Tryb wiązania: strict

Staramy się pokazać tylko najmocniejsze trafienia.

fot. Bogusław Krężel

Bitwa o literaturę. Kolberg kontra disco polo

Wróć

BITWA O KULTURĘ

Wstęp za okazaniem bezpłatnej wejściówki do odebrania w kasie Teatru Starego. Jedna osoba może pobrać maksymalnie 4 wejściówki na każde spotkanie.
Większe grupy (uczniowie, studenci i inne grupy zorganizowane) proszone są o bezpośredni kontakt z kasą Teatru w celu rezerwacji miejsc.
Wydarzenie transmitowane on-line na stronie Teatru Starego.

prowadzenie: Łukasz Drewniak
gość: Marian Pilot
lektor: Tomasz Bielawiec

Spotkanie z wybitnym pisarzem tzw. nurtu chłopskiego będzie okazją do zadania pytań o nową starą dobrą ludowość, folklor i cepelię. Dlaczego przyznajemy się do naszych wiejskich korzeni już bez fałszywego wstydu i skrępowania? Co znajdujemy w dawnej i współczesnej literaturze chłopskiej? Jak wygląda poczet ich nowych twórców?
Łukasz Drewniak

Marian Pilot (ur. 1936), literat, dziennikarz, scenarzysta, leksykograf, długoletni redaktor poświęconego kulturze chłopskiej kwartalnika „Regiony”, autor powieści, opowiadań i esejów; do ważniejszych należą: Panny szczerbate (1962), Pantałyk (1970), Zakaz zwałki (1974), Wykidajło (1981), Bitnik Gorgolewski (1989), Na odchodnym (2002), Pióropusz (2010), Nowy matecznik (2012), Słownik dawnej gwary Siedlikowa (2012), Osobnik (2013); ostatnio opublikował powieść Niebotyki (2017) i esej Dzikie mięso.
Znawca twórczości Waleriana Nekanda-Trepki, miłośnik malarstwa Edwarda Prymasa, animator ruchu na rzecz rehabilitacji osób w I Rzeczypospolitej skazanych na śmierć na stosie pod zarzutem praktyk czarowniczych, znawca historii Plica polonica.
Honorowy obywatel miasta i gminy Ostrzeszów, wyróżniony m.in. Nagrodą im. Wł. St. Reymonta i Nagrodą Literacką Nike, odznaczony Krzyżem Kawalerskim OOP.

Obszernych skrótów ze spotkań można wysłuchać w audycji „Nie tylko rozrywkowa niedziela radiowa” na antenie Radia Lublin w każdą niedzielę między 7.00 a 11.00.

 

