Tryb wiązania: strict

Staramy się pokazać tylko najmocniejsze trafienia.

[pokaż transkrypt] [ukryj transkrypt]
[00:03.04 → 03:43.07] A: Dobry wieczór Państwu, Łukasz Drewniak. Dziękuję za te skromne, aczkolwiek szczere brawa. Drodzy Państwo, dzisiejsza odsłona Bitwy o Literaturę nazywa się Nowa Literatura Dziecięca i Teatr, czyli post-szrekizm i będziemy się w nim zajmować pewną nową falą twórczości dla najmłodszych widzów, najmłodszych czytelników, która chyba tak naprawdę wywraca wszystkie nasze przyzwyczajenia lekturowe, każe nam na nowo nawiązywać kontekst kontakt z tymi potworami, geniuszami, które nazywają się czasem naszymi dziećmi. I od razu wyjaśnienie, scenografia do tego dzisiejszego spotkania miała wyglądać zupełnie inaczej. Planowaliśmy tutaj w tyle taką wannę z kulkami, zjeżdżalnię, pajęczyny, około 10 statystów, którzy będą cały czas broić za naszymi plecami i polegliśmy nie z powodów finansowych, ale z takiego przeświadczenia, że w pewnym momencie te dzieci wyrwą nam mikrofony i zaczną opowiadać własne historie. A my spróbujemy z naszymi dzisiejszymi gośćmi zastanowić się, jak właśnie z nimi rozmawiać, w jaki sposób dotrzeć do dziecka w nich i dziecka w nas, który jeszcze chyba tam ciągle gdzieś mieszka. Są z nami Malina Prześluga. Zapraszam serdecznie. Malina Prześluga, dramatopisarka, autorka wielu sztuk dla dzieci, dramaturg Teatru Animacji w Poznaniu. Zapraszam Pani Malino. Już niedługo zobaczymy w Lublinie w Teatrze Starym sztukę zrealizowaną przez Teatr Maska w Rzeszowie, Ble. Przyjedzie także Chodź na słówko z Poznania. W innych teatrach możecie Państwo oglądać Dziób w dziób, Najmniejszy bal świata i mnóstwo innych tekstów. I Grzegorz Kasdepke stuprocentowy bajkopisarz. Zapraszam. Grzegorz Kasdepke przez pięć lat, bardzo dawno temu, był redaktorem naczelnym Świerszczyka. Jest autorem słynnego cyklu o Potworaku, Kacperiady, Romans Palce Lizać. Bardzo polecamy tę książkę z przepisami o trzech przedstawicielach trzech różnych pokoleń. Zapraszam, proszę usiąść. Dziadku Felicjanie, ojcu Felku i najmłodszym. Dziadku Felusiu, ojcu Felicjanie, Felusiu, tak. I drodzy państwo, w tym gronie będziemy badać to terytorium nowej literatury dziecięcej, nowego teatru dziecięcego także, albo takiego, który pod hasłem dzieci ukrywa coś znacznie ważniejszego, czyli sposób naszej komunikacji z nimi, naszych prób rozszyfrowania tej wyobraźni, tej wrażliwości, tego języka. Zacznijmy w ten sposób. Pamiętacie państwo to zdanie chyba Brunona Schulza o dzieciństwie? że w dzieciństwie dochodzimy do takich najważniejszych, kluczowych dla nas obrazów, które potem pełnią funkcję taką jak nitki w roztworze, wokół których się krystalizują takie małe kryształki sensów, odkryć, zdobyczy. Czyli w dzieciństwie docieramy do tego, co najważniejsze, co potem nas będzie nękać przez całe życie, co będziemy próbować rozszyfrować, wyrazić, nazwać. Więc skoro Schulz stawiał tutaj punkt startu, punkt ciężkości w myśleniu o literaturze także, w myśleniu o artyście, o człowieku, to nie bez kozery będzie zacząć także od takiego punktu w przypadku tej naszej rozmowy. Co odkryliście państwo w dzieciństwie? Każde dziecko jest takim wynalazcą, odkrywcą i każdy z nas ma takie zdobycze na swoim koncie. Pamiętacie takie najważniejsze odkrycie z tego okresu burzy i naporu, czyli lat dwa, Dziewięć, dwa, czternaście. Pani Melino.
[03:45.21 → 04:39.34] B: To znaczy tych odkryć jest pewnie wiele, ale zaskoczona pytaniem pojawiło mi się jedno. Jak dotarło do mnie, że moja babcia oszukuje mnie tylko dlatego, żebym poczuła się mądrzejsza. To znaczy, jak zaczęłam jej kiedyś tłumaczyć, że niebo jest niebieskie, a chmury są białe, to ona bardzo długo udawała, że tego nie wiedziała i że to ja jej wytłumaczyłam, że jest tak, a nie odwrotnie. I pamiętam, że byłam absolutnie potwornie z siebie dumna, że udało mi się nauczyć czegoś moją babcie, czegoś, co jest właściwie bardzo ważne i podstawowe. I gdzieś po latach przyszła refleksja, że ta moja babcia przecież to wiedziała i że to tak naprawdę zrobiła mnie w konia po to, żeby mnie gdzieś dowartościować. No i takie właśnie odkrycie, że dziecko, ja przynajmniej, Było mi bardzo dobrze z tym poczuciem, że ja też mam coś mądrego do powiedzenia. Może tak.
[04:39.80 → 04:42.04] A: Dziękuję bardzo. Panie Grzegorzu, Pana odkrycie.
[04:43.20 → 05:50.53] C: Przyznam, że bardziej mnie interesuje, co odkryję za chwilę o tym swoim dzieciństwie, ponieważ im jestem starszy, tym chętniej jednak o dzieciństwie myślę i więcej myślę o dzieciństwie. Ja dopiero co skończyłem słuchowisko, którego pewnego rodzaju bohaterem jest Alzheimer i tak naprawdę przekopałem się przez Tysiące, tysiące książek o Alzheimerze i rozmawiałem z dziesiątkami osób, które zajmują się chorymi na Alzheimer, a także dziećmi. I to, co mnie uderzyło, to takie zdziwienie dzieci, że ich dziadkowie, bo to są najczęściej dziadkowie, babcie, właśnie wracają do dzieciństwa, stają się znowu na powrót dziećmi i odkrywają w swoim dzieciństwie coś, czego nie pamiętali przez całe życie. Bardziej mnie w tej chwili interesuje to, co odkryję w dzieciństwie za lat parę niż to, co odkryłem. Na poziomie już tak bardzo praktycznym odkryłem w dzieciństwie, po pierwsze, że uwielbiam kłamać, że jestem znakomitym blagierem i to właśnie pani profesor Papuzińska spowodowała, że zechciałem być w tym klanie blagierów, kłamców, bo przeczytałem jej książkę Nasza mała czardziejka, potem tę książkę, pamiętam, przerabiałem w szkole podstawowej i natychmiast zapragnąłem być takim samym kłamcą jak pani Papuzińska.
[05:51.23 → 05:52.11] A: Udało się?
[05:53.33 → 06:51.39] C: To, że jestem tutaj na tych deskach świadczy o tym, że trochę mi się udaje w tej chwili. To raz. Dwa, odkryłem, że za takie kłamstwa można być nie tylko ganionym, ale także chwalonym. Trzy, odkryłem biblioteki, czyli mówię teraz o bardzo praktycznych odkryciach. Odkryłem bibliotekę, miejsce, w którym są poszeregowane historie. I odkryłem też w sobie, że potrafię takie historie tworzyć. A dlaczego tego do tej pory nie wiem. Pan mówi tutaj o twórczości lat dzieci. Nie mamy dzieci wśród nas. Jestem zawsze bardzo ciekaw perspektywy dziecka, ale ja dzisiaj przyjechałem do Państwa zatrzymując się po drodze na dwóch spotkaniach autorskich. Rozmawiałem z dziećmi, one zawsze zadają takie właśnie pytania dotyczące także twórczości, skąd się te pomysły biorą i ja za każdym razem odkrywam własną głupotę, gdy nie potrafię rzeczywiście złapać tego momentu, w którym pomysł się gdzieś w mojej głowie zakorzenia. Te odkrycia są dopiero przede mną i być może właśnie odpowiedź na nie gdzieś się kryje w dzieciństwie, ale ja do tej odpowiedzi jeszcze nie dotarłem.
[06:52.29 → 09:14.74] B: Ja mogę jeszcze coś odkryć, bo to pytanie o jakieś odkrycia w dzieciństwie, Jak się teraz zastanawiam, to właściwie niedawno odkryłam, parę miesięcy temu, coś, co mogłoby być odkryciem dzieciństwa. I myślę, że taka anegdotka, która jest... Warto się nią z Państwem podzielić, bo ona też być może zahacza o to, o czym będziemy sobie rozmawiali. Jakieś pół roku temu dostałam propozycję, żeby napisać adaptację Pinokia do teatru Fredry w Gnieźnie. I właściwie zgodziłam się w ciemno, dlatego że pamiętałam, że Pinokio to była dla mnie jako dziecka fascynująca książka. I było to dla mnie jakby prezentem, że ja mogę teraz napisać taką sceniczną adaptację. I wypożyczyłam sobie tę książkę i przeczytałam ją po raz pierwszy jako dorosła osoba. I myślałam, że się rozbeczę tam nad tą książką. Okazała się dla mnie już jako dorosłej osoby ta książka oryginalna Collodiego czymś absolutnie nie do zniesienia. To znaczy była tak siermiężnie moralizatorska i tak pozytywistyczna, tak nastawiona na to, że pracuj, pracuj, pracuj, bądź grzeczny, trzymaj się tylko i wyłącznie w tych ramach, w jakie cię wstawiono, a będziesz być może szczęśliwy, a jak nie, to cię pokażę, to było dla mnie potworne odkrycie. To odkrycie polega na tym, że ja jako dziecko gdzieś w naturalny sposób sobie tę książkę przefiltrowałam, to znaczy zapamiętałam z niej tylko te rzeczy, które były w jakimś sensie pojechane, jak na przykład bycie w środku wieloryba, albo na przykład powiększanie się nosa. Tylko te historie takie wyjątkowe, takie niezwykłe, takie bajkowe. Natomiast jakaś moja dziecięca wrażliwość kompletnie odrzuciła cały ten dydaktyzm. I też w ten sposób zabrałam się za pisanie tej adaptacji, po czym okazało się, że to nie jest jednak adaptacja wierna, tylko powstał tekst absolutnie na motywach, raczej inspirowany Pinokiem. I też odkryłam, że rzeczywiście czasami nawet tę dydaktykę, nawet nie ma sensu jej pakować, choćby dlatego, że dziecko i tak sobie to mimowolnie gdzieś tam odcedzi, odsieje i zostanie z tego tylko to, co jest tak naprawdę dla dziecka fascynujące, bo jest w jakiś sposób wspaniałe, fascynujące i bajkowe, a niekoniecznie takie indoktrynerskie. Także to też takie moje dorosłe odkrycie a propos siebie jako dziecka.
[09:15.84 → 09:41.84] A: Przydziliście państwo trochę moje kolejne pytanie. Przy takich ankietach zapoznawczych, jaką kategorią skojarzeń będziemy operować, w jakim obszarze wspomnień czy doświadczeń dzieciństwa będziemy się poruszać, zawsze się pojawiają tytuły książek i tytuły filmów. Uznajmy, że te książki fundamentalne już padły, a jak jest z filmami? Przecież należy mniej więcej, może nie do podobnych generacji, bo pani Malina jest, mogłaby być naszą córką, panie Grzegorzu.
[09:42.94 → 09:43.64] C: Nas dwóch?
[09:43.80 → 10:03.88] A: Nas dwóch na przykład. Taką duchową, duchową córką. Ale są jeszcze filmy, które mnie także formowały jako młodego widza, młodego czytelnika, młodego potem humanisty. Takie filmy dla dzieci, które zostają w głowie tak samo długo i tak samo mocno jak książki. Macie Państwo takie filmy?
[10:03.88 → 10:43.85] B: Ja kudłaty, durnowaty nie wiedziałam co to taty, czyli Przyjaciel Wesołego Diabła. Pierwszy film, na którym byłam w kinie i może dlatego tak mi został w głowie. Taki nasz trochę polski E.T. bym powiedziała dzisiaj. A drugi film, który teraz mi się też jakby natychmiast nasunął, to Niekończąca się opowieść. Z tym pięknym białym psim smokiem, falkorem i tym takim niesamowitym światem, który właśnie bierze się z książki, z literatury. To te dwie rzeczy, które tak od razu mi przychodzą do głowy. No ale podejrzewam, że było tego trochę więcej. Oczywiście też Akademia Pana Kleksa z całą tą fantazją wybujałą. No i dobra, na razie te trzy.
[10:44.40 → 10:45.02] A: Pani Grzegorzu?
[10:45.25 → 11:37.13] C: Chciałbym powiedzieć, że książki były ważniejsze, czy to na przykład był Leśmian, ale prawdę mówiąc, najważniejszym doświadczeniem artystycznym mojego dzieciństwa były Gwiezdne Wojny. I tak naprawdę cała amerykańska produkcja popkultury, która objawiła się i poprzez Gwiezdne Wojny, i poprzez filmy takie jak Powrót do Przyszłości i E.T. Przyznam, że gdy oglądałem jako smarkacz w PRL-u, to jest bardzo ważne, gdy oglądałem jako smarkacz w PRL-u E.T. na przykład, to oczywiście na mnie niezwykłe wrażenie zrobiła ta nieprawdopodobna lalka. Animowana lalka, która jest tam z Forem z Kosmosu. Ale jeszcze większe wrażenie na mnie zrobiło to, że chłopaki tam zamawiają pizzę przez telefon. I taka tęsknota do normalnego, kolorowego świata budowała się we mnie przez lata istnieniejsze PRL-u. Te filmy rzeczywiście spowodowały, że ja zachłysnąłem się absolutnie popkulturą jako taką i dobrze mi się popkultura kojarzy.
[11:38.07 → 12:30.53] A: Teraz w takim dojrzewaniu Autora dla dzieci. Każdego autora, każdego artysty przychodzi taki moment, że trzeba jak Neo w Matrixie wybrać między zieloną i czerwoną tabletką. Dla kogo piszę? Jaki będzie mój start w dojrzałą twórczość? Często bywa tak, że np. powieściopisarze zaczynają od twórczości poetyckiej, które się potem wstydzą, chowają do szuflad, palą, unieważniają. Albo odwrotnie, że poeci trenują jakieś formy dziennikarskie, jakieś małe nowele. Jak z państwem było? Od razu była ta intuicja? Tak, ja mam talent do pisania dla dzieci, do tworzenia takich światów, do komunikowania się z dzieckiem dorosłym i dzieckiem w dziecku. Czy to była taka kalkulacja zawodowa? To jest jeszcze nierozpoznany rynek. Tutaj może jest jakaś przestrzeń dla mnie, dla mojego humoru, talentu?
[12:31.13 → 12:31.83] B: To może pan.
