Tryb wiązania: strict

Staramy się pokazać tylko najmocniejsze trafienia.

[pokaż transkrypt] [ukryj transkrypt]
[00:00.49 → 00:03.49] A: Panie,
[00:11.87 → 03:31.28] B: panowie, dobry wieczór. Jest mi niezwykle miło, że przyjęli państwo zaproszenie do udziału w wieczorze, który zatytułowaliśmy Sztuka spotkania. A ponieważ jestem odpowiedzialna za ten tytuł, postanowiłam podejść do sprawy metodycznie, niczego nie przeoczyć i najpierw sprawdzić właściwie w czym wszyscy weźmiemy udział. Bo słowo zawarte w tytule dzisiejszego wieczoru brzmi znajomo, spotkanie. Właściwie wszyscy znakomicie wiemy czym jest i co oznacza, ale sprawdzić nie zawadzi. Włączyłam więc komputer, internet, Wikipedia, wrzucam hasło spotkania, a tam wyskakuje jedna wieś w zachodniopomorskim, siedem filmów pod takim tytułem i jeden komiks. I na tym koniec. Żadnej definicji spotkania. Pomyślałam sobie, że niepowodzeniem skończyła się moja próba odnalezienia definicji tego słowa, ale gdybym chciała, albo gdyby próbował ktoś z Państwa znaleźć definicję dla bohaterki książki, która jest znakomitym pretekstem do naszego dzisiejszego spotkania właśnie, to też klęska będzie jego udziałem. Panie, panowie, w czasach, w których wszystko musi być nazwane, zdefiniowane i bardzo precyzyjnie dookreślone. Zapraszam Państwa na spotkanie z osobami wymykającymi się definicji. Państwa gościem jest Barbara Kraftówna i autor książki Kraftówna w krainie czarów Remigiusz Grzela. Proszę bardzo. Tu są mikrofony dla Państwa. Pozwolę sobie je wręczyć. Stosowne miejsce też znajdę dla książki, o której mówiłam. Od razu informacja dla tych z Państwa, którzy książki, która ukazała się na początku tego roku, jeszcze nie zdążyli kupić, że będzie dziś taka możliwość, a po spotkaniu Barbara Kraftówna i Remigiusz Grzela podpisywać będą egzemplarze. Zapraszam więc też Państwa na drugą część naszego dzisiejszego spotkania. Remigiusz Grzela zrobił to w sposób perfekcyjny. Zaczynając książkę powiedział, no to zacznijmy spontanicznie. Myślę, że z osobą taką jak Barbara Kraftówna nie da się inaczej. Myślę, że gdybyś spróbował sobie wyrysować bardzo dokładny scenariusz, to i tak bohaterka wymknęłaby ci się już na pierwszym spotkaniu. Jak doszło do waszego spotkania? Opowiedzcie państwo proszę na początek.
[03:31.52 → 03:32.50] C: To ja mam głos?
[03:32.92 → 03:35.88] B: Tak. I to donośny.
[03:36.98 → 04:46.56] C: Proszę państwa, przede wszystkim Bardzo dziękuję za to, że jestem tutaj na tej scenie, w tym miejscu. Kłaniam się raz jeszcze publiczności. Ja sobie naprawdę ten adres i to miasto i miejsce w naszej ojczyźnie bardzo wysoko cenię i noszę w sercu. Po Krakowie. Oczywiście Warszawa jest moim miastem urodzenia, więc nijak ominąć w pierwszych słowach mojego listu. Natomiast to, co jest tu zakorzenione w tym miejscu, na mapie, to jest, nazwałabym to spokojnie, promieniowaniem. I to jest na razie tyle mojego powitania z państwem.
[04:47.52 → 05:01.76] B: To był wstęp, jak państwo zauważyli, spontaniczny. Wiedziałam od razu, że tak potoczy się każde spotkanie z Barbarą Kraftówną. Jak to było, Remku? Opowiedz, proszę. Pani Barbara cię wyłowiła, prawda?
[05:02.34 → 06:15.98] D: No właśnie to trochę jest dla mnie niezrozumiałe, bo rzeczywiście pani Barbara spadła mi z nieba ponad 10 lat temu, bo nagle usłyszałem w słuchawce ten głos, który zresztą po latach dopiero zidentyfikowałem jako głos Czerwonego Kapturka. Wtedy, w tym momencie nie pamiętałem, że to dzieciństwo moje było z Panią Basią na tej winylowej płycie. Znałem oczywiście rolę, nie znałem osobiście i Pani Barbara zadzwoniła i zapytała, czy się z nią spotkam, bo ma dla mnie propozycję. A tą propozycją było napisanie sztuki na jubileusz 60-lecia pracy artystycznej. I właściwie pani Barbara wracała wtedy z Ameryki, więc po takiej długiej przerwie zdecydowała wyprodukować spektakl jubileuszowy i zwróciła się z tym pomysłem do mnie. W tym sensie było to rzeczywiście zaskakujące. Potem się okazało, że pani Barbara słuchała rozmowy ze mną w radiu. i zadzwoniła do Andrzeja Matula, który tę rozmowę robił po mój numer. Andrzej ten numer przekazał.
[06:16.96 → 06:21.76] C: Bardzo sensownie młody człowiek mówił w radiu, dlatego się zwróciłam.
[06:22.28 → 06:24.48] B: Pani jest po prostu uważna, proszę pani.
[06:24.68 → 06:24.96] C: Bardzo.
[06:25.32 → 06:28.22] B: Nie boi się pani przeoczyć czegoś, co istotne.
[06:28.24 → 06:32.26] C: Absolutnie, bardzo uważna rybioczko.
[06:33.94 → 06:41.32] B: Bądźcie Państwo czujni, Barbara Kraftówna potrafi wzrokiem ogarnąć nawet to, co dzieje się w ostatnim rzędzie.
[06:41.68 → 06:55.38] C: Dookoła głowy, czoła. Zresztą takie są nasze ludzkie możliwości, bo zasięg widzenia mamy bardzo daleki, co jest niezwykle przydatne w zawodzie aktorskim i nie tylko.
[06:55.42 → 06:59.52] D: Ale coś mi się zdaje Pani Basiu, że Pani już dzisiaj tę scenę wymierzyła przynajmniej sobie.
[06:59.66 → 07:00.22] C: Tak jest.
[07:01.96 → 07:28.04] B: Zasięg oczu. Wrócimy jeszcze do książki, do monodramu, o którym wspomniałeś. Będziemy mieć też dla Państwa w prezencie fragment tego przedstawienia. Ale teraz skupmy się na ostatnim Waszym wspólnym dziele, jakim jest książka. To jest prezent na tegoroczne urodziny, czy też to jest konsekwencja pewnych decyzji?
[07:28.97 → 07:42.77] C: Jak urodziła się książka? Jeśli do mnie pytanie, to traktuję to i jako prezent, i jako propozycję dalszego ciągu, bo będę ciągła. Będę ciągła życiorys swój własny. Dziękuję.
[07:44.43 → 08:43.54] B: Kraftówna w Krainie Czarów to jest tytuł tej opowieści. Jak państwo pamiętają, Alicja w Krainie Czarów podążała do tej krainy za białym królikiem. Barbara Kroftówna nie podąża za żadnym białym królikiem, bo ma swoje sposoby na to, żeby żyć w zaczarowanym świecie. Zastanawiam się proszę Pani tylko, jak to jest z tymi Pani czarami. Wspomóż ewentualną odpowiedź Remku, bo bardzo możliwe, że patrząc z boku wiesz więcej. Czy to jest tak, że Pani ma to szczęście w życiu, że spotyka wciąż rzeczy zaczarowane, jest Pani na nie uważna zwyczajnie? Czy, tu mam też pewne podejrzenie, czy przypadkiem nie jest tak, że Pani je sobie prowokuje? Że życie toczy się normalnie, ale Pani mówi, od dziś ta ulica, na przykład przy której jest faktyczny Dom Kultury, jest zaczarowana i koniec, nie ma wyjścia. Czy Pani po prostu czaruje rzeczywistość, czy jest na nią uważna? Jak to jest?
[08:44.04 → 09:31.99] C: Najpierw jestem uważna. a potem już same czary się odbywają. To coś jest może dziwnego, ale w tej dziwności jest rzeczywistość. My jesteśmy zagonieni normalnymi ludźmi, mnóstwem różnych obowiązków, przeróżnych obciążeń psychicznych, fizycznych, fizyczne, to znaczy w nawiasie PESEL. Więc przecież wiadomo, że to z każdą godziną, już nie mówię o dniach, o dobie, coś my możemy przewidzieć, wszystko.
[09:33.21 → 09:47.96] D: Ale pani Barbaro, przepraszam, bo teraz mi się przypomniało, tam w książce ja zacytowałem to, jak to pani mi któregoś dnia powiedziała, że z wiekiem lepiej widzę i przestałam nosić okulary. to ten pestel też w odwrotną stronę na niektóre osoby działa.
[09:48.08 → 09:52.94] B: Nikt nie powiedział, że ma działać w taką, a nie inną stronę i to jest właśnie cała pani Barbara Kraftówna.
[09:53.78 → 11:01.62] D: Ja myślę, że to właśnie bardzo ciekawe pytanie twoje jest o to, czy to jest prowokowanie rzeczywistości czy czarowanie, bo z mojej perspektywy jako osoba, która jest w otoczeniu pani Barbary, to oczywiście nawet jeśli pani Barbara prowokuje, to jednak czaruje, bo są te osoby, które są w to wciągnięte. To znaczy to, Pani się to jako czary przytrafia, a nam też to się jakoś udziela, po prostu. Bo pani tak rzeczywistość celebruje, to należy powiedzieć całkiem jasno, jak w tej historii, kiedy dzwoni pani Barbara do mnie, pracowałem wtedy w teatrze, do pracy. Gdzie pan jest? No w teatrze. No to nic ważnego, za pół godziny na pilna sprawa, za pół godziny na placu bankowym. Pani Barbaro, stało się coś? Tak, stało się, jadę. spotykamy się, siadamy na murku na Placu Bankowym, pani Barbara otwiera torbę, tam jest jakiś koszyczek, serwetka, w serwetce jest figa i pani mówi, koleżanka mi przywiozła z Turcji, chciałem się z panem podzielić. No to jest... Pilna sprawa.
[11:02.40 → 11:04.54] C: No pilna, bo przecież to to gnije.
[11:04.64 → 11:13.73] D: Ale to jest to, że... Państwo widzą, jak te rozmowy wyglądały do tej książki.
[11:14.17 → 11:19.24] B: To jest jawny dowód na to, że to pani decyduje o tym, co jest ważne, co jest nieważne, co jest zaczarowane, a co nie.
[11:19.24 → 11:26.39] C: Ja naprawdę za parę godzin odlatywałam za granicę, więc też był pośpiech zupełnie realistyczny.