wideo

[pokaż transkrypt] [ukryj transkrypt]
[00:04.71 → 03:46.55] A: Dobry wieczór Państwu, Łukasz Drewniak. Zapraszam na kolejną bitwę o literaturę. Na kolejną bitwę o literaturę. Ten odcinek nazywa się Kolberg kontra Disco Polo i mamy świadomość efekciarstwa tego tytułu, ale wydawało nam się, że ten tytuł zawiera w sobie takie fundamentalne zderzenie cywilizacyjne starego wiejskiego świata, i nowoczesności, dziwnej nowoczesności, która do niego przyszła. To nie będzie spotkanie poświęcone pieśniom, ale będzie poświęcone innym pieśniom, czyli literaturze, gwarze ludowej. Będzie poświęcone światu, który na naszych oczach być może zatonął jak Atlantyda i potrzebuje swoich odkrywców albo tych, którzy przechowują o nim pamięć. Gościem naszego dzisiejszego spotkania jest wybitny polski pisarz, pan Marian Pilot, laureat nagrody Nikę za powieść Pióropusz. Zapraszam, panie Marianie. Marian Pilot jest z nami. Witam serdecznie. Proszę bardzo. Będzie to rekwizyt, który być może posłuży w jakiejś z scen dzisiejszego spotkania. Proszę bardzo, mikrofon, panie Marianie. Zapraszam. Oczywiście to nasze spotkanie może być takim ogrodem o rozwidlających się ścieżkach. Rozmową, w której będziemy sprowadzić dotknąć wiele różnych aspektów dotyczących literatury opowiadającej o wsi. Procesowi, który wydarzył się na polskiej prowincji, na polskiej wsi w ostatnim stuleciu. Oczywiście w tle będą książki pana Mariana, będzie Pióropusz, będzie Pantałyk, będą ostatnie, czyli Dzikie Mieso, czy wcześniejsze, jak Karzeł I, Król Tutejszy, Niebotyki i parę innych ważnych i mądrych książek. Ale chciałbym zacząć to spotkanie od jakiegoś absolutnie pierwszego doznania, absolutnie pierwszego wspomnienia. Trochę odwołując się do Bruno Schulza i tej jego opowieści o tym, że wspomniała z dzieciństwa, to są takie nitki w roztworze, wokół których krystalizują się potem późniejsze myśli, późniejsze odkrycia. I jest trochę tak, że jak dorasta się na wsi, jest się częścią tego świata, to potem na całe życie zostają takie obrazy pierwsze. I pan wielokrotnie powracał, opisywał, zgłębiał temat miejscowości Siedlików, czyli tej wioski ziemi kaliskiej, chyba tak to można nazwać, w której pan dorastał, w której pan miał te swoje pierwsze odkrycia. Jestem ciekaw, czy z tamtego czasu, gdy pan się tak cofnął najdalej jak można, został w pamięci pisarza obraz, krajobraz, ludzie, czy może język? Sam dźwięk, którym ten świat do pana gadał. Myślę, że fakt ustalenia tego sygnału, z jakiego źródła pochodził, jest chyba kluczowy dla naszej rozmowy o tym, co się stało z polską wsią i w jaki sposób literatura próbują ocalić, zrozumieć, odkryć na nowo. Co było u pana pierwszej? Jeśli pan tak cofa się pamięcią, do samego początku, do dziecka, które ma trzy lata, cztery, pięć i nagle rozumie, że jest w jakimś świecie, w jakimś środowisku. Co konstytuuje to środowisko? Język, ludzie, krajobraz?
[03:49.53 → 04:21.73] B: Proszę pana, jestem już tak wiekowy, że moje doznania są praktycznie dla państwa niedostępne. Wszyscy jesteście młodsi ode mnie. Otóż pierwsze moje wrażenie pochodzi z dnia 2 września 1939 roku. Ta moja wieś, o której Pan wspomniał, leży na samym krańcu przedwojennej granicy.
[04:22.08 → 04:25.05] A: Trochę bliżej mikrofon, Panie Marianie, bo to słyszymy.
[04:26.94 → 09:48.46] B: W związku z czym byliśmy ewakuowani. pierwszego, pierwszego ewakuowani stamtąd. No i naszym pojazdem, a ten pojazd to był, były wtedy dwie krowy i wóz, i wóz, na którym jechałem z dziadkiem, który powoził i z matką. Ojciec był zmobilizowany. No i otóż dojechaliśmy mniej więcej, proszę państwa, do rzeki, za troszeczkę dalej, za rzekę Prosnę, kiedy ta karawana uciekinierska została zbombardowana przez Niemców. Zaleciały samoloty No i pierwsze wrażenie, bo to ja jestem z 1936, ale z końca roku, więc miałem jakieś dwa z hakiem, no jest właśnie ten potworny wybuch, tutaj konie, pokrojeni ludzie i tak dalej i my ocaleli. To jest pierwsze wrażenie. Drugie wrażenie, równie egzotyczne dla państwa, to jest Hitler's Geburtstag, ponieważ w tej naszej wsi, w dawnym domu katolickim, założono takie siedlisko dla hitlerjungów, pozbawionych rodziców, sieroty to były. No i oni oczywiście, Były różne starcia między nimi a nami, to znaczy wsią. Były też różne inne, powiedziałbym, sympatyczne rzeczy, ponieważ im gotowały kobiety ze wsi, tym młodym hitlerowcom. No i dostały one na wiosnę, żeby ugotować im zupę z pokrzyw. To one to z wielkim ociąganiem zrobiły, no i serce im się rwało, dlatego że pokrzywy Nie wiem jak to jest teraz, Państwo nie wiecie, w ogóle nie znacie się na tym. Wtedy pokrzywy służyły jako karma dla świn. No i tutaj te biedne dzieciaki, no bo to były w końcu dzieciaki, dają im coś takiego do jedzenia. I cała wieś żałowała tych biedaków. No ale mówię, że w związku z ich obecnością uczestniczyłem właśnie w urodzinach Hitlera. Tego nikt z państwa nie doznał. To była defilada właśnie tych hitleriungów. To było podniesienie flagi, były orkiestra i tak dalej, i tak dalej. Bardzo takie huczne, oczne wydarzenie. No więc następne dzieciństwa, następne wydarzenie to już też z czasu okupacji, ale o wiele bardziej dojmujące. Dlatego, że ojciec był w AK. No i oni od czasu do czasu dostawali członkowie AK we wsi jakieś oznaki, że może być łapanka i tak dalej. I wtedy znikali z domu. To było dosyć częste i wtedy matka się częsła, co to będzie, wróci, nie wróci, czy go nie złapią i tak dalej. Ja tego słuchałem i to się kończyło dla matki tym, że gdzieś po północy nagle zauważała, bo to był niejeden raz, że mnie nie ma w łóżku. No zaczyna szukać, biega i znajduje mnie, gdzie żłobie dla krów. Tam się, jak się okazuje, czułem najbardziej bezpieczny u krów.
[09:48.68 → 09:51.04] A: Panie Marianie, bliżej mikrofon, bo nie słyszymy.
[09:52.48 → 17:54.36] B: Także widzicie Państwo, że takie moje dzieciństwo było dosyć szczególne. Co nie znaczy, że nie miało swoich uroków, bo właśnie te krowy, z krowami byłem, Bardzo blisko, z krowami byłem bardzo blisko i krowy powiedzieć można, ale to już w troszeczkę późniejszym czasie doprowadziły mnie do literatury. A w jaki sposób? Otóż mieliśmy dwie krowy i się pasało jej wtedy, Na łańcuchu się trzymało te krowy, bo inaczej by pożarły zboże itd. Ja z tymi krowami w takim okresie przedszkolno-szkolnym spędziłem parę lat i się nudziłem. To zacząłem czytać czytałem coraz namiętniej. Aż pewnego rodzaju czytając przy tych krowach, mi się nie podoba jakaś tam powiastka, mi się nie podoba i sobie powiedziałem, przecież ja bym napisał ładniej. No i to mi zawróciło w głowie w ogóle. No i spowodowało wszystkie nieszczęścia, literackie, jakie mnie w głowie w życiu spotkały. No i różne też przyjemności, sukcesy, z których ostatni jest całkiem niedawny i bardzo szczególny. Nawet Państwu to przywiozłem, okładkę z niezwykłego dzieła, które się nazywa Bobrowniki nad Prosnu, nasi przodkowie, 1618-1920. Otóż rzecz polega na tym, że kiedyś w moim, powiedzieć można, rodzinnym Ostrzeszowie, sobie jesteśmy pod Basztą Kazimierzowską w kawiarni, kilka osób i pijemy coś tam, przychodzi jeszcze jakiś dżentelmen i się przedstawia. Jestem latajka. A ja mówię, moja ciotka jest latajka też. Niemożliwe, mówi ten latajka, który przyszedł. Proszę pana, proszę pana, ja szukam właśnie swoich krewnych latajków. No i pan mógłby mi dać adres, żeby... Mogę dać. Tych latajków jest od metra nawet u mojej ciotki. No, ozłaciłbym pana, powiada ten latajka. A ten latajka to był sportowiec po zawale, który nie wiedział, co z sobą zrobić, by jakąś tam rentę dostał, zajmował się instrukcją, pracował jako instruktor rolny. Ale to tak bywa u ludzi, którzy są dotknięci czymś takim jak zawał czy udar, że zaczynają szukać swoich przodków, swoich pobratymców, można powiedzieć. No i tenże latajka właśnie zaczął szukać latajków. No i znalazł to wielkie gniazdo latajków, po czym nagle, nie nagle, ja mu to zresztą podpowiedziałem, to żeby może, jakby on tak dobrze idzie, bo latał już po plemaniach, po archiwach kościelnych, cywilnych i szukał jeszcze innych latajków. Jak już pan szuka tych latajków, może pan innych też poszuka? No i on się zapalił do tej roboty generalnicznej. I przez 10 lat razem z żoną biegali po tych wszystkich Kaliskich, można powiedzieć, bo to chodziło mniej więcej o obszar byłego województwa kaliskiego, latali i zbierali dane o mieszkańcach swojej rodzinnej wsi, bobrowniki leżącej nad rzeką prostą. To jest malutka rzeczka, ale kiedyś była ważna, bo to była granica między zaborem pruskim i ruskim. No i jaki jest dalszy ciąg? Robią to uparcie przez lat 10. On, to znaczy na imię był Maciej, umiera jednak na korelijny zawał i jego żona Maria, kończy dzieło i właśnie to dzieło, co zostało opublikowane dosłownie trzy tygodnie temu, wygląda mniej więcej jak Biblia w wydaniu lubeluszowym. Taka księga. Niestety tego nie mogłem Państwu pokazać, ale mam kartę tytułową. Tak to wygląda, ten rozmiar księgi. I otóż tam są wszyscy mieszkańcy wsi Dobrowniki od roku 1618 do 1720. Wszyscy. No i dlatego to jest tak wielka księga. To jest jak gdyby chłopski herbaż chłopów tej dzielnicy. A jak oni doszli do, do tej księgi, bo to jednak kosztowne, kosztowna sprawa wydać tego, tych rozmiarów, tego rodzaju księgę. Otóż zorganizowali ci Bobrowiczanie specjalne towarzystwo, które równeło do Unii Europejskiej i to wszystko, te ogromne koszty kilku, niezbyt dużego nakładu, ale tysiąca egzemplarzy w oprawie sfinansowała Unia Europejska. Także...
[17:54.36 → 17:57.72] A: Czy tam rodzina pilotów jest wymieniona w XVII wieku?