[12:33.37 → 14:25.80] C: Korzystam z tego prawa, które każe zawsze oddawać głos kobietom w dyskusji. Dobrze, powiem pierwszy. Nie znam żadnego normalnego młodego mężczyzny, który pragnie pisać dla dzieci. Nie znam, nie poznałem takiego. Być może tacy się gdzieś zdarzają. Gdy ja zaczynałem pisać dla dzieci, nie było to normalne. Debiutowałem jako autor opowiadań fantastycznych w piśmie Fantastyka i marzyłem o tym, że zostanę autorem książek fantastycznych. Dość szybko doczekałem się syna. Właśnie przedstawiam najważniejszą osobę, najważniejszego bohatera mojego życia, bo to nie jest bohater książkowy, literacki, tylko bohater mojego życia. Dość szybko doczekałem się syna Kacpra, dla którego napisałem pierwszą książkę i jej popularność spowodowała, że napisałem drugą książkę, a potem trzecią i nagle po 20 latach okazało się, że jestem w miarę popularnym, rozpoznawalnym autorem książek dla dzieci. Wciąż gdzieś tam w głowie mam potrzeby napisania książek dla dorosłych, ale wiem, że w tej chwili już wpadłem w pułapkę, ponieważ ja już w tej chwili nie mogę napisać dobrej książki dla dorosłych, tylko muszę napisać bardzo dobrą książkę dla dorosłych. Ponieważ ja, autor książek dla dzieci, będę szczególnie ostro potraktowany przez krytyków. Na zasadzie, no co tam nam pan od bajek napisał. Także chociaż to potrzeba napisania dla dorosłych we mnie tkwi cały czas, to piszę książki dla dzieci, bo polubiłem to w tym czasie. Studiowałem dziennikarstwo. Jako student dziennikarstwa trafiłem do pisma Ledzieci Świerszyk. Ale rok wcześniej pracowałem przez cały rok w polityce i tak dotknąłem tam w polityce takiego dziennikarskiego nieba tak naprawdę, ponieważ wszyscy moi wykładowcy marzyli o takim właśnie rodzaju dziennikarstwa. Bez żadnego oporu porzuciłem pisanie w polityce, ponieważ uznałem, że ganianie założonikami jest mniej interesujące niż to, że przeleciały bociany na przykład, a takimi akurat tematami zajmowałem się w świerszym. Także troszeczkę przypadku albo losu, nie wiem, może to opatrzność Boża sprawiła, że mój syn się pojawił w moim życiu tak szybko. Lubię pisać książki dla dzieci, z tym, że rzeczywiście to nie oznacza, że kiedyś nie podejmę się napisania książki dla dorosłych.
[14:25.80 → 14:40.26] A: Ja tylko dopytam, ta pierwsza książka dla Kacpra to był... Czy to była próba opowiedzenia o jakiejś historii, skomunikowania się z nim, czy zrozumienie jak on może myśleć, jaką ma wrażliwość? Co to był za rodzaj tekstu komunikatu dla młodego autora?
[14:40.92 → 15:45.62] C: Łatwiej jest mi rozmawiać z dziećmi, bo dzieci intuicyjnie szybciej rozumieją to, co chcę powiedzieć. Dlatego, że zwłaszcza z dziećmi, które nie mają za sobą iluś dyskusji poświęconych literaturze, ponieważ rozmawiając z dziećmi nauczyłem się mówić tak bardzo, bardzo wprost. Pisałem książkę o Kacpra, nie dlatego, żeby zrozumieć Kacpra albo żeby dotrzeć do niego. Pisałem tak naprawdę tylko po to, tylko z jednego powodu, żeby zachować w pamięci, tu wracamy do pamięci, te fragmenty dzieciństwa mojego syna, które zapewne kiedyś by uleciały, gdyby nie książkę. Dopiero gdy napisałem książkę, zorientowałem się rzeczywiście, ja nie Kacpra, ale siebie jako ojca zaczynam trochę bardziej rozumieć, bo ja byłem przerażonym ojcem. Nie byłem ojcem wszystko wiedzącym, byłem ojcem, który się uczył bycia ojcem. I ta książka była dla mnie istotna tylko z tego względu, że gdy czytałem potem o sobie samym, Kacprowi, patrzyłem na siebie trochę jednak cudzymi oczami, jako czytelnik, nie jako bohater książki czy jej autor, to zaczynałem się do siebie trochę bardziej rozumieć. Ale rzeczywiście taką pierwszą przyczyną, dla której napisałem tę książkę, była tylko i wyłącznie chęć zachowania wspomnień, nic więcej.
[15:46.70 → 15:47.66] A: Pani Malino?
[15:48.54 → 19:01.12] B: Ja zaczęłam dość sztampowo, to znaczy po prostu byłam wielką poetką w liceum. Pisałam, chodziłam w brecie, pisałam na serwetkach, w kawiarniach, tam gdzie mnie wena napadała i się tak bardzo egzaltowałam tymi moimi wierszami. Pokazywałam wszystkim, którzy chcieli i tym, którzy nie chcieli też. I gdzieś te wiersze mam w jakimś zaklejonym pudle, boję się je otwierać, ale one są i ja kiedyś je otworzę na pewno i poczytam. A pisanie dla teatru, Jeszcze w międzyczasie pisałam opowiadania, to był jakby ten kolejny etap. Tu już chyba troszkę lepiej było, bo z niektórych czerpie do dziś. Czasami mi się zdarza przypomnieć sobie jakiś tam wątek i go wplatam, tak że nie było jakiejś grafomanii potwornej aż tak. No a później przyszło tak naprawdę Centrum Sztuki Dziecka Poznańskie ze swoim konkursem, na który postanowiłam po prostu spróbować coś napisać, a że konkurs jest dedykowany właśnie twórczości dla dzieci, to taki też był mój cel. No i okazało się, że ja praktycznie nie mogę przestać i napisałam tych tekstów o dwa za dużo niż w ogóle przepisowo można było wysłać na tą jedną edycję, bo po prostu tak bardzo mi się to spodobało, jakiś taki rodzaj wolności twórczej, taki rodzaj w ogóle braku ograniczeń, które według mnie pisanie dla dorosłego widza w sobie ma. Oczywiście ono też ma inne drzwi pootwierane, inne furtki są takie, że tam można wchodzić i się nie rozglądać, czy dobrze idziemy. Natomiast ta twórczość dla dzieci ma w sobie jakieś takie wariactwo, które mnie pociąga. I ta taka magiczna logika, czyli nie taka matematyczna bardzo często, ale też to w jaki sposób dzieci myślą i kojarzą fakty, Dla mnie jest bardziej pociągające, ale jeszcze chciałam się odnieść do, bo tak mnie zainteresowało to, co pan mówił a propos tego, że napisał pan książkę trochę jakby w odpowiedzi na swoją sytuację rodzinną, że to chodziło o syna i tak dalej. Ja też poza pisaniem dla teatru wydałam dwie książki, w tej chwili się ukazuje trzecia, czyli Ziózia i teraz będzie druga część tej książki. To jest taka seria opowiadań o życiu małej dziewczynki i jej rodzinę. I odkryłam dopiero też po napisaniu tej pierwszej części, a teraz już drugiej, że faktycznie te historie wynikają gdzieś z moich wspomnień z dzieciństwa i te wspomnienia są bardzo ozłocone, osłodzone i takie milusie, czyli to, co ja bym chciała tak naprawdę pamiętać. Nie ta prawda, bo wiadomo, że w życiu człowieka małego się także różne rzeczy dzieją, także złe, ale ta rodzina, którą opisuję w Ziuzi, też jest walnięta lekko, ale jednak w pewnym sensie wyidealizowana i taka, jaką ja w przyszłości chciałabym stworzyć. I jakby po napisaniu tej książki dotarło do mnie, że jeżeli kiedyś będę miała dziecko, bo jeszcze nie mam, to będę sama siebie uczyć z tego, co napisałam po prostu, jak być mamą, w jaki sposób, jak ja bym chciała funkcjonować z dzieckiem. Także napisałam troszkę sama dla siebie poradnik, mam wrażenie.
[19:01.56 → 19:42.47] C: Ale to fajne, bo w tej chwili w literaturze współczesnej dla dzieci właściwie nie funkcjonuje tzw. normalna rodzina. Najczęściej konfrontujemy naszych czytelników z rodzinami w jakiś sposób rozbitymi. Ja tutaj też mam na swoim koncie kilka książek, które pokazują rodziny, po przejściach, to jest tak, że historia moja i mojego syna, bo ja sam swojego syna wychowuję, ale odkryłem, że ostatnio, z trzech lat, przeglądałem ostatnio w tym roku wydane książki i w zeszłym roku i jeszcze poprzednio w Polsce i w 80% książek funkcjonuje normalna rodzina, tak zwana idealistyczna, także to jest fajne. Mieliśmy kota, to był taki bajkowy element. Nie wiem czy to jest, kot jest normalnym, zazwyczaj jest gościem tych spotkań.
[19:42.51 → 19:46.37] A: To był na pewno Radamenes, jeśli pamiętacie serial Siedem Życzeń, prawda? To był kot Radamenes.
[19:47.07 → 19:54.03] C: No tak państwo będą co chwilę, ktoś z państwa będzie się co chwilę zamieniał w kota, proszę się tym nie przejmować po prostu. Tam mleczko to pewnie teatr zapewni na zewnątrz.
[19:54.75 → 20:19.22] A: Ja myślę, że teraz jest czas, żebyśmy posłuchali po prostu twórczości państwa. Zapraszam Daniela Arbaczewskiego. Panie Danielu. Zaczniemy chyba od romansu Palce Lizać, bo skoro pan zaczął mówić o tej rodzinie rozbitej, która także staje się bohaterem współczesnej bajki, opowieści dla dzieci i młodzieży, a potem chyba Ble, pani Maliny, przez przyślógi, dobrze?
[20:19.61 → 20:27.40] C: To jest historia Saskiej Kępy z Warszawy. Felek, Feluś, Felek i Dziadzio Feluś, trzech panów, którzy zakochały się mojej koleżanki.
[20:29.42 → 27:18.88] D: Szczypta smutku. Niektórzy dziedziczą po rodzicach wzrost, urodę i majątek, a Feleko dziedziczył jedynie imię po tacie i skłonność do nieszczęśliwego zakochiwania się po mamie. I jeszcze łakomstwo, ale to już po dziadku. Nie mogłem mieć jakiegoś normalnego imienia, jęknął, stając przed lustrem. Dajmy na to Max, najlepiej przez X, albo Ronaldo. To są normalne imiona? Zdziwił się tata. Bo tata miał zwyczaj dziwić się wszystkiemu. Dziwił się, że pada deszcz, że świeci słońce, że chleb jest czerstwy, że felek rośnie, że znowu minęły święta. Ale najbardziej był zdziwiony, gdy mama odeszła. Normalne czy nienormalne? Wzruszył ramionami felek. Ważne, że nikt się z nich nie wyśmiewa, a ja ciągle słyszę, felek, serdelek. Serdelek. Zachichotał tata. Super, muszę zapamiętać. – Przecież na ciebie też tak wołano – przypomniał Felek. Tata zamrugał oczami. Wyglądał teraz jak wychudła sowa z zatkniętymi na dziobie szkłami powiększającymi. – Istotnie – mruknął ze zdziwieniem – ja też mam na imię Felicjan. Felek popatrzył na niego z politowaniem. Nie bardzo rozumiał, jakim cudem tak roztrzepana osoba mogła być szefem poważnego naukowego projektu. A tata zajmował się przecież astronomią. Konkretnie rzecz biorąc, radioastronomią. Innymi słowy, nasłuchiwaniem gwiazd. Gdyby mamy słuchał z równą gorliwością, może nie doszłoby do separacji. Felek serdelek, powtórzył tata w zamyśleniu. Rzeczywiście, pamiętam. Ciekawe, czy i z dziadka tak żartowano. Bo i dziadek Felka miał na imię Felek. Rodzinna tradycja. W odróżnieniu od wnuczka Felka i syna Felicjana, dziadka nazywano Dziadziem Felusiem. Siedział właśnie w swoim pokoju nad kolejną krzyżówką, ale nie rozwiązywał jej, tylko układał. Był podporą pisma szaradzista. Serdelek? Dziadek zamrugał oczami. Nie, przypominam sobie, ale chętnie coś bym przekąsił. Czemu nie? Oto cały dziadek. Nie przepuśćcie okazji, by czegoś nie przekąsić. Mogą być i serdelki, oświadczył wspaniałomyślnie, a nawet i paróweczki. Mamy jakieś? Już jestem głodny. Zdziwił się tata po obiedzie. Jakie już, jakie już, huknął Dziadziofeluś. Obiad był z godzinę temu. Co oznaczało, że czas na podwieczorek. Dziadzio Feluś był zwolennikiem zdrowego trybu życia. Uważał, podobnie zresztą jak dietetycy, że trzeba jeść często, ale niezbyt dużo. Jedyne co zmodyfikował to liczbę zalecanych posiłków. Dziewięć zamiast pięciu. Ograniczył też aktywność ruchową do niezbędnego minimum, żeby nie nabawić się kontuzji. A mimo to był szczupły. Tak samo jak tata. Tak samo jak Felek. Gdy stali całą trójką obok siebie, trudno było powstrzymać uśmiech. Przywodzili na myśl Muzeum Historii Naturalnej, dział Człowiek, eksponat o nazwie Trzy fazy rozwoju osobnika męskiego. Od dzieciństwa poprzez dojrzałość do jesieni życia. Różnił ich tylko wzrost, ubranie i kształt okularów. Cud, że jesteś szczupły. Tata pokręcił z niedowierzaniem głową. To aż podejrzane. Może powinieneś pójść do lekarza? Byłem, zasapał Dziadzio Feluś. I co? Jutro znowu idę. Tata z Felkiem wymienili zaniepokojone spojrzenia. Dlaczego, wykrztusił wreszcie tata. Czuję, że muszę, wyznał Dziadzio Feluś. Ale coś cię boli? Dziadzio Feluś westchnął i pokiwał posępnie głową. Potem przyłożył rękę do piersi i zrobił tragiczną minę. Serce? Przestraszył się tata. Może to zawał? Nie ma co czekać do jutra. Felek, dzwoń po karetkę. Felek już chciał pognać do stojącego w korytarzu telefonu, ale tubalny głos dziadzia Felusia osadził go w miejscu. Zwariowałeś? Zagrzmiał dziadek. Mam robić z siebie durnia? Co ona o mnie pomyśli? Kto? Chciał wiedzieć tata. No ona, pani doktor, wyjaśnił dziadzio Feluś. Co za kobieta. Mówię wam, jaszmlasną. No tak. Być może skłonność do nieszczęśliwego zakochiwania się Felek odziedziczył nie tylko po mamie, ale i po dziadku. Odkąd pamięta, Dziadzio Feluś na zmianę to zakochiwał się, to zrywał z kolejnymi narzeczonymi, stwierdzając, że żadna z nich nie dorównuje nieboszczce żonie, czyli babci Felka, której Felek nie zdążył poznać. Niestety. To coś poważnego? Zapytał ostrożnie tata. O tak, zapewnił dziadek. Tym razem czuję, że tak. Cóś. Kiedy ona mnie ignoruje, to i zupełnie. Woli schorowanych starców, dodał zgryźliwie. A jak trafiłeś do tej pani doktor? Udając schorowanego starca. Tata przewrócił oczami. Felek uśmiechnął się mimo woli. I co? Uważa, że jestem zdrów jak ryc, poskarżył się dziadzio Feluś. I że niepotrzebnie zawracam jej głowę. Zapadło milczenie. Być może na mężczyznach z tej rodziny ciążyła jakaś klątwa. Tym chętniej coś bym przekąsił, ożywił się nagle dziadek. Nie ma to jak zagryźć smutki. Kto ze mną idzie? Stał i spojrzał na nich wyczekująco. Ja, mruknął po chwili tata, obracając nerwowo obrączkę. I ja, wymamrotał Feleks, poglądając tęsknym okiem za okno. Moja krew, moja krew, ucieszył się Dziadzio Feluś. Serce i żołądek na swoim miejscu. Naprzód panowie. I ruszyli do kuchni.
[27:20.66 → 27:21.28] A: Dziękuję bardzo.
[27:21.72 → 27:40.10] C: Dziękuję również. Ja tylko dopowiem, dopowiem tylko, że jest to romans kuchenny, napisane na życzenie czwartoklasistów, chłopców, którzy marzyli o tym, że napisać książkę o tym, jak podrywać dziewczyny. Każdy rozdział kończy się przepisem, nie moim, tylko moich przyjaciół. Stąd w każdym tym rozdziale nawiązanie do jedzenia.
[27:40.54 → 27:41.56] A: Czy te przepisy działają?
[27:43.16 → 27:47.78] C: Można po nich utyć, nie wiem czy można po nich rozkochać. Ta wybranka jest swego serca.
[27:48.02 → 27:52.88] A: Takie małe ostrzeżenie dla Państwa. Panie Danielu, ble. Pierwsza scena.
