, a przynajmniej stracimy znaczną część swojej wrażliwości muzycznej, to co dalej będzie z muzyką? Czy muzyka ma przyszłość w takim razie, jeśli nikt nie będzie jej słyszał? Jeśli będziemy potrzebowali tylko jakiegoś rytmu, mocnych uderzeń?
[54:29.93 → 54:52.89] B: Myślę, że to zawsze się ludzie zastanawiali nad tym, co będzie dalej. Co chwilę wieszczono koniec, a to koniec muzyki tradycyjnej, a to koniec muzyki durmol, a to koniec jakichś eksperymentalnych, sonorystycznych poszukiwań. Nie wiem, co będzie.
[54:53.61 → 54:54.75] A: Nie denerwujemy się.
[54:56.22 → 55:50.88] B: Jestem pełen optymizmu, że Bach zawsze zostanie Bachem, Mozart – Mozartem. Zawsze to, co muzyka klasyczna niesie w sobie, zawsze to była elitarna muzyka dla najlepszych. Chciałbym tylko, żeby tych najlepszych było jak najwięcej, ponieważ wielu młodych ludzi, jakich się zachęci i w umiejętny sposób pokaże, to oni są zdziwieni, że to jest takie piękne, bo oni po prostu nie znają tego. A te wszystkie playlisty radia, które mają za zadanie wypromować jakieś gwiazdki, które... Przeraża mnie to, jak mówią, że one mają koncert, że mają występ. No to zaraz. Jaki to koncert? Jaki to występ?
[55:53.53 → 56:02.43] A: Powiedział pan, co jakiś czas wie w śnie się, że kończy się to czy tamto. A w jakim momencie w tej chwili jest muzyka? Co się kończy, co się zaczyna?
[56:04.83 → 57:01.80] B: Bardzo trudne pytanie, bo nie wiemy, czy gdzieś obok nas nie żyje jakiś kompozytor, który do tej przysłowiowej szuflady pisze coś, co za jakiś czas będzie wielkim objawieniem. Pamiętajmy, że Bach czekał na swoje odkrycie po wielu latach i wielu kompozytorów jest takich, którzy są bardzo promowani, grani. Czy oni są warci tego? przyszłość okaże i trudno mi powiedzieć, w jakim momencie teraz jest muzyka. Ja bym chciał, żeby było jak najwięcej muzyki, żeby było jak najwięcej słuchaczy, bo wtedy w naturalny sposób się to będzie wszystko układało.
[57:02.32 → 57:50.39] A: Pytanie o to, w jakim momencie jest muzyka, jest też trochę pytaniem o przyszłość zawodu dyrygenta, bo proszę mnie wprostować Laika, ale Zastanawiam się na przykład nad takim terminem jak aleatoryzm, który pojawia się w różnych kompozycjach. Dyrygent ciągle jest potrzebny do tego, żeby poprowadzić utwór oparty w dużym stopniu o przypadek. Ale jeśli to ulegnie radykalizacji, to co z dyrygentem? Jaka jest przyszłość tego zawodu? Czy istnieje coś takiego? Czy jest niejakieś niebezpieczeństwo, że się w pewnym momencie, tak jak pojawił w tej formule, tak też zniknie?
[57:51.55 → 59:03.09] B: Nie ma szansy, żeby zniknął, dopóki ludzie będą chcieli słuchać Mahlera, Brucknera, Strawińskiego, Szostakowicza, Prokofiewa, Szymanowskiego, Beethovena, Mozarta. Będzie potrzebne, oczywiście jest wykonawstwo dawne, historyczne, które obywa się bez dyrygenta. Jest wspaniała orkiestra amerykańska, Orfeusz Chamber Orchestra, która z założenia gra bez dyrygenta. Ale dokładnie wiadomo, jak oni przygotowują te koncerty. Najpierw spotykają się w grupach koncertmistrzowie grup. grają ze sobą, ustalają wszystko, co może być ważne dla interpretacji. Potem ci koncertmistrzowie pracują ze swoimi grupami i są jakby dyrygentami dla tych grup. Nie ma dyrygenta, który stoi przed orkiestrą, ale jest masa dyrygentów, bo wreszcie nawet każdy człowiek, grając na instrumencie, jest w pewnym sensie dla siebie dyrygentem. Więc dyrygent będzie zawsze. A nie wyobrażam sobie, żeby maszyna poprowadziła symfonię Mahlera. Pani to sobie wyobraża?
[59:03.20 → 59:08.11] A: Czyli dopóty. Dopóty, dopóki nie ogłuchniemy, zadbamy o swoją wrażliwość.
[59:08.41 → 59:17.59] B: Ale rosną nowe pokolenia, które cały czas mają świeży słuch. No bo nie wyobrażam sobie, żeby ten genotyp się zmieniał, że będziemy coraz inaczej słyszeć.
