[pokaż transkrypt] [ukryj transkrypt]
[00:01.11 → 02:19.66] A: Dobry wieczór Państwu, Łukasz Drewniak. Witam na pierwszej w tym sezonie bitwie o kulturę w Teatrze Starym. I dzisiejszy tytuł odcinka brzmi Leonard Cohen, poeta, bard, kochanek, mnich. I w zgodzie z tradycją naszych spotkań będzie to bitwa, bitwa o wizerunek artysty, bitwa o o to, jak rozumieć jego twórczość. Tym razem jednak ta bitwa może być taką walką nieskończoną. W przypadku figury Leonarda Cohena warto pamiętać o takim potworze mitologicznym, Hydra. Potworze z wieloma głowami po ścięciu jednej odrastają kolejne, jeszcze silniejsze, jeszcze dziwniejsze, jeszcze straszniejsze. Leonard Cohen miał w swoim życiu taki epizod, kiedy znalazł się na greckiej wyspie Hydra. Kupił dom, mieszkał tam, pisał poezję. Dzisiaj także pretekstem do naszego spotkania jest spektakl, który wyprodukował Teatr Stary, czyli Boogie Street, piosenki Leonarda Coena. Autorem scenariusza i tłumaczem wierszy i piosenek Leonarda Coena jest Daniel Wyszogrodzki, nasz dzisiejszy gość. Zapraszam, Danielu. Daniel Wyszogrodzki. Siądźmy. Leonard Coen Danielu nagrał też taką płytę, czyli nowa skóra na nową uroczystość, nową ceremonię i to przywodzi na myśl kolejną taką nieuchwytną postać o protejskiej naturze, czyli kameleona. Zmienia się, ciągle szuka czegoś nowego, przeistacza się. i spróbujemy złapać, jeśli to się oczywiście uda, te wszystkie wcielenia Leonarda Cohena podczas tego wieczoru. Będziemy puszczać muzykę, uspokajam Państwa, będą piosenki Leonarda Cohena dzisiaj, ale musimy chyba zacząć trochę chronologicznie i trochę wspomnieniowo, bo Cohen to jest taki i poeta, i pieśniarz, który jest bardzo ważny także dlatego, że słyszeliśmy go w odpowiednim momencie życia. Myślę, że każdy z nas, jak tutaj siedzimy wszyscy, w innej chwili ważnej dla siebie piosenkę był wiersz Cohena usłyszał. Pamiętasz ten swój pierwszy raz? [02:20.40 → 02:33.35] B: Tak, pamiętam. I pomyślałem sobie teraz, kiedy powiedziałeś, że każdy z nas słyszał Leonarda Cohena w różnych momentach życia, że tak się składa, że Cohen już tak długo żyje, że kolejne pokolenia mają okazję go usłyszeć po raz pierwszy. [02:33.35 → 02:34.08] A: Rocznik 34. [02:34.46 → 04:52.09] B: 34, 82 lata, skończył w ubiegłym tygodniu, proszę Państwa, 21 września. Tutaj mieliśmy wtedy konferencję prasową. Na tej scenie właśnie w nią urodził Leonarda Cohena. Mój pierwszy raz z Cohenem to były moje czasy licealne, czyli lata 70. I nie był to bynajmniej pierwszy śpiewający poeta, którym się zainteresowałem, ponieważ ta tematyka była mi bardzo bliska. Od najmłodszych lat interesowałem się bardzo żywo literaturą i muzyką. I są takie miejsca, kiedy te dwie wspaniałe dziedziny sztuki się spotykają, przenikają, wzajemnie inspirują. I dla młodego człowieka wyrastającego w czasach wiadomych Takim pierwszym kontaktem z tym, jak należy śpiewać poezję, jak można przenosić literaturę na scenę muzyczną, był nurt poezji śpiewanej, polski nurt. Ten, który się wywodzi z Krakowa od Ewy Demarczyk przez Przemarka Grechuta, który był mi takim bardzo bliskim autorem. Byli bardowie rosyjscy, którzy byli po prostu dostępni. Słuchaliśmy wtedy Okudżawy Wysockiego. Okudżawę grało się na przeognisku, Okudżawę grało się na harcerskich wyjazdach. Natomiast moje zainteresowania kulturą amerykańską wtedy, przede wszystkim zachodnią, to znaczy muzyką rockową i pieśniarzami zaczęły się od tego, że jak wszyscy wyrastałem na muzyce rockowej, ale brakowałem, szukałem czegoś więcej i odkryłem, zacząłem odkrywać to, co się nazywa w Stanach Zjednoczonych nurtem singer-songwriter, czyli śpiewających poetów, tak jak my to mówimy, bardów amerykańskich. Tam to słowo nie jest. popularne, aczkolwiek przy postaci Coena się popularyzuje, ponieważ im częściej, coraz częściej natrafiam czytając o Coenie, że to słowo bard, tak samo pisane i wymawiane jak po polsku, pojawia się w tych tekstach. I dla mnie Coen nie był pierwszym amerykańskim bardem, z którym się zetknąłem. Pierwszym był Bob Dylan zdecydowanie, ale jeszcze przed nim taka postać, o której może państwo słyszeli, taki wielki animator całego ruchu folkowego w Ameryce, Pete Seeger. Człowiek swojego czasu, o poglądach lewicowych, w związku z czym też przenikający przez żelazną kurtynę jego płyta słynna, koncertowa z Carnegie Hall, We Shall Overcome, taki standardowy utwór, standardowa płyta czasów, pieśni, protestu. Wydana była w NRD przez wytwórnię Amiga. Więc początki były skromne. [04:53.81 → 05:18.29] A: Czyli ten koniec, w którym Ty się spotkałeś, był dość blisko Dylana, dość blisko Ziegera. polskich bardów, ale jednocześnie był chyba w nim jakiś taki zapach także kontrkultury amerykańskiej. Wspomnienie jeszcze o tych latach sześćdziesiątych, kiedy nagle słowo w piosence stało się bardzo ważne, czy przekaz ideowy, który był. Czyli wybór Cohena był rodzajem buntu? [05:19.63 → 06:21.62] B: Przede wszystkim ja dosyć wcześniej zorientowałem się, że Cohen jest inny. Słuchałem DeLanna i próbowałem go słuchać chronologicznie, chociaż to było też niełatwe, ponieważ nasz dostęp do płyt, do dyskografii był ograniczony. Ja wyrastałem na takiej płycie The Freewheeling Bob DeLann, czyli na jego drugim albumie, gdzie są te słynne piosenki protest songi. Blowin' in the Wind, Hard Rain i tak dalej. I ja sobie nagle zdałem sprawę, że Cohen pisze o czymś zupełnie innym. Ja uczyłem się angielskiego tłumacząc piosenki. Uczyłem się grać na gitarze dzięki właśnie tym artystom. I zdałem sobie sprawę z tego, że to, co robi Koen, jest zupełnie inne. Tam byli jeszcze inni, ważni dla mnie już wtedy autorzy, tak jak Paul Simon. Zarówno jako duet Simon i Garfunkel, jak i jego kariera solowa, bo to były lata 70., kiedy już się rozwijała bardzo ciekawie. I nagle zdałem sobie sprawę z tego, że ten Koen jest głębszy, inny, że zupełnie inne struny we mnie uderza. I nigdy nie zmieniło to mojej wielkiej miłości i fascynacji do twórczości Boba Dylana czy innych amerykańskich pieśniarzy. Natomiast... zaryzykowałbym, że chyba jednak jest mi najbliższy cały czas z tamtego nurtu. [06:22.10 → 06:59.77] A: Spróbujmy odkryć teraz, w jaki sposób ten kołem dociera do nas mocniej, niż wszyscy artyści, o których wymieniłeś, bo chyba tak jest. I tak mi się wydaje, że trzeba zacząć sprawę od jego pochodzenia, czyli urodzony w Kanadzie, w Montrealu, w rodzinie żydowskiej, z tradycjami religijnymi, wychowany w Kanadzie, tam studiował, tam zdobywał te pierwsze literackie szlify. Jak to przeniknęło potem do jego poezji, do jego śpiewania? To ciągle zostawia ślad? Czy to jest taki background, z którego się wyrosło i o nim się zapomina? [06:59.91 → 08:32.28] B: Nigdy się z tego nie wyrasta. W jego przypadku to jest nadal bardzo ważne i to jest tak żywe, że nawet na najnowszej płycie, która dopiero się ukaże w przyszłym miesiącu, Koen sięga wręcz do czasów już bardzo odległych swojej wczesnej młodości, kiedy wychowywał się właśnie w Montrealu. I na tej płycie znalazł się, w kilku nagraniach, chór z synagogi, do którego uczęszczał. Więc to jest takie pewne zamknięcie pewnej klamry czasowej, bardzo już w tej chwili rozległej. Natomiast to doświadczenie Koena było od początku doświadczeniem inności. Dlatego, że musimy tu o kilku rzeczach pamiętać. To, że byli emigranci w Stanach czy w Kanadzie, to jest norma. To, że wielu z nich było żydowskiego pochodzenia, to jest norma. Takich artystów i takich ludzi jest bardzo wiele. Natomiast Cohen tak, wychował się w Montrealu, czyli we francuskojęzycznym mieście, w rodzinie anglojęzycznej. Więc to już jakby pierwsza była, pierwsze takie zderzenie. Cohen mówi po francusku, ale mówi, jak to twierdzą ludzie, którzy władają w francuskim dobrze, mówi trochę śmiesznie, trochę z akcentem. Nigdy nie był to jego pierwszy język. Jego pierwszym językiem był angielski. Studiował literaturę angielską na Uniwersytecie Maggio. Wychował się w rodzinie mieszczańskiej i w rodzinie zamożnej. To też jest ważne, dlatego że ten rodzaj buntu, który on przeżywał, był też takim troszeczkę odrzuceniem właśnie środowiska mieszczańskiego, czyli zafascynowała go poezja bitników. Leonard Cohen, proszę państwa, po pierwsze zaczynał jako poeta. Nadługo przed debiutem piosenkarskim wydał który wydawał poezję i był już znany jako poeta, uznany, nawet nagradzany. [08:32.71 → 08:35.02] A: Rok, debiut poetycki, rok 1956. [08:36.59 → 11:15.27] B: Ambitna książka Let Us Compare Mythologies, czyli Porównajmy Mitologię, gdzie właśnie sięga od razu do korzeni takich, jak my byśmy powiedzieli. Ja myślę, że przejdziemy do tego tematu, bo jest nieodzowny w naszej rozmowie, dlaczego Cohen jest mniej popularny w Stanach niż w innych miejscach na świecie, ale on od razu sięgał do korzeni tak zwanych judo-chrześcijańskich, czyli do tego z czego, do tych korzeni, z których my tutaj wyrastamy. do korzeni biblijnych, staro- i nowotestamentowych, do antyku, który to właśnie do tego, który Amerykanom nie jest bliski. Ale Cohen wyrastał właśnie w rodzinie żydowskiej, w rodzinie zamożnej. Zainteresowali go bitnicy. Był bywalcem klubu w Montrealu jako młody człowiek, dwudziestolatek. Jak powiedział, kiedyś chodził z tomem lorki, bo zauważył, że to przyciąga dziewczęta. Ale ten lorka Monada jest bardzo bliski. Zresztą cytuję go w kilku tekstach, napisał kilka wariacji na temat wierszy lorki. I jego córka Monada Coena ma na imię lorka, na chwałę poety hiszpańskiego, tragicznie zmarłego. Zresztą to są właśnie wpływy Cohena. Z jednej strony był ten Lorca, czyli surrealiści Europa, a z drugiej strony amerykańscy bitnici. Ginsberg, Corso, Fellinghetti. I bitnicy wnieśli taką tradycję pod koniec lat 50., zanim narodził się ruch folkowo-gitarowy, recytowania tekstów przy muzyce, przy akompaniamencie muzyki jazzowej. I robił to Cohen w Montrealu, co było takim troszeczkę echem tego, co się działo w Stanach. Ale to też, wracając do twojego podstawowego pytania, o jego kanadyjskość, o to jego wychowanie. Kanada miała, ma i pewnie jeszcze długo będzie miała problem z tożsamością. I artyści kanadyjscy o tym często mówią, piszą, dlatego że Kanada próbuje zrzucić z siebie, nazwijmy to, odium drugiej, gorszej, słabszej Ameryki. Kanada żyje w pewnym kompleksie Stanów Zjednoczonych, ale też z pewnym poczuciem wyższości, ponieważ uważa, że jest europejska, ponieważ uważa, że jej tradycje sięgają głębiej dalej. I to wszystko składało się na twórczość młodego Koena, który nie dość, że debiutował jako ambitny bardzo poeta, wyrastał w środowisku bitników kanadyjskich, recytując poezję przy akompaniowaniu się muzyki jazzowej. Był członkiem młodzieżowego zespołu country, więc grał na gitarze i śpiewał. Country jest absolutną podstawą, jeżeli chodzi o Stany, o Kanadę, wszelkiej edukacji muzycznej. Tak się stawia pierwsze kroki. A do tego już po debiucie, jako młody człowiek odziedziczył pewną sumę pieniędzy i jak mówi do dzisiaj, była to jego najlepsza życiowa inwestycja, czyli kupił dom w Grecji. I gdzie zaczął, gdzie mieszkał, gdzie pisał. [11:15.27 → 11:53.54] A: Daniel, odprecyzuję jeszcze jedną rzecz, bo w naszym kręgu kulturowym w Europie, czy w Europie Wschodniej poeta ma specjalne posłannictwo. Przeklinam cię, żebyś był poetą, mówi żona chyba w nieboskiej komedii. Poeta ma pewne obowiązki wobec społeczeństwa, wobec siebie. Najlepiej, żeby był nieszczęśliwy, najlepiej, żeby cierpiał za zbiorowość. Poeta musi być osobny, chory, dziwny, znękany. Jak to jest być poetą w Ameryce? Czy Koen przeszedł przez tą traumę? Mówisz o jego aktywnościach, nagle jednocześnie o osobności. Czy poeta w Ameryce to musi być ktoś, kto się umie sprzedać, musi znaleźć swój wizerunek, musi znaleźć lukę na rynku? [11:53.83 → 12:29.07] B: Starałem się zapamiętać tę listę, cech poety, którą wymieniłeś, ale się zgubiłem, więc na pewno był nieszczęśliwy, jest osobowością depresyjną i to miał. Myślę, że na pewno nie miał poczucia misji. Ja myślę, że poczucie misji związane z wizerunkiem poety naszym, europejskim, jest kompletnie obce w kulturze amerykańskiej czy kanadyjskiej. Raczej jest to podkreślenie bardzo silnego indywidualizmu i myślę, że ta poezja że poeci amerykańscy, kanadyjscy rzadko przemawiają w imieniu mas, a jeżeli to robią, to już bardziej właśnie tacy lewicujący folksingerzy jak Pete Seeger, którzy starali się porwać tłumy. [12:29.50 → 12:43.88] A: Ale jest jeszcze jedna możliwość, zamknięcie wieży z Kości Słoniowej, czyli uniwersytety, koledże, zapewniony byt od strony edukacyjnej, pedagogicznej, finansowej, a jednocześnie takie osobne życie. To go nie kusiło nigdy? [12:44.76 → 13:20.02] B: Ja myślę, że to go nie kusiło, ponieważ on zrobił tylko te studia, jak to teraz mówimy, licencjackie. Podjął studia magisterskie, ale ich nie ukończył. Przeniół się do Nowego Jorku na Kolambię, ale to już nic z tego nie wyszło, bo już zaczynał wtedy w Nowym Jorku środowisko muzyczne go wchłonęło. Ale co jeszcze chciałem powiedzieć w nawiązaniu do tych cech poety wymienionych przez ciebie, Cohen jest naturalnym typem człowieka cyganerii, czyli włóczęga, hotele, kobiety, używki, miasta, świat. Cohen w naszym pojęciu mieści się w jakimś takim archetypie właśnie poety romantycznego, tak [13:20.02 → 13:22.70] A: jak my to rozumiemy... Mędrca z gór trochę, z góry. [13:23.52 → 13:24.52] B: Mędrca z gór. [13:24.58 → 13:27.38] A: Teraz jak jest już starszym, jak już jest seniorem, poetą. [13:27.40 → 14:35.87] B: I odkąd zszedł z góry Montboldi, tak, to tak, na pewno. I Cohen zaznawał takiego właśnie życia przedstawiciela bohemy, które było myślę bardzo atrakcyjne, dlatego że przebywał w Nowym Jorku, w Nashville, w Londynie, w Paryżu, w końcu osiadł w Grecji na wyspie Hydra, gdzie kupił dom. Może warto wiedzieć, że na tej wyspie do dzisiaj nie ma komunikacji samochodowej, tam do dzisiaj nie mieszka więcej niż dwa tysiące osób, No więc była to pewnego rodzaju może nie wyższa z kości słoniowej, ale izolacja. Spotkał tam wspaniałą dziewczynę z Norwegii, więc to też był taki łącznik europejski, tę ową Merjen, o której napisał piosenkę. Merjen, zresztą wiele piosenek z wczesnych płyt Coen'a było jej dedykowanych. To był jego stały, trwały związek. Może państwo słyszeli, ale właśnie jego muza Merjen zmarła niedawno, w lipcu tego roku i Coen przepiękne pożegnanie napisał do niej. Przepiękne, które jej dedykował w ostatnich dniach życia. Mieszkał sobie z Mary na wyspie Hydra, bez prądu, więc pisał w ciągu dnia. Wieczorami chodził