[27:57.20 → 28:45.13] D: Dlaty. Sędzia. Z ramienia sądu skrzydlatego ja paś królowej trzydziestego trzeciego stopnia w imieniu nieobecnej tutaj dziś akurat królowej wytaczam proces temu oto paziowi królowej drugiego stopnia. Paś królowej? Drugiego i pół. Słucham? Mam już dwa i pół stopnia, to prawie trzy. Wytaczam proces temu oto paziowi królowej dwa i pół stopnia. Właściwie mam już trzeci stopień za piątkę z gimnastyki. Temu oto paziowi królowej trzeciego stopnia wytaczam proces za niewierność. Motyle.
[28:45.75 → 28:46.79] B: Buuuu!
[28:48.15 → 29:32.18] D: Ten oto paś królowej pod nieobecność królowej, której akurat nie było, ośmielił się, nigdy jej nie ma, ośmielił się trzykrotnie zwątpić w jej istnienie, a tym samym wypowiedzieć służbę jej królewskiej mości. Uuuu! Co za japaś królowej trzydziestego trzeciego stopnia w imieniu nieobecnej tutaj akurat królowej serdecznie przepraszam i skazuję go na... Chwila motyla, mam prawo coś powiedzieć. Masz też prawo milczeć. A wszystko co powiesz może zostać obrócone przeciwko tobie. Ja długo milczałem. Słuchajcie, ja naprawdę w nią nie wierzę. Motyle.
[29:33.00 → 29:34.06] C: Buuu!
[29:34.88 → 36:01.22] D: Paść królowej. Czy ktokolwiek z was Buuu! kiedykolwiek chociaż raz Buuu! ją Buuu! widział? Cisza. Zgroza. Czy którykolwiek motyl, służąc jej całe życie, osiem godzin dziennie bez przerwy na nektar i chwili dla siebie, czy chociaż jeden z was wie, jak wygląda królowa? Ja wiem, ja wiem. Ma głowę z kapusty. Motyl drugi. I plastikowe skrzydła. Motyl trzeci. I jeden żółty ząb. Ale jest bardzo piękna i ma głowę z dyni. Mówiłeś, że z kapusty. No bo... Bo ma dwie głowy. I jeszcze jedną z wisienki. Lubię wisienki. Nikt z was nigdy jej nie widział, sędzia. Bo jest akurat nieobecna. Zawsze jest akurat nieobecna. Całe życie chciałem po prostu grać na trąbce, ale nie, nie, bo trzeba służyć królowej. Zbieramy dla niej pyłek, gimnastykujemy się, uczymy na pamięć wierszyków. Jej nigdy nie ma. Może się przeprowadziła? Albo przebrała zawisienkę? Nie wierzę w królową. Uuuu! Aha, buczcie sobie, buczcie. Nie wierzę i już. Sędzia. W takim razie nie pozostaje mi nic innego jak skazać Cię na pętlę. Na pętlę? Straszne. Czy on powiedział na pętlę? Na pętlę. Sędzia, zostaniesz zamknięty na pętli autobusowej przy ulicy Kaczej, w starym autobusie 64 i jak wielu Twoich niewiernych braci, dokonasz tam żywota przez uduszenie lub rozbicie o zamknięte okno. Wybór pozostawiam Tobie. W imieniu nieobecnej tutaj dzisiaj akurat królowej wyrok uznaję za prawomocny. Pragniesz na koniec wyrazić skruchę? Wolę zginąć niż wierzyć w coś, czego nie ma. Sędzia, wyprowadzić. Piosenka motyli. To ostatnia jest chwila niewiernego motyla, Ciesz się tym krótkim lotem. Wiesz, co czeka cię potem. Wystaw skrzydła do słońca. Bądź ze słońcem do końca. Bo zapomnisz je raczej w autobusie na Kaczej. To ostatnia jest chwila niewiernego motyla. Pętla przy ulicy Kaczej. Wnętrze nieużywanego już autobusu 64. Paść Królowej siedzi sam, smutny, zapatrzony na świat za szybą. Paść Królowej. Gdyby naprawdę istniała, to teraz by tu przyszła. Pomogła mi jakoś, uwierzyłbym, ale jej nie ma. Hop, hop! Królowo! Pokaż się, jeśli się nie boisz! Głosik. Boję się. Kró... Królowa? To ty jesteś? Nie, nie ma mnie. No właśnie, nie ma cię. Zaraz, zaraz, przecież jesteś. Bo, bo, no, trochę tak, ale, ale nie do końca. A czy mogę cię zobaczyć? No, no, trochę tak, ale, ale nie do końca. Gdzie jesteś? Tu wiszę, bo, ale ja nie jestem królowa, tylko Daria. Wiem, to obrzydliwe imię, nie musisz mi tego mówić. Nie jesteś królową? To kim jesteś? Bo ja nie wiem za bardzo i nie chcę wiedzieć. Paść królowej rozgląda się po wnętrzu autobusu i dostrzega motyli kokon. Znalazłem cię! Nie musisz się od razu śmiać. Wcale się nie śmieję, jesteś poczwarką, obrzydliwą. Jakim będziesz motylem? Grubym i paskudnym. Nikt mnie nie będzie lubił i wszyscy będą sobie mnie wytykać palcami. Dlatego nie wyjdę. Długo tu siedzisz? Wiktor wtaczając się na scenę. Będą ze dwa lata, nie Daria? Paść królowej. A ty kim jesteś? Byłem pająkiem. A teraz kim jesteś? Byłem pająkiem, bo on ma na imię Wiktor. Złe ludzie wyrwały mu nogi, żeby sprawdzić, czy będą same chodzić. Daria, bo on nie lubi, gdy mu to przypominamy. My? To jest was więcej? Ta, całkiem spora zgraja wyrzutków. Zewsząd wychodzi kilka stawonogów. Wiktor. To Antonio, a to Banderas, bracia Karaluchy. Opa! Epa! Kompletne dno. Wygnani na pętlę za smród i brud. To Osa, Mańka. Mańka straciła żądło w dość specyficzny sposób. Śniło mi się, że nie mam na sobie tych ochydnych pasków, tylko szałowe cętki i przez sen w radości wbiłam żądło w szerszenia. Tak się okazało, że to był ulubieniec Osy Matki I trafiłam tutaj. To już wszyscy. A i jeszcze jest BLE. BLE? O, tam. BLE? I to tyle mamy.
[36:02.28 → 37:24.96] A: Tak, BLE. Dziękuję Panie Danielu. Drodzy Państwo, myślę, że mamy teraz podstawę literacką do naszej rozmowy. Myślę, że z tych krótkich sampli domyślacie się, w którą stronę jakiś główny nurt, czy nie niektóre teksty naszych gości podążają. Można sobie wyrobić pongol na temat ich poczucia humoru, tematyki czy konstrukcji bohatera. Nawet z takich fragmentów, tak mi się wydaje. Ale zacznijmy jeszcze raz od początku, bo nieprzypadkiem chciałem Państwa w tej pierwszym secie wypytać o dzieciństwo, o te pierwsze lektury i tak dalej. Czy teraz tworząc dla młodego czytelnika, czy dzieci także, macie wrażenie, poczucie, że to są troszkę inne dzieci niż te, którymi wy byliście, my byliśmy, które były przedtem, te wychowane na innych lekturach, innych filmach? Czy te dzieci, które gdzieś dzielą czas między światem wirtualnym, grami na komórkach, grami w internecie, filmami ściąganymi zewsząd jednocześnie zderzające się z tym dość okrutnym światem rozbitych rodzin, przemocy w szkole, są tymi dziećmi, do których trzeba trafiać jakoś w trzeci sposób, sytuować literaturę w zupełnie innym miejscu niż te dwie rzeczywistości? Rzeczywiście pojawiła się jakaś generacja dzieci, których nie rozumiemy, do których musimy mówić innym językiem?
[37:25.74 → 38:53.70] B: To znaczy, ja bym może nie demonizowała tak bardzo, bo oczywiście, że to wszystko się zmieniło, bo ta zmiana pokoleniowa jest, Równie dobrze można by zapytać, czy ci dzisiejsi dorośli są inni niż dorośli z naszego tam, nie wiem, sprzed 20-30 lat. No i tutaj jakby ja myślę, że to trochę o takie postawienie pytania, ta analogia trochę obnaża jakby o co w tym pytaniu chodzi, bo owszem i dzieci i dorośli zmienili się w tym sensie, że na przykład przez tą kulturę obrazkową, przez to, że jesteśmy Raczej w tym momencie atakowani ilością zdarzeń i przyswajamy też tych faktów więcej, ale bardziej zdawkowo. Myślę, że podobnie to wygląda u dzieci. To się zmieniło bardzo, natomiast nie sądzę, żeby zmieniło się jakieś takie ogólne podejście do świata i tego, co jest ważne, że jednak te takie uniwersalizmy, one się nie bez kozery w ten sposób nazywają. To są te problemy, zagadnienia, tajemnice, jakieś rzeczy, które nas fascynują. To są sprawy, które dotykają człowieka od dawien dawna i o tym nadal można i trzeba opowiadać. Ważne jest tylko w jaki sposób, bo faktycznie trochę nam się zmieniła percepcja. I tutaj celowo uogólniam, myśląc i o dzieciach i o dorosłych, że mamy troszeczkę inną cierpliwość, troszeczkę inny sposób postrzegania rzeczywistości i trochę inne bodźce do nas przemawiają niż było to ileś tam lat temu.
[38:53.72 → 38:55.88] A: Co to oznacza dla autora? Dopytam się.
[38:56.80 → 40:20.63] B: To znaczy ja mam takie poczucie, że nie muszę się tym za bardzo przejmować, ponieważ ja i tak funkcjonuję tu i teraz, i tak ta moja wrażliwość jest gdzieś tam nastawiona na te bodźce, czyli ja się sama siłą rzeczy w naturalny sposób trochę przystosowuję do tego, do tej retoryki, do tego języka i się nim posługuję w jakiś naturalny sposób. I gdybym teraz miała się co krok zatrzymywać i zastanawiać, czy ja trafiam do tego dziecka, które mamy tu i teraz, czy do tego dziecka z lat osiemdziesiątych, którym ja byłam, to myślę, że bym za bardzo się po prostu bała pisać, bo za dużo by było tych pytań, tych wątpliwości. Raczej, znaczy ja w ogóle uważam samą siebie za intuicjonistkę. Często nie wiem, pisząc jakiś tekst, jak on się skończy i to dobrze akurat, bo dzięki temu mi się chce w to brnąć. I podobnie jest też z myśleniem o odbiorcy, to znaczy zakładam, że po prostu funkcjonując w tym świecie w jakiś sposób go znam. i staram się łączyć tą pamięć o sobie jako dziecku z tą znajomością dzieci, jakie są tu i teraz. Też nie do końca lubię takie stwierdzenie, że noszę w sobie wewnętrzne dziecko. To mi się wydaje pretensjonalne i mogłabym tak powiedzieć jedynie chyba będąc w ciąży, a nie jestem. Ale jednak jest coś w tej pamięci, o której zresztą też mówiliśmy tutaj, że po prostu pewne rzeczy siłą rzeczy o sobie się pamięta, się wie. Bo tym dzieckiem jednak nie przestajemy być gdzieś w głowie i w sercu.
[40:20.85 → 40:21.53] A: Pani Krzykorzu?
[40:22.11 → 42:24.99] C: Jestem pewny, że dzieci rodzą się takie same, jakie rodziły się 30, 40 lat temu, więc to są te same dzieci, tylko w innym świecie trochę. Co to oznacza? To oznacza, że oczywiście my autorzy piszący w innym świecie także troszeczkę jednak pewnie inaczej tworzymy. Ja w tej chwili pisząc książki wiem doskonale, że zbędnym są wszelkie zbyt długie opisy na przykład tego jak wygląda Lublin, ponieważ dziecko może sobie natychmiast w Lublin wyklikać w komputerze. To raz. Dwa. Zdaję sobie też sprawę z tego, że dzieci są przywyczajone do szybkiej narracji, co oczywiście w jakiś sposób wpływa na nasz sposób tworzenia. Trzy, mam świadomość też tego, że dzieci, może przez to, że my żyjemy w tych naszych M3, M4 w dużych mieszkaniach i dzieci uczestniczą w naszych poważnych dorosłych rozmowach o tym, że pieniądze się kończą albo że tata wyjechał do Irlandii i nie wraca, albo że jakaś pani pojawiła się na horyzoncie. Dzieci uczestniczą czasami rysując sobie albo grając w gry komputerowe, jednym uchem, jednak strzygną cały czas i słuchają naszych rozmów, nasiąkają tym naszym światem. Także dlatego książki dla dzieci od pewnego już czasu tak naprawdę podejmują wszystkie tematy, ponieważ my pisarze, książek dla dzieci dość często powtarzam, bylibyśmy tchórzami, gdybyśmy nie podejmowali pewnych tematów w naszych książkach, albowiem dzieci żyją dokładnie w tym samym świecie, co my dorośli. Być może zmienia się sposób opisywania tego świata. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszystkie dzieci będą czytały książki i zawsze na spotkaniach autorskich powtarzam z dość dużą satysfakcją, wierząc to zresztą, że współcześni czytelnicy to jest przyszła alita świata, bo wierzę święci, że to czytelnicy będą tymi przyszłymi artystami, twórcami, kreatorami przyszłości. ani widzowie telewizji, chociaż też nie chcę generalizować oczywiście, ale książka z post trzech już jednak znowu uciekła tam, gdzie było zawsze jej miejsce, czyli do elit i my do elit tak naprawdę kierujemy nasze słowa. To oznacza, że nie muszę się prawdę mówiąc przejmować za bardzo tym, jak wiele, wielu odbiorców znajdzie kolejna moja książka, bo mnie interesuje tych, to grono, które już do tej pory sobie znalazłem.
[42:25.84 → 44:12.48] A: Czytające dzieci jako elita to bardzo ładna wizja. Dziękuję za to. Ale nie macie państwo wrażenia, że wasza twórczość dla czytelników, dla widzów i myślę, że połowa czy przynajmniej jedna trzecia, może nawet więcej współczesnej twórczości zapełniającej tę niszę, tak naprawdę jest dwuwarstwowa. To znaczy mając w niej wielką radość dzieci, jednocześnie, równocześnie dorośli. Ja sam obserwowałem u siebie takie zjawisko, że jak czytałem z córką Potworaka, Kiedy ona już usnęła, to zabierałem tą książkę, żeby dokończyć kolejne opowiadanie. Jak chodziliśmy z moją córką na przedstawienia na przykład na Ble, to ja widziałem Her, a ona widziała świetny musical dla dzieci. Bawiliśmy się tak samo. Więc jak to jest? Czy wy też wiecie o tym pisząc, że trzeba tak prowadzić narrację, żeby ten dorosły nie zostawał z tyłu podczas lektury za dzieckiem. Na przykład jak czytałem Potworaka, tam widzę alfa serialu i ET troszeczkę. Rodzina jest jak rodzina Leśniewskich albo może któraś z rodzin w siedmiu stronach świata, tym słynnym serialu z lat osiemdziesiątych. Jeśli przychodzi paczka z kosmosu, są ruchome znaczki, no to oczywiście gdzieś Harry Potter, gdzieś się przypominają tam ruchome obrazy. Kiedy z kolei na przykład oglądamy ble w teatrze, no to jest Harry, lot nad kukułczym gniazdem i wszyscy non-konformiści amerykańskiego kina i literatury, którzy negują panujący ład, porządek i dogmat, który został ustalony poza ich wolą. Jak to jest? Czy ten dorosły jest zaprogramowany dlatego, że wy to piszecie i chcecie, żeby dla was to było także frajdą, czy po prostu jest to konieczność, żeby podczas lektury trzymać dziecko blisko dorosłego?