[59:17.68 → 59:36.25] A: Bardzo się cieszę, że jest Pan dobrej myśli. Proszę powiedzieć, zatrzymajmy się przy Pana studentach. Czego Pani uczy przede wszystkim? Jaką mądrość im pan przekazuje przede wszystkim, oprócz wiedzy o zasadach, które trzeba znać, żeby można je było później łamać?
[59:37.37 → 01:02:08.71] B: Ja już kilka razy dzisiaj powiedziałem słowo odpowiedzialność i myślę, że tego się uczą moi studenci. Na pewno nie pozwalam im myśleć o zawodzie dyrygenta jako o władzy. Nie, nie, bo to jest władza, polegająca na tym, że faktycznie zaczną muzycy grać razem, ale czy skończą, to jest już wypadkowa wielu, wielu różnych sił dobrej woli muzyków, ich wykształcenia, tego dyrygenta, że im nie przeszkodzi w tym graniu razem. Więc myślę, że moi studenci są przeze mnie uczeni odpowiedzialności za to, co będą robić. Ponieważ ja tak rozumiem zawód dyrygenta, jak się staje przed grupą ludzi, to jest się za to, co oni za chwilkę zagrają odpowiedzialnym. Ponieważ też uczę ich, No wiadomo, sukces ma wielu ojców, porażka jest zawsze samotna, ale żeby dyrygent też wiedział o tym, że bierze za wszystko odpowiedzialność. Często to orkiestrom też tak mówię, czy zwłaszcza wokalistom, żeby na przykład nie było takiej sytuacji, żeby sami kombinowali coś, bo jak zaczyna się walić, są sytuacje, że następuje jakiś problem, ktoś się zgubi i teraz ktoś musi podjąć tę decyzję jak wyprowadzić. W żartach mówiono, że jak Toscanini zapominał, co ma dyrygować, to podnosił rękę i w tym momencie orkiestra wiedziała, że musi zagrać kadencję w tej tonacji, w której jest w tym momencie. I może Toscanini, który wszystko dyrygował z pamięci, ale pod koniec życia, no ludzkie jest, prawda? Dyrygent też się ma prawo pomylić. I też właśnie tego uczę moich studentów, żeby nigdy nie udawali, że się nie pomylili. Ponieważ raz można okłamać muzyków, ale to jest bardzo krótkie. Ponieważ oni się mylą, dyrygent się myli, każdy ma prawo się pomylić. Oczywiście nie może się mylić ciągle, bo wtedy to już jest dyskwalifikacja. Ale właśnie tej odpowiedzialności Odpowiedzialności we wszystkim, w sukcesie i w porażce. Tego ich uczę.
[01:02:09.31 → 01:02:10.81] A: A dużo ma pan studentek?
[01:02:12.87 → 01:02:25.93] B: Profesor Wisłocki, bo ja zawsze lubię powoływać się na mojego mistrza, mówił, bo to rozumiem, że w tle jest pytanie, czy kobieta może być dyrygentem.
[01:02:25.99 → 01:02:29.69] A: Może, znamy znakomite dyrygenty, ale strasznie ich mało.
[01:02:30.37 → 01:03:16.74] B: Mało, mało. Ja to tak w żartach mówię, bo kiedyś orkiestry były męskie tylko, tylko mężczyźni grali w tych orkiestrach. No i siłą rzeczy, czy mężczyźni są tacy spolegliwi, żeby w domu rządzi nimi kobieta, przychodzą do pracy i staje przed nimi kobieta i też nimi chce zarządzać. Ja nie mówię, że kobiety są złymi dyrygentkami, są tak samo świetnymi muzykami jak mężczyźni, Profesor Wisłocki właśnie mówił tak, że mają w innym miejscu środek ciężkości. Myślę, że to jest bardzo ładne, delikatne i mówiące wiele dobrego o kobietach.
[01:03:17.62 → 01:03:37.26] A: Oj, nie wiem. Ale Państwu zostawiam ewentualne pytania także w tej sprawie i to już za moment. Był taki film, Pod koniec lat 70. Andrzej Wajda nakręcił film pod tytułem Dyrygent.
[01:03:37.30 → 01:03:41.60] B: Fantastyczny film. Moi studenci mają obowiązek go obejrzeć.
[01:03:41.60 → 01:03:49.90] A: Przecież nie dlatego, żeby zobaczyć jak John Gilcote prowadzi orkiestrę, tylko dlaczego.
