[00:02.73 → 01:23.39] A: Dobry wieczór Państwu, Łukasz Drewniak, witam serdecznie na kolejnej odsłonie Bitwy o Literaturę. Tym razem ta nasza bitwa będzie miała charakter konfrontacji północ-południe, bo z tych rejonów Polski przyjechali nasi dzisiejsi goście. Krzysztof Warka wymyślił tytuł tego spotkania jako pisarze prowincjonalni. Ja bym jednak zmienił nieco tę nazwę, licząc, że w innym kierunku trochę ta nasza rozmowa powędruje na hasło pisarze z mniejszych miast, pisarze czterdziestoletni. Pisarze pewnego pokolenia, które teraz próbuje dokonać bilansu, czego właściwie było świadkiem przez te ostatnie 20 lat pisania i życia w Polsce, bycia głosem pokolenia. Naszymi gośćmi dzisiaj są pan Sławomir Shuty. Witam serdecznie, zapraszam. Pisarz, performer, filmowiec, fotograf. Witam serdecznie. autor książek Cukier w normie, zwał, produkt polski, jaszczur i dziewięćdziesiąte. Zapraszam panie Sławomirze i Mariusz Sieniewicz. Zapraszam serdecznie. Pisarz, opiekun artystyczny sceny margines w Olsztynie, autor książek prababka, Żydówek nie obsługujemy, spowiedź śpiącej królewny i ostatnio walizki hipochondryka. Więc zaczynamy.
[01:24.44 → 01:24.84] B: Tak.
[01:26.31 → 03:01.33] A: Panowie, koledzy. Jest trochę tak, że wasza twórczość, wasze książki towarzyszyły dorastaniu i dojrzewaniu pewnego pokolenia. Pokolenia, które dzisiaj ma około 402, 4 lat. Pokolenia, które widziało czasy transformacji w Polsce, stawiało w niej pierwsze kroki jako artyści, próbowali ją komentować. Może próbowali ją zmieniać także. Na pewno ich, wasze książki, przedstawicieli tego pokolenia są jakimś dokumentem czasu, w którym żyliśmy, próbowaliśmy zrozumieć tę rzeczywistość. I teraz trochę jest tak, że przyszła ta smuga cienia i zacznijmy od dwóch waszych książek na początek. Jaszczur, Sławka Schutego i walizki hipochondryka, ostatnia powieść Mariusza Sieniewicza, w których bohaterami są pisarze. Pisała, że na różnym etapie frustracji, rozpadu, walki o siebie, ponownego przemyśliwania kim jestem i dlaczego taki jestem, tak tworzę, tak myślę. I kiedy spotykają się 40-latkowie naszego pokolenia, kiedyś jeszcze 5-6 lat temu rozmawiali o kobietach, podróżach, projektach, szansach, a teraz rozmawiamy o tym, kto się skończył, kto nie żyje, co kogo boli. I pierwsze pytanie byłoby chyba takie, Bo pisarz to jest ktoś, kto umie wybrać własny ból, umie go nazwać, umie go pracować literacko, gadać o nim. Co was boli dzisiaj, teraz, w tym dniu, w tej Polsce? Mikrofony są tutaj. Sławek Schuty.
[03:02.61 → 03:46.13] C: Dobry wieczór. Co mnie boli? Przede wszystkim bolą mnie dwie rzeczy, kręgosłup i wątroba. To jest jakby kluczowa historia. w moim organizmie, ale właśnie próbuję, chcecie odpowiedzieć na to pytanie, tylko że ono było bardzo długie i nie wiem teraz jakby czegoś się do końca zaczepić. Pamiętam końcówkę. Końcówka była taka, że właśnie kiedy spotykają się czterdziestolatkowie, to właśnie jest historia o właśnie chorobach i kto się skończył i tak dalej. Znaczy no ja nie do końca w sumie mam takie doświadczenia właśnie W zasadzie też może dlatego, że mało spotykam czterdziestolatków,
[03:47.03 → 03:48.65] A: bo faktem jest, że... Kolejcy już nie żyją.
[03:50.23 → 05:29.48] C: Znaczy żyją, żyją, tylko no faktem, znaczy faktem jest, że ludzie czterdziestoletni jakby zajmują się nieco innymi rzeczami niż, niż poznawanie się z ludźmi, co w sumie niektórych, co może dziwić, prawda, bo jakby stracą kontakt z takim życiem towarzyskim. Ale z drugiej strony rozumiem to, bo też mam powiedzmy rodzinę i dzieci. Wiem, że można się poświęcić właśnie takim czymś i myśleć wyłącznie tylko o tym, że się skończyłem i w ogóle jest ciężko i choroby tylko mnie czekają. Ale jeżeli chodzi o wiek, ja w sumie nie jestem takim pesymistą właśnie jeżeli chodzi o wiek, chociaż doświadczam powiedzmy jakby tego tematu, ale myślę, że to Nie jest tak jak przedstawiają media, że młodość to jest powiedzmy coś jakby rodzaj takiego raju, że żyjemy w jakimś raju, jesteśmy wszyscy piękni, wyluzowani i w ogóle mamy pieniądze i w ogóle bawimy się. Tak naprawdę, kiedy człowiek porozmawia o młodości, powiedzmy, z różnymi osobami, to też się okazuje, że ja mam kontakt częsty, powiedzmy, z młodymi ludźmi, więc jak się z nimi rozmawia, to też się okazuje to, że oni mają bardzo podobne problemy, jak powiedzmy, nie wiem, jak ja, czy tam, czy ktoś, więc młodość jest takim mitem trochę, a ja też jakby z perspektywy lat przeżytych, jakby doceniam też to, czego się uczyłem po drodze. Także odkrywam jakby też, wiesz, nowe rzeczy w ogóle na swojej drodze, więc... Wiesz
[05:29.48 → 05:31.28] A: co, wcześniej bolało bardziej, tak?
[05:31.28 → 05:31.52] C: Proszę?
[05:31.66 → 05:32.78] A: Wcześniej bolało bardziej.
[05:33.14 → 06:36.35] C: No tak, tak. Wcześniej jak byłem młody, no to byłem... Nie wiem, jak to w ogóle określić, ale... No ale byłem dość emocjonalny też i... i nie wiem, przeżywałem miłości w ogóle... wielkie cuda robiłem itd. Więc tak, młodość była też bolesna, była bolesnym przeżyciem, szereg jakichś powiedzmy niepowodzeń, rozczarowań, ale też nie jakichś takich powiedzmy katastrofalnych, prawda, takich jak przeżywa każdy po prostu z nas. Nie wiem, życia są podobne, tak mi się wydaje. I też tutaj może trochę jakby wyjdę poza to pytanie, które później mi chciałby pewnie zadać, ale jakby też o tym jest właśnie książka 90., którą napisałem, właśnie o tym, że Według mnie życie jest takim rodzajem takiej powiedzmy sinusoidy, która wiesz, czasami wchodzisz na górę, ale też masz bach, nieco się dzieje i tak właśnie sobie płyniesz, nie? I nie ma takiej sytuacji powiedzmy, że jakiegoś mitycznego raju, że po prostu jest sytuacja, w której wszystko jest piękne, świetne i to się nazywa młodość, czy też coś w ogóle innego.
[06:36.37 → 06:38.11] A: A teraz jesteś w tej pozycji, czy w tej?
[06:39.19 → 06:56.13] C: Wiesz co? Zależy właśnie o co pytasz, jeżeli prywatnie, zawodowo, różnie, ale myślę, że powiedzmy jestem gdzieś, ja tak oceniam siebie, jestem gdzieś na poziomie, nie jestem ani na dnie, ani na jakimś zniesieniu, ale powiedzmy dryfuję sobie w poziomie.
[06:56.61 → 06:58.13] A: Dobrze, Mariusz?
[06:58.83 → 10:35.81] B: Pytanie Łukasza, znaczy dzień dobry, pytanie Łukasza jest dość podchwytliwe, znaczy w tym sensie, że rzeczywiście można je dwojako traktować albo dalej odpowiadać w sensie biologicznym i tego Państwu oszczędzę, czego człowiek się boi po przekroczeniu czterdziestki. Tym bardziej, że się właśnie uruchamiają mechanizmy hipohondryczne i to jest dość często względne i relatywne, bo człowiek się rapidownie budzi w krainie takiej geriatrycznej konfabulacji. Ale też można oczywiście to czytać w jakimś takim planie metaforycznym, czyli oszczędzając Państwu jakichś ekshibicjonizmów szpitalno-zdrowotnych i związanych również z jakąś taką smogą cienia. Ja mógłbym powiedzieć, że w sensie takiej obecności to, co mnie boli, Ale też tak jak tutaj by Sławek powiedział, tak boli w taki kontrolowany sposób, w tym sensie, że już każdy z nas sobie wypracowuje pewne mechanizmy obronne i to już jak gdyby nie jest ta temperatura emocji i to nie są te amplitudy, to jednak bardzo mocno boli mnie taka opowieść o coraz większym niedopasowaniu, znaczy, że poszerzają się w literaturze coraz większe takie obszary wykluczenia, nienazwania, które one skutkują też tym, że nie wiem, w sensie na przykład pokoleniowym, ja widzę, że coraz więcej autorów z mojego pokolenia, z mojego rocznika, w najzwyczajniejszy sposób sobie odpuszcza. Czyli wrzuca taki luz, prawda? Wchodzi na taki jej jałowy bieg z takim poczuciem, że wszystko to, co się wydarzało pod koniec lat 90., z czym oni wchodzili, że to Nie tyle, że okazało się jakąś klęską czy porażką, tylko że to zostało wrzucone w jakiś popowo-medialny paradygmat, który jest jakąś ściemą, jest jakąś formą oszustwa i odgrywania pewnej roli. To mnie w tym sensie boli, że ja zaczynałem w taki klasyczny sposób, że było pismo literackie, że najpierw były publikacje w czasopisma, a później były jakieś debiuty, ożywione debaty, dyskusje, festiwale. i to jak gdyby dzisiaj wytraciło kompletnie swoją moc, znaczy, że raptownie macie państwo do czynienia z pisarzami, którzy projektują w bardzo taki egoistyczny sposób swoje kariery, że książki przestały być jakąś przestrzenią do dialogu, do odnajdywania się w pewnym sensie w tej rzeczywistości, że generalnie już książki nie są po to, żeby diagnozować rzeczywistość. To mnie boli w tym sensie, że uzaranie jak gdyby naszego wstępowania do literatury jednak było to właśnie, że każda książka była jakąś tam formą zamachu na rzeczywistość. Dzisiaj raczej idziemy w tym kierunku, że to jest pewien taki duchowy czy literacki towar, pewna oferta, która jest składana czytelnikowi jako klientowi. To jest dla mnie w formule pisarz-odbiorca najbardziej tak jakby bolesny, bo to też nas w tym momencie zmusza do tego, że albo się właśnie wycofujemy, odpuszczamy, albo wymyślamy na siebie jakiś pomysł, co zazwyczaj ma takie opłakane i katastrofalne skutki.
[10:37.16 → 11:37.37] A: Do różnych rodzajów cierpień, bólów fantomowych jeszcze wrócimy, a teraz chciałbym się skupić na tych dwóch waszych powieściach, które już tutaj anonsowałem, na jaszczurze i na walizkach hipochondryka, bo obie można czytać kluczem bardzo osobistym, że jest to rodzaj zapisu frustracji kogoś, kto jest albo wami, albo jest bardzo do was podobny. Korzysta jak pasożyt z waszego życia, z waszych doświadczeń. Te książki są ekshibicjonistyczne, książki są rozliczeniowe i są właściwie taką spowiedzią pełną złości, czy kreacją spowiedzi pełną złości, frustracji. Czy te książki miały dla was znaczenie oczyszczające? To takiego katarsis, wywalę to co mnie boli, wywalę próbę nazwania miejsca, w którym jestem po to, żeby wystartować jeszcze raz, żeby przemyśleć siebie. Jak podchodziliście do tych książek? Parę słów tylko, jak one są wymyślone, kto jest ich bohaterami. Chyba lepiej jak to wy opowiecie niż ja będę próbował w dziesięciu zdaniach streścić. Sławek o Jaszczurze.
[11:37.73 → 12:00.78] C: To znaczy tak, właśnie Jaszczur jest dla mnie książką, która ma dwie strony. W tym takim powierzchownym aspekcie jest to książka właśnie dotycząca, powiedzmy bohater tej książki jest takim Ma dużo ze mnie, prawda? Ma dużo obserwacji ze mnie, ale nie jest ze mną, bo... Nazywałaś się Sławomir
[12:00.78 → 12:02.16] A: Mateja w powieści, tak?
[12:03.22 → 12:37.66] C: Jest to możliwe, już nie pamiętam. Nie pamiętam, ale więc tak, tak. Ma dużo, dużo ze mnie. Znaczy, ma dużo jakby ze mnie... Żebym się nie zaplątał. Ja, powiedzmy, ja patrzę na świat w szerokim aspekcie. Jestem świadomy, powiedzmy, swojego tak złego aspektu. którego, który można nazwać cieniem, prawda, więc jakby wiem, że powiedzmy ten sam świat mogę zobaczyć powiedzmy ze strony jakiejś tam nazwijmy to mroku czy czegoś takiego, więc, więc, kurcze, zagubiłem wątek tego.
[12:38.68 → 12:48.50] A: Ten bohater jest pisarzem, do którego coraz rzadziej dzwonią z kolorowych tygodników, żyje z grantów ministerialnych, właściwie już mu się skończyły możliwości czerpania.
[12:48.52 → 14:02.94] C: I korzystując powiedzmy swoje autobiograficzne jakby wspomnienia i też doświadczenia z życia jako pisarza lub też powiedzmy z doświadczeń kolegów i w ogóle tego świata, użyłem tej materii, żeby skonstruować historię o w temacie, który gdzieś mnie znękał przez parę lat, jest to temat powtórnych narodzin, takiego jakby mitu, że człowiek powiedzmy umiera, czy Bóg umiera i rodzi się powiedzmy ponownie i tam po drodze powiedzmy ma różne przygody. Jest to powiedzmy mit, który właśnie jest podstawą takiego Drogi bohatera. Nie wiem czy kojarzycie w ogóle drogę epok bohatera. To jest taka pierwsza opowieść dla mnie. Śmierć i powtórna rodzina. Rytualny sposób przekroczenia śmierci. I w tej warstwie symbolicznej właśnie Jaszczur jest książką, dla mnie to jest książka o tym właśnie. Tylko szczerze powiedziawszy, zawsze jak się spotykam z kimkolwiek, co na ten temat mówi, to w zasadzie nikt tego nie porusza, tylko właśnie mówi tam, że... Czyli anegdota
[14:02.94 → 14:04.56] A: wygrywa z warstwą mityczną, tak?
[14:04.56 → 14:18.37] C: No dokładnie, ale jedna, tylko spotkałem się właśnie kiedyś w Zielonej Górze właśnie z takim powiedzmy, nie wiem jak nazwać, Tam prowadzi muzeum MSW.
[14:18.77 → 14:22.31] A: Muzeum MSW w Zielonej Górze.
[14:22.87 → 14:50.24] C: Prowadzi bunkier zielonogórski. I jak rozmawiałem z nim, to ono przeniknął tą warstwę. Ja nie mówię, że to jest jakiś obowiązek, trzeba to w ogóle tego szukać, ale trochę mnie, teraz trochę się powiedzmy wyżalam, przepraszam, i trochę mnie w ogóle boli to zawsze, że Jaszczur jest właśnie traktowany, że gdzieniegdzie nie słyszę, to po prostu wszyscy mówią, ale w ogóle dowaliłeś w ogóle, ale ci teraz dowalał. Ale w ogóle, co ty zrobiłeś? Człowieku, to czemu pisałeś tą książkę?