[44:17.71 → 46:43.29] B: To nie jest tak, że gdzieś określiłabym to koniecznością. To znaczy też, to jest taki dla mnie jakiś rodzaj weryfikatora. Jeżeli ja coś napiszę i mnie to bawi, to znaczy, że dobrze, że tak miało być, na tym mi zależało, że jakby zrobiłam to dobrze, jestem zadowolona. I raczej po prostu pamiętam o tym, że sama jestem dorosła i że do teatru, bo głównie do teatru piszę, Dzieci nie przychodzą same, a jeżeli da się też coś dorosłemu, to łatwiej później z dzieckiem po takim spektaklu pogadać. Bo ja myślę, że jeśli chodzi o literaturę, czyli o czytanie dzieciom książek, jest troszeczkę łatwiej o taką rozmowę w trakcie, rozmowę po, albo przed, albo między, gdzie dziecko może dopytać mamo, tato, a dlaczego tak było i jakby pociągnąć temat dalej. Taka książka jest po prostu świetnym katalizatorem do rozmowy na wiele ważnych tematów, natomiast w przypadku teatru ta zachęta musi być odrobinę intensywniejsza i ten rodzic rzeczywiście, dobrze jeżeli on wyjdzie też uchachany, jeżeli wyjdzie zadowolony, jeżeli może jeszcze raz będzie chciał przyjść na to z dzieckiem sąsiadki na przykład, czy jeszcze raz ze swoim i wtedy ta rozmowa gdzieś jakby ma rację bytu, to spotkanie z dzieckiem po przedstawieniu. Natomiast to jest jakby raczej efekt mojego myślenia o pisaniu, a nie jego cel. Bo jeżeli ja się nie bawię dobrze pisząc, a jestem osobą dorosłą jednak, to znaczy, że dalej pisać nie będę. To znaczy, że jakby nie ma sensu kończyć danego tekstu, jeżeli ja nie mam w tym ubawu, no bo po prostu wtedy mi się zwyczajnie pisać nie chce, jeżeli nie mam z tego frajdy, a mam frajdę jako dorosła osoba. To łączenie tych polemik, zresztą tutaj mówimy o postszerekizmie, tak? Czyli bardzo, ale świetnie, bo ja bardzo lubię, ja bardzo lubię tę bajkę, bo ona była pierwszą z tych takich wielkich produkcji kinowych hollywoodzkich, gdzie rzeczywiście dorośli przychodzili też sami do kina najpierw trochę zawstydzeni, może, że tak bez dziecka na bajkę, a teraz już się okazało to całkiem normalne. Ja sama z przyjemnością oglądam wiele takich produkcji lepszych lub gorszych. I to jest fajne, bo to jest takie połączenie tych pokoleń gdzieś. Jak się łączy dwie grupy ludzi i daje się im coś jednego, to dzięki temu później rzeczywiście jest rozmowa. Czyli to o czym powiedziałam. No i tyle. Tak trzeba pisać moim zdaniem.
[46:43.35 → 48:24.22] C: Ja bardzo świadomie kieruję swój tekst także do dorosłych. Ponieważ zauważyłem już kilka lat temu, że książki trafiają do rodzin czytających. To jest dość istotne. Odkryłem to na targach książki w Krakowie, gdy po raz kolejny zorientowałem się, W kolejce fotografy stoi rodzina, którą widziałem rok wcześniej i rok wcześniej, tylko dzieci są coraz większe. I uświadomiłem sobie, że to naprawdę książki trafiają do rodzin czytających, do mam czytających ojców, dziadków, opiekunów i chcę rzeczywiście, żeby książka sprawiała frajdę im wszystkim. To raz, dwa, byłem ojcem czytającym swojemu dziecku i czasami trafiałem na książki tak nudne, że zasypiałem pierwszy. Czyli książka spełniała swoją funkcję, ale nie w taki sposób, jaki ja rodzicom chciałem. Czyli usypiała nie tę osobę, która powinna była być uśpiona. I obiecałem sobie wówczas, co też często podkreślałem na spotkaniach autorskich, że uparłem się, że będę pisał takie książki, które nie uśpią zmęczonego tatusia. Chociaż wiem, że książki czytają także mamy. Także zmęczone, może nawet bardziej. Ale chcę w taki sposób je pisać, żeby żeby rodzice rzeczywiście po zaśnięciu dziecka mieli ochotę przynajmniej troszeczkę usznąć tekstu samemu. To jest dla mnie komplement, gdy słyszę takie akurat opinie od moich czytelników i zawsze się tym bardzo cieszę. Fajne jest, gdy można doświadczać... Książka stwarza rzeczywiście takie fantastyczną przestrzeń intymności, to pani ma rację, czytając książkę, zwłaszcza w takiej witalizowanej sytuacji wieczornej, kiedy dziecko leży w łóżku, my obok niego mu czytamy. Można rzeczywiście potem jeszcze długo, długo o tej książce rozmawiać. To stwarza fantastyczną intymność i bliskość. I ważne jest, ażeby dorosły nie był znudzony, ponieważ jeżeli dorosły jest znudzony, to znudzenie w dość naturalny sposób na dziecko spływa.
[48:24.95 → 48:50.64] A: Pan też zakłada w swoich książkach pewną interaktywność. W tym fragmencie, który czytaliśmy, są potem przepisy kuchenne, które można zrealizować wspólnie z dzieckiem albo samemu. W detektywie pozytywce są zagadki, które się rozwiązuje. Potem czasem autorytet ojca cierpi, ponieważ zdarzyło się, że dwóch zagadek nie umiałem rozwiązać. I zgłaszam pretensje, przepraszam. Nie wszyscy rodzice są biegli w fizyce.
[48:50.92 → 48:54.90] C: Rzuciłem koło ratunkowe w postaci odpowiedzi na końcu książki.
[48:55.20 → 48:59.30] A: Ale to jednak wstyd zaglądać, nie wiem dlaczego pęka wazon na przykład.
[48:59.86 → 49:48.35] C: To rzeczywiście należałoby pewnie, to jest uwaga, którą skieruję do mego wydawcy, że należy na okładce jakąś szybką instrukcję dla rodziców. Zajrzyj rodzicom na koniec, a potem przynajmniej książkę. Nie wszystkie są książki takie rzeczywiście, ale ja, żeby się nie nudzić, dość często zmieniam i gatunki literackie, i sposób w jaki piszę, i też wiek moich odbiorców, bo to jest dość istotne. Mówimy o książce dla dziecka. Ale kim jest to dziecko? Czy mój syn dziewiętnastoletni, który jest już studentem pierwszego roku, z mojego punktu widzenia jest dzieckiem, ale oczywiście z punktu widzenia prawa, jeszcze rok temu był dzieckiem. Czy mówimy o trzyletnim dziecku, które właśnie rozpoczyna naukę w przedszkolu? Słowo dziecko rzeczywiście trochę myli. Za każdym razem, gdy podejmuje się napisanie książki dla przedszkolaków, dla uczniów, dla ginazjistów wreszcie, staram się troszeczkę inny styl do tekstu dobrać.
[49:48.93 → 49:50.79] A: Najpierw jest grupa docelowa, tak?
[49:50.97 → 49:51.23] C: Słucham?
[49:51.41 → 49:52.37] A: Najpierw jest grupa docelowa?
[49:52.39 → 50:18.59] C: Nie, zawsze jest najpierw opowieść. Ja tak naprawdę czuję się opowiadaczem historii. Za każdym razem czuję się trochę skrępowany, gdy muszę opowiadać o jakichś rzeczywiście wzniosłych ideach, które towarzyszyły mi, gdy pisałem jakiś tekst. Na początku jest tylko jedno. Chęć opowiedzenia historii. Jestem facetem odpowiadania historii. Gdy mam w głowie historię, to mniej więcej wiem, kogo ta historia najbardziej interesuje. Czy dzieci małe, czy dzieci starsze. A jeżeli uda mi się przy okazji zainteresować rodziców i dziadków, no to już bomba.
[50:19.51 → 51:09.48] B: Ale to w ogóle jest tak, że chęć, a nawet powiedziałabym potrzeba opowiedzenia historii, to jest taki najbardziej chyba autentyczny motor w ogóle każdego piszącego. Tak kogoś, kto traktuje to jakby zawodowo i nieokazjonalnie, bo bardzo często jest ta dyskusja o widzu, o wieku widza. Jeżeli chodzi też o teatr, bo tutaj pewne rzeczy trzeba ustalać jakby z góry instytucjonalnie, od jakiego wieku jest dany spektakl i tak dalej. Ale takie pytania bywają irytujące. Dla kogo pani pisze? Bo to wszystko wynika z historii. To wszystko bierze się właśnie z tej pierwszej potrzeby, czyli pomysłu na jakąś opowieść. I teraz ja przynajmniej wybieram sobie formę, czy to będzie proza, czy dramat, bo tutaj też różnie bywa. A za tym już idzie ten wiek widza i jakby to do kogo taka historia trafi. Więc myślę, że to jest taka kolejność.
[51:09.98 → 51:17.32] C: Tak, że historia oczywiście też w jakiś sposób determinuje to do kogo mówimy, prawda? Rodzaj historii, opowieść, którą chcemy. chcemy gdzieś tam przekazać?
[51:17.84 → 52:05.37] A: Oglądając przedstawienia na podstawie sztuk pani Maliny i czytając opowiadania pana Grzegorza, właściwie cały czas wybuchałem śmiechem. I dziecko oczywiście też się śmiało. Może w innych momentach, ale ten humor, który pojawia się taką cechą i spajającą, i dzielącą. Nie zawsze rozumieliśmy, dlaczego się śmiejemy. I teraz pytanie byłoby takie, czy rzeczywiście książki i sztuki dla dzieci powinny być śmieszne? Co ten śmiech załatwia? w Państwa przypadku, bo to jest specyficzny humor. Bardzo anarchistyczny w obu przypadkach, choć jest to inny rodzaj anarchii, który stosujecie. Jak się wymyśla taki humor? Gdzie są jego korzenie? Jak go można rozłożyć na czynniki pierwsze? Zastanawialiście się nad tym, czemu to tak działa? Jak konstruujecie ten rodzaj?
[52:05.53 → 53:25.76] C: Od razu się śmiać chcę, gdy słucham. Coś jest takie, gdy słucham, wypada pytanie o śmiech, od razu chcę się śmiać. Nie wiadomo dlaczego. Śmiech jest zaraźliwy. Nie wiem, czy państwo zauważyli, że my tak naprawdę często dobieramy przyjaciół albo bliskich znajomych pod jednym kryterium, czy te osoby mają podobne poczucie humoru. Ja mam to szczęście, że spotykam fantastycznych ludzi, które mają podobne poczucie humoru do mnie. Wiem o tym, ponieważ to są moi czytelnicy, którzy przychodzą do mnie na spotkania. Co on załatwia? Śmiech jest taką arką przymierza między dzieckiem a dorosłym. Tak, to jest wspólne doświadczenie śmiechu. My czasami nie rozumiemy, dlaczego się śmiejemy, co nas śmieszy, Te wspólne dzielenie się śmiechem jest tak cudownie wiążące i tak fantastycznie nas otwierających na siebie, że właściwie trudno byłoby z tego nie skorzystać. Przyznam, że ja lubię opowieści, bardzo łączyć opowieści mroczne ze śmiesznymi, czyli bardzo fajnie, tak jak w dobrym sushi czasami przebić smak jakimś ostrym wasabi. Pytanie, co jest z tym wasabi, czy śmiech, czy mroczne fragmenty opowieści. Ostatnio lubię straszyć moich czytelników pisząc horrory, ale nigdy nie zrozumiałem ze śmiechu, ponieważ mam wrażenie, że Pan Bóg dał nam po to śmiech i poczucie humoru, żeby sobie radzić z tym światem, a skoro we mnie ono jest, no to trudno, żeby się nie wylało ze mnie słowa, które zapisuję w komputerze.
[53:27.02 → 54:56.40] B: Ja sobie nie wyobrażam napisać, to jest w ogóle chyba niemożliwe, napisać coś dla dzieci, śmieszne w ogóle, to znaczy nie wiem, jakby to można było zrobić. Wiem, bo widzę takie książki w księgarniach, takie książki, których ja się zawieszam bardzo długo i one też gdzieś we mnie zostają w pamięci, ale ja bym raczej nie umiała chyba tak, bo ja nie znam nikogo, kto nie lubiłby się śmiać. I tak jak pan powiedział, śmiech jest po prostu katalizatorem i takim właściwie jest potrzebny, żeby sprostać wszelkim sprawom i sprawkom, które nam się w życiu dzieją. Ale też śmiech jest doskonałym narzędziem do opowiadania o rzeczach poważnych. I jeżeli nie potraktujemy tego śmiechu, tego humoru jako celu, czyli nie zrobimy takiej durnej kreskówki, gdzie ktoś kogoś klepie po tyłku i się wywala na skórce od banana i tyle, to świetnie, to wtedy możemy tak naprawdę, mamy tak sprawne, doskonałe narzędzie do tego, żeby opowiadać o sprawach istotnych i żeby tak naprawdę mówić o tych rzeczach, które są bardzo, bardzo serio, a śmiech jest takim wytrychem, który jakby pomaga nam pewne rzeczy przyswoić, zrozumieć, połączyć i po prostu nie umiałabym chyba inaczej, bo to, jak mówiłam, moje pisanie warunkuje to, że ja się dobrze bawię. Jeśli się niedobrze bawię, to znaczy, że nie ma tam humoru, to znaczy, że nie piszemy dalej, To jest warunek.
[54:56.50 → 55:31.12] A: Konstruując dowcipy, chcę to doprecyzować, bo nurtuje mnie to pytanie od jakiegoś czasu. Czy konstruując dowcipy w waszych utworach, przestawiacie państwo na sposób kojarzenia myślenia dziecka? Na przykład moja córka opowiada mi stale taki dowcip, którego ja nie rozumiem. Siedzą sobie dwie kuropatwy, jedna patrzy na drugą i mówi, szkoda, że nie jesteśmy krowami. No właśnie, część się śmieje, część się nie śmieje. W sztuce pani Maliny występuje na przykład oczko w rajstopie, ciarki, które chodzą po plecach. Jest gołębia kupa, o ile pamiętam, która też prowadzi dyskusję z reklamówką.
[55:31.38 → 55:32.98] B: Myśli, że jest gołębiem, maczo.
[55:33.26 → 56:02.12] A: Dokładnie, a jest kupą tylko. U pana Grzegorza chyba w Potworaku jest taki kosmiczny efekt potem za rumieńce, że jak dorośli patrzą na tą dziwną rzecz, to się rumienią od razu, bo widzą jakieś nieprzyzwoite rzeczy, a dzieci, które jeszcze nie są dorosłe, widzą normalny przedmiot. To jest taki test na dorosłość na planecie potworaka. Jak rozumiem, ten dowcip z arumieńcem czy z gołębią kupą jest chyba ze świata skojarzeń wyobraźni dziecka.
[56:02.36 → 56:47.74] B: Nie, to bardzo moje poczucie humoru jest. To znaczy nie umiem sobie takiego zrobić w głowie pstryczka elektryczka, który mi przestawia myślenie z dorosłego na dziecięce, bo to jest jakaś chyba hybryda. Ja przyznam, że ten dowcip o kurpatwach akurat nie zrozumiałam, przepraszam, ale są dowcipy, które rozumiem myślę, że na tym dziecięcym poziomie, bo ja mam takie poczucie humoru, bardzo gówniarskie. I to nie jest jakiś taki rodzaj świadomości, że aha, teraz usiądę, otworzę sobie Worda w komputerze i będę miała to poczucie humoru dziecięce, czyli pstryk, włączam, to tak jakoś...
[56:47.74 → 56:56.24] A: Ale to gówniarskie, jak pani powiedziała, poczucie humoru, z czego ono się skleja, z czego się zbiera? Z szaleń zjęzykowych, ze stawienia rzeczy nieprzystających?
[56:56.26 → 57:06.62] B: Wie pan co, to ja jakoś boję się rozkładać poczucie humoru na części, bo to chyba mnie się to chyba nie uda, nie umiem odpowiedzieć na to pytanie.
[57:06.66 → 57:09.94] A: Też naukowa analiza dowcipu również może być śmieszna, więc...
[57:10.63 → 57:31.79] B: Jeżeli celem byłoby, żeby była śmieszna, to wtedy można rozkładać to na części pierwsze. Natomiast żeby odkryć jakiś... Humor, dowcip jest rzeczą chyba jedną z wielu takich niewytłumaczalnych właściwie. Nie da się tego jakoś poklasyfikować. Tak mi się wydaje. Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie.