[01:03:51.04 → 01:06:39.50] B: Tam jest fantastyczna sytuacja. Oczywiście jak w każdym filmie, jak w każdej sztuce jest to bardzo przejaskrawione. ale to jest bardzo prawdziwy film, bo on pokazuje dwie skrajnie różne sylwetki dyrygenta. Dyrygent miejscowy, ja go tak nazywam, Andrzej Seweryn, który, można krótko powiedzieć, nie szanuje orkiestry i wielki No ale właśnie, to jest pytanie. Wielki, bo przyjechał ze świata. W Polsce często tak jest, że jak ktoś tylko odniesie jakiś sukces za pięć kilometrów za polską granicą, od razu jest inaczej traktowany. I tutaj ten wielki John Dilgut, który przyjeżdża na swój wielki jubileusz, na wielki taki comeback, Bo ja studentom mówię, czy się ten wątek z Krystyną Jandą, to wszystko, bardzo interesujący jest. Ja nawet ośmieliłem się zrobić taką, montaż tego filmu, żeby, zachęcam ich do obejrzenia całego filmu, ale przede wszystkim te wszystkie sceny, gdzie miejscowy dyrygent pracuje z orkiestrą, krzykiem, bez szacunku, i orkiestra się zgadza na to wszystko, ponieważ nie widzą innej szansy, innej możliwości. Ale w momencie, kiedy staje przed nimi wielki, światowej sławy dyrygent, który z szacunkiem się do nich odnosi, tam nawet są takie, straszna scena, jak jedna z grających w orkiestrze zarzuca swojemu dyrektorowi, że nigdy do niej nie powiedział po imieniu, że zawsze ją traktował, nie wiem, jako czwartą wiolonczelę. I tutaj wracamy do tego punktu wyjścia. To jest bardzo dobry film, wspaniały film, pokazujący dwie skrajne, oczywiście tak jak powiedziałem, przejaskrawione, ale to jest bardzo mądry film i myślę, że każdy student dyrygowania powinien ten film obejrzeć, Nie mówić głośno, co o tym myśli, tylko wyciągnąć w ciszy wnioski i nie błądzić, tak jak Andrzej Seweryn, dyrektor, zawód dyrektor. Proszę popatrzeć, to w Polsce tak się mówi do każdego dyrygenta, dyrektorze. Ja się do tego przyzwyczaiłem, ale dyrektor, dyrektor bez ziemi.
[01:06:39.52 → 01:06:40.38] A: Kto tu rządzi?
[01:06:42.39 → 01:07:13.93] B: Ja bym chciał, oczywiście to jest idealne powiedzenie, ale myślę, że powinna rządzić muzyka. Powinna rządzić to dobro, które w tej muzyce jest i piękno, a każdy, czy muzyk orkiestrowy, czy dyrygent ma tworzyć przyjającą atmosferę, żeby to dobro i piękno mogło kwitnąć i zachwycać.
[01:07:14.19 → 01:07:31.87] A: To dorzućmy do tych dwóch wspaniałych słów, których pan użył. Dobro, piękno. To trzecie, czyli prawda, o którą prawda tak naprawdę chodzi. O prawdę kompozytora, prawdę muzyków, prawdę dyrygenta.
[01:07:35.60 → 01:09:13.72] B: idealne by było, gdyby ta prawda była jednakowa dla wszystkich. I dlatego lubię rozmawiać z kompozytorami żyjącymi, ponieważ dzięki rozmowom naszym możemy zbliżyć swoje poglądy. Uważam, że oczywiście nie ma czasu na próbie orkiestry, z orkiestrą rozmawiać, ale trzeba stworzyć takie warunki, żeby muzyk grając czuł, że jest potrzebny w tym, co robi. Ja też swoim studentom mówię i sobie też wiele razy mówię, że jeśli ktoś w orkiestrze się pomyli, to nie myli się dlatego, że chce się pomylić, tylko myli się, ponieważ albo jest to dla niego za trudne, albo nie poćwiczył, albo nie potrafi tego zrobić. To jest sytuacja najlepszej takiej sytuacji w momencie, kiedy wszyscy chcemy dobrze. Ale nie wyobrażam sobie takiego momentu, że dziewiąta rano siada orkiestra i z założenia chce grać źle. Chcą zagrać dobrze. I teraz obowiązkiem dyrygenta, obowiązkiem dyrektora tej placówki jest stworzenie takich warunków, żeby pomimo kiepskich pensji, pomimo trudnej sytuacji na zewnątrz, w mieście, w kraju, można było przez chwilę zapomnieć i z tym absolutem obcować. No i nie ma trzech prawd. Prawda jest jedna.
[01:09:14.45 → 01:09:51.84] A: Tak jak muzyka jest pomiędzy tymi kropkami i kreskami, tak i ta prawda jest pomiędzy prawdami kompozytora, dyrygenta i orkiestry. A jak ważna jest to, kim jest ta osoba, która prowadzi orkiestrę, to też ja pamiętam, że przed laty zrozumiałam, kiedy oglądałam właśnie ten film Andrzeja Wajdy, Kiedy zobaczyłam, że tę samą symfonię Beethovena, ta sama symfonia, to mogą być zupełnie dwa różne utwory i dwie zupełnie różne opowieści, a o świecie, o miłości, o życiu.