[11:27.28 → 12:36.51] B: Ja postanowiłam wykorzystać tę Pani obecność u nas w Lublinie, żeby się czegoś nauczyć, bo pomyślałam sobie, że czasem każdy z nas chciałby do tej zaczarowanej krainy podążyć jak Alicja, ale zrzucamy winę na to, że białego królika nie ma w okolicy, więc my nie. Czarów nie ma. No ale siedzi tutaj znamnik Barbara Kraftówna, której biały królik do niczego nie jest potrzebny, bo ma na to jakieś swoje sposoby. Spróbujmy dociec jakiej, skąd one się wzięły. Bardzo bym chciała, bo myślę, że źródła tego wszystkiego są oczywiście w dzieciństwie. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie opowieść, którą kiedyś słyszałam o tym, jak budowała pani scenografię z papieru, na którym ojciec architekt kreślił domy. I co się później z tym papierem działo? Pomyślałam sobie, że takie istotne zmiany czegoś, co jest bardzo konkretne, spowodowały, że tak a nie inaczej patrzy pani na życie. Bo ten moment na biurku ojca architekta był ważnym momentem w pani życiu, prawda?
[12:37.39 → 14:42.16] C: Zdecydowanie. Zdecydowanie są czy to sytuacje, czy też przeżycia, które nie są wymyślone przez poetę, przez twórców, tylko codzienność, życie, w życiu brutalność wielka wkracza czasem zupełnie niespodziewanie. I teraz, jak zaczęła pani w tej chwili wprowadzenie do mojej wypowiedzi, skąd się wzięła powiedzmy taka moja inwencja, pomysły, Częściowo na pewno, na 100%, prawie że nie z mlekiem matki wysałam, ale też dzięki osobowości matczynej, oczywiście i ojca, na pewno gdzieś ta mieszanka zaowocowała. Ja jestem dzieckiem niedonoszonym, proszę państwa. Niedonoszone, to znaczy siedmiomiesięczne, dawniej nie było inkubatorów, tylko zawijali w pieluchy, okładali termoforami, butelkami ciepłymi, różne takie rzeczy wyprawiali, ratując niedonoszone. A potem jak już zaczęłam podrastać, zaledwie chodzić i coś tam mówić, okazało się idealnym partnerem w różnych zabawach nieprzewidzianych czy też nieprzemyślanych przez dorosłych. mój wuj, który był cudowny człowiek, temperamentny, uwielbiał dowcipy, nagle dwuletniemu dziecku taką zabawę wymyślił i mówił, żabę masz na głowie.
[14:43.67 → 14:45.91] D: A tego mi pani nie mówiła w książce.
[14:46.05 → 14:51.33] C: A no, mój Boże, bo to kraina czarów nie od razu się otwiera.
[14:51.67 → 14:53.55] B: Zawsze jest jakaś żaba w tajemnicy.
[14:53.75 → 16:18.74] C: I dziecko dwuletnie powinno może nawet się przestraszyć, że żabę masz na głowie. No co ja spokojnie złapałam, mówię, mam. Trzymam. No i od tej pory zaczęły się z dzieckiem małym już trochę inne relacje, no jeśli nie cwana, to bardzo przytomna i reaguje jak czterolatek, a nie dwulatek. I tak to się zaczęło, jak w piosence jest refren jakiś. Więc te moje jakieś inklinacje baśniowe, powiedzmy, wspierane wspaniałą, wspaniałym otoczeniem, wspaniałym wizerunkiem absolutnie wszystkiego dookoła, grzeczność, elegancja, taka nawet przestarzała elegancja, z której później młode pokolenia się podśmiewywało, a obecne pokolenie to nie wiem, czy w ogóle ma pojęcie, jak nasze babki, jakie miały reżimy kulturowe, Jak siedzisz, jak nie garb się Basiu, nie garb się, to mi zostało całe życie. Staram się, a teraz to już mi nie wychodzi niestety.
[16:20.56 → 16:39.10] B: Ale ja bym chciała jeszcze wrócić do tego dzieciństwa przez moment, bo była taka scena, o której Pani kiedyś wspomniała, tego budowania dekoracji na biurku ojca architekta, z papieru milimetrowego. I to był papier bardzo luksusowy, bo on był właściwie nie papierem, tylko batystem.
[16:39.70 → 18:33.78] C: A to z batystu, najcięższego materiału, najcieńsze płótno, nazywało się to batyst. ale tak cieniutkie właściwie faktury Jedwabiu miało, jak w dotyku Batyst jako taki z metra kupowany. I tenże Batyst preparowany był dla inżynierów architektów jako papier milimetrowy, czyli szedł do fabryki, tam był krochmalony, ale raczej nie krochmalem, tylko jakimś specjalnym nie wiem, czy lakierem, czy usztywniaczem, z czego się robił płat papieru. Maszyny jakieś odciskały te podziałki milimetrowe. Było to składane w wężyka, tak że można było rozłożyć na ileś tam i kupowało się 7 metrów, 5 metrów, 3 metry. Co architektowi do jakiego projektu było potrzebne. W związku z tym, tak zwane stare projekty, ojciec dawał mi do zabawy i ja z tego mogłam, tak jak stoi książka, Tak ja miałam materiał do budowy, z której mogłam zagrody budować, jakieś piramidy, przez które puszczałam swoje lalki, przepuszczałam przy pomocy architektowej ojca, który mówił, jak to ustawisz pod takim kątem, to uzyskasz to czy owo. No więc ja to oczywiście, co mogłam, to wykorzystywałam, Ja grałam królową, ojciec grał pazia i niejednokrotnie na kolanach musiał do królowej na tronie podsuwać się.
[18:33.96 → 18:36.70] D: A czy wtedy grała pani jakąś inną rolę niż królowa?
[18:36.94 → 18:47.17] C: Na ogół jeszcze ze spadochronem skakałam, spadochron to parasolka, z szafy na kanapę. To jeszcze takie były.
[18:47.49 → 18:52.80] B: Wtedy nie miała jeszcze pani lęku wysokości, bo później w spektaklach to już szafa niekoniecznie.
[18:52.82 → 20:02.54] C: Była szafa, o to mi w tej chwili pani uświadomiła, że w życiorysie artystycznym zaliczyłam szafę na starość, gdzie mnie wrzucano na szafę. Jednak trzeba było skrócić o 10 centymetrów, bo mam lęk wysokości odziedziczony w dojrzałym wieku po matce. który jej lęk wysokości bardzo mnie śmieszył, bo jak jechało się doroszką po wale koło rzeki na przejażdżkę po kościele w niedzielę, to matka siedząca od strony tej właśnie jakby rzeki, siedziała cały czas zasłonięta, mnie to okropnie śmieszyło. że nie mogła patrzeć na przepaść taką wysokości, nie wiem ile wał taki rzeczny może mieć, dwa i pół metra, może trzy, ale nawet chyba i nie to. Bardzo mnie to śmieszyło. Musiałam przyjąć to do wiadomości, że matka ma lęk wysokości, który mnie dopadł w dojrzałym wieku, lat 40 dopiero.
[20:04.21 → 20:09.49] B: żeby sfinalizować sprawę tego tajemniczego papieru, który był dla mnie wielką lekcją.
[20:10.11 → 20:49.48] C: Dodajmy jeszcze, że jak wybuchła w 1939 wojna, to tenże papier, co było dla mnie szokiem, te zwoje wszystkie papierowe były wrzucane do wanny, moczone, rozpuszczał się wtedy ten usztywniacz, rozpuszczał się ten wzór milimetrowy i z tego powstawały metry materiału, które darło się na bandaże, bo krew się lała dookoła. Więc to było zakończenie mojego bajecznego okresu dzieciństwa. Dziwna bajka.
[20:52.09 → 21:01.65] B: Sięgnijmy do książki. Mirella Rogozabiel jest z nami. Chciałabym cię poprosić o fragment z tamtych lat właśnie.
[21:04.61 → 29:12.51] A: Pamiętam ten plac we Włodzimierzu usłany siennikami, tobołkami. Była chyba wiosna i myśmy tam koczowali, nawet spali. Na ścianie kamienicy, w której mieściła się komisja, wywieszano listy, ile osób danego dnia może wyjechać. Sprawdzało się, czekało. Wyjechała pierwsza partia, to się zwaliły tłumy do następnego transportu. Trzeba było znaleźć sobie jakieś miejsce i pamiętam, że poszliśmy do wielkiego domu nad rzeką z dużym ogrodem. Był tam gigantyczny salon, w którym się rozlokowaliśmy. Ten pokój z wielkimi oknami pamiętam, jakby to dzisiaj było. Moja matka wbiła jakiś gwoździk, przewiesiła prześcieradło. Za tym parawanem było łóżko ojca. My z matką na łóżku polowym. W kącie pokoju stała szafa i obok niej spały trzy starsze panie. Pod wielkim biurkiem legowisko miał starszy, wytworny pan. Wytworny w gaciach i bez gaci. Będę go nazywała arystokratą. W histerii, jaka panowała wokół, on miał niebywałą godność. Czuło się to. Był z dwiema dorosłymi córkami. Jedna z córek arystokraty wybrała się z plecakiem na wieś po żywność na cały tydzień. W ciągu dnia czekaliśmy na placyku, a kiedy po południu okazywało się, że nie pojedziemy, wracaliśmy do tej willi. Któregoś dnia wszyscy poczuliśmy niepokój. Nagle komisję zamknięto wcześniej, nie podano powodu. A potem był środek nocy z soboty na niedzielę. Usłyszeliśmy nadjeżdżające auta, głośne motory ciężarówek. Gospodyni, do której należał dom, wpadła i krzyczy, że jest wywózka na Sybir. Słyszymy adieu weissa, paskarei, paskarei. Żołnierze zgarniają uchodźców z wszystkich domów w okolicy. Zablokowane całe miasto. Pod każdym domem ciężarówka. Nagle jakiś młody człowiek wskakuje na parapet, otwiera okno i wyskakuje. W tym momencie wpadają uzbrojeni żołnierze i już do nas. Pascarei, adieu weissa. Jeden z nich biegnie za uciekającym i strzela. Staruszki były już poubierane, żołnierze karabinami wypchnęli je z pokoju. Idą w stronę łóżka, na którym jest ojciec. Matka, znając rosyjski, mówi, nie ruszaj tego, bo tam jest tyf, tyfus. Ojciec był blady jak ściana, wyglądał jak trup. Oni panicznie bali się chorób zakaźnych, więc czym prędzej zasłonili kotarę. – A ty kto? – pytają matkę. – Ja żena, żena. I jeszcze raz powtórzyła, że jest tyf. Żołnierz machnął ręką i wyszedł. Tymczasem na naszych oczach arystokrata oszalał. Do dziś to widzę. Nagle zaczął skakać, tańczyć, jakieś kozackie tańce i śpiewać. Nie ma mojej córeczki, bo poszła po bułeczki, hahaha. I już nie było z nim normalnego kontaktu. To by było trudno nawet do filmu wymyślić. Zmusili wszystkich, poza nami, zadzumionymi do wyjścia. I teraz moja matka przystąpiła do realizowania koncepcji, jaka jej się