[57:32.45 → 57:53.97] C: Pamiętam wykład z salonu niezależnych, jak być dowcipnym. Ktoś referował, że... że ktoś puka do drzwi, mówimy kto tam, a należy wtedy odpowiedzieć jak człowiek dowcipny, hipopotam. Gdybyśmy rzeczywiście byli w stanie śmiech zreferować, to pewnie byłby uczony może w gimnazjum już, a może w szkole ślicznej.
[57:53.99 → 57:56.95] B: To jest takie tłumaczenie dowcipu, prawda? Jak ktoś nie zrozumiał, mu się tłumaczy
[57:56.95 → 59:55.80] C: dowcip, to wtedy nie jest śmiesznie. Przyznam się teraz do wielu klęsk. Jeżdżę na spotkania autorskie z dużą przyjemnością, ale także z obowiązku, Mój syn, jak już Państwu tutaj wyznałem, ma lat 19, więc dzieckiem już nie jest, a jednak pisze dla dzieci. Czuję, że powinienem się z dziećmi kontaktować i lubię to rzeczywiście. Ale też jeżdżę na spotkania dlatego, żeby dzieciom czytać swoje teksty, ponieważ to jest rodzaj poligonu literackiego i bardzo często zauważam, że dzieci reagują inaczej niż... zakładam, że będą reagowały inaczej. Co innego jest śmiesznie, niż wydawało mi się, że jest śmieszne. Niektóre moje znakomite dowcipy w jakiś sposób przegapiają. Być może gdybym miał talent aktorski, to w jakiś sposób bym zaakcentował, że teraz należy się roześmiać, ale niestety tego talentu nie posiadam. To jest rzeczywiście czasami tak naprawdę sianie dowcipów, ale który z tych dowcipów zakiełkuje śmiechem, my tego nigdy nie wiemy. Poza tym też my nie jesteśmy humorystami jednak, piszemy historie. To jest bardzo ważne, znowu wrócę do tego. Opowiadamy historię, Staramy się, żeby historia zapewne i w teatrze, i w literaturze na pewno, żeby historia była wartka, jednak to jest dość istotne w naszych czasach. Od czasu do czasu potrzebujemy troszkę humoru. Czy akurat to, co napisałem rozśmieszy dziecko, tego nie jestem pewny. Mnie zazwyczaj śmieszy jako osobę piszącą, ale jestem zaniepokojony, gdy ja sam chichoczę nad własnym tekstem. Jestem się bardzo zaniepokojony, dlatego dobrze mieć wówczas dzieci, które wysłuchają mnie z takimi minami znudzonymi i w końcu zapytają, czy kiedy to się wreszcie skończy. Takie pytania zadają dzieci na spotkaniach autorskich. Widzę panie, które organizują spotkania autorskie, do których przyjeżdżam czasami na spotkania do szkół, do biblioteki, bardzo się cieszę. Panie były świadkami często moich klęsk, kiedy czytałem jakieś teksty, okazywało się, że ja chichoczę, a dzieci niekoniecznie. Często chichoczę razem z paniami, a dzieci nie. ale dzieci śmiały się w innych momentach, to przynajmniej to dobre.
[59:56.64 → 01:00:26.72] A: A język państwa utworów, to jest też kreacja, czy on jest podsłuchiwania dzieciaków, ulicy, podwórek? Jak on wchodzi? Czy to jest zawsze zaprogramowany do każdej opowieści, tak jak powinno być chyba w każdej dobrej literaturze? Czy raczej są pewne takie natręctwa, takie rytmy, takie tempa, które przełażą z tego dnia codziennego i pisarz, który reaguje aktualny stan świadomości dziecka, rodziców, odbiorców musi użyć. Jak jest w waszym przypadku?
[01:00:28.46 → 01:01:38.72] B: No język jest taką hybrydą chyba języka autora z tym językiem, wymyślonym językiem postaci i staram się ten język traktować dość świadomie, to znaczy zwłaszcza w teatrze to jest ważne, gdzie mamy za chwilkę te postaci już z krwi i kości grające na scenie i jeżeli one mówią tym samym językiem, w identyczny sposób, to choćby były przeróżnie poprzebierane i pomalowane, zawsze to będzie niestety, to się zleje jakby w jedną postać, to niedobrze. Więc dla mnie bardzo istotne jest różnicowanie języka, przez co też pogłębia się charakter postaci, bo wystarczy czasami dodać jakieś jedno małe powiedzonko komuś, albo sposób posługiwania się gramatyką, czy cokolwiek innego, żeby ten język po prostu stał się dosyć charakterystyczny, przypisany do postaci Dzięki czemu coś o tej postaci wiemy. To jest jakby jedna płaszczyzna, ale też staram się mieć to gumowe ucho gdzieś gdzie bywam, bo ja nie mam takich bliskich spotkań trzeciego stopnia z dziećmi. Gdzieś powiedzmy, że w gronie rodzinnym po prostu nie posiadamy jeszcze takowych albo już.
[01:01:39.10 → 01:01:41.46] A: Jakby była potrzeba, możemy podrzucać.
[01:01:41.86 → 01:02:32.07] B: Nie trzeba, bo pracuję w teatrze, w Poznaniu w Teatrze Animacji, gdzie tych dzieci przychodzą do nas z setki. Ja często prowadzę warsztaty i myślę, że to tak czasami bywa, że te dzieci prowadzą warsztat ze mną, to znaczy to ja się wielu rzeczy uczę i zapamiętuję i naprawdę perfidnie sobie z tych dzieci kradnę, po prostu zapamiętując pewne, nawet nie tyle konkretne powiedzonka i tak dalej, bo to jest na tyle Zmienne, że za chwilę już będzie nieaktualne, ale sposób reakcji na pewne rzeczy. Jakiś taki rodzaj rozumienia pewnych zjawisk, którym nie, być może nie przyszedłby do głowy. I gdzieś to później, później gdzieś to wplatam, gdzieś tam w pisaniu to we mnie jest, ale to już w taki sposób bardziej też intuicyjny niż uświadomiony. Ten język po prostu gdzieś mi się dostosowuje do rodzaju historii, jaką mam do opowiedzenia.
[01:02:34.38 → 01:03:05.94] C: Naśladownictwo współczesnego języka jest pułapką, w jaką może wpaść pisarz i naprawdę wskazywaniem książki na krótki żywot, ponieważ raz, że i gwary, i żarty, to wszystko się bardzo szybko zmienia i pewne nawyki językowe. Dwa, w pewnym momencie zaczyna się śmieszyć i drażnić. Nie ma nic gorszego niż autor, który uważa, że wie, w jaki sposób mówimy np. młodzież. Ja tego doświadczałem jako scenarzysta telewizyjny, mój producent zawsze wiedział lepiej w jaki sposób mówi młodzież niż ja i oczywiście ja też pewnie nie wiedziałem, ale już jego pomysł był naprawdę jak motyla noga z Barei.
[01:03:06.10 → 01:03:07.88] A: Pan pisał do ciuchci i do budzika, tak?
[01:03:07.88 → 01:03:15.34] C: O, ja pisałem tak scenariusze klanu, ja pisałem ryśku, ryśku, ryśku. Od razu spodziewię się, że gdy odchodziłem z klanu, to Rysiek jeszcze żył, to nie ja akurat.
[01:03:16.78 → 01:03:18.24] A: To ciekawe, nie wiedziałem, że tak, klan?
[01:03:18.24 → 01:04:22.04] C: Tak, tak, cztery lata klan nie utrzymywał, więc słowa złego na klan nie dam powiedzieć. Piszę też słuchowiska radiowe. To jest niezwykła dla mnie przyjemność pisanie słuchowisk radiowych. Raz, że spotykam się z nieprawdopodobnie zdolnymi ludźmi. Radiowcy to są ludzie jakichś niebywali i to co oni wyprawiają z tekstami, że zawsze jestem pełen zaufania jak dodaję tekst, że zrobią z tego coś dużo lepszego niż wydawało mi się, że można zrobić. Ale właśnie pisząc słuchowiska radiowe zwłaszcza wtedy mocno zwracam uwagę na to w jaki sposób, w zróżnicowany sposób mówią moi bohaterowie. Co do prozy, Nidziurski pokazał, że nie można tak naprawdę naśladować na przykład gwary szkolnej, tylko trzeba ją stworzyć. Stworzył coś sztucznego, bo postacie Nidziurskiego mówią bardzo sztucznym językiem, ale ten język jest naturalny w świecie książki, w tym świecie, w którym powinien być naturalny. I to powoduje, że Nidziurskiego książki chociaż rzadziej, ale wciąż są czytane. A to był jeden z najważniejszych autorów moich nastoletnich lat, na pewno.
[01:04:23.66 → 01:05:13.33] A: Zanim przeczytamy kolejne dwa fragmenty, mam ostatnie pytanie z tego cyklu, bo w swoich utworach poruszacie Państwo, tak jak też inni przedstawiciele tej nowej literatury dla dzieci, bardzo trudne, drażliwe tematy, czyli rozwód, śmierć, nieobecność rodzica, śmierć dziecka, śmierć rodziców. Czy jest jakiś temat, który byłby jeszcze tabu przed literaturą dziecięcą? Skoro oswajamy dzieci z tym światem, które one i tak nasiąkają tą przemocą, trudnymi pytaniami, które są wokół nich. Czy jest coś, czego jednak literatura nie powinna dotykać? Bo nie da się tego wytłumaczyć dziecku, bo nie da się tego opowiedzieć językiem konwencji literatury dziecięcej. Czujecie, że jest taki zakres niezbadany, zakazany?
[01:05:15.57 → 01:07:01.75] B: Dla mnie tabu jest każdy temat, każdy temat, o którym ja właściwie nie jestem do końca pewna, co mam do powiedzenia i jakby dlaczego chcę o tym mówić. I to też nie jest tak, że jakby dzisiaj pisze się, bo dzisiaj coraz częściej się to tabu narusza. Właściwie już coraz mniej rzeczy określanych jest zmianem tabu. Natomiast myślę, że to nie chodzi o to, że łamanie tabu jest jakimś celem. tylko raczej to wynika z takiej potrzeby społecznej, żeby o pewnych rzeczach mówić otwarcie, ale ja dotykam tego typu tematów tylko wtedy, jeżeli sama mam jakąś moją prawdziwą, wewnętrzną potrzebę, żeby o tym opowiedzieć, a w dodatku mam do tego, jak by to powiedzieć, jakieś narzędzia, jakiś sposób i pomysł na to i nie dotknęłabym tematu śmierci dziecka, gdyby coś takiego w pewnym sensie nie przydarzyło się w moim życiu. Gdybym ja nie miała doświadczeń, które gdzieś tam we mnie dojrzały do pewnej historii i złożyły się w opowieść. Myślę, że jeżeli chodzi o tematy tabu, najważniejszy jest takt osoby piszącej i jakaś taka samoświadomość, bo bardzo łatwo jest ulec urokowi łamania tabu, bardzo łatwo jest napisać coś, przełamuje jakieś konwenanse i o czymś się za chwilkę zrobi głośno. To jest bardzo kuszące. To jest też wydaje mi się wbrew pozorom dosyć proste, żeby takie tematy dotykać, bo zawsze wtedy się robi wokół tego kolorowe halo i wszyscy o tym jakby mówią. Więc ja mam swoje takie tabu. Dla mnie tabu to są tematy, o których jeszcze nie wiem jak miałabym opowiedzieć. Tylko do tego się ograniczam.
[01:07:02.91 → 01:09:19.59] C: To fajne co pani powiedziała. Ja nie mam żadnej potrzeby łamania tabu. Za to wydawcy mają, zauważymy, od pewnego czasu. Pamiętam, że gdy 13 lat temu zaniosłem do jednych z moich wydawców książkę Kacperiada, to wtedy, 13 lat temu, czy to nie jest dawno, kontrowersyjne wydawało się wydawcy to, że naratorem jest osoba dorosła, ojciec, który jeszcze czasami sam siebie ośmiesza tym, co sobie pisze. Sześć lat później wydawcy zaczęli dzwonić z pytaniami o to, czy nie napisałbym książki właśnie o śmierci, o związkach homoseksualnych, o Alzheimerze. I przyznam, że dopóki nie mam w głowie opowieści, to mnie to zupełnie nie interesuje. Kojarzy mi się to z taką historią artystyczną. Będę pierwszy, będę pierwszy. Nie jestem amudcenem, jestem pisarzem. Nie muszę zdobywać jakichś niezbadanych jeszcze kontynentów, zwłaszcza jeżeli nie jestem wyposażony w odpowiedni program, bo mogę nie wrócić po prostu z tej podróży literackiej, polec gdzieś tam. Dopóki nie mam w głowie opowieści, która rzeczywiście uzasadniałaby poruszanie tematu tabu, no to go nie poruszam. Poza tym zazwyczaj nie myślę o tym w kategoriach tabu. Po prostu piszę o czymś, co potem okazuje się, że jest kontrowersyjne. Tak było z jedną z moich książek, o prawach dziecka, napisałem książkę o prawach dziecka, nie wiedząc, że może być odbierana kontrowersyjna. Była, ponieważ zaczęła się od razu dyskusja spowodowana wówczas przez ministra Giertycha na temat tego, co dzieci mogą, a czego nie mogą. No ale tu po prostu mamy sytuację, w której książka jest też czytana w pewnym kontekście historycznym. społecznym i politycznym i dlatego niektóre książki drażnią bardziej, niektóre mniej. Parę lat temu jedna z moich książek, Gdymył Dziewczynką, była fajnie wykorzystywana na lekcjach w szkołach do rozmów z dziećmi o stereotypach związanych z płcią. Ale zaczęliśmy kłócić się rok temu o gender i już w tej chwili książka Gdymył Dziewczynką, Gdymyła Chłopcem nie jest wykorzystywana, ponieważ nauczyciele boją się trochę reakcji sfrustrowanych rodziców, którzy po prostu dość łatwo oferują wyroki. Tabu jako tak mnie nie interesuje, tylko opowieść. To, co Pani powiedziała, że tabu jest tym, czego nie potrafimy na razie podjąć, to jest fantastyczne, rzeczywiście, tak. Wszystko, czego nie umiem opisać, jest dla mnie tabu. Wydawca bardzo, bardzo prawni. Każdy ma wrażenie książkę, która narobi dużo szumu.
[01:09:19.85 → 01:10:38.95] A: Ale czujecie Państwo, że na przykład skandynawcy pisarze, czy niemieccy dla dzieci, oni bardzo szybko pędzą do przodu. Na przykład tutaj w Lublinie w Teatrze Andersona jest ta sztuka Zły Pan, prawda, o przemocy w rodzinie ojcu, który bije mamę zdaje się i dręczy dziecko. To jest bardzo odważnym tematem jednak dla na przykład klas, które przychodzą to oglądać z nauczycielami, bo wymaga rozmów z psychologami, rozmów z nauczycielami, z rodzicami później. Tak sobie aż się boję zadać to pytanie, czy wyobrażacie sobie, że powstanie kiedyś opowiadanie sztuka teatralna na przykład o pedofilii? która pokazywana dzieciom będzie w stanie albo mechanizmy obronne, albo mechanizmy ośmieszające uruchomić, żeby to nazwać jakoś, przestrzec. Sam nie umiem tego sformułować, ale skoro Skandynawowie idą tak daleko np. w uczeniu tolerancji i ostrzeganiu i nazywaniu problemów, które są w rodzinie i społeczeństwie, to czy ten krok zostanie wykonany. Tylko jeszcze jedno wspomnienie. Siedziałem w jakimś takim gronie jurorskim na festiwalu, gdzie pojawiło się przedstawienie, w którym pojawił się jakiś taki pan czas, do którego przychodzili chłopcy na podwórko, on im dawał prezenty, rozmawiał. Postanawialiśmy nagradzać, czy nie, któryś z jurów mówił, a co on z nimi robi, a dlaczego to jest mężczyzna i sami chłopcy. Od razu jakieś takie bezpieczniki się uruchomiły, nie wiadomo jaki. Wreszcie ktoś powiedział, że my straciliśmy niewinność jako odbiorcy, jako społeczeństwo. Wszystko nam się już kojarzy z jakimś zagrożeniem, przemocą, wykorzystaniem.