[01:09:52.08 → 01:11:33.16] B: I proszę jeszcze zobaczyć, jaka tam jest bardzo symboliczna scena, jak decydenci w tym małym mieście wojewódzkim twierdzą, że orkiestra nie da rady miejscowa zagrać. i zapraszają muzyków z Warszawy. Ja mogę powiedzieć to z taką ironią, bo od wielu pokoleń jestem warszawiakiem i przekonany jestem, że Warszawa to nie jest Polska, ani Polska to nie jest Warszawa. Więc tutaj ten moment, jak przyjeżdżają ci najlepsi, renomowani, świetnie zarabiający muzycy, świetni muzycy. ten wielki jubilat, który staje przed orkiestrą, zaczyna dyrygować i mówi, ale to nie jest moja orkiestra. To nie jest moja orkiestra. Ponieważ dyrygent ma, ja uważam, to jest moje wielkie takie hobby, oprócz dyrygowania, motywacja. To jest jedno z najwspanialszych rzeczy, które można robić, stojąc przed ludźmi, I zawsze sobie powtarzam takie piękne słowa, które Johann Wolfgang Goethe powiedział, że jeśli widzimy w ludziach tym, czym są, takimi będą. Jak zobaczymy w nich więcej, takimi się staną. I to chyba jest taka credo każdego dyrygenta, które oczywiście w różny sposób realizuje, ale żeby zobaczyć w ludziach, To czym oni mogą być? Kim mogą być?
[01:11:34.14 → 01:11:35.28] A: Piękny ma pan zawód.
[01:11:36.76 → 01:11:39.86] B: Ja o tym wiem od kilkunastu lat.
[01:11:41.18 → 01:11:59.14] A: Panie, panowie, jeśli mają państwo ochotę zadać pytanie naszemu gościowi, bardzo proszę. Mamy mikrofon. Gdyby Pan Profesor zechciał zabrać głos wywoływany wcześniej.
[01:11:59.30 → 01:12:03.40] B: Przepraszam, że ja tak powiedziałam, ale naprawdę jestem zaszczycony obecnością Pana.
[01:12:07.30 → 01:30:19.89] D: Dobry wieczór. Szanowni Państwo, znalazłem się tutaj zupełnie przypadkowo, bo kolega Wróblewski wczoraj do mnie zatelefonował i właśnie poinformował mnie, że będzie spotkanie. którą poprowadzi pani Jurtosławska, którą wcześniej pozwoliłem sobie powiedzieć, że to jest dziewczyna, że to jest kobieta, która ma bardzo piękną narrację słowa mówionego, że to jest słowo bardzo wysmakowane i z całą przyjemnością zawsze słucham. Proszę Państwa, znalazłem się więc zupełnie przypadkowo, ale ponadto muszę powiedzieć, że ja jestem produktem sprzed II wojny światowej, popełnionym i z urodzenia, z wykształcenia i z wychowania w Krakowie. Po studiach, kiedy po raz pierwszy, pierwszy koncert poprowadziłem w Filharmonii Krakowskiej jako koncert dyplomowy, pamiętam to był 25-26 czerwiec 1960 roku, to kiedy człowiek młody staje, To nie ma żadnych zahamowań. Wydaje mu się, że świat złapie za bary, rzuci go pod nogi i w ogóle nie ma żadnych świętości. Dopiero później, jak człowiek dużo więcej wie, ma poczucie pewnej odpowiedzialności, dopiero w ten czas ma dużo więcej pokory, skromności. Dyrygent rzeczywiście to jest osoba, która poza wieloma różnymi interdyscyplinarnymi zainteresowaniami, zainteresowaniami, powinien mieć pewne specyficzne cechy osobnicze. To znaczy mieć ten imperatyw przywódczy, oczywiście bardzo kontrolowany. Ja z natury wprawdzie jestem sanguinikiem, ale nigdy nie przekroczyłem pewnej linii demarkacyjnej. Tak się jakoś złożyło, że kiedy byłem bardzo młodym człowiekiem, nawet w gimnazjum czy nawet w liceum, To znakomicie funkcjonowałem i byłem oratorem, ale w towarzystwie bardzo znanych mi ludzi. Kiedy było cztery, pięć, sześć osób. Kiedy znajdowała się już większa ilość, miałem pewne zahamowania. Studiowałem w sumie w Krakowie przez lat osiem, bo na dwóch wydziałach. I to były lata pięćdziesiąte, kiedy po II wojnie światowej, no, zakłócona edukacja była. I proszono mnie równocześnie i uczyłem w szkolnictwie muzycznym. I pamiętam, kiedy wszedłem do klasy, tam była młodzież od dwunastego, trzynastego roku, niekiedy nawet i starsza ode mnie, prawda. No to ja sobie pomyślałem, jak ja wejdę, to co ja powiem, to ja będę sparaliżowany. Ja może nawet zapomnę swojego własnego nazwiska. I to była wielka szkoła życia dla mnie, przygotowuje mnie do tej