[14:50.84 → 14:54.60] A: Czyli to nie jest tylko rozprawa z wydawnictwami, z rynkiem wydawniczym?
[14:54.60 → 15:40.54] C: Nie, w zasadzie, szczerze powiedziawszy, gdybym taką rozprawę w jakiś sensie chciał podjąć, to wtedy to wyglądałoby na pewno inaczej. Ale myślę, że też moja wiedza na ten temat jest dosyć uboga. Myślę, że taki powiedzmy Witkowski to pewnie na ten temat więcej wie. więc nie wiem, może się tym tematem zajmie. Generalnie jakby to mi posłużyło do kreacji właśnie bohatera, który jest właśnie takim skrajnym egoistycznym po prostu świnią, skrajną egoistyczną świnią, który wykorzystuje ludzi i przechodzi powiedzmy jakąś przemianę, ale ta przemiana, przejście tej przemiany powoduje, że po prostu on jakby nie zostaje zaakceptowany. Nie no to głupio mi o tym opowiadać naprawdę, bo A to wyjaśnij tylko,
[15:41.08 → 16:00.56] A: co miał poznaczyć ten finałowy gest z jaszczura, w którym tak naprawdę odchodzi od bycia pisarzem, a zaczyna budować jakąś dziwną konstrukcję w pokoju. Trochę jak dziadek zbieracz, taki zbierający przedmioty, a jednocześnie artysta, konceptualista, który ze śmieci, z odpadków kulturowych chce zbudować coś. Co to miałoby być? Dlaczego miałby być ratunkiem?
[16:00.68 → 17:02.02] C: To jest taki rodzaj metafory takiego Wona, że on po prostu, wiesz, odgradza się od świata w swoim rodzaju więzieniu, które jest jego też światem. To jest rodzaj takiej hiperprzestrzeni, ale zrobionej z rzeczywistości. Myślimy o tym tak jak Jak ten Proust, prawda, brał sobie tą ciasteczko, jadł i przypominał sobie całą, cały świat w ogóle swojej młodości, to powiedzmy Gozi jakby idzie w ten sposób, że zbiera przedmioty, które jako, że jest też artystą konceptualistą, gdzie powiedzmy ja też częściowo właśnie takim artystą jestem, to on jakby zbiera przedmioty i buduje z tego mapy jakby swojej właśnie takiej przestrzeni pamięci w ogóle świata, w którym jakby buduje książkę, tak nazwijmy to liberaturę, tworzy książkę przestrzenną. No i ta książka przestrzenna powoduje to, że się odgradza w ogóle od świata i buduje rodzaj takiego łona, w którym zostaje jakby złapany przez potwora i wyciągnięty na zewnątrz.
[17:02.80 → 18:06.76] A: Tyle o jaszczurze. Mariusz Walicki, hipochondryka. Kiedy czytamy tę książkę, tak cały czas się wahamy. Ona się ukazała we wrześniu 2014 roku. Czy to ty, czy nie ty? W pewnym momencie oczywiście przez pewne groteskowe ujęcie wydaje się, że to jest kreacja absolutnie zmyślona, ale w pewnym momencie pojawiają się... Detale teatralne dotyczące pracy w teatrze. Pojawia się młody reżyser czy reżyserka, która omawia stunningowanego Sophoclesa. Ten narrator nagle mówi o doświadczeniach teatralnych. No i wtedy, przynajmniej dla mnie, jest to sygnał. Tak Sieniewicz mówi i o sobie, o swojej pracy w Olsztynie. W rozmowach z rzeczywistymi reżyserami, planowaniu repertuaru. Jednocześnie wcześniej mamy do czynienia z katalogiem wszystkich możliwych hipochondrycznych uzależnień, lęków. gdzie zamiast amfetaminy jest ketonal, gdzie bohater musi przebadać cały czas, bo póki choruje, to żyje. Póki jest w stanie zagrożenia życia, to życie ciągle się w nim i chęć do życia tli. Ile ten Emil Śledziennik ma z ciebie?
[18:06.80 → 19:51.93] B: Fajnie, że tak to czytasz. Ja jestem o tyle w pewnego rodzaju ambrasie, Zawsze bardzo mocno oddzielałem taką przestrzeń krytyczną książki od takich intencji autora. W tym sensie, że ja intencjonalnie mogę państwu bardzo dużo opowiadać, co ja tam chciałem i tak dalej, ale wiem, że tak naprawdę czytelnik czy krytyk tutaj jest podstawowym takim interpretatorem, że moja rola się kończy. Jeśli chodzi właśnie o te wątki, autobiograficzne, to ja się złapałem na tym, że na początku chciałem coś takiego popełnić. Rzeczywiście, żeby w tę książkę wpompować bardzo dużo takiej autobiografii, stąd to było właśnie tak osadzane w tych różnego rodzaju kontekstach, ale im bardziej tych realnych kontekstach, gdzie rzeczywiście osoba z zewnątrz może powiedzieć sprawdza i rzeczywiście ma te karty, które się pokrywają. z rzeczywistością, ale pisząc tę książkę po raz kolejny uświadamiałem sobie, że autobiografia w dziele literackim jest niemożliwa. Jednak wydani jesteśmy na łup takiej konfabulacji, na pewnej narracji, opowieści, gdzie snujemy zupełnie alternatywną często opowieść niż ta jaka jest w istocie. I ten mój bohater taki też jest. On ma te słupy graniczne, że właśnie jest kontekst, że to jest Olsztyn, że to jest teatr. ale w sensie jak gdyby jego takiej wewnętrznej wędrówki, to on raptownie zaczynał mi uciekać. Znaczy zaczynał się stawać taką bardzo...
[19:51.93 → 19:53.23] A: Bardziej nie ja niż ja.
[19:53.39 → 22:16.93] B: Tak, tak. Znaczy ja czułem, że on zaczyna żyć swoim własnym życiem, że jak gdyby ode mnie coraz bardziej odchodzi. Więc to wiem, że ten trop autobiograficzny jest bardzo kuszący. Ale to odchodzenie od autobiografii na rzecz konfabulacji wydało mi się znamienne właśnie w takich miejscach jak np. szpital, do którego główny bohater trafia. Trafia oczywiście w swoim hipochondrycznym przewrażliwieniu, uważa, że już z tego szpitala nie wyjdzie, że to jest dramat, że to jest apokalipsa i koniec. I zaczyna dokonywać w tym szpitalu takiej pewnego rodzaju spowiedzi. Stąd też jak gdyby się wziął tytuł, bo bohater dokonuje właśnie tej spowiedzi, przywołuje od czasów dzieciństwa po te najnowsze czasy różnego rodzaju zderzenia i widzi, że pamięć ma taki walizkowy charakter. Znaczy, że jak mogę porównać, jak mogę utożsamiać siebie w wieku 40 lat z tym chłopcem, który miał 5 lat. Znaczy, że to są odrębne kompletnie światy i one w żaden sposób mi się nie rymują. Oczywiście istnieje pokusa literacka, żeby mitologizować to, żeby szukać właśnie takich syntez całości, żeby stworzyć taką całościową opowieść. ale co zrobić ze swoim życiem, kiedy właśnie ten walizkowy charakter pamięci i przyszłości nie układa się w całość. I ten główny bohater ma tego typu dylemat czy problem. To jest jedna rzecz. Druga to taka, mówiłeś o tym, czy te książki mają taki właśnie walor terapeutyczny, żeby z siebie to wyrzucić. W tym sensie, że te walizki hipohondryka mają dla mnie walor terapeutyczny, ale nie na takiej zasadzie, że oto wyrzuciłem z siebie, a więc uwolniłem się z tego świata, tylko bardziej to mi uświadomiło, być może dość banalną rzecz, że nie sposób z siebie tego wyrzucić, tylko trzeba to oswoić. Jeśli terapia, to tak, ale poprzez takie oswojenie, że innego świata nie będzie, czy cytując klasyka.
[22:16.95 → 22:22.07] A: Oswojenie, czyli także obśmianie, hiperbolizacja tego, co nam się roi?
[22:22.53 → 23:57.00] B: Tak, jak najbardziej, bo to jest w tym momencie jedyny taki mechanizm obronny. Jeśli sobie z tym nie radzę, to zaczynam to hiperbolizować i doprowadzać w pewnym sensie do absurdu, żeby też uświadomić sobie absurdalność swoich fobii, Ale tak jak Sławek po części mówił o jaszczurze w swojej warstwie narracyjnej, dla mnie też w walizkach było bardzo istotne to, że ten główny bohater trafia do sali ze starszym pacjentem, którego nazywa sobie Hakawati, dlatego że on jest takim gawędziarzem. I też tutaj próbowałem, czy chciałem, jak gdyby zderzyć ze sobą takie dwie opowieści, czy takie dwie hipochondrie, znaczy tą hipochondrię naszą, bardzo intymną, wewnętrzną, z tymi lękami i fobiami, i bardzo prywatną, z taką hipochondrią, która jest taką ogólną narracją i właśnie personifikacją tej ogólnej hipochondrii jest właśnie Hakawati. Czyli, że moje lęki zaczynają się zderzać z lękami narodowymi, plemiennymi, tymi ogólnymi i że my jak gdyby przegrywamy w swoich tych prywatnych lękach z tymi wielkimi opowieściami, że one jak gdyby nas naznaczają, traumatyzują. I tam w książce się właśnie coś takiego dokonuje, że oni leżą łóżko w łóżko i on cały czas wysłuchuje tych różnego rodzaju narodowych i plemiennych opowieści, które się układają właśnie w jakiś taki bardzo groteskowy pean na temat naszej wspólnej opowieści.
[23:59.20 → 24:11.78] A: Chciałbym teraz poprosić pana Marka Szkoda, aktora, na scenę, ponieważ przeczytamy pierwszy z wybranych na dzisiaj fragmentów. Myślę, że walizki hipochondryka. To jest ten moment. Panie Marku, proszę bardzo.
[24:12.58 → 24:12.68] C: Dzień dobry.
[24:13.00 → 35:02.27] D: Dobry wieczór. Opuściłem ceglastyk w Mach WKU, starając się zapomnieć o traumie analnej. Z boku wejścia przy popielnicy najeżonej petami stało dwóch typów metalowiec i punk. Obaj w wyćwiekowanych skórach. Ja też w skórze czarnej, choć innej prowieniencji. W tamtych czasach byłem depeszem. Skóra pochodziła z darów rozdawanych w kościele. Ich pewnie też. Taki to subkulturowy paradoks. Udałem, że nie widzę gostków. Wybita do książeczki wojskowej A1 spowodowało, że przez moment znalazłem się na życiowym zakręcie. Nie wiedziałem, dokąd pójść. Co, koleżko, idziemy w kamasze? Zagadnął fan Turbo i TSA. Zwolennik anarchy i defektu mózgu podwinął już i tak wysoko podwinięte nogawki, po czym harknął potężnie na chodnik. Chyba tylko przedpoborowe okoliczności sprawiły, że znajomość nie zakończyła się zwyczajową młódzką. Albo co? Zapytałem tyleż zaczepnie co dyplomatycznie, starając się zachować konieczną flegmę w głosie. Albo ja i co? Pupcia w porządku? Odpalił ten, który ponad oj przedkłada oj. Albo na odwrót. Zawsze miałem z tym problem. Jest wino do zrobienia, ale brakuje paru złotych. Szanowny Depesz się dołoży, jeśli też nie lubi pierwszych liter alfabetu. Długowłosy metal załagodził spięcie. Czemu nie? Mogę się dołożyć. Przystałem na propozycję. Zaraz za WKU rósł lasek miejski. Płynęła w nimi i płynie do teraz łyna. W tamtych czasach skarpy nad rzeką stanowiły odpowiednik dzisiejszych pubów. Zdarzały się dni, że większość krzaków była zajęta. Dołożyłem ile trzeba i zahaczywszy o PSS z Połem Stokrotka znaleźliśmy wolne miejsce nad leniwie szemrzącą wodą. Zaczęliśmy od sangri, zgadzając się co do tego, że WKU to chujnia z grzybnią. Później pojawiła się Sofia i pytania jak wybrnąć z chujni z grzybnią. Nadobicie przyszłość pisana patykiem i rozwiązanie. Studia. Byliśmy młodzi. Wprawdzie nie sięgaliśmy tam, gdzie wzrok nie sięga, ale rzygaliśmy na pewno. W takich okolicznościach przyrody poznałem konia i platynę. Pasowaliśmy do siebie jak pięźni do nosa może, więc dlatego trzymaliśmy sztamę. Ja starałem się nie poznawać ich z moimi depeszami. Oni uważali, żebym nie wchodził w drogę metalom i punkom. Zdaliśmy na polonistykę, bo po pierwsze, sporo czytało się w tamtych czasach i dla przyjemności. Po drugie, wiadomo, dobrze być rodzynkiem w żeńskim cieście. Po trzecie, od roczka, przez pięć lat mieliśmy spokój. I znów, to był wybór rodem z lat osiemdziesiątych. Szliśmy pod prąd, bo media krzyczały, że idzie nowe. Każdy kierunek dobry, łącznie z smutkami, byle nie filologia polska. Ale ten wygłup powodowany protestem przeciwko zdolności do czynnej służby wojskowej naprawdę nas wciągnął. W telewizorze pokazywali rówieśników, którzy dorabiali się pierwszych milionów na dowód, że jak się chce to można, a my albo w bibliotece, albo w jednej z knajp. Wyrastały na starym mieście jak grzyby po deszczu. Zwąchaliśmy się z kilkoma laskami, które też nie do końca wierzyły w nauczycielskie powołanie. Nie znasz ich, ja już nie pamiętam. Takie tam dziewczyny. Nie ma co się rozwodzić, bo ani tak piękne jak ty, ani jak ty mądre. Jakby tego było mało, postanowiliśmy zawrócić kijem Wisłę. Założyliśmy pismo literackie. A co? Inni zakładali firmy, robili biznes na mydle i powidle, wynajmowali się korporacją, a my sprzedawaliśmy ludziom wiersze, opowiadania, eseje. Platyna odpowiadał za prozę, konił za poezję, ja zajmowałem się resztą. Piękne czasy Don Kiszoterii. Z wypakowanym egzemplarzami pisma plecakiem jechało się do Warszawy, do Torunia, do Gdańska. Nie trzeba było nawet dawać w łapę, żeby księgarz ustawił pismo na dobrze widocznych półkach. Dopiero później Empik zmonopolizował rynek. Nasze pismo spadało na coraz niższe półki. Niby było w sprzedaży, ale nie można go było znaleźć. Doszliśmy też do ładu z muzą. Zaczęliśmy słuchać granchu. Piliśmy, trzeźwieliśmy, czytaliśmy. Dzięki tej triadzie udało się przeżyć Balcerowicza i zaciskanie pasa w imię świetlanej