do tawerny, pili wino. Zżył się z miejscowymi Grekami. No jest to takie życie, nazwijmy to, poety. Może nie hulaki, ale przedstawiciel cyganerii na pewno. [14:36.91 → 15:06.88] A: Jednak w pewnym momencie wraca do Stanów. Wraca do Stanów, gdzie już jest Bob Dylan. Czyli ten, który dla nas jest tym pierwszym bardem amerykańskim, chyba nawet do dzisiaj. Jeśli nie lepszym, mądrzejszym od Cohena, to tym pierwszym, który pewną rewolucję w głowie i w muzyce zapoczątkował. Czy Cohen miał kompleks Dylana? Ja pamiętam taką jego wypowiedź chyba z wywiadu, albo tobie udzielonego, albo gdzieś indziej, gdzie powiedział, że właściwie powinienem być popularniejszy od Dylana, bo bardziej niż on wyglądam na Żyda. [15:08.28 → 18:05.84] B: Tak, to zabawne. Koen ma takie zdjęcie, na które wygląda dokładnie jak Dustin Hoffman. Widziałem takie zdjęcia. Na pewno jest przystojniejszy od Delana, więc tutaj Delan może mieć kompleks. Delan jest najważniejszym poetą. To może nie jest jasne w Polsce, ale jest absolutnie jasne i w ogóle niedyskutowane w Stanach Zjednoczonych. Natomiast korzenie Delana, jeżeli możemy teraz porównać tych dwóch poetów w tym momencie. Delan jest stuprocentowo amerykański, to znaczy jego cała Cały jego świat, cała jego mitologia, w której się obraca, pochodzi z amerykańskich korzeni Delty Mississippi, bluesa, muzyki ludowej, włóczęgów owszem, ale takich jak Woody Guthrie, którzy jeździli po Stanach na wagonach towarowych i grali na gitarze. To się rzeczywiście bardzo rozwinęło, ale to doszło też do pewnego rodzaju, można nawet powiedzieć, absurdu, ponieważ na ostatnich płytach Boba Dylana są piosenki, w których prawie każdy wers pochodzi z jakichś starych bluesów. Są ludzie, którzy to śledzą i punktują. Natomiast to, co odróżnia Cohena od Delana, to jest to właśnie, że on sięgnął po tą tradycję, jak wspomniałem, judochrześcijańską, ale też o tym, że on jest naprawdę au courant w kulturze europejskiej i przede wszystkim w antyku. Jemu ta Grecja jest bliska. On pisał o Grecji. On pisał, nawiązuje do Cavafisa w piosence, cytuje poetów europejskich. Wychował się na poetach europejskich. A jeszcze jest też coś takiego, że np. kiedy Cohen pisze piosenkę pt. John of Arc, Nie każdy w Stanach wie. Myślę, że niewiele osób kojarzy tak o kim jest, kim była Joanna Dark. Cohen o niej śpiewa, my to wiemy. To trafia, to uderza jakieś struny w nas. W Stanach Zjednoczonych nie. I ten Cohen cały czas był taki bardzo europejski i jego temat i poruszanie przez niego problematyka jako bardzo młodego człowieka, wracamy do liceum i lat 70., zafascynowało to, w jaki sposób Cohen miesza erotykę i religię. W jego wierszach jest mnóstwo erotyki i jest nieustannie obecna religia. Nawet czasami w bardzo konserwatywny sposób przywoływana. I do dzisiaj oczywiście Koen twierdzi, że jest praktykującym Żydem. Jego wieloletni romans z filozofią Zen tutaj nie był w żadnej sprzeczności, nie było między tym żadnego konfliktu. co też wielokrotnie podkreślał w wywiadach. Ja o tym z nim rozmawiałem, ale też zapytał go to kiedyś najwybitniejszy przedstawiciel Beat Generation, czyli Allen Ginsberg, który jest też Żydem i powiedział, że jak ty możesz być Żydem, skoro uprawiasz Zen czy odwrotnie. Tu nie ma żadnego, ponieważ Zen nie jest teologią, nie ma istoty boskiej, której się oddaje cześć itd. I tutaj nie było żadnego, właściwie Zen stanowił dla Cohena rodzaj medytacji, rodzaj ucieczki przed światem, ale też rodzaj terapii w leczeniu jego słynnej depresji. i bardzo mu w tym pomógł, zwłaszcza lata 90., które spędził na górze Montbaldi w Kalifornii w klasztorze Zen. Jako mnicha to do tego jeszcze chyba wrócimy. [18:06.56 → 18:27.21] A: Jak mógłbyś jeszcze doprecyzować tą relację z Dylanem? Czy usprawiedliwiona jest teza, że gdyby nie Dylan, Cohen nigdy by nie zaczął śpiewać swoich wierszy? Że Dylan jakby pokazał, że jest taka droga dla poety w latach 60. XX wieku, żeby te jego wiersze były słuchane, podziwiane, rozumiane, Tylko wystarczy jedną rzecz, trzeba je zaśpiewać. [18:27.33 → 20:20.49] B: Ja jestem skłonny zgodzić się z tą tezą. Musimy pamiętać, proszę Państwa, że Bob Dylan debiutował w 62 roku, ale on akurat końął w 67, jako pieśniarz, wydając pierwsze debiutanckie płyty. To jest 5 lat różnicy, ale to jest 5 lat w latach 60. To jest połowa dekady. To jest po prostu ogromna przestrzeń czasowa. Dylan wyznaczył, pokazał, że Mówi się o tym, że Elvis pokazał, co zrobić z ciałem, Beatlesi pokazali, co zrobić z muzyką, a Dylan udowodnił, że piosenki mogą być literaturą, mogą być o wszystkim. Jakby rozszerzył te granice. Elvis ciało, Beatlesi muzyka, Dylan słowa. I tak to właściwie jest do dzisiaj, że te inspiracje są cały czas żywe i ważne. Mówiąc o kompleksach. Cohen mógł mieć pewien kompleks Dylana, bo startował kilka lat po nim. Dylan był już wielki, sławny, miał już wielkie albumy za sobą, kiedy Cohen debiutował. Jest coś takiego, co w branży muzycznej w Ameryce nazywało się... Mówiono o tym, że jest to pocałunek śmierci. Kiss of death. Po prostu była nieustająco odnawiana lista drugich Dylanów. Po prostu wszystkie wytwórnie płytowe chciały mieć drugiego Dylana. I był to pocałunek śmierci dlatego, że bardzo wielu artystów napiętnowanych w ten sposób, potem te kariery kończyło krótko i nic z tego nie wychodziło. I właściwie można powiedzieć, że jedynym naprawdę wielkim artystą, który został właśnie napiętnowany jako drugi Dylan, a który poradził sobie fenomenalnie, jest Bruce Springsteen, który jest do dzisiaj wybitnym, wspaniałym artystą amerykańskim. Notabene widziałem go kilka miesięcy temu na koncercie w Berlinie i po raz kolejny było to wspaniałe przeżycie. Natomiast Cohen był Są na pierwszej płycie Leonarda Cohena dowody na to, jak bardzo wytwórnia płytowa chciała z niego zrobić drugiego Delana. Tam jest taka piosenka w Stories of the Street, na przykład, z organami, z gitarą elektryczną, kiedy ewidentnie Cohen był przez wytwórnię wprowadzany w tę... [20:20.49 → 20:20.84] A: Aranżacji. [20:21.06 → 20:27.21] B: Tak, żeby to brzmiało jak właśnie kolejny Delan, bo ci drudzy Delanowie byli non-stop potrzebni. [20:28.92 → 21:06.40] A: Są znane takie opowieści o Bobie Delanie i jego rywalizacji towarzysko-erotycznej z Andy Warholem, że po Nowym Jorku snuły się dwie bandy cyganerii, jedna związana z fabryką Andy Warhola, druga z kręgiem Delanowskim, jedna heteroseksualna, druga homoseksualna. Powiedziałeś o tym, że Cohen zawsze przynależał do cyganerii, do boemy artystycznej. Czy on w tych latach sześćdziesiątych, już po powrocie do Stanów przed pierwszą płytą, czy w okolicach pierwszej płyty, miał taką swoją grupę wyznawców, grupis, artystów towarzyszących, z którymi razem coś próbowali odkrywać, eksperymentowali z narkotykami, przyłączali się do ruchu Flower Power? [21:06.68 → 21:45.16] B: Czy on robił to wszystko, ale on był bardzo silny? On nigdy nie był stadny. On był zawsze silnym indywidualistą. Te dwie grupy, o których powiedziałeś, grupa Adelana, grupa Warhola, Ja to może geograficznie troszeczkę Państwu przybliżę. Ja po prostu mieszkałem wiele lat w Nowym Jorku, więc grupa Andy'ego Warhola to był środkowy Manhattan, a grupa Delana to był dolny Manhattan. A gdzieś między jednym a drugim jest 23 ulica, przy której jest słynny Chelsea Hotel, czyli Hotel Chelsea, znany to jest z piosenki Delana... Cohena, przepraszam oczywiście. I to jest ten hotel, w którym Leonard Cohen wielokrotnie się zatrzymywał, poznawał wielu ludzi z Bohemy. To jest hotel, w którym Delan Thomas mieszkał, wielu bardzo znanych... Leonard Cohen spotkał [21:45.16 → 21:47.28] A: się z Janis Joplin i uprawiali seks. [21:47.56 → 22:48.65] B: Piosenkę uprawiali seks i napisał o tym. Zresztą on kiedyś ujawnił, kto jest inspiracją piosenki Chelsea Hotel. Tam jest jedno bardzo dosłowne sformułowanie dotyczące kontaktu, zbliżenia. I on potem wielokrotnie mówił, że bardzo tego żałuje. To znaczy, że popełnił niedyskrecję, której będzie żałował do końca życia. Że mógł nie wyjawiać tego, kim była ta kobieta, tym bardziej, że ona zmarła młodo tragicznie. Była to Janis Joplin, wszyscy to wiemy, piosenka nazywa się Chelsea Hotel. Cohen funkcjonował, kiedy Cohen się pojawił w Nowym Jorku, kiedy debiutował, to już Dylan powoli wychodził z tego świata. To był ten moment, kiedy on wykorzystał, no niegroźny w sumie wypadek motocyklowy, żeby uciec przed trasami koncertowymi, przed dziennikarzami. Dylan zaszł się w Woodstock. Andy Warhol wtedy, owszem fabryka, ale tam już wtedy debiutował zespołu The Velvet Underground, czyli miał swoich ludzi. A Cohen cały czas podróżowa, bo on 60 lata spędził jeżdżąc między Nowym Jorkiem, Montrealem, Grecją. Bywał w Paryżu, w Londynie. Dopiero potem jeszcze zaczęła się jego przygoda z Indiami. [22:49.69 → 22:55.81] A: To jak on wszedł do studia? Bo tego jeszcze nie doprecyzowałeś. Pisał piosenki, miał zespół rozliczalno-studencki. [22:55.83 → 23:32.67] B: On o niektórych piosenkach mówił, że je pisał nawet jeszcze w Montrealu, czyli w tym czasie, kiedy zaczynał jako gitarzysta w zespole Country, ale poznał w okresie studenckim Hiszpana, studiującego w Montrealu, który pokazał mu jak się gra na gitarze flamenco. Proszę Państwa, warto zwrócić uwagę, że Leonard Cohen, który nie jest muzykiem, na pewno go nie można nazwać muzykiem, jest nie tylko bardzo sprawnym gitarzystą, ale ma bardzo oryginalny własny styl. To jest niesłychanie trudne. To znaczy grać na instrumencie dzisiaj, w XX wieku, tak jak nie gra nikt inny, to jest prawie niemożliwe, bo już wszystko zostało dawno sprawdzone, wypróbowane i sprzedane. [23:32.69 → 23:43.90] A: Chyba taka anegdota. że Koen zapytany o to, czy nie jest mu przykro, że wszyscy oskarżają go o to, że grając na gitarze zna tylko trzy akordy, odpowiedział, że znam pięć, nie wiem o co im chodzi. [23:44.11 → 24:48.67] B: Tak, bo nauczył się tych akordów od hiszpańskiego gitarzysty. Jeżeli są wśród państwa muzycy, to oczywiście chodzi o skalę flamenco, e-dur, e-dur, g-dur, rozszerzamy to, a już tam można działać. Koen komponował w sposób niekonwencjonalny. Na przykład są jego piosenki, w których Zwrotka zaczyna się, dam tu przykład, Story of Isaac, opowieść Izaaka. Zwrotka zaczyna się w Amola, kończy się na Adur. Właściwie dla każdego muzyka to jest błąd w sztuce, to znaczy tak się nie powinno tworzyć. No ale tam jest później modulacja, wracamy z powrotem i można. Cohen nauczył się tak zwanej techniki arpeggio, czyli przebiera palcami bardzo, bardzo gęsto i bardzo szybko. Większość swoich utworów pisze na sześć ósmych. To też nie jest typowe dla muzyki amerykańskiej, która jest raczej równa na cztery czwarte. I Koen stworzył własny styl grania. Wystarczy, że włączymy takie piosenki jak Avalanche. Nawet tak zaczyna się słynna Suzanne, gdzie od razu ta jego palcówka nadaje brzmienie piosence, towarzyszy jej przez cały czas i nie ma żadnych wątpliwości kto na tej gitarze palcuje. Może posłuchamy przez chwilę Suzanne. [24:48.77 → 24:49.15] A: Proszę bardzo. [25:00.59 → 25:51.68] C: Suzanne takes you down To her place near the river You can hear the boats go by You can spend the night beside her And you know that she's half crazy But that's why you want to be there And she feeds you tea and oranges That come all the way from China And just when you mean to tell her That you have no love to give her Then she gets you on her wavelength And she lets the river answer That you've always been her lover Podziękujemy. [26:12.51 → 26:14.97] A: To był chyba pierwszy wielki przebój Leonarda Cohena. [26:15.13 → 26:17.75] B: Pierwsza piosenka z pierwszej strony płyty, ale [26:17.75 → 26:20.15] A: chyba było tak, że ona wcześniej funkcjonowała na rynku. [26:20.57 → 30:28.21] B: To może wróćmy właśnie do tego, jak powstała ta pierwsza płyta, bo to jest bardzo ciekawe. Cohen przyjechał z Nowego Jorku, miał kilka piosenek w repertuarze, zaczyna poznawać ludzi ze środowiska artystycznego i taką osobą już bardzo wtedy, wtedy już o bardzo mocnej pozycji była pieśniarka Judy Cowens. Ona wyrosła troszkę na fali takiej jako druga John Baez, bo też wspaniały sopran, długie włosy. brunetka blondynka, ale też tworzyła własny repertuar i ona po prostu była absolutnie zachwycona tym, co Koen jej zaprezentował. To właśnie była piosenka Suza, między innymi, którą natychmiast ona jako pierwsza nagrała na swojej płycie. I ona zaprosiła Leonardę jako specjalnego gościa na swój koncert w sali Town Hall. To nie jest duża sala w Nowym Jorku. Większa Tatru Starego, ale o to jak wiemy nie trudno. Kołem miał ogromną tremę. Natomiast rozeszło się po Nowym Jorku, że jest nowy artysta, że jest nowy ciekawy facet, który śpiewa i tak. I zainteresował się nim największy i najbardziej zasłużony w tamtym czasie łowca talentów. To był wspaniały dyrektor artystyczny wytwórni Columbia, John Hammond. I John Hammond odkrył Boba Dylana nagrał jego pierwszą płytę. Nagrywał Bessie Smith, nagrywał całą historię jazzu. Do Bruce'a Springsteena włącznie, tak naprawdę do lat 70-tych. Może nie wypada o tym mówić, a to właściwie jest zabawne. W wytwórni płytowej, ponieważ mówiło się o tym, że John Hammond jest po prostu, ma dotyk króla Midasa, czyli co dotyka, to się zmienia w złoto i tak było. Kiedy Leonard Cohen nagrywał swoją pierwszą płytę w Kolumbii, zaczęło się szeptać w korytarzach, że Cohen to jest Hammond's folly, czyli pomyłka Hammonda. I tak go nazywali pracownicy wytwórni. Przy tej płycie były poważne tarcia między artystą a producentami, bo pierwszy miał być John Hammond, ale zrezygnował, ponieważ zachorował. I zaproponował najlepszego człowieka w owym czasie, pracującego w wytwórni, jakim był John Simon, który był odpowiedzialny już za płyty Boba Dylana odpowiedzialny był za płyty Simona i Garfunkela, bo to cały czas była ta fala, no właśnie tego tak zwanego folk rocka. Cohen się bardzo ścierał z Johnem Simonem. On miał swoją wizję tych piosenek. Chciał, żeby to była płyta ascetyczna, co bardzo wytwórni płytowe nie lubią. Asceza nie jest dobrym hasłem dla działu marketingu wytwórni płytowej. I Cohen walczył, ścierał się. Nigdy w życiu nie pracował z zawodowymi muzykami, więc bardzo go to o nie śmielało. Poprosił o przeniesienie do studia nagraniowego Wielkiego Lustra, Jak przyznaję sam, na pewno świadczył o pewnej dozie narcyzmu, natomiast on często w domu grywał, siedząc przed lustrem i wtedy się czuł komfortowo. Na szczęście spacerując wieczorem po Grynysz