samodzielnej pracy dyrygenckiej. Kolega Sławek jest jeszcze osobą młodą, można powiedzieć nawet i bardzo młodą i emocjonalnie związaną. Ja już chodzę nogami po ziemi, prawda. Dane mi było, kiedy tutaj przyjechałem w 61 roku do Lublina. Zaplanowałem się na dwa lata i tak tutaj oto zostałem. Tu zostałem obdarowany czymś, co dla mnie było w życiu nie tylko nawet i prywatnym, ale nawet zawodowym. coś najbardziej, coś najcenniejsze. To znaczy tutaj poznałem moją żonę, lwowiankę, Danutę Damieńską-Natanek, śpiewaczkę, zresztą uczennicę Ady Sari. I tak oto nasze życie tutaj się rozpoczęło. To tutaj poznałem wielu wspaniałych ludzi, cudownych, gdzie dojrzewałem, kształtowałem swoją osobowość. I dlatego zawsze mówię, prowincja to nie jest pojęcie geograficzne, ale to jest pojęcie personalne. Bo w Warszawie jest całe zupełnie przypadkowych ludzi i czasami w małych środowiskach spotykamy wielkie umysły cudownych ludzi, z których jesteśmy bardzo bezbronni. Proszę państwa, dane mi było, bo byłem związany z Filharmonią Lubelską przez lat 30, szefowałem tutaj jako naczelny, jako artystyczny, co w warunkach polskich to było trochę mistrzostwo świata, muszę powiedzieć, bo wiadomo, że cechy osobnicze i w środowisku artystycznym to są tego rodzaju, że tych przewrotów pałacowych nie tylko w muzycznym, ale teatralnym i wielu innych odbywały się od samego początku. W związku z powyższym Jak mówię zawsze, dyrygent jest pracownik fizyczny najemny, taki frajczyc, wolny strzelec, który przede wszystkim musi być trochę psychologiem, socjologiem, pedagogiem, bowiem ma się zawsze do czynienia z pewną społecznością większą czy mniejszą, która nie chce się z natury od pierwszego kontaktu podporządkować jednostce. I oczywiście nie można tego osiągnąć i do wspólnego mianownika za pomocą zakazu, nakazu, prawda, bo właściwie się niewiele osiągnie. Są szefowie, którzy są satrapowie, są szefowie, którzy są kokieteryjni. To też jest krótka trawa. Są szefowie, prawda, którzy niejako w ogóle sprawę traktują. Ale to wszystko jest na bardzo krótką metę. Wydaje mi się, że każda strona, jeżeli jest w stanie uznać pewną kompetencję i pewną merytoryczne przygotowanie się do sprawy, to zawsze się podporządkuje i zawsze jest w stanie uznać. Tylko jedna zasada, trzeba być bardzo prawym i uczciwym wobec pewnych rzeczy. Nie można doprowadzić do pewnych bardzo wybiórczych. Mnie dane było właściwie funkcjonować zawodowo prawie w całym świecie. Znam całą Europę, szifowałem też w Hiszpanii, dyrygowałem w Stanach Zjednoczonych, dyrygowałem najznakomiczszą orkiestrą między innymi, jak na tamte czasy, kiedy była to sływatna, sławna Orkiestra Mrawińskiego z Leningradu, dzisiaj Petersburga. Nie tak dawno jeszcze dyrygowałem w Meksyku. Dlaczego ja o tym mówię? Bo ja mam pewien punkt odniesienia. dla sprawy. Ja nie mam tak zwanych prawd objawionych, przekazanych przez osoby drugie, trzecie, inne, ale z autopsji to poznałem. Proszę Państwa, pod każdą szerokością geograficzną każdy ma inną, pewne cechy, inne cechy osobnicze. We Włoszech, gdzie z filharmonikami lubelskimi mieliśmy kilkakrotne turne i to takie zaczynając od Turynu, a kończąc Taranto, to tam, jeżeli oczywiście publiczności się podobało, no to szaleństwo było. Proszę Państwa, to było w ogóle coś nieprawdopodobnego. Ale mówiono nam, że jeżeli nas niejak będą akceptować, to możecie się spotkać z pewnymi sprawami takimi, które wam sprawią duże przykrości. Myśmy czegoś takiego nie mieli. Ale u tych ludzi są dwa wymiary oceny. Fascynacja, albo negacja, wymiar środka nie istnieje. Niemcy mają dużo delegowań wśród Niemców, lubię z nimi pracować, bo tam jest porządek, tam jest genał, tam jest ordnung. Jak jest jedna uwaga powiedziana, to jest zapisana. Oni nie mają tej może wyobraźni, nie mają tej fantazji, którą ma południowcy czy nawet Polacy, ale z drugiej strony jest pewna odpowiedzialność. To jest poza tym odbiorca, oni lubią stadnie przebywać