przyszłości. Żeby uwierzyć w przyszłość, trzeba było naprawdę mieć wiarę Hioba. Wokoło ubóstwo typowe dla pomniejszych miast wojewódzkich, jakim był i jest nadal niestety Olsztyn. A kilka kilometrów za miastem rozpościerał się czarny ląd PGR-ów. Pola z zachwaszczonymi skibami suchej ziemi, ryby wybite z jezior do ostatniej płetwy i ludzie o twarzach koni. Siedzieli na kuroniówce popijając jabole. Wielu mi mówi, że przesadzam, że świat widzę w czarnych kolorach i nie chcę z ufnością oddać się nowym czasom. Tak źle nie było, spokojnie. Poza tym, no ilość można wciąż o tym samym i wciąż w czarnych kolorach, to nudne. Jednak jak było naprawdę, nikt nie wie i wiedzieć nie będzie. Dość długo trwało, zanim odkryłem, że w gruncie rzeczy wszystko, całe to nasze życie jest kwestią bajki. Każdy opowiada sobie bajkę, żeby jako tako ogarnąć całość. Minęły lata dziewięćdziesiąte. Pismo padło. Nasza przyjaźń zmieniła się w sieci mailowych powiązań. Każdy poszedł własną drogą. Szczerze mówiąc, pismo zawsze ciągnęło na dotacjach. Z numeru na numer obniżaliśmy nakład, a i tak schodziło tyle, o ile autorzy mieli liczną rodzinę. Bokiem nam wychodziły te żebry. Ciągłe wycieranie klamek w Wydziałach Kultury. Po studiach znowu odezwało się Wojo, ale tym razem przydał się ojciec. Pomógł całej naszej trójce. Chyba pogodził się z faktem, że nic już ze mnie nie będzie, a w wojsku zginę zamiast zmężnieć. Sobie tylko z danymi kanałami dotarł do wysoko postawionego oficera z kontrwywiadu wojskowego i jako że budowlaniec zawodu wyremontował mu chatę. A wiza przestały przychodzić, a my przestaliśmy istnieć dla armii. Nasze papiery zniknęły w tajemniczych okolicznościach. Do dzisiaj mam nieuregulowany stosunek do służby wojskowej. To jeden z nielicznych przykładów pożyteczności ojców. Z koniem jestem w kontakcie. Od czasu do czasu jakiś SMS, od wielkiego dzwonu piwo. Pracuje w bibliotece, ma ochrzczonego syna, dwa nieudane związki, jedną samobójczą próbę. Platyna wyjechał do Wawy i poszedł w kopirajty. Podobno ściął włosy, wciąga kreski, chodzi w garniaku. A jedynym śladem dawnego metala jest melodyjka w komórce. Wgrał sobie kawałek Slayera. Banalny koniec w stylu, co się stało z naszą klasą? Na co się miało niby stać? Istnieje na fotografiach. Jak kogoś naprawdę przypili może sięgnąć po album. Kocico Iskrowłosa. Ja naprawdę pokochałem literaturę. Dostałem etat na uczelni, dzięki czemu z zaangażowaniem mogłem mówić o bezrobociu. Zacząłem też wyżywać się w juwenaliach. Jednak wszystko co robiłem powinienem było patrzeć z templem czas za przeszły. Równie dobrze mógłbym zrezygnować z elektryczności i wrócić do świeczek. Wtedy w latach dziewięćdziesiątych nie było nikogo, kto by mną potrząsł. A szkoda, bo może byłbym teraz królem sedesów. Za kamienie, za wypchany nimi pęcherzyk winę ponosi literatura. Rzekes. Oskarżam ją za fajki zamiast śniadania. Za kawę liczoną na wiadra i za nierówną walkę z demonem Grafomanii. To się musiało odkładać i twardnieć na kamień, ale po co? Żeby po siedmiu latach pożegnać się z uczelnią, z dziesięcioma stronami doktoratu? Żebym wciąż uchodził za obiecującego młodego poetę? Stary, koń ze mnie. Czterdziesty krzyżyk i być może jutro o tej porze omnis moriar. Kocico, iskra włosa, wyznam ci coś, o czym dotychczas nie mówiłem nikomu. To mój wstydliwy sekret. Otóż czasami, w chwilach bezbrzeżnej szczerości, gdy jestem sam na sam ze sobą, Gdy mogę zdjąć z twarzy maskę powściągliwości, odzywa się we mnie żenujący głos. Przyznaj się, przyznaj i wstydź się, wstydź Emilu Śledzienniku. Głos pastwi się nade mną, nie daje spokoju. Że marzy ci się proza prosta cepem mucona, udająca Hemingwayowską frazę. Że chciałbyś machnąć jakiś kryminał albo czytadło pop. Przyznaj się, przyznaj i wstydź się, wstydź Emilu Śledzienniku. Że pragniesz sesji zdjęciowej do kolorowej prasy. że książki, literatura to tylko pretekst, bibelot, dodatek do lifestyle'owych i medialnych min. Przyznaj się, przyznaj i wstydź się, wstydź Emilu Śledzienniku. Że poszedłbyś na ściankę z celebrytami przybijać piątkę, że chciałbyś ślepnąć we fleszach sławy. Przyznaj się, przyznaj i wstydź się, wstydź Emilu Śledzienniku. Że płytę byś sobie wydał i teledysk nakręcił i głos zabrał w sprawach, o których nie masz zielonego pojęcia. Przyznaj się, Przyznaj się i wstydź się, wstydź Emilu śledzienniku, że za swój znój, pot, udrękę, kocicoratu i wpadłem w korkociąg chciałbyś wysokich nakładów i dużo hajsu. Przyznaj się, przyznaj i wstydź się, wstydź Emilu śledzienniku, że aby poczuć się pisarzem, no już kończ głosie wstydu oszczęć, pojechałbyś na drugi koniec Polski za trzysta brutto plus zwrot kosztów podróży. Przyznaj się. Przyznaj i wstydź się, wstydź Emilu Śledzienniku, że niech ktoś zatrzyma ten masochistyczny dryf. Chciałbyś na twórce wyrywać dupy, zbierać ochy i jachy egzaltowanych licealistek. Przyznaj się, przyznaj i wstydź się, wstydź Emilu Śledzienniku. Wystarczy już. Dość. Jakiż to małostkowy głos, jaki nikczemny i marny. Przydałaby się tabletka Estazolamu, choćby pół. Za kilka godzin operacja, powinienem zasnąć. Odpocząć nie mogę. Uodporniłem się na keton, ale działa o wiele słabiej niż dwa dni temu. Księżyc zagląda przez okno piękny jak z bajki. Na kształt pordzewiałego sierpa i rzuca snop metalicznego światła. Oho, co za genialna asocjacja. Jego lunatyczna moc kłusi, żeby spróbować zwalczyć ból, podnieść się z łóżka, poskakać, sprawdzić czy zagrzechoczą kamienie. Na próżno. Jest ciężko, bezwładnie. Wzdęło mnie więc hołdra zaokrąglona, niczym napięty żagiel. Raz, drugi odzywają się wiatry, szkwał idzie od strony podbrzusza.
[35:04.63 → 36:08.75] A: Dziękuję bardzo. Tylko na marginesie pragnę zauważyć, że Teatr Stary płaci troszeczkę więcej za przyjazd do Lublina. Panowie, wywołaliśmy ten temat i fragmentem z prozy Mariusza i z tym, co Sławek mówił o swojej książce 90., ten nasz czas, czas naszego pokolenia, kiedy wchodziliśmy w dorosłość, kiedy wchodziliśmy w twórczość. Co z tego właściwie dzisiaj zostało? Jak patrzycie na tamtą przeszłość? Czy to był jakiś taki fałszywy Eden? w którym wszystko było możliwe, a niewiele z tego się ziściło. Czy to był czas próby, po którym przetrwali tylko ci najlepsi, najbardziej wytrwali, najbardziej zdeterminowani, żeby pisać, tworzyć? Jak dzisiaj oceniacie te lata dziewięćdziesiąte, bo to chyba jest dla naszej generacji taka mityczna kraina, nie późny PRL, tylko w moment, kiedy mając osiemnaście, dziewiętnaście lat wchodzimy w wilczy kapitalizm i próbujemy sprawdzić, jak w tym systemie funkcjonuje sztuka, jakim może być pisarz, filmowiec, artysta teatru. Sławek?
[36:09.87 → 37:45.12] C: To znaczy, ja w dziewięćdziesiątek w zasadzie byłem artystą, nie wiem, muzykiem chyba wtedy. i byłem po prostu jakimś tam, nie wiem, lokalnym muzykiem, który gra sobie tam w piwnicy jakiegoś, nie wiem, dziesięciopiętrowca czy czegoś innego, więc nie miałem w sumie żadnych też aspiracji jakby związanych z tym i te dziewięćdziesiąte właśnie dla mnie jako artysty w tamtych czasach były takim właśnie dryfem, nie, że bez oczekiwań po prostu z chwili na chwilę. i też jakimś okresem po prostu poszukiwań cały czas. Właśnie ta książka 90. jest takim, tak jak mówiłem wcześniej, takim rodzajem, że bohater jest taką Wańką Wstańką. Przewraca się, wstaje, przewraca się, wstaje i idzie po prostu do przodu. Zdobywa jakieś doświadczenie cały czas. Myślę, że tak na to patrzę teraz z tej perspektywy. Faktem jest, że w naszym przypadku dziewięćdziesiąte rzeczywiście były okresem młodości, no i siłą rzeczy po prostu ta młodość zawsze jest burzliwa. Myślę, że zawsze jest burzliwa. Dużo więcej hormonów, dużo więcej chemii w ogóle, w mózgu się burzy dużo więcej pomysłów, dużo też mniej zobowiązań, w ogóle odpowiedzialności też ciąży, więc człowiek może jakby cały czas szarpać się na coś zupełnie nowego, głupiego, co powiedzmy Dzisiaj już czego nie wykona, Lenin nie będzie zmuszony. Więc dziewięćdziesiąte były właśnie dla mnie takim czasem. Ale w sumie przeszły.
[37:45.68 → 37:49.90] A: A pamiętasz co czułeś jak się ukazał nowy wspaniały smak? To był dziewięćdziesiąty dziewiąty rok.
[37:50.34 → 39:02.96] C: Pamiętam co czułem, bo ten, bo w zasadzie ja go sobie sam wydawałem. na jakiejś ksorkopiarce i było to bardzo miłe przeżycie. Miłe przeżycie było też zobaczenie książki Bełkot, który właśnie wydała korporacja Hart właśnie w jakiejś krakowskiej księgarni. To w ogóle był taki rodzaj szoku, że w ogóle jest tam księgarni i tak dalej. A Nowy Wspaniały Smak był też w sumie spoko, bo on był rozprowadzony wśród moich znajomych. w takiej piwnicy, którą kiedyś właśnie mieliśmy w Krakowie, tam żeśmy organizowali różnego rodzaju imprezy. I to byli powiedzmy moi najlepsi, jak to powiedzieć, czytelnicy też, bo każdy z nich czytał, bo powiedzmy obracał się w podobnym jakby jakimś kręgu, że tych samych rzeczy dotykaliśmy i tak dalej. A też dziwnym trafem wszystkim się podobało. No nie wiem, czy to był też wynik tego, że byli moimi kolegami i mi pocieszali, Fajny, fajny, nie, ale za plecami, ale chyba nie, no bo to były takie, powiedzmy, anegdotyczne jakieś historie właśnie dotyczące świata wokół, prawda, więc każdy to gdzieś widział i każdemu się to podobało.
[39:05.72 → 39:08.74] A: Nie żałujesz tego czasu, tych lat dziewięćdziesiątych? Ostatnie pytanie.
[39:09.18 → 39:13.24] C: To się powinno inaczej zacząć.
[39:13.34 → 39:20.78] A: Powinniśmy się dostać, wy powinniście się dostać w inne tryby, w inną machinę, w inny system, z którym nie byłoby tyle rozczarowań.
[39:21.64 → 39:47.46] C: Mówiąc o dziewięćdziesiątych, to jest w ogóle temat rzeka. Można by na ten temat politycznie mówić w ogóle szereg różnych rzeczy. Ja powiem szczerze, że nigdy jakoś nie byłem politycznie zaangażowany tak zdecydowanie. A raczej, jeżeli już miałbym trzy party do muru, to po prostu wybierałem zawsze anarchię. Ale, ale... Kurczę, uciekł mi w owu, mam tak pytania, jakbyś mi przypomniał.
[39:47.50 → 39:53.26] A: To zatrzymajmy na chwilę, wróćmy, Mariusz. W tym fragmencie zastanawiam się, jak zmienić,
[39:53.34 → 42:09.38] B: jak złamać klimat naszej rozmowy, żeby to nie brzmiało tak kombatancko. To ja mogę zaryzykować nawet na zasadzie pewnego treningu intelektualnego jednak taką tezę, że lata 90 były finałem lat 80. Znaczy, że można też na to w ten sposób, w ten sposób na to spojrzeć, bo nie chcę jak gdyby podchodzić do lat 90 w taki dość jak gdyby oczywisty sposób, że byliśmy młodzi, więc oczywiście i te lata musiały nam świecić jaśniej i być piękniejsze. Ja cały czas uważam, że lata 90. to jest ten okres, który jest najpiękniejszy okres jak na razie, który nam się przydarzył. Mówi o takim współczuciu i generalnie społeczeństwu w tym sensie. Oczywiście w latach 90. często są odsądzane oczci, wiary i tak dalej. Pewien potencjał i taki podmuch wolności, jaki wtedy funkcjonował w przestrzeni artystycznej, jest kompletnie nieporównywalny z dzisiejszym czasem. Też nie wydaje mi się, że to jest tak, że właśnie musielibyśmy uskuteczniać taką narrację, że wtedy my byliśmy młodzi. Dlatego, że ja mam kontakt z młodymi ludźmi i ja nie widzę już tego zaśpiewu, takiego anarcho-pacyfistycznego rzutu na rzeczywistość, takiego wydzierania. Znaczy, że dzisiaj obudziliśmy się w takim strasznie sprofesjonalizowanym świecie. że właśnie mamy takie różnego rodzaju branże i ci młodzi ludzie wchodzą. Zawsze się tutaj przywołuje Kasus Mosłowskiej, że jej fenomen zamordował sztukę w jej takiej intuicyjnej eksplozji. W tym sensie, że jak dzisiaj się rozmawia z młodymi twórcami, często jeszcze przed debiutem, no to oni projektują swoje życie w prosty sposób, że to musi być duże wydawnictwo, kilka nominacji i nakład. I to jak gdyby tutaj się kończy rozmowa. Dla mnie lata dziewięćdziesiąte w sensie właśnie i kulturowym i społecznym były taką właśnie taką eksplozją wolności. W tym sensie, że tam się wtedy bardzo mocno to wszystko jakoś Gmatwało, kątłowało, realizowało.
[42:09.40 → 42:18.88] A: Nazwałbyś ten czas strony wydawniczej takim epilogiem do Erysa Mizdatu, że nagle okazuje się, że literaturę można robić własnymi rękami. Tak robiłeś pismo, tak robiłem pismo teatralne Didaskalia.