Wielisz wszedł do klubu, gdzie grał zupełnie nieznany kalifornijski zespół Kaleidoskop. i zaprosił muzyków z tego zespołu do nagrania, do wzięcia udziału w nagraniach swojej debiutanckiej płyty. A był to zespół o tyle niezwykły, że jego muzycy grali na bardzo oryginalnych, często etnicznych, egzotycznych instrumentach. I te instrumenty słychać na tej pierwszej płycie. Cohen na przykład bardzo się... Jest taka piosenka The Teachers. Ta płyta jego jest bardzo niekonwencjonalna. Kiedy ukazała się wreszcie płyta Sons of Leonard Cohen z tym jego słynnym, smutnym zdjęciem z automatu, tam gdzie jest właśnie Suzanne, Sisters of Mercy, The Stranger's Song, te jego wielkie hity, So Long Marianne, There's No Way To Say Goodbye, tam na 10 piosenek jest 5 wielkich hitów. Ta płyta była inna niż wszystkie, tam prawie każda piosenka była inaczej zaaranżowana, ale były walki o to w studio. Cohen na przykład bardzo nie chciał perkusji, ta perkusja pojawiła się w końcu w jednej czy dwóch piosenkach, wchodzi pod koniec So Long Marianne. Oto były boje. Muzycy z grupy Kaleidoscope wnieśli wiele do tej płyty. Ja się tym bardzo zainteresowałem, natomiast nie sposób było zdobyć ich nagrań. Dopiero dosłownie kilka lat temu udało mi się kupić trzypłytowy album antologii grupy Kaleidoskop. Po prostu chciałem posłuchać, jak oni brzmieli wtedy, kiedy Koen ich poznał. I rzeczywiście brzmieli oryginalnie. To się szybko rozpadło, skończyło, no ale przetrwało w nagraniach. No i kiedy ta pierwsza płyta się ukazała, no nie było tam ani hitów, ani jakichś wielkich, nie było wielkiej sprzedaży, ani nic takiego. Natomiast Trzeba to powiedzieć dzisiaj z perspektywy półwiecza, że jednak Cohen stworzył przynajmniej jedną piosenkę na tej płycie, tą właśnie Susanne, której fragmenty słuchaliśmy, która jest absolutnym ponadczasowym klasykiem. [30:29.53 → 30:48.83] A: Takie kultowe płyty, do których muzycy wracają przez całe życie i ciągle o nich pamiętają fani czy melomanii, są kultowe dlatego, że coś zmieniły albo w wizerunku artysty, albo w historii muzyki, ale często te płyty kultowe nie sprzedają się dobrze. To też była znikoma sprzedaż? [30:48.99 → 31:09.84] B: To też była znikoma. Ta płyta sprzedaje się regularnie, tak jak wszystkie płyty Kena do dzisiaj, natomiast na początku nie było żadnej sprzedaży. Tak, to była bardzo słaba. Podobnie zresztą, W tym samym czasie, w 1968 roku debiutancki album Van Morrisona Astrowix, który dzisiaj należy do żelaznej klasyki muzyki popularnej, szeroko pojętej, którego sprzedaż była fatalna na samym początku również. [31:10.14 → 31:26.75] A: Zwróćmy uwagę jeszcze na jedną rzecz. Kiedy ukazywała się ta płyta, Cohen miał 33 lata, jeśli dobrze liczę. W tamtych czasach, czyli dzieci kwiatów, to jest emery. Czy on już choćby tym wiekiem nie pasował do tego nowego ruchu, który przetaczał się przez Amerykę, Flower Power, Hipisowskiego? [31:26.77 → 33:20.60] B: To jest bardzo ważna obserwacja. On do tego ruchu nie pasował. To znaczy różnica wieku, to że on jest z 1934 roku, a większość tego pokolenia Flower Power była z początku lat 40. To były większości dzieci urodzone w czasie wojny, II wojny światowej. w Stanach czy w Anglii, typu Bob Dylan, Rolling Stones, to wszystko dzieci z początku lat 40-tych. Ken Błodnik starszy o 6-7 lat, co jak wiemy w wieku dwudziestu paru lat robi ogromną różnicę, a to były bardzo intensywne lata. Na debiutanckim płycie zespołu The Who Roger Duttridge w piosence My Generation, moje pokolenie śpiewa I wanna die before I get old, czyli mam nadzieję, że umrę zanim się zestarzeję. Znaczy Notaben ostatni raz śpiewał to bodajże teraz w lipcu, bo nadal to śpiewa. I dobrze, i całe szczęście. Natomiast Cohen był starszy i Cohen miał coś, czym nikt poza nim w tym środowisku nie mógł się poszczycić. To znaczy miał kilka już wydanych książek i pamiętajmy proszę państwa, że to nie były tylko tomiki poezji, bo już były wtedy parę, natomiast były też powieści. I te powieści w sumie poprzedziły jego debiut piosenkarski. Więc raptem mamy płytę kogoś, kto jest poetą, pieśniarzem, pochodzi z Kanady, ma jakieś takie właśnie ciekawe pochodzenie, bogate dziedzictwo kulturowe, rodzinne. I on był inny. Bob Dylan też z rodziny żydowskich imigrantów, ale z klasy takiej, powiedzmy to niskiej klasy średniej. Rodzice Dylana w małym miasteczku na północ, na granicy kanadyjskiej, prowadzili sklep z narzędziami. tak zwany step żelazny, więc tutaj nie było tej kultury wyniesionej z domu i nie było tego zaplecza, którym Koen mógł się poszczycić, ponieważ on wcześniej stracił ojca i spadek po ojcu pozwoli mu na kupno domu, na przetrwanie tych pierwszych lat. Pamiętajmy o tym, bo to też jest ważne, że on tak naprawdę mógł sobie pozwolić na to, żeby troszeczkę podramatyzować, żeby sobie pojeździć po świecie. Popadać w depresję, wydawać płyty. [33:20.60 → 33:48.44] A: Tak jak większość idoli tamtych czasów, self-made man. Tylko jednak człowiek z backgroundem jakimś kulturowym. Cohen po latach opowiadał, że ten przełom lat 60. i 70. te pierwsze cztery płyty i ten okres w jego życiu był takim okresem upokorzeń, upokorzeń, rozpadu jakiegoś. Czy to wynikało z tego, że on jakby nie umiał się odnaleźć w tym świecie? Trochę show biznesu, trochę boemy, do której trafił. [33:49.06 → 34:02.10] B: Tak, on się nie umiał odnaleźć w tym świecie, dlatego, że on trochę nie przystawał. On był inny, był z silną indywidualnością, nie zależało mu ani za bardzo na jakiejś masowej popularności, ani na jakichś wielkich pieniądzach. Był taki obok tego całego show biznesu. [34:02.10 → 34:19.29] A: Czy był krytykiem kontrkultury? Bo mówiłeś o tej piosence Chelsea Hotel, która pewnym konkretnym przykładem, przypadkiem się zajmuje. patrząc z boku jako starszy, mądrzejszy, bardziej wykształcony, wiedział do czego to prowadzi? To piękne szaleństwo, ten piękny sen lat 60-tych, 70-tych. [34:19.45 → 38:03.67] B: On eksperymentował z narkotykami i z używkami różnymi i tutaj myślę, że ryzykował tak samo jak wszyscy inni, ale ta różnica wieku, o której wspomnieliśmy i ta jego taka pozycja indywidualisty, trochę outsidera w branży, na pewno pozwalała mu patrzeć bardzo krytycznie na ten ruch dzieci. On nigdy się nie identyfikował z ruchem dzieci kwiatów, z ruchem hipisowskim. Mało tego, on to bardzo podkreślał. On nigdy nie napisał protest songu tak naprawdę. To, co my tutaj kojarzymy w Polsce jako jego taką pieśń protestu, czyli partyzanta, jest to piosenka z ruchu Resistance francuskiego z lat 40. To nie jest jego utwór. On go spopularyzował, natomiast nie jest to jego utwór. I to, co robił Bob Dylan na pierwszych płytach, które nazywano czasami śpiewającymi gazetami, bo on dosłownie reagował na gazetowe newsy i pisał piosenki o nieprawościach, które się działy w społeczeństwie amerykańskim. I robił to bardzo sprawnie, po czym po wydaniu trzeciej płyty się całkowicie od tego odciął. Nagrał płytę na The Side of Bob Dylan, czyli inna strona Boba Dylana i już właściwie nigdy, poza kilkoma wyjątkami, nie wrócił do pisania pieśni protestu. Za co się na Dylana obraziło całe to środowisko folkowe. Za to, że na gitarze zaczął grać elektrycznej. Cohen bardzo późno debiutował jako artysta nagrywający płyty. Jeszcze później debiutował jako artysta koncertujący. Dopiero po drugim albumie stworzył zespół starych wyjadaczy z Nashville. Oswoił się trochę z nimi. Kontakty Cohena z muzykami były dla niego dosyć na początku pokażające, ponieważ on nie umiał nawiązać kontaktu w studio, ponieważ nie był profesjonalistą. Był kompletnym amatorem i nie ma żadnego doświadczenia. To się zmieniło, kiedy osiadł w Nashville. Cohen ma kilkuletni epizod pomieszkiwania pod Nashville, gdzie pisał piosenki, jego druga i trzecia płyta, czyli Songs from a Room i Songs of Love and Hate. To jest ten okres. I tam stworzył z muzyków z Nashville, a proszę państwa, Nashville to jest w zagłębie najlepszych muzyków na świecie. My kojarzymy Nashville z Music on Country, ale wielu artystów z całych Stanów jeździ tam, ponieważ tam mieszkają zawodowcy. Tam, jak to się mówi, tam są muzycy, którzy po prostu nagrywają nie przerywając snu. I część tych muzyków wyruszyła z kolanem na podbój Europy. I to była ta trasa, o której on potem powiedział, ten okres w jego życiu, kiedy on się poczuł zagubiony. Bo tak, dawno nie wydał nic nowego jako poeta. Jego dwie pierwsze książki już minęło kilka lat od napisania dwóch pierwszej powieści. Jego pierwsza powieść, The Favourite Game, czyli ulubiona gra, no to jest taki bildungsroman, czyli wychodzenie z życia, wchodzenie w życie, dojrzewanie młodego człowieka w Montrealu przez muzykę, przez kobiety, przez studia, seks, eksperymenty. Jest to ciekawa i moim zdaniem bardzo, bardzo ciekawa książka. Natomiast jego druga książka to jest kompletny hodl, to jest Piękni Przegrani. Wspaniale przetłumaczyła tę książkę na polski pani Anna Kołyszko. Jest to trudna książka, bo jest tam różnego rodzaju takiego strzumienia świadomości. Wiele tam jest narkotykowych wizji, wiele seksu oczywiście też. Więc ta książka była bardzo kontrowersyjna. Jedni odrzucali, inni mówili, że jest objawieniem, beautiful losers, piękni przegrani. Ale to był też rok 1966. Tymczasem lata mijają i nie ma nowych książek. Trzecia płyta Coena jest właściwie zbiorem piosenek napisanych wcześniej. Mamy kryzys na wszystkich frontach, jako poeta, powieściopisarz, autor piosenek. Tymczasem robił trasy koncertowe w Europie, rok 1970-1972. Jest zapis tych tras koncertowych na płycie Live Songs, to jest pierwszy album koncertowy Koena. I proszę Państwa, muszę o tym powiedzieć, to jest na marginesie, okładkę do tej płyty zaprojektował wspaniały polski artysta Rosław Szajbo. który jest także autorem, zapewne widzieli Państwo, niektórzy z Państwa w Lublinie te kolorowe billboardy. Poprosiliśmy, o właśnie, poprosiliśmy Rosława, żeby zaprojektował plakat do naszego tutaj spektaklu. Ale jest też książka, jest też ta płyta w środku. Może pokażę z daleka. Malutka jest ta. [38:03.73 → 38:04.93] A: Nie wiem, czy Państwo zobaczą. [38:05.75 → 38:54.22] B: Ona jest malutka ta płyta, ale ona jest bardzo oryginalna. Dlatego, że pierwszy raz się zdarzyło, żeby grafik zaprojektował tytuły piosenek na awersie, a nie na rewersie płyty. Pismo z maszyny do pisania kojarzy się i z pisarzem, i z rodzajem policyjnej kartoteki. To zdjęcie jest takie surowe. Ta płyta jest taka, ta okładka jest taka można... Moim zdaniem ona jest punkowa, ale na kilka lat przed narodzeniem punków. Jako projekt graficzny jest bardzo oryginalna, ciekawa i to jest Rosław Szajbo. I teraz minęło lat wiele, bo to jest 73 rok. I poprosiliśmy Rosława. Zresztą Leonard wie, że to ten sam artysta zaprojektował ten plakat. A plakaty oryginalne, czyli już tutaj wydrukowane w Lublinie B3, to jest bodajże pojechały już do Los Angeles w ubiegłym tygodniu. Tak. [38:55.32 → 39:10.49] A: A powiedz, czy na ten kryzys tamtego czasu miały wpływ kobiety, bo pożądanie, miłość, kolejne muzy czy kolejne autostopowiczki w jego życiu cały czas się pojawiają w jego utworach i w jego opowieściach. [39:10.49 → 39:13.28] B: Autostopowiczki to ładny eufemizm. Dziękuję, że mnie podróżujesz. Tak, proszę bardzo. [39:13.86 → 39:23.24] A: Pytanie jest takie, czy... Czy ta płyta, która się nazywała Death of a Ladysman, czy śmierć kobieciarza, tak chyba można nazwać. [39:23.54 → 39:23.74] D: Bawidamka. [39:23.74 → 39:34.40] A: Bawidamka. Czy ona rzeczywiście była też takim symbolicznym zamknięciem pewnej drogi życiowej, czy Cohen nigdy tego stylu bycia cyganerii nie wyzbył się? [39:34.52 → 41:05.46] B: Myślę, że nigdy. Ja myślę, że tylko epizodem w jego życiu, kilkuletnim, ale w tak długim życiu jest już w tej chwili epizod, to była Mount Body, czyli jego pobyt w klasztorze Zen. Natomiast on był zawsze kobieciarzem, powiedział, że autostopowiczki. Ja nie chciałbym tutaj powiedzieć, że Koen ma przedmiotowy stosunek do kobiety, bym go skrzywdził. Natomiast na pewno, i on sam to wielokrotnie robił, wymieniał je na jednym oddechu jako, znaczy nie kobiety, ale seks, narkotyki, alkohol, wymieniał jako swoje sposoby szukania leku na depresję. A depresja była w jego życiu zawsze obecna. Wiedzą Państwo jak różnie jest stosunek do depresji. Trwa dyskusja w Polsce obecnie na ten temat. Jest to choroba naszych czasów, choroba cywilizacyjna. Cohen miał całe tygodnie niewychodzenia z pokoju. Miał całe godziny niewychodzenia z pościeli. Miał absolutne długie okresy wyłączania się z życia. No i radził sobie jak umiał. Miał zawsze powodzenie u kobiet, dlatego że był przystojny, pięknie mówił. Ja myślę, że głos jego tu miał nie bez znaczenia był. Jest człowiekiem niewysokim, jak wiem, ale to chyba nie ma aż takiego znaczenia. Natomiast miał to powodzenie u kobiet i miał je do niedawna, to znaczy do bardzo zaawansowanego wieku. Wszystkie te ostatnie trasy koncertowe lat dwutysięcznych kończyły się w ten sposób, że tam się ustawiały fanki po podpisy, po zdjęcie, po całunek, po jakąkolwiek formę kontaktu. [41:06.92 → 41:30.08] A: Ta płyta została nagrana, myślę o śmierci Bewi Damka, zostajemy przy tym tłumaczeniu, w taki dość rewolucyjny sposób dla Leonarda Cohena. Pojawił się producent, bardzo wtedy rozkwitywany, Phil Spector. Czy to była zdrada? Czy jego kupił Moloch? Czy on postanowił nagle przejść na drugą stronę? Dobra, to teraz będę muzykiem pełną gębą, nie tylko poetą śpiewającym. [41:30.26 → 46:04.07] B: powiedziałeś, że to była, ja bym powiedział, że płyta Śmierć Bawi Damka powstała w sposób inwazyjny wręcz. Dlatego, że proszę Państwa, producent tej płyty, Phil Spector, jest po prostu absolutnym, i mówię to z powodu odpowiedzialności o maniakiem, jest to facet, który w tej chwili odbywa karę więzienia za zabójstwo. On bawił się całe życie bronią. Jest to jeden z największych młodocianych geniuszy w historii show biznesu. Ten człowiek był milionerem mając 20 lat. stworzył coś, co w muzyce nazywa się ścianą dźwięku, The Wall of Sound. Jest mnóstwo piosenek, które państwo doskonale znacie, które stworzył jako producent Phil Spector. Zresztą kapitalny był tutaj też na marginesie, powiem, kontakt młodych Rolling Stonesów ze Spectorem, bo Keith Richards, gitarzysta z zespołu The Rolling Stones, bardzo się interesował, jak to się dzieje, że Phil Spector osiąga tak niesamowite, głębokie brzmienie na swoich nagraniach. Pojechał do Stanów, wszedł do studia i powiedział, aha, 50-osobowa orkiestra, 