i on jak przychodzi, nie spotkałem, że kobieta nie była wizytowo ubrana, a mężczyzna nie był w garniturze i co najmniej w krawacie, jeżeli nie w tym. Czego w Stanach Zjednoczonych nie widziałem, bo też widziałem w pantofelkach i różnych... Różnie ta sprawa wygląda. Proszę państwa, ja muszę powiedzieć, że kiedy tutaj W 1961 roku przyjechałem do Lublina. To był konglomerat takich odległości i rozbieżności, jakich sobie w ogóle nie wyobrażałem. Oczywiście byli ludzie, którzy byli przypadkowo pełniący obowiązki zawodowe, bo tak musiało być i byli tacy, którzy byli lepiej czy gorzej, ale powiedzmy sobie nawet i profesjonalnie. I teraz trzeba to wszystko do pewnego wspólnego miarownika doprowadzać. i trzeba włożyć w to nieprawdopodobnie dużo pracy. I najistotniejszą cechą jest to, że każda ta materia, którą jest orkiestra, to trzeba ją tak przygotować, żeby ona nigdy nie prezentowała się poniżej faktycznych możliwości. Proszę państwa, kto decyduje o tempie pracy i poziomie koncertu? Nie najlepszy muzyk, których będzie 90%, Żeby nie powiedzieć inaczej, to najmniej dysponowany. Grający fałszywie muzyk rozbije intonację najlepszej, najznakomitszej orkiestry. W 57 roku, kiedy to był okres, gdzieś w Krakowie przyjechała kliwlandzka orkiestra, chyba była też w Warszawie, którą dyrygował George Sell. Znakomity. To jest jedna z najprecyzyjniej grających wówczas orkiestr. Jestem na próbie i Jossel, który dał auftakt, rozpoczęły i tylko z pierwszymi skrzypcami czy pracował jakieś ze 20 minut nad czterema taktami. Myślę, rany boskie, co oni tutaj przyjechali, uczyć się, próby robić? Proszę Państwa, jak oni zagrali i rozpoczęli Jowiszową Symfonię Mozarta, to jak Państwo popatrzyli na pierwszy pulpity, których było pięć czy sześć, to od pierwszego pulpitu, tak jak było to smyczkowanie, czyli to było tak jak lustrzane odbicie do ostatniego pulpita. To była nieprawdopodobna praca. Jak potem zagrali drugą suitę Daphnis i Chloe, to ja obłędu dostałem. Proszę Państwa, Jowiszową Symfonię, której każdą jedną nutę znam, ja przez 15 lat nie dyrygowałem. Tylko dlatego, że zawsze pomyślałem, że to powinien być jakiś substytut i to coś niegodziwego. Ale to w ten czas, jeżeli jest pewien punkt odniesienia i cokolwiek się widzi, to w ten czas można się do sprawy ustawiać. Jeżeli mam rzeczywiście grono ludzi, to ja z nimi będę pracował. Jeżeli mam grono znakomitych orkiestr, to jest zupełnie inny i czasami z tą skromną orkiestrą można więcej osiągnąć, niż z tymi znakomitymi orkiestrami. Proszę Państwa, dlatego ja powiedziałem, jestem może jeden z niewielu tych dyrygentów, który w swoim życiorysie zaliczył te najskromniejsze środowiska i te najbardziej reprezentacyjne. W Polsce tyle, ile popełniłem koncertów i harmonii narodowej, Tyle ile nagrań artywalnych zrobiłem z wielką orzeczką radia i telewizji w Krakowie. Tyle, ile również zrobiłem nagrań z krakowskimi radiówkami, orkiestrem. I równocześnie muszę powiedzieć, że ta sprawa różnie wyglądała. Ale to jest na tej zasadzie, że u nas czas był najtańszym towarem. Jest dalej, może już coraz mniej. Ale nawet te znakomite orkiestry, to kiedy dyrygent przychodzi, obojętne kto pierwszy, to jest czytanie prima avista, po raz pierwszy. Oczywiście po pół godzinie już jest dobrze. Ale to jest prima avista. W San Francisco, kiedy ja dyryguję, to dam tylko dwie próby, proszę państwa. I trzecia krótka, generalna, żeby to zrobić. Ale jak rozpoczynam, to tam była przeczytana każda jedna partia. Ja zająłem się od razu samą reżyserią muzyczną. Na przerwie, kiedy rozmawiałem z pewną osobą, muzykiem, która była gruzinką i rozmawiałem z nią po rosyjsku, a ona potem mówi, maestro, ale ja mam prośbę, jaką? Proszę pana, dlatego, że proszę nie zwracać już uwagi po raz drugi altowioliście, który siedział przy pierwszym pulpicie, bo jeżeli... Ja mówię, co się stało? Przecież ja to nie była uwaga. Tylko była sytuacja, dla mnie było wygodnie