[42:18.88 → 44:35.41] B: Jak gdyby nie wiadomo, jako przyjąć narrację w naszej opowieści, bo państwo też nas jak gdyby słuchają i generalnie co? Dzisiaj żyjemy w takiej rzeczywistości mediów. To jest w pewnym sensie banalne, ale jeśli ktoś nam nie pokaże palcem, co jest fajne, na co warto pójść, co przeczytać, no to generalnie się poruszamy jak we mgle. Ja mówię o latach 90., że wtedy tych drogowskazów nie było. To co Słowek powiedział, że ludzie tworzyli, konsumowali twórczość poza jakby tym takim pręgierzem medialnym, takiej weryfikacji tego systemu gwiazdek, nominacji i tak dalej. To kompletnie było wtedy nieistotne, więc w tym sensie sztuka i kultura została zepsuta przez system właśnie nominacji gwiazdek, tabloidyzacji, jakichś takich grantów, nagród i tak dalej. moim zdaniem tu jak gdyby jest totalna wtopa. Znaczy, że dzisiaj jak gdyby takim gwarantem, weryfikatorem tego, co jest dobre, no to właśnie tak naprawdę jest dzisiaj mainstream. Lata 90 były piękne z tego względu, to o czym pisał Przemysław Czapliński, gdy mówił o zaniku centrali. Ja sam byłem pronumeratorem kresów, które wychodziły tutaj, prawda. Czasami podkradałem z biblioteki kresy. I po prostu czytało się kresy A, Kant, Nowy, no mnóstwo tego było i jak gdyby znajdowało się na to czas i podchodziło się do tego na zasadzie takiej w sumie demokratycznej, że to są ważne głosy, które trzeba przeczytać. Dzisiaj, też przecież parę lat temu, czy paręnaście lat temu, ten sam Czapliński pisze o powrocie centrali, że ten świat się nam strasznie znowu zmajstreamował, pozamykał, podomykał. My to sobie możemy lać żal, ja nie muszę, w tym sensie, że wydaję wznakły i mogę mówić, że znalazłem sobie jakąś tam niszę. Ale co na przykład zrobić z poetami? To jest dramat. To, że mają 2-3 wydawnictwa i żyjemy w takim obłudnym, kulturowym świecie, że Polska kraj poetów, a generalnie nie wiadomo, gdzie ci poeci mają wydawać i nawet jak ich znaleźć. Ja się tego strasznie boję i dlatego tak buduję opozycję lata 90. dzisiejsze czasy, że no jak gdyby straciliśmy dziewictwo, znaczy wszedł rynek. Wtedy rynek nie do końca był zainteresowany, kultura nie była jakimś takim towarem jeszcze, nie obwąchanym.
[44:36.49 → 45:23.12] A: A spróbowali byście nazwać chorobę, która trawi dzisiejszą współczesną polską prozę, czy rynek wydawniczy? Bo w porównaniu, tak jak opowiadaliście, do lat 90., widzimy, że jest zupełnie inna sytuacja. Inaczej, tak jak powiedziałeś, naznacza geniuszy, bije w dzwony, kiedy pojawi się ciekawy debiutant. Trochę innym węchem kierują się czytelnicy także. Gdzie został popełniony błąd? Czy to jest wina monopolii wydawniczych, czy to jest wina pisarzy, którzy próbowali się, pójść w jakieś specjalizacje, startgetować? Jak postrzegacie tę rzeczywistość? Bo coś się wydarzyło, prawda? Pamiętacie obie rzeczywistości, lata 90., jeszcze wcześniejsze i funkcjonujecie na dzisiejszym rynku. Co się stało?
[45:23.72 → 46:10.55] C: To znaczy, ja myślę, że trudno mówić w ogóle o błędzie, że nastąpił jakiś błąd. Po prostu się zmieniły czasy i jest inne oczekiwanie na inny rodzaj literatury. No powiedzmy wtedy, jak Nie wiem, my wtedy jak pisaliśmy, piszemy cały czas, ale jakieś tam, ileś tam lat temu, gdzie ta literatura była inna, to o czym ty mówisz właśnie, no to było zainteresowanie innymi pisarzami, inne tematy były podejmowane i tak dalej. No teraz jest zainteresowanie czymś innym. Pojawiły się reportaże, pojawiły się kryminały. Tak po prostu mi się wydaje, to jest jakieś naturalne zachowanie. Nie wiem, czytelnika. Po okresie właśnie takiego rozliczenia się i jakiejś obyczajowości.
[46:10.55 → 46:18.27] A: Czy pisarz powinien się dostosować czy przeczekać? Czy liczyć na to, że to co wartościowe przetrwa każdy okres rozproszenia?
[46:18.51 → 46:34.41] C: Każdy podejmuje, powiedzmy, strategię jaką sobie wybrał i wcale powiedzmy na przykład nie nazwę, powiedzmy, nie wiem, strategii Witkowskiego jako zło, po prostu wybrał sobie taką, idzie w tym kierunku, żyje, jest z tego zadowolony.
[46:34.61 → 46:36.57] A: Co ukrywa się pod pojęciem strategia Witkowskiego?
[46:36.97 → 46:44.41] C: Powiedzmy, że funkcjonuje w tabloidach, jakby sprzedaje swój wizerunek i żyje właśnie na kreacji takiego właśnie celebryckiego.
[46:44.43 → 46:45.51] A: Bloki modowe i przebieranki.
[46:45.53 → 47:02.27] C: No właśnie, taki rodzaj blichtru, prawda, pompowanie właśnie balonika, tak zwanego, którego nie ma. ale to jest jego strategia, dzięki której realizuje swoje... Nie mogę tego określić, że to jest złe, po prostu tak jest.
[47:02.75 → 47:04.73] A: A twoja strategia, jak byś ją nazwał?
[47:05.37 → 48:54.45] C: Trudno powiedzieć. Moja strategia to rzucanie się do różnych pomysłów. Na razie jeszcze, dopóki Mogę sobie na to pozwolić, to staram się realizować jakieś takie swoje pomysły, także po prostu, znaczy wiesz, robię to co sobie wymyślę, chociaż to w sumie nie jest to dobrze opłacane ani jakimś, nie ma to też medialnego przełożenia. Ale pozwala mi się dużo nauczyć, dużo poznać, też dużo ludzi w ogóle poznać. Tutaj mówię też, powiedzmy, o tej swojej jakiejś tam działalności filmowej. Ostatnio może teraz zacząłem malować nawet. Stworzyłem serię obrazów. Oczywiście nie nazwę się malarzem, ale po prostu jest to w ogóle czynność, którą powinniśmy w ogóle uprawiać wszyscy. Zapomnieliśmy w ogóle o plastyce. Może to jest też tragedia naszego narodu, że zapomnieliśmy o takiej sztuce, która jest sztuką dnia codziennego. Śpię w ogóle na imprezach. malowanie, kontakt z takimi prostymi czynnościami, które każdy może zrobić, ale każdy myśli właśnie, że przynajmniej ja tak myślałem, że no kurde, nie jestem malarzem w ogóle, nie mogę tego zrobić, nie, to jest w ogóle, nie, nie, co ty w ogóle stary robisz, nie masz płótna, zostaw to, nie jesteś malarzem, takie typu głosy, które jakby negowały w ogóle taką żywą chęć po prostu czystego tworzenia. Musiałem się powiedzmy w jakiś sposób przełamać dopiero, chemicznie do tego właśnie, żeby zacząć malować, ale myślę, że to było bardzo przyjemne doświadczenie. No i właśnie, wiesz, ja powiedzmy staram się realizować w jakiś taki różny sposób.
[48:54.47 → 49:02.65] A: Chcesz powiedzieć, że pisarz dzisiaj czy artysta dzisiaj składa się z sumy wielu najdziwniejszych hobby i przyjemności, które budują potem jego wypowiedź? To nie, nie.
[49:02.56 → 50:12.62] C: znaczy, Myślę, że pisarz po prostu jest artystą. No i teraz powiedzmy, ty jako artysta, powiedzmy, przyjmujesz, wybierasz sobie określoną drogę, przyjmujesz powiedzmy swoją drogę, czy powiedzmy poświęcasz się wyłącznie pisaniu i piszesz jakby nie wiem, o polityce, będą to powiedzmy teksty z jakimś drugim dnem politycznym, socjologicznym, czy też powiedzmy piszesz kryminały, ale myślę, wydaje, że idealnie, dla mnie idealną w ogóle sztuką jest połączenie w ogóle popkultury z taką sztuką wysoko. Mieliśmy, jest wiele takich przykładów filmów, książek też, które po prostu jakby łączą, jakby wiesz, i to jest dla mnie ideał, który Chciałbym w ogóle kiedyś osiągnąć w ogóle, żeby przemówić do kultury masowej, a przy okazji przenieść im coś, co nie będzie właśnie takim tłumaczeniem jak, wiesz, jaszczur jest o tym, że nie jest o pisarzu, tylko jest o tym, że ktoś się tam rodzi na nowo. Złapać po prostu, jak to powiedzieć, muzę za ustę i strzelić w ogóle po prostu w jakieś, nie wiem, jakieś dzieło.
[50:14.14 → 50:14.74] A: Mariuszu?
[50:16.94 → 52:51.50] B: Znaczy, wydaje mi się, że byłeś zadał pytanie na początku, co się zmieniło. Ja od razu pomyślałem sobie, że rzeczywiście zmieniło się to, że jakby ugrzęznęliśmy w czymś, co nie wiem, można byłoby nazwać takim pluszowym liberalizmem, tak jak widzę te siedzenia, prawda, które są bardzo wygodne pewnie i miękkie i nas trochę usypiają, a z drugiej strony zakończone są bardzo twardą dyktą. co powoduje, że jednak zaczynamy funkcjonować coraz bardziej w takim usypiającym, akwarycznym, egotycznym świecie, traktując też kulturę i sztukę jako po prostu pewien prog, który sobie skonsumuje. To widać chociażby po zaniku krytyki literackiej i po takim prymacie dziennikarstwa, że generalnie czy my obawiamy najnowszą prozę współczesną, czy cykl reportażu, czy kryminał, to nam jest wszystko jedno. Tak naprawdę literatura ma być czymś do poduchy, co mamy sobie przeczytać i generalnie fajnie było, żeby nam się po tym dobrze zrobiło i żeby literatura przestała jakieś takie drażliwe niebezpieczne pytania zadawać, to wydaje mi się, że to się przede wszystkim zmieniło, że literatura traci swój taki ładunek wywrotowy, że wchodzi w stronę jakichś takich tanich skandali. A to chyba się wiąże z tym, bo tutaj mówiłeś o tym, czy sobie odpuścili, czy przyjęli reguły gry. No tutaj nie ma jednej odpowiedzi. Są autorzy, którzy przyjęli regułę gry i ci, którzy sobie odpuszczają. Z mojej perspektywy to wygląda w ten sposób, że jest sobie pisarz, który tworzy teksty, jest sobie pisarz, który na dzień dobry jest autorem. Znaczy ja chciałbym się do końca swojego życia zaliczać do tej pierwszej grupy, że raczej jestem kimś, kto tworzy teksty, a nie jestem autorem. a tendencja niestety dzisiaj jest taka, że żeby pisać i być w literaturze trzeba być autorem, czyli trzeba przede wszystkim stworzyć sobie jakiś wizerunek, znaczy trzeba mieć pomysł na siebie i stąd macie Państwo karnawał różnego rodzaju postaci, ludzi, którzy budują sobie pewien jakby wizerunek na zewnątrz, że dzieło jest tak naprawdę w pewnym sensie dodatkiem, to znaczy cały czas wracam do takiego mojego archaistycznego, nie mojego, ale takiego zakorzenionego bardzo mocno w tradycję myślenia o tym, że jednak tekst jest ważniejszy od autora. Dzisiaj żyjemy w innych czasach, że autor jest ważniejszy od tekstu.
[52:51.94 → 53:28.28] C: Znaczy to trochę się nie zgodzę, w takim aspekcie, że wiesz, ja w sumie, przynajmniej artyści, którzy mnie fascynowali, zawsze powiedzmy byli jakby kreatorami też, nie, kreatorami swojego życia. Wielu jest pisarzy, którzy właśnie kreują właśnie, wiesz, budują swoje właśnie, wiesz, no teraz to wygląda inaczej, używają innych metod, ale używali jakichś metod tam, wiesz, fałszerstw biograficznych i tak dalej, po prostu żeby stworzyć jakiś swój, wiesz, wizerunek, zmieniali powiedzmy, wiesz, pseudonimy i tak dalej, także Sztuka, sztuka, w ogóle pisanie, przynajmniej dla mnie osobiście.
[53:28.60 → 53:36.10] B: Nie, masz rację, tylko mówię o tym, że wydaje mi się, że to zawsze było czymś pobocznym, czymś jednak wtórnym. To było jakimś takim, wiesz, smaczkiem, dodatkiem.
[53:36.50 → 53:37.60] A: Opakowaniem trochę.
[53:40.06 → 53:44.42] C: Może. No nie wiem, powiedzmy Witkacy, jak w ogóle traktować...
[53:44.42 → 53:54.48] B: Nie, ale to, Boże, no, zluzujmy atmosferę. No przecież stajek wejść tysiące razy w sytuacje, gdzie tak zwane media każą ci z siebie robić małpę, tak? i były zawiedzone, że nie chcesz być tą małpą.
[53:54.82 → 53:56.70] C: I później telefon już drugi raz nie
[53:56.70 → 54:04.60] B: zadzwonił, bo był sygnał, aha, ten autor nie robi z siebie małpy, to poszukajmy innego, który zrobi z siebie małpę i będzie fajny materiał. Taki jest mechanizm.
[54:07.32 → 54:08.80] C: Nie wiem. Dobra, sorry.
[54:08.94 → 56:07.32] A: Nie odczynimy tego sporu, gdzie kończy się powieść i jak na przykład daleko sięga biografia w powieść, a powieść w życie autora. Ale cechą charakterystyczną kilku waszych powieści jest takie nakładanie maski. Już trochę o tym mówiliśmy, że przyjmujecie pewną rolę, wchodzicie w jakiś system myślenia albo system, który funkcjonuje po to, żeby go potem opisać, rozmontować na różne sposoby. Tak było z opisem strasznego bloku w cukrze, tak było w zwale z opisem jak funkcjonuje bank, korporacja, co robi z klientów, co robi z pracowników. Trochę taką maską jest spowiedź Śpiącej Królewny, kiedy wchodzisz, Mariuszu, w głowę współczesnej czterystoletniej singielki. Żydówek nie obsługujemy, tam w ogóle jest figura, bohatera, który zmienia się właśnie w jedną z postaci wykluczonych, właśnie z tą tytułową Żydówkę. Także ten Emil Śledziennik, jak wynika z naszej rozmowy, także jest taką maską przybraną na potrzeby tej powieści, tej kreacji. I teraz pytanie jest tak jakby, ile tych masek właściwie możecie mieć? Gdzie, jak głęboko one sięgają? W jaki sposób można żonglować, żeby to jeszcze było wiarygodne? I rzeczywiście brało się z takiego faktu, że trzeba załatwić jakąś sprawę w tej rzeczywistości, że to nie jest tylko żonglerka pozami, kreacjami, a mówi o czymś, co boli nas wszystkich wspólnie i ma prowadzić czytelnika, i autora do załatwienia jakiejś sprawy, nazwania czegoś, wskazania palcem, co jest. Jak wy to rozstrzygacie we własnych taktykach twórczych? Gdzie suma doświadczenia składa się na maskę, którą zakładam do załatwienia jakiejś sprawy, a gdzie są takie momenty, w których uważasz, nie, tak nie można o rzeczywistości mówić, tak tu się nie wypowiem jako artysta. Zawikłane pytanie, ale ono jest gdzieś proste, bardzo, bardzo w swoim jądrze gdzieś.
[56:11.50 → 56:12.82] C: bo się zawikłałem.