100-osobowy chór, no to już wszystko jasne. Phil Spector jest megalomanem, jest nazywany Wagnerem muzyki popularnej. A oprócz tego miał obsesję na punkcie stworzenia wielkiego brzmienia swoim wielkim idolom i nękał bardzo długo Boba Dylana za którym w towarzystwie biegał, Delan się przed nim chował po prostu w miejscach publicznych, a on biegał za nim wołając, ja ci zrobię Delana operę. No więc Dylan się nie dał skusić. Niestety Coen się dał, to znaczy oni, jak to się mówi, złapali fazę towarzyską, w Los Angeles mieszkali, zaczęli spędzać trochę czasu razem. Coen był w czasie swoim takim pokryzysowym, druga połowa lat 70., miał napisanych sporo wierszy i Phil Spector przejął całkowitą kontrolę. To naprawdę jest maniak. Są dwie relacje na temat tego, jak on traktował Coena w swoim studio domowym, Po pierwsze, bawił się bronią. Po drugie, broń była wszędzie. Po trzecie, miał uzbrojonych ochroniarzy. Bodyguards byli też wszędzie. Jest epizod, który Cohen sam wspomina, kiedy Phil Spector przystawił mu pistolet do głowy i powiedział, I love you, Leonard. Na co Cohen odpowiedział, Mam nadzieję, że to prawda. I są dwie relacje. Jedna mówi, że to była kusza, a druga mówi, że to był pistolet, bo on też kuszy i te rzeczy. Cohen pamięta przeraźliwe zimno. Phil Spector żył w domu, który był tak chłodzony przez klimatyzację, że tam nie można było wytrzymać, że nie było się całkowicie ubranym. I Phil Spector dokonał niesamowitej manipulacji, to znaczy namawiając Cohena na współpracę i używając jego wierszy jako tworzywa do swoich, do piosenek, które komponował, sprawił to, że Leonard Cohen nagrał takie wersje, jak to się mówi, demo, czyli takie próbne wersje piosenek, po czym wyłączył go z reszty produkcji. Po prostu odciął go od tej płyty, odsunął go i nagle na rynku ukazała się płyta podpisana Spector Cohen, Death of the Ladies Men, No i od pierwszego zaczyna się to uderzenie bodajże trójkąta. I jak rusza ta machina, no to 100-osobowy orkiestra, 100-osobowy chór. I to jest coś, co zupełnie nie przypomina piosenek Leonarda Cohena. Ja jeden z tych utworów przygotowałem tutaj, ale to... Czy możemy poprosić, żeby to była piosenka nie druga, tylko trzecia? Ale ja państwu ją zapowiem. Możemy tak poprosić? Przykład tego, co można było zrobić z Leonarda Cohena, to nie jest to jego bardzo znana płyta, on sam niechętnie do niej wraca. Ja się Państwu przyznam, ja mam do niej ogromny sentyment po latach. To znaczy, te aranżacje są kompletnie nieadekwatne do słów i do samej postaci barda. Natomiast muzyka, która tam jest, jest czasami bardzo, bardzo intrygująca, wyrafinowana, zaawansowana. Tą piosenkę przygotowałem dlatego, żeby może właśnie zamknąć temat tego porównania dwóch bardów. Jest to jedyne istniejące nagranie, w którym Leonard Cohen i Bob Dylan śpiewają w jednej piosence. Tylko, że Dylana tak naprawdę słychać pod koniec, więc nie wiem, jak my to rozwiążemy, czy przesłuchamy całą. Piosenka nosi tytuł Don't Go Home With Your Heart On, aż się wstydzę przetłumaczyć, bo to znaczy po prostu, no, nie wracaj do domu z erekcją, mówiąc delikatnie. Jest wesoła i to jest też taka twarz kochana, której chyba państwo nie znacie, jest totalnie przyśmiewcza. Posłuchajmy. Nie, nie, nie, nie, nie. Oj, przepraszam, czwarta, czwarta, ja powiedziałem trzecia. Czwarta, czwarta. Przepraszam, moja wina. Ja przygotowałem te płyty. To nie brzmi jak dla mnie odkończone. [46:35.16 → 46:59.14] C: I was born in a beauty salon My father was a dresser of dare My mother was a girl you couldn't call When you called, she was always there When you called, she was always there When you called, she was always [46:59.14 → 47:00.20] B: there [47:04.97 → 47:34.95] C: Wielkie dzięki za oglądanie! [47:37.61 → 48:07.83] B: To jest głos Boba Dylany. To możemy wyciszyć myślę już raz. Proszę Państwa, te sesje, tym sesją towarzyszyła atmosfera wielkiej zabawy i któregoś dnia pojawili się w okolicy Dwaj przyjaciele poeci Alan Ginsberg i Bob Dylany więc Phil Spector chyba bez użycia broni, zagonił ich do studia i tutaj było słychać właśnie efekty tej współpracy. No i jest to taki jedyny mały, mały fragmencik, kiedy ci dwaj wielcy artyści są na jednym nagraniu. Nie najlepszym, jak było słychać, no ale zawsze. [48:07.99 → 49:09.34] A: Mimo, że powiedziałeś, że ta zmiana była wymuszona, jednak lata 80. to jest trochę inna muzyka Leonarda Cohena. Pamiętam, chyba był szok, jak usłyszałem Dance Me to the End of Love. Państwo na pewno znacie ten kawałek, ta nieśmiertelna pozycja wszystkich potańcówek swego czasu, chyba jeszcze do dzisiaj wszyscy się wzruszamy, pamiętając siebie, jak wtedy tańczyliśmy, albo wzruszając się teraz, kiedy to tańczymy. I zastanawiam się, co było dziwnego w tych latach 80., skoro tylu artystów mającą sobą długą karierę, wielki dorobek, nagle zaczynało głupieć absolutnie w tych latach 80-tych. Stąd się nagrali taką dziwną płytę, gdzie było Undercover of the Night, Jethro Tull, również elektroniczną, przedziwną. Bob Dylan nagrał Slow Train is Coming, bardzo popową, bardzo melodyjną. I Coen nagle wychodzi rzeczywiście z piękną pieśnią miłosną, ale jednak w aranżacji z taką melodią, która naprawdę nadaje się do klubów tanecznych, a nie do miejsc, gdzie spotykamy się z bardami, z poetami. O co chodziło? [49:09.52 → 50:28.75] B: Tam jest więcej, bo w tym tekście są nawiązania do Holokaustu przecież. To jest bardzo, bardzo poważny i bardzo piękny tekst. Tutaj kilka rzeczy się nałożyło, czyli zacznijmy od początku, lata 80. Ewolucja i rewolucja techniki nagraniowej. Raptem pojawiają się producenci młodzi, którzy odkrywają możliwości studia i nagraniowego i sprzętu nowego. Bob Dylan wydał taką płytę Empire Burlesque, która była bardzo taka przesterowana, cała z rewerbami, pogłosami i tak dalej. Tam był producent od Madony zaangażowany do tego. Notabene z producentem Madonna też nagrywał Koen ostatnio, ale to wyszło na dobre jak raz. Proszę Państwa, 80-te lata są takim dziwnym okresem przejściowym, bo właściwie lata 60-te były momentem narodzin wszystkiego, co w muzyce było oryginalne, ciekawe. Nowe 70-te to rozwijały, aż przestały. Pojawił się punk jako antidotum, jako zaprzeczenie muzyki stadionowej, wyrafinowanej, roka, progresywnego, trudnego. I nagle w latach 80. wszystko się robi bardziej pop. Wszystko siada, robi się bardziej miękkie. I to jest czas, kiedy Cohen zaczął eksperymentować z zabawką typu mały instrument klawiszowy Casio. I on skomponował Destiny to the End of Love na Casio. Wiecie państwo o czym mówię? Plastikowe, mała klawiaturka. Dzieciom się to kupowało. [50:28.81 → 50:29.79] A: Na kolanach, na kolanach. [50:29.81 → 51:18.59] B: Te kasie oczywiście są różnej wielkości. On miał takie malutkie, ja pamiętam doskonale te instrumenty, kiedy się pojawiły. To było takie objawienie, bo to było raptem tanie, dostępne, można było tam sobie pograć. I kolejna zafascynowała jedna rzecz, że tam jak się wciska klawisz, to się uruchamia cały zespół, nazwijmy to. Czyli tam jest jakaś perkusja, jakiś bas prymitywny i tak dalej. I to się kręci w kółko. Oczywiście on z tym przyszedł do studia, gdzie muzycy i producent płyty zaproponowali mu, że zrobią to wszystko tak jak trzeba. A on powiedział nie, nie, nie. On się tak przyzwyczaił do tego Casio, że ono jest w nagraniu. Mało tego, to Casio nie miało żadnego wyjścia przewodowego, więc oni musieli je nagrać przez mikrofon, czego się nie robi. No tak, bo uparł się, po prostu się uparł. I to słychać, to słychać, że to jest zabawka. Tam są piękne skrzypce, tam są chórki, natomiast to Casio oczywiście tam... Ja byłem w szoku, jak to usłyszałem. To znaczy, ja tą płytę dostałem... Tylko [51:18.59 → 51:23.05] A: zafascynowała technika pastiszu, czy on po prostu się zakochał w nowej zabawce? [51:23.21 → 54:19.03] B: On się zakochał w nowej zabawce i on bawi się tymi klawiszami do tej pory. Nigdy się nie nauczył grać na nich, ale ma kilka piosenek, które gra przy klawiszach nawet na koncertach. i nigdy sobie nie akompaniował, tak jak na przykład Bob Dylan, który jest w stanie siąść przy fortepianie i zagrać koncert przy fortepianie, bo nie jest może wybitnym pianistą, ale właśnie w odróżnieniu od Cohena, Bob Dylan jest muzykiem. To znaczy, Bob Dylan może siąść i zagrać ze Stonesami, Cohen by tego nie umiał. Natomiast Leonard Cohen wtedy zaczął eksperymentować trochę z tymi nowymi instrumentami, z klawiszami. One brzmiały... No tak jak brzmiały. Ja w ogóle mam też teorię, a to jest taka moja prywatna teoria, podzielę się z Państwem, że Dance Me To The End Of Love to jest w ogóle prekursor disco polo. Znaczy ta piosenka była tak nieprawdopodobnie popularna w Polsce, ja pamiętam to. Ja spędziłem początek lat 80. w Stanach, ponieważ Wiadomo, generał zorganizował mi urlop dziekański, mimowolny. I kiedy przyjechałem do Polski, no to właśnie to tak wyglądało, jak wyglądało w 1984-1985 roku. Było smutno, mroczno, ponuro i raptem przyjeżdża Coen, ale Coen przyjechał na fali nieprawdopodobnej popularności tej piosenki, która była, po pierwsze, jego pierwszym teledyskiem. Dominique Iselman, jego taka ówczesna muza francuska, fotografik, artystka, która notabene była w związku z Koenem, nagrała pierwsze jego teledyski. To jest też kobieta, która później odkryła Karlę Bruni jako młodą modelkę, czyli pierwszą damę późniejszą w Francji. I te piosenki były grane, ja to doskonale pamiętam, właśnie dlatego, że było dla mnie bardzo młodego człowieka, który przymusowo znalazł się w Stanach, co proszę mi wierzyć, nie było z mojej strony żadnym cierpieniem czy wyrzeczeniem. Ale kiedy wróciłem do Polski, żeby kontynuować studia w roku 1984, no tutaj było smutno i ponuro. I latem się okazało, że po pierwsze z płyta Cohena, co mnie bardzo podniecało, bo tego artystę śledziłem, a nie widziałem go nigdy wcześniej. Nigdy mi się go nie udało zobaczyć. Kiedy ja mieszkałem w Stanach, on nie koncertował. i jest singiel. Nic z tego nie rozumiałem. Ja w ogóle nie wiedziałem o co chodzi z tą piosenką. Czy ja naprawdę słyszę to co słyszę? Potem się pojawiła cała płyta, która już była bardziej urozmaicona. Tam było mniej lub więcej tej elektroniki. Proszę Państwa, był to w 1985 roku wydany album Various Positions. Płyta Leonarda Cohena, na której znajdują się co najmniej trzy jego absolutnie klasyczne utwory, czyli Dance Me to the End of Love, Hallelujah, wielka piosenka, i If It Be Your Will, przepiękna, inspirowana też Biblią modlitwa. To jest płyta, i to warto o tym powiedzieć, której w Stanach Zjednoczonych wytwórnia Columbia nie wydała. To znaczy Amerykanie uznali, że ta płyta nie zasługuje w ogóle na to, żeby ją wydać. W tej chwili jest jakaś absolutnie nieprawdopodobna liczba nagrań samej piosenki Alleluja istnieje. I ta piosenka należy do takiego klasycznego kanonu oczywiście Coena, tak samo jak ta płyta w tej chwili. A to właśnie też świadczy, to jest kolejny przyczynę do dyskusji o popularności, czyli braku Coena w Stanach. [54:19.32 → 54:36.78] A: Przepraszam, wejdę w słowo, bo chyba to trzeba zadać, że Cohen przetrwał dzięki Europie, odrzuca go Ameryka i fani z Europy Wschodniej, z Europy Zachodniej nagle mówią, to jest ważne. Rozumieją jego żarty, rozumieją jego głębie, rozumieją jego poezję, jednocześnie Ja bym się tak [54:36.78 → 56:11.01] B: upierał przy pastiszowości tej muzyki. Cohen jako artysta przetrwał dzięki Europie na pewno. Jego popularność w Kanadzie, w rodzimej Kanadzie jest taką bardzo równorosnącą funkcją. To znaczy on w tej chwili już ma wszystkie najwyższe oznaczenia państwowe i wszystkie możliwe nagrody muzyczne, ale ten wysyp się zaczął pod koniec lat 90. Popularność Cohena w Europie była stała. Ameryka może się pochwalić stałością w braku popularności, a z kolei w Kanadzie to naprawdę w tej chwili jest, tutaj ośmielę się porównać go do Glenna Goulda, do wybitnego kanadyjskiego pianisty, jest taką wizytówką kanadyjskiej kultury w świecie. Tak jak Glenn Gould, który zrewolucjonizował muzykę wrotepianową i sposób grania Bacha w latach 50., 60. stał się kanadyjską wizytówką kanadyjskiej kultury w świecie, tak Leonard Cohen jest nią do dzisiaj. I tak, przetrwał dzięki Europie, gdzie był popularny. Ta sprzedaż jego płyt nigdy nie była wysoka. On zawsze skromnie żył. On żyje w naprawdę niewielkim domu na przedmieściach Los Angeles. Nigdy nie był zamożny. Teraz jest. Teraz jest, dlatego że jak stracił fortunę, o czym być może Państwo słyszeli, że w latach, pod koniec lat 90. został okradziony, całkowicie właściwie pozbawiony wszystkiej oszczędności przez nieuczciwą menadżerkę, która była przyjacielem rodziny. I on właśnie wyruszył w trasę, zaczął grać koncerty po to, żeby te straty odrobić. No to śmiało można powiedzieć, że po tych ostatnich trasach koncertowych światowych, gdzie on zagrał ponad 300 koncertów w ciągu dwóch lat, to jest naprawdę osiągnięcie, zważywszy na to, że był już u progu 80-tki, to już teraz na pewno biedny nie jest. I dobrze. [56:11.44 → 56:25.64] A: Powiedz Danielu, bo zacząłeś opowieść o latach 80-tych, o Polsce, o swoim spotkaniu z Coenem i z tą jego konkretną płytą. Czy myśmy go wtedy w Polsce w latach 90-tych dobrze rozumieli? Pamiętacie państwo taką płytę, gdzie I'm Your Man, prawda? [56:26.00 → 56:27.20] B: Gdzie... Kilka lat później. [56:27.22 → 57:10.82] A: Tak, kilka, 1988 chyba. Gdzie właściwie większość piosenek z tego albumu stało się takim zestawem obowiązkowym, romantycznym do słuchania. Niski głos Coena, to jest baryton chyba, tak on barytonem śpiewa. Funkcja Coena w polskich domach i wśród polskich melomanów kojarzyła mi się z tym, jak Amerykanie traktują Barry'ego White'a bodajże. Barry White to jest taki czarnoskóry piosenkarz, śpiewający bardzo nisko romantyczne piosenki, przy których większość Amerykanów urodzonych w latach 80-tych, 70-tych została poczęta. i wydawało nam się, że ten Koen właśnie pojawia się wtedy, kiedy jest dwoje ludzi ze sobą i musi przyjść Koen, żeby coś zainskrzyło. [57:11.53 → 57:14.46] B: Zupełnie nie doświadczyło takim powierzchownym postrzeganiu Koena w Polsce. [57:14.46 → 57:20.84] A: Właśnie o to pytam. Czy ja mam rację? Czy my rozumieliśmy Koena ironistę, Koena poetę? [57:21.53 → 58:31.00] B: Nie, myślę, że w dużym stopniu masz rację, ale też trzeba, nie możemy tak zauważyć proszę Państwa ogromnej roli w popularyzacji Leonarda Cohena, jaką odegrał Maciej Zembaty. On jako pierwszy w Polsce Cohena tłumaczył, a co więcej on go śpiewał, on