nagle pojawiła w głowie. Natychmiast wyjęła jakieś wstążki, upieła mi kokardy, ubrała w jakieś kolory. Ojca wysztafirowała fontaś, szalik. Sama też ubrała się elegancko, włożyła kapelusz, bo przecież miała na niedzielę rano zamówioną dorożkę, żeby pojechać na mszę. A to już było właściwie rano, jak żołnierze do nas wpadli. Kiedy woźnica zajechał, dała mu sygnał, żeby pochował tobołki i jechał w kierunku kościoła. Mijaliśmy miejscowych, którzy szli przerażeni na mszę, wiedząc, co działo się tej nocy. Udawaliście miejscowych? No tak, wystrojonych, sztywnych. Dorożka jechała wolno, człapu, człapu, człapu. Ale minęliśmy kościół i nadal wolniutko, człapu, człapu, człapu, niby na spacer jedziemy. I jak już wyczłapaliśmy z zabudowań, matka kazała pognać galopem jak najdalej. I potem kolejną dorożką wróciliśmy do Łódzka, gdzie było wielu znajomych. Tam mieszkaliśmy jeszcze do 1942 roku. Ale nie mieliście dokąd wracać. Wróciliśmy do baraku, do którego nas wyrzucono wcześniej. I tam ojciec zmarł. Po jego śmierci przeprowadziłyśmy się do bardzo eleganckiej willi do znajomych. To było osiedle wybudowane krótko przed wojną dla oficerów. Nie miałyśmy oczywiście żadnych kontaktów z Myszką. No a potem, kiedy weszli Niemcy, postanowiłyśmy wrócić do Warszawy. Pamiętam urwane fragmenty. Wędrówkę z mamą ulicą jakiegoś Jeepa. Wyskoczył z niego niemiecki oficer, zasalutował. Zatrzymał się, widząc dwie osoby na chodniku. Byłam strasznie chuda, więc zapytał, czy mam gruźlicę. Byłam chuda jeszcze przed wojną, a teraz to już skóra i kości. Dwa lata temu zawiozłam lalce dwa kartofle, bo miałam w lodówce i zobaczyłam, że puściły pędy. Zawiozłam, żeby wsadziła w ogródku. Zdziwiła się, a to się też wiąże z głodem i z czasem wojny. Bo jak nastał głód, mama zdobyła gdzieś ze dwa kilo kartofli. Wynajęła od kogoś miejsce na grządkę. Nauczyła mnie, żeby dokładnie kartofel obejrzeć, zobaczyć ile ma oczek i pociąć go tak, by wsadzać kawałki każdy z pojedynczym oczkiem. Pamiętam jak z niecierpliwością czekałyśmy aż coś wyrośnie. No i miałyśmy własne kartofle. Mama była bardzo zaradna. W każdej życiowej sytuacji umiała sobie poradzić. Na razie wyjeżdżałyśmy z Wołynia ubezpieczone przez myszkę oficjalnym zaproszeniem z informacją, że zapewni nam pełne utrzymanie. Pociąg towarowy z Wołynia do Warszawy pamiętam jak przez mgłę. Nie wiem, dlaczego tak niewiele z tej podróży zostało. Tyle, że toboły ciągnęło się za sobą, że się na tobołach siedziało, ale gdzie żeśmy sikały? Nie wiem, bo pociąg jechał, a przecież sikać trzeba. Ani jedzenia, ani mycia, ani sikania nie pamiętam. Tylko, że głowa sama opadała ze zmęczenia i zasypiałam przytulona do matki. Potem przebudzenie i dalej egzystuję, i żyję, i jadę. Jakieś rewizje, kolby, szukanie, macanie. Gdzie to jest dzisiaj? Czy to pamięć wybiera? Nie pamiętam ani momentu wsiadania, ani wysiadania, ani spotkania z siostrą. Za to Warszawę? Jakby to było wczoraj. Pamiętam, że już siedzimy w dorożce. Matka po prawej, ja po lewej stronie. Oczywiście to Boły. I ten odgłos jadącej dorożki. A przecież całe moje dzieciństwo na Wołyniu to były jakieś przejażdżki dorożczką po kościele na spacer. Stukot kopyt konika, stuk, stuk, stuk, stuk, stuk. I to, że nagle znów jesteśmy w Warszawie, którą zapamiętałam jak scenografię przeniesioną do innego świata spod okupacji sowieckiej, pod okupację niemiecką. W dalszym ciągu jest wojna, ale to była spokojna noc. Przed oczami mam do dzisiaj ten odcinek ulicy Szpitalnej i zakręt, przy którym stoi kamienica Wedla. A pan pytał mnie tyle razy, skąd Wedel w moim życiorysie? Dlaczego tam, jak pan to nazwał, jest moje biuro i kwatera główna? Dorożkarz ostrożnie bierze zakręt, spokojnie. I ciągle to widzę. I niebo, trochę gwiazd. I słyszę ten stukot. Wjechałyśmy w ulicę Górskiego. To ta kamienica, w której później mieszkał Tadzio Konwicki. Brama przechodnia, mieszkanko na poddaszu. Podwórko nadal istnieje. Przechodzę tamtędy często na Chmielną. To mieszkanko to był pokoiczek wydzielony ze strychu. A jaka radość. Taki raj.
[29:13.77 → 29:49.59] B: Bardzo dziękuję. Fragment książki Kraftówna w krainie czarów. Ten, a także drugi, który usłyszą Państwo za moment, wybrał autor Remigiusz Grzela. Bardzo ci dziękuję Remku za ten fragment. Tam pada kilka zdań specjalnie przeze mnie lubianych w tej książce. Między innymi to pytanie, czy to pamięć wybiera? Ta książka w ogóle dla mnie jest na przykład wielką lekcją bardzo wielu rzeczy. Tego jak traktować pamięć, jak traktować życie, jak nie przywiązywać się nadmiernie do wielu spraw. Powiedz proszę, uczyłeś się od swojej bohaterki?
[29:51.25 → 29:56.89] D: Nawet dzisiaj, bo tak się złożyło, że jakoś nie podpisaliśmy sobie dotąd książek.
[29:57.13 → 29:59.01] B: To prawda, zrobili to państwo przed chwilą.
[29:59.05 → 35:43.07] D: Dzisiaj pani Basia przywiozła książkę. Podpisywałem ją i właśnie Napisałem tam w dedykacji, że bardzo dziękuję za te lekcje humanizmu, bo tak to traktuję. Tutaj była Myszka i Lala. Myszka to jest siostra starsza, a Lala to przyjaciółka z Wołynia jeszcze, która mieszka w Warszawie, pani Irena Oborska, która też mówi w tej książce dosyć dużo. W ogóle te lata od monodramu Błękitny Diabeł, potem przez Oczy Bryżyd Bardo, czyli sztukę moją też, w której pani Barbara grała z Marianem Kociniakiem, I tę książkę też, nad którą pracowaliśmy, traktuję jako taką zupełnie wyjątkową w swoim życiu przygodę, ale też właśnie lekcję. Bo to już trochę mówiliśmy o tym dostrzeganiu drobiazgów, o dostrzeganiu szczegółów, ale też ta alicja w Krainie Czarów nie jest przypadkowa, bo to jest życie z filozofią. I myślę, że często żyjemy bardzo szybko, zwłaszcza dzisiaj my w mediach i w ogóle nie zastanawiając się nad całym szeregiem spraw, które są istotne i jak je należałoby by postrzegać. Podczas gdy w tej książce właściwie cały czas, tak też starałem się, żeby ona była napisana, pani Barbara takie lekcje daje. Na przykład moment emigracji amerykańskiej, nie moment, bo to przecież bardzo długi okres, gdzie ja próbowałem trochę zrozumieć, bo też rozmawiałem z siostrzenicą pani Barbary Elżbietą i ona też mówiła, że nie rozumiała, dlaczego pani Barbara jest tak długo w Stanach, bo tam nie było dobrze też od pewnego momentu, to był bardzo trudny czas, dosyć szczegółowo w książce o tym jest mowa. I zapytałem, jaka jest różnica między Elżbietą Czyżewską, jej punktem widzenia i punktem widzenia Barbary Kraftuwny w sytuacji, w której w pewnym momencie w Ameryce obie nie grały, a przecież pani Barbara była aktorką, jak wyjeżdżała z Polski, to przecież była gwiazdą, była legendarną aktorką i tam zagrała zresztą różne role, ale w pewnym momencie już nie. I pani Barbara powiedziała, Ja nie przeżywam rozczarowań, bo nie mam oczekiwań. I to jest taka lekcja, która bardzo jakoś zapada, że czasem może oczekiwań od życia mamy za dużo. Tych lekcji było bardzo dużo, choćby to, że pani Barbara się nie zatrzymuje, tylko idzie. Też trochę jak Alicja, to znaczy po prostu idzie cały czas. Żeby pójść, to musi też nadać sobie jakąś formę bardzo często, bo życie nie jest tylko szczęśliwe. Ja też obserwowałem Panią Barbarę przecież w okresach tragicznych w jej życiu, kiedy grała też w teatrze, w którym pracowałem. I ta forma, że jak ludziom nie są potrzebne moje problemy, to znaczy jak wychodzę do ludzi, to jestem z nimi. To jest bardzo trudne do wykonania, bo wszyscy lubimy, żeby nam ktoś współczuł, że jest nam tam ciężko czasami, różne rzeczy nie wychodzą, a ta postawa jest jakaś w ogóle niedzisiejsza. Potem w rozmowach o kabarecie starszych panów, to przecież taki ważny rozdział z życia pani Barbary, usiłowałem zrozumieć też, jaka była różnica pomiędzy jednym i drugim kabaretem, to znaczy też tym późniejszym kabaretem, gdzie byli aktorzy o pokolenie młodsi. Z czego wynikało to, że to już nie było to samo, co pokolenie pani Barbary. I tu wróciliśmy do tego wątku życia przedwojennego, w którym pani Barbara zdążyła jeszcze obserwować ten świat wielkiej elegancji, za którym potem To całe pokolenie tęskniło i ten kabaret starszych panów, który wziął się ewidentnie z tęsknoty, z takiej potrzeby starsi panowie w smokingu, w tym szarym PRL-u dotknięcia takiej rzeczywistości, której już nie ma. Takiej tęsknoty, za co Woody Allen o północy w Paryżu pokazał, że zawsze tęsknimy za tą epoką, która była przed nami. I naprawdę tych lekcji było bardzo wiele, więc naprawdę mógłbym o tym mówić długo, bo to też i na próbach widziałem, na próbach spektakli. Opisuję tu taką sytuację, z którą zgodził się, bo zapytałem o zgodę Macieja Kowalewskiego, reżysera, takiej sytuacji konfliktu na próbie, w którym niepotrzebnie doszło do różnych napięć. I obserwowałem, jak pani Barbara te napięcia detonuje. Jak potrafi zwrócić uwagę, w sposób oczywiście szalenie taki dyskretny, uroczy, ale i zasadniczy równocześnie, jak najpierw potrafi zwrócić uwagę, potem dać jakiś czas na namysł, A potem następnego dnia pani Barbara, która przynosi jakieś prezenty wszystkim na tę próbę i mówi do reżysera tekstem sztuki, proszę mi położyć głowę na ramieniu. To jest taka detonacja natychmiast, nad którą nie można przejść do porządku dziennego. I to mi się wydaje naprawdę istotne.