[56:13.74 → 57:40.36] B: Wiesz co, dla mnie największym dramatem, a jednocześnie szczęściem jest tego typu sytuacje, gdzie rzeczywiście, jak na przykład było przy walizkach, bo podjąłeś ten wątek autobiograficzny, gdzie ja mówię, dobra, zdejmuję tą maskę, teraz napiszę tak jak jest i zdejmujesz tą maskę i okazuje się, że tam jest kolejna maska. że każdy gest literacki jest jednak gestem maski, maskującym. Znaczy, że nie ma takiej sytuacji, obolałej sytuacji takiego zranionego, nagiego, czystego, bezbronnego ekshibicjonizmu. Z prostego względu operujemy językiem. Język sam w sobie jest jakąś formą, która różnego rodzaju rzeczy nam narzuca. I od razu, jak zadałeś to pytanie, przypomniałem sobie to, co napisała Olga Tokarczuk we wstępie do uwikłanych w płeć Judith Butler, gdzie ona porównała płeć do cebuli. Że tak naprawdę nasza płeć w sensie kulturowym właśnie to są te kolejne łupiny, które z siebie zdejmujemy. I ja mogę powiedzieć tyle. Proszę mi wierzyć, to nie jest żadna poza. Po każdej książce Widzę, że to jest właśnie takie zrywanie łupin, że nie mogę się dogrzebać do takiej sytuacji, takiej totalnej czystości tego, że w tym momencie mogę coś powiedzieć jako ja. konkretny, że te maski...
[57:40.36 → 57:42.08] A: Zakładanie masek, tylko zrywanie raczej.
[57:42.10 → 58:31.26] B: Dokładnie, tak. I że być może cały proces literacki jest takim wydobywaniem się z kultury jako tej serii różnych masek, które mamy. I że każda książka jest tam próbą zdjęcia takiej czy innej. I to oczywiście wynika z takiego przeświadczenia, że jednak funkcjonując w kulturze od początku do końca jesteśmy takim dość sztucznym tworem. że ciężko mówić o czymś takim bardzo autentycznym, a jeszcze jak do tego dorzucimy właśnie język, różnego rodzaju patenty, strategie literackie i konwencje, no to aż się prosi właśnie, żeby jednak funkcjonować w tych maskach i żeby w ogóle odłożyć ad acta coś takiego jak taki szczery, nagi, niepodległy gest człowieczy w literaturze.
[58:33.02 → 59:11.20] A: Sławku, pozwalę, wszyscy mówili tak, że zadziałałeś tam jak taki reporter, który ma projekt i ma firmę do zniszczenia. Był taki niemiecki słynny dziennikarz, który na przykład sprawdził praktyki w Axel Springerze w ich wydawnictwach, czy pracował jako Turek gdzieś na budowie. I to tak wydawało nam się, że wszedłeś w strukturę bankową, korporacyjną, żeby to potem opisać, zemścić się na pewnej fałszywej strukturze. Potem po Jaszczurze myśleliśmy, no zaraz, ale on to samo zrobił ze środowiskiem pisarskim, z mainstreamem wydawniczym. Czy rzeczywiście to są takie strategie, że udajesz kogoś przez jakiś czas po to, żeby celniej uderzyć?
[59:12.20 → 01:01:52.60] C: Myślę, że w moim przypadku jest to odwrotnie. Wszystkie moje teksty wynikają z tego, czego doświadczam w swoim życiu. Mieszkając w bloku napisałem cukier w normie, pracując w banku napisałem zwał, jaszczur. Nie z wynikiem jakichś moich doświadczeń pisarskich, Nie była to taktyka, powiedzmy, uderzenia w jakieś tam struktury. To nie jest to ten sam mechanizm, jaki wystąpił w Zwale też. W Zwale był też, owszem, był problem takiego jakiegoś zranienia, czy też chęć wzięcia odwetu też na instytucji. No ale w przypadku, w przypadku rynków nowiczego, tam nie ma w ogóle w zasadzie nic Według mnie, o tym rynku. Tam jest w zasadzie, tam jest po prostu postać, postać... Jest postać przemielona przez ten rynek. Jest postać przemielona właśnie, która jest... No więc te maski, maski wynikają jakby w moim przypadku z tego, że używam materii po prostu do tworzenia jakichś książek, używam materii, którą spotykam na co dzień, której żyję, funkcjonuję. Z tym, że Cały czas pracuję nad czymś, co można nazwać drugim dnem czy czymś jeszcze. Mówiłem wcześniej o tej kulturze popularnej, że idealne dzieło by wiązało dla mnie rzeczy z kultury popularnej i z takiej powiedzmy wysokiej. Więc cały czas pracuję nad tym. na tym drugim dnem, żeby rzeczywiście użycie tej maski, tego świata, nie byłoby tylko właśnie zbełtaniem się i właśnie powiedzeniem, że ha, ha, ha, ci nie płacą, albo coś tam innego dzieje, obśmianiem, tylko po prostu przekazaniem po prostu innej treści, jakiegoś rodzaju wirusa, który powiedzmy teoretycznie powinien cię zarazić po przeczytaniu takiej książki i który powinien sprowokować być może do jakichś rozmyśleń o życiu, o tym. Ja nie uważam się za człowieka powiedzmy jakiegoś, nie uważam się za intelektualistę i nie uważam się za człowieka wyrobionego wielce, ale uważam się za artystę ludowego. Tak właśnie wpisuję tam powiedzmy na Facebooku z racji tego, że raz że pochodzę ze wsi, dwa że Jestem skonstruowany bardzo prosto, ale zadaję sobie te same pytania, które zadaje sobie każdy z nas i staram się odnaleźć odpowiedź. Kiedy tą odpowiedź znajduję, szukam jej, to staram się ją wsadzić w strukturę książki.
[01:01:54.08 → 01:02:36.24] A: Kolejne pytanie. Jak wy reagujecie na słowo bunt? Bo mam tutaj takie porównania pokolenia lat 90. i dzisiejszego pokolenia. o którym się mówi, że jest bardziej roszczeniowe, bardziej niewierzące w możliwość zniszczenia systemu. Pojawiły się głosy o niektórych przynajmniej waszych powieściach, że one są bardzo bezkompromisowe, że przypominają taką metaforę, że można zamknąć, że siedzi sobie obywatel lub Polak w klatce, a wy go patykiem tak szturchacie. Tutaj zaczepię cię jeszcze, pokażę ci, sprowokuję cię, pokażę ci jaki jesteś straszny, czy co w tobie siedzi. Mówi się, że nie wiem, w pewnym wieku ten bunt nie przemija, ale się ustatecznia, prawda? Jak to hasło was jeszcze siedzi?
[01:02:36.34 → 01:02:36.58] B: Siedzi?
[01:02:36.66 → 01:02:38.72] A: Jest sens być buntownikiem czterdziestoletnim?
[01:02:41.16 → 01:04:38.45] B: To hasło zawsze, znaczy przynajmniej do mnie, jeśli ono przychodziło, to ono przychodziło z zewnątrz. W tym sensie, że oczywiście ja swojego świata literackiego nigdy nie projektowałem w kategoriach buntu, bo to trochę nawiązuje do tego, o czym wcześniej mówiłeś. Czyli nie projektowałem tego właśnie w takich kategoriach, że to teraz popełnię książkę, która pokaże, że jestem zbuntowany. Czyli tak jak Sławek ma określone zdanie na temat banku, pracował tam, to teraz usiądzie i on wszystko wywali. Znaczy, że to rozumiem, że brało się z opisu rzeczywistości, dopiero później jakaś tam interpretacja tego przychodziła. Ja pamiętam, że właśnie jak się pojawiło czy Czwarte Niebo, czy Żydówki, to właśnie były tego typu teksty, że oto bardzo bezkompromisowa, zaangażowana, zbuntowana proza. Co ja przyjmowałem oczywiście, że super, fajnie, bo mi bardzo blisko jest do takiej tradycji, ale generalnie reagowałem ze zdziwieniem na takiej zasadzie, o której mówi słowek, że ja tylko opisałem kawałek swojej rzeczywistości. W tym nie było pewnego partykularyzmu, koniunktury, że dobra, to teraz fajnie byłoby tutaj pokazać takie jakieś oblicze zbuntowane. Ale to mówię o jakimś tam procesie pisarskim, No wiadomo, to wszystko ma tak dużo odcieni. No mówiliśmy o tych pisarzach prowincjonalnych, czy jakiejś tam lokacji. No jeśli się funkcjonuje właśnie w tych w światach w pewnym sensie odstrzelonych przez ten nowy, wspaniały świat, no to ta potrzeba buntu, powiedzenia, że istnieją jednak inni ludzie, inny świat, ona też w jakiś taki naturalny sposób się pojawia. Oczywiście jest pewien taki komfort, znaczy dyskomfort retoryczny, co to znaczy być 40-letnim buntownikiem. Jest to cokolwiek śmieszne, a w ekstremalnych sytuacjach może być żenujące.
[01:04:38.97 → 01:04:46.69] A: Jestem czterdziestoletnim buntownikiem, segreguję śmieci, płacę podatki i nie jeżdżę na gapę w tramwaju.
[01:04:47.41 → 01:05:13.49] C: A propos tego buntu i tutaj mówienia o czterdziestoletnich i tak dalej, no to jest takie powiedzenie, że zbuntowany to jest się jak się jest młody, a potem to jest się wkurwiony. Więc myślę, że bunt w ogóle jako pojęcie też ma swoją, że tak powiem, ciemną stronę, że to nie jest powiedzmy coś, co jest jakimś takim idealnym pojęciem, tylko ma też swój cień, który się może pojawić.
[01:05:13.81 → 01:05:15.89] A: Bunt przenoszony staje się oszołomstwem, tak?
[01:05:16.07 → 01:05:18.13] C: No tak, stajesz się po prostu jakimś...
[01:05:20.51 → 01:06:45.75] B: Można też na to spojrzeć w ten sposób, że gdybyśmy mieli na przykład do skrajności albo inaczej, gdybyśmy mieli swoich bohaterów doprowadzić do lat dzisiejszych, mówię o naszych bohaterach książek tych wcześniejszych, no to oni generalnie dzisiaj byliby populistami i zasilaliby szeregi PiSu albo Corvina Micke. W tym sensie, że ten bunt doprowadzony właśnie tak konsekwentnie, on by nas chyba wrzucał w tego typu tego typu objęcia. Ja sobie teraz myślę o moim pierwszym, więc ukochanym, tym pierwszym poważniejszym bohaterze, czyli o Zygmuncie Drzeźniaku z Czwartego Nieba, że on by chyba poszedł tą drogą, w tym sensie. Wobec czego się buntujemy? Generalnie ja uważam, że takie buntowanie się przeciwko Polsce, religii, Bogu już jest takie troszeczkę i słabe i tanie i proste i tak dalej. Buntowanie się z kolei przeciwko właśnie mainstreamowi i tej politycznej poprawności, ona popycha nas w stronę jakiegoś populizmu. To, nad czym tak mocno przecież ubolewała i krytyka polityczna, i Sławek Sierakowski, raptownie się okazało, że środowiska warszawskie przegapiły ten moment, gdzie 70% społeczeństwa żyło w jakimś tam chlewie. I później się dziwimy, że są takie populistyczne odruchy.
[01:06:46.91 → 01:06:48.61] A: A bohater z Wału, co on dzisiaj robi?
[01:06:50.03 → 01:06:59.72] C: Siedzi tutaj. Bohater z Wału, co robi? Nie próbowałem sobie go wyobrazić nawet.
[01:07:00.72 → 01:07:06.39] A: Jeszcze wyjechał do Brukseli, nie wiem, przeniósł się do innego banku.
[01:07:06.51 → 01:07:10.32] C: Znaczy bohater z Wału, jak wiadomo, strzela sobie w głowę.
[01:07:10.72 → 01:07:15.18] A: Ale jestem przykładem pewnego pokolenia, więc... Znaczy
[01:07:15.18 → 01:07:50.39] C: mogę powiedzieć o swoich doświadczeniach, ludzi, których spotykam. Przeróżne są typy, których spotykam i których się zastanawiałem, powiedzmy, kim będą i tak dalej. Wielu ludzi po prostu spotykam zadowolonych jakby ze swojego życia i z tego co ich otacza. Wielu wielu też nie. Ale też pytanie właśnie czy to czy to niezadowolenie właśnie nie wynika też jako że bardzo często jest to związane z nadpiciem po prostu. Więc nie wiem. Spotykasz ludzi przepitych no i po prostu są niezadowoleni.
[01:07:51.17 → 01:08:01.45] A: Panie Marku poprosimy o drugi fragment teraz proza słowa Mira Skuty. I wrócimy za chwilę.