go wykonywał i był w latach 70-tych bardzo popularny. Ja pamiętam jak Maciek Zembaty, którego znałem zaczynał, kiedy grał w klubach studenckich, kiedy jeździł po Polsce z tymi piosenkami. Potem po 85 roku, kiedy Koen się zgodził na to, żeby on te piosenki legalnie wydawał, to jego zaangażowanie się jeszcze nasiliło i rozwinęło. I myślę, że też Koen bardzo zawdzięcza w Polsce to, że miał takiego swojego ambasadora. jakim był Maciek Zembaty w tamtych latach. Bob Dylan nigdy nie miał takiej osoby w Polsce i właściwie można powiedzieć, że my w tej postaci, w takiej postaci przetworzonej, dzięki dobrym przekładom, to odbieraliśmy Bardów rosyjskich, Kukudżawa i Wysockiego, którego obu ich tłumaczyli najlepsi poeci. Polscy, natomiast też francuscy Bardowie docierali do nas również w latach 80-tych, głównie dzięki projektom Wojciecha Młynarskiego i tym tematycznym. [58:31.18 → 58:34.30] A: I temu, że istniał nurt piosenki aktorskiej, bo to był żelazny repertuar. [58:34.30 → 59:46.23] B: Tak, się potem pojawiło PPA, ale jeszcze wcześniej były to już w Warszawie, w Ateneum Młynarski robił spektakle Brel, Aznawur i to było ważne. Pamiętam, że na to się chodziło, że to było też jakieś takie otwarcie. Koen miał zębatego, Dylan nie miał nikogo takiego nigdy. Mój kolega Filip Łobodziński niedługo wyda płytę Dylan.pl ze swoimi tłumaczeniami Boba Dylana. Zobaczymy, może coś się zmieni. Natomiast wracając jeszcze do tej właśnie... Ja myślę, że Koen był dosyć właśnie powierzchownie odbierany w Polsce jako taki romantyczny bard, że niewiele osób się zagłębiało w jego teksty. I ja też myślę, że... Podstrzeganie go przez te hity, najważniejsze, Susana, Leluja, trochę nam zawęża jego obraz, dlatego że gdzieś tam tracimy to, o czym powiedziałaś o tej hydrze, zanim wszedłem na scenę, że jak właśnie nie jedno, to drugie, że jak nie pisze piosenek, to się ukazuje Tomik wierszy, że ma te powieści w zanarżu, które zawsze można przywołać. I ten Koen jest mniej znany, aczkolwiek Maciek Zembaty przetłumaczył ulubioną grę, a potem wiele lat później ukazał się przekład powieści Piękni Przegrani i zachęcam państwa do sięgnięcia po te książki, bo na pewno zasługuje na przeczytanie. [59:47.33 → 59:54.11] A: W latach 80-tych Koen pierwszy raz przyjechał do Polski, potem regularnie wracał na koncerty. Pamiętasz tę jego pierwszą wizytę? [59:54.33 → 01:06:02.96] B: Doskonale, doskonale, bardzo to przeżywałem. To był właśnie 85-ty rok. sala kongresowa, cztery koncerty w Polsce. Ja wielokrotnie rozmawiałem z Leonardem zresztą o tym koncercie, bo tu mam wiele wspomnień. W 1985 roku, ja właśnie po moim pobycie amerykańskim pierwszym wróciłem, podjąłem studia na Uniwersytecie w Warszawie i to było nieprawdopodobne wydarzenie. Właśnie poprzedził je singiel, potem płyta. Ja miałem na szczęście przyjaciół za granicą, więc dostawałem te rzeczy już wtedy. Miałem bilety na koncert Cohena w Paryżu wcześniej, ale nie dostałem paszportu. Też były takie czasy. Natomiast przyjechał do sali kongresowej do Warszawy i my zrobiliśmy coś, o czym ja tutaj nie chcę niczego reklamować, ale jest taka książka o Coenie, Leonard Coen, Życie sekretne. Nie jest to jego najlepsza biografia, ponieważ w najlepszej biografii Coena napisała Sylvie Simmons, która ta książka też się ukazała w Polsce. Jest to taka bardzo gruba książka, Jestem Twoim mężczyzną. Bardzo ją Państwu polecam. Ale do tej książki, na prośbę wydawcy, napisałem posłowie pod tytułem COEN w Polsce i tam się starałem zakapitulować te doświadczenia. Przypomniała mi się anegdota, kiedy my, oczekując z grupą moich przyjaciół na COEN, najpierw była jakaś straszna kolejka przez patyfę, gdzie trzymaliśmy listę społeczną przez tydzień. Potem się okazało, że te bilety są głównie u koników, no ale myśmy już to mieli i ja wymyśliłem to tutaj. Być może jest to najlepszy pomysł, jaki miałem w życiu, bo to był jakiś przebóz rzeczywiście, czegoś dziwnego. Zrobiliśmy taki napis na prześcieradłach, gdzie napisałem po, napisaliśmy po angielsku, welcome back. I jak Koen wchodził to, to myśmy, jak Koen wszedł na scenę, myśmy siedzieli w pierwszym rzędzie, ja byłem już wtedy weteranem festiwali Jest Dżemborii, więc wiedziałem, gdzie są dobre miejsca w kongresowej i my siedzieliśmy z przyjaciółmi w pierwszym rzędzie amfiteatru, to jest taki łuk i mieliśmy napis welcome, czyli witaj, potrząsaliśmy tym napisem. Trudno nas było nie zauważyć, są nawet zdjęcia. Jak wychodził na przerwę, a napis głosił welcome back, to myśmy zgięli to well i wtedy było come back. I myśmy machali, żeby on do nas wrócił, a jak wrócił po przerwie, to wtedy całe rozciągłości welcome back. Po prostu pomysły studenckie, no zaiste, ale przeżywaliśmy to bardzo. Mało tego, zdjęcia są tylko czarno-białe, ale mogę Państwu wyznać, te zdjęcia są również w tej książce, że w tym napisie welcome back To był ten przebłysk geniuszu, o którym wspominałem, który się już nie miał powtórzyć. Litery LC były napisane innym kolorem. To znaczy wszystko było czarne, a LC było czerwone. Więc po prostu daliśmy z siebie wszystko. Machaliśmy tymi prześcieladłami tam przez 3 godziny. Ja ten koncert nagrałem. Notabene przemyciłem też aparat fotograficzny i jedyne zdjęcia kolorowe, jakie są z 85 roku, skokrocowe, to są moje. Znaczy jest ich kilka na krzyż, ale to byli tam akredytowani fotograficy, którzy robili zdjęcia łybskie, czarno, białe. I jeszcze można opowiem jedną anegdotę z tym związaną. Mianowicie, po koncercie Cohena w Kongresowej w Warszawie, na dzień czy dwa później, dostałem skarb. Prawdziwy skarb, jakim było w tamtym czasie pełne nagranie całego koncertu na wideo. Powiem Państwu, skąd ono się wzięło. Ponieważ Cohen przyjechał w czasie do Polski bardzo niespokojnym. To było niedawno po zniesieniu stanu wojennego. To też dlatego ja właśnie wróciłem ze Stanów, żeby kontynuować studia. na jesienią 84., to była wiosna 85., było ogromne ciśnienie wywierane na KOE na związku z tym, żeby zabrał głos tutaj na temat Solidarności, Lecha Wałęsy, komunistów, walki o wolność itd. On sobie kompletnie nie zdawał sprawy z tego. Ja z nim o tym rozmawiałem później, on o tym mówił w wywiadach, że znalazł się pod niesamowitą presją, o charakterze politycznym, czego się w ogóle nie spodziewał. Zorientował się, że ludzie go znają, że ludzie na niego czekają, że są tłumy, że ludzie płacą jakieś bajońskie pieniądze za bilet na jego koncert w drugim obiegu, że są jakieś wobec niego oczekiwania polityczne i miał bardzo poważną rozmowę ze swoim zespołem. Oni powiedzieli, Leon, my nie wiemy o co tutaj chodzi, ale my mamy płacone od koncertu i my po prostu gramy i spadamy. Oni się po prostu bali, że tu się może coś wydarzyć, co na przykład sprawi, że zostaną zatrzymani i będą musieli odwoływać koncerty. To ciśnienie na sali było ogromne. Siedziałem wtedy w kongresowej, pamiętam to ciśnienie, ale wracając do taśmy. Mam znajomego reżysera, na tyle znanego, że nie będę miał jego nazwiska, który wtedy był młodym reżyserem, ale pracował z operatorem, który to operator dorabiał jako operator w telewizji amerykańskiej. A ponieważ Amerykanie spodziewali się, że na koncercie w kongresowej wszystko się może zdarzyć, to zainstalowali kamerę i nagrali cały koncert Coen'a w Kongresowej. Nagrali ten koncert ze statywu. Proszę Państwa, tego się nie da oglądać. Znaczy przy całej mojej miłości do Leonarda Coen'a trzy godziny z kamery ustawionej na statywie to jest nie do oglądania. Chyba nigdy nie widziałem go w całości, ale... Reżyser znajomy pamiętał, że ja się pasjonuję i dwa czy trzy dni później po koncercie dostałem kopię VHS całego tego nagrania, którą zresztą przez dwadzieścia kilka lat przechowałem w domu, nigdy jej nie skopiowałem, nie puściłem do obiegu, ale dopiero po kontakcie z Leonardem przekazałem ją tej jego stronie, która jest prowadzona, to jest zabawne, w Finlandii. Najbardziej znana, najpełniejsza strona internetowa poświęcona twórczości Leonarda Cohena, z którą notabene on współpracuje, nazywa się Leonard Cohen Files, czyli tak Files jak kartoteka i jest prowadzona przez też mojego dobrego znajomego Jarko w Helsinkach. I to jest cała rodzina zaangażowana w prowadzenie strony Coen'a, a przez całe lata 90., kiedy Coen nie koncertował i nie wydawał książek, wiele nowych wierszy bezpośrednio udostępniał właśnie przez tą stronę. Ona jest do dzisiaj, jest przebogata, a ja z kolei mam tam też, to jest strona, która jako pierwsza podała informacje w świecie o premierze Boogie Street w Lublinie, z plakatem tutaj, z naszymi zdjęciami. ale ja też tam mam swój wkład w tę stronę, mianowicie na ich prośbę napisałem po angielsku właśnie historię o tym roku 85 w Warszawie i są tam też moje zdjęcia i razem z kolegą moim spisaliśmy wszystkie wypowiedzi Leonarda Cohena i także tam jest dosyć dokładna dokumentacja tego roku 85. [01:06:03.60 → 01:06:34.41] A: Danielu, to zbliżamy się do pewnej kulminacji w życiu, w życiu Leonarda Cohena. Musisz opowiedzieć o tych latach 90., bo do koncertowania wrócił w 2008 dopiero czynnego. 5 lat chyba 93-97 to był ten Mount Baldy w Kalifornii, koło Los Angeles, taka góra, gdzie jest zgromadzenie mnisie. Funkcjonował tam przez pięć lat jako mnich, który miał swojego mistrza Roshiego, nosił też ceremonialne mnisie stroje, miał nowe imię, Cichy, tak? [01:06:34.86 → 01:06:35.20] B: Jikan. [01:06:38.05 → 01:06:49.22] A: Po co to było Kenowi potrzebne? Czy to był taki gest odsunięcia się od świata, który go rozczarował? Reakcja na starość? taką późną dojrzałość, nieufność wobec muzyki. [01:06:49.84 → 01:07:17.38] B: To było wszystko to, co powiedziałeś. To było też jego kolejne rozpaczliwe poszukiwanie leku na depresję, bo miał już tyle lat, że wiedział, że seks, narkotyki nie przynoszą rezultatów oczekiwanych, ale też było to wycofanie się przed światem, ale powiedziałeś przed chwilą jeszcze coś innego, że on się wycofał, że była to starość, czyli starość może rozumiana jako poszerzanie wiedzy o sobie jako mądrość. [01:07:17.38 → 01:07:20.50] A: Kontemplacja, mądrość, przebywanie w mądrości. [01:07:20.74 → 01:08:41.16] B: Tak, ale też Cohen napisał coś takiego w wierszu, już teraz nie pamiętam tytułu, żeby Państwu zacytować dokładnie, ale powiedział coś takiego w wierszu, że znalazłem się w klasztorze, gdzie mówią mi, co mam robić. Więc taki rodzaj, przy wszelkich, rozszerzając, przy wszelkich zaburzeniach osobowości, bo one miały charakter czy neurotyczny, czy jakiś borderline, popularne. W zaburzeniach osobowości bardzo ważnym elementem terapii jest zawsze pewien stały program dnia życia. Wszelkie formy stabilizacji, wszelkie stałe elementy dnia, tygodnia sprzyjają funkcjonowaniu. i mniej jest rzeczy nieprzewidzianych i on się temu po prostu oddał całkowicie. Człowiek, który był właśnie przedstawicielem bohemy, jak się możemy domyślić, zarywał noce, spał do południa, imprezował i pił alkohol, raptem zmienił tryb życia tak dalece, że wstawał o 2.30. Cohen na górze Mount Baldy o 2.30 w nocy. Cohen na górze Mount Baldy w klasztorze Zen był osobistym asystentem głównego nauczyciela Rossiego i Podawał mu śniadanie na przykład. Więc wstawał jeszcze przed mistrzem, żeby się przygotować, ubierał te wszystkie szaty, o czym tutaj wspominamy w spektaklu. [01:08:42.38 → 01:08:46.46] A: Kołem miał wtedy 60 parę lat, a mistrz Rosi 90. [01:08:47.26 → 01:08:58.61] B: Rosi zmarł niedawno, miał 107 lat. Miał 105, kiedy został oskarżony o molestowanie seksualne. Także proszę Państwa, nie traćmy, nie upadajmy na duchu. [01:08:58.75 → 01:09:01.87] A: Nie tych mnichów seniorów, tylko młodszych adeptów. [01:09:02.21 → 01:09:03.67] B: Adeptki, adeptki. [01:09:04.39 → 01:09:14.49] A: Powiedz Danielu, jeszcze zanim się czytasz, jedno szybkie pytanie. Czy ten cynik ironista, który był na tamte lata umarł i nie wrócił do niego więcej? [01:09:15.23 → 01:09:40.03] B: On wrócił. Ja zawsze miałem kłopot z tłumaczeniem wierszy, które dotyczą filozofii Zen. Nawiązania są częste i są czytelne, ale właśnie bardzo przebija przez nie ironia, pewien rodzaj rozgoryczenia, krytyki, a nawet złośliwości Cohena. Jak ja się kontaktowałem z artystą w czasie pracy nad tą książką, to już parę ładnych lat temu. [01:09:40.43 → 01:09:41.11] A: Księga Tęsknoty. [01:09:41.13 → 01:10:57.01] B: Księga Tęsknoty. To jest, proszę Państwa, książka, która stała się jakby punktem wyjścia naszego spektaklu tutaj na tej scenie. I wiele razy pytałem Koen'a o te sprawy związane z Zenem, to on mnie zbywał, mówił, make it funny. Zrób tak, żeby było śmiesznie. I on ma taki stosunek trochę do tego, bo najpierw ten zen się zagłamił, potem się z niego trochę wyleczył, ale jest tutaj wiersz poświęcony jego mistrzowi, który zawsze mnie bardzo... Znaczy jest zabawny, uważam bardzo. I może go państwu przeczytam, jest bardzo krótki. To było Montbaldi, 1996 rok. Tytuł wiersza jest Rossi w wieku 89 lat. Rosi leży w łóżku ze strudzoną miną. Żył dotąd z żywymi, ze zmarłymi giną. Znów prosi o drinka, cuda nad cudami. Wojuje z pokojem, wojuje z wojnami. Zasiada na tronie z twarzą niebywałą i wojuje z niczym, które czymś się stało. Po suszonych śliwkach, tak w żołądku błogo. Nikt nie chce do nieba. W piekle też nikogo. Więc to jest troszeczkę właśnie stosunek już ironisty do tych praktyk. [01:10:57.93 → 01:11:02.95] A: Czy Cohen uciekł z tego klasztoru, kiedy powiedział dość? Czy Cohen uciekł z tego klasztoru w 97? [01:11:02.95 → 01:11:33.90] B: On powiedział dość i się wyprowadził, ale to nie było tak, że to nie był jakiś klasztor o jakiejś surowej dyscyplinie, którego nie można było puszczać. Ja nawet pamiętam jak sam z nim rozmawiałem, ale to chyba też padało w wywiadach, że pytany o co on tam głównie robił, to on mówił, że oni głównie z tym Roschin pili koniak. Że ten Rosi był po prostu, nauczył go pić koniak, odróżniać koniaki, że on jest ekspertem od koniaku i właściwie to się do tego sprowadzało. Wstawał o 2.30, miał uporządkowany tryb życia, podawał mistrzowi śniadanie, nie wiem, była czwarta, pili koniak, tak? Muszę sobie wyobrazić. [01:11:35.24 → 01:12:00.65] A: Danielu, w końcu Cohen wraca na rynek muzyczny, pisze nowe teksty, ma współpracowników, którzy piszą mu muzykę, jak Shannon Robinson, jedna z dziewczyn zaplątanych w produkcję i współpracę z mistrzem. Jaki Cohen wraca? Czy ślady tego klasztoru wielkiej dojrzałości życiowej widać w tych piosenkach? Czy on jest bardziej piosenkowy, czy bardziej gorzki? [01:12:00.89 → 01:12:49.92] B: On cały czas jest bardziej gorzki, cały czas ma większy dystans do świata i do życia. Cały czas się z tym życiem i z tym światem coraz poważniej żegna. Cały czas zastanawia się nad problemami tak naprawdę etycznymi. To znaczy, to jest coś, co w tych piosenkach zaczyna górować pod koniec, w ostatnich latach życia Cohena. Mianowicie on próbuje się rozliczyć z duchami przeszłości, próbuje się rozliczyć ze swoich win i wraca z tego klasztoru wyleczony z depresji, jak przynajmniej uważa, ale bez pomysłu na siebie. Jest w domu w Los Angeles, znowuż nic nie robi, mieszka z córką, która prowadzi obok sklep z używanymi meblami. Coś tam pisze, coś tam sobie brzdąka, no niestety na kasie. [01:12:50.44 → 01:12:52.44] A: Życie na emeryturze właściwie. [01:12:52.54 → 01:14:32.35] B: Prawie, że na emeryturze. I raptem pojawia się Sharon Robinson. To jest taka ciemnoskóra piosenkarka, która brała z nim udział w trasach koncertowych w 70-tych latach. Zresztą najfajniejsza trasa koncertowa z tamtych lat Coena. Najciekawsza muzycznie, moim zdaniem, a też jest to do sprawdzenia, ponieważ ukazała się po latach na płycie. To jest z 79 roku, gdzie w zespole Coena śpiewa Jennifer Warrens, cudowny głos. biała wokalistka i ciemnoskóra wokalistka Sharon Robinson i one się cudownie, ich głosy się razem splatają i uzupełniają. I Sharon Robinson, która w ogóle jest przyjaciółką rodziny Coen'a, oni się przyjaźnią, znają, zaczyna go podpytywać o te kartki, które tam leżą na stole, a czy mogłaby sobie zobaczyć, a czy mogłaby coś tam może sobie pokomponować, a on mówi tak, rób z tym co chcesz. I ona wraca do niego do domu, spędziła czas pracowicie w swoim studio nagraniowym w garażu, Coen też ma studio nagraniowe w garażu, O studio nagraniowe dzisiaj nie trudno, tylko trzeba mieć garaż, jak się okazuje. I ona mu zaczyna grać w wersję demo kilku piosenek, czegoś, co się w sumie złożyło na ten new songs, czyli na taki album, którym Coen powrócił właśnie po długiej nieobecności na trasach koncertowych. Coen nie planował tras koncertowych, nie chciał już występować, miał trochę dość. Ostatnie jego turniej odbyło się w 93 roku, po wydaniu płyty The Future. w której śpiewał, widziałem przyszłość bracie, przyszłość to zbrodnia. Czyli ten ton apokaliptyczny już się u niego bardzo wtedy mocno był eksponowany i u niego i u Delana. Zresztą niestety ci starzy bardowie, niestety proszę państwa, popadają w ton apokaliptyczny i ja mówię niestety dlatego, że coś w tym jest, bo gdybym uważał, że nie ma, to bym się tym nie przejmował, ale myślę, że jest się czym przejmować i warto ich czytać. [01:14:33.07 → 01:14:33.43] C: Dziękuję. [01:14:33.87 → 01:18:12.66] B: Natomiast tworzą te piosenki razem, Sharon Robinson nagrywa głosy, komponuje muzykę i raptem w połowie pracy, czy pod koniec pracy nad tymi kolejnymi utworami dowiaduje się, że właściwie tak ma być. Ona była przekonana, że nagrywają wersję demo, z którymi Cohen pójdzie do studia, wynajmie muzyków zawodowych. Ona mówi, nie, to jest super, to jest piękne. I powstała płyta Tenue Songs, która nie tylko jest płytą duetu Sharon Robinson i Leonard Cohen, bo śpiewają wszystkie piosenki razem. Ale ona jest autorką muzyki do wszystkich piosenek. Nagrała wszystkie instrumenty i wszystkie głosy. Udział Coen'a jest ograniczony do dwóch rzeczy. Jest autorem tekstów i śpiewa. Wszystko inne to jest Sharon Robinson. W jednej piosence jest gitarzysta, bo wpadł do studia i nagrał partię gitarową. Pozostałych nie ma nikogo trzeciego w tych nagraniach. A co ciekawe, ta płyta była bardzo popularna w Polsce. Ona była złotą płytą. Tam była ta piosenka In My Secret Life, która była hitem. Więc może Państwo ją kojarzą. Jest taka niebieska okładka. Któregoś dnia, jak pracowali razem przy komputerze nad miksowaniem nagrań, to Leonard poprosił Sharon, żeby się nachyliła i zrobił im razem zdjęcie z tej kamery, która jest w monitorze komputera. No i to jest zdjęcie, które wyglądało na okładce. Ona mówiła o tym, że też nie miała w ogóle pojęcia, że to ma czemuś służyć. Myślała, że sobie robi na pamiątkę. Więc ta płyta tak powstała i dalej Cohen nie miał żadnych planów koncertowych, natomiast wytwórnia płytowa zmusiła go do tego, żeby wyruszył w tak zwaną trasę promocyjną. Czyli jeździł po świecie, spotykał się z dziennikarzami. Ja się z nim spotkałem wtedy w 2001 roku w Berlinie. To było jedno z naszych najlepszych spotkań i to był na pewno mój najlepszy wyjazd z Donaldem, dlatego że miałem na to przydziałowe tam dwadzieścia parę minut, jak wszyscy. Natomiast świetnie nam się rozmawiało i on dosyć szczodrze nas zaopatrywał w whisky i świetnie nam się popijało razem i trwało to bardzo długo i przychodziła menadżerka i mówiła, że już czas, a on mówi, on teraz rozmawia z Danielem. Skończyło się to, proszę Państwa, nie opublikowałem tych zdjęć nigdy, ale mamy zdjęcia, jak sobie nawzajem przymierzamy swoje ciemne okulary. Kiedyś może świat ujrzy, ale na razie nie będę się z tym wygłupiał. Było to bardzo fajne spotkanie. Była tam Sharon Robinson, była Lili Unger, która nagrywała te płyty jako inżynier dźwięku już w finałowym etapie. I był to taki rodzaj tournée, kiedy się spotykają dziennikarze z artystą, żeby o tym wszystkim opowiadać. Ja wróciłem do Polski, opowiedziałem, w jakimś piśmie kobiecym duży wywiad opublikowałem. W piśmie Machina było takie pismo, które kiedyś z kolegami założyliśmy. Napisałem o tej nowej płycie i wszyscy myśleli, że na tym się skończy, bo lata mijały i dalej nic się nie działo. Tymczasem przyszedł rok 2004, czyli 3 lata później, po tej płycie Ten New Songs ukazała się płyta Dear Heather. I ja pamiętam, jak napisałem wtedy artykuł do popularnego tygodnika o tej płycie dosyć duży i dałem taki tytuł, Koen żegna się ze światem. Proszę Państwa, to było 12 lat temu, on się cały czas żegna. I płyta Dear Heather jest taką płytą najbardziej może w całej dyskografii Koena chaotyczną, niespójną, tam są utwory mówione, śpiewane, pochodzą z różnych lat. Nie jestem wielkim entuzjastem tej płyty, natomiast jest tam kilka bardzo pięknych piosenek i te najlepsze z nich też trafiły tutaj do spektaklu. I dalej nie było żadnych planów koncertowych. Po 2004 roku już Cohen nawet się z dziennikarzami nie spotykał, nic. I nagle ta straszna wiadomość. Córka... Ktoś zasugerował córce Leonarda Cohena, Lorce, żeby zajrzała, co tam się dzieje z jego szczędnościami w banku. No jak ona zajrzała, to zdębiała. Jak Cohen zajrzał, no to mógł dostać zawału, bo się okazało, że coś tam miał odłożone na stare lata. [01:18:12.66 → 01:18:13.40] A: Pięć milionów chyba. [01:18:13.70 → 01:21:18.86] B: Pięć milionów. Przepraszam, ja wiem, że to świetnie brzmi, pięć milionów dolarów w Polsce, ale to w skali amerykańskiego show biznesu to są naprawdę żadne pieniądze. To są żadne pieniądze. Znaczy, ja wczoraj chyba przy przyjazdem tutaj, wczoraj pisałem recenzję najnowszej płyty Nory Jones, do co jest grane i właśnie tam sprawdziłem trochę danych. Ona wydała, ona już sprzedała 50 milionów płyt, a nadal jest bardzo młodą kobietą. No więc gdyby miała dolara od płyty, no to już możemy sobie porównać, a wiemy, że ma więcej. Natomiast te 5 milionów to był cały jego dorobek życia. Nigdy nie był szczególnie zamożny. I stracił i to. Zostały mu tam jakieś końcówki. No i podjął sprawy sądowe. Osoba winna tej kradzieży, no bo tego nie można inaczej nazwać, zresztą skazana przez sąd za kradzież. i na więzienie próbowała udawać niepoczytalność, sama jego skarżyła. To też jest ciekawe, ja to nawet niedawno gdzieś znalazłem, że sprawa, w której ta osoba skarżyła Leonarda Cohena i jego management, co jest paranoją zupełną, została zamknięta w maju tego roku, w maju 2016 roku. Sąd uznał sprawę za niedorzeczną. Co się dzieje? Coen jest bez środków do życia, nie ma nowego materiału. Co postanawia zrobić? Odrobi straty i rusza w trasę. I to jest 2008 rok. Ja na wieść, że Coen rusza w trasę, już wskakuję w samolot, mam przyjaciół w Kanadzie, lecę do Toronto. Coen zrobił coś bardzo fajnego. Miał w Toronto oficjalny początek. Tam jest taka wielka sala Sony. Przez trzy dni grał początek światowej trasy, ale dwa tygodnie wcześniej jeździł po małych miasteczkach w Kanadzie, grał w dziwnych małych salach, próbując różne piosenki, rozmawiając z publicznością, dogrywając muzyków i mnie się udało wziąć w tym udział i być na kilku koncertach właśnie poprzedzających to wielkie otwarcie tej trasy. Nikt wtedy nie przypuszczał, że ona będzie tak długo trwała, że będzie takim wielkim sukcesem, ale zawsze to podkreślałem i chcę to powiedzieć teraz również. Wiedział, że może być to oceniane jako próba zarobienia, nazwijmy, jako hałtura. Stracił pieniądze, więc teraz pojedzie w trasę, bo musi odrobić straty. Cohen zrobił wszystko, żeby to nie było w ten sposób odebrane. Cohen stworzył genialny zespół, wieloosobowy, wspaniały zespół znakomitych muzyków. Przygotował program, na który składało się tyle piosenek, że koncerty trwały po 3, po 3,5 godziny. Powiem inaczej, nie można było wyobrazić sobie lepszych koncertów Leonarda Cohena. To miało nic wspólnego, nie miało z Hautourą. W 2008 roku widziałem go kilka razy w Kanadzie, potem był na Torwarze w Warszawie w 2008, potem był na Torwarze w Warszawie w 2010, tam gdzie się spotkał z Lechem Wałęsą. Ja byłem jedynym świadkiem tego spotkania. Zrobiłem też zdjęcia. A potem jeszcze w 2013 roku wystąpił w niefajnej sali areny w Łodzi. No i to był jego ostatni koncert w Polsce. [01:21:20.33 → 01:21:58.69] A: Tak dużo rozmawiamy w tym fragmencie rozmowy o muzycznych powrotach, muzycznej drodze Cohena, przecież cały czas jest nim także to myślenie religijne, o Bogu. Mówiłeś, że zadaje pewne pytania moralne, ale czy on w pewnym momencie zaczął odpowiadać na te pytania? Czy znajdziemy w jego wierszach, w jego piosenkach tak zwane odpowiedzi? Ja, stary mistrz, stary poeta, wam powiem, co jest najważniejsze. Jak rozumieć Boga? Czy warto kochać? Czy Cohen zaczął odpowiadać? Jest w nim taka pycha proroka, mędrca, który doszedł do pewnej granicy Poznania i teraz ja wam zdam relację, co tam widać. [01:21:58.71 → 01:25:00.64] B: Nie, to tego na pewno nie ma. Natomiast w Cohenie jest taka typowo żydowska cecha, charakterystyczna dla sposobu, w jaki Żydzi identyfikuje się ze swoją religią, takiego podtrzymywania nieustającego dialogu z Bogiem, ze Stwórcą, którego zresztą Cohen nazywa bossem. I tutaj jestem pewien, że nie ma na myśli Brusa Springsteena. Koen mówi, muszę pogadać z bossem i tak dalej. W tradycji narodu żydowskiego jest prowadzenie, to się wywodzi z czasów biblijnych. Pamiętamy te wszystkie historie o kłótniach ze stwórcą. Żydzi z Bogiem dyskutują i on cały czas z nim dyskutuje, więc jakby on się, jakby nie znajduje odpowiedzi, ale na pewno się ich domaga. I takie są też jego te ostatnie płyty, dlatego że to, co Koen zrobił w ostatnich latach, to jest pewnego rodzaju przyspieszenie. On w młodości nagrywał płyty bardzo rzadko, raz na kilka lat, co było takie też niezgodne z harmonogramem funkcjonowania naszego biznesu, gdzie ta płyta powinna być tam co rok, czy co dwa, u niego było co pięć na przykład. A teraz nagrywa płyty w regularnych odstępach, dwunasty rok, czternasty i szesnasty, za miesiąc będzie kolejna płyta. I ta płyta jest niezwykła zupełnie, jest przejmująca. Natomiast czy Koen znajduje odpowiedzi? Ja może przeczytam wiersz, jeśli państwo pozwolą. Jest to taki wiersz, co do którego żałowałem, że nie wszedł do spektaklu Boogie Street, dlatego że może, żeby właśnie przybliżyć nam tego Koena, albo też żeby pokazać, jak głęboko on szuka. Jest to wiersz o postaci Jezusa. Jezus jest w piosence Suzanne, jako jeden z bohaterów. i występuje, i Jezus jest Koenowi bardzo bliski, jako prorok, jako człowiek, jako symbol. I jest taki wiersz, a dlaczego ja sobie go tutaj wynotowałem? Dlatego, że wiersz, który w tej książce wiele lat temu się ukazał, teraz w tym roku powraca jako piosenka na nowej płycie. I ja może Państwu też je skróciutki zaprezentuję. Więc może nie wiem, czy Koen znajduje odpowiedzi, to pytanie mnie zaskoczyło. Myślę, że jest to temat na pracę doktorską, więc nie zrobię tego awista, ale na pewno, ale może ten wiersz pokaże jak szuka. Tytuł jest Myślałem, że ma rację. Myślałem, że ma rację, gdy zaczął o tym mówić, a teraz jest za późno, by dać policzek drugi. Myślałem, że ma rację, gdy zaczął o tym prawić, dziś trzeba być idiotą, by cichych błogosławić. Myślałem o tym długo i było coś na rzeczy, lecz zaczął od miłości, skończyło się na śmierci. Więc zajmę swoje miejsce i lepiej już zamilknę. Wypijmy krew z kielicha, niech zmówi ktoś modlitwę. To jest przykład tego, jak Cohen sobie prowadzi te wewnętrzne dialogi, a o tym, kto jest jego rozmówcą, możemy sobie tylko mieć własne wyobrażenia. [01:25:00.80 → 01:25:40.62] A: Kiedy oglądałem spektakl Boogie Street tutaj w Teatrze Starym, uderzyła mnie jedna rzecz, że udało się tobie jako autorowi scenariusza dokonać takiej rzeczy niebywałej, to znaczy zestawić ze sobą wiersze i piosenki Cohena w jednym widowisku, pokazać jak te piosenki wyrastają z wierszy, albo jak wiersze zaczynają się w piosenkach, że ten koen nagle stał się jakiś integralny, bo gdzieś tak nie wiem, jak państwo go sobie gdzieś w głowie dzieli, a jest ten koen poeta, no trzeba go czytać, ale to nie jest taka łatwa poezja, która jest koło nas na wyciągnięcie ręki, jest ten piosenkowy koen, który zawsze jest, przynajmniej w mojej edukacji muzycznej był prawie od początku. [01:25:42.42 → 01:25:43.60] B: I teraz [01:25:45.73 → 01:25:54.52] A: Co dla ciebie to zestawienie miało oznaczać? Bo te teksty pochodzą z księgi tęsknoty, której tu pokazałeś. Czy to miałbyś pokazać nieznanej twarzy Cohena? [01:25:55.55 → 01:28:57.02] B: Ale też przede wszystkim tego, jak bogata jest ta twórczość, złożona, urozmaicona. Ja może zacznę od tego, skąd się wziął pomysł na ten spektakl. Ja tłumaczyłem książkę, która jest najnowszym cały czas tomem wierszy, i nie tylko. Jest to najnowsza nadal, ostatnia książka Leonarda Cohena i składają się na nią wiersze, fragmenty prozy poetyckiej, wiele bardzo zabawnych rysunków, często karykatur, znaczy takich autoportretów zabawnych. Ta książka już była gotowa po korekcie i szła do druku, a jest tutaj w niej 12 piosenek, które pochodzą z płyt, o których mówiliśmy niedawno, czyli z tych płyt już z początku XXI wieku. Ja sobie pomyślałem, że w pewnym momencie poczułem, może miałem pępowinę