[01:10:39.09 → 01:11:24.63] C: No tak, pan samochodzik jedzie w podróż z trzema chłopcami, prawda? Śpią pod namiotem. Dzisiaj byłoby to dziwne. Już są takie książki, już pojawiły się książki o tak zwanym złym dotyku. Niestety często są to książki wpisane od razu jako literatura terapeutyczna. Ja jestem dość uczulony na to pojęcie, na ten termin literatura terapeutyczna, ponieważ ona tym przymiotnikiem spróbuje się podeprzeć troszeczkę. Mam wrażenie, że każda literatura jest terapeutyczna. Każda dobra literatura jest terapeutyczna już i tyle, ale takie książki już powstają, więc liczę na to, że będą też, jeżeli dobrze autorzy znajdą pomysł, powstawały także i książki, i sztuki, i może filmy, bo dobrze, żeby było, żeby to zrobili ci najlepsi, a nie ci średni.
[01:11:25.71 → 01:11:29.01] B: Ale w literaturze jest chyba troszkę łatwiej o takich rzeczach opowiadać.
[01:11:29.57 → 01:11:30.49] A: Niż w teatrze, tak?
[01:11:30.51 → 01:13:29.78] B: Niż w teatrze, bo jakby widzę już teraz, że literatura jest krok dalej, jeżeli o to chodzi. W Warszawie w teatrze baj, Jest od jakiegoś czasu grany spektakl Gęś, śmierć i tulipan. Piękna poetycka opowieść o odchodzeniu. I też druga rzecz to mój pręcik tekst o umieraniu właśnie. I wokół tych dwóch tytułów była spora dyskusja, jakaś taka mini burza. To znaczy, czy wypada, czy można właściwie opowiadać dzieciom o takich rzeczach, pokazywać takie rzeczy. W literaturze już temat śmierci od jakiegoś czasu przewija, ale to też dlatego, Literatura ma ten specyficzny rodzaj kontaktu intymnego z dzieckiem, że pewne rzeczy można opowiedzieć właśnie w tym idealnym naszym tutaj jakimś wieczornym czytaniu i w tej rozmowie. Z teatrem jest troszeczkę trudniej, bo do teatru bardzo często przychodzą grupy zorganizowane, klasy, przedszkola, szkoły. I moim smutnym odkryciem jest to, że te dzieci, które przychodzą do nas, do Poznania, do Teatru Animacji, One bardzo często nie wiedzą, na jaki tytuł przychodzą. Już są w teatrze, zdejmują kurtki. Ja zaczynam z nimi taką zabawę przed spektaklem i pytam je, na co przyszłyście? One mówią, że na bajkę, a na jaką? Nie wiedzą. I trudno jest, ja myślę, że to jest po prostu ogromne wyzwanie, żeby teatr poruszał tego typu kwestie, bo potrzeba by naprawdę mistrzów, żeby to opowiedzieć tak, żeby nie wymagało to dalszej dyskusji. Bo teatr musi zakładać, że gro tych dzieci po wyjściu z teatru nigdy więcej z nikim do tego tematu nie wróci. Jeżeli teatr nie sprzeda tego tematu właściwie, to to dziecko zostanie po prostu z jakąś dziwną treścią w głowie, której nie będzie miało możliwości przerobić. Więc byłabym ostrożna w tym. To znaczy świetnie, gdyby pojawiała się dyskusja na ten temat. Gdyby teatr rzeczywiście otwierał się coraz bardziej na poruszanie takich delikatnych tematów i ważnych. Ale jednak myślę, że ta droga jest dłuższa, jeżeli chodzi o dramaturgię.
[01:13:30.68 → 01:14:06.25] C: Literatura jest naprawdę dobrze dłuższa. Ta sztuka warszawska, Gęś, jest to sztuka zrobiona na podstawie książki, która nie zbudziła kontrowersji, tylko zachwyty i do tej pory jest jednym z takich bestsellerów. Dzisiaj przeglądałem książki o śmierci dla dzieci właśnie. Przygotowałem napisanie jakiegoś tam felietonu i sprawdzałem, ile tych książek o śmierci już powstało. W ostatnich latach wydano 47 tytułów o śmierci. Ale co chwila pojawia się autor, który chce wyważyć drzwi już otwarte i napisać kolejną książkę o śmierci i zakładam, że tak raz na jakiś czas będzie pojawiało arcydzieło.
[01:14:06.59 → 01:14:11.65] B: Proszę zobaczyć w teatrze przedstawienie o śmierci i wielka debata, czy ono w ogóle może chodzić.
[01:14:11.77 → 01:14:33.04] C: No ale może właśnie dlatego, że przychodzą dzieci nie wiedząc na co idą i przychodzą dzieci. czyli i przedszkolaki i w tym wszystkim są gimnazjaliści, tak? To jest problem. Rzeczywiście czasami, czasami odbiorcy dorośli nie... chyba brak komunikacji między... być może między teatrem, a może brak zainteresowania dorosłych, którzy prowadzą dzieci na to, na co tak naprawdę dzieci prowadzą.
[01:14:34.16 → 01:14:46.32] A: Panie Danielu, zapraszam teraz dwoma kolejnymi fragmentami. Myślę, że Pręcika przeczytamy i ten fragment o szkole, kiedy... nie pamiętam tytułu tego opowiadania. Ludzie ludziom zgotowali te losy.
[01:14:46.32 → 01:14:51.70] C: To właśnie biografii autobiograficzne.
[01:14:52.98 → 01:14:54.22] A: Zapomniałem tytułu przepraszam.
[01:14:54.76 → 01:14:55.08] C: Ja też.
[01:14:55.94 → 01:14:56.92] D: Dokładnie.
[01:14:58.00 → 01:14:58.68] C: Nic mądrego.
[01:15:02.18 → 01:16:22.61] D: Nie ma dziewczynki Łysy Jo. Nie wiemy co się z nią stało. Narzekaliśmy na nią sobie co rano, a teraz jej nie ma i mamy dzień super kapcia i jakoś no... No nie jest super. I nie wiemy co się z nią stało. Poduszka. Co robimy? Łysy Joe. Nic. Budzik. Ja bym sobie coś obudził. Brrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr A wiem, leci jej z nosa i ma chrypkę i mama przynosi jej czasopisma i syropek i zaraz leży w łóżku. Przecież nie leży. Czy to znaczy, że nie ma jej w domu?
[01:16:24.23 → 01:16:24.49] C: Aha.
[01:16:26.31 → 01:16:30.25] D: Wiem. Czyli to znaczy, że jest poza domem.
[01:16:31.33 → 01:16:31.67] B: Aha.
[01:16:33.21 → 01:18:12.36] D: O nie. Budzik. Proszę państwa, a jednak, jednak dziś zdarzyło się to, co nie zdarzyło się jutro i nie zdarzy się wczoraj, w ten wyjątkowy czas, w którym ta dziewczynka zostawiła nas i nic nie możemy zrobić. Zapewniam państwu luksusową pobudkę do czasu, aż dziewczynka wróci, jedyną w swoim rodzaju. Ona może nie wrócić. Jak to? Może nie wrócić? Co ty pleciesz, łysy? Tak jak nie wracają sny, które przyśniły się tylko raz i zgubione w pralce skarpetki odchodzą gdzieś tam do skarpetkowego nieba. Coś mi tu nie tyka. Jak ktoś jest chory, to leży w łóżku, a łóżko dziewczynki jest puste. Nic nie rozumiesz. Dziewczynka jest chora na inną chorobę niż chrypka i katar. Taką chorobę, w której zabiera się dziewczynkę do innego łóżka. Z metalowymi nogami i pościelą bez kwiatków i ptaszków, bez żadnych szlaczków. Do smutnego łóżka. Moja mama była kiedyś w takim smutnym łóżku. Jest białe, dziwnie pachnie i nie ma jaśków. W takim łóżku to nic się nie śni. Bo sny przychodzą z jaśka, z piórek po nitkach. Prawda? Usy dżą.
[01:18:14.04 → 01:18:14.32] A: Mhm.
[01:18:17.76 → 01:21:02.49] D: A kapcie? Co kapcie? No i jakie tam są kapcie? Nie wiem nic o kapciach. Nie wolno chodzić bez kapci. Nigdy nie słyszałam, żeby tam były kapcie, chyba, że takie smutne kapcie. Biedna dziewczynka, zapłacze się bez nas. Nie pozwolę, by chodziła boso. Kapciu, idziemy do smutnego łóżka, ale już. Człap, ciap, człap, ciap, człap, ciap. Daleko to jeszcze łysy John. Drrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr Co było go tyle, nie było go tyle czasu, błąkał się nie powiem gdzie pod łóżkiem, robił tam te swoje łyse nie wiadomo co i nagle wszystko wie, tak? Huh, dziewczynka chora, o. Nie ma jej w domu. A może jest? Trrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr to ja nigdzie do żadnego smutnego łóżka nie idę. Tu jest mój wesoły stoliczek, moja wesoła świecąca tarczka i już. I racja. Łysy Joe zamierza wrócić pod łóżko. Kapeć. Ej, łysy. Co ty robisz? Masz iść z nami do dziewczynki, ale migiem. Joe. Co noc. Co noc? Co? Patrzyłem na was, jak śpicie. Było wam dobrze. Wiesz co, John, nie było nam dobrze. Było nam świetnie bez ciebie, trochę mokro od łez. Łez dziewczynki, gdy szukała cię i nie mogła znaleźć, ale generalnie było nam bosko. Tuliłam ją do snu za nas dwoje, szeptałam jej kołysanki, aż w końcu Przestała Cię szukać, a ja... a ja też sobie doskonale bez Ciebie radziłam. Gadałam sobie z kołdrą, zwijałam się ze śmiechu, z prześcieradłem i... i wcale nie... wcale nie... Przepraszam. Za miękka jestem na to wszystko. Tej nocy też na Was patrzyłem. Dziewczynkę zabrali do szpitala. Drugi
[01:21:04.23 → 01:21:05.61] A: fragment, pierwszy dzień w szkole.
[01:21:06.57 → 01:21:09.57] B: Nieczęsto
[01:21:15.35 → 01:24:58.20] D: się zdarza, że autor opowiadania jest równocześnie jego bohaterem, a tak będzie właśnie w tym przypadku. Obiecuję jednak, że zamiast o dorosłym Grzegorzu opowiem o niedorosłym Grzesiu. W tym celu wyjmuję z szafy prywatny wehikuł czasu, pudło ze zdjęciami i cofam się w myślach o 30 lat. Nad wejściem do szatni w mojej szkole wisiał napis. Ludzie ludziom zgotowali ten los. Prawdę mówiąc, gdybym umiał go odczytać, uciekłbym z lekcji już pierwszego dnia. Ale czytać nie umiałem. Napis był po prostu zbiorem tajemniczych literek. Dowiedziałem się później, że tak naprawdę dotyczył nie szkoły, lecz wojny. Odczytała go nam nasza pani, pani Płonowska.— Okropieństwo!— wzdrygnął się Krzysiek Olechno. Miał doskonale okrągłą głowę i siedział ze mną w jednej ławce.— Wojna czy szkoła?— zapytałem.— Jedno i drugie. W pełni się z nim zgadzałem. Co tydzień zapędzano nas do sali gimnastycznej na apele przeciwko wojnie, a ani razu nie zorganizowano apelu przeciwko szkole. Uważaliśmy to za niesprawiedliwe. Trzeba jednak przyznać, że pani Płonowska robiła wszystko, aby lekcje zaczęły nam się podobać. Najbardziej lubiłem stać w koncie. Lubiłem też wycierać tablice i chodzić do pani woźnej po kredę. Nie lubiłem za to czytać, pisać, I liczyć. Każdego dnia na pytanie mamy, co było w szkole, niezmiennie odpowiadałem. Nic. Mamę trochę to niepokoiło. No bo ile można robić nic, prawda? Na szczęście któregoś razu uspokoiłem ją informacją, że pani czytała nam świerszczyk. Takie pismo dla dzieci. Naprawdę? Ucieszyła się mama. Czytałam je, gdy byłam mała. Babcia zareagowała podobnie. Naprawdę? Czytałam świerszczyk mojej chrześnicy tuż po wojnie. Dziadek wprawdzie świerszczyka nie czytał, ale jako wielbiciel przyrody i znany działkowiec opowiedział mi o zwyczajach świerszczy domowych. Następnego dnia podzieliłem się zdobytą wiedzą z Krzyśkiem Olechną. Był pod dużym wrażeniem. Naprawdę? Kręcił okrągłą głową. Samce grają na skrzypcach, żeby poderwać samicę? Na skrzydłach, a nie na skrzypcach sprostowałem niechętnie. Również wolałbym, aby były to skrzypce. Krzysiek zamyślił się. A właściwie po co? Zapytał. Co po co? Po co je podrywają? Żeby mieć dzieci, wyjaśniłem. Krzysiek skrzywił się. Widać było, że uważa świerszcze za głupie. Ja uważałem je za okrutne. Samice rodzą dzieci, a potem te dzieci dorastają i na pewno muszą iść do szkoły. Biedne maleństwa. Od tamtego dnia minęło prawie 30 lat. Wiele z nich spędziłem marząc zeszyty i ślęcząc nad podręcznikami. Każdego dnia na pytanie mamy, co było w szkole odpowiadałem, nic. A przecież umiem dzisiaj pisać, czytać i liczyć. Wiem też z lekcji przyrody, że małe świerszczyki nie chodzą do szkoły, a z lekcji polskiego, że w świerszczyku są opowiadania, z których można się nieźle pośmiać. A dzisiaj sam takie piszę.
[01:25:00.60 → 01:25:16.83] C: Dziękuję bardzo. To jest prawdziwa historia. W mojej szkole rzeczywiście był taki napis na trzatniu o ludzie. Ludziom zgotowali ten los. Na szczęście byłem dzieckiem, które nie chciało się uczyć przed pójściem do szkoły, więc nie wiedziałem, co to może oznaczać.
[01:25:18.15 → 01:26:30.37] A: Drodzy Państwo, bo te dwa opowiadania, jedno domknęło poprzedni etap naszej rozmowy, drugie zaczęło ten już ostatni, finałowy. Bo teraz myślę, że jest czas, żeby zapytać o to, w jaki sposób dramatopisarz, pisarz umieszcza siebie wewnątrz swojego świata i po co to robi. Mówiliśmy o tym komunikacie dla syna, o tej książce pisanej dla syna pana Grzegorza. Pani wspominała o tym podsłuchiwaniu, korzystaniu, okradaniu dzieci z pewnych słów, z kojarzeń, z postrzeżeń. Ale jest jeszcze coś takiego jak właśnie tutaj w tym opowiadaniu, że wydaje nam się, nam czytelnikom, że w jakiejś postaci autor wchodzi do środka opowiadania. Jak to na przykład wygląda w dramacie? Czy są jakieś jacyś dziwni, szaleni bohaterowie, których możemy połączyć z Panią? Kiedy się w dramacie XIX wiecznym mówi o port parol pisarza, znajduje się na przykład w Soni w Łujaszku Wani u Czechowa, albo Pergent to port parol tego i tego autora. W dramacie, który Pani uprawia, dramacie dla dzieci, też istnieją takie furtki, gdzie tutaj jest Malina Prześluga?
[01:26:32.35 → 01:27:58.34] B: Ja mogę siebie odnaleźć tak na czysto w prozie, czyli w Ziuzi, w tych dwóch tomach, w opowiadaniach. Tam bohaterka ma starszą siostrę, a ja jestem starszą siostrą i ja jestem tą starszą siostrą z książki. I to jest chyba jedyny taki, pytał pan o dramat, a to jest proza, więc też jakoś znamienne. To jest chyba jedyny taki utwór, gdzie rzeczywiście widzę tam siebie i świadomie po prostu opisywałam własne perypetie, natomiast w wielu W moich tekstach są przetworzone postaci, ludzie bliscy, dalsi z mojego świata. Czasami są to ludzie naprawdę mi bliscy, a czasami są to ludzie, których na przykład widuję codziennie siedzących na ulicy pod sklepem spożywczym. Jest taki pan, którego też porwałam na trochę i stał się jednym z bohaterów, a przynajmniej jego początkiem. Ale to tak jest, że mi te postaci, brzydko mówiąc, mutują. To znaczy punktem wyjścia jest dana osoba z otoczenia, z mojego świata mi bliska, a potem gdzieś w trakcie pracy twórczej, w trakcie pisania ona nabiera własnych cech i staje się zupełnie kimś innym. Ale samej siebie jakoś tak celowo nie umieszczam. Jeżeli już, to moje wspomnienia i moje takie, tą moją wiedzę o sobie raczej, a nie mnie jako bohatera.