[01:08:04.75 → 01:15:46.93] D: Byłem pacholęciem rozsądnym i na człowieka takowego z pewnością bym wyrósł, gdyby kolejne życia nie przecięło pasmo socrealistycznych przypadków. W końcówce osiemdziesiątych byłem ślepym fascynatem zachodniego dyskotekowego kiczu. Rodzinny dom rozbrzmiewał piosenkami o pięknych tekstach i rześkich melodiach. Ściany pokoju, który zajmowaliśmy z bratem zdobiły plakaty zespołów odzianych w szpanerskie ciuchy. Zbliżały się urodziny brata. Postanowiłem podarować mu winylowy krążek ze zdrową, skoczną melodią. Niestety w muzycznym nie było niczego, co spełniałyby te kryteria. W muzycznym w zasadzie nie było nic, poza nagraniami chóru Armii Radzieckiej. Ale w oczy rzuciła mi się kolorowa koperta. Sprzedawczyni nie miała pojęcia, cóż to za opakowane w krzykliwą zieleń wariatstwo. Wziąłem śpiewających wojaków i winyl z kolorową okładką. Zachodnie nazwy zespołów gwarantowały wysoką jakość nagrań. Wtedy nie wiedziałem, że istnieje muzyka inna niż disco. Urodziny brata nie były dla mnie świętem udanym. Rosyjscy śpiewacy zostali z miejsca odstawieni do lamusa, natomiast odsłuchanie drugiego winylu wywołało u niego furię. Wszystkiego się spodziewał, ale nie składanki z angolskim punk rockowym chłamem. Wrzask generowany przez kapelę wywołał mdłości i umnie. Przytknąłem bratu. Prezent został źle wybrany, ale nie wierzył moim słowom. Straciłem w jego oczach szacunek. Nie mogłem już bezkarnie przesiadywać w pokoju, który był też moim pokojem. Brat był starszy o całe osiem lat. Próba buntu skończyła się banicją. Wylądowałem na ławce przed blokiem. Zacząłem podświadomie gardzić jego wypiętrzonymi idolami. Zapragnąłem zszargać ondulowane lukrem świętości. I choć szczerze nienawidziłem muzyki z płyty o kolorowej obwolucie, to jej słuchanie było krzykiem wymierzonym w świat, którego brat był częścią. Wiosna 89 niosła zapach zmian. Ale nie ich woń wciągałem w płuca. Miałem 16 lat. Świat stawał się miejscem niewygodnym i stanowczo za ciasnym. Ławka pod blokiem uwierała nieznośnie w tyłek. Pewnego dnia przykucnął na niej kumpel z podstawówki. Ty, choć skoczmy do takiego jednego znajomego na filmik, powiedział. Wyglądał dziwnie, nieco flejowato, ale perspektywa wideo seansu była zbyt kusząca, by, kierując się głosem rozsądku, odmówić. Zobaczyć film na wideo to jak zabukować miejsce w wycieczkowcu na księżyc. Poszliśmy. Projekcja już trwała. Na kanapach mościli się wybitnie niechlujni pacjenci. Znów nie zwróciłem na to uwagi. Magia ekranu przyciągnęła mnie jak muchołapka muchę. To był film o szwindlu pistolsów. Ale wówczas nie znałem obcych języków i dzieło jawiło się jak pean o prawdzie objawionej. Kiedy po projekcji zapaliły się światła, wiedziałem, co powinienem zrobić. Wróciwszy do domu, zdarłem za ścian plakaty z disco-chłamem. Reakcja była natychmiastowa. Otrzymałem surowe bęcki i w ramach protestu przeprowadziłem się do łazienki. Od ojca wyłudziłem kaseciaka marki Grundig, na którym w przerwach na sen i edukację odbyła się Odyseja przez punk. Nie byłem już tym samym człowiekiem. Nie mogłem mówić, myśleć, a co ważniejsze, ubierać się tak samo. Zdobycie łachów, w których paradowali bohaterowie filmu, przekraczało możliwości zwykłego człowieka. Nadrabiałem miną. Szyłem jak mogłem, żeby wyglądać jak śmieć. Robotnicze buty ojca, zwężone tureckie dżinsy, tania podróbka M-65, flanelowa koszula znaleziony w szafie kaszkiet. Był to daleki powidok, original punk look, ale dawał radę. Na mój widok sąsiedzi spluwali z obrzydzeniem, ubrany jak śmieć. I o to chodziło. Kiedy w miejscowym domu kultury odbył się koncert gwiazdy zeszłorocznego Jarocina, byłem już osobą wyglądającą jak członek ruchu i mogłem bez żenady rzucić się w wirpogo. Było to pierwsze dziewicze, nieśmiałe pogowanie. Ledwie zahaczałem barkiem współtancerzy. Nabuzowani muzyką chcieliśmy burzyć i rozmontowywać, ale ówczesny świat rozpadał się sam z siebie. Niszczycielskie zapędy znalazły ujście w działalności propagandowej. W przekonaniu o wyższości punk rocka nad innymi gatunkami muzyki prowadziliśmy szeroko zakrojoną działalność misyjną. Jej fundamentem była akcja drwina, polegająca na obśmiewaniu sposobu ubierania się tzw. środowisk diskomańskich, ale też stylu dzieci kwiatów i efemerycznej subkultury popersów. Za pomocą kolumny ustawionej w otwartym oknie implementowaliśmy mieszkańcom osiedla nowe gusta muzyczne. Konsekwentne przekabacanie znajomych na właściwą wiarę zostało uwieńczone wprowadzeniem legitymacji pankowskich, które rozdawaliśmy za zasługi wobec ruchu. Ludzie szybko połapali się, że z tym anarchistycznym dowodem osobistym to lekka ściema. Aby zachować twarz i stać na czele osiedlowego pankruszenia należało wymyślić coś innego. Prawdziwym powodem powstania kapeli był, jak to w życiu bywa, zwykły przypadek. Stary kumpla chciał podarować mu akordeon. Wiadomo, akordeon dobra rzecz, chłopak przyuczy się i będzie kosił szmal na weselach. I tak pewnego dnia do muzycznego rzucili gitary. Stary kumpla nie wahał się, czasy były ciężkie i podobna okazja mogła się nie powtórzyć. Po osiedlu poszła fama, że kumpel stał się właścicielem gitary. Co prawda nie elektrycznej, ale za pomocą prostych patentów dawało się ją podpiąć pod piec. Gary znalazły się same, bas był pożyczony, mikrofon niepotrzebny. Nie mieliśmy repertuaru. Mieliśmy koszulki z nazwą kapeli. Nie mieliśmy tekstów. Mieliśmy gotowe odpowiedzi w wywiadach, które nadejdą. Byliśmy młodzi, gniewni, genialni. A świat kładł się u stóp jak kanapowiec. W ferworze działań padł pomysł. Ruszyć do Jarocina. Zagrać choćby na ulicy, obnażać się publicznie, jak przystało na poważnych skandalistów. Wypłynąć i pokazać światu, kto rozdaje karty. Otrzymany od rodziców pieniądze na bilet, trwonimy jako prawdziwi załoganci na rozrywkę w postaci taniego wina. Jest wesoło, słońce świeci, ale pogoda zmienną jest. Niebo zasnuwa się chmurami, zaczyna siąpić czas w drogę. Trudno znaleźć stopa dla czterech chłopa, ale cuda się zdarzają. Oto przed nami zatrzymuje się biały Fiat 125P, perła polskiej motoryzacji. Pojezd jedący jego śladem nie dostrzega manewru. Jezdnia jest mokra, droga hamowania długa. Na naszych oczach odgrywa się tragifarsa pod tytułem kraksa. Po krótkiej utarczce kierowcy szukają kozła ofiarnego. Mam graniczące z pewnością wrażenie, iż za chwilę staniemy się bohaterami linczu. Lepiej uchodzić, mówię do kumpli. Uciekamy w ostatniej chwili. Kilka kilometrów truchtu przez las i lokujemy się w pociągu osobowym. Udaje się przejechać szmat drogi bez biletu, niestety w odwrotnym kierunku. Niebo jest dla nas łaskawe. Wieczorem załapujemy się na wypełnioną gruzem ciężarówkę. Gość wyrzuca nas na wysokości Częstochowy. Nocujemy w jakimś lasku. Całą noc pada deszcz. Poranny ziąb wybudza nas ze snu. To nie lasek, lecz cmentarz. Na jego skraju proboszcz z ręką wymierzoną w kierunku naszego obozowiska. Obok proboszcza grabarze, chłopy jak dęby, w rękach kilofy. Po raz kolejny ucieczka jest nieunikniona. Za cmentarzem świeżo zaorane pole, grzęźniemy w błocku. Poruszamy się jak obudzone ze snu zimowego żuki. Na szczęście te same problemy dotykają tamtych za nami. Kiedy docieramy do miedzy, na której można przyspieszyć, okazuje się, że brak jednego z naszych. Między bruzdami szamocza się sylwetka. Postać podnosi się. W jej ręku tkwi oblepiony błotem kształt.
[01:15:47.03 → 01:15:47.39] A: Co to?
[01:15:48.51 → 01:19:25.18] D: Zmiażdżone pudło rezonansowe wiosła, przy pomocy którego mieliśmy podbić świat. Z nieba znów zaczyna cieknąć. To już nie podróż za jeden uśmiech, tylko frajerska zsyłka. Kumple wysypują się. Jeden łapie kleszcza i panikuje. Inny użerza matka coś i on coś musi. Trzeci stwierdza, że ma to w D, bo mógł teraz leżeć dupą nad Jeziorem Rożnowskim, ale dał się namówić na ten syf. Słoneczne plaże nad Rożnowskim. Wacham się, ale w duszy szepta, że albo teraz człowieku, albo nigdy i żebym realizował cele, spełniał marzenia. Zaciskam usta i wybieram azymut Jarocin. Do stolicy punk rocka docieram w ostatni dzień festiwalu. Wstępuję na rynek miasta, wałże globtrotera i weterana ruchu, ale mina szybko żednie. Na chodnikach koczują gromady prawdziwych załogantów. Spodnie rureczki, glany prosto z importu, na plerach skóry, a w nich naszywki, przypinki, na czaszkach i rokezy, słowem London look. A ty człowieku biednie, bez składu i ładu, jak harcerzyk. Nie jestem już taki do przodu, chowam się raczej w podcieniach. W mieście prohibicja, ale fryki degustują fikoły z przemytu. Przyczajam się z boku, wkrótce butelka dociera i do mnie. Po kilku łykach w żyły wstępuje odwaga. Postanawiam tu i teraz sprawić sobie pamiątkowego Irokeza. Nowi kumplet, no dość ładny wzór, ale włosy nijak nie dają się postawić na sztorcu. Zdobywszy się na odwagę, wyciągam od jednego z modnisi, w czym rzecz. Otóż męczy się pół dnia, żeby wyglądać jak człowiek. Bo chłopie, jedyny sposób to lukier i trwała ondulacja. Nie mam teraz czasu na bycie modnym. Ruszam w kierunku sceny. Wywołana koniecznością rezygnacja z punk estetyki kończy się źle. Wracająca z czarnej mszy wataha metali osacza mnie. Oskarża o bezideowość i pozbawia katany. Na szczęście to tylko zwykła katana, nie skóra. Żegnam się z nią bez żalu. Mniej rzeczy na karku, łatwiej iść do przodu. Koncert już trwa. Próbuję wejść przez bramkę jak do siebie. Ochroniarze są apatyczni, a może oszołomieni. Przedostanie się przez zasieki to betka. Pod sceną wirpogo. Rzucam się w watachę jak Wanda w nurt Wisły. Kopiemy się po tyłkach, napieramy barkami, wypłacamy chleby, opluwamy. Nie ma miękkiej gry. Ale wystarczy upaść i zaraz wyciąga się bratnia dłoń. Po skończonym koncercie jestem wypluty do cna. Brak też pomysłu na życie. Pokryty grubą warstwą pyłu przypominam golema. Ktoś żartuje, że mógłbym kosić szmal stojąc w Pradze na ulicy. Zapalam się do idei, ale rozsądek nakazuje wracać do domu. Pociąg jest wypchany ludzkim mięsem jak konserwa turystyczna. Nie ma mowy, żeby się konduktor przedarł, więc dobrze jest. Maszyna ciągnie się o spalę przez nieskończoną, nieobliczalną i ledwie co wolną ojczyznę. Nad ranem budzę się bez butów i w pociętych spodniach. Z niczego nie można mnie już okraść. Poza bielizną. W akcie protestu zrzucam ją z tyłka i ruszam nagi przez kraj, usiłując wmówić napotkanym, że to wyraz postawy ascetycznej, będącej sprzeciwem wobec aktu posiadania. Nikt nie daje wiary, obywatele nie są gotowi na tak dobrą nowinę. Nie wiedzą bowiem, co to znaczy posiadanie. Lynch, którego nie daje się uniknąć, leczy mnie na zawsze z zamiłowania do skandalu, choć dwa koncerty, jakie z reaktywowaną kapelą na początku 90-tych gramy, kończą się odcięciem prądu i wywózką na taczkach. Powiadają, że człowiek uczy się na błędach, a potem znów uczy się na błędach. Takie zjawisko nazywa się chyba reinkarnacją. No chyba, że się mylę. Mylić się, ludzka rzecz.
[01:19:26.50 → 01:20:17.70] A: Dziękuję bardzo. Słuchając, wybraliście panowie niezależnie od siebie te dwa fragmenty. Ja ich słuchając też rozpoznaję kawałki swojej biografii, bo jesteśmy częścią tego samego pokolenia. I tak teraz chciałbym zapytać o coś takiego. Mamy wspólną przeszłość, podobne wspomnienia, podobne doświadczenia z dorastania, smakowania życia, nazywania świata. A co teraz mamy wspólnego? Jako to pokolenie w tej rzeczywistości, w tej Polsce, próbujące zajmować się sztuką. Jest jakaś jedna rzecz, którą dostrzegacie u siebie, u swoich rówieśników, którą można by wypisać na sztandarze, którą można by pokazać młodszym i starszym generacjom. Tacy byliśmy, tacy jesteśmy. To w nas jest wartościowego. Jest taka rzecz w ogóle? Poza wspomnieniami oczywiście.
[01:20:18.70 → 01:20:58.41] C: Ja myślę, że nie ma chyba jakiegoś jednego sztandaru, pod którym się wszyscy mogliby podpisać i też chyba nigdy nie było tego. Zawsze jak mnie ktoś pytał właśnie, czy istnieje jakieś pokolenie, czy też jest jakiś świat literacki, może być może ja, nie wiem jak Mariusz, ale ja nigdy wcześniej takiego doświadczenia nie miałem, że jestem elementem jakiegoś pokolenia, raczej to moje pokolenie Spostrzegam jako zbiornię indywidualistów, którzy powiedzmy każdy realizuje swoją działkę i chyba tak jest nadal.
[01:20:59.14 → 01:21:05.90] A: Indywidualizm jest wspólny dla wszystkich. Monady, funkcjonujące niezależnie od siebie.
[01:21:06.10 → 01:21:19.14] C: Być może to jest taka marka naszego pokolenia. Oczywiście pewnie jest dużo przykładów z naszego pokolenia, którzy powiedzieli, że podpisują się pod jakimś sztandarem.
[01:21:19.68 → 01:21:25.06] A: Tylko doprecyzuj, to pokolenie przegrało, wygrało? Pozostało nieoznaczone?
[01:21:25.87 → 01:21:29.19] C: Ale co to w ogóle to znaczy? Co znaczy przegrało dla Ciebie?
[01:21:29.31 → 01:21:56.37] A: Przegrało, że świat, który współtworzyliśmy, który opisywaliście, nie jest taki, jak byśmy chcieli. Może nie rozdajemy w nim głównych kart, bo ciągle jeszcze poprzednie pokolenie nazywa, rządzi, formułuje, a już za plecami wyrośli młodzi, sprawni, zorganizowani, głodni, którzy zanim przyjdzie na nas kolej, wejdą na nasze miejsce, jeśli chodzi o kształtowanie rzeczywistości.
[01:21:56.95 → 01:24:04.62] C: Czy ja osobiście nigdy nie miałem jakiegoś takiego pragnienia, żeby kontrolować i na coś wpływać, co często odbije we mnie, nie mając kontroli, nie żyję w świecie literackim. To się wiąże z różnymi rzeczami, z jakimiś recenzjami. Ja nie miałem nigdy potrzeby rozmowy o władzy, posiadania władzy, tworzenia władzy, bycia elementem, wpływania i kreowania. Właśnie mówiłem też o tym anarchizmie, jest to może trochę śmieszne, ale ja staram się dążyć żyjąc też na poziomie swojego związku czy w relacjach z ludźmi do dążenia do utrzymania równowagi, że nie ma historii, że ja przychodzę i mówię Ej ty stary, w ogóle powinieneś się inaczej ubrać, albo w ogóle czemu ty jesteś ogolony? Znaczy mówię teraz w takim sensie wyglądu, ale to, powiedzmy, do twoich poglądów jakichś tam, które masz przyczepić. Myślę, że właśnie to jest... Ja staram się właśnie na równowadzeń, tak samo jak z dziewczyną miałem wiele przygód, bo ja nie jestem typem, który dominuje w związku, ale moja dziewczyna jest typem, który dominuje w związku i przeżywałem wiele burzliwych lat. które były wieczną po prostu walką jakąś taką o to kto w ogóle powie tak, a kto właśnie co zrobić i w końcu się właśnie nasz związek wyklarował na takiej zasadzie, że jakby wiesz wiemy co jakby znamy się, wiemy czego czego ktoś nie lubi, co powinno się robić, rozmawiamy o tym, no wiesz staram się powiedzmy w ten sposób jakby funkcjonować. Nie jestem typem rewolucjonisty, nie jestem typem, który walczy. Nie mówię, że to jest jakiś atut, bo też społeczeństwo potrzebuje powiedzmy różnych postaci i na tej różnorodności w ogóle jakoś się trzyma.
[01:24:05.66 → 01:24:11.92] A: Z tego co mówisz przychodzi mi takie hasło do głowy pokolenie odrzuconego konsensusu na przykład. Mariusz?