jeszcze nieodciętą z tym materiałem, poświęciłem mu dużo czasu i serca. Tam jest przykład poetycki. Rzeczywiście bardzo byłem w to zaangażowany. I potem pomyślałem, że jest to potencjał sceniczny. To znaczy, to oczywiście ewoluowało, bo ja najpierw pomyślałem o monodramie, potem to się rozwinęło, tak jak do tej postaci, która jest tutaj. Wyobraziłem sobie, że to się składa na pewno opowieść o artyście, o człowieku, o dojrzewaniu, o starzeniu się, o kobietach, o filozofii, o Bogu, o podróżach i zacząłem sobie z tej książki układać taką właśnie fabułę. Oczywiście jest to ingerencja w kształt dzieła, więc trzeba mieć zgodę autora i taką zgodę dostaliśmy tutaj na początku. bo bez tego nie byłoby tego spektaklu. Ale ja rzeczywiście wybierałem te fragmenty, rezygnując wielu z wielkim bólem, ale gdybyśmy zrobili to tak naprawdę, jak chciałem, to by ten spektakl miał ze 6 godzin, a ma półtorej. I są w nim wszystkie piosenki z tej książki, czyli jest 12 piosenek i są wiersze, fragmenty prozy poetyckie i są rzeczy często zabawne, często przejmujące. Są te właśnie rozmowy z Bogiem, o których wspominaliśmy. I myślę, że udało nam się stworzyć tutaj na tej scenie spektakl, który pokazuje Koen'a jako taką bardzo artystę złożonego. Artystę, który jest po prostu bardzo bogatą osobowością. I zależało mi na tym tym bardziej, że Kołem funkcjonuje w Polsce w kilku stereotypach. Smutasa, tego od Alleluja, granego na ogniskach, to co powiedział Łukasz, że właśnie takie te romantyczne wieczory Barry White. A tutaj my naprawdę mieliśmy świadomość, może z tego miejsca jeszcze raz podziękuję pani dyrektor Karolinie Rozwód za to, że uwierzyła w ten spektakl, że dała nam wszystkim szansę, żeby on powstał, bo uwierzyła w niego i od tego się wszystko zaczęło. Potem Łukasz ze swoim doświadczeniem się w to włączył, a potem już kolejne osoby. też pomysł nasz początkowo szalony. [01:28:57.05 → 01:29:00.57] A: Ja tylko przeczytałem scenariusz, nie przesadzajmy tutaj. To jest jedyny mój wkład w ten spektakl. [01:29:00.57 → 01:29:28.05] B: Masz tutaj wkład, ale też jakby uwierzyłeś w to, że można coś z tego fajnego zrobić i też Łukasz tutaj mnie zainspirował do tego, żeby rozszerzyć skład, żeby skład osobowy rozszerzyć tego widowiska, nazwijmy to, bo podzieliliśmy te role na poetę i na muzę i jest rzeczą w tym spektaklu moim zdaniem bardzo wartościową i oryginalną, że piosenki śpiewa kobieta, a wiersze mówi mężczyzna, bo to się wzajemnie świetnie uzupełnia. [01:29:29.01 → 01:29:44.07] A: Co by to znaczyło? Tak teraz, jak o tym opowiadasz, nagle łapie się na takie myśli, że ktoś chyba powiedział, że poezja we mnie to jest kobieta, która płacze. Czy gdzieś tam w środku Koena, tego mędrca, cynika, ironisty, mnicha, siedzi takie, takie coś stworzonego, pięknego i jest kobietą. [01:29:44.15 → 01:30:53.40] B: Ona może zaśpiewać. Ja myślę, że sposób w jaki on pisze o kobietach świadczy o tym, że na pewno je doskonale rozumie. Nie wiem, czy jest to bezpośrednią funkcją liczby znajomości, ale pomyślałem sobie, że tak jak każdy poeta ma muzy, tak upraszczając nawet, to gdzieś Koen śpiewa te piosenki do kobiety i one do niego mogą wrócić echem w osobie kobiety. Notabene jest tu spektakl wiersz, w którym Koen mówi wprost, moim odkupicielem jest kobieta. Jest to bardzo piękny fragment tekstu, który tutaj te piosenki łączy. I to, że na scenie wykonuje je i wykonuje je wspaniale Renata Przemek, a naszym poetą jest, jak pewnie państwo wiedzą, nie wiem, czy ktoś z państwa widział spektakl Boogie Street? Widzieliście państwo? No to fajnie, to miło. Wracamy dopiero w lutym, także zachęcam. Wojciech Leonowicz, wspaniały, wspaniały aktor, bardzo rasowy aktor krakowski z teatru Bagatela, który absolutnie mnie urzekł swoim głosem. Ja powiem, że nie powinienem tego mówić, ale ja przychodziłem na próby i słyszałem wiersze, które naprawdę znam, pamiętam w większości dosyć dobrze. Ja miałem ciarki. Ja te wszystkie wiersze znałem, ale jak usłyszałem, jak je mówił Wojciech nawet na próbie, to po prostu wyobrażam sobie, co muszą czuć kobiety, kiedy on to robi. [01:30:53.56 → 01:31:07.87] A: Jak ty to rozumiesz? On jest koenem w tym przedstawieniu, który robi taki rachunek sumienia, rekapitulację biografii. Czy to jest ktoś, kto się podszywa pod koena, żeby zaprosić na takie spotkanie i z poezją, i z muzyką, odkryć właśnie tą inną twarz? [01:31:07.97 → 01:33:01.50] B: Ja nie chciałbym tego tak upraszczać, to znaczy my świadomie nie nazwaliśmy w didaskaliach tych osób tak robocze. Ja sobie je tak nazwałem, podzieliłem na poetę i na muzę. Ale na pewno, jeżeli on jest poetą, to nie jest koenem. To znaczy, nam nie zależało na tym, żeby tutaj ktokolwiek Leonarda Koena imitował, bo to by było bezsensowne zupełnie, żeby tak dosłownie to rozumieć. Widzimy mężczyznę. Myślę, że przede wszystkim widzimy mężczyznę, który jest twórcą, który jest kochankiem, który jest ojcem, który jest wyznawcą religii, który jest człowiekiem złamanym. przez życie w wielu sprawach, ale też zachowującym taką niesamowitą godność, kiedy za każdym razem na nowo powstaje. Proszę Państwa, przy jego skłonnościach depresyjnych, to ja myślę, że ten Leonard Cohen miał ogromne szanse, żeby nie dożyć tego sędziwego wieku, w którym jest teraz i cały czas tworzy. I myślę, że to jest ten element taki prometejski, taki heroiczny właśnie w tym, że on jednak na różne sposoby, ale za każdym razem się z tego udawało mu dźwignąć. I też zależało mi na tym, żeby ci nasi artyści na scenie byli w tak zwanym, powiedzmy to, wieku, nie powiem, że średnim, dojrzałym, ale nie staży i nie za młodzi, dlatego że my tutaj bardzo skaczemy w czasie. Tutaj nie ma chronologii, tutaj jest pewna ewolucja człowieka, pewna, no może nawet nie, pewna narracja, pewna opowieść o człowieku. Ale właśnie to, że Wojciech Leonowicz jest artystą, jest pewnie młodszym niż by nam się wydawało, ale tego nie będę zdradzać. Natomiast mówię to z ironią, dlatego że wiele tych tekstów jest z pozycji pisanych człowieka starego, ale też jest coś takiego w księdze tęsknoty, że Cohen wybierał swoje utwory z bardzo różnych lat. Więc nie można było je przypisać ani młodemu człowiekowi, ani staremu człowiekowi, natomiast można było je ułożyć w opowieść. I to jest to, co my Państwu zaproponowaliśmy. [01:33:02.40 → 01:33:22.68] A: Myślę, że teraz jest dobry moment, żeby Państwa uruchomić. Macie jakieś pytania do Daniela? Komentarze po spektaklu? Pytanie o Koen'a, proszę bardzo. Czy podejdziemy z mikrofonem? Możemy prosić, żebyśmy się słyszeli wszyscy. Ja jeszcze zagadam, zanim Pani Anna pójdzie po mikrofon. Mamy mikrofon? Mamy mikrofon? [01:33:23.32 → 01:33:24.12] B: To ja może pożyczę. [01:33:25.08 → 01:33:30.54] A: Już, tak? Dziękuję. Dziękuję bardzo. Ja Ci oddam swój. [01:33:31.51 → 01:34:35.49] E: Ja mam pytanie do pana Daniana Wyszogrodzkiego. Wspomniał pan o jego, o stosunku Koena do kobiet i roli kobiety, jaką odegrała, odegrały, bo nie można mówić o jednej tylko, ale w sumie ideał kobiety był chyba jeden u Koena, kiedy to Zaczynał swój, swoją trasę koncertową w 2008 roku od miasta Fredericton w prowincji New Brunswick. I idąc w kierunku zachodnim, New Brunswick jest na wschodzie, przejeżdża przez Toronto właśnie i koncerty w Sony Center for Performing Arts. były wykupione na trzy dni, a koncertów było cztery. Szósty czerwca, siódmy, ósmy i dziewiąty. [01:34:36.47 → 01:34:40.55] B: I kiedy... Zgadza się, miałem bilety na ósmego. [01:34:40.79 → 01:36:08.67] E: Tak. Ja byłem, ja miałem to szczęście właśnie oglądać Kohena na żywo i szóstego czerwca. I ta niezapomniana atmosfera, o której Pan mówił, stworzona przez artystę i przez jego niezwykłą charyzmę, jaką tworzy na koncertach i niezwykłą charyzmę, która się udziela całej widowni. Dosłownie jego zdolność do komunikowania się z widownią jest niezwykła wręcz, a szczególnie z tą częścią damską widowni, która go uwielbia wręcz. I chcę opowiedzieć o takiej anegdocie, taką anegdotę, która właśnie się wiąże z tym koncertem, mianowicie po już takich piosenkach jak Halleluja, kobiety dostawały ekstazy i wyglądały mniej więcej tak jak modelka strzału podkowińskiego, padło ze strony jednej z nich w kierunku Koena w przerwie między piosenkami Pan okrzyk, I love you, Leonard, co oznacza, kocham cię, Leonardzie. I on po takiej krótkiej chwili zastanowienia powiedział po angielsku, you don't know what you're getting into. To znaczy w wolnym tłumaczeniu. [01:36:08.69 → 01:36:09.41] B: Nie wiesz, co się pakujesz. [01:36:09.47 → 01:36:47.01] E: Nie wiesz, co się ładujesz, nie wiesz, co się pakujesz. Czy pan mógłby właśnie jak gdyby podsumować te... Już padło, już takie podsumowanie padło, jeśli chodzi o jego uwielbienie kobiet, bo ta ostatnia wypowiedź, kiedy mówił, że woman is his savior, czyli jest jego zbawicielem, kobieta jest jego zbawicielem, Czy można by to rozwinąć, to krótkie powiedzenie, w co się pakujesz? [01:36:47.13 → 01:38:09.49] B: Nie wiesz, w co się pakujesz? Można powiedzieć tak, że tych kołem było wiele, ale jeżeli mówimy, tak jak pan powiedział, o ideale kobiety, to jest to takie nieustające poszukiwanie ideału. Kołem miał bardzo bliski związek z matką, co może tutaj pewnym psychologicznym tropem być, że mężczyźni, którzy mają takie bliskie związki z matką, później szukają matki w wielu kobietach. I ta jego kobieta doskonała, o której on wie, że jest wystarczająco mądry, żeby wiedzieć, że nie istnieje, jest w każdej z jego partnerek, ale też jest to taka złuda dla obserwatorek, że każda z nich mogłaby się nią potencjalnie stać. I te kobiety wokół Coen'a są takie zawsze właściwie gotowe na wszystko, tak jak pan powiedział, że nie wiedzą w co się pakują, ale też myślę, że Coen przez całe życie ma coś, co moglibyśmy nazwać kompleksem Don Juana, to znaczy Coen rzeczywiście miał taką łatwość wchodzenia z wiązki, zakochiwania się, odkochiwania się I ten proces był taki, to znaczy my sobie mamy wyidealizować, zwłaszcza myślę, że my, może my Słowianie, może my Polacy, mamy bardzo cały czas romantyczny stosunek do miłości. Wydaje nam się, że związki są długie, trwałe i na wiek wieków. I oby takimi były. Natomiast świat byłby prostszy, natomiast świat prosty nie jest. A w przypadku Koena myślę, że ten świat jest rozkosznie skomplikowany. [01:38:11.27 → 01:38:12.05] A: Dziękuję bardzo. [01:38:12.53 → 01:38:40.63] B: Ja tylko przepraszam tutaj, Uwaga na marginesie, bo ja powiedziałem, że miałem bilety na ósmego. Ja byłem w Kanadzie, nie byłem we Friday Town, ale byłem na przykład w Hamilton dwa dni przed Toronto, kiedy się dowiedziałem, że ósmego w Warszawie w Stodole będzie Bob Dylan. Ja mając bilety do Sony wróciłem tutaj i po prostu pomyślałem sobie tak, tyle lat nic i nagle mam dwóch jednego dnia na dwóch kontynentach. To była klęska urodzaju. [01:38:41.25 → 01:38:42.89] D: To ja może? [01:38:43.25 → 01:38:45.16] A: Proszę bardzo. Tak, proszę. [01:38:46.05 → 01:39:08.77] D: Tytułem najpierw usprawiedliwienia, że w ogóle chciałbym coś dodać na tym pięknym wieczorze, kiedy tyle cudownych informacji słyszymy i wspaniałej wiedzy, ale chciałbym się usprawiedliwić z racji wykształcenia oscylującego wokół buddyzmu bardzo mocno, że można by było do tych informacji jeszcze jedną rzecz dodać, no i właśnie chyba ja to muszę zrobić. [01:39:09.78 → 01:39:11.52] B: Bardzo prosimy, to będzie na pewno bardzo ciekawe. [01:39:12.53 → 01:40:20.99] D: Chodzi mi właśnie o pobyt Leonarda Cohena w klasztorze i to pytanie, które Pan zadał, w jaki sposób to mogło wpłynąć na późniejszą jego twórczość i na niego. Do wypróbowania koniaku i wstawania o drugiej rano, co wszystko jest prawdą, należałoby też dodać, że całymi dniami przez te wiele lat Leonard Cohen, tak jak i wszyscy tam w klasztorze, siedzieli nieruchomo po wiele godzin. Na tym polega istota praktyki zen, o której skutku nie da się mówić, bo wszystko, co się mówi o zen, nie jest zen, jak mówi sam zen. I też według nauk buddy, buddyzm nie jest czymś, czym należy się dzielić z ludźmi, którzy nie są koniecznie zainteresowani akurat buddyzmem. I moim zdaniem stąd też być może pochodziło to, co Leonard Cohen Panu powiedział, że make it funny. Nie chodziło o to być może, że on uważa to za tam śmieszne i po prostu on sobie tam był, tylko [01:40:20.99 → 01:40:22.51] B: nie chciał o tym mówić. [01:40:22.73 → 01:41:29.69] D: Nie chciał może, żeby reflektor padł na tą prawdę w taki sposób akurat właśnie. Natomiast też jako fan Coen'a bardzo dużo zauważyłem wpływów w jego twórczości, w ogóle w jego zachowaniu też na koncertach. po tym okresie Mountbaldy. On przestał być takim misyjnym jakby wyjawicielem prawd na koncertach, w swoich zapowiedziach. Stał się bardzo, bardzo skromnym człowiekiem o charyzmie, która znacznie bardziej przewyższała tą jego skromność i nawet tą charyzmę bardziej napompowaną troszeczkę, którą miał wcześniej. I to był taki najbardziej chyba zauważalny wpływ. Jeżeli chodzi o teksty również, cała płyta Ten New Song i te wszystkie pieśni są przesycone zen, chociaż trudno cokolwiek wyjąć z kontekstu. Może nie wiem, są takie wersje, nie ufam swoim wewnętrznym odczuciom, wewnętrzne odczucia przychodzą i odchodzą. To jest bardzo zen, ale to jest tylko tak wyjąte z kontekstu. In My Secret Life, ta pieśń jest przesycona ze mnie. [01:41:29.97 → 01:41:30.89] B: Cała ta pieśń, tak. [01:41:31.41 → 01:43:29.24] D: Tak więc to wywarło olbrzymi wpływ na tą twórczość, która stała się dużo bardziej mistyczna. I też dlatego ja mam już taką prywatną, małą teorię na koniec, swoją, Dla mnie Leonard Cohen, jeżeli chodzi o przynależność duchową, szufladki duchowe, jest ponadreligijny, jest transreligijny. Nie jest tylko Żydem, nie jest buddystą. On jest mistykiem. Mistycyzm można by było uniąć według Kenna Wilbera jako coś, co nie należy do żadnej z religii, tylko jest transreligijny. Religie korzystają z mistycyzmu, mają swoje narzędzia mistyczne, buddyzm ich ma najwięcej, chrześcijaństwo ma sporo, judaizm razem z tym dialogami z Bogiem również. Leonard Cohen po prostu korzystał z tych narzędzi, żeby jak najbliżej być tej ostateczności, którą też opisywał. w pieśniach. On był po prostu mistykiem i ten pobyt w klasztorze Zen był jednym z najbardziej mistycznych doświadczeń, jakie on kiedykolwiek przeżył, a wcześniej też w którymś z wywiadów mówił, że taki mocno sfrustrowany, to było gdzieś w latach 80-tych chyba, że on praktykował bardzo Zen, siedział, rozwalił sobie