[01:27:59.86 → 01:28:04.72] A: Panie Grzegorzu, ten narrator u Pana to przetworzony Grzegorz Kasdepke.
[01:28:04.82 → 01:28:05.74] C: W tym wypadku tak.
[01:28:06.04 → 01:28:17.08] A: Tu tak, ale w innych taki Grzegorz Kasdepke na lekkim rauszu, Grzegorz Kasdepke z poczuciem winy, Grzegorz Kasdepke kłamiący i szalejący z jakimiś opowieściami.
[01:28:19.54 → 01:30:19.73] C: Po pierwsze, decyzję podejmujemy już w tym momencie, gdy zastanawiamy się, czy należy napisać w pierwszej osobie, trzeciej, czy rzadziej w drugiej. Pierwsza osoba jest bardzo rzeczywiście specyficzna i jednocześnie chyba zapomniałem zaczelnikowi poczuć takie największe intymności kontaktu bliskiego z autorem. Kulisy teatralne są bardzo interesujące. Wszelkie bebechy są interesujące. Dzieci lubią poznawać wszystko od tyłu. Sztuka oglądana od tamtej strony jest bardzo ciekawa, z tym, że widać nie tylko to, co widzą tutaj widzowie, ale widać także to, w jaki sposób wszystko się zmienia. Gdy umieszczam siebie i mówię o tym wprost, w opowiadaniu jako osoba, jako narrator i gdy czasami rzeczywiście ja jestem sprawcą działania się, ja czasami w jakiś taki czy inny sposób, nawet wbrew prawom fizyki powoduje, że poruszają się przedmioty, a moi bohaterzy zachowują się irracjonalnie, to tak naprawdę w ten sposób odsłaniam bebechy literatury, co dzieci po prostu lubią. Także to jest tylko i wyłącznie próba zaciekawienia ich takim trochę teatralnym światem od tyłu. Z drugiej strony pozwala, tak jak powiedziałem, stworzyć takie bardzo intymne doznanie współuczestniczenia w historii. Ja często czytając książki miałem wrażenie, że wchodzę w głowę narratora, autora książki i odkrywam w sobie pokrowieństwo. Łatwiej jest żyć, mam wrażenie, gdy wiemy, że jest ileś osób na świecie podobnych do nas, podobnie odczuwających. I to właściwie są te najważniejsze sprawy. Poza tym niektóre historie, Bardzo, podkreślam często, do tego wracał, jest coś takiego jak siła sprawcza historii. Niektóre historie decydują za nas. Są powieści, które chcą być opowiedziane w pierwszej osobie, a nie w trzeciej. I to one często nami powodują. My uważamy, że to jest intuicja, ale mam wrażenie, że po prostu niektóre historie decydują za nas, w jaki sposób je będziemy pisali.
[01:30:20.91 → 01:31:03.37] A: Jeszcze chciałbym spytać taki punkt wspólny, bo u pani Maliny Ta działalność autorki dramatów dla dzieci w tej chwili już jest prawie na równi z działalnością dramatopisarki. Kwaśne Mleko, Stefanie Moll i pewnie jeszcze inne utwory będące w fazie przygotowania. Pan Grzegorz przyznał się do tych odcinków klanu. Czy jest jakiś punkt wspólny między tym odłamem waszej twórczości a tym drugim? takie miejsce, gdzie pewien rodzaj wrażliwości się spotyka albo jakiś taki mur, od którego się odbijacie. Nie, teraz się trzeba przestawić na inna zwrotnica w drugą stronę i jedziemy zupełnie inaczej. Umiecie wskazać coś takiego?
[01:31:04.21 → 01:32:23.88] B: To jest w moim przypadku chyba jednak dosyć naturalne. To znaczy jakby nie ma takiego rozdziału oddzielenia pisania dla dorosłego i pisania dla dziecka. Raczej Raczej chodzi o to, że ja po prostu miewam raz takie, a raz inne potrzeby. I raz czuję, że mam ochotę napisać coś dla dorosłych. Mam ochotę teraz być tą 30-kilkuletnią maliną prześlugą z tymi moimi życiowymi doświadczeniami i jakby to moje dziecko w sobie na chwilę tam, brzydko mówiąc, bo nie lubię tego używać, gdzieś tam na chwilkę uśpić i jakby pójść w tę stronę. Bo po prostu historia, która jest punktem wyjścia, albo bohater, który też jest punktem wyjścia, pozwala mi mówić w tym momencie do dorosłego i nie do dziecka. No i mam też takie potrzeby, to jest trochę tak jak z pragnieniem albo głodem. Znaczy mam ochotę na coś do zjedzenia słodkiego, mam ochotę na coś ostrego albo słonego i mniej więcej w ten sposób gdzieś się w mojej głowie zaczyna to pisanie dla dorosłego albo dla dziecka. Jednak częściej jest to potrzeba napisania czegoś dla dziecka, ale jak zaczyna się we mnie odzywać ten dorosły, to wtedy się też nie mogę opędzić i po prostu muszę to napisać. Troszeczkę inne pokłady wtedy głowy są aktywne, ale to jakby wynika z jednej prostej potrzeby, napisać historię.
[01:32:24.36 → 01:32:30.18] A: Czyli w żadnym obrazie, w żadnym punkcie one się, te pragnienia nie skrzyżują w takim razie, skoro to jest takie przełączanie.
[01:32:30.28 → 01:32:32.90] B: A nie wiem czy rozumiem dobrze, co to znaczy, że mają się skrzyżować.
[01:32:33.08 → 01:32:42.30] A: Taki obraz albo temat, który jest zarówno możliwy dla pani do opracowania w formie opowieści dla dziecka i w postaci dorosłego dramatu poważnego.
[01:32:42.82 → 01:32:48.32] B: Nigdy nie mówię nigdy. Póki co tak nie było, ale to jak najbardziej może się przydarzyć.
[01:32:49.72 → 01:34:30.47] C: Pisanie scenariuszy telenoveli to jest w ogóle inna bajka. To jest ciekawe akurat, ponieważ pisząc, napisałam ponad 100 chyba scenariuszy, 100 odcinków, pisząc tego typu scenariusze, autor musi być doskonale przezroczysty. My autorzy scenariusza musimy być tak samo wymienialni jak kołpak w samochodzie. Żeby w każdej chwili Grzegorza Kazdebek można było zastąpić XY. To jest bardzo interesujące, ponieważ okazuje się, że my autorzy jednak siekamy pewnym określonym stylem i sposobem pisania albo pewnymi charakterystycznymi zwrotami i dopiero pisanie wraz z grupą osób, grupą scenarzystów pokazuje, jak bardzo nasze teksty odbiegają od innych. Także jako techniczna próba pisania jest to bardzo interesujące, bo odnajdujemy to wszystko, co jest charakterystyczne dla naszej prozy, a potem to gumeczką w głowie wymazujemy. Ciekawe. Ale duże przyjemności z tego nie miałem za to, że oczywiście zawsze starałem się w taki sposób pisać, i to jest wspólne także z pisaniem dla dzieci, w taki sposób pisać, żeby na papierze to wyglądało maksymalnie autentycznie. Chociaż rzeczywiście nie podsłuchuję języka, nie zapisuję go w 100%, to staram się, żeby moje postacie mówiły językiem, które, gdy się czyta, wydaje się językiem rzeczywistym. Za to nawet, gdy potem aktor czyta tekst, a nie aktorzy podają ten tekst już w filmie, nawet gdy aktor czyta tekst, czasami słychać rzeczywiście, że to się powiadomo mniej lub bardziej. Proszę zauważyć, to jest też ciekawa... Pani na pewno to robi często, że tekst czyta na głos, Gdy my sami sobie czytamy własny tekst na głos, on wtedy obnaża się, prawda?
[01:34:30.95 → 01:34:34.15] B: Ja tak nie robię. Bardzo, bardzo rzadko.
[01:34:34.17 → 01:34:56.97] C: Ja tak robię ostatnio i przyznam, że za każdym razem jestem zaskoczony, że inaczej to tak zrobili w mojej głowie niż wówczas, gdy czytam cicho, gdy czytam sobie pod nosem. Także takim wspólnym mianownikiem każdego rodzaju pisanie jest próba zachowania jakiejś tam wewnętrznej autentyczności, ale tekstu, a nie rzeczywistości, którą opisuje tekst. Tekst tworzy własną rzeczywistość i to wszystko.
[01:34:57.72 → 01:35:03.90] A: Tylko dopytam Pani Maliny, jeśli nie czyta Pani sobie tego na głos, na kim Pani testuje gotowy tekst?
[01:35:04.54 → 01:35:05.34] B: Nie testuję.
[01:35:06.66 → 01:35:12.32] A: Wiedząc, że test będzie na scenie, nie potrzebuje Pani testu wcześniejszego?
[01:35:12.34 → 01:36:17.86] B: Nie no, test się pojawia wcześniej, gdy ten tekst trafia do reżysera, bo jednak to jeszcze swoją drogę musi przejść i on się jeszcze też weryfikuje często w pracy, w próbach pracy na scenie. Fajnie, jeżeli mam szansę brać w tym udział, bo wtedy myślę, że z korzyścią dla tekstu pewne rzeczy się zmieniają. Ja nie testuję, to znaczy zdarza się, że podeślę coś mojemu mężowi, ale on często nie czyta tego, co mu podeślę, bo on mówi, że to wszystko jest nacechowane i w ogóle nie umie być obiektywną odbiorcą. że on mówi, że za dobrze mnie zna, to akurat się zgadza rzeczywiście, że nie jest dobrym oceniaczem w tym momencie, bo po prostu za dużo o mnie wie, o tym, co mnie pociąga w ogóle w myśleniu, w życiu i po prostu czyta to przez taki pryzmat raczej bycia moim mężem niż bycia odbiorcą tego, co napisałam. I to jest chyba jedyny taki adresat pośredni przed tym, jak tekst trafia do... gdzieś do kogoś, kto decyduje o jego realizacji.
[01:36:18.78 → 01:37:34.29] A: Ostatnie moje pytanie, zanim oddam Państwu głos. Byłoby tak, jak zaczęliśmy od tych pierwszych obrazów z dzieciństwa, pierwszych odkryć. Teraz przypomniało mi się takie moje spotkanie z znanym litewskim reżyserem Miltasem Nekrosiusem, który na takie dość banalne pytanie o przyszłość, plan, o jakieś odkrycie czegoś nowego w swoim teatrze powiedział wstrząsająco, Chciałbym się przenieść do krainy dzieciństwa, żeby jeszcze raz na wszystko spojrzeć tamtymi oczami, które, oczami dziecka, które wszystko widzą po raz pierwszy, wszystko nazywają, próbują zrozumieć. I teraz jakby odwracając tę strategię z pierwszego mojego pytania i z tej opowieści, chciałbym Państwa poprosić o to, żebyście mieli taką możliwość cofnięcia się do krainy dzieciństwa. Na co byście chcieli popatrzeć, żeby zrozumieć tak, jak rozumie to dziecko, odkryć coś, co mogłoby odkryć dziecko. swojego życia, z rzeczywistości. Popatrzeć, tak. To nie muszą być specjalnie intymne opowieści, ale różnego rodzaju takiego stanu tajemnicy, która była. Dorośliśmy, dojrzeliśmy, ona gdzieś została, nie opowiedzieliśmy jej jeszcze. Jest taki moment w waszych powrotach do przyszłości?
[01:37:34.31 → 01:37:37.59] B: Ja chyba nie rozumiem pytania. Przepraszam.
[01:37:37.65 → 01:37:52.25] A: Przepraszam Państwa, mistrzostwo dziennikarskie zadaje pytanie, którego autorzy nie rozumieją. Więc nie wiem, czy Brnoś wyjaśni. Gdyby miała pani możliwość jeszcze raz wrócić do krainy dzieciństwa, na co chciałaby pani popatrzeć? Ze swojego życia, ze świata, który wtedy był? Teraz jaśniej?
[01:37:52.53 → 01:39:23.56] B: Tak, już rozumiem. Ja się wychowywałam w Pilew, w takim smutnym dość mieście, w dodatku w wielkiej płycie, gdzie było bardzo brzydkie i przefantastyczne podwórko. Takie metalowe huśtawki połamane, wszystko i tak dalej. I tam były krzaki forsycji, te żółte takie, które jakby tworzyły takie C, to znaczy były z jednej strony kompletnie zasłonięte od strony podwórka, dzieciaków i okien, a z drugiej strony były otwarte na chodnik ulice i sklepy i w ogóle ta druga strona się nie liczyła, bo to była nasza krajówka, moja i mojej koleżanki. My siedziałyśmy tam w tych krzakach praktycznie całe jedno lato, dzień w dzień, od 7 rano w ogóle do wieczora. I w ogóle nie wiedziałyśmy, nie kodowałyśmy tego, że ta strona od miasta jest otwarta, że nas tam widzą ci przechodnie, te panie sprzedające pomidory i tak dalej. Dwie dziewczynki, które kucały po prostu w krzakach przez cały dzień i bawiły się malutkimi zwierzątkami. o czymś tam rozmawiały. Ja bym chciała dzisiaj zrozumieć, co było w tym tak fascynujące, że ja potrafiłam właściwie dwa miesiące siedzieć w tych krzakach i do dzisiaj wspominam to lato jako jedno z najpiękniejszych w ogóle w moim życiu. I chciałabym dzisiaj jakby przypomnieć sobie, o co mi wtedy chodziło, dlaczego to było takie fascynujące, bo brakuje mi takiej magii po prostu i takiego jakby filtrowania pewnych rzeczy, że tej ulicy dla nas tam nie było, że to był jakiś inny świat. Chciałabym wiedzieć jaki.
[01:39:24.18 → 01:39:27.56] A: Właśnie o takie opowieści mi chodziło, panie Grzegorzu.
[01:39:28.07 → 01:39:29.77] C: Nie, teraz nie chcę pana zawieść.
[01:39:32.11 → 01:39:34.80] A: Ale Alina poprzeczkę wysoką zawiesiła.
[01:39:35.35 → 01:40:38.49] C: Po pierwsze chciałem wyznać, że bardzo chciałbym jednak wreszcie, ja podglądałem moją sąsiadkę, chciałem wreszcie ją podejrzeć, bo mi się ani razy nie udało to wyznanie takie, które rzeczywiście jest poniżej poprzeczki. Ale też drugie wyznanie może troszeczkę mnie ratujące. Bardzo chciałbym znowu wejść pod stół i odzyskać taką umiejętność, dziecięcą umiejętność bycia niewidoczny w pewnym sensie dla dorosłych, ponieważ ja to siedzenie pod stołem było moim takim w ogóle stół albo ta przestrzeń pod stołem była moim pierwszym uniwersytetem o życiu. Ja siedziałem pod stołem, rysowałem, bawiłem się i rodzice dorośli, którzy przychodzili do moich rodziców zapominali w jakiś sposób o mnie. Póki dziecko o sobie przypomina, to jak wiadomo dla rodziców dorosłym jest fajnie. Więc ja umiałem o sobie nie przypominać, rysowałem, bawiłem się, a przy okazji chłonąłem opowieści dorosłych o dorosłym życiu. I chciałbym znowu wejść pod stół. Bardzo. Tak, to jest jedno z moich pragnień. I mam nadzieję, że kiedyś IKA odkryje, że my dorośli chcemy wejść pod stół i zrobić większe stoły po prostu.