[35:43.43 → 36:37.08] B: Tak sobie myślę, proszę pani, że te słowa matki nie garb się, To nie chodziło tylko o zgarbioną sylwetkę. Ja się na przykład po lekturze tej książki zaczęłam zdecydowanie prostować i kłaniać księżycowi w Nowiu, ale do tego zaraz dojdziemy. chyba nie garb się, dotyczyły chyba nie tylko sylwetki, ale całej postawy życiowej. To była ta pierwsza lekcja, którą pani dostała od mamy i która później przydawała się w bardzo różnych okolicznościach. To dbanie o formę też. Tu historia z hrabiem Puciatą. Bardzo proszę o hrabiego Puciatę, o opowieść, bo to jest opowieść naprawdę, która jest przepiękną lekcją tego właśnie, jak bez względu na okoliczności, pewne rzeczy są ważne, inne ważniejsze.
[36:39.24 → 40:49.93] C: To znaczy sytuacja powstanie, zagubienie godziny wytchnienia, bo nie ma bombardowania w sensie takiego lokalnego bombardowania dzielnica i dom po domu, a mianowicie tak zwane krowy, gatunek czołgów, które miały, nie wiem, 8 czy 12 pocisków, już nie pamiętam, i idealnie cyrklowały dom po domu, numer po numerze danej ulicy i wiadomo było, że albo zaczęli od lewej, albo od prawej, no to wtedy ta strona bombardowana natychmiast przerzucała się z dobytkiem i z życiem na stronę niebombardowaną, bo już jak ustawili krowę na prawo, to trzeba się przenieść na lewo. Otóż te krowy, powiedzmy sobie, dosyć skutecznie ścinały domy. I wiadomo było, to znawcy wiedzieli, kiedy pocisk już wypluty został i leci. Nawet czas mieli przemierzony, w który to dom może uderzyć. I oczywiście bardzo precyzyjnie społeczeństwo uciekało, przemeblowywało się w piwnicach. właściwie całe życie było skoncentrowane istnienie w piwnicach. I kiedy tak w tych piwnicach siedziało się, a później można było wyjść, bo jest cisza, czy to wieczorna, czy nocna, czy nawet w ciągu dnia, bo wypluli z siebie tych 12 pocisków, więc wiadomo, ile czasu trwa ładowanie. Mamy godzinę czasu na górę do mieszkań, I tak zwana walcząca kadra i młodzieży, ale walcząca kadra na posterunkach również dopadała, żeby dać informację, gdzie jaka dzielnica jest zagrożona, czy się przemieszczać. i potrafiło się doczekać szczęśliwie, w tym wypadku ja, na siostrę, która dawała jakieś tam nam wskazówki, co trzeba robić, że będą ataki z lewej strony, a nie z prawej, bo już mają na miary. Wpadała, komunikat przekazała, wypadała. Znowu ktoś tam wpada przekazywać następny komunikat lub pytać się, czy była siostra, czy nie była. I wpada znajomy, przyjaciel siostry, tak zwaną schodową klatką drewnianą od kuchni wpada do mieszkania ciotki, gdzie cała rodzinka nasza, samo starsze pokolenie i ja jedna z ciotkami, dziadkami, Ja z radością widzę, że żyje człowiek i wiem, że szuka myszki siostry mojej. Wiem, że była, mogę przekazać wiadomości, on staje w kuchni i w tym momencie wchodzi moja ciotka gospodyni mieszkania. I ja z pełną, że tak powiem, energią przedstawiam panu hrabiemu Puciacie, to jest moja ciotka Wanda Grudzińska. Cisza, oboje stoją w tywni. I ciotka w pewnym momencie, a to groza przecież, wszystko jest, no nie wiem, groza na gruzach, o to mi przyszło do głowy teraz.
[40:50.11 → 40:51.21] D: To też tytuł dobry.
[40:51.37 → 41:03.78] C: Dobry tytuł, groza na gruzach. I ciotka mówi, Basiu, najpierw mężczyznę, kobiecie przedstawia się, a nie odwrotnie.
[41:06.11 → 41:08.70] B: Przyznajemy państwu, że to jest... Kleroza mnie
[41:08.70 → 41:11.26] C: zaczyna dopadać, ale to pamiętam.
[41:11.95 → 42:57.26] D: Ale to pani Barbara też takie lekcje daje ciągle, Pamiętam, mieliśmy nagranie telewizyjne jeszcze przed książką i koleżanka dziennikarka Miłka Skalska, która prowadziła to nagranie i myśmy taką próbę wcześniej zrobili, kto gdzie siedzi. No i myśmy tak też z Miłką usiedli, ja chyba tak, Miłka zdaje się tak i pani Barbara tylko tak na nas spojrzała i mówi, ale to w którą stronę będziecie mieli nogi, bo mówi jedno w tą, drugie w tą. to się zdecydujcie. A potem mi powiedziała, że na przykład, żeby uważać, żeby na przykład ze sceny nie pokazywać podeszwy publiczności. Ja tak trochę próbuję się pilnować, oczywiście nie zawsze o wszystkim pamiętam, ale bardzo dużo takich lekcji od pani Barbary dostałem, żeby jednak jak nogę, to żeby jednak nie podeszwą. No to oczywiście to jest warsztat. Ale też chcę powiedzieć, że w tym wszystkim, o czym mówimy, o tych zasadach, o właśnie elegancji, o tym czasie przedwojennym, o formie, którą się trzyma i to wszystko jest strasznie ważne, ale trzeba tutaj powiedzieć, że pani Barbara jest i osobą, i aktorką bardzo współczesną i nowoczesną. Pani Barbara nigdy w swoim aktorstwie, a przecież obserwowałem też Ninę Andrycz, jeszcze się załapałem na parę spektakli. Pani Barbara nigdy nie była aktorką, która niosła ze sobą jakiś teatr z epoki innej na przykład, czy aktorstwo jakiegoś szerokiego gestu. Zawsze była bardzo odważna, była odważna w wypowiedziach. bardzo otwarta na propozycje, chociaż oczywiście mordująca reżyserów z nią pracujących, bo to też pani Barbaro, pani tego nie powie, ale to trzeba powiedzieć, że lekarze i reżyserzy mają z panią piekło.
[42:57.40 → 42:58.82] B: I autorzy też troszkę?
[42:59.06 → 42:59.38] D: Proszę?
[42:59.42 → 43:00.42] B: Autorzy też troszkę?
[43:00.60 → 43:47.02] D: Autorzy, autorzy. Autorzy... Nie, nie, autorzy też, ale w innym sensie, bo na przykład jak pisałem ten monodram, Błękitny Diabeł dla pani Barbary, No i rzeczywiście, jak tam chodziłem na próby, czasami słyszałem, że jest za dużo tego tekstu w scenariuszu. Znaczy po prostu ewidentnie jakby już wiedziałem w tym czytaniu, że jest za dużo. I proponowałem pani Barbarze skreślenia. No i pani Barbara skreślała i przychodziła na następną próbę i znowu miała cały tekst. Ja mówię, pani Barbaro, ale to już się umówiliśmy, że to wypadło z tekstu. A pani Barbara mówi, nie, nie, ale to było napisane organicznie i mnie to jest potrzebne. Więc w tym sensie właśnie, że ja nie mogłem siebie poprawić za bardzo.
[43:49.66 → 44:27.05] C: No bo już, że tak powiem, tworzywa sceniczne, nie literackie, tylko już te literackie jest przetworzone na sceniczne tworzywo. Dwie różne absolutnie dyscypliny. Scena, a książka, papier, kompozycja tegoż samego tekstu, tej samej intencji. Na scenie jest przede wszystkim
[44:29.07 → 44:29.34] B: w tym
[44:29.34 → 44:43.80] C: wypadku aktor, czyli żywa materia, żywa kompozycja, każdy ruch, czy bez ruch, jest odbierany jako propozycja.
[44:44.20 → 45:34.04] D: Tak, ale ja też na przykład tam w tym tekście takie nawet trochę za trudne sceny niektóre napisałem w sensie nawet językowym, bo tam była taka historia, że Marlena Dietrich dzwoni do królowej Elżbiety, bo żąda uhonorowania Davida Nivena i tak wymienia jakby wszystkie jego dzieci, żony i to są czasami bardzo trudne imiona, ich jest dosyć dużo. I rzeczywiście potem sobie pomyślałem, że to jakby niepotrzebne jest. Ale pani Barbara to tak genialnie opracowała, że to, co w tym czytaniu mnie się już wydawało, że jest czy niepotrzebne, czy za trudne, czy źle brzmi, było jakby przetworzone właśnie, jak pani przed chwilą powiedziała, przez aktora w sposób, który był fenomenalny. Nagle się z tego robiła fantastyczna zabawa właśnie językiem.
[45:34.22 → 45:44.79] B: Proponuję, żebyśmy zobaczyli teraz fragment błękitnego czyli monodramu, który Remigiusz Grzela napisał na jubileusz sześćdziesięciolecia.
[45:45.53 → 45:47.31] D: Taki bohaterką jest Marlena Dietrich.
[45:48.15 → 45:48.75] B: Bardzo proszę.
[45:51.21 → 45:53.01] D: Ale to nie ten spektakl jest.
[45:53.75 → 45:56.31] B: To są oczy.
[45:57.71 → 46:08.11] D: Nie wiem, tam do panów u góry tylko sygnał taki dajemy, że to nie jest ten spektakl. Tam jest płyta, Błękitny Diabeł, przepraszam.
[46:09.53 → 46:10.51] C: A co tu poszło?
[46:10.55 → 47:04.09] B: Poszły oczy, Brigitte Bardot, ale do tego fragmentu wrócimy nieco później. Zanim panowie w takim razie przygotują fragment, o który prosiliśmy, to ja chciałabym cofnąć się na moment do bardzo ważnego spektaklu w życiu pani Barbary Kraftuwny. W związku z tym, o czym mówiłeś Remku, bo to była prawdziwa rewolucja także w sposobie grania, do jakiego pani została przygotowana. Barbara Kraftówna zagrała w prapremierze Iwony, księżniczki Burgunda, w reżyserii Haliny Mikołańskiej. I to było prawdziwe wyzwanie, bo tak naprawdę nie bardzo było wiadomo, jak to grać. Był tekst zupełnie nowy i do tego wszystkiego bohaterka nie mówiła ani jednego słowa. To była ważna rola w pani życiu, ważne spotkanie.
[47:04.67 → 50:33.36] C: to nie tylko w moim życiu scenicznym, ale można powiedzieć, że w życiu sceny polskiej, na której nagle znalazła się, znalazł się tego typu gatunek literacki, a rola bez tekstu, z jednym słowem i potem zakrztuszeniem się śmiertelnym zresztą, ością, rybią, ością. Więc rola była w zasadzie tylko do tego, żeby grą grać, bez tekstu. Powiedziałabym, że jakaś taka smuga pantomimy mogła, ale pantomima jest formą bardzo, nawet bardzo czasem agresywną, i bardzo łopatologiczną. Jak jest jakiś gest, to on musi być tak wyrazisty, że można go nazwać przerysowany, ale w ciągłości dalszych gestów jest naturalny. Jest to forma i oglądający, czyli widz natychmiast się orientuje, że to jest jakaś pokazywana mu forma. Tak samo jak powiedzmy w tańcu są jakieś innowacje i nikt z nas się nie dziwi, że nagle w tańcu jest jakaś figura pokazana. której dawniej się nie znało, okazuje się, że wymyślono coś nowego, co ciało może pokazać w tańcu. To samo jest i w pantomimie, gdzie tematy danej epoki można cudownie sparodiować, bo ona jakby balansuje w kierunku parodii pantomima. I teraz wracając do roli Iwony bez tekstu, to gdzieś na zapleczu, w myślach jest świadomość tej pantomimy, ale nie może być to pantomima, tylko po prostu myśli, a za myślami jakieś reakcje własne działa, człowieka, które są widoczne. My widzimy, że ktoś, kto siedzi koło nas, siedzi tak jak w tej chwili pan Remigiusz siedzi i bardzo pilnie słucha i nie widać po nim znudzenia. Nie ukrywa wcale znudzenia. W związku z tym takie reakcje są też i u widzów, że albo słuchają pilnie i zauważają, Stany, jakie się posiada, mówię na scenie aktor, co chce pokazać. Czy zaczyna więdnąć powoli, ciało więdnie, prawda, więdnie, boli. Jeśli krzesło twarde, a twarde, no to poprawi się zwykle. Niewidocznie, nie nachalnie, ale widać, że się poprawiło.