[01:24:13.70 → 01:26:44.30] B: Znaczy tak, na pewno można powiedzieć tak jak Sławek i uciąć całą rozmowę, że jesteśmy zbiorem indywidualistów. No ale tak jakbyśmy powiedzieli wszystko i nic. Ja w przeciwieństwie do Sławka, ale to my się znamy, więc też wielokrotnie on to artykułował. Ja też się temu sprzeciwiałem i artykułowałem swoje rzeczy. Ja jednak wierzyłem w jakąś taką formacyjną, formacyjny rys naszego pokolenia, który w dość dużym skrócie można byłoby nazwać sprzeciwem wobec tego liberalnego porządku. Już tak mówię bardzo grubo, ale żebyście Państwo mniej więcej wyczuli o co mi chodzi. W tym sensie, że to nasze pokolenie wchodziło w momencie, kiedy na scenie literackiej triumfował brulion. tak mniej więcej mówimy o, czyli rocznikach sześćdziesiątych, gdzie z grubsza ta literatura była przede wszystkim nastawiona na ego, na ja, znaczy, że twórczość była bardzo mocno skupiona na własnej osobie, autora, prawda, którego światy rezonowały i budowały różnego rodzaju narcystyczne opowieści. Wiele naszych książek powstało w pewnym sensie z takiego jak gdyby sprzeciwu naszej, świecie właśnie lat dziewięćdziesiątych byłoby, było co najmniej karygodnym zamykać się w tym narcyzmie, że literatura jakoś tam się powinna do tego otwierać, więc w takim sensie formacyjnym wydaje mi się, że gdyby to nasze pokolenie o tyle, o tyle poniosło klęskę, że ci wszyscy negatywni bohaterowie z naszych książek, oni dzisiaj są pozytywnymi bohaterami. Znaczy, że ten jak gdyby projekt się zupełnie jakoś tam zupełnie jakoś się nie udał, co wydaje mi się sprawdza się w porównaniu z młodszym pokoleniem, które traktuje właśnie to wszystko, co my uznawaliśmy za pewnego rodzaju patologię, za taki stan naturalny, za coś, co właśnie w czym trzeba funkcjonować, oswoić i umościć się jakoś w tym świecie. My to też zrozumieliśmy, ale po jakimś tam czasie. że może jednak wybiera się pewną formę jakiegoś takiego społecznego konformizmu w momencie, kiedy właśnie dominuje właśnie taki, a nie inny porządek.
[01:26:45.14 → 01:28:00.81] C: Ja też nie postrzegam w ogóle pokolenia młodszego w jakiś sposób, który właśnie tutaj jakoś określiłeś, że ono czegoś już nie wie, już nie walczy i godzi się z tym, używa tego, jedzie na konformizmie. Bo w sumie tak, jak ja się kontaktuję, znaczy nigdy nie było tak, że to pokolenie właśnie, nawet mówiące nie tam, powiedzmy, jakimiś wartościom nowym, które przyszły, prawda, ono nigdy nie było duże. To była zawsze, powiedzmy, jakaś garstka osób i podobnie jest teraz, że są ludzie, którzy też mówią jakby nie. Ja też, wiesz, kontaktując się często, powiedzmy, z ludźmi, którzy są młodsi, dlatego, że tam powiedzmy właśnie pracujemy przy filmach i tak dalej, to mam właśnie kompletne, mam wrażenie jakby czegoś takiego, że to ja jestem w ogóle, wiesz, jakimś elementem z obcego świata, a oni w ogóle są, wiesz, bardzo kumaci w ogóle, wiesz, wiedzą dużo więcej na temat powiedzmy cyber świata, obsługują różnego rodzaju programy, ja jestem powiedzmy jakimś takim i to w sumie nie są wcale tacy ludzie, którzy jedynie myślą o tym, żeby iść do galerii handlowej, czy coś innego.
[01:28:00.85 → 01:28:32.31] B: Nie, to się kompletnie nie zrozumieliśmy, ja nie mówię o młodym pokoleniu jako o takich zadowolonych z siebie hedonistach, syborytach i konsumentach, którzy chodzą, do galerii handlowej, znaczy pakujesz mnie na minę przeciwnika młodego pokolenia, ale pociągnę to. Mówię o tym, że właśnie dlatego, że młode pokolenie tak dobrze przyswoiło sobie ten świat i tak dobrze, znaczy ma tak wiele narzędzi, wie jak to wszystko jest skonstruowane, że nie wykorzystuje tego, żeby wejść w jakieś takie myślenie utopijne, żeby to uczynić lepszym. To wiesz...
[01:28:32.31 → 01:28:35.25] A: A może oni już wiedzą, z czym się nie da wygrać, czego myśmy nie wiedzieli?
[01:28:35.27 → 01:28:57.19] B: Tak, być może. Znaczy być może nie mają tego myślenia utopijnego, prawda? Znaczy są jakimiś realistami w tym wszystkim. Mamy narzędzia, poznaliśmy to i wiemy, jakie są granice tych światów, prawda? My tych światów nie znaliśmy narzędzi, bo to wchodziło, prawda? I nam się wydawało, że sobie tutaj można pomachać szabelką, jak gdyby wprowadzić, wpompować trochę utopijnego myślenia w tę rzeczywistość. O tym mówię, nie?
[01:28:57.43 → 01:31:39.43] C: Tylko ja właśnie myślę też, że był taki okres właśnie na początku dwutysięcznych właśnie takiego zawieszenia właśnie, że wiesz, bez ideowości, ale teraz właśnie jak ja czytam, powiedzmy, nie wiem, prasę czasami, no to widzę cały czas, wiesz, jakieś takie inicjatywy typu, nie wiem, ogródki ludzie sobie otwierają, robią jakieś, wiesz, knajpy cały czas zdrowe, no jest jakiś taki trend w ogóle, wiesz, wyjścia z takiego, takiej właśnie topieli polskiej, która mi się wydaje jest spuścizną tego pokolenia też brulionu i wcześniejszych tego tych klimatów, właśnie wiesz, artysty, który jest niezrozumiany, chleje wódę, wiesz, jest zbuntowany i w ogóle, wiesz, kopie wszystkich po mordzie, nie? I jakby, nie wiem. Widzę się dużo takich właśnie ruchy aktywistów miejskich, przynajmniej w Krakowie. Ludzi, którzy robią coś po prostu dla idei, nie dla pieniędzy. Wydaje mi się, że się to rodzi. Mieliśmy taki mroczny okres w historii. 90. było takim karnawałem do pewnego momentu. Potem nastąpił taki stan rozczarowania, zawieszenia. W ogóle wszystko się obróciło tak jak nie powinno iść w ogóle. A teraz jakby jest budowane. Ja raczej wierzę w ogóle w to, wierzę w coś takiego jak powiedzmy, że człowiek niekoniecznie właśnie, że ten świat niekoniecznie jakby zmierza do jakiejś takiej totalnej apokalipsy, degeneracji, tylko po prostu wierzę, że człowiek jakby, jeżeli dać człowiekowi wolność właśnie taką, którą gdzieś tam doświadczamy, być może to nie jest wolność ekonomiczna, ale jest to wolność innego rodzaju, no to wiesz, człowiek odbuduje te wszystkie swoje struktury, które kiedyś były, funkcjonowały. Ja nazywam tradycją, ale nie nazywam tradycją w takim właśnie jakimś, nazwijmy to, nie mówię tego, żeby w pisowskim sensie, ale nazywam to tradycją, czyli taką spuścizną na przykład tego typu, że mówię, powiem teraz jak doświadczenia tam z południa, prawda, że ludzie na przykład zatracili umiejętność budowania domów z drewna, w ogóle zatracili umiejętność budowania domów z gliny, nie, zatracili szereg różnych takich podstawowych umiejętności, które właśnie, które Mogą się po prostu bardzo, po pierwsze są, jeżeli człowiek się uczy, są właśnie relaksujące i przyjemne, a po drugie mogą się przydać, bo wojna w sumie, nie wiem, jest za rogiem i to się może rozlać na Europę i tak dalej. I my jakby straciliśmy w ogóle kontakt z tym przekazem, bo ten przekaz został po prostu przerwany w pewnym momencie i my po prostu tego nie wiemy. Jak kiedyś to po prostu było przekazywane, jakby to nauka życia, w jaki sposób żyć, w jaki sposób jest zbudowane życie, jak się powinno się właśnie zachowywać. Tego po prostu, tego nie ma.
[01:31:42.44 → 01:31:45.56] A: Ale misjonarze z tego z tego pokolenia może nie naszego.
[01:31:45.82 → 01:31:46.81] B: Trochę mnie przetkało.
[01:31:47.74 → 01:31:49.70] C: Może poleciały za bardzo, nie wiem.
[01:31:50.65 → 01:33:03.85] A: Tylko taka mała glosa do tego co powiedziałeś. Misjonarze z tego pokolenia aktywistów miejskich oni na przykład przenoszą się na wieś pod Krakowem. Miałem kolegę, który jako pierwszy po latach zbudował gliniany dom pod Sierakowem pod Krakowem. Cała wieś się zbiegła, żeby oglądać co to w ogóle jest. Jeszcze 100 lat temu pewnie takich domów było mnóstwo i teraz już są trzy. w tej wsi, więc to ziarenko zaczyna kiełkować. Ostatnie pytanie, zanim oddam państwu głos. Zaczęliśmy od tego, co kogo boli i dlaczego w ciele, w sobie, w pisarzu, w rzeczywistości. Co to w ogóle za choroba pisanie? Ciągle się tym zajmujecie. Różnie definiujecie to w różnych powieściach, zdzierając maski, przyjmując maski. żeniąc pisanie z innymi dziedzinami sztuki współczesnej, z różnymi mediami. Co to jest za choroba? Czy od niej się można uwolnić? Czy to jest już taka zaraza na całe życie, taki wirus, który zostaje? Po co ta choroba w ogóle jest w was? Każda choroba czegoś nas uczy, prawda? Ospa, odra, świnka. Przychodzimy ją, żeby coś tam zostało i uodporniło, więc po co ta choroba pisanie jest w was, jak myślicie?
[01:33:04.93 → 01:38:33.16] C: Dla mnie, w zależności od tego, w którym momencie życia się znajdowałem, ona znaczyła coś innego. Podejrzewam, wiem, że kiedyś pisanie było dla mnie sposobem komunikacji ze światem. Moje koleje życia, jak byłem młody, przerzucano mi przez różne sekty, różne cuda, które powodowały jakiś bulgot w mojej czaszce. Jako dziecko miałem problem z kontaktem ze światem zewnętrznym, raczej byłem w emocjach... Teraz też taki jestem, ale też nauczyłem się widzieć to i mówić o tym. Więc pisanie było takim właśnie wentylem, że jak mi się po prostu nazbierało w czaszce zbyt dużo w ogóle jakiegoś, powiedzmy, nie wiem, bólgotu, frustracji, przemyśleń, to zacząłem pisać. To po prostu jakby, wiesz, ze mnie wychodziło, bo to było też metodą na kontakt ze światem. Chciałem powiedzieć, że metodą na kontakt też z kobietami, prawda, właśnie. Teraz właśnie, a potem właśnie miałem też taki moment właśnie też na początku 2000 roku, być może to jakby taki prąd w ogóle, że jakby straciłem w ogóle, zacząłem się zastanawiać w ogóle jaki w ogóle, jaki jest w tym sens, jaki jest w tym sens właśnie, żeby to robić, czy w ogóle, czy nie chciałem tego robić, raczej wiesz, raczej to, że piszę, że mam kontakt z wydawnictwem, że mam jakieś, wiesz, że zostaje zaliczkę i muszę napisać, że traktowałem, że kurde w ogóle, Przecież nie chciałem wcale tego. Chciałem po prostu być wolnym człowiekiem, który decyduje o swoim losie, a tu mam cały ten... Jestem związany w ogóle do jakiejś nowej w ogóle historii, więc zacząłem się zastanawiać właśnie po co to robić. Przez dłuższy czas od czasów właśnie młodości wspomnianej, punkowskiej, jakby moją metodą w ogóle na sztukę, na kontakt była negacja. Była tak właśnie kopanie glanem po tyłku, czy też okazanie uwielbienia poprzez oplucie. Takie były właśnie, proszę państwa, metody ukazania uwielbienia na koncertach punkowych. Jeżeli się opluło wokalistę, to znaczy, że jest po prostu super w ogóle gościem i szanujemy go i tak dalej. W ten sposób właśnie toczyła się też moja sztuka, to co robiłem. Ale stanąłem właśnie w miejscu, w którym pomyślałem sobie, że kurde, to jest bez sensu, jakiś w ogóle bunt, kreowanie się. Przestałem wierzyć w to w ogóle, w sztukę, w możliwość, że sztuka ma możliwość zmiany, że ma to jakiś sens. Ale zacząłem myśleć. Zacząłem pisać książkę, której nigdy nie skończyłem, którą redagowałem, próbowałem redagować. Ona dotyczyła właśnie tego mitu, o którym wspomniałem na początku, mitu ponownych narodzin. Ta przygoda trwa do dzisiaj. Kiedy zacząłem szukać na ten temat materiałów w religii, nie wiem, w antropologii, mistycyzmie i tak dalej. Zaczęło mi się po prostu otwierać przy oczach wiele, wiele w ogóle takich światów, które, które, które, nie wiem, no, otworzyły mi oczy na szereg rzeczy. Nawet jeżeli, ciągnę może długo, ale skończę. Jeżeli nawet, jeżeli kiedyś, parę lat temu, jeżeli ktoś by mnie zapytał po co czytać, bo była taka akcja właśnie wyborcza, po co czytać w ogóle i tak dalej, to bym się zastanawiał, no w zasadzie po co czytać, nie? No przecież, kurde, jest YouTube, nie? Co z tych książek w ogóle masz tak naprawdę? To teraz powiedzmy już jakby wiem, tylko to jest powiedzmy wiedza, która być może przyszła powiedzmy z jakimś tam lat jakimś czterdziestym rokiem. Nie umiem powiedzieć, ale wiem po prostu, że jeżeli człowiek chce się czegoś dowiedzieć w ogóle na temat życia, czym jest życie, czym jest szereg w ogóle aspektów związanych Bóg, nie wiem, i tak dalej, no to po prostu w książkach, jeżeli pogrzebie dobrze, to po prostu znajduje jakby, wiesz, znajduje odpowiedź na szereg pytań, które nękają jakby Nas do dzisiaj, które są prowadzone debaty na gazetach, na przykład debata, która wyborcze się toczyła jakiś czas temu, dlaczego Bóg jako nieskończenie dobry pozwolił na Holokaust. Ja na przykład nie śledziłem tego dokładnie, ale miałem wrażenie, że tej odpowiedzi nie umiemy podać. Odpowiedź na to jest taka, że ta koncepcja Boga jest dosyć świeża. Ona powstała tam 300 lat temu. Teraz może przesadzę, ale przypominam się taka data. 300 lat temu wcześniej Bóg był też Demiurgiem złym i on łączył dwie siły. Teraz o tym się nie mówi. Widzi się tego Boga jako takiego dobrego, który zawsze podaje rękę itd. No, co tu dużo mówić, książki po prostu, czytanie w ogóle mnie w jakiś sposób właśnie otwarło i też właśnie pisanie. Wiesz, pisząc teraz staram się właśnie myśleć w taki sposób, staram się pracować z mitem w ogóle. Myślę, że tutaj właśnie, wiesz, tu się kryje w ogóle wiele odpowiedzi na to, dlaczego właśnie powiedzmy jesteśmy tacy, a nie inni, dlaczego odpuszczamy, dlaczego właśnie nie walczymy, dlaczego jesteśmy niezadowoleni być może ze swojego życia i tak dalej.