i ja mówiłem po niemiecku i ktoś z biorączylista tłumaczył, może były pewne jakieś nieścisłości w tym. Nie, proszę pana, jak pan mu trzeci raz zwróci uwagę, to on już nie dostanie kontraktu od następnego sezonu. Proszę państwa, to jest coś nieprawdopodobnego. To jest ta odpowiedzialne, jak było 10 minut przerwy, to jest 10 minut i wszyscy siedzą. Ja nie chcę mówić, w Polsce to wygląda 15 minut przerwy, ale potem po przerwie to jest dzwonek, a potem moje uszanowanie, a to się kłaniam, a wiele różnych innych rzeczy. To jest taka celebracja i zaczynamy po 25 minutach. No bo wymiar czasu jest czymś bardzo płynnym. Zaliczyłem teraz niedawno taką znakomitą książkę, bo muszę powiedzieć, że przepraszam, bo ja się rozgadałem troszeczkę, ale od kiedy nabyłem ten przywilej, żeby zostać tylko szefem sam dla siebie, to doszedłem do wniosku następującego. Adam, wreszcie jest czas, żebyś nadrobił grzechy swojej przeszłości. Tyle nieprzeczytanych książek, tyle zaniedbanych przyjaźni, tyle wiele różnych innych rzeczy i ktoś mi mówi, to co pan teraz robi? Ja mówię, uczę się. Jak to pan się uczy? Ja dużo czytam i uważam, że poza muzyką jest tak samo wiele różnych sytuacji. Sprawa, Kolega Sławek jest jeszcze człowiekiem, który bardzo emocjonalnie odbiera, bardzo to wszystko bardzo ważne, bardzo piękne. Bo rzeczywiście w sztuce jest coś takiego, jak nie ma siły medialnej, to po prostu nie istnieje. Ja czasami mam, w ten sposób mówię, że nie używam słowa gwiazdorstwo, bo czasami popularność gwiazdorstwo jest odwrotnie proporcjonalna do wartości i tak jest to często. Bardzo pięknie, że to wszystko jest tak uduchowione, takie bardzo prawdziwe. Ale powiedział, że lubi rozmawiać z kompozytorami. Ja nie lubię rozmawiać z kompozytorami. Ja po prostu ich podziwiam, ale potem oni sami nie wiedzą. I nie ma ani jednego kompozytora, jeżeli był wykonawcą, który wykonywał swoje utwory dobrze. Przykład państwu bowiem. W Operze Wiedeńskiej, kiedy Richard Strauss napisał kawałek Srebrnej Róży, to jak dyrygował Richard Strauss, a dyrygował to Scalini, to jak dyrygował to Scalini, to publiczność 50 minut wcześniej wychodziła po całym spektaklu. A jak dyrygował Richard Strauss, to on się fascynował i podniecał się takimi sprawami, które dla publiczności były coś takiego, że należy to szybciej przejść, bo to jest po prostu mniej ważne. Proszę Państwa, z drugiej strony muzyka to jest sztuka asemantyczna. I dużo w tym jest cabra adabra. Sfera emocjonalna jest najważniejsza. Nie dajmy się zwieść wiele, że to jest świetlana postać, że aurora nad jego głową wisi, tylko proszę szczerze powiedzieć, albo mi się to podobało, albo mi się nie podobało. I dlatego ja sam, my jako odbiorcy jesteśmy bardzo niewdzięczni jako słuchacze, bo jesteśmy obciążeni zawodem, a nie w tym rzecz polega. Jeżeli jestem na koncercie albo w operze i w pewnym momencie zapomniałem, że ja coś słuchałem, ale to mi tak zafascynowało, bo dlatego, że zapomniałem o wszystkim i uruchomiło to sferę emocjonalną, ja nawet nie umiem powiedzieć, dlaczego mi się to podobało. Przychodzę i mówię, pięknie dziękuję za piękny wieczór, który mi Pan obdarował i który mi Pan przekazał. Ale są tacy, którzy mówią, a w tym takcie nie wyszło, a w tym takcie nie wyszło. Proszę Państwa, nie dajmy się zwariować. Mój profesor, a miałem tych profesorów kilku, a między innymi pierwszy, który powie, jaka jest różnica pomiędzy muzykiem a muzykologiem. Powiem coś, przepraszam, kobiety przepraszam, ale to jest jak pomiędzy alma mater a nacer mater. Przepraszam, to jest jedna. I na końcu już. Ja byłem tym, który się jeszcze uczył łaciny. Quid quid agis, prudenter agas, et respice finem. Cokolwiek czynisz, czyń roztropnie i patrz. Końca. Codziennie się golę do lustra i chcę mieć dobre samopoczucie wobec samego siebie. Dziękuję.
[01:30:24.35 → 01:30:32.35] A: Bardzo dziękuję. Czy ktoś z Państwa chciałby słowo jeszcze? Bardzo proszę, pani Olko.