[50:33.36 → 50:39.44] D: Pani Iwona, pani Barbaro, była podobno tak irytująca, że tam wielu chciałoby zabić tej Iwony.
[50:39.48 → 52:25.36] C: Podobno, ale czymś chciałam zaskoczyć. To znaczy reagowałam w sposób dyskretny, acz zauważalny na literacki tekst, który płynął z ust aktorów rodziny, ostry tekst. Jeśli kiedyś państwu by wpadł w ręce ten tekst, to czytając temat można zrozumieć, że osoba, która siedzi słucha, nie bardzo rozumie, ale odczuwa, że tam bulgoce przy stole, rodzina się żre i w ogóle dziwne rzeczy się przy stole rodzinne odbywają. A ona zmuszona jest siedzieć na tronie i wszystko ją boli, a musi udawać się grzeczną i na tronie siedzącą. niezwracającą na siebie uwagi, co okazało się, że to tak do pasji doprowadza całe towarzystwo rodzinne, analizujące jej sylwetkę. Do niej to docierało, ale w odwrotny i na jej możliwości sposób rozumienia tego. I okazało się, że byłam tą pokazówką jak gdyby... całej grupy rodzinnej rozważań, wściekłych nawet kłótni rodzinnych dotyczących dynastii rodzinnej i tak dalej.
[52:26.46 → 52:41.04] D: Mamy już ten fragment, ale chciałbym, żeby nie było, że grzela po Gombrowiczu, bo nie ma powodu, ale potem sobie pomyślałem, że alfabetycznie to pasuje nawet, bo przejście byłoby do mojego monodramu dosyć...
[52:41.04 → 52:46.78] B: Ja chciałam jeszcze zrobić taki most powietrzny, ale to może rzeczywiście przejdźmy w takim razie.
[52:49.08 → 58:44.82] C: Kiedy Ronald Reagan zadzwonił do mnie, Jak przyjechał do Paryża, proponując mi spotkanie, ucieszyłam się słysząc jego głos. Był moim kolegą z Hollywoodu. Tak bardzo chciałam się z nim zobaczyć. A swoim zwyczajem odłożyłam w słuchawkach szeptem Mówiąc mu, Ron już jest za późno. Obraził się, zrozumiał, że dla niej to nie ma dla mnie znaczenia. Marii nigdy tu nie ma. Przyjeżdża raz do roku, nie umie mi pomóc. Nie było jej tamtego dnia, kiedy upadłam, pokojowa spadła za mnie leżącą niedaleko łóżka. Zadzwoniła do Elizabeth, która natychmiast przyjechała, zadzwoniła do pogotowie. Och, wiedziałam, i obawiałam się najgorszego, bo wiem przecież, czy jest złamaniem osiemdziesięcioletniej kobiety, ale lekarze po dokładnym przebadaniu mnie powiedzieli, że nie potrzeba operować, kazali mi zostać w łóżku. Jak prawdziwa nieluka, nie ruszałam się, nie narzekałam, Kazał mi zostać w łóżku. Przez tydzień zostałam dwanaście lat. Czmarnia opiekowała się mną przez tyle czołgów. Gdyby nie Elizabeth, Przychodzi tutaj codziennie, przynosi mi gazety niemieckie, francuskie, angielskie, 15 tytułów. Na polityce znam się lepiej od jednego prezydenta. Elizabeth przychodzi, otwiera okna, wie przy mieszkaniu i pyta się, od kogo dzisiaj wyłudzimy pieniądze. Siada, przedtem podaje mi notes z adresami starych znajomych. Wybieram jakieś nazwisko, na przykład Billy Wendel, Victor Elisabeth List. Piszę w nim, że znalazłam się w tragicznej sytuacji, że nie mogę na nikogo liczyć, że chcą mnie wyrzucić z tego mieszkania. Pisze coraz bardziej rozpaczliwe listy. Ratuj mnie, byle! Naprawdę, całkiem nieźle mi idzie. Myślę, że mogłabym zostać pisarką. Elizabeth adresuje i wysyła. Kiedy odbieramy pocztę, szukamy w niej czeków. Niestety, wielu nie odpowiada. Może wydaje im się, że to mój żart. Nie wyobrażają sobie, że Dietrich może być bez pieniędzy. Potem... Potem... zapisujemy w notesie kto i ile przysłał i robimy listę z końców. I tak mijają dwie, trzy godzinki, jedziemy na lanch i dyktuję Elisabeth moje wspomnienia. Czasem piszę je sama, dziurę, a Elisabeth zabiera do domu do przepisania. Czasem piszę te pierwsze. Dobra i udaję, że jestem przekonana, że to jest dobra literatura. Piszę dobrą, prawdziwą grafomanię. Te wierszyki naprawdę mnie radują. Uwielbiam rymowanie. Dzisiaj na przykład napisałam tak. Bo straszny wiatr zwykła życie ma w te ciężkie dnie. Przecież nie byłam nigdy zła, więc pytam, czemu ja? Niebo i piekło nie odpowiadają i wszyscy się dobrze mają. Który samą mnie zostawił, oby płacz to w końcu zdradził. Im głupiej, tym lepiej.
[58:45.61 → 59:01.09] B: Dziękujemy bardzo. Pani nie miała od początku ochoty, żeby to był monodram. Chciała Pani, żeby Remigiusz Grzela napisał Pani jubileuszowy tekst, ale monodram?
[59:01.57 → 59:35.91] C: Do monodramów miałam że tak wielki dystans. Byłam wyżytą, wygraną, naprawdę zadowoloną z życiorysu swojego zawodowego i takie granie ja z mną było mi obce, niezręczne. Właściwie nie wiem, jak się dałam przekonać na dobrą sprawę. Nie wiem.
[59:37.03 → 59:54.09] D: Nie dała się pani przekonać, pani Barbaro. Ja po prostu przynosiłem pani kartka po kartce i pani tak może się już żal zrobiło, że ja te kartki piszę dalej. W związku z czym pani postanowiła, że skoro już zacząłem pisać, to może... Może trzeba poczekać, żebym to skończył.
[59:54.17 → 01:02:19.47] C: To znaczy zdecydowanie nie tylko z pisanych tekstów na kartce, ale właśnie jak Pan wspomniał na początku, Panie Remku, Remiku przede wszystkim, to ja, jak to młodzieżowy język użyję, czuja miałam na Pana. Otóż wydawało mi się już po tej rozmowie telefonicznej, radiowy wywiad pana i naszej później telefonicznej, że zdecydowanie jako młoda generacja należy rozpocząć współpracę z biegiem twórczym jakby, dorównać kroku, spróbować dorównać kroku i zrozumieć. I okazało się, że wrażliwość i taka precyzja niezauważalna na co dzień, jednak w tekście pisanym daje się bardzo łatwo nawet rozbudowywać i realizować. Bardzo są ważne układy słów, tekstu dla aktora. W języku naszym mamy straszny chłam. Okropnie mamy zachłamioną naszą codzienną mowę. Moje ucho akurat to wyłapuje, a co dopiero oko, jak mam przed oczami teksty, jak się układają. Dawniej mówiło się wspaniały scenopisarz, ale to było dobrze 100 lat ponad nawet temu, bo pisanie tekstu, na scenę jest kompletnie inną metodą czy systemem od literackiego pisania do czytania. Ja nawet nie wiem, czy ja to panu kiedyś mówiłam.
[01:02:19.79 → 01:02:23.01] D: No wysłucham, dlatego po raz pierwszy.
[01:02:23.67 → 01:02:36.85] C: Że scena, układ słów czasami jest taki, że i źle się słyszy, i źle się mówi, A w pisaniu jest to...
[01:02:36.85 → 01:02:48.87] D: Pani Barbaro, to jak to się stało, że pani tak dobrze usłyszała tę jedną scenę, której ja się bałem pani dać, czyli scenę seks telefonu, że pani nauczyła się tej sceny jako pierwszej.
[01:02:48.99 → 01:02:49.47] B: No tak.
[01:02:50.13 → 01:04:01.76] C: Bo ja wiem, kobieca natura jest przewrotna, a ja jestem ruda od urodzenia. Naprawdę, więc ta przewrotność może jest... zakorzeniona wraz z pigmentem. Trudno mi powiedzieć. Otóż coś takiego jest, że na przykład, podaję przykład. Mama nas pozdrawia. My mamy też. My mamy. Co to jest my mamy? Co to jest za układ słów my mamy? Także czy również My mamy. My także mamy. Pozdrawiamy. Ania, my mamy. To już jest, że tak powiem, propozycja bardzo uważnego literackiego pisania, żeby na przykład takie się nie zdarzały rzeczy. I ja tego nie znalazłam u pana, dlatego tak się... My dalej jesteśmy na pan i pani. To jest ciekawostka.
[01:04:02.47 → 01:04:06.65] B: Dlatego pan, proszę pana, mógł spokojnie pójść po Gombrowiczu. No tak, proszę pana.
[01:04:07.21 → 01:04:08.91] C: Panie Remiku, panie Remiku.
[01:04:08.99 → 01:04:14.23] D: Po Gombrowiczu mówię, bo GO i potem GRZ, czyli mogłem iść alfabetycznie.
[01:04:14.45 → 01:04:39.50] B: Ale jeśli chodzi o te początki, proszę pani, to nie zawsze jest takie logiczne i jasne. Nie zawsze też rola zaczyna się od tekstu. Bywają sytuacje, że na przykład rola zaczyna się od butów. Słynne drewniaki, właśnie narzuciły pewien sposób gry, który reżyser przyjął bez sprzeciwu, prawda?