kolana, aż w końcu mu powiedziano, pokazano mu drzwi, bo nie dał rady, bo był zbyt ambitny, bo chciał siedzieć w pełnym lotosie przez 14 godzin. Coś takiego było i on taki się czuł, że jemu się nie udało, że on chciał być takim prorokiem wielkim, przynosicielem prawdy, ale poniósł porażkę, bo sobie rozwalił kolana przy tym zen i jego cechy na to jakby nie pozwalają. I ten okres klasztoru to jest taki jakby powrót jego do tamtych korzeni i tym razem chyba sądząc po tym, jakie wrażenie na słuchaczach robi sama jego obecność na koncertach zupełnie inne niż wcześniej i to, co pobrzmiewa w jego tekstach, no można powiedzieć, że ten powrót mu się chyba mocno udał. [01:43:30.02 → 01:43:51.73] B: Bardzo dziękuję za to wyjaśnienie, a szczególnie dziękuję panu za ten komentarz, bo na pewno tutaj poszerzył naszą wiedzę i uzupełnił, ale szczególnie dziękuję za użycie słowa, którego dzisiaj zabrakło w naszej rozmowie. Mówiliśmy Bawidamek, poeta, mnich, mistyk. Dziękuję za mistycyzm, bo jest to bardzo ważny element tego życia i tej twórczości. Dziękuję. Czy ktoś z Państwa jeszcze? [01:43:52.55 → 01:43:56.79] A: To pytanie należy do mnie, Danielu. Czy ktoś z Państwa jeszcze chciałby zadać pytanie? [01:43:57.63 → 01:43:58.35] B: Powtarza po mnie. [01:44:01.67 → 01:44:41.43] A: To ja mam jeszcze jedno, jak jeszcze się pomęczę. Naprawdę ostatnie, bo przyjrzeliśmy, przyjrzeliśmy się drodze życiowej Koena, weszliśmy w jego piosenki, ale zostali jeszcze tzw. uczniowie. Uczniowie, nieformalni spadkobiercy, kontynuatorzy, ludzie zafascynowani taką twórczością, taką postawą jako artysty. Wiemy choćby z tego filmu, że Bono, Nick Cave. Na przykład jakbyś miał spojrzeć na twórczość Nicka Cave'a. Co on wziął od Cohena? Bo to, co zabieramy od mistrza, nie tylko świadczy o nas, ale świadczy o tym, co najbardziej uniwersalne, co da się przyłożyć na ludzki język, na język muzyki i innej twórczości. [01:44:41.85 → 01:47:43.12] B: Ja myślę, że Cohen nie ma bezpośrednich naśladowców, to na pewno, że są artyści, którzy są jemu bliscy i to są takie relacje wzajemne. On to na przykład zawsze mówił na temat Toma Waitsa. Nick Cave jest wielkim fanem Coena i myślę, że oprócz tego, że ma podobny niski głos i bywa podobnie depresyjny, to myślę, że u Nicka Cave'a zostało coś, co u Coena przeminęło, czyli taki duży ładunek gniewu. niezgody na świat i myślę, że on to zaczepnął od Cohena, bo to ma właśnie taki poetycki, głęboki wymiar. Natomiast Cohen się rozwijał i tutaj to, co powiedział Pan na temat jego mistycyzmu i tego, jak on się zmieniał, to jest bardzo widoczne w tych kolejnych płytach. A jeszcze chciałem powiedzieć Państwu o Ciebie, bo nawet nie miałem okazji z Łukaszem o tym porozmawiać, że jak spojrzymy na dyskografię Cohena, wracając do sprawy bardziej przyziemnych, to mnie zawsze, wszystkie jego płyty, a to są płyty, które są takim soundtrackiem mojego życia, zawsze kojarzyły się z innymi kolorami. Te płyty mają inne barwy. Każda jego płyta jest innym wcieleniem, inną postacią, innym portretem i on jest taki właśnie nie kameleonem, bo się nie upodabnia do niczego, ale jest taką właśnie, nawiązując do początku, do Twojego wprowadzenia, taką wielogłową hydrą i nigdy nie wiemy, która z tych głów zajrzy w tej chwili do naszego okna albo która z nich się właśnie przegląda w lustrze. I myślę, że taką fascynującą osobowością kochany pozostanie. Proszę Państwa, wiadomość z ostatniej chwili, płyta się ukazuje w październiku nowa. Jest przejmująca, głęboka, mistyczna, nawiązuje w niej do okresu młodości. Producentem płyty jest Adam Cohen, ale niedawno przeczytałem... Czyli syn Leonarda. Bardzo ciekawa płyta muzycznie, po tych dwóch ostatnich, które były podobne, ta jest taka inna, akustyczna. Właśnie ociepliły się te brzmienia, te barwy są bardziej matowe i takie bardziej przyjazne. Natomiast dowiedziałem się niedawno, że ta płyta powstawała w takich specyficznych warunkach. Leonard Cohen jest bardzo chory. Praktycznie w ostatnim okresie nie wstawał z łóżka, ma bardzo chory kręgosłup. On cierpiał na kręgosłup już wcześniej. Tam były koncerty odwoływane z powodu kręgosłupa parę lat temu. I to jest niestety prawda. I syn zmusił go do tego, wyciągnął go z łóżka, posadził go na wózku i być może niektórzy Państwo usłyszą tę płytę za miesiąc. Jest w głosie jego, ten głos oczywiście siadł, on o tym swoim głosie mówił, że to było 100 tysięcy papierosów i tam 10 basenów whisky. Się złożyło na to, że on był coraz niższy i coraz głębszy, ale w tym głosie jest bardzo wiele bólu i bardzo wiele prawdy. I ja najpierw słuchałem tej płyty, zrobiła na mnie ogromne wrażenie, a potem przeczytałem, że on nagrywał tę płytę w takich właśnie warunkach, już siedząc na wózku i walizki. I pomyślałem sobie, że oczywiście nie chciałbym, żeby to była jego ostatnia płyta i chciałbym, żeby żył jak najdłużej, bo jest niesłychanie kreatywny w tym późnym okresie życia. Ale chciałbym też jeszcze, zanim oczywiście się pożegnamy, co zrobi Łukasz, zachęcić państwa do zapoznania się z tą jego nową twórczością i mamy dla państwa taką przygotowano jeszcze niespodziankę, ale to już na samym wyjście. [01:47:44.04 → 01:48:00.52] A: Ja tylko, bo jak już zbliżamy do puenty, w programie opublikowaliście taki autoportret Leonarda Cohena z takim krótkim przesłaniem dla polskich widzów. Brzmi on tak, I never found a girl, czyli nigdy nie spotkałem, nie znalazłem dziewczyny. I never got rich. [01:48:00.62 → 01:48:01.68] B: Nigdy się nie wzbogaciłem. [01:48:02.00 → 01:48:02.52] A: Follow me. [01:48:02.76 → 01:48:05.18] B: Idźcie za mną. Naśladujcie mnie. [01:48:05.28 → 01:48:52.09] A: I ja, jeśli Daniel tak podsumował, znalazłem w internecie list, który Leonard Cohen wysłał na pożegnanie swojej przyjaciółki, która była pierwowzorem Marienne, Solong Marienne, już po jej śmierci wysłał do jej partnera. I on jest bardzo piękny, chyba też jest takim miejscem na końcu pieśni, na końcu modlitwy, o którym w Księdze Tęsknoty jest mowa, spektakl również. Cohen napisał na pożegnanie tej przyjaciółki coś takiego. Nadszedł czas, gdy jesteśmy naprawdę starzy, a nasze ciała się rozpadają. Sądzę, że niebawem podążę za tobą. Wiedz, że jestem teraz blisko za tobą, że gdybyś wyciągnęła rękę, dotknęłabyś mnie". To jest piękne pożegnanie Marian, bohaterki piosenki. [01:48:52.27 → 01:49:25.60] B: Piękne i smutne. A my dla państwa mamy teraz na zakończenie tak piosenkę, która jest singlem, pierwszym utworem z nowej płyty. Nosi tytuł You Want It Darker, czyli chcesz ciemniej? Proszę bardzo, gasimy światło, gasimy świecę. Jest tam użyty chór z synagogi w Montrealu, czyli takie nawiązanie do dzieciństwa Cohena. Jest melizmatyczny zaśpiew Cantora. No i jest to to brzmienie, które takie na mnie zrobiło wrażenie wśród tych ostatnich nowych nagrań Leonarda. I chciałbym, żebyśmy się właśnie pożegnali tą piosenką. [01:49:26.84 → 01:49:28.82] A: Poprosimy o piosenkę. [01:49:56.38 → 01:53:49.41] C: Jeśli jesteś sprzedażnikiem, to jestem wygrywany. Jeśli jesteś lekarzem, to znaczy, że jestem złamany i błyskotliwy. Jeśli twoja jest gloria, to moja musi być szkoda. Chcesz ciemno? Zabijamy Fremia. Magnifikat, sanktyfikat, twój błyskotliwy imię. Wielifikat, krucyfikat, w ramach człowieka. Miliard kandydatów, palących za pomoc, która nigdy nie przybyła. Chciałeś ciemniej. Jestem gotowy, mój Boże. Jest kochany w historii, ale historia jest wciąż taka sama. Jest mały ścieżka cierpienia i paradoksalny błąd. Ale to jest napisane w Skrypciach i nie jest to jakaś idyllowa wina. Chcesz by było ciemniejsze? Zabijamy płomię. Położą się więźniowie Moje wstrzymanie były tak głębokie, że były średni klasą w drużynie. Nie wiedziałem, że miałem pozwolenie na zabójstwo. Chcesz ciemniej? Jestem gotowy, mój Boże. Magnifikat, sanktyfizat, bądź na imię Boże. Wielofat, krucyfizat, w kształcie człowieka. Miliard kandydatów palących za kochanie, które nigdy nie przybyło. Jeśli chcesz, żebym uciekł z meczu. Jeśli chcesz, żebym był zniszczony i błyskotliwy. Jeśli to jest gloria, to moja musi być szkoda. Chcesz, żeby było ciemniej? Ineni, ineni... Jestem gotowy, mój Bóg. Aaaaaaaaaaaaaaaaaa [01:54:05.41 → 01:54:28.07] A: Dziękujemy i na koniec Daniel Wyszogrodzki przeczyta tłumaczenie, które już przygotował do tej piosenki. Bo tak pokazujemy jeszcze zanim zaczniesz. Tu jest okładka tej nowej płyty, która wyjdzie. Niezwykłe, jakby kochany chciał wyjść z obrazu, tylko wyjść na drugą stronę, w ciemność, tam gdzie jest ściana, gdzie jest na odwrotną stronę, nie do nas. I teraz tekst na koniec. [01:54:28.43 → 01:56:07.51] B: Tytuł płyty i tytuł tej piosenki One Darker, czyli chcesz ciemniej. Jeżeli ty jesteś... Jeszcze może w kwestii wyjaśnienia. Hineni, hineni, to co słyszeliśmy, to jest w języku hebrajskim oznacza, oto jestem. Jest to odpowiedź udzielona przez Abrahama, kiedy Bóg wezwał go do złożenia ofiary syna Izaaka. I Koen śpiewa tak, w tej piosence, którą słyszeliśmy. Jeżeli ty jesteś dilerem, to ja wypadam z gry. Jeżeli jesteś uzdrowicielem, ja jestem zbolałem kaleką. Jeżeli twoja to chwała, to hańba musi być moja. Chcesz, żeby było ciemniej? Gasimy płomień. Wyniesiony i uświęcony świętym imieniem Jego, oszkalowany i ukrzyżowany w człowieczej postaci. Milion świec zapalono w intencji pomocy, która nie nadeszła. Chcesz, żeby było ciemniej? Gasimy płomień. Hineni, hineni, jestem gotowy, mój Panie. Są w tej opowieści kochankowie, ale to nadal ta sama opowieść. Jest kołysanka dla cierpienia i paradoksalna wina. ale zapisano ją w piśmie i to nie są czcze słowa. Chcę, żeby było ciemniej, gasimy płomień. Ustawiają więźniów, a strażnicy biorą ich na cel. Walczyłem z wieloma demonami, ale były mieszczańskie i oswojone. Nie wiedziałem, że wolno mi mordować i okaleczać. Chcę, żeby było ciemniej, gasimy płomień. Wyniesiony i uświęcony świętym imieniem jego, oszkalowany i ukrzyżowany w człowieczej postaci. Zapalono milion świec w intencji miłości, która nie przychodzi. Chcę, żeby było ciemniej. Gasimy płomień. Jestem gotowy, mój panie. Dziękuję bardzo. [01:56:07.73 → 01:56:09.73] A: Państwa gościem był Daniel Wyszogrodzki. Dziękujemy. [01:56:13.41 → 01:56:36.57] B: Dziękuję państwu za przybycie. Bardzo dziękuję. Bardzo dziękuję. Zachęcam do obejrzenia spektaklu Boogie Street, który powróci na afisz w lutym. I mamy też nadzieję, może zdradzę tutaj taką tajemnicę, teatralną, że myślimy o płycie. Myślimy o płycie. Mi o tym bardzo zależy. Będziemy się starać, żeby te piosenki ukazały się. [01:56:38.02 → 01:56:40.34] A: To czekamy z niecierpliwością. Daniel Ryszak-Grodzki. [01:56:40.45 → 01:56:41.02] B: Dziękuję bardzo. Dziękuję.
Bitwa o kulturę. Leonard Cohen: poeta, bard, kochanek, mnich
Dlaczego Leonard Cohen jest w Polsce bardziej znany i kochany niż Bob Dylan? Czy naprawdę znamy Cohena? Jeśli nie, to jaki wizerunek Cohena sobie w Polsce stworzyliśmy? Po co sięgał po jego piosenki Maciej Zembaty, a po co Krzysztof Krawczyk? Daniel Wyszogrodzki, tłumacz twórczości kanadyjskiego barda, opowie o jego życiu i twórczości, oprowadzi nas po świecie jego piosenek i kobiet, wtajemniczy w jego filozofię. Spotkanie będzie swoistym suplementem do spektaklu “Boogie Street” wyprodukowanego przez Teatr Stary w Lublinie (reżyseria Iwona Jera), którego premiera miała miejsce 24 września 2016 r.
Łukasz Drewniak
Daniel Wyszogrodzki – autor i tłumacz, także dziennikarz muzyczny. W latach 2007–2015 kierownik literacki Teatru Muzycznego ROMA. Pisał słowa piosenek dla m.in. Seweryna Krajewskiego, Krzysztofa Krawczyka, Łukasza Zagrobelnego. Jego piosenka Mój przyjacielu z płyty Krawczyk/Bregovič była hitem #1 w 2001 roku. Tłumaczy teksty amerykańskich poetów piosenki: Leonarda Cohena, Boba Dylana i innych, także z kręgu muzyki ludowej. Przygotował wiele przekładów na potrzeby telewizji, tłumacząc filmy muzyczne i musicale, m.in. West Side Story, Yellow Submarine, Ned Kelly. Autor popularnej książki biograficznej, Satysfakcja – The Rolling Stones (piąte wydanie na 50-lecie zespołu w 2013 roku).Redaktor wielu edycji płytowych, z których seria „Świecie nasz – Dzieła wszystkie Marka Grechuty” (15 CD) otrzymała Fryderyka w 2001 roku za najlepszą reedycję (stała współpraca z Pomaton-EMI, Polskimi Nagraniami i Polskim Radiem). W latach 90. był korespondentem prasowym i radiowym w Nowym Jorku, a następnie krajowym korespondentem prasy polonijnej w USA („Nowy Dziennik”, największa gazeta polskojęzyczna wydawana poza Polską). W latach 2003–2013 współpracował z magazynem „Zwierciadło”, gdzie prowadził autorski dział recenzji płytowych i przeprowadzał wywiady z polskimi i światowymi gwiazdami muzyki. Debiutował w 1985 roku na łamach dwutygodnika „Radar”, współpracował z większością krajowych czasopism muzycznych i kulturalnych, m.in. „Machiną”, „Jazz Forum” (nadal stała współpraca) i „Muzą” (redaktor naczelny w latach 2002–2004). Obecnie recenzuje płyty na łamach „Co Jest Grane”, dodatku „Gazety Wyborczej”. Autor poetyckiego przekładu ostatniej książki Leonarda Cohena Księga tęsknoty (The Book of Longing), która ukazała się w Polsce w 2006 roku (wznowiona w 2013). Przez wiele lat związany z Teatrem Muzycznym ROMA w Warszawie, gdzie wystawiono w jego przekładzie musicale: Koty (2004), Taniec Wampirów (2005), Upiór w operze (2008) oraz Les Misérables (2010). Jest autorem teksów piosenek do musicalu Akademia Pana Kleksa z muzyką Andrzeja Korzyńskiego (premiera: TM ROMA, 2007). Dla Teatru Rozrywki w Chorzowie przygotował przekłady musicali Oliver! i Producenci (2009) oraz Sweeney Todd (2012). Teatr Wielki w Poznaniu wystawił w jego przekładzie polską prapremierę słynnej opery dziecięcej Brundibar (2009). Jego tłumaczenia piosenek zespołu Antony and the Johnsons złożyły się na spektakl Jesteś moją siostrą (Nova Scena, 2011). Kolejnymi premierami teatralnymi z przekładami Daniela Wyszogrodzkiego były musicale Aladyn Jr (2011) i Deszczowa piosenka (2012) w Teatrze Muzycznym ROMA. Najnowsze dokonania na tym polu to przekłady musicali Niedziela w parku z Georgem (Teatr Rozrywki, 2014) oraz Mamma Mia! (TM ROMA, 2015). Aktualnie pracuje nad kolejnymi premierami teatralnymi w sezonie 2016/2017 m.in. z Operą i Filharmonią Podlaską w Białymstoku, Teatrem Muzycznym w Łodzi, Teatrem Muzycznym w Poznaniu. Od roku akademickiego 2016/2017 wykładowca Akademii Teatralnej w Warszawie (kursy z zakresu historii teatru muzycznego oraz historii muzyki popularnej). Obecnie pracuje nad książką o historii musicalu.