[17:58.07 → 20:05.60] B: A jeśli chodzi o rodziny pilotów, to jest osobna sprawa. Osobna sprawa polega na tym, że piloci pochodzą ze Śląska. I po roku 1918, kiedy się Śląsk połączył, można powiedzieć, z Polską, piloci zaczęli się pojawiać na terenie Polski Właściwej, można powiedzieć. I tutaj nagle następuje zbiorowy protest Kleru. Kler na ziemiach polskich rdzennej twierdzi, że takiego nazwiska nie ma, nie ma żadnego pilota, jest piłat. O mało mnie to nie kosztowało życia jeszcze przed życiem, bo mój ojciec był właśnie półślązak właściwie i jak poszli z matką do w kancelarii, proboszcz na zapowiedzi. Proboszcz mówi, no tak, ale przecież co tutaj Pan ode mnie chce? Żadnych pilotów nie ma. A kto jest? No jest Piłat, przecież no jest Piłat. Mój ojciec, który był nieduży, ale był zapalczywy, rozwścieczył się i o mało tego księdza nie rozdarł. I ksiądz przestraszony w końcu powiedział, no dobra, ale napiszę do góry nogami. Także w księgach parafialnych wsi Świerdlików jesteśmy pisani do góry nogami.
[20:07.54 → 21:35.98] A: No ale to jest... Panie Marianie, to ja tylko wrócę do tego wcześniejszego pytania, bo jeszcze na genealogię będziemy mieć trochę czasu. Bardzo charakterystyczne jest to, że powiedział pan o tym pierwszym doświadczeniu dzieciństwa, kiedy dziecko, które będzie potem artystą, zaczyna poznawać świat, że było to doświadczenie wojny. Czasem nam przez długie lata wieś wydawała się taką oazją spokoju, taką wyspą, którą wielka historia omija. że tam czas płynie trochę inaczej, żyje się w pewnych ustalonych rytmach, porach roku, niezmiennie właściwie, tak jak dziadkowie żyli, tak jak pradziadkowie. I nagle pojawia się jakiś kataklizm, który pan pamięta bardzo dobrze, jako to prawie trzyletnie dziecko. I teraz mamy świadomość po lekturze którejkolwiek z pana książek o tej tematyce, że tego świata już nie ma, który pan opisuje. Czyli coś musiało ten świat zniszczyć. Jak pan mógłby umiejscowić datę tego kataklizmu? Czy to rzeczywiście przyszło razem z wojną, która przyniosła przemiany społeczne? Czy może wieś, którą pan pamięta, sama się wyparła, żeby się ucywilizować, żeby pójść w ramach tego, co w PRL-u się nazywało postępem, nowoczesnością. Kto unicestwił tamtą wieść, którą pan pamięta? Czy wielka historia, czy ludzie sami, którzy nagle stwierdzili, właściwie nie musimy tu żyć, nie musimy mówić tym językiem, nie musimy być tacy jak nasi ojcowie. Jak pan to rozumie?
[21:37.38 → 22:04.12] B: Proszę pana, ja całkiem niedawno zetknąłem się, sobie biegając po internecie, z takim terminem, ekonomia cyrkulata. Co oznacza ekonomia cyrkulata? Na polskim można to przetłumaczyć jako gospodarka okrągła.
[22:05.63 → 22:07.17] A: Powracająca?
[22:07.28 → 28:14.03] B: Powracająca, taka okrężna. W czym rzecz? W czym rzecz? Idea polega ta głoszona w tej chwili przez mnóstwo już ludzi na idei powrotu do właśnie gospodarki okrągłej. To znaczy takiej, która nie wytwarza odpadów, bo się okazuje przecież, że nasza cywilizacja Nasza cywilizacja wytwarza właściwie potworne ilości śmieci i się właściwie nimi dusi. Wytwarza też ogromne marnotrawstwo. Takim najbardziej jaskrawym tego dowodem jest haniebne zjawisko, przynajmniej ja to tak widzę, jak to jest w Warszawie, że wszędzie się poliwia chleb. częściej niż psiegówna nawet. Wszędzie leży chleb, skórki z chleba i tak dalej, i tak dalej. Jest to moim zdaniem grzech pierworodny. A pamiętam go właśnie z tych lat, kiedy myśmy żyli właśnie w takiej gospodarce okrągłej. która polegała na tym, że się wstawało rano, zjadało się cupę, która się nazywała snellka, od niemieckiego schnell. Polegało to na tym, że to były pokruszone kawałki chleba, trochę soli i solona woda. I z tym się szło do roboty, to znaczy ja nie mówię o sobie, ale o swoim dzieciństwie i o dorosłych. Potem w czasie, w południe się jakieś tam chluski były, a wieczorem chleb. A chleb był taką wartością, że gospodyni chodziła z nożem w swoim fartuchu. Ona jedyna była uprawniona do ukrojenia z bochenka kromki chleba. I to jest jedno okrążenie tej gospodarki, bo druga to jest taka, że niezmiernie cenną materią był gnój. najbardziej naturalny, to znaczy o zwierząt, ludzki też zresztą. Do tego stopnia to było wartościowe, że ktoś komuś potrafił ukraść furkę gloju. A długi czas państwo, które starało się doprowadzić do większych plonów, usiłował i rozdawało nawozy sztuczne, które leżały w rowach, które leżały w rowach. Bo tutaj znowu była ta przekonanie, że tylko taki normalny gnój jest nawozem prawdziwym. No i to jest znowu To przeświadczenie, przeświadczenie tej ekonomia cyrkulata. No trzeci jeszcze obiekt, no to znaczy ostateczny. Na cmentarzu, który w tej chwili jest takim skansenem już wszędzie, no to zbiorowiskiem pomników różnego rodzaju. no to był kopczyk ziemi, na który rzucało się, bo ziemia była czarna, garść ziemi żółtej i tyle. I obrót był też szybki, obrót był też szybki i dlatego w tej księdze dopiero w Obrowickiej ci ludzie znajdują swoich Przodków, bo zresztą mówiło się, to jest takie chłopskie przysłowie, że los chłopski, dziedzictwo chłopskie jest w kominie sadzą pisane. No i to tak było. No więc ja przez długie lata żyłem właśnie w tej ekonomii, która teraz dochodzi do łask, kiedy już pół oceanu jest zasłane torebkami foliowymi, kiedy chleb się poliuje wszędzie, kiedy jesteśmy po prostu przesyceni. Jadłem i je po prostu marnujemy.
[28:16.69 → 29:15.21] A: Młodych ludzi, którzy wychowali się na wsi, potem wyjeżdżają na studia i zostają artystami, czy biznesmenami, czy dyrektorami jest chyba dość powszechny taki syndrom odrzucenia, że neguje się miejsce urodzenia, kulturę, w której się wychowało i nagle przyjmuje się zupełnie inną inną skórę. Pan debiutował w 62 roku, tomem opowiadań Panny Szczerbaty i to już był taki świadomy chyba powrót do tematyki chłopskiej, do opisania świata, który Pana wychował. Czy był w Pana życiu taki moment, że powiedział Pan sobie, nienawidzę tego świata, teraz tylko miasto, Warszawa, samochody, telewizja, ten naturalny obieg, o którym Pan mówi, nie jest Panu do niczego potrzebny, bo przyszła nowoczesność bo jest nowy świat, który trzeba zbudować w latach pięćdziesiątych. Miał pan taki moment odrzucenia, wyparcia się korzeni, wstydu za swoje wiejskie pochodzenie, które niby było premiowane, a jednak wszyscy się go wypierali w tamtych czasach?
[29:15.49 → 30:39.68] B: Otóż, wie pan, jest taka pisarka francuska, która się nazywa Anne Chiny, ukuła taki termin Transfischkulturel, który to termin można przetłumaczyć na ruski przez Pierwierzczik. Pierwierzczik. To jest nazwa właściwie na nas wszystkich, bo w 45. byliśmy No, w 80% społeczeństwem chłopskim, żyjącym zresztą w tym trybie, o którym powiedziałem. W tym trybie, no, biedy, no, na okrągło. No, ale rzeczywiście nic sam się nie marnowało. Natomiast wszyscy jesteśmy tymi pierścikami, którzy się wyparli swojego mniej lub bardziej świadomie i mniej lub bardziej jawnie.
[30:41.04 → 31:00.66] A: Wyparliśmy się, szybko dopytam, bo wstydziliśmy się, czy to nie było coś, czym się można chwalić, Zawsze chcieliśmy przyjąć inną narrację, że wszyscy jesteśmy sarmatami, szlachciurami nawet chodaczkowymi, że należymy do tego innego biegu, w którym chłop był czymś gorszym ciągle w polskim.
[31:00.98 → 36:09.51] B: No to, to, to, to, no rzecz polega na tym, że już w momencie, kiedy na tej wsi okręgowej, tej gospodarki okrągłej, zainstalowano kołchoźniki, to znaczy kołchoźniki to były takie aparaty sieciowe na całą minę po prostu i one bębniły to samo, w kółko, była propaganda, ale były jakieś pogadanki też i tak dalej, i tak dalej. I nagle się okazało, że istnieje jakiś inny świat. Jeszcze to było chwilę po tym, kiedy się świeciło tylko albo karbidem, albo lampami naftowymi. To, że jest jakiś świat, to zupełnie znacznie wspanialszy. A jeśli chodzi No i on po prostu nędził swoim blaskiem, niezależnie od tego, czy to było komunistyczne, czy było jakiekolwiek inne. A w moim przypadku to był proces właśnie, który się zaczął od tego czytania przy krowach. Nagle odkryłem, że mogę, potrafię być może No i zaczęło się, zacząłem się za wszelką cenę, to jest proces skomplikowany i długo by o nim opowiadać, po prostu odżegnywać, nie automatycznie, bez woli, ale że z dwojga, rzeczy, zostać na roli i orać, albo pójść do szkoły i czytać książki, ewentualnie pisać, to nie było wyboru. To było związane też z negacją właśnie tej kultury, która była kulturą surową. Ta ekonomia okrągła była czymś w ogóle strasznie uprzykrzonym, nętnym itd. nęcił różnymi błyskotkami i niekoniecznie błyskotkami, po prostu tą kulturą, do której chłopi nigdy nie mieli dostępu. Przez całe wieki byli, no i to nawet ta warstwa panująca tak nazywała, gnojem. Byli czymś... upośledzonym. Nikt nie chce być gorszy. Z tego tytułu robi wszystko, żeby znaleźć się między lepszymi. Stąd to przejście, że lepiej było się pokazać chociażby urzędnikiem, chociażby kimś z miasteczka, byle nie chłopem, bo to było coś właściwie najgorsze. Zresztą po rosyjsku chłop znaczy po prostu niewolnik. Taki rodzaj niewolnika, który u nas też się tego słowa nie używało długo, się używało wieśniak i tak dalej, żeby się wyrzec właśnie tego swojego dziedzictwa. Rzecz polega na tym, że w pewnym momencie, to jest nie tylko moje doświadczenie, ale zanegowaliśmy zupełnie to wszystko, co wieś daje, czym jest wieś. Może zostały jakieś Rozumiem, że według pana