[01:04:40.44 → 01:08:45.23] C: Tak. To z kolei też jest coś w mojej charakterologii, że wyobraźnia ponosi mnie we wszystkich składnikach aktorstwa, czyli dźwięk. Rytm nie tylko słowa, ale rytm ruchu. Jeśli idę wolno, człapiąc jakimiś kapciami, no to i to ciało, i te dźwięki, i reakcja widza jest taka, jaka jest dostosowana do tych kapciów. Też taka sama, tam się ktoś tam klapie, ciągnie się nogami. A jak jest dźwięk, powiedzmy, baletnica, która spada na puentach i w zasadzie nic nie słychać, tylko raczej widać. ale czasem jak jest cisza bezdźwiękowa, muzyczna, to te czubki puentowe słychać jak stukają i to też jest cudowny akcent, nie zawsze wykorzystywany, a można wykorzystać to jako niuansik taki, prawie perweksyjny. Więc w momencie, kiedy miałam oryginalne drewniaki, w czasie wojny wystrugane, bo chodziłam nauczona przez takiego chłopca stajanego, oborowego, wyuczona, jak karmić nowonarodzonego dzielaka, zanim go się podstawi do cycka krowy. to musi być tydzień przeznaczony na to, że osoba chodzi z kubłem do połowy napełnionym mleko ugotowane z siemieniem lnianym, to odżywka. Wsadza mu się palec, zamiast tego, że on się matki cycka, to mu się palec podstawia. On trzyma bardzo ten palec i ciągnie się razem ze łbem palec do kubła z tym że mlekiem ugotowanym z siemieniem lnianym. I on nie puszczając palca, wypija tyle, ile trzeba, potem delikatnie palec się wysuwa i tak dzień po dniu, po tygodniu cudownie umie odnajdywać cycka swojej matki. No i już jest wyhodowany cielak. I do przemieszczania się, bo w bardzo błotnistym podwórku, parobek od gospodarzy wystrugał mi prześliczne drewniaczki. I kiedy u Gala, Gal wystawiał Szekspira, a ja grałam taką wiejską dziewczynę kasuchnę, wobec tego zapytałam się, czy panie dyrektorze, czy mogłabym do tej kasuchny użyć swoich drewniaczków prawdziwych. On mówi, oczywiście, przynieś na próbę. Włożyłam drewniaczki i jak usłyszałam ten, stuk cudowny na deskach scenicznych. Nie mówiąc, że jednak to jest oddzielny stuk, bo się trzyma drewniaczki palcami, to tam nie ma pięty, jest tylko na palce taka wsuwane takie drewniaki bez pięty. I można wydobyć z tego podwójny dźwięk i stąpnięcia i puszczenia luźno tam od pięty, żeby sobie stuknął taki... No i tym sposobem uzyskałam dodatkowy efekt do roli, wprowadzając prawie motyw jakiś muzyczny. Nie tyle muzyczny, co rytmiczny.
[01:08:45.99 → 01:08:51.07] D: Minęło 60 lat i to jest odpowiedź na twoje pytanie, czy autor ma łatwo z panią Barbarą Kraftów.
[01:08:51.27 → 01:08:54.17] C: A czy ja w ogóle odpowiedziałam na pytanie prawidłowe?
[01:08:54.85 → 01:09:12.23] D: Pisze monodram o Marlenie Dietrich i pani Barbara ma jedno życzenie, że w tym monodramie mają się znaleźć te drewniaki z debiutu. Ja mówię, pani Barbaro, ale to jest o Marlenie Dietrich. Jak się mają znaleźć drewniaki u Marleny Dietrich?
[01:09:12.53 → 01:09:17.31] C: Ale przecież debiut był na tych deskach teatru, w którym zaczynałam.
[01:09:17.39 → 01:09:56.25] D: Tak, bo prapremiera też była w tym samym teatrze, gdzie był debiut, czyli w teatrze dzisiaj muzycznym wtedy w Wybrzeże. I tak kombinowałem, jak koń pod górę albo cielak. I wykombinowałem, że jak Marlena Dietrich przyjeżdża do Warszawy w 1963 roku i mieszka w hotelu Bristol, to przychodzi do niej polska aktorka, która chce jej dać coś, co ma najcenniejsze, czyli swoje drewniaki. I to jest w tym tekście i pani Barbara w tym teatrze, w którym debiutowała, gdzie to zagrała, pokazała te drewniaki i powiedziała, tu na tej scenie zagrałam swoją pierwszą rolę.
[01:09:57.33 → 01:10:58.35] C: Ja chcę w tej chwili przed państwem pochwalić, że tak mi się trafiło w życiorysie, że tak wspaniale młody piszący tak dopasował charakterologicznie ten wywiad, książkę i tytuł, kraftówna w krainie czarów, że nie tylko sprawa, wykombinowanych, przeniesionych w epoce drewniaczków, ale też wiele, wiele elementów wspaniale wpasowanych w mój życiorys, czy też moją charakterologię. Bardzo dziękuję, bardzo gratuluję panu. Życzę dalszej udanej kariery i udanych takich egzemplarzy. Nazywam się udanym egzemplarzem.
[01:10:58.61 → 01:10:59.95] D: Dziękuję bardzo.
[01:11:00.55 → 01:14:05.20] C: Dziękuję bardzo. Bardzo. Następne podziękowanie dla wydawnictwa. I tu taka uwaga, że sztuka rodzi sztukę. Otóż nie przypuszczałam, że tak pięknym przedmiotem stanie się książka tak pięknie wydana. Zapowietrzyło mnie, kiedy przyniósł mi redaktor z wydawnictwa, przyniósł mi do akceptacji okładkę. Fakt, że zobaczyłam rudy łeb na okładce, to po pierwsze zapowietrzyło mnie, Myśl, jak sztuka rodzi sztukę. Otóż prosiłam, żeby natychmiast zaraz na pierwszej, drugiej, trzeciej stronie było oryginalne zdjęcie dla czytelnika, żeby zorientował się, że to zdjęcie nie było tylko tak sobie wymyślone, że jest fotografia i z rudą głową, tylko to jest zdjęcie fantastycznej artystki, fotografa Zofii Nadsierowskiej, świętej pamięci. Zdjęcie czarno-białe, gdzie Sztuka ta zdjęć czarno-białych, w tej chwili słyszę, ponoć powraca jakby na rynek. Nie wiem, czy jest to modą, czy też próbą odnowienia tamtej formy. Kompletnie była sztuką właściwie niewyobrażalną w stosunku teraz do tej fotografii, którą robimy. Przecież to jedynie Nasierowska prawie tak fotografowała, tak ustawiała światła i obiekt, czyli człowieka, w tym wypadku te wszystkie aktorki fotografowane, że tak światłami regulowała efekt, żeby nie używać potem tak zwanego retuszu. Dawniej wszystkie zdjęcia czarno-białe wymagały oddzielnej fazy retuszowania, podciągania, wymazywania tych jakichś cieni, półcieni. Ona to wszystko tak kombinowała, tak układała, ustawiała światła z góry, z dołu, spod kolana, nie wiem. To były bardzo długie, mozolne modelowania świateł i człowieka.
[01:14:05.42 → 01:14:08.96] D: A pamięta Pani, co Pani powiedziała, jak zobaczyła Pani tę okładkę?
[01:14:09.70 → 01:14:10.56] C: Nie, nie.
[01:14:10.76 → 01:14:12.74] D: Powiedziała Pani, bardzo ładna cizia.
[01:14:14.54 → 01:15:19.66] C: No bo ładna cizia. ale to był efekt powiedzmy pracy nasierowskiej, która wymyśliła sobie, że będę Cizią i musiałam to zagrać w sensie pozy, a resztę ona. To bardzo męczące, wielogodzinne pozowanie. Może nawet bardziej mozolne niż u rzeźbiarza. Trudno powiedzieć, bo nie pozowałam rzeźbiarzowi i już chyba nie będę. Chyba, że nie będę miała żadnego czuja i jak usiądę, to mnie będzie... I to będzie kompozycja. Ale tak bym nie przetrzymała chyba. I tu nagle się rodzi ruda głowa. Jakżeż wielka... Wielka radość, że coś przenikło z jednej formy sztuki do współczesnej, mało tego akcent. Byłam rudą, jestem rudą i będę rudą.
[01:15:20.18 → 01:15:21.20] D: I książka jest ruda.
[01:15:21.30 → 01:15:21.74] B: Bardzo ruda.
[01:15:21.98 → 01:15:25.64] C: I książka jest ruda, bo te piękne kolory dodane.
[01:15:26.85 → 01:16:11.73] B: Barbara Kraftówna powiedziała przed chwilą, że ją zapowietrzyło na widok książki. To prawdopodobnie sytuacja niezbyt częsta, żeby Barbara Kraftówna zapowietrzyła, żeby straciła rezon na moment. Powiedziała też w pewnym momencie, powiedział nasz gość, że ma temperament, co doskonale wiemy, obserwując przecież przez lata filmy, teatr. Ale jak się zeszły panie we dwie z Kaliną Jędrusik, to przypuszczam, że temperament był nie tylko do kwadratu, a zapowietrzało całą okolicę. Proponuję, żeby opowieść o kolejnym spotkaniu rozpocząć od fragmentu Mirella Rogozabiel. Bardzo proszę.
[01:16:22.27 → 01:20:55.79] A: Akcja filmu Jana Rybkowskiego, Dziś w nocy umrze miasto, ma swój początek nad ranem, 13 lutego 1945 roku. Z transportu więźniów, który przejeżdża przez Drezno, ucieka Polak, Piotr. Nadciąga ofensywa radziecka. W tym filmie gra cała plejada genialnych aktorów, ale mnie interesuje pani spotkanie z Kaliną Jędrusik. Ona i pani w Dreźnie. Działo się? Miałyśmy wspólny pokój w hotelu. Łoże małżeńskie. Pobudka była nieomal w nocy, bo charakteryzację na plan robiono jeszcze w hotelu. Pan charakteryzator przychodził ze swoją skrzynką z farbami, szminkami wprost do naszego pokoju. Charakteryzował nas w kolejności potrzeb. Któregoś dnia miałyśmy wolne przedpołudnie i dokładnie zaplanowane wyjście w miasto. Muzeum, zakupy. Pojechałyśmy tramwajem. Kalina i tramwaj. Pan sobie tego nie umie wyobrazić. Wzbudzała zainteresowanie. Wywoływała paraliż. Szpilki 11 centymetrów. Dekolt po same brodawki. Piękna kobieta. Wszyscy pasażerowie poubierani po szyję, a tu jedna ruda, piegowata, z cycami też, tylko nieobnażonymi. I druga, że tak powiem, do wzięcia. W dodatku podłoga była w takie deszczułki, w które wpadał piasek. Na przystankach wyjmowano te wkładki, zamiatano podłogę. Kalina od razu zaczęła miotać przekleństwa, bo jej cienkie szpilki wpadały w te szpary. Więc w takich balansach tramwajowych rzeszty co jedną nogę wyciągnęła, druga wpadała, więc bluzgała cały czas. Mamy poczucie, że wszyscy przejechali swoje przystanki. Nikomu nie chciało się z tego kina wysiadać. Wysiadłyśmy. Muzeum tośmy przeleciały w takim tempie, że jak wychodziłyśmy, szatniarz nas złapał i mówi, ale jest jeszcze pierwsze piętro. Na co my? Myśmy były na pierwszym piętrze, bo był solidny i uznał, że skoro weszły dwie panie i już wychodzą, to znaczy, że tylko parter obejrzały. Szybko dobrnęłyśmy do domu towarowego kupować staniki. Obie przy ladzie. Kalina, wiedząc, że mamy mało czasu, od razu zgarnęła wszystkie możliwe staniki. Kupiłyśmy, załadowałyśmy, czas ucieka, nawet już po nas auto przysłano. W hotelu czeka na nas charakteryzator. Kalina mówi, Baśka siadaj. Pan charakteryzator mnie zrobił, idzie do niej, a ona wśród rozłożonych staników cały czas, żeby pochwalić się zakupem. Nagle mówi, wiesz co, cholera. Pan Tadzio Szosler, znany charakteryzator, pospiesza. Oj, pani Kalino, bo czasu mało. A Kalina, oj dobrze, dobrze, zdążymy, pan mnie tam pacnie trochę, resztę na planie pan zrobi. Cholera, co ja kupiłam, przecież to jest za małe, no przecież za małe. I łapie dłoń Tadzia, przykłada ją pod cycek, każe mu złapać. No zobacz, że to jest za małe, no nie zmieści się. On stał sparaliżowany z tą dłonią, która ma służyć do malowania na jej ciele. Oczy mu na wierzch wyszły, bo jeszcze pompkę jego dłonią zrobiła, mówiąc, Boże, nie zmniejszę. Rozumiem, że to nie był koniec przygód. Najlepszy był powrót pociągiem. Wracamy razem. Film Polski zarezerwował dla nas cały przedział. Kalina idzie szukać wagonu restauracyjnego. Mówi do mnie, ty siedź i pilnuj, a ja pójdę spenetrować i wrócę z piwem. Wyszła. Wyjrzałam za nią i widzę, że na końcu korytarza stoi jakiś mężczyzna. Pociąg strasznie buja, Kalina oczywiście na wysokich obcasach. Widzę, jak rzuca nią po korytarzu. Tego faceta nagle sparaliżowało. Obróciło nim po prostu dookoła osi. Kalina zniknęła mi z oczu. Myślałam, że do ubikacji skręca, ale widzę, że facet rzucił się za nią. Co się dzieje? Po chwili otwierają się drzwi tego przedsionka. Kalina taka zlekka, nieprzytomna, blada. Facet ją pod łokcie podtrzymuje i prowadzi do wagonu. Facet mówi, musi odpocząć, bo taka przygoda. Dobrze, że tam stałem, bo wagon nie był zamknięty, a odczepiono wszystkie wagony i drzwi na końcu były otwarte. Widziałem, jak je odsunęła. – Byłyście w ostatnim wagonie?