[01:30:36.69 → 01:31:33.98] C: Ja chciałam się odnieść do tego, że my przestajemy słyszeć muzykę. Od razu mi się przypomniała fraszka pana Staudingera. Był na występach gościnnych i opowiadał te swoje fraszki. No i chyba dwie czy trzy osoby zaśmiewały się. Reszta była cisza. I wtedy wymyślił kolejną i powiedział tak, że tak już od Boga stworzony jest człowiek. że do dowcipu trzeba dwóch. Zapewne tego, co go rzekł, lecz także tego, co ma słuch. I może o to też w tym chodzi, że niekoniecznie mamy słuch przytępiony, tylko po prostu nie słyszymy tej muzyki tak, jak powinniśmy. Dziękuję.
[01:31:35.38 → 01:31:54.24] A: Bardzo Pani dziękuję. Czy ktoś z Państwa jeszcze? Zapytam, dokąd teraz? Panie profesorze, panie Sławku, dokąd teraz, znaczy nie dziś wieczorem, tylko którą orkiestrę poprowadzi pan w najbliższym czasie? Z którym kompozytorem zechce się pan jednak porozumieć?
[01:31:55.46 → 01:35:39.04] B: W najbliższym czasie mam taką wielką przygodę z młodymi ludźmi, bo nie unikam pracy z młodymi orkiestrami. Bardzo lubię współpracować z muzykami, którym można powiedzieć, że chyba nie dacie sobie rady z tym utworem". A on mówił, że my nie damy, pokażemy to panu. I bardzo cieszę się, że niedługo czas świąteczny. Będę mógł poprowadzić specjalnie napisane dla Młodej Orkiestry w szkole, w której też pracuję, w Średniej Szkole Muzycznej im. Federyka Chopina w Warszawie, taka słynna szkoła przy ulicy Bednarskiej, kolędy na chór solistów, saxofon sopranowy, bardzo pięknie zaaranżowane, napisane przez Edwarda Sielickiego i to jest najbliższy taki plan jeszcze przed końcem roku. Potem będą koncerty Filharmonii Krakowskiej, ponieważ zawsze się staram pamiętać o rocznicach kompozytorów, którzy już odeszli, a w przyszłym roku będzie kolejna okrągła rocznica związana ze Stefanem Kisielewskim i poprowadzę monograficzny koncert poświęcony temu kompozytorowi. Mam nadzieję, że i Lublin o mnie będzie pamiętać. Bardzo lubię tu przyjeżdżać i wiem, że już Skończył się remont Filharmonii. Mam nadzieję, że wreszcie orkiestra wróci z wygnania. Mam nadzieję, że do sali, która będzie z pełni oczekiwania muzyków i publiczności. Więc planów jest dużo. Tak kończy się moja kadencja dziekańska. być może zostanę wybrany na kolejną kadencję. Mówię w ten sposób, że nie muszę, mogę i chcę, ale to jest wszystko związane też z wolą wyborców. Więc ja planów mam dużo, ale na pewno będę bardzo mile wspominać dzisiejsze to spotkanie. Piękne słowa pana profesora Natanka, bo myślę, że jeszcze jedną rzecz warto powiedzieć, Dyrygent to jest taki zwornik tradycji, ponieważ tworzy coś nowego, ale jednocześnie cały czas musi się opierać na tym, co już było. I słowa tutaj Nestora lubelskich dyrygentów i bardzo cenię sobie pana profesora. Bardzo dziękuję za to, że po pierwsze pan był, że chciał tyle powiedzieć o dyrygowaniu, o swoich doświadczeniach. I to jest właśnie taka, nie wiem, pałeczka pokoleń, prawda, przekazywana. Ja teraz przekazuję swoją wiedzę moim studentom. Cieszę się z ich sukcesów, bardzo się cieszę z ich sukcesów, bo jest to dla mnie tak jakby spłacanie kredytu, który zaciągnąłem sam się ucząc. Mam nadzieję, że oni dalej będą ten kredyt i tą wiedzę przekazywać. połączoną z ich nowym doświadczeniem. I to jest właśnie piękne, że to właśnie dyrygent ma tą możliwość kontynuowania tradycji, tworzenia nowej tradycji, ale zawsze właśnie dla tej triady. Piękno, dobro i prawda.
[01:35:40.02 → 01:35:41.14] A: Bardzo Panu dziękuję.
[01:35:41.92 → 01:35:44.06] B: Bardzo dziękuję Państwu. Dziękuję Paniom.

Bitwa o kulturę. Kto tu rządzi?

Po co orkiestrze dyrygent czyli o sztuce przekazywania myśli. Dla laików partytury to tajemnicze mapy pełne ukrytych symboli. Kim są ludzie, którzy są naszymi przewodnikami po tym świecie? Na czym polega przeniesienie znaku graficznego do sali koncertowej?

Wróć