[01:40:38.85 → 01:40:47.26] B: Ale to przykre, prawda, że dzisiaj jako dorosły człowiek Wszedłby pan pod stół i wszyscy pomyśleli, że wariat. Co facet robi?
[01:40:47.46 → 01:40:48.26] C: Trzeba coś.
[01:40:48.58 → 01:40:51.20] B: Przykre to jest. Tylu rzeczy już nie można.
[01:40:51.48 → 01:41:06.34] C: Chodzi o to, żeby jeszcze odzyskać tę umiejętność bycia niewidzialnym, bo dziecko potrafi być czasami niewidzialnym. Bez szapki niewidki, bez pelerynki niewidki, ale potrafi. My już tego nie potrafimy. Gdybym ja wszedł pod ten stolik, to na pewno wszyscy byście na mnie patrzyli.
[01:41:06.34 → 01:41:08.42] B: Byłby pan bardziej widzialny niż normalnie.
[01:41:09.46 → 01:41:15.60] C: A chciałbym sobie usiąść. pod takim stolikiem i posłuchać, posłuchać rozmów czasami. To było bardzo interesujące.
[01:41:16.44 → 01:41:28.06] A: Dziękuję bardzo. Drodzy Państwo, pytania do naszych gości. Opowieści ze swojego dzieciństwa to mogą być. Mamy taką furtkę tutaj na tym spotkaniu. Ktoś z Państwa?
[01:41:30.82 → 01:41:33.28] C: Pewnie Państwo chcą iść na mecz.
[01:41:34.10 → 01:41:35.35] A: Jeszcze godzina do meczu.
[01:41:35.44 → 01:41:36.05] B: Jeszcze czas.
[01:41:36.39 → 01:41:37.19] C: Jeszcze czas.
[01:41:37.48 → 01:41:42.11] A: Nie, nie. To się pierwszy raz zdarza, że tak zablokowała się publiczność.
[01:41:42.49 → 01:41:47.67] C: Bo pan tak wysoko poniosła poprzeczkę z opowieściami o dzieciństwie.
[01:41:49.27 → 01:42:50.89] A: Ale chyba coś, tylko zanim państwo zadacie to pytanie, tak kontynuując te państwa opowieści, bo rzeczywiście jest coś takiego, że jest pewien element dzieciństwa, którego nie rozszyfrowujemy do końca, czyli pewien taki obraz niedopatrzony, nie obejrzany do końca. Jak państwo opowiadaliście o tym, to przypomniałem sobie taki cudowny moment z mojego dzieciństwa, jak zostałem przywieziony pierwszy raz do Warszawy i wszedłem chyba do smyka, czy jakiegoś poprzednika smyka w Warszawie, gdzie takie coraz wspanialsze zabawki stały w jakiejś piwnicznej sali. Ja taki siedmolatek, który szedł, szedł coraz głębiej, coraz wspanialsze rzeczy dostrzegał i została mi jeszcze tylko jedna półeczka i wtedy mnie rodzice zawołali. I do mnie do dzisiaj powraca ten sen, co było na tej ostatniej półeczce, jakie skarby tam stały, o których mogłem wtedy marzyć albo jeszcze dzisiaj. I myślę, że ten taki nieobjęty kawałek to jest taka, tak jak wszyscy właściwie z tych trzech opowieści wynika. To jest ta tajemnica dzieciństwa, którą jedni próbują w swojej twórczości rozszyfrować, opisać, a drudzy uwielbiają na to patrzeć i czytać opowieści o tym rozszyfrowanym albo obejrzanym jeszcze raz.
[01:42:51.05 → 01:43:00.76] B: Może na tym polega właśnie to dzieciństwo, że zawsze ono w nas pozostaje, dlatego że nie wszystkie tajemnice zostały rozwiązane po prostu. Bardzo poetycko to brzmiało.
[01:43:00.86 → 01:43:30.88] C: W moim rodzinnym Białymstoku był tajemniczy budynek w całym centrum, dom partii. Zachodziłem w głowę, co tam się może dziać, bo wiedziałem, że jest mrocznie. Tak to wyglądało. Ale co tam mogło się dziać? Nie wiem. W tej chwili jest tam po prostu Uniwersytet. Uniwersytet w Białymstoku. Uniwersytet Białostocki bardzo bronił się przed nazwą Uniwersytet Białostocki, żeby skrótnie kojarzył się źle nasze miasto. To się nazywa Uniwersytet w Białymstoku. Ale kiedyś było to bardzo mroczne miejsce, które się intrygowało mnie w taki sam sposób jak półeczka, o której Pan mówi.
[01:43:32.00 → 01:43:43.16] A: Pytanie od Państwa, komentarz. Czy zostawimy? Proszę bardzo. Podam mikrofon. Dziękuję za aktywność.
[01:43:44.40 → 01:44:45.36] E: Dzień dobry. Ja mam pocieszenie dla Pana, Panie Grzegorzu, w sprawie tego stołu, bo Przypomniało mi się, kiedy urodził się mój starszy syn, teraz trzynastoletni. Pamiętam taką imprezę, on miał może ze dwa lata i wszyscy chcieli być z nim pod stołem. I rzeczywiście tak sobie pomyślałam, że ponieważ pana syn ma 19 lat, to za jakieś 5, 8, 7 lat, nie wiem ile, pan będzie z tym wnukiem pewnie pod tym stołem. I myślę, że pan odkryje znowu, tę niewidoczność, bo potem ta impreza się toczyła. Natomiast te osoby, które miały w sobie tę potrzebę bycia pod stołem, były z tym moim synem pod stołem. I do dziś wspominają pewne sytuacje lub mój syn wspomina Magdę, która mu pokazywała jak fajnie można między palce u nóg wsadzać swoje własne palce z drugiej strony. To są naprawdę fascynujące rzeczy pod tym stołem, więc proszę się nie martwić. Przejdą wnuki, przyjdzie stół.
[01:44:45.48 → 01:44:49.20] C: Bardzo dziękuję. To jest bardzo pocieszające. Mój syn ma lat 19, nie wiem co teraz robi na przykład.
[01:44:50.26 → 01:44:51.54] E: Jest pod stołem pewnie.
[01:44:52.60 → 01:44:59.81] C: Z drugiej strony bardzo mnie też to pociesza, że pamiętam stryjka, który wylądował kiedyś pod stołem razem ze mną. Także są różne metody, są różne drogi pod stół.
[01:44:59.97 → 01:45:01.95] E: Tak, proszę się nie martwić, będzie dobrze.
[01:45:02.07 → 01:45:02.31] C: Dziękuję.
[01:45:02.93 → 01:45:21.95] A: Jest jeszcze takie jedno teatralne pocieszenie dla pana Grzegorza. Roland Topor, Zima pod stołem. Telewizyjna wersja, w której Zbigniew Zamachowski jako emigrant z Albanii czy skądś wynajmuje miejsce pod stołem, za którym siedzi tłumaczka Bernarda Tamahawa i cały czas widzimy tylko Zamachowskiego i te piękne kobiece nogi. To jest może taki raj.
[01:45:22.33 → 01:45:24.17] C: Tak, tak, tak. No to jest raj.
[01:45:24.81 → 01:45:55.00] A: Czy jeszcze ktoś z Państwa? o stole albo w jakimś ogródku, krzaczkach, półkach w dzieciństwie? Cisza, więc czy pokusimy się jakąś puentę? Na przykład, już absolutnie kończąc, po co jest pisarz dla dzieci? Zadawaliście sobie Państwo kiedyś takie pytanie? Coś robię w życiu, tworzę coś całe życie. Po co to robić? Czym jest to zadanie, które wykonuje?
[01:45:55.02 → 01:47:32.42] C: Wreszcie postaram się być teraz poważny. Na koniec, proszę wybaczyć, tak naprawdę toczy się na świecie, w Polsce także, może w Polsce bardzo to widzimy, ponieważ nie jesteśmy narodem czytelników, toczy się bój o kulturę, o to, w jaki sposób kultura będzie wyglądała i tak naprawdę ten Ważniejszy, a często o tym nie wiemy, ten najważniejszy, najbardziej dramatyczny bój o kulturę toczy się zazwyczaj przy domowych biblioteczkach, w rodzinie. Jeżeli nie nauczymy dzieci korzystać z kultury, to ten teatr będzie kiedyś w Biedronku, po prostu. Także ta walka trwa. Mam nadzieję, ale chciałbym, żeby także dzieci na to nie chciały pozwolić. Także piszę dla dzieci dlatego, że pomijając to, że ja lubię opowiadać, lubię te wariackie historie, które są w mojej głowie, piszę, żeby nie zwariować, bo pisarz ma w głowie za dużo słów, musi wyrzucać te słowa. Ale jest też poważny, ja uważam, że pisanie dla dzieci, tworzenie dla dzieci jest niezwykle ważną częścią walki o przyszłą kulturę i cieszę się, że powstają współczesne, dobre teksty dramatyczne, teatralne dla dzieci. Żałuję, że filmowcy jeszcze, jeszcze nie podjęli się realizowania filmów dla dzieci. Ostatni film dla dzieci przez polskiego autora zrobiony to był tak naprawdę film Maleszki 5 lat temu. magiczne drzewo. Ja teraz uczestniczyłem jako jeden z jurorów w festiwalu Kino w Trampkach. W tym samym czasie prawie odbyło się festiwal Kino Dzieciom organizowany przez Gutka. Obejrzeliśmy fantastyczne filmy dla dzieci. Nie realizowano oczywiście w Polsce.
[01:47:32.42 → 01:47:33.26] B: I żaden nie był w Polsce.
[01:47:33.32 → 01:48:22.01] C: I żaden nie był w Polsce. Ale seanse rzeczywiście było oglądane przez całą rodzinę. Filmowcy jeszcze troszeczkę mają w poważaniu twórczość dla dzieci. Być może dlatego, że się wstydzą. Być może dlatego, że film polski to jest jednak mężczyzna zazwyczaj, a nie kobieta. Może to jest powód. A może dlatego, że kiedyś do filmów dla dzieci oddelegowywano tych autorów, tych scenarzystów, tych reżyserów, których by się nie powiodło w twórczości dla dorosłych. Literatura myślę, że radzi sobie ostatnio całkiem nieźle. Dramat także. Czas na filmowców. To jest naprawdę bardzo poważny bój, chociaż w takim cukierkowym otoczeniu pokojów dziecięcych. Walczymy o to, w jaki sposób będzie kiedyś wyglądała nasza kultura i czy ten teatr naprawdę będzie teatrem, czy Biedronką, albo innym owadem.
[01:48:23.97 → 01:48:24.55] A: Pani Malino?
[01:48:24.81 → 01:49:17.38] B: Ja się mogę tak naprawdę tylko podpisać pod tym, co pan Grzegorz powiedział, bo Bo tak, no właśnie po to się dla tych dzieci pisze, żeby, kurczę, brzydko mówić, nie chcę powiedzieć wychowywać przyszłe pokolenia, bo to jest okropne i brzmi bardzo, bardzo się kojarzy z dawnym systemem, ale trochę tak jest, żeby po prostu otwierać te pokłady wrażliwości, których nie jest w stanie zapewnić telewizja na przykład, albo internet, czy gry komputerowe i jest jakieś takie wewnętrzne poczucie misji chyba w nas, żeby prowokować właśnie inne stany świadomości przez literaturę, przez teatr, przez kino, mądrze robione. A druga sprawa to też fajnie, jeżeli ta kultura dla dzieci jest katalizatorem, jakimś pretekstem do rozmowy, czyli do kontaktu dorosłego z dzieckiem. I myślę, że to jest druga sprawa równie istotna.
[01:49:18.98 → 01:49:31.47] A: Proszę Państwa, czyli wyciągając pewne hasło z tych ostatnich stwierdzeń, Zróbmy wszystko, żebyśmy nie zostali Biedronkami. Nie będziemy Biedronkami. Malina Prześluga, Grzegorz Kastepka, Łukasz Zewniak. Dziękuję Państwu za ten wieczór.
[01:49:31.71 → 01:49:32.03] D: Dobranoc.

Bitwa o literaturę. Nowa literatura dziecięca albo postshrekizm

Czy wyrósł nam nowy nieletni, dziecięcy odbiorca? Jak rozmawiać z najmłodszymi w teatrze, literaturze, filmie? Co się zmieniło? Dlaczego potrzebne są nowe bajki? Kto jest bohaterem nowej mitologii dziecięcej i kim jest dziś dziecko jako bohater sztuki? Szukamy odpowiedzi na pytanie o fenomen popularności nowej dramaturgii teatrów dla dzieci, boom wydawniczy związany z pojawieniem się nowych opowieści, nowych autorów, nowych narracji.

Malina Prześluga – absolwentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz Szkoły Dramatu przy Laboratorium Dramatu Tadeusza Słobodzianka w Warszawie. Zaskakująca siłą wyobraźni, skojarzeń i twórczym traktowaniem języka, młoda i już bardzo ceniona dramatopisarka, autorka tekstów prozą, od grudnia 2010 felietonistka portalu www.e-teatr.pl.

Jej dramaty oraz bajki wydawane są w Nowych Sztukach dla Dzieci i Młodzieży i wystawiane między innymi w Baju Pomorskim w Toruniu, w Teatrze Animacji w Poznaniu, w Teatrze Maska w Rzeszowie, w Teatrze Na Woli w Warszawie, w Teatrze Lalki i Aktora w Wałbrzychu. Piosenki jej autorstwa śpiewają aktorzy na scenach Teatru Groteska w Krakowie, Teatru Muzycznego w Gdyni, Teatru Baj Pomorski w Toruniu, Tarnowskiego Teatru im. Ludwika Solskiego. Laureatka Medalu Młodej Sztuki, zdobywczyni kilku nagród i wyróżnień w edycjach Konkursu na Sztukę Teatralną dla Dzieci i Młodzieży organizowanego przez Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu, zdobywczyni drugiej nagrody na 9. Ogólnopolskim Przeglądzie Monodramu Współczesnego w 2011 roku, laureatka sopockiego Festiwalu „Dwa Teatry” w roku 2012 za słuchowisko radiowe w reż. Roberta Mirzyńskiego wg sztuki Nic, Dzika Mrówka, Adam i Ewa.

Grzegorz Kasdepke – Autor książek dla dzieci i młodzieży. Twórca słuchowisk radiowych. Był wieloletnim redaktorem naczelnym magazynu Świerszczyk. Współpracował z Ciuchcią, Komiksowo i Wesołymi Literkami. Pisał scenariusze programów oraz seriali telewizyjnych.

Jest laureatem wielu prestiżowych nagród oraz wyróżnień. W 2002 r. za „Kacperiadę” autor otrzymał literacką nagroda im. Kornela Makuszyńskiego oraz wyróżnienie w konkursie Dziecięcy Bestseller Roku. Książka „Co to znaczy, czyli 101 zabawnych historyjek, które pozwolą zrozumieć znaczenie niektórych powiedzeń” w 2003 r. otrzymała Nagrodę Edukacja XXI. W tym samym roku Kuba i Buba została nominowana do nagrody Bestseller-ek roku, a rok później do nagrody literackiej im. Kornela Makuszyńskiego. W 2004 r. „Bon czy ton. Savoir vivre dla dzieci” otrzymał Nagrodę Edukacja XXI oraz nominację do nagrody Bestseller-ek roku. W 2006 r. książka „Niesforny alfabet” została Najlepszą Książką Roku w kategorii literatura dla dzieci plebiscytu Wirtualnej Polski. W 2012 r. książka „Detektyw Pozytywka” otrzymała wyróżnienie w plebiscycie Fundacji ABC XXI na najważniejszą książkę 10 lecia kampanii „Cała Polska czyta dzieciom”. Książka „W moim brzuchu mieszka jakieś zwierzątko” została wpisana na prestiżową listę Białych Kruków – White Ravens 2013.

Nagroda literacka Fundacji Zielona Gęś im.Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego ZIELONA GĄSKA dla książki „Pestka, drops, cukierek. Liczby kultury” wyd. Narodowe Centrum Kultury. Nagrda ZAiKS dla najlepszego pisarza dla dzieci w roku 2013.

Wróć