[01:20:56.31 → 01:20:57.09] B: – Tak.
[01:20:57.45 → 01:22:34.58] A: I gdyby nie to, że złapała za klamkę, Bóg raczy wiedzieć, co by się stało. Doszła do siebie. Minęliśmy kolejne stacje. W pewnym momencie pojawił się konduktor. Zasłonił firanki i powiedział, że nas zamyka w wagonie od zewnątrz, bo do granicy polskiej wagony są puste, ale na granicy wleje się do pociągu tłum, więc prosi, żeby nie wychodzić z przedziału. Miał rację, skoro zarezerwowano dla nas cały przedział, to chciał nas ostrzec, że ludzie nie mający miejsc będą chcieli do nas dosiąść. A tak, nie trzeba tłumaczyć, szczelnie zamknięte, zasłonięte. Tylko zapytał, czy nie chcemy iść za potrzebą, bo jeśli tak, teraz ostatnia szansa, zanim zamknie przedział. Kalina uparła się, że nie pójdzie. Dobrze. Przejechałyśmy szczęśliwie do granicy, pociąg ruszył i nagle Kalina No ja się muszę wysikać, nie dojadę przecież, jeszcze tyle godzin. Patrzę na nią zdumiona, a ona zauważa możliwość. Okno. Mówi, ty mnie przytrzymasz, jakoś muszę koniecznie. A przecież myśmy były zamknięte do samego Wrocławia. Wpadła na pomysł, że wystawi goły zad za okno, ja mam ją przytrzymać i pilnować, czy aby nie ma ludzi przy torach, żeby nie byli przez nią poszkodowani. Nie ulega wątpliwości, że to było niezwykłe przeżycie. Tylko czy wykonała zadanie? Kalina? Oczywiście. Ja się nie dałam namówić. Już wolałam męki totalne przeżywać, niż brać udział w tej scenie jak Sveliniego.
[01:22:36.02 → 01:22:49.35] B: Dziękuję. Jak Sveliniego. Tak się zaczęłam zastanawiać, Słuchając tej opowieści, czy pani prowadzi dziennik?
[01:22:51.73 → 01:23:20.99] C: I tak, i nie. I tak, i nie. To znaczy, w głowie tak. Na papierze nie, bo nie starcza czasu. Ale wstecznie robię jakieś notatki. Tu patrzę na autora, bo może przydadzą się, bo ja wiem, nie wiem. W każdym razie to naprawdę nie jest wszystko, co w tej książce.
[01:23:22.55 → 01:23:47.68] B: Właśnie, a propos wszystko, Remku, bo to jest książka napisana w sposób taki, jak państwo słyszeli, czyli dość dosadny czasem, ale niezwykle delikatny. To nie jest książka sensacyjna. Tam czytelnik nie znajdzie tego, co może znaleźć dzisiaj w gazetach, kiedy czyta się czasem wywiady z gwiazdami. Ty twierdzisz dużo więcej niż napisałeś, prawda?
[01:23:48.84 → 01:23:54.84] C: A ja zdecydowanie dziękuję za tę delikatność, bo to otwiera moje zaufanie.
[01:23:54.98 → 01:23:56.94] B: Do następnego tomu, oczywiście.
[01:23:58.24 → 01:26:32.85] D: Rzeczywiście często albo czasem, to nie jest moja pierwsza książka, bywa tak, że ja wiem dużo więcej, bo wiem, bo jestem bliżej w czasie pracy, albo ktoś mi mówi więcej, czasem ja mam potrzebę coś odcenzurować i uważam, że nie wszystko się czytelnikowi należy, nie każda opowieść się czytelnikowi należy. Czasem jest tak, że sama książka też, jakby tego typu książki, ona jest bardzo szczera, ale też jest kreacją, przecież to jest też forma, prawda? To jest też jakaś kreacja, nad którą ja pracuję od początku do końca, próbując też, mając ten cały materiał rozmowy do opracowania, też wymyśleć jaka to ma być kreacja, żeby była najbliższym portretem tej osoby, którą ja znam, czy którą ja zobaczyłem. I takim przykładem jest moja książka, było więc minęło, rozmowa z panią profesor Janną Penson, lekarką Wałęsy, która jak przyszedłem do niej na ostatnią rozmowę, powiedziała, ale pan nie może jeszcze napisać o mnie książki, bo pan nie wie o mnie wszystkiego. Teraz panu to powiem. Proszę wyłączyć dyktafon. Wolałabym, do pana należy decyzja, wolałabym, żeby pan tego nie napisał. I opowiedziała mi dwie historie ze swojego życia, które jakby do dzisiaj są też jej jakimś problemem, czy jakąś taką traumą nieprzepracowaną. I nasza książka kończy się dokładnie w momencie, kiedy ona mówi, proszę wyłączyć dyktafon. To znaczy ja uznałem, że rzeczywiście dowiedziałem się więcej i wiem dużo o swojej bohaterce, ale ta wiedza niekoniecznie należy się czytelnikowi. Tutaj z panią Barbarą, bo też jakieś mamy przecież prywatne kontakty poza tymi spektaklami, też pani Barbara całkiem niedawno w Jedynce w Polskim Radiu zagrała wiele gran w słuchowisku na podstawie mojej powieści, bądź moim Bogiem. Ciągle takie te zawodowe są spotkania zaskakujące, nawet nieplanowane, ale też obserwuję prywatnie i też uważam, że nie wszystko jest do książki. Tutaj pani Barbara nawet zdecydowała się na taką formę listu na końcu tej książki, gdzie właśnie jakby pisze, że docenia, że napisałem dużo, ale że nie napisałem wszystkiego. I tak nie powiemy czego zresztą.
[01:26:34.23 → 01:26:43.37] C: Urodziło mi się takie pytanie, czy przewidziane są pytania od państwa?
[01:26:43.57 → 01:27:08.81] B: Tak. To się nazywa też właśnie spotkanie. To jest pani Czar, bo to był ten moment, kiedy chciałam to zaproponować. Musiała pani to przeczytać w moich myślach, proszę pani. Jeśli państwo mają ochotę zadać jakieś pytanie, to bardzo proszę. Mamy jeszcze jeden fragment, który chcielibyśmy państwu zaprezentować. Wracając do ról pani Barbary Kraftówny.
[01:27:09.15 → 01:27:11.59] D: Pan ma mikrofon, myślałem, że pan ma. A może pan zapyta?
[01:27:13.22 → 01:27:21.29] B: Pan ma mikrofon. Jeśli państwo zdecydują się na rozmowę publiczną z naszymi gośćmi, to bardzo byśmy prosili o skorzystanie z mikrofonu.
[01:27:21.29 → 01:27:57.18] D: Żeby zachęcić ja anegdotę moją ulubioną o pani Barbarze, to państwo będą mieli czas, żeby pomyśleć, o co panią Barbarę zapytać. Ale taką mam anegdotę z prób do spektaklu Oczy Brigitte Bardot. którą bardzo lubię, właśnie nasz dyrektor i reżyser Maciej Kowalewski strasznie się zakichał tę próbę na śmierć, można powiedzieć. Znaczy kichał, kichał i kichał i kichał, końca nie było. No i w końcu przeprosił, że mu jest przykro, ale jest uczulony na kurz. I pani Barbara tak się podniosła wtedy i powiedziała, panie Maciusiu, ja już się dzisiaj trzepałam.
[01:28:00.22 → 01:28:01.16] C: Tak.
[01:28:02.70 → 01:28:27.26] B: Bardzo proszę. Ja podejrzewam, że państwo zostawili sobie przyjemność zadawania pytań w czasie podpisywania książki. Mam odwagę zadać pytanie, czy ta cudowna młodzieńczość, która jest w pani, to jest ciężka praca, czy pani po prostu taka jest?
[01:28:27.94 → 01:28:41.67] C: Taka jest, ale pilnuję oczywiście, żeby się nie rozpędzić za bardzo. tak zwana dyscyplina, bo ja wiem, kulturowa.
[01:28:43.39 → 01:28:48.29] B: Ale nie rozpoznać w którą stronę, żeby... Charakterologicznie.
[01:28:49.77 → 01:28:58.51] D: Z czego sympatia do Lublina wynika?
[01:28:58.71 → 01:30:23.87] C: Z wielu spraw, naprawdę z wielu. z kulturowości, którą już na ulicy natychmiast wyczuwa się w takiej jakiejś grzeczności, wręcz serdeczności, co w efekcie daje elegancję, bo tak jakby wszędzie indziej jest taka rzeczywistość, powiedzmy sobie grzeczna, taka siermiężna rzeczywistość, Jeśli się zada pytanie, czy to w prawo trzeba iść, czy w lewo, w prawo. Dziękuję panom, proszę. W Lublinie jakiekolwiek pytanie, gdzie kiedykolwiek byłam i zadałam, czyja zna... Ale tak, tu pani pójdzie tędy, pani pójdzie tu, pani załatwi, pani ta, ta, ta. O, to ja podprowadzę, żeby pani, bo tutaj za chwilę może być tak, że się mylą ci, co nie znają, to... No coś nadzwyczajnego jakaś jest serdeczność. Język poza tym jest ciągle dźwięczny, melodyjny. Wspaniała ekspresja, bo kilkakrotnie byłam z Nałęczowa przywożona tutaj w okresie letnim na jakieś juwenalia, jakieś były obchody, linoskoczkowie, to w zeszłym roku chyba.