[01:38:33.82 → 01:38:44.74] A: Tak sprowokowałeś mnie do takiego fundamentalnego pytania, najpierw czytać, potem pisać, czy najpierw pisać, a potem dopiero czytać? Ja myślę, że... To nie jest poważne pytanie.
[01:38:44.92 → 01:38:48.60] C: To nie wiem, jak wam powiedzieć?
[01:38:49.58 → 01:38:50.32] A: Mariusz?
[01:38:50.54 → 01:41:37.35] B: Ja mogę odpowiedzieć poważnie. Przypominam się z dzienników Gombrowicza, ta jego słynna fraza, że duch rodzi się z imitacji ducha, czyli żeby zostać pisarzem, że najpierw trzeba udawać pisarza, więc przez czytanie na pewno, ale to odwołując się, znaczy wydaje mi się, że jak gdyby czytelnik poprzedza pisarza. Chyba tak, rzeczywiście. Tak to bym widział, ale to z tego co mówisz, no to mamy jeden rys pokoleniowy i podejrzewam, żebyśmy mogli teraz jeszcze powymieniać paru innych autorów. z naszego pokolenia, którzy by stwierdzili, że rzeczywiście literatura nam się przydarza. Znaczy, że bardzo rzadko w naszym pokoleniu można było spotkać autora. Ja pamiętam właśnie festiwal Hartu, taki założycielski, gdzie zjechali się wszyscy młodzi wtedy jeszcze twórcy. I rzeczywiście pamiętam, że poza przywołanym już przez siebie Michałem Witkowskim, który był na samym początku zaprogramowany na sukces, on wiedział, co ma robić, to generalnie rzeczywiście byliśmy takim zbiorem ludzi, którzy uważają, że literatura jest czymś przypadkowym, incydentalnym, co się przetrafiło, ale co nie jest jakimś takim życiowym projektem, już nie daj Bóg, w kategoriach jakiejś kariery. Więc raczej podchodziliśmy i chyba, no ja nadal przynajmniej tak podchodzę do literatury, że literatura jest takim wentylem, znaczy, że książka się pojawia wtedy, kiedy trzeba w jakiś sposób zainterweniować przede wszystkim w swoją rzeczywistość. Jeśli jeszcze się na dodatek zainterweniuje w tą zewnętrzną, no to super. I druga dla mnie bardzo ważna rzecz, są strasznie z jednej strony banalne, z drugiej strony strasznie trudne pytania, prawda, o pisanie literaturę. Ale ja od pewnego czasu uświadamiam sobie z całą mocą właśnie ów truizm, że jednak zajmując się literaturą tak naprawdę opisuje się stany słów, a nie stany tak naprawdę rzeczywistości, ludzi, uczuć i tak dalej. I z biegiem czasu uświadamiam sobie właśnie, że to jest chyba jedyna sensowna i też być może problematyczna, ale jedyna sensowna forma komunikacji z rzeczywistością i przede wszystkim, że jest to taka czasami ocierająca się niebezpiecznie o definicję grafomanii, Ale jednak obsesja języka, znaczy, że tutaj język jest rozstrzygający, że nie chodzi tylko i wyłącznie o potrzebę ekspresji i mówienie o tym, jak ja widzę świat, bo ja równie dobrze w tym momencie mógłbym chwycić za pędzel, za gitarę, prawda, za jakieś inne narzędzie, tylko że właśnie język, znaczy, że język jest jak gdyby jedynym narzędziem, w którym można się skutecznie komunikować ze światem i go opisywać.
[01:41:38.43 → 01:41:54.61] A: Dziękuję bardzo. Teraz jest ten czas, drodzy Państwo, czy macie jakieś pytania do naszych gości. Proszę bardzo, podamy mikrofon. Tutaj Pani w środku. Ale żeby wszyscy słyszeli, bo jak Państwo wiecie, transmitujemy na żywo to spotkanie w internecie.
[01:41:54.73 → 01:43:11.25] C: Chcę zapytać, czy był laureatem paszportu? Tak, byłem. Że wymyślił Pan sobie nazwisko, dobrze pamiętam? To znaczy nie tyle wymyśliłem, co po prostu to jest jakby mój pseudonim z huty artystycznej, dlatego że wywodzę się, znaczy urodziłem się w Nowej Hucie, wywodzę się ze wsi, urodziłem się w Nowej Hucie, no i w pewnym momencie jakby, to jest długa historia, tam były animozje między Krakowem a Nową Hutą, no ale powiedzmy ja jako przybysz do Krakowa zacząłem nazywać się powiedzmy w kontrze do Krakusów, którzy wtedy w dziewięćdziesiątych, to wydawało im się, że w ogóle są jakimś, nie wiem, pękiem świata, że to tu jest, to jest Kraków, w ogóle tu się wszystko dzieje i to jest najważniejsze, co w ogóle może spotkać świat. Nazywałem się po prostu jako schuty, że jestem schuty, schuty i tak postanowiłem sobie wybrać taki pseudonim. Jaki to wpływ miał na pana ten nagroda polityki na działalność dalszą? Wie pań co, szeroki, bardzo. Zmieniło to, powiedzmy, moje życie w ten sposób, że Trochę powiedzmy poleciałem w tak zwaną długą i z tym się wiązało wiele w ogóle takich prywatnych, też powiedzmy twórczych konsekwencji.
[01:43:11.81 → 01:43:14.89] A: Długa to jest sex, drugs and rock'n'roll?
[01:43:15.23 → 01:43:16.35] C: Tak powiedzmy.
[01:43:18.23 → 01:43:19.77] A: 2005 paszport.
[01:43:19.90 → 01:43:52.44] C: Tak, 2004 albo 2005. Potem miałem powiedzmy jakiś pewien czas jakiegoś też dobrego prosperity oczywiście finansowego, który wykorzystałem jakby przeciwko sobie, to znaczy zacząłem właśnie korzystać z życia w jakiś sposób, ale też to miało powiedzmy jakiś swój urok, bo jakby jako człowiek młody nie miałem też takiego okresu właśnie który tak mogę określić więc postanowiłem sobie jakoś to nadrobić jako trzydziestoletni człowiek.
[01:43:53.30 → 01:44:10.16] A: Dziękuję. Kolejne pytania ktoś z Państwa. Niezwyczajna cisza zapadła. Na pewno nikt się nie ośmieli.
[01:44:12.81 → 01:45:46.43] C: Ja może jeszcze wrzucę taki tekst właśnie a propos tych czasów, czy teraz będzie, czy jest gorzej, czy nie. To też, na przykład, mi się wydaje, że zmienia też na plus. Zobaczymy, co z tego się wykluje. Na przykład w Krakowie teraz organizuje takie, wiesz, cykliczne spotkania z literaturą, czytanie Hartu. Co parę lat temu, to po pierwsze nikt by na to nie przyszedł, a po drugie w ogóle, przynajmniej ja tak myślałem, występowanie w czymś takim byłoby czymś w ogóle... w jakimś sensie hańbiącym, ale to już teraz tak nie myślę, nie? Ale teraz oni to robią, wiesz, systematycznie i proszę, wiesz, jak jest czytanie, są ludzie w ogóle, są ludzie, którzy w ogóle interesują się, są ludzie, którzy piszą, którzy nadsyłają jakieś swoje teksty do hartu. To się cały czas dzieje nawet, się odbudowuje. No mi się wydaje, że teraz dopiero w ogóle jest jakieś środowisko, literackie w Krakowie, gdzie mogę tam, powiedzmy, spotkać tego czy owego i z nim pogadać, a wcześniej to był taki właśnie sztubacki, właśnie studencko-sztubacki, właśnie wiesz, pijacko-sztubacko-studencki, właśnie jakiś bardziej wygłup, że to powstaje i to też właśnie nie stanie się tak, że literatura popularna teraz Mam nadzieję, że stanie się jakimś takim dominium niektórych, który potrwa do końca świata, tylko to się będzie zmieniać. Była potrzeba popularnej, teraz jest potrzeba, być może za dużo było czegoś innego, ale to za chwilę pewnie znowu się obróci i będzie coś innego. Więc myślę, że jestem jakby w dobrej myśli.
[01:45:46.43 → 01:47:23.93] A: Macie Państwo pytanie jeszcze? Bo jak nie, to ja mam ostatnie już finałowe, zamykające. Jest jakieś pytanie? Szkoda. Więc na zakończenie panowie. 40 oczywiście to jest taki pierwszy moment na bilans i to próbowaliśmy dokonywać wspólnie go przed państwem. To jest także czas, kiedy pojawiają się różne strachy związane z przemijaniem, można powtórzyć zapichem, przemijaniem jetrapi, zmianą pewnych celów w życiu, czy obcięciu tych niepotrzebnych, mylących drogowskazów, które kiedyś sobie postawiliśmy, a teraz uznajemy za mało ważne. I też czasem pojawia się taki lęk Salieri'ego, że pojawi się ktoś zdolniejszy, fajniejszy, lepiej piszący, który zepchnie nasze powieści, naszą muzykę, nasze filmy, nasze spektakle, nasze recenzje w cień i będzie się tylko o nim mówiło. I to jest też taki moment, gdzie się powinno ponazywać te cele, że może Nobla nie będzie, ale Nike ciągle jest w zasięgu ręki. Czy wy macie taki rodzaj właśnie wyczyszczenia już pola walki? że przedpole jest ostrzelane i teraz została jedna rzecz naprawdę ważna do zrobienia w pisarstwie, w życiu, w współistnieniu z innymi ludźmi? To jest pewnie bardzo intymne pytanie, ale wydaje mi się, że trzeba takim tonem skończyć, skoro tyle mówiliśmy o generacji, o otworzeniu, o komunikowaniu się z czytelnikami czy z innymi członkami środowiska. Czy jest taki jeden moment, punkt, do którego chcielibyście dojść, robiąc to, co robicie, nie zdradzając siebie?
[01:47:25.35 → 01:48:26.19] C: To znaczy ja bym używając powiedzmy właśnie przekroczenie tego progu gdzieś powiedzmy czterdziestki okolic tutaj spowodowało we mnie no właśnie świadomość przemijania i tak dalej, więc zacząłem też zadawać inne pytania i teraz powiedzmy mam nadzieję, że dzięki temu, że znaczy też w ogóle ja w ogóle działam w niszy, nie jestem w ogóle jakoś nie wiem obecny w ten działam w niszy i dopóki powiedzmy w tej niszy jakby na tym mogę w jakiś sposób zarobić, czy powiedzmy coś sprzedać i tak dalej, to będę to realizował, dlatego że sztuka jest dla mnie formą religii, tak to nazwę nawet. I tworząc jakby zagłębiam się, staram się zagłębić w ogóle jakby w sobie, w ogóle w takiej, odbywam coś w rodzaju takiej podróży wewnętrznej. I to jest jakby mój teraz, teraz to jest mój cel.
[01:48:26.35 → 01:48:29.17] A: Co może być na końcu tej podróży? Podróż jest tylko celem?
[01:48:29.67 → 01:50:09.10] C: Znaczy nie, nie, jest oczywiście znalezienie pytań na szereg odpowiedzi. Jedną z odpowiedzi, którą chciałbym znaleźć, to jest pytanie o świadomość, w jaki sposób pojawiła się powiedzmy świadomość człowieka. w sensie kiedy przestał być zwierzęciem i stał się właśnie człowiekiem, który może na siebie patrzeć właśnie w ten sposób, opisywać, tworzyć. Odpowiedzi na takie fundamentalne pytania. To jest mój cel i mam nadzieję, że przy użyciu sztuki czy literatury czy też innego medium będę mógł w głębi w sobie spełnić się w ten sposób. Ja się w jakiś sposób spełniłem, nie wszędzie, ale w wielu różnych miejscach. Swoje marzenia wypełniłem. Nie były to jakieś może wygórowane marzenia i pragnienia, ale spełniłem. Nie mam takiego parcia na szereg różnych rzeczy. Po prostu mam. Mam dzieci, mam itd. Więc to jest właśnie mój główny cel. Tutaj przeznaczam właśnie ten zjazd po czterdziestce w kierunku tzw. śmierci. Przeznaczam właśnie na to, żeby zrozumieć człowieka, dowiedzieć się o świadomości, poznać też śmierć. Ten mit ponownych narodzin też to jest rodzaj takiej obsesji, którą właśnie którą tam kultywuje, na czym polega w ogóle ten fenomen i dlaczego się o tym mówi, dlaczego powiedzmy Jezus, Jezus funkcjonuje w takim czymś, umarł i się zmartwychwstał.
[01:50:10.82 → 01:50:13.02] A: Takie to właśnie kwestie.
[01:50:14.18 → 01:50:50.27] B: Trudno na takie pytanie odpowiadać. w taki jednoznaczny sposób. To moja intuicja mówi mi, że bardzo bym pragnął i bardzo sobie projektuję coś, co umownie bym nazwał złotym strzałem. Żeby popełnić taką książkę, która kompletnie będzie minimalizować fochy i fumy po jej napisaniu. W tym sensie, że wiadomo, że jak się wyda książkę, to zawsze jest ten niepokój, jest zawsze to poczucie, że to nie jest to, że się nie doszło
[01:50:51.19 → 01:50:54.79] A: Ale złoty strzał wśród narkomanów zazwyczaj kończy
[01:50:54.79 → 01:51:18.43] B: sprawę, czyli ostatnia książka, która rozstrzygnie wątpliwości. Nie, to ja mówię o złotym strzale literackim, żeby popełnić coś, co jakby spowoduje, że tak, nie muszę przede wszystkim sobie niczego udowadniać, w sensie jakimś duchowym, wewnętrznym, że oto coś takiego popełniłem i mogę zejść.
[01:51:19.80 → 01:52:03.75] C: To prawda, ja tu jeszcze, sorry, dokończę. To prawda, też oczywiście myślę o czymś takim, ale też jakby, jakby myśląc o tym, zastanawiam się powiedzmy, gdzie w mojej głowie w ogóle istnieje bariera, w której ja w ogóle powiem, ej, to jest w ogóle okej, nie, odpój, nie, możesz w ogóle zająć się czymś innym, bo to jest też taka właśnie, taki aspekt rzeczowy. Ja kiedyś na przykład żyłem w takim, takim świecie, że po prostu, nie wiem, miałem rozbudowany powiedzmy system super ego, który cały czas mnie właśnie, co ty w ogóle myślisz, weź, zostaw, nie wiem, i tak dalej. Więc spełnienie właśnie też jest związane właśnie z takim jakimś wewnętrznym w ogóle spojrzeniem, tak mam takie wrażenie, ale to oczywiście też dążę do tego właśnie powiedzieć sobie, dobra, literatura, okej, już tutaj zamknąłem. Mogę się zająć czymś innym.
[01:52:04.03 → 01:52:13.26] A: Mariusz Sieniewicz, Sławek Schuty, pisarze 40-letni w drodze ku literackiej życiowej nirwanie. Złoty strzał gdzieś jest.
[01:52:13.50 → 01:52:14.20] B: Dziękujemy serdecznie.
[01:52:14.22 → 01:52:29.06] A: Czytał fragmenty Marek Szkoda. Dla Państwa Łukasz Drewniak dziękuję za ten wieczór, a za tydzień spotkacie się Państwo z Grażyną Lutosławską i Sylwią Chutnik i ta bitwa o literaturze będzie się nazywać Matka Polka Pisarka. Zapraszam Państwa serdecznie. Dobranoc, dziękuję.