[36:09.51 → 38:18.97] A: teorii to wyszło od ludzi, a nie zostało odgórnie narzucone. Władza dała pewne instrumenty, które ludzie przejęli za swoje, żeby się pozbyć wstydu, biedy i przemienić się w tego kogoś innego. W pana genialnej powieści Pióropusz jest motyw narratora, który w pewnym momencie złodziejskiego syna, który pisze podania, petycję, żeby wyciągnąć ojca z więzienia, jednego analfabetę, czy jednego z trzech analfabetów we wsi. I w pewnym momencie zostaje mu tylko pisanie, bo traci przyjaciela, zostaje jakby odrzucony przez gromadę, nawet tam pada takie zdanie, nawet z własnych snów mi okradliście, czy wygnaliście. I jest taka symboliczna scena, w której on ma nie tylko palce podplamione atramentem, ale także marzy o siebie swoje czoło marzy tym atramentem, jest kimś naznaczonym, wybranym i orientuje się, że jako złodziejski syn może także kraść słowa, może kraść opowiadania innym, może pisać. jednocześnie okradać rzeczywistość z tego, co jemu zabrała wcześniej. I oczywiście to nie jest, to nie jest, to jest jakiś sobowtór Pana, ale to nie jest jeden do jednego oczywiście, tak naiwnymi czytelnikami nie jesteśmy, ale można chyba w tym dopatrywać się takiego pańskiego poczucia, o którym Pan powiedział przed momentem, że tą drogą awansu było pisanie i czytanie. to była taka przepustka, droga do innego, lepszego życia w innym miejscu. A czy pamięta pan moment, pewnie gdzieś było w latach 60., może później, którym pan za tym światem wiejskim naprawdę zatęsknił, kiedy wrócił pan do Siedlikowa i zobaczył, że tej rzeczywistości już nie ma, którą pan pamięta z tego biednego dzieciństwa, ale własnego dzieciństwa. Mrożek chyba gdzieś pisał, że żeby pokochać prowincję czy swój mały hajmat, trzeba najpierw z niego wyjechać. Dopiero powrót spowodowany nostalgią daje pełniejsze zrozumienie tego świata. Czy potrafi pan wskazać taki moment w swoim życiu, gdzie powiedział, kurczę, brakuje mi tej wsi, brakuje mi tej biedy, tych zapachów, tego języka, tych ludzi, od których uciekłem, żeby być kimś ważnym, wybitnym, tworzącym?
[38:20.25 → 47:17.79] B: Otóż w pewnym momencie Zauważyłem, jak już zacząłem pisać, nawet już coś tam publikowałem, że właściwie ja piszę i że potrafię pisać tylko o wsi nagle. Że tylko to jest ta moja prawdziwa rzeczywistość. Taka, no z tym wszystkim, o którym mówię, z tymi elementami dosyć takie dosyć porównującym się silnie na człowieku, o których opowiadałem. No i to był bardzo długi proces, zresztą proces, który przeżyłem oczywiście nie sam, że nagle myśmy zaczęli po pierwsze dostrzegać, Te wartości, to znaczy, że to, co się nam wydawało brzydkie, niekoniecznie takie było. To, co się wydawało głupie, niekoniecznie takie było. Że ten obrządek jakiś, który się wydawał głupotą, niekoniecznie tym jest. No i powoli, powoli, powoli, mówię o pewnej grupie literatów po prostu, którzy wyszli ze wsi i którzy mieli ten moment odrzucenia totalnego. To się zgadza, bo w końcu Mrożek też był... Zbożęcina. Zbożęcina, właśnie, zbożęcina. No i skończyło się na tym, że zaczęliśmy o tę wieś, to znaczy mniej o wieś, bo wieś to jest wszystko, zaczęliśmy o chłopstwo walczyć, o cywilizację chłopską, należy powiedzieć. że rzeczy, które wydawały nam się dzikie i haniebne, takie jak czarownice, jak kołtuny nawet. Kołtun to jest coś, co zresztą odkryłem całkiem niedawno, powiem państwu, a to jest A to jest coś, co przeszywa całą historię Polski, ten kołtun. Zjawisko w ogóle nieprawdopodobne. Ja miałem, no zresztą to, to bym mógł powiedzieć, opowiedzieć powieść o kołtunie, ale, ale to może nie ma na to czasu. W każdym razie, w pewnym momencie nasi przodkowie zauważyli, nasi uczeni przodkowie, że chłopi noszą coś takiego na głowie, co jest kołtunem, co jest taka czapa z klejonych włosów, pełnych wszy, wszystkiego. I że oni to noszą, no, zanotował niemiecki podróżnik, że na trzech chłopów dwa małkołtuny. No i nad tym fenomenem zaczęto się zastanawiać. I to się zaczęto zastanawiać, no, na, na poziomie uniwersyteckim, bo nawet pamiętam datę, w 1499 roku, proszę Państwa, rektor Akademii Samojskiej o nazwisku niemieckim Starnfegel, coś takiego się nazywał, wysłał do Akademii Przyjaznej Bratymczych w Padwie, bo jak wiadomo Padwa była jak gdyby pierwowzorem Zamościa, wysłał zapytanie, co to jest według Akademii Padewskiej kultur? Bo oni myślą, i badają sprawę już dwa lata i nie mogą dociec. I pytają o wsparcie swoich braci włoskich. Włosi też zaczęli myśleć o tym i badać kultura tego brzydkiego, chłopskiego. i też nie byli w stanie określić, co to jest w istocie rzeczy. Rzecz poszła dalej na uniwersytetach i w końcu te uniwersytety zachodnie na czele spadeskim uznały, że to jest coś polskiego, plika polonika, czyli czyli zwój Polski i tylko Polacy to mają. Tylko Polacy to mają i to wszyscy, jak się okazuje według zdania Akademii Polackiej i innych. No więc widzicie Państwo, chociaż jedna rzecz jest taka, która łączy Polaków i to jest prawda, bo się okazało już wtedy, że Jest to jedyny element kultury chłopskiej, który został przyjęty przez szlachtę. I był taki wybitny jak na owe czasy poeta, następca Kochanowskiego, uważano go na następcę Kochanowskiego, chociaż marny w końcu był poeta. ale tenże Kochowski nosił wspaniałego kołtuna i pisał wiersze na cześć kołtuna. On napisał taki tom, psalmodia polska. Psalm 23 jest podziękowaniem Bogu, że zechciał zesłać mu na głowę. tego kołduna. Był on pod Wiedniem u Sobieskiego z tym kołdunem, no i tam, jak państwo wiecie, pewnie piechota łarnowa, czyli chłopi byli bosi. No i cesarzowi król Sobieski przedstawiał, mówił, że no, Chłopi tak są przyzwyczajeni, żeby po prostu chodzić boso i cześć, o wiele lepiej. A przedstawił też swojego kronikarza, bo wtedy Teodor Kochowski był kronikarzem wyprawy wiedeńskiej, jako tego swojego arcypolaka. Także widzicie Państwo, to wszystko Zresztą to już nie będę do kołdówna wracał, chociaż jest to temat ponętny i mówię państwu...
[47:17.79 → 49:18.93] A: Zostańmy przez chwilę jeszcze w PRL-u, panie Marianie, bo wspomniał pan o liczbie mnogich, czyli o pisarzach zajmujących się tematyką wiejską w tamtych czasach, czyli oczywiście Wiesław Myśliwski, Tadeusz Nowak, Julian Kawalec, Pan, Potem Redliński was trochę skontrował tą słynną szyderczą konopielką. Wydawało się, że ten wasz powrót do źródeł, do tych rudymentarnych emocji i stanów związanych z życiem na wsi czy opisywaniem życia na wsi jest takim protestem wobec oficjalnego wizerunku chłopa czy kultury wiejskiej. w PRL-owskiej Polsce, która się wtedy kojarzyła z dożynkami państwowymi, która kojarzyła się z takim prostym, że chłop to jest właściwie robotnik, tylko że w innym środowisku, a wy pokazywaliście, że tam są mroczne, głębokie siły. Używaliście, tak jak pan w tych pierwszych powieściach swoich, groteski i takiego... hiperbolizacji świata przedstawionego. Tam były i Echarablego, i Gogola, i takiego spotworniałego Sienkiewicza, i Gombrowicza. Ciekaw jestem oczywiście, ja do tych książek dotarłem dopiero w latach 80., kiedy wtedy mogłem je czytać, czy tę literaturę traktowano jako rzeczywiście odkrycie świata, który został zapomniany przez polskie społeczeństwo, takiej Atlantydy właśnie zatopionej albo przekłamanej przez propagandę, czy traktowano was jako taką literaturę egzotyczną, prawie jak Markeza czy Cortazara, które opowiadają o jakichś egzotycznych światach Ameryki Południowej? Czy czuł pan, że jest to porozumienie z czytelnikami tak, Opowiadajcie nam o tym, co zapomnieliśmy, mówili wam czytelnicy, czy było raczej takie zdziwienie. O czym wy chcecie wtedy opowiadać? Przecież to jest jakiś taki świat z lamusa, z przeszłości. Po co o tym mówić?
[49:21.73 → 50:29.76] B: Sprawa się przedstawia w sumie gorzej. W sumie gorzej, bo byliśmy właściwie uważani, brutalnie mówiąc o zasługuszu w reżimu. Dlatego, że w tych wszystkich książkach w sumie nie było krytyki tej rzeczywistości, prawda? Ona była pod różnym kątem ukazywana, ale nie było to, wspomniał Pan konopielkę, tak? Jest to właściwie pochwała, pochwała przecież tej rzeczywistości, która w sumie zwycięża ta kosa nad, nad sierpem. Czyli mamy postęp i tak dalej. Zresztą...
[50:29.76 → 50:57.75] A: Ale jednak może chyba, panie Marianie, rodzaj takiej drwiny z nurtu literatury wiejskiej, która mówi, że prawda, dobro, tajemnica jest na wsi ukryta, a myśmy o niej dzisiaj zapomnieli. Mi się wydaje, że Redliński był trochę w takiej kontrze do was, pokazał, że można jeszcze przez absolutną hiperbolę docisnąć ten pedał stylizacji do końca i pokazać, no to jest także absolutnie śmieszna rzeczywistość. Czytając konopielkę, się wybucha śmiechem.
[50:58.03 → 51:23.87] B: No się wybucha śmiechem, ale wybucha się śmiechem właśnie z tego zacofania. I wiadomo, że idzie nowe. Ono się tam musi przedzierać przez różne... Zresztą Ledliński prawie zaraz napisał,
[51:28.27 → 51:28.59] A: Awans?
[51:29.07 → 59:38.17] B: Awans, no, no właśnie, no właśnie, właśnie o awansie. No i zresztą z nas wszystkich, no, Redliński był największym walcą jednak, wręcz można powiedzieć, reżimu. Do ostatniej chwili, no przecież ostatnie jego książki to jest pochwała tego, co było, czyli epoki socjalizmu, epoki, która zaistniała tuż po wojnie. Także on był niesłychanie wierny jednak temu, jak tu powiedzieć, to przeświadczeniu, co zresztą było prawdą, że ten komunizm doprowadził w sensie materialnym, a i duchowym do tych chłopów ciemnych, do tego, że stali się pierwieścikami. Pojechali do, w naszym przypadku do Wrocławia, całymi masami do fabryk i tak dalej, i tak dalej. Zapomnieli, starali się zapomnieć kompletnie o swojej przeszłości. Natomiast w naszym przypadku, mówię w liczbie mnogiej, No to jest, to nie ma konfliktu, no raczej się nie, rzeczywiście nie ma. Ta wieś, Nowa Kama jest przecież wsiął prawie jak u Hanowskiego, wspaniałą, pełną blasku. i tak dalej. Także zaczęliśmy tę wieś doceniać w każdej postaci, w tej postaci już poprawionej, tak jak w awansie przecież u Rolińskiego, czy też tę wieś dawniejszą. Zaczęliśmy odkrywać ją zresztą powierzchniowo bardzo, Bo przecież nie było tam z nielicznymi przypadkami takich pisarzy, jak powiedzmy Przyboś, który zbierał pieśni buntu. Także byli tacy, którzy przypominali o tej przeszłości chłopskiej, Wtedy starano się zapomnieć. Patrzmy w przyszłość, która będzie jaskrawa, piękna i tak dalej. A tymczasem okazuje się, że to się tak nie da. I myśmy powoli dochodzili do takiego wniosku, że oprócz etosu szlacheckiego, istnieje etos chłopski, który jest przygnieczony tą szlachecką butą przez całe wieki przecież. No i całe wieki trwała opór przeciwko przeciwko przemocy szlachty. bo to się rozmaicie przejawia, to się przejawia chociażby przez, to XVII wiek jest tutaj znamienny, bo wtedy pańszczyzna miała 7 dni w tygodniu, a nawet więcej, czyli chłop musiał pracować 7 i jeszcze jego żona musiała w niedzielę pracować dla niego. I to była ucieczka zbiorowa, można powiedzieć, chłopstwa na Ukrainę. Oni potem mieli wrócić. Oni potem mieli wrócić z Chmielnickim. I przecież niewiele brakowało, a powstałaby Chłopska Republika. Złożona właśnie z tych uciekinierów z całej Rzeczpospolitej, Chłopi po prostu nie mieli prawa do życia i w związku z tym musieli się salwować ucieczką. Więc to był okres niesłychanie dynamiczny, można powiedzieć, ale też w różnym sensie, bo sytuacja polega na tym, Ucieka chłop, kobieta zostaje w domu z dziećmi i zniknął pomocy ani od pana, ani od księdza, od nikogo. To okazuje się, że jedyny, który może wspomóc tę kobietę, to jest diabeł. To jest diabeł. No i Powstało mnóstwo czarownic, kobiet, które wierzyły w szatana i tak dalej, i tak dalej, które następnie były masowo palone na stosach. No to ja jestem tutaj akurat powiedzieć można specjalista, bo jestem z takiej z takiej, takiej okręgu, gdzie po raz ostatni w Rzeczpospolitej palono czarownicę. To było w 1775 roku w takiej wsi Doruchów, gdzie dziedzic, który miał do tego prawa, bo chłop był jego własnością tak jak bydlę, kazał spalić podejrzanych o Cari 14 kobiet. 14 kobiet. Temu sprzeciwiał się proboszcz, ale dziedzictw nie usłuchał, więc ksiądz pobiegł po pomoc do Warszawy do króla i spowodował to, że król Stanisław August zakazał palenia czarownic. To było ostatnie palenie czarownic w Rzeczpospolitej. Rok 1775 bodajże. Jest piękny medal. Król kazał sobie wybić z tej okazji.
[59:39.57 → 01:00:05.09] A: Panie Marianie, esej Pana o tym przeczytamy na koniec naszego spotkania. Teraz bym Pana... Chciałbym, żeby Pan troszkę odsapnął, napił się wody. Pana Tomasza Bielawca chciałbym poprosić o fragment Ciemna brama, żebyście Państwo mogli usłyszeć język Pana Mariana Pilota, inny niż w pióropuszu. Zapraszam, Panie Tomaszu. Ciemna brama, tak?
[01:00:08.53 → 01:03:05.87] C: Z ciemnej bramy wysypali się pod uliczną latarnię hurmą, hurtem, niczym kartofle z rozprutego worka. Bez słowa, cicho, bez szelestu, jakby w bamboszki obuci byli wszyscy. Komendant Gnus, znienacka przez tych wyległych z nagła z piwnicy na światło cieniasków zahaltowany, nie przejął się ani nie przelągł. Niespiesznie przyjął pod latarnią postawę spoczni I okiem Pana łaskawego, wyrozumiałego, Sobie na to ciemne towarzystwo patrzał. Licholatki, mamlaski, Ledwo od ziemi odrośnięte malutki, Niedorostki w pryszczach, krostkach, kołtunkach, Skrofuliki, hacharki, karłaczątka, gnojki. Choć też między nimi jedna szczerbata, W kółko golona gnojka. Sześcioro czy siedmioro sztuk drobiazgu tego sam szczaf. Płochliwe, cichutkie, karne komandko kurdupelków, co o północku ruszyło na bandziorkę, mile bawiło oko. Rozbawione swoje oczko nocny Wałęsa oparł w końcu na naczelniku tej wypadłej z brudnej bramy bandki. Prowodyr ten, prowodyrek, prowok zresztą, kucyjanek taki sam jak całe jego kuce zastępy, tyle że odrobinę wyższy może, tęższy może i pod zawadiacko nasuniętym na czoło czarnym kapeluszem kominiarskiego czeladnika trzaskając obcasami, prężąc mikre ciałko w postawie baczność, oddawał przybyłemu honory.— Dzień dobry bardzo!— witał czule bardzo.— Pochwalony!— pozdrawiał następnie. Wielce wielebne były te jego pozdrowienia.— I gościu!— głos małorosły wódz podnosił wysoko.— Takiego jak ty my tu nie mieli żeśmy jeszcze!— tak podnośle witał, by zaraz bez jakiejś krępacji przejść adrem.— Pięćdziesiąt! Z miejsca jednak tłumaczył się i wyjaśniał uprzejmie. Taka tu u nas nocna taksa, gościuszku. Gościuszko. Taki przyjemny, serdecznie i pieściwie brzmiący miał dla markującego po nocy komendanta Gnusa tytuł. Komendant Gnus. Łaskawy gościuszko trzepnął dłonią po kieszeni bluzy. Nima. Zeznał bez ociągania, szczerze. Zasępił się kapelu szaty i zafrasował mocno. – Ale nic! – pocieszać począł skwapliwie swego gościuszka i samego siebie. – Nic to, nic! Niech tam będzie sto!
[01:03:06.09 → 01:03:06.97] B: Rozmienim!
[01:03:07.19 → 01:03:10.45] C: Z pomocą bosko rozmienimy! – obiecywał grzecznie.
[01:03:10.51 → 01:03:11.97] A: – Rozmienim!
[01:03:12.63 → 01:04:40.45] C: W odpowiedzi na co gościuszko gnuz rozłożył ręce bezradnie, przy tym niefrasobliwie, beztrosko, też odrobinę wyniośle może. Nie, wstrząsnął się na ten winok kapeluszny. Pan, pan, taki pan, piał z podziwu i zachwytu, by podnieść płaksiwy lament. I bez tałzęta, przy duszy, bez tych pięciu marnych dyszek nawet. A my tu, zapłakiwał się i kwękał, tu o głodzie my, Rym go poniósł o chłodzie, dziadeczku, pełnym serca i jezuskowej miłości głosikiem jąkał się prowodyrek komanda kurdupelków. Czyś ty naprawdę o nas biedulkach zapomniał? Jezusikowe środki tymczasem dziadeczka tego po cichutku otaczały coraz ściślejszym kołem. Ufnie się i coraz śmielej garnąc do niego. Do stóp i kolan mu przypadały po plecach, po brzuchu, a w końcu i po zadku głaskały i poklepywały, zleciutka też nawet podszczypywały namolnie i lubieżnie, by w końcu grzecznie, po cichutku począć mógł merać w kieszeniach. No, rybiata! Wyzbył się w końcu dobrotliwości i otrząsnął ze stuporu komendant Gościuszko-gnus. Chwacit! Oznajmił i z miejsca huknął komenda. Chwać!
[01:04:40.77 → 01:04:40.87] B: Hyyt!
[01:04:41.67 → 01:04:56.93] C: Trzasnął pięścią po kieszeni, którą najmniejszy z komanda Jezusków trzema paluszkami umiejętnie przetrząsał. Badacz ten kieszonkowy, przytrzaśnięty, pisnął, zakwilił, wyrwał łapę z podtrzasku i ze złości dziabnął komendanta paznokciem w ucho.
[01:04:57.77 → 01:04:58.69] D: Królu!
[01:04:58.89 → 01:08:55.79] C: Królu! Błagalnym gestem wznosił tymczasem ręce ku niebu prowodyrek. Aż się wspinał na palce i ku niebu całym ciałem porywał się przy tym. – Wszak! – wykrzykiwał nocny mądrala wymądrzone, w starej książce wyślepione wyrazy. – Dopiero zaczynamy! – Wszak! – Królewicz bez grosza przy duszy. – Same wszy trzymają się go i gnidy? Daj, jasny książe, pozwól, pochyl głowę, pomożem, poiszczem, my uczynna wiara, robotne kozaki, robactwo, całe doszczętnie wymieciem, wygnieciem. Nahał! huknął gościuszko Gnus i porwał się do przodu, roztrącając oblegających go dziubasków. I samemu prowodyrkowi z rozmachu strącając kapelusz z głowy i odsłaniając mu twarz. Okrągła jak jaje gęba ta, dziobata bardzo, jakaś dziurawa, podziurawiona aż. Komendant Gnus osłupiał. Zląkł się i za chłysną widokiem w grubych kroplach potu zapełniających niezliczone dzioby na gębie dziobatego przeglądały się niezliczone twarze komendanta Gnusa. W tych krzywych odbiciach malował się ból, który go zdumiał i wyląkł. by mgnienie później dopiero porazić. Ból swój zobaczył zanim go doznał. Boleść wstrząsnęła ciałem i je ostawiła wyrzęte i na wpół puste bezwładne. W głębi czaszki ćmiło doznaniem mdłej błogości. W ramionach i rękach błoga tak samo słabość. Splątanie nóg zabawne, wesołe, przyjemne. W nozdrzach dławiąca woń tlącego się sukna. Gwar. Jazg od głosów dochodził z daleka, z daleka stłumiony, spod poduszki, spod grubego jaśka. Łaskotały go i śmieszyły ręce, które myszkowały po jego brzuchu, po plecach, załaziły pod pachy, wciskały się do ust, wdzierały w krocze.— Pusty rzęch!— warknął ktoś i ktoś go raz jeszcze rąbnął gazururką po łydkach. Komendant Gnus padł na bruk, podźwignął się, stanął na kolanach. Trzęsła mu się i chyliła głowa. Nie wypuszczał z rąk woreczka. Trzymał się go silnie i silnie wierzył, że dzięki tej podporze nie upadnie. Słuchał skierowanej do siebie mowy. Znowu słodząc, przemawiał do niego ten sam, co zawsze mówca. Dziadeczku! Jąkał się rymem kapelusznik. Co my tu mamy we woreczku? Co też tam w nim chowamy, groszadeczko? Nie puszczał. Nie dawał, ale dał. Żelazny pręt zgruchotał mu ręce. Reklamówka wymsknęła się z potrzaskanych palców. – Szanowny! – dławił się z wściekłości Dziobak. – Szanowny, i ty nie masz kasy, pieniąchów, wór! Łobuzek, ty szanowny, kłamczuszek, brzydki ty! – karcił. – Nieusłuchany, nieusłuchany, nieposłuszny! Monety brzęczały i trzeszczały. Sypały się z pękniętej torby na goły bruk. Kopczyk groszaków liśnił w blasku latarni. Na ten widok Jezuski na chwilę zacichły, by zaraz z wrzaskiem rzucić się na zdobyty skarb, zacząć go łapczywie rozdrapywać i z powrotem cichnąć. Co u wuja pana rozdarł w tej ciszy gębę prowodyrek? Co to ma być? Co to za parszywy towarek? Co to za kpina z miejscowej ludności? To jest primasort, szajs, szajs! Chciał tłumaczyć. Chciał się też śmiać. Nie zdążył. Żydu, Żydu, wykrzykiwał ktoś jego nowy tytuł. Żydu ty szajsowny jeden.
[01:08:56.61 → 01:10:11.74] A: Pytał Tomasz Bielawiec, dziękuję bardzo. Mam nadzieję, że usłyszeliście państwo tylko niezwykłą melodyjność tego tekstu, takie napięcie dramatyczne, które w nim jest, ale także neologizmy czy wyrażenia gwarowe, z których właściwie w większej części składa się narracja pana Mariana Pilota. Są takie zdania, które na przykład 36 czy 30 ileś wyzwisk się pojawia zaczerpniętych właśnie z gwary Siedlikowa. I chciałem zapytać o styl. To jest taki fundament pisarza, to jest miejsce, gdzie pisarz się chroni, to jest coś, co pisarz wysnuwa z siebie, tworzy, ale jednocześnie coś, co w nim gada cały czas, Bywają chwile, że wbrew niemu nagle. Kiedy ten język Mariana Pilota buzuje w panu? Czy to jest coś, co zostało precyzyjnie skonstruowane? Czy to jest taka melodia, która została tylko poprawiona, a zaczerpnięta właśnie z okolic rodzinnych? Jak ten język pana się rodził jako u pisarza?
[01:10:17.01 → 01:10:22.01] B: Jest to właściwie powodem jest lenistwo.
[01:10:23.39 → 01:10:23.83] A: Lenistwo?
[01:10:24.15 → 01:15:11.45] B: Powodem jest lenistwo, bo ja jednak odrzucając w okresie licealnym, na pierwszych latach studiów, odrzucając właściwie totalnie tą swoją kulturę wiejską, jednak nie wyzbywałem się języka w dziwny sposób, to znaczy właściwie przez lenistwo, bo mi się po średnikowsku lepiej gadało, to znaczy siłą rzeczy byłem zmuszony do takiego szkolnego przejścia na język, oficjalny, ale tak na własny użytek i na użytek właśnie swoich pisanin, które jak powiedziałem przed chwilą, że nagle się okazało, że jestem wskazany na pisanie o tym, co najlepiej znam i co jest mi najbliższe, to znaczy o wsi. No, do tego pasował język siedlikowski. No i właściwie na tym stanęło, że ja właściwie piszę po dziś dzień siedlikowskim językiem polskim. No i to jest tajemnica. To jest tajemnica i myślę, że w sumie to i mnie nie wyszło na złe, a może ośmielam się powiedzieć, też w polskiej literaturze, bo z polską literaturą, z polskim językiem w ogóle, dzieje się coś koszmarnego w istocie rzeczy. Jest tak silnie podmywany ten język przez amerykańscy, Człowiek wstaje rano i na miejscu, gdzie wczoraj był napis piekarnia, widzi napis angielski, bo chleb po angielsku lepiej się sprzedaje. I w ogóle cały język internetowy to jest czysta angielszczyzna. Angielski jest tak agresywny, może doprowadzić, już nie za mojego życia, ale pewnie niezabawem do anihilacji, bo ta polszczyzna staje się coraz mniej potrzebna, coraz mniej modna, coraz mniejsza w użytku. Bywały już w dziejach języka polskiego nawały francuskie, rosyjskie, łacina przecież, która była oficjalnym językiem, ale wtedy język polski miał z wszystkich stron dopływy. Właściwie każda wieś to był inny język, trochę inny język, trochę inny zestaw językowy itd. W każdej chwili każdy się mógł odwołać do tego, do tych war licznych. One przestały istnieć wraz z tym, jak przestała istnieć właściwie wieś. Właściwie wci, przynajmniej z tamtej strony Wisły. W moich stronach praktycznie nie ma. Praktycznie to moja rodzinna wieś. To jest w połowie letnisko, a w połowie świniarzysko. Tak mówię dlatego, że istnieje na uboczu tej właściwej wsi wielka ferma świn na tysiąc sztuk.
[01:15:12.57 → 01:16:00.17] A: Kilka lat temu, jak się wtrącę, wydał pan słownik dawnej gwary Siedlikowa, który jest takim próbą ocalenia wyrazów, które zna już tylko pan i jeszcze parę osób, które zostały wydobyte z mroków niepamięci, z jakiejś odchłani czasu. Słowa, które chyba już nikt nie używa i nikt z nas nie rozumie, ani nawet dzisiejszych mieszkańców Siedlikowa nie pojąłby tego znaczenia. Więc to jest taki rodzaj takiej małej arki, przenośna arka, która ocala słowa. I pytanie pani Marianie jest takie, bo nazywa się pan często przekornie w wywiadach babelistą, czyli takim, kimś, kto nosi w sobie wieżę Babel, tworzy wieżę Babel, czy co specjalista od pomieszanych, umarłych języków. Jakby pan rozwinął to pojęcie?
[01:16:00.41 → 01:16:31.39] B: Jest całkiem inaczej. Istnieje taki rosyjski termin, który rozkrywa szczęście języków, czyli Wyzwolenie, wyzwolenie języków. Na tym rzecz polega, że jestem za wielością jeszcze, bo jeśli zostanie ten jeden ubogi, coraz bardziej ubogi język polski.
[01:16:32.13 → 01:16:34.41] A: Pani Marianie do mikrofonu poproszę.
[01:16:38.32 → 01:19:53.77] B: to w końcu on zaniknie. Jestem za tym, żeby tak jak mi doniosła moja córka, która przez lata mieszkała w Szwecji, że właściwie Szwed każdy mówi swoim językiem, to znaczy swojej gromady, swojego klanu, okręgu, podczas kiedy, jak mówię, my się odwołujemy już wyłącznie tylko do języka angielskiego. Ta książeczka, którą ja w ostatniej chwili sporządziłem, przymuszając do wyartykułowania różnych słów, takich stoletnich kobiet jest rzeczywiście taką małą skarbonką słów, które były w użyciu i które pewnie nie będą w użyciu, chociaż nie jestem tego przekonany. nawet w tym moim dzisiejszym siedlikowie nie nawróci. Dlatego, że dużo z tych słów nazywa rzeczy inaczej, inną barwą, innym dobitniej nazywa, w sposób dokładniejszy, bardziej precyzyjny. Cały obszar rzeczywistości Nie sposób, tak jak wracając do konopielki, niech pan spróbuje przetłumaczyć konopielkę na polski, co zresztą usiłował zrobić Andrzejewski. Była wielka batalia o konopielkę między Henrykiem Berezą a Andrzejewskim. Andrzejewski uważał, że brzydatstwem jest pisać w jakimś takim paskudnym, ruskim języku. A przetłumaczona na język Andrzejewskiego czy Parandowskiego ta książka zupełnie przestaje mieć sens. Także jestem za tym, żeby każdy, nie mogą z tych młodych, bo rzecz polega na tym, że po tym okresie rozkwitu nurtu chłopskiego przyszły lata chude, można powiedzieć.
[01:19:53.81 → 01:19:55.45] A: Wszyscy zostaliśmy Europejczykami wtedy.
[01:19:56.63 → 01:21:25.19] B: I dopiero teraz nadchodzi nagle kolejna fala, która się zaczęła Nie wiem, czy nie leży powiedzieć. Zresztą od Lublina. W Lublinie jest pisarz wybitny i właśnie przynależny do Nurtu Huckiego. To jest Bernard Nowak. Jego dwie książki, jedna powieść i jeden tom opowiadań. to są osiągnięcia bardzo wybitne. Niestety znam go jako pisara wybitnie leniwego i jeszcze tej trzeciej książki on nie wydał. Ale są to książki właśnie dotyczące jego wsi z kolei, jego wsi, która leży zresztą W Wielkopolsce jeszcze dalej niż moja. Poza tym jest cała gromada młodych, kobiet zwłaszcza, to bardzo ciekawe, które wracają do swojej wsi, do swojej młodych.
[01:21:25.19 → 01:21:27.21] A: Także Gorzewska na przykład, Guguły, tak?
[01:21:27.71 → 01:21:33.95] B: Guguła chociażby, tak. Wspaniała. czy też Płaza.
[01:21:34.29 → 01:21:35.61] A: Maciej Płaza i z Koruń.
[01:21:37.05 → 01:24:16.61] B: Także ta mowa i oni też wracają do tej swojej, do mowy swoich dziadków czy pradziadków. Jeśli tam nie jest to wyrażone zbyt dobitnie, To dlatego, że oni tej mowy już nie pamiętają, po prostu siły rzeczy. Nie pamiętają swoich dziadków nawet przecież. Ale rzecz polega niekoniecznie na tym zresztą, czy się o wsi pisze, czy się pisze o czymś innym, tylko na etosie chłopskim, który się najdobitniej wyraża właśnie w języku, w językach, w wielości języków. Zauważcie Państwo, że żadna wieś, żadne z polskich miast nie zdołało wytworzyć swojej gwary. Poznań, jeśli ją ma, to zawdzięcza niemieckim bambrom, Warszawa właściwie niczego nie ma, bo cały wieś jest po prostu dosyć marną podróbką osobistą Stefana Wiechalskiego. Podczas, jak mówię, każda wieś, łącznie z Bobrownikami i Siedlikowem, miała swoje własne mowy. I to jest coś, wspaniałego i dlatego ja mówię, że jestem babelistą, bo jestem wdzięczny Panu Bogu, że jednak nie został przy tym uniósł, a pamiętam tego łacińskiego, łacińskiego języka, tego jednego języka i jednej mowy, tylko pomieszał języki. powiedziałbym patriotycznie, to znaczy tę polską mowę. Niech ona będzie rozmaita i w tej rozmaitości piękna.
[01:24:17.45 → 01:25:05.80] A: Czy czytając tych młodych autorów nowej fali literatury opowiadającej o wsi, dzieciństwie na wsi, o prowincji, dostrzega pan jakąś lekcję, którą oni odrobili na pana prozie, na prozie Myśliwskiego, czy Kawalca, czy Nowaka? Czy oni tymi swoimi ujęciami polemizują z waszą wizją wsi? Czy to są zupełnie niezależne poszukiwania? Przychodzi zupełnie inne pokolenie, które nie wie, co było przed nimi, wchodzi jak na nieznane terytorium i mówi, no to zróbmy coś z tymi wspomnieniami, z tym światem, o który się otarliśmy, w którym chwilę żyliśmy, albo do którego wracamy już jako dorośli ludzie. Czuje pan taki przepływ idei, pomysłów, ujęć stylistycznych u tych młodych? Czasem jesteśmy wyczuleni na to, co kolejne pokolenie z nas wzięło.
[01:25:08.10 → 01:29:43.92] B: Ja panu powiem, że w sposób nieunikniony oni coś biorą od nas, ale niesłychanie trudno jest określi, przede wszystkim biorą odwagę, żeby o tej wsi nagle pisać. Prawda? Po dziesięcioleciach. Skąd im to przyszło? Z jakiego natchnienia? Okazało się, że Ten przekaz dziadków, no bo nas też należy traktować jako dziadków, jest może nie, nie na zbyt intensywny, ale, ale daje po prostu im, powiedziałbym, natchnienie, jakieś, jakieś krzydła. Tak mi się wydaje, że to tak, tak jest, no zresztą w wypadku powiedzmy Wana Nowaka, no to, to jest, to jest jak gdyby dosyć odległy i bardzo wyrafinowany sposób odpowiedzi na Myśliwskiego pierwsze książki. Także tutaj są takie bezpośrednie wchodzą koligacje, a jeśli idzie O panie to Grzegorzeska oczywiście, ale rzecz osobliwa, bo nagrodę Konrada dostała pani o bardzo pięknym nazwisku Gogola. Bo jak był Gogol, przecież państwo wiecie jaki to był wielki pisarz, to teraz pojawiła się prozaiczka o swojej wsi, która mieszka w Bratysławie i która dostała za tę książkę nagrodę Konrada w ostatniej fazie tego festiwalu. Najzabawniejsze jest to, że tej książki nigdzie nie można dostać. bo tutaj jest w dalszym ciągu zapora, bo jednak my pierwierzchniki niekoniecznie chcemy pisać, ale nie chcemy czytać, bo te wszystkie książki, z nowego rzutu, aczkolwiek nagradane, wybitne, no to nie są po prostu czytelne. A, no tu jest ogromna szkoda, bo wielki pisarz, wielki pisarz jakim jest Redliński, w ogóle, w ogóle zapadł się uprzednio zapisawszy się dookoła szlachty zagrodowej i mieszka w siemiatyczach gdzieś tam i nic nie robi.
[01:29:45.28 → 01:31:10.32] A: Pani Marianie, jeszcze takie pytanie, bo to pokolenie młode, ono opisuje Polską wieś lat 80., 90. Wasze pokolenie opisywało Polskę przedwojenną i tuż po wojenną, kiedy te światy nowoczesności i trwania wiejskiego się ścierały ze sobą, a teraz jak każdy z nas ogląda pan współczesną wieś, tą wieś, która jest sypialnią dla miast właściwie, Nie ma tej gospodarki cyrkulacyjnej, o której pan opowiadał. Ta wieś słucha discopolo, urządza grillę, ubiera się tak jakby była w wielkim mieście, żyje właśnie w stylu wielkich sypialni, wielkich miast. I takie przewrotne pytanie, czy coś dla przyszłych kronikarzy tego świata może okazać się piękne w tym życiu, w tym nowym obliczu polskiej wsi? Na pana wyczucie, na pana intuicję. Mówił pan o zmienionym siedlikowie, który pewnie ten obraz jest bolesny dla pana, bo jak się nakładają dwa obrazy przeszłości i tej dziwnej współczesności, to musi to boleć. Ale czy coś w tej dzisiejszej polskiej wsi, tak zmienionej w porównaniu z pana, młodymi latami jest pięknego? Co mogłoby się stać tematem właśnie afirmacyjnym literatury, a nie karykaturą groteską, szyderstwem z upadku czy ze spśnienia czasów?
[01:31:11.70 → 01:31:15.02] B: No wie pan, w tej chwili ta wieś jest piękna po prostu.
[01:31:16.10 → 01:31:19.58] A: Ładne domy, ulice asfaltowe, pachnie ładnie.
[01:31:19.84 → 01:34:14.69] B: Tak, tak. Jest rozkoszna w pewnym sensie, bo Jest tam między innymi dom moich rodziców, w którym mieszka, bo tam jeszcze jest w tej chwili u nas problem z tym, że mnóstwo ludzi mieszka w Polsce, a pracuje w Niemczech. No i w tym naszym domu mieszka takie młode małżeństwo z dwojkiem dzieci. On pracuje, weekend przyjeżdża, bo to jest stosunkowo niedaleko z Niemiec. Ona te dzieci chodzi. No i najbardziej mnie uderzyło, że ona w ogródku nie ma niczego. Tam, gdzie matka miała po burze kwiatów, cebuli, czosnku, w ogóle wszystkiego, bobu, goła ziemia. Ona wszystko kupuje w sklepie, zresztą nie ona, wszyscy kupują w sklepie. Ciągle jest ten etos pierwieżnika, że na wsi Powinno być tak jak w mieście, a tam przecież w żadnym ogródku nie ma kwiatów. No więc ta wieś jest z jednej strony okazała, to z drugiej strony, jak mówię, śmierdząca niesłychanie z tym tysiącem świn. Zaraz na boku i drugi tysiąc ma powstać i się kończy, toczy się oto wojna w tej chwili, czy ma powstać drugi taki, druga zagroda dla drugiego tysiąca świn. Ponieważ mieszkańców Siedlikowa jest koło dwóch tysięcy, to to będzie każdy miał jedną świnię, ale świnię koszmarną, no bo jak to była świnia, domowa, no to była, no to było zwierzę jakieś. Jak to jest tysiąc drzwi, one wyłącznie śmierdzą temu Siedlikowowi Pięknemu. Jest wojna na noże. Nie wiem jak, jak to się skończy, ale obserwuję z ciekawością.
[01:34:15.71 → 01:35:38.73] A: Na koniec pytanie o tą dziwną książkę, którą dziwną i piękną jednocześnie, którą mi pan podarował, czyli Dzikie Mięso. Mięso, a nie mięso, bo to jest określenie gwarowe. Niezwykła książka, bo właściwie bardzo długo nie wiemy, czy to jest czysta poezja, czy tylko monologi wewnętrzne bohaterki mówiącej gwarą od początku do końca, zapisane tak jakby to były wiersze. Jeśli państwo zetkniecie się z tą książką, proszę ją czytać na głos, bo to jest taki język żywy, który nas rani, dotyka w momencie, kiedy go wypowiadamy na głos. Przy takiej cichej lekturze przedzieramy się właściwie jak przez takie gęste nitki utkanego arasu czy jakiejś tkaniny z jakąś ilustracją bardzo zagmatwaną. Jaka jest geneza tej książki? W jakiej funkcji jest użyta tutaj tak radykalnie nagwara? Chyba tylko nie tylko, żeby oddać stan świadomości, stan emocjonalny, stan psychiczny bohaterki, ale także, że nie tylko, żeby ocalić jakiś język, tylko żeby zapisać chyba jeszcze jakieś inne doświadczenie, które jest dla pana ważne. Gdyby pan mógł opowiedzieć o tym, o intencji.
[01:35:39.19 → 01:35:47.18] B: Panie Łukaszu, panie Łukaszu, To jest plagiat. To jest plagiat.
[01:35:48.03 → 01:35:51.15] A: W Kropuszu pisarz musi być trochę złodziejem.
[01:35:51.81 → 01:38:46.15] B: To jest plagiat, proszę pana. To jest poprzednia wersja tej książki, napisana praktycznie przez człowieka, który się nazywa tak jak ja, ale który w Berlinie rezydował, bo nie żyje już i który się pisze przez PTH, pilot. Ktoś, kto zachorował na polskość dosyć późno, bo tam był właściwie wychowany na Niemca i który sporządził niesłychany taki zestaw polskich zdań gwarowych. Mniej więcej z 20 gwar. Każda linijka jest w innej gwarze. W innej gwarze. No i teraz co? Teraz ja doszedłem w pewnym momencie, już po jego śmierci, do wniosku, że tam jeszcze coś należy dorobić do tego i uzupełnić i tak dalej. Ponieważ przeczytałem zupełnie przypadkiem niesłychanie piękną historię plagiatu. Mianowicie, pewien z dwóch francuskich pisarzy napisało książki. Jeden z drugiego zerżnął pół rozdziału. Tamten zaczął się upominać. Sprawa skończyła się wielkim hukiem w sądzie. I jaki był rezultat tego zmagania? Ten, który popełnił plagiat, został skazany, odwołał się i tak dalej. Natomiast nakłady i jednej książki, i drugiej książki rosły. Oni się po prostu zmówili, żeby zrobić plagiat w celach, Piarowo jest wspaniałe i można zrobić interes na tym. Ja nie zrobiłem, ale może jeszcze zrobię.
[01:38:47.97 → 01:39:11.40] A: No to wiecie już Państwo jak to czytać. Czy ktoś z Państwa chciałby zadać Panu Marianowi pytanie, skomentować jakieś? Proszę bardzo. Podejdziemy z mikrofonem, sekundkę. Już Pani jest z tyłu. Będziemy się lepiej słyszeć wtedy. I będą nas słyszeć widzowie, którzy oglądają nas w internecie. Proszę bardzo.
[01:39:11.72 → 01:43:03.53] D: Dobry wieczór Państwu. Ja tu przyjechałem ze wsi ze swoim kolegą, też chłopem, Pawłem. Jak dowiedzieliśmy się z internetu, że będzie takie spotkanie. Ja jestem chłopem jakby z przerwami, bo moja mama jest w pierwszej linii chłopką, ja jeździłem na wakacje do wujostwa i tam pomagałem. Ale nie o tym chciałem powiedzieć Państwu. Otóż mieszka ze mną i z moją żoną mama moja, lat 92, także jeszcze starsza i mama każdego dnia, jak siada z nami do stołu, pyta moją żonę, co mi dasz do roboty? I kiedyś we wspomnieniach swoich mama tak, miała jakieś stare zdjęcia jeszcze, mówi, słuchaj, wiesz, ja ciągle myśmy tak szli na ziemniaki wykopywać do sąsiadów, potem oni przychodzili, potem coś tam jeszcze robiliśmy jako mała dziewczynka. I mnie się wydaje, że w mamie to pewnie w jej pokoleniu, czy w ogóle w ludziach ze wsi, w chłopach, wyrobił się taki oto przekaz, jestem wart tyle, ile jestem w stanie zrobić na rzecz rodziny. To mnie kreuje. I to ciągłe domaganie się, co mi dasz dzisiaj do roboty, jest bardzo symptomatyczne dla mnie. Dla kontrastu, dwa lata temu Dwa lata temu zesłany został do mnie na wieś mój syn krzesny i zauważając pewną prawidłowość demograficzną nazwał tą moją wieś koło Sienicy Różanej za dupiem staruchów, tak to określił. Jego wielkim problemem była niemożność znalezienia się w tym naszym środowisku. Ja ze zdziwieniem zobaczyłem, że on nawet nie potrafi gwoździa zardzewiałego wyciągnąć z deski. I pytanie jest tego rodzaju, jakby zderzając te dwie sytuacje, czy po pierwsze jest jakaś nadzieja w literaturze, że ona potrafi poprzez słowo, poprzez ten przekaz emocjonalny z tego płynący w tych młodych ludziach, bo ja widzę, że to jest jakby zaraźliwe strasznie, że oni nie potrafią niczego innego oprócz pisania zręcznego SMS-ów, czy oni potrafią w jakikolwiek sposób nawiązać jeszcze do tego, co ilustrowałem przykładem mojej mamy, to jest jedno pytanie. A drugie, to jest taka uwaga a propos tego angielskiego. Ja mam czasami wrażenie, że że taki ogólnoświatowy język troszeczkę pozwala młodym ludziom nawzajem się poznawać na całym świecie. Oni patrzą, że niewiele się różnią między sobą, a może nawet wcale nie, oprócz kolorem skóry, religią, obyczajami, językiem tym rodzimym. I może to jest jednak jakaś nadzieja na to, że jak się stwierdza, że się nie bardzo różni, to może mniej się potem będą zabijali, bo taką miałbym nadzieję, bo wieś to wyjątkowo hermetyczne środowisko. Ja nie wiem, czy państwo spotkaliście się, że są ptaki, krzaki i drzewa, jakby na określenie tych, którzy przybywają czy osiedlają się. I to środowisko wyjątkowo trudno przyjmuje obcych. Natomiast doświadczam czegoś, co jest jeszcze też jakby pochwałą wsi, Mój sąsiad Gienek, cudowny nasz sąsiad Gienek, potrafi w niedzielę zostawić rodzinę, nawet przyjezdną, i przyjść, kiedy jest jakaś potrzeba, żeby pomóc, to on pomaga. I to jest charakterystyczne dla całego środowiska. Nie ma tak, że można sąsiadowi odmówić pomocy. To w ogóle nie mieści się w tych kategoriach. Ale to jest tylko tytułem komentarza. Pytania byłyby te dwa. Dziękuję.
[01:43:03.69 → 01:43:04.99] A: Dziękuję bardzo. Pani Marianie?
[01:43:06.01 → 01:47:21.05] B: Proszę Pana, Wie pan, jaka jest definicja chłopa? Taka fundamentalna? Chłop to jest, jak ktoś musi obcinać sobie paznokcie, to nie jest chłop. Ktoś, kto nie jest w stanie zadać sobie na plecy 50 kilogramów, to nie jest chłop. Nie jest chłopem. Taka trójca. Rzecz polega na tym, że rzeczywiście ja się zastanawiałem, co właściwie, co jest takim fundamentem kultury chłopskiej. Bo praca. Moim zdaniem należy zastosować inny termin, gospodarność. Nie ma, no jak mówię, nie ma chłopa, który musi sobie obcinać paznokcie, bo przy robocie tego nie był w stanie zrobić. Jak on nie ma pracy, to właściwie nie gospodarczy już jest. Momentalnie, momentalnie się kasuje. to jest raz, że po prostu na tym polega chłopskość, kultura chłopska. Ja myślę, wie pan, że niedarmo tak się zafascynowałem tą ekonomią cyrkularną, no bo pan mówi, że się nauczą języka i nie będą się gryźć. Wie pan, taki, taki mój przyjaciel nieżyjący mówił, gdyby wszyscy siedzieli na tyłku, to nie byłoby wojny. Pan siedzi na swoim, drugi siedzi na swoim. Wszyscy się ruszają po to, żeby coś zagarnąć sąsiada, albo dalszego, albo, albo bliższego, tak? Więc To porozumienie turysty z Maurysem niekoniecznie jest możliwe po pierwsze, a po drugie ten turysta zawsze wykorzysta tego Maurysa czy kogoś tam, prawda? Także ja nie widzę takich wielkich korzyści, oczywiście jeszcze w tej cywilizacji, w której ciągle żyjemy, to znaczy tej śmieciarskiej cywilizacji, która musi się skończyć, no bo jak długo można produkować śmieci? Produkujemy na śmietnisku. Więc jest tutaj jakiś, jakiś koszmar i im więcej produkujemy, tym bardziej jesteśmy zadowoleni. Im więcej konsumujemy, tym więcej marnotrawimy. Gdzie jest punkt ostateczny, no? Albo wojna, o te, o to jadło, żeby go być jeszcze więcej, no albo próba tej gospodarki, o której mówiłem, no, że, że rano się je wodziankę, idzie się do roboty i się żyje, i się żyje, ale życiem, no, nieco uboższym niż żyjemy my w tej chwili. O i drugie pan, miał pan pytanie, przepraszam.
[01:47:21.51 → 01:47:28.69] A: Ja pamiętam, czy książki są w stanie młode pokolenie przyciągnąć na wieś, pokazać i tak, przywrócić ja to z pracy.
[01:47:29.82 → 01:47:36.01] B: No nie wiem właśnie, nie jestem przekonany. Wie pan, przecież tej wsi nie ma. Gdzie pan ma tą wieś?
[01:47:36.55 → 01:47:39.55] D: Przeczytałem,
[01:47:43.74 → 01:48:50.34] B: w ostatnim newsweeku jest wywiad, jak on się nazywa? No tak, on tam o wsi mówi, o tej wsi takiej, na którą można byłoby jeszcze liczyć, to znaczy tam na tą białoruską wieś niby, ale ja tam bywałem jeszcze parę lat temu, zastając puste wsie dokładnie. Wszyscy Białorusini też dali dyra wcześniej jeszcze do Belgii albo gdzieś tam. Także wie Pan, tej wsi nie ma i nie ma przecież nikogo, kto by się do niej przyznawał. chyba w trybie letnika, no to proszę bardzo. Proszę bardzo, no to siedlików, że wracam do swojej, no zamieszkały przez urzędników spośrednich miast i tak dalej, no. I oni są w tej chwili mieszkańcami wsi.
[01:48:51.04 → 01:52:27.94] E: Jerzy Bertmiński, ja się interesuję ludowością i chciałem skorzystać z okazji. z okazji i zadać Pano pytanie. Użył Pan słowa etos chłopski w odróżnieniu od etosu szlacheckiego, a wsi nie ma, więc właśnie co z tym etosem chłopskim? Czy Pan mógłby troszkę ten temat dopowiedzieć, to znaczy mam na myśli jakieś konkretne cechy tego etosu, tu o pracy to oczywiście już wspominał, Pan wspominał i tu Pan tutaj także wspomniał, w bardzo pięknym kontekście Pan tutaj przede mną siedzący wspomniał o pracy, bo połączył pracę z pomocą. Otóż praca wiejska to była wspólna praca i jeśli socjologowie mówią, że Solidarność jako idea wywodzi się z chłopskich środowisk, to właśnie mają na myśli wspólną pracę. I to jest jeden z tych elementów etosu chłopskiego. Wspólność, solidarna praca, pomaganie sobie, ale oczywiście praca, gospodarność, jak pan to powiedział. Ale jeszcze chciałbym zapytać o jeden element tego etosu chłopskiego. Uczestniczyłem niedawno w Warszawie w dyskusji na temat etosów i tam się pojawiło takie zdanie, że Etos Chłopski nie jest gorszy od etosu szlacheckiego, że on dorównuje, on może być porównywany jako równorzędny. Jednym z elementów jest pewien typ religijności wiejskiej, która jest rytualna, ale jest mocna. Czy Pan by potwierdził to zdanie, że religijność chłopska stanowi jakiś element odróżniający od środowisk miejskich, no inteligenckich także? A jeszcze, jeśli mogę, jeszcze jedno pytanie zadać. Czy pan wie o nowym Kohlbergu? Wracam do tego, co było zapowiedziane jako tytuł dzisiejszego spotkania, Kohlberg i Disco Polo. O zasobach Kohlberga wiemy, ale jest coś takiego jak nowy Kohlberg, który dokumentuje przemianę właśnie wsi, kultury współczesnej. Nowy Kohlberg, wyszło sześć tomów. Czy ubiło się panu o uszy, że istnieje coś takiego? Jest duża dokumentacja współczesnej twórczości chłopskiej. Nie jest prawdą, że dusza chłopska śpi. Ona drzemie, powiedzmy, trochę jednak żyje. Jest na przykład bardzo żywotna pieśń religijna chłopska, wiejska, takie pieśni za obrazem, na przykład związane z pielgrzymkowe pieśni, pogrzebowe żyją. Nie jest tak, że pieśń nieludowa znikła zupełnie. Myśmy zebrali, tu siedzą trzy osoby, które uczestniczyły w wydaniu jednego z tomów tego nowego Kohlberga. I myśmy zebrali 7 tysięcy pieśni. 80% to jest to, czego nie było u Kohlberga, starego Kohlberga, tego wielotomowego. Więc nie jest tak, że wieś zamikła, zupełnie zamarła czy kulturowo się wyjałowiła. Jednak jest także jakaś nowa twórczość ludowa. No i oczywiście muzyka, ale już nie będę tego wątku rozwijał, bo folkowcy nawiązują do muzyki i muzyka się przebiła o wiele lepiej na forum ogólnonarodowym niż słowo. Dwa pytania, dziękuję, jeśli pan ma dwa słowa.
[01:52:29.59 → 01:57:28.78] B: Proszę pana, to jak gdyby... I możliwe, że tak jest. Żyjemy w różnych wsiach, bo to jednak te moje zachodnie wsie siłą rzeczy się różniły i różnią się. Zacznijmy od religijności. Otóż, co jest mi najłatwiej dokumentować, w tej mojej wsi sekt było siedem. Mój osobisty chrzestny był przez jakiś czas biskupem. A wie pan, dlaczego on był biskupem i po co? On był kułakiem. On był kółakiem i w momencie, kiedy on oderwał się od kościoła katolickiego, zorganizował sektę, został biskupem, napuścił brodę, to władze go zaakceptowały, zostawiły mu gospodarstwo. Warto było, warto było tak, Ta religijność chłopska jest dosyć, powiedziałbym, no nie powiedziałbym sprzejdajna, ale taka dosyć pekuliarna, bywa przynajmniej. No w każdym razie, w każdym razie u nas mnóstwo ewangelików, kościół polsko-katolickich, wszystko co pan zechce. Jest to wszystko religijność. Kościół katolicki chciałby to wszystko ogarnąć za innym zamachem, ale to jednak się nie uda, a te odstępstwa są na różnej zasadzie i niekoniecznie najbardziej poczciwe niekiedy. Wrócę do swojego chrzestnego. Mój chrzestny, już władze doszli do wniosku, że jednak słabo działa i zaczęły znowu odbierać ziemię, to założył następny sobie kościół. Był absolutną siewcą kościołów. No, więc oczywiście proszę pana, ksiądz Rydzyk potrafi wszystko, zjednoczyć cały lud polski. Śpiewa te same pieśni, prawda? No a nowego Kohlberga zawstydzony jestem, bo pierwsze słyszę. I uważałbym za prawdziwego Kohlberga, No te Bobrowniki, te Bobrowniki, które sami chłopi, sami chłopi siebie poszukali. I w tej chwili mają swój własny herbarz, jak gdyby. Swoich potomków od XVII wieku. Myślę, że pan to doceni. I jeśliby każda wieś tak postąpiła, to mielibyśmy wiedzę nieporównaną o naszym społeczeństwie. A w tej chwili, no, o Mikolberga, owszem, no. Piosenki, to jest coś, ale, no, wie Pan, realny człowiek, no, w tej okolicy Bobrowskiej, podniósł się, trwa takie poruszenie, szukają swoich przodków, Ten z tym, aha, to jestem z tym krewny i tak dalej. Nie wiem, co to jest warte, no ale to jest jakaś świadomość swojej historii, tak? Swoje zakorzenienia. Chłop bierze się za siebie i to jest dla mnie wartością ogromną. Dlaczego jestem tak dumny, Chociaż przyłożyłem tylko palca do tej całej sprawy, która potoczyła się swoim torem. Ale myślę, że to jest coś.
[01:57:30.15 → 01:57:54.51] A: Drodzy Państwo, już rozmawiamy dwie godziny i chyba jesteśmy na granicy naszych transmisji. Też nie chcielibyśmy Pana Mariana męczyć. Ja proponuję na koniec drugi fragment, który pan Marian Pilot wybrał do przeczytania. Pan Tomasz Bielawiec przeczyta nam o właśnie czarownicach na koniec i to będzie ostatni moment naszego spotkania.
[01:57:56.39 → 02:01:20.67] C: Jest to fragment protokołu sądu, który skazał Dorotę Król na spalenie na stosie w 1613 roku w Kaliszu. Bene volo recognitio Dorota Ede Sedlikow. Dorota Zsiedlikowa od Ostrzeszowa, młynarza Jana Króla i Doroty Małżonków, córka pojmana w karczmie w kucharkach, że Macieja Gorczycę w koło obróciła wychodząc z izby. Przyszedł do niej diabeł we czwartek wieczór we młynie, w izbie ją ją szarpać, mówiąc, nie chcesz mi się w moją moc poddać? I ją dusił. Ona się przeżegnała i odleciał, od niej szybę w oknie wybiwszy. Miała była naprawić bydło panu Szkulskiemu, czernyszą oczyną prosa kwiatem ważąc w wodzie, omywając je, ale nie naprawiła. Maraniny, żeby mąż z nią dobrze mieszkał, naprawiała bielonym szalejem. Stanisław Mielcarz z Ciochla pani Wysockiej zeznał, że Maćkowi Gorczycy we wtorek, jutro będą dwie niedzieli, w karczmie mówiła. Opętają cię diabli, kiedy będę chciała. Zatem młynarka z ciochli rzekła – O, miły Maćku, nie na czary ona to mówi, jeno uderzy cię o ziemię, kiedy będę chciała. Tak obie mówiły z Dorotą. Przyszedł do niej drugi raz diabeł dwie godzinie w noc, a ona leżała w izbie i ją kołatać we drzwi sienne i otworzył je sobie zatem. Wszedł pytając ją – Radaś mi? A ona rzekła – Któż to? – odpowiedział ja. a ona poznała go po ręku, że zimne miał. Począł ją dusić i chciał z nią obcować. Przeżegnała się, on zaśmiał się i wyskoczył oknem mówiąc, o, domyśliłaś się. Ten Kasperek w nocy jeszcze kurzy piali, porzucił ją na kępę. Tam zastała niewiast sześć. Maruszę Schynowy, Annę Skotłowa czterech nie zna, a ona była siódma. i tańcowali z nimi diabli i dawali im piwa, mięsa, jeść. Smak był, jakby psie jadł. Stół miały czarnym czymś nakryty. Służyli im dwa diabełkowi do stołu, kosmaci byli. Używali z nimi, póki kur nie zapiał. E odem die Dorotka libere recognivit. Antedekretum, powiedziała Dorota, że tę maść czyniła z klimerzyną na nowiu księżyca we młynie, z głowy człowieczej trupiej wyjąwszy mózg. Smażały ten mózg w skropie, w maśle z czartowym zielem i we mleku. A dawał im latawiec pióro, które tą maścią pomazawszy mazały się i tak latały. A pomagała im koło tej maści młynarka. Nie psowałam nikomu, tylko naprawiała. I prawda to jest wszystko, co powiedziała teraz i prosi, żeby ta młynarka nie była tracona, bo to ona ją namówiła na to tego roku przedeżniwy. Już też więcej nie ma co powiedzieć i stoi przy tym wszystkim, co powiedziała wyży i z tym umiera.
[02:01:23.42 → 02:02:26.47] A: Dziękuję bardzo, czytał Tomasz Bielawiec. Drodzy Państwo, musimy już zakończyć to spotkanie, ale nie zdążyliśmy porozmawiać o niebotykach jednej z ostatnich pięknych książek pana Mariana Pilota, więc żeby Państwa zachęcić, przeczytam, a może powiem genialne zdanie z tej książki, w którym się zakochałem absolutnie, które otwiera jeden z takich mikro obrazków tego tomu. U schyłku chłodnego kwietniowego dnia szliśmy z matką, polną dróżką z cmentarza, na którym matka jest pogrzebana". Tak się zaczyna jedna z tych historii. Zachęcam do przeczytania tej wielkiej książki, bo tam 444 strony, 5 części, ogromna, wielka konstrukcja. Za tydzień zapraszam Państwa na spotkanie z Jerzym Sosnowskim. To będzie odcinek o naszych nowych zabytkach, opowieść o nowej polskiej architekturze. A mnie jest naprawdę bardzo miło, że naszym gościem był pan Marian Pilot, pisarz polski, pisarz chłopski. Dziękuję bardzo.

Zobacz także

w Repertuarze

w Mediatece