[01:30:25.47 → 01:30:27.03] B: Karnawał z sztukmistrzów.
[01:30:27.11 → 01:31:37.01] C: Sztukmistrzów. To zupełnie mi się zanotowało, jakbym jakiś spektakl oglądała, bo przede wszystkim tłumy wyległy, jak to się mówi, całe miasto na ulicy. pogoda majowo-burzowa, tutaj granatowe niebo, tutaj błyskające, widoczne błyskawice. Za chwilę deszczyk majowy pokropił, jakiś grzmot gdzieś grzmotnął. Tutaj oglądamy tych linoskoczków pełno tłumu, dzieci, rodziny. Restauracje wystawiły stoły na zewnątrz, nakryte obrózami, wszyscy siedzą na zewnątrz, na ulicach, cudownie, wszyscy na obrotach i żadnego naka słowa nie słyszałam w tym tłumie. Ebenemen, cuda, cuda.
[01:31:39.00 → 01:32:57.09] D: Czy ja mogę też dwa słowa o Lublinie, skoro o tej sympatii, bo właśnie tak też chciałbym ją wyrazić, skoro jestem w Daku Karoliny Rozwód. Jestem tutaj po raz kolejny, Grażyna zresztą, w tym cyklu, który prowadzisz. Jest mi naprawdę bardzo miło. Zwłaszcza, że taki profesjonalizm dziennikarski to już jest dzisiaj rzadkość. Duże szczęście. Cudowny obiad mieliśmy dzisiaj u Eli Leszka w Hadesie. To jest po prostu śliwki z tym jankiem. To jest nieporównywalne. Jest pan Leszek Mącik. Wspomnienie mam sprzed lat, jak z Ulą Dudziak jedziemy na premierę. Odchodzi Różewicza. Ula po raz pierwszy po latach wsiadła do auta. Nie wiedziała, jak ruszyć. Nie wiedziała, jak wyjechać na Lublin z Warszawy. Jechaliśmy w przeciwną stronę. Naprawdę potem w Hadesie klezmerzy grali jej utwory. Były tańce na stole. No w ogóle jakoś tak mam w pamięci niesamowicie tę przygodę. Jola Szala, która mnie ubiera po prostu. U niej szyję ubrania wszystkie, w których występuję. Jestem oficjalnie przy różnych okazjach. Naprawdę jest tu cała masa też ludzi, których znam i bardzo cenię i strasznie mi jest miło, że tutaj mogę być. Bardzo dziękuję.
[01:32:58.03 → 01:34:23.90] C: A ja dziękuję również i pytanie, dlaczego taki tytuł bardzo spasowany, bo naprawdę jest to kraina czarów. Pan profesor Mądzik-Leszek, który dzisiaj wczoraj, od wczoraj, a dzisiaj pojawia się w moim życiorysie, bo sprawdzałam przedtem, to znaczy energią i organizacją mojej organizatorki Elżbiety. Proszę cię sprawdzić, czy na liście gości jest profesor Leszek Mądzik. No jest, ale czy na pewno jest na liście, czy potwierdził, czy będzie. I nagle dowiaduje się, że nie tylko będzie, ale że na pewno przyjedzie po mnie, nie kto inny, bo tu z Lublina, tu z teatru miał ktoś przyjechać. A tu przyjeżdża po mnie pan profesor Leszek Mądzik. Bardzo serdecznie dziękuję. Zabrał mnie z Nałęczowa, przywiózł na spektakl, jest obecny i będzie wracał do Warszawy, bo tam ma wykłady. Co ja mogę więcej dodać poza dziękuję, przytulam, bardzo dziękuję.
[01:34:27.26 → 01:34:37.88] B: Jak ręku napiszesz, bardzo proszę, tylko gdyby pani zechciała pół minuty, może nawet krócej poczekać na mikrofon.
[01:34:47.36 → 01:34:49.82] C: Pani Barbaro, pani głos jest tak bardzo
[01:34:49.82 → 01:35:04.12] B: charakterystyczny, że chciałam zapytać, czy to jest rodzinne, czy po mamie, czy po babci i czy siostra, o której pani wspomniała, też ma głos o takim brzmieniu?
[01:35:05.36 → 01:38:15.91] C: Nie, to jest mój własny, ale... ale po matce być może to nazwijmy taką cechę zatrzymał, czy też rozwinął się głos, jako że matka była bardzo muzykalna. Chcę powiedzieć, że prawie 100 lat do tyłu, 80 lat do tyłu, Ludzie bardzo ładnie mówili, bardzo się zwracało na to uwagę. A matka jako muzykalny człowiek o ładnym bardzo tębrze głosu, o pięknej melodyce interpretacji mówienia, modulowanego, co teraz w ogóle nie jest znane, tylko na jednym poziomie się mówi i mówi się, tak się mówi, ale tak się mówi i w zasadzie taka jest epoka i czy to jest ulica, czy to jest salon, to i tak wszyscy razem mówimy i ten jeden ton dźwięczy, prawda? No chyba tak. Więc jestem wzruszona z tym pytaniem, wzruszona czujnością, że są osoby, które to słyszą i jeszcze zadają takie pytania. Pozwolę sobie to opowiadać i dawać jako przykład takiego pytania i tegoż głosu. Dalszy ciąg głosu, ponieważ był jak myszka, Gal natychmiast podmienił mnie jako swoją uczennicę, profesorem Adamem Ludwigiem nad Morzem w Gdyni. Profesor Ludwig przysłał swoją utalentowaną bardzo muzykalnie uczennicę. Była to Marysia Fultyn, która przychodziła tutaj do nas na próby, żeby osłuchać się, opatrzyć jak gdyby i z reżyserią, egzystencją aktora czy śpiewaka, tylko człowieka na scenie. A ja byłam z kolei ćwiczona przez małżeństwo, bo i profesorowa była pani Heinrichówna, była również śpiewaczką i profesorką. Także na cztery ręce byłam kształcona i oddechem, i dźwiękiem, i jest to baza, na której trwam do tej pory, bo jeśli mam jakieś wahnięcia, tak zwany rozstrojony fortepian, to w przypadku ćwiczeń wraca kondycja dźwięku.
[01:38:16.49 → 01:38:58.23] B: To też jest piękna lekcja, to o czym pani w tej chwili mówi Co wywołuje Pani tą opowieścią? Proszę zwrócić uwagę, Pani Barbara Kraftówna już po raz kolejny dziś powiedziała o tym, że ćwiczy, że pracuje, że się zwyczajnie rozwija. Głos można wyćwiczyć, spojrzenie, któremu poświęciliśmy dzisiaj tyle miejsca, że tak a nie inaczej patrzy na świat, to też można wyćwiczyć. Przecież Państwo jako studenci siadali na plantach, uważnie obserwowali całe towarzystwo dookoła, I takie wyćwiczone spojrzenie ma swoje konsekwencje, bo nawet napad, zdaje się, jeden wam się udało udaremnić, prawda?
[01:38:58.41 → 01:41:57.81] C: To były ćwiczenia bardziej charakterologiczne. Myśmy nie uświadamiali sobie tego, on cudownie nas obserwował, nasze możliwości, nasze wrażliwości. Wszystko jakby miał zapisane, wiedział, jak nas prowadzić, co można z nas wyciągnąć, jak nas ulepić, fenomenalny pedagog, wspaniały pedagog. Te ćwiczenia, powiedzmy, oczu były oprócz ćwiczeń zawodowych na światło, umiejętności, że tak powiem, przyjmowania świateł. Poza tym normalne ćwiczenia, tak jak się ćwiczy rączka, czy tam ramię, czy nóżka, kolano, biodro, to były ćwiczenia wiścia, tak jak to się nazywa to, do czego strzela się tarcza. Tarcza taka z tymi kółami. Koło duże, koło mniejsze, koło tego i punkcik. No i to się te... oczywiście gałką trzeba było obracać. Ja bardzo dawna tego nie ćwiczyłam, ale przecież to chyba widać przecież, że obracam. Nie mówiąc o scenie małej, o scenie... inny ruch jest dla sceny małej, inny dla dużej i zupełnie inny dla ogromnej sceny. Teatr, mój widzę, ogromny. I to dotyczy ruchu. W tym zawiera się czas trwania, czas ciszy scenicznej, w jakich odstępach robi się pauzę i kiedy należy zacząć. Sprawa właśnie ćwiczenia oczu, bardzo ważna. A na plantach to z kolei ćwiczenia spostrzegawczości. On sobie zapisywał dokładnie, dając nam wycinek, że mamy zapamiętać. Ty masz zapamiętać trzy szczegóły, sam sobie wybierasz. A ty masz zapamiętać cztery szczegóły jakieś i też zapamiętać i przekazać. Przepraszam, on był bardzo mistrz w tych szczegółach i dokładnie wiedział, czy uczeń wyłapał te szczegóły, które on zauważył, czy też nie. Ciekawostka.
[01:41:59.45 → 01:43:27.10] B: Doskonale też przez całe życie ćwiczy się Barbara Kraftówna w kontakcie i w spotkaniach z innymi. Za moment, jeśli państwo mają takie życzenie, spotkania już bardziej indywidualne przy podpisywaniu książki. Ja jeszcze chciałabym tylko wrócić na moment do tych podziękowań, które Państwo tutaj tak pięknie składali. Taka refleksja mi przyszła do głowy, że dobrze, że to się już dzisiaj wydarzyło z tymi podziękowaniami, bo myślę sobie, że nie tylko drugi tom książki jest przed Państwem, ale także takie mam podejrzenie, że Remigiusz Grzela, zwany pieszczatliwie Grzemikiem, napisze, może to dobry pseudonim, scenariusz filmu Oscarowego, w którym zagra pani Barbara Kraftówna, pojedziecie do Los Angeles, to już nie będzie pokój z widokiem na Los Angeles, tylko staniecie gdzie trzeba, a później przyjdzie do podziękowań i będzie tylko kilkanaście sekund. Dobrze, że się Państwo teraz wygadali. Bardzo tego serdecznie Państwu życzę. Dziękuję także za to spotkanie, które jest pięknym dowodem na to, co chyba Einstein mówił, że życie da się przeżyć na dwa sposoby. albo traktując, że nic nie jest cudem, albo traktując, że wszystko nim jest. Dziś spotkali się Państwo z tymi, którzy wyznają drugą wersję tego stwierdzenia. Bardzo dziękuję. Barbara Kraftówna, Remigiusz Krzela.
[01:43:27.12 → 01:43:27.44] D: Dziękuję.
[01:43:27.84 → 01:43:30.12] C: Dziękuję.

Bitwa o literaturę. Sztuka spotkania

O rolach, ludziach i ciekawości, o tym jak walczyła o hejnał i dlaczego czasem trzeba włożyć nogi do miednicy z zimną wodą, a zawsze nad sobą pracować, opowiedziała Barbara Krafftówna Remigiuszowi Grzeli. “Krafftówna w krainie czarów” ukazała się w 70. rocznicę debiutu scenicznego wielkiej aktorki. Barbara Krafftówna i Remigiusz Grzela będą gośćmi wieczoru o sztuce spotkania.
